Rozdział I
W najstarszych dokumentach powiatu zapisani byli Barcikowscy – Sabin Barcikowski z Gródka – dobrze znane i zacne nazwisko.
Byli inni Barcikowscy z Dyszni – ale tamci pozostali w szarym tłumie, gdy ci z Gródka wyrośli na karmazynów i nie przyznawali tamtych za krewnych nawet.
Owi gródeccy z dawien dawna Gródek zbudowali – małą forteczkę w widłach rzecznych z szarego polnego kamienia i dębu czarnego – razy kilka sparł się tutaj wróg – i cofnął, dużo ludu i czasu natraciwszy w trzęsawiskach, za co królowie obdarowali Barcikowskich starostwem, a panowie szlachta urzędem.
Posłowali Barcikowscy na sejmy, sługiwali w chorągwiach, stawali do pospolitego ruszenia, warcholili, najeżdżali sąsiadów, stawiali klasztory, ginęli w bitwach z wrogiem, w bijatykach swawolnych, w celi klasztornej – znał ród wszystkie grzechy, znał cnoty i bohaterstwa i bezpamiętne poświęcenia.
Z biegiem czasu rozwielmożnili się i szeroko rozsiedli w widłach owych rzeczek, kędy ich gniazdo było, ów Gródek.
Siły żywotne mieli potężne. Młódź ich miała bary olbrzymów, a fantazję szaleńców, kobiety wielką moc i charakter.
Kto Barcikowską brał, ten w dom wprowadzał niewiastę stateczną, mądrą i surową. Kto swą dziewkę w ich dom oddawał, ten jej nie poznawał po roku, taką ten ród miał tradycję a obyczaj, a spójność.
Zbogacili się też okrutnie. W rodzie ich chłopcy się wiedli – piękne chłopy, dziewcząt mało, i te często do klasztoru zbiegały. Więc wiana rzadko dawali, a brali.
I młódź ta ich, której świat bywał za ciasny, a szaleństwo potrzebą bytu, gdy dojrzewała i żonę wziąwszy, osiadała w gnieździe, stawała się cichą, i poważną, surową – jak owe niewiasty, ich matki.
Mawiano, że Barcikowscy słuchają tylko jednego trybunału: swych matek i żon, że szanują tylko jedną władzę – białogłowy.
Tak ten ród przetrwał w powiecie i w Gródku Jagiellonów, Wazów – wszystkie elekcje, wszystkie wewnętrzne burze – rósł, rozkorzeniał się – dochodził niekiedy kilku konarów, nad sąsiednie rody się szczycił. Aż za Sasów począł marnieć, jakby swe żywotne soki wyczerpał.
Jeden po drugim obumierały odrośle i konary. Za Poniatowskiego jeden pień tylko został w Gródku, skupił przy sobie całą fortunę, obarczoną mnóstwem procesów.
Procesy pożerały fundusz – pożerały go i inne obowiązki. Parę folwarków i jedno życie kosztował Bar, parę folwarków, legiony, sepety ze złotem poszły w trzydziestym roku, i ludzi poczęło braknąć Barcikowskim.
Rzadko który dwóch chłopców uchował, rzadko który nie podzielił się synami z krajem, nie stracił zaledwie do lat męskich uchowawszy.
I tak zeszło, że z owej możnej familii po trzydziestym roku została w Gródku jedna niewiasta z wyrostkiem, a z dóbr jeno to, co najmniej było warte: grząskie, czarne lasy, wody i wydmuchy piaszczyste.
Jeszcze fortuna była zasobna, choć niepokaźna, jeszcze zapas był stary i magnackie ostatki i dzielna dłoń była, co je trzymała. Pani Anna Barcikowska w lat dwadzieścia wdziała czepiec wdowi, dom zamknęła, zasklepiła się w pracy i samotności.
Bałwochwalczo kochała jedynaka, strzegła go tylko przed światem i przed marzeniami, nie dawała odstąpić siebie i ziemi, i by od szałów uchronić, ożeniła go wcześnie, chcąc silniej jeszcze do domu i gniazda przykuć.
Synową sama wybrała. Była to dziewczyna młoda, zhodowana i wzrosła w tym zapadłym kącie, najmłodsza z rodziny niebogatych sąsiadów. Podobała się Sewerynowi Barcikowskiemu, bo była piękna, a matka mu obiecała po ślubie oddać zarząd majątku.
I dlatego panna Basia weszła do domu Barcikowskich, oddała im siebie, swą młodość i siły i swe wiano maluczkie.
Pan Seweryn rychło nacieszył się żoną. Małżeństwo dało mu władzę i swobodę – zaczął żyć dopiero – gospodarzyć, handlować końmi, a przede wszystkim polować.
Dwie kobiety w starym dworze żyły samotne, przywarły do siebie i po paru latach Basia była jakby drugą panią Anią – trochę młodszą, ale równie surową, cichą i milczącą. I dwór stary był ponury – wśród starego ogrodu, niski, ciemny, jedną stroną patrzał na rzekę, oczeretem pokrytą, drugą stroną na oplecione dzikim chmielem ruiny pamiętnego grodziska.
Sąsiedztwa nie było, a najbliższe miasteczko leżało o mil kilkanaście, więc obca twarz i nowina była rzeczą nadzwyczaj rzadką. Dwie kobiety żyły tak – cały wiek.
Pani Barbara, gdy wchodziła raz pierwszy w sień ciemną, wzdrygnęła się przerażona, potem przywykła. Przywykła do nieobecności męża, do surowości świekry, do smutnego życia.
Przywykła, że co roku dawała życie drobinie wątłej, która zamierała bardzo rychło, nic nie dawszy matce oprócz bólu i łez.
Są przywyknienia, co starczą za największe bohaterstwo!
Pani Anna cierpiała okropnie nad stratą wnuków. Czworo już odeszło – ledwie parę dni przebywszy na jej rękach – gdy znowu po kilku latach zakwiliło maleństwo w starym, ponurym dworze.
Tym razem chłopak się udał. Zdrów był, silny, krzykliwy. Rychło stał się bóstwem babki, szczęściem matki, słońcem całego domu. Sprawiono świetne chrzciny i pani Anna dała wnukowi imię ojca swego, który padł pod Moskwą – Wacław.
Minęło lat kilka. Dwoje dzieci przybyło, syn drugi, Filip, i córka Jadwiga, ale tej już ojciec nie zobaczył.
Na parę miesięcy przed jej urodzeniem zmarł pan Seweryn Barcikowski nagle, w kilka dni – na zapalenie płuc – po polowaniu na dziki.
Matkę uczynił dożywotnią właścicielką fortuny, pod jej opiekę oddał żonę i dzieci. Pani Anna miała w owe czasy lat pięćdziesiąt kilka, siły wielkie, włos ledwie szronem przyprószony, zdrowie żelazne. Ból zniosła w milczeniu i zaraz po pogrzebie syna w silne, wprawne ręce wzięła zarząd domu, interesów i majątku.
Powstanie 1863 roku zastało tedy znowu w Gródku dwie kobiety i troje dzieci. Nie było syna na daninę krajowi – dawano tylko pieniądze. Płaciła pani Anna Rządowi Narodowemu, płaciła Rosjanom. Gródek zniósł w jednym roku cztery kontrybucje, a zniesienie nagłe pańszczyzny zadało cios okropny.
Już i zapasy się skończyły, zaczęło się ciężkie, mozolne życie z kapitału. Prędko osiwiała głowa pani Anny, zmarszczki poryły przed czasem twarz pani Barbary.
Świekra siwiała nad rachunkami, ona nad dziećmi. Wacław miał dziesięć lat. Chłopaka hojnie obdarzyła natura. Piękny był, nad wiek rozwinięty, wesół i dobry. Więc matka widziała w nim bogaty materiał i drżała, aby się nie spaczył, nie zmarnował. Filip siedmioletni był brzydki, krępy, niepojętny i uparty. Ledwie umiał pacierz, a nie znał i znać nie chciał alfabetu. Nie znosił też wielu rzeczy – posłuszeństwa, porządku, stałego zajęcia w domu, nadzoru, nawet obuwia i kapelusza.
Zawsze obdarty, okaleczony, dziki, spędzał czas w chmielu, łozie, na drzewach – w towarzystwie dworskich i wioskowych rówieśników. Więc matka płakała nad nim, widząc, że w najlepszym razie może zostać jarmarcznym szaławiłą.
Trzyletnia Jadwisia była typową, miniaturową Barcikowską z rodowej tradycji.
Dziecko małomówne, poważne, dzikie.
Obchodziła się nawet bez niańki. Miała lalkę i cichutko się bawiła, siedząc na ziemi, u kolan babki lub matki. Gdy ją Filip ciągał za włosy, szczypał lub w podobny sposób okazywał swą wyższość, chroniła się pod opiekę Wacława, który imponował bratu siłą pięści i z całą powagą traktował rolę głowy rodziny.
I nad Jadwigą płakała matka, bo była brzydka, a z Gródka trudno już było zebrać posag dla córki.
Pani Anna, wśród swych kłopotów rozlicznych, nie zapominała też o wnukach. Przede wszystkim obchodził ją Wacław. Był i pozostał ulubieńcem i nadzieją. Widziała z dumą jego urodę i zdolności, roiła mu świetną karierę.
Filipa nie cierpiała, nie pozwalała o nim wspominać przy sobie, biła go codziennie. Jadwisia nie zaprzątała sobie głowy, żywiąc dla kobiet wielkie lekceważenie, nie rachując ich do domu – jako fant, który pierwej czy później oddać trzeba z dodatkiem pieniędzy.
Pani Anna wiedziała zaś dobrze z ciężkiego doświadczenia, jak ciężko zbiera się pieniądze z szarej, poleskiej roli.
W owych tedy czasach miał Wacław guwernera, a w długie, jesienne wieczory kobiety radziły, jak go mają pokierować. Rady jednak zwykle kończyły się jednym:
– Jeszcze czas! – mawiała matka, wzdychając na myśl rozstania.
– Straszno oddać w świat, za oczy! – szeptała babka – świat teraz coraz inny, cudzy, wraży. Szkoła cudza, urząd cudzy, mój Boże! Dziecko polskie dać w naukę do tych szkół! Straszne, straszne!
I nie decydowały się na nic.
A los przyszedł do Wacława.
Gródek rzadko miewał gości. Powstanie wymiotło na kraj ziemi większą część sąsiadów domowych. Z tymi, co zajęli ich domy i ziemię, nie było stosunków – rodzina rozpełzła się z czasem, przy tym ludzie zgnębieni i pracowici nie radzi się bawią i odwiedzają.
Więc do osobliwości się liczyło, gdy razu pewnego pod czarny dwór zajechała bryczka pocztowa, a na niej podróżny w czapce urzędowej.
Gość długo czekał na domowych.
Urzędników przyjmowała pani Anna, więc zanim ją zwerbowano z folwarku, nikt do gościa w nienawistnym mundurze nie wychodził.
Zabawiał się tedy sam oglądaniem obrazów po ścianach. Były to stare sztychy i portrety. Sztychy przedstawiały Kościuszkę, Napoleona, Neya, Mickiewicza, księcia Józefa, hasła i typy ofiar ciężkich, krwawych a niewdzięcznych.
Żeby tych obrazów nie było na ścianach, reszta sprzętów i przedmiotów domowych nie byłaby tak uboga, zdarta, łatana, nie pokazywałaby tak dosadnie zawiedzionych nadziei i ciężkiej wypłaty za efemeryczną świetność.
Meble stały sztywno przy ścianach, zegar z kurantem na komodzie, naprzeciw szpinet odwieczny, na stole przed kanapą, pokrytym wytartą makatą, porcelanowe figurki i stare książki, w oknach wazonki z kwiatami, na kominie dwa piękne świeczniki brązowe, a pośrodku popiersie Lelewela.
Gość wyjrzał przez okno na stary ogród. Lipy stuletnie ocieniały dom, zakrywały widok.
Powrócił tedy do stołu przed kanapą i otworzył jedno z książek: były to „Śpiewy historyczne”.
Po twarzy obcego przemknął uśmiech, jakim się wita dawno niewidzianego przyjaciela dzieciństwa. Usiadł i począł czytać.
Ale w tej chwili rozległy się kroki w dalszych pokojach, szept, szelest kluczy, otwieranie i zamykanie sprzętów i drzwi się otworzyły.
Weszła pani Anna z twarzą zimną i urzędową, przygotowana na najgorsze, jak zwykle, gdy czynownik przyjeżdżał. Będą „bumagi”, „sprawki”, „prikazy”. Zapewne nowe ciężary, podatki lub sądowe przykrości.
Przed miesiącem kazała cichaczem odnowić krzyż przydrożny – zapewne o to będzie sprawa i sąd. Tak była tego pewna, że nawet miała w kieszeni pięć rubli łapówki dla urzędnika.
Ale urzędnik był nieznany i na jej widok podszedł z uśmiechem i wyciągniętą dłonią.
– Ciocia mnie nie poznaje?
– Nie! – (w mundurze nie miała krewnych). Potrząsnęła głową. – Co to? Szpieg chyba!
– A jaż Adam Iłowicz.
– Adaś! – zawołała, jeszcze nieufna. – Przecie Adaś w Petersburgu służy – co? Pułkownik pono? I to ty masz być? Jakże twoja matka?
– Już od trzech lat w ziemi.
– Nie może być! W moim była wieku.
– Ale ciocia na jej córkę wygląda. Zgasła jak świeczka na zapalenie płuc. U nas klimat okropny. – Trzeba życie przeżyć, żeby przywyknąć.
– A Julek, twój brat?
– Razem żyjemy! On dobre ma miejsce, dochodne – inspektora w wojennej artyleryjskiej szkole. W tym roku dostał Włodzimierza pierwszej klasy. Ten pójdzie wysoko. Dobre ma plecy.
– A jakże? Żonaci jesteście?
– Julek zapewne tym skończy. Dobra partia, jej ojciec generał.
– Rosjanin. – Pani Anna tylko tyle rzekła, ale gość się nie zająknął.
– Nie, kozak! – rzekł i wnet dodał: – Ja zapewne zostanę kawalerem. Nie mam powołania do małżeństwa.
– I Julka powinieneś ustrzec! – odparła surowo.
– Naturalnie, ja mu perswaduję. Panna przecie więcej ma mocy nade mnie.
Roześmiał się i mówił dalej:
– Otóż najniespodziewaniej dano mi komenderówkę w tej stronie – śledztwo – za grubo się przekradli, doszło aż do ministerstwa.
– A ty gdzie służysz – w policji?
– Ciociu, litości! Proszę spojrzeć na mój mundur i nie hańbić go. Jestem inżynierem „putiejcem”.
– Daruj, nie chciałam ci ubliżyć, ale ja się na mundurach nie znam, inżynierów nie widuję. No, to dobrze, żeś krewnych przypomniał, bardzom ci rada – i ucałowała go w głowę.
Potem podeszła do drzwi i zawołała:
– Basiu, możesz wyjść. To swój, Adaś Iłowicz. Trzeba go nakarmić i ugościć.
Synowa było młodszą edycją świekry. Tak samo ciemno ubrana, poważna – pomimo młodych lat już smutna i milcząca. – Zapoznała ich pani Anna.
– To syn Walerki Tuhanowskiej – mojej ciotecznej siostry; wyszła za mąż aż w Witebskie – opowiadałam ci – a ona wdowa po Sewerynie. Nie znałeś go – urodziliście się w jednym roku – i nie ma go!
Tu spokojny głos pani Anny zadrżał i zadrżały usta.
– Zostało troje sierot – i nad dwie – wdowy! Żałobny dom, niewesoło ci będzie.
– Ciociu, ja nie szukam wesołości. Bardzom rad familię poznać i może usłużyć. A dzieciaki już spore, chłopcy?
– Dwóch i dziewczyna! – szepnęła pani Barbara. Najstarszy już się trochę uczy. Bardzo zdolny!
– Lubię dzieci, szczególnie dziewczynki. Takie małe kobietki to ogromnie zabawne.
Pani Anna wyszła, by się zająć posiłkiem gościa. Synowa rzekła:
– Nasza mała niezabawna. Mało mówi i nigdy się nie śmieje. Będzie mniszka chyba z niej.
Iłowicz się roześmiał.
– I ciotka, i pani są też bardzo poważne!
– Mało widujemy ludzi, odwyka się od rozmowy, a żyjąc samotnie i daleko od świata, mało się ma tematu do gawędy. Milczenie staje się drugą naturą.
– Nie mają panie sąsiedztwa?
– Swoich nie. Majątki wokoło po powstaniu pokonfiskowano, należą teraz do Rosjan i Żydzi je dzierżawią.
– Przejeżdżałem przez ładny dwór, tu – o wiorst dziesięć.
– To folwark dóbr Potockich. Tam mieszka rządca, imiennik nasz nawet, Barcikowski, ale nie krewny. Bywa tu czasem, w interesie, my nie bywamy u niego.
– Więc panie tak zupełnie same zawsze!
– Zawsze! – odparła spokojnie. – Panu się to zdaje okropne; w rzeczywistości, gdy się nawyknie, nie czuje się braku ludzi. Jest dużo zajęcia, dzieci, gospodarstwo, w zimowe wieczory szycie i czytanie. Dni, lata płyną niepostrzeżenie.
– Ha, zapewne! Ostatecznie wszyscy dojdziemy do tego samego końca. Więc tu już prawie nie ma Polaków?
– A są, bo płacimy zawsze kontrybucję za powstanie, a ma być zniesiona w powiatach, gdzie dwie trzecie ziemi przejdzie w rosyjskie ręce. Parafia nasza liczy pięć tysięcy wiernych.
– A parafia daleko?
– W miasteczku, skąd pan jedzie.
– O siedemdziesiąt wiorst. I bliżej nie ma kościoła?
– Były jeszcze trzy. Z tych najbliższy w przeszłym roku zamknięto z rozkazu rządu, bo miał wieże wyższe niż cerkiew. Podaliśmy prośbę, żeby pozwolono zbić wieżę, ale odmówiono. Podobno mają mury sprzedać na cegłę. Dużo trumien jest w podziemiach, może pozwolą je przenieść na cmentarz, nie wiem! Drugi kościół, drewniany, groził upadkiem, od dziesięciu lat proszono o pozwolenie restauracji, na próżno. A czas, a klimat, co rok gorzej niszczy. Nareszcie zjechała komisja i zdecydowała, że restaurować już nie można, a że grozi życiu parafian, więc go zamknąć kazano. I zamknięto!
– To niepodobne do wiary! – zawołał Iłowicz.
– Jeśli pan zechce u nas zabawić, pokażemy panu oba, niedaleko są. Trzeci trochę dalej, o mil dwie, ale ten choć otwarty, nikt się w nim nie modli.
– Dlaczego?
– Bo przed dziesięciu laty zmuszono w nim proboszcza, żeby dodatkowe modlitwy odmawiał po rosyjsku. Ksiądz potem rewokował i zesłano go na Sybir, ale odtąd wymagają od jego następcy, by to samo czynił. Więc albo lata całe nie ma proboszcza, albo gdy trafią na człowieka małej wiary, który się zgodzi, odprawia nabożeństwa w pustej nawie. Bywa na nim policjant – i nikt więcej.
– Zaczynam wierzyć w opowiadania kolegi Piotrowskiego, który nam kiedyś podobne rzeczy prawił, a myśmy go nazwali szowinistą i deklamatorem.
– Nikt nie wymyśli nad to, co oni wymyślili! – rzekła ponuro pani Barbara.
– To są warunki okropne i o ile się zdaje – nieodwołalne. Biada zwyciężonym! Co prawda, samiśmy temu winni.
Rozłożył ręce ze współczuciem obojętnym, obowiązkowym. Był to ruch i ton człowieka, który z faktem się pogodził, zbył zasady niewygodne jak papiery, które spadły, kupił inne, i dla ludzi, którzy tamte zatrzymali i zbankrutowali, ma litość na pół z pogardą.
Pani Barbara milczała, patrząc w ziemię.
– Stało się! – rzekł Iłowicz z westchnieniem. – Przegraliśmy partię, przepadł kraj i byt niezależny. Trzeba sobie utorować nowe drogi, zdobyć nowy byt, poświęcić nowe hasło i sztandar. Dosyć biadania na zgliszczach w ślimaczym zaskorupieniu.
– A gdzież ten byt i droga? – ozwała się pani Barbara. – Przecie nam wszystkie drogi zamknięto, byt odebrano. Nie wolno być urzędnikiem w żadnym wydziale, nie wolno niczym się zajmować, nic działać.
– Tylko tu, w tym kraju. Całe imperium zresztą stoi dla nas otworem. Owszem, nawet bardzo chętnie nas tam widzą, mnóstwo porobiło kariery, mają świetne posady i urzędy. Tam nasz byt i droga, tam nas poważają i liczą się z nami, kiedy tu pozostałych mają w pogardzie i lekceważeniu. Bo i co ci tu wskórają uporem i bezsilnym buntem! Przeciw takiej potędze co to znaczy? To śmieszne!
Pani Anna stanęła w progu jadalni i słuchała.
– Wiesz ty co, Adasiu! – ozwała się, gdy skończył. – Żebyśmy tak bezsilni byli, nie zużywaliby oni na nas tyle sił, nie byłoby wyjątkowych praw i gwałtów i nie trwalibyśmy dotychczas. Masz słuszność, tam byt i kariera, ale tu fundament. Żeby za ten byt nic im nie sprzedać, byłoby dobrze; lecz straszno, bardzo strono, żeby to, co się zatraci, nie było droższe nad tysiące i chwałę, i ordery.
– Ciocia myśli o zatraceniu narodowości?
– Nie. Sumienia! Widzę ja urzędników, słyszę o eks – urzędnikach jako o nowych tutejszych obywatelach. Nikt nie spełnia obowiązków i za to pobiera pieniądze. I takie społeczeństwo ma nam dać byt – jakiż to byt! To rozkład i trucizna!
– Ależ ciociu, któż może za wzór narodu brać tutejszych urzędników, szumowiny i śmiecie!
– Przepraszam ciebie! Ich tu przysyłają na apostołów i kierowników. To są „patrioci”! Ich są tysiące, może dziesiątki tysięcy. Szumowiny inne rządy usuwają od obcowania ze zdrowymi.
– To prawda, że com widział tu urzędników, to nieciekawe figury. No, ale to naturalne, że na eksport idą zawsze żywioły niesforne, awanturnicze, a tu pokus im nie brak. Społeczeństwo jest zdrowe i potężne.
– Więc jeżeli urzędnicy są z szumowin, z czegóż pochodzą ci, co tu nabywają majątki?
– To są aferzyści, złakomieni na łatwy zarobek. Kupują za bezcen i rzucają, wyeksploatowawszy.
– Ależ ta ziemia jest częścią tej potężnej imperii, a oni z niej czynią pustynię. Sprzedają w pień lasy wbrew prawu, oddają w dzierżawę Żydom wbrew prawu. Więc ci ludzie także nie spełniają obowiązków. Któż tedy z nich służy idei? Kto utrzyma naszych tam idących, w poszanowaniu zasad i sumienia i czego się od nich nauczymy tam.
– Polaków zasad nie trzeba uczyć! – rzekł z godnością i dumą Iłowicz.
– Ale oni je tam zatracić mogą, skażeni złym przykładem.
– A tu zmarnieją w bezczynności i nędzy! Wierzę, że bez idei żyć nie można, ale i bez chleba nie sposób. Co czynić zatem?
– Tak! Co czynić? – powtórzyła zamyślona pani Barbara.
Rozmowę przerwało wejście chłopca najstarszego. Było to dziecko bardzo ładne, o myślących, ciemnych oczach, smukłe, zgrabne; szedł z ogrodu na rekreację i na widok obcego chciał się cofnąć.
– Chodź tu, Waciu, przywitaj wujaszka! – zawołała nań babka.
Podszedł bliżej i ukłonił się, zarumieniony aż po oczy. Iłowicz wziął go za ramiona, do siebie przyciągnął i pocałował.
– Więc ty jesteś najstarszy z rodzeństwa? Cóż, uczysz się już? Do gimnazjum się przygotowujesz?
– Uczę się, ale do gimnazjum nie pójdę! – odparł chłopak z przekonaniem.
– Dlaczego?
– Bo to drogo kosztuje!
Matka zarumieniła się, zawstydzona ubóstwem, ale pani Anna potwierdziła spokojnie:
– Prawdę mówi. Ciężko nam jest i kuso! Wychowanie szkolne będzie kosztowało tysiące. Siedem lat gimnazjum, cztery czy pięć uniwersytetu – a potem co? Zdobędzie chłopak dyplom, a zarazem wyrok wygnania z kraju. A przez te lata gdzie on będzie, pod jakim wpływem, w jakim towarzystwie?
– Niech mi go panie dadzą do Petersburga. Umieszczę go bezpłatnie i dopilnuję sumniennie – zawołał Iłowicz.
Chłopak spojrzał nań zdumiony, wystraszony, potem na babkę i matkę.
Pani Anna ruszyła ramionami.
– Takiś sam raptus jak twoja nieboszczka matka. Jej dobre serce nigdy nie rozważało ani rachowało. Chodź jeść tymczasem.
– Ależ ja mówię z rozwagą – opierał się Iłowicz, gdy zasiedli w jadalni. Zresztą to mi żadnego kosztu ani kłopotu nie przyczyni. Mam znajomych we wszystkich zakładach. Mogę go nawet ulokować u „Prawowiedów”.
– Co to takiego? – spytała pani Barbara.
– To najwyższa szkoła jurystów. Internat, prowadzony wzorowo, nauki najpoważniejsze, i kto stamtąd wychodzi, ma zapewnioną posadę rządową w sądownictwie. Kto się tam dostanie, ten wielki los wygra. Ba, ba, jeśli chłopak zdolny, to wysoko pójść może! Sędzia śledczy, prokurator, prezes sądu. Śmietanka urzędnicza! Kariera!
Kobiety milczały. Po chwili odezwała się pani Barbara:
– Chłopak bardzo zdolny. Egzaminował go niedawno pan Jazwiński, nasz sąsiad, który właśnie uniwersytet skończył, i mówił, że mógłby do drugiej klasy wstąpić.
– Szkoda, by się zmarnował!
– Co to? Zmarnował! – wtrąciła pani Anna. – Jak będzie uczciwym człowiekiem, to niezmarnowany. Ja się o młodszego boję, by ten wstydu nie zrobił.
– Pewnie urwis! – uśmiechnął się Iłowicz.
Babka machnęła tylko ręką, matka westchnęła.
– Niechże mi go ciocia pokaże!
– Nic ciekawego! Ten by potrzebował ojcowskiej ręki i rózgi. Ten się zmarnuje, bo my mu rady nie damy. Nieszczęście!
Wacio stał u okna zamyślony, wyglądając na podwórze, ciekawy rozmowy starszych. Zwróciła się do niego:
– Nie wiesz, gdzie Filip? Był na lekcji?
– Był, ale go pan Tedwin zamknął do lamusa, żeby się lekcji nauczył.
– Poproś pana Tedwina, żeby go tu przysłał.
– Kiedy go już w lamusie nie ma. Okno wybił i uciekł.
– Oto masz! – rzekła pani Anna.
– Ileż mu lat? – śmiał się Iłowicz.
– Dziesiąty zaczął. Zawołała starego lokaja.
– Piotrze, zawołajcie no Filipa. Pewnie jest na rzece.
Stary coś zamruczał i poszedł, wcale się nie kwapiąc. Wiedział dobrze, że zadanie było nad jego wiek i siły.
– Ja go przyprowadzę! – rzekła pani Barbara. Gdy wyszła, pani Anna westchnęła.
– Za wiele spadło na moje barki. Po śmierci Seweryna zostały długi i zobowiązania – jakby życie na nowo rozpoczynać! A tu strach w oczy mi zagląda, że śmierć ubiegnie, zanim wypełnię obowiązki. Mam już sześćdziesiąt lat, a małe dzieci trzeba wychować. Basia nie podoła beze mnie.
– Ciociu, szczerze proszę, dajcie mi tego chłopaka. Nie ożenię się, będę miał dla kogo żyć i zbierać. Doprawdy, zajmę się nim jak własnym dzieckiem.
– Lękam się! – szepnęła staruszka, trzęsąc głową.
– Zobaczy go ciocia co roku, na wakacje. Przecież naszych w Petersburgu kształci się tysiące, szkoły najlepsze.
– Ech, gdziebym ta śmiała ciebie wyzyskiwać – rzekła, widocznie zachwiana w swym oporze.
– No, no, pogadamy jeszcze o tym! Ja tu, jeśli ciocia pozwoli, parę dni zabawię, a że w miasteczku będę musiał dłużej posiedzieć, jeszcze razy kilka o gościnność poproszę. Ciocia pomyśli, rozważy i może się zgodzimy.
– Tak, tak, nic nie nagli. Jedz i wypocznij. Pewnieś upałem zmęczony, każę ci pokój przygotować. U mnie w domu jak syn się uważaj.
I na tym się skończył pierwszy szturm o dziecko.
Iłowicz posilił się, a że istotnie srodze był zmęczony drogą na pocztowej bryczce, chętnie się zgodził na kilka godzin snu.
Dano mu pokój ustronny, chłodny, przyćmiony i po chwili dom cały zapadł w ciszę letniego południa. Pani Anna poszła na łąki, do kosiarzy; pani Barbara po bezowocnym szukaniu Filipa zajęła się nabiałem w piwnicy, pan Tedwin, guwerner, który też w gospodarstwie pomagał, ruszył do spichlerza, a Wacio z siostrzyczką poszli do ogrodu bawić się.
Jadwinię polecano zwykle chłopcu i on swą rolę spełniał sumiennie. Brał ją za rękę i prowadził w kąt ogrodu, gdzie mieli sobie oddany kawałek ziemi, który im wolno było samodzielnie uprawiać. Kawałek ten podzielili na dwie części, nie mogąc się z Filipem pogodzić. On w swej części chciał mieć puszczę, a w niej fortecę. Znosił tedy cegły i kamienie, włóczył gałęzie i deski – kopał rowy, urządzał fantastyczne mieszkania na drzewach lub w ziemi. Uprawy nie chciał, nic nie sadził ani siał. Oni na swej części mieli grzędy i altany, darniowe ławki i gracowane ścieżki, a w starej budzie – opuszczonej lodowni – chowali króliki.
I tego dnia, jak zwykle, zebrali przede wszystkim liści warzywa dla swego inwentarza i poszli do budy. Króliki zbiegły się na wołanie i brały pokarm z ręki Jadwini. Wacio tymczasem dobywał narzędzia: gracę i grabie.
Wtem w puszczy Filipa rozległo się gwizdanie – het, gdzieś na drzewie.
– Filip, mama woła! – rzekł brat.
Wśród gałęzi widać było fantastyczną budowlę kijów, łozy i desek. Z przedziwnym sprytem dziki chłopak to sobie urządził i był tam istotnie niedostępny dla babki, matki, starego Piotra i pana Tedwina. Że zaś podobnych kryjówek i gniazd miał mnóstwo w ogrodzie, nie można go było wytropić.
Słyszał wołanie brata, ale dalej gwizdał.
– Filip, idź do mamy, gość przyjechał, wujaszek z Petersburga, chce ciebie widzieć.
Zamiast odpowiedzi, z góry padł kamień i strącił mu kapelusz. Wacio się zaperzył.
– Jak śmiesz mnie bić?
– Precz, ty, gramatyko! Mam łuk i procę, bądź rad, że ciebie nie zaczepiam! – odparł zuchwały głos z drzewa.
– Waciu, daj mu pokój! – szepnęła Jadwinia. – Wczoraj mnie straszył, że nasze króliki wypuści do ogrodu i z łuku postrzela. On to zrobi, jak się rozgniewa.
– Niechby spróbował. Ale on odważny na gębę tylko.
– Ja! – oburzył się Filip, ukazując się spośród liści.
– Ty! – potwierdził śmiało starszy.
Gałęzie zachybotały. Jak kot przesunął się po nich na dół i stanął przed nimi chłopak barczysty a chudy, jak bywają chłopskie wyrostki, o twarzy zuchwałej, nieładnej, spalonej słońcem i wichrem. Czarne włosy jeżyły mu się na głowie, odzież była podarta, ręce pokaleczone, nogi bose.
Miał w ręku łuk, bardzo dowcipnie zrobiony, o cięciwie z włosienia, a za pasem procę skórzaną i pałkę okrutną jak buławę.
– No, czym się ty będziesz bronił! – zawołał, kładąc strzałę na cięciwie.
– Ot czym! – odparł Wacio i zanim się tamten opamiętał, chwycił go za ramiona, łuk z rąk wytrącił i poczęli się szamotać.
– Jadwisiu, pomóż! – wołali to jeden, to drugi.
Jadwisia rada by usłuchała Wacia, ale gdy tylko się zbliżała, Filip ryczał: Króliki! i cofała się wylękniona. A oni się tarzali po ziemi, snąć sił równych, nie mogąc zwyciężyć.
Bitwy takie trafiały się codziennie, ale Wacio czuł, że brat coraz silniejszy. I nie dziw. On je toczył z musu, tamten za sport i honor sobie miał i ćwiczył się z wiejskimi kolegami w każdej wolnej chwili.
– Puść! – zawołał jeden.
– Nie duś! – zajęczał drugi.
Obydwaj tracili siły. Wacio chciał honor zachować.
– Puszczę, gdy przysięgniesz na pokój!
– Ale nic ci nie dam!
– Byłeś nas w spokoju zostawił.
– Byłeś mnie nie śmiał tchórzem nazywać.
– No, puść!
Chwilę sapiąc, siedzieli na ziemi naprzeciw siebie. Nie mieli już żadnego gniewu ani myśli zdrady.
– No, pomożesz nam gracować! – rzekł Wacio.
– Jeśli mi pomożecie wykopać jaskinię!
– Masz tyle dołów, po co ci jeszcze jaskinie! – protestował Wacio, który wolał czytać głośno z Jadwinia.
– Po co? Bo trudno ją zrobić! – odparł Filip – a w razie wojny najlepsza to forteca. No, dajcie gracę, a mała, bierz grabie.
Wziął się zajadle do roboty, udając dorosłego chłopa, spluwając w ręce, ocierając rękawem pot z czoła i gwiżdżąc. Wkrótce wyprzedził ich daleko, skończył robotę i na gracy wsparty, począł im urągać.
– Panycz, panienka! – drwił po rusku – panowaty zdużajtu, a roby ty, Fyłyp! – i zaklął grubo.
– Fe, Filip! Żeby to babunia posłyszała! – odparł Wacio, zasapany.
– To by dała w skórę, jeślibym się dał złapać! – odparł tamten lekceważąco. – No, chodźmy do jaskini! Mała, nieś rydel!
Kapelusz zsunął z czoła i poszedł naprzód.
Poprowadził ich przez chmiele i chwasty na, piaszczysty wzgórek, gdzie zakopywano kartofle. W jednym z tych dołów rył już od dawna w głąb i wygrzebał sporą jamę. Piasek się ciągle obsuwał i psuł w jedną chwilę tygodniową robotę. Z cierpliwością niepojętą przy jego niespokojnej naturze chłopak rozpoczynał pracę na nowo.
I teraz kopaniem sam się zajął. Jadwinia zbierała piasek do koszyka. Wacio go z dołu wynosił. Pracowali tak więcej godziny, mało co mówiąc, zziajani, gdy wtem Filip zaklął, piasek się znowu osypał, napełnił jamę. Jadwinia, która się przejęła zadaniem, była bliska płaczu, Wacio koszyk cisnął.
– Nic z tego nie będzie – zdecydował. – Chodźmy stąd!
– Jak to nie będzie? – oburzył się Filip. – Ja sobie przysiągłem, że zrobię – zrobię! Ma mnie głupi piasek zwojować, a niedoczekanie!
– To sobie sam rób, ja nie głupi! Chodź Jadwiniu! – rzekł Wacio.
– Idźcie, idźcie, próżniaki! Idźcie panować i bawić się. Ja i bez was się obejdę, i będę miał jaskinię!
I na powrót rozpoczął niewdzięczne zadanie. Długo się męczył sam, gdy wtem z góry dobiegł go nieśmiały głos Jadwini:
– Filip, może ci pomóc?
– A gdzieżeś podziała panicza?
– Przyszedł do naszego ogródka ten wujaszek, co to przyjechał, powiedział Waciowi, że go ze sobą zabierze, kazał pokazać kajety i książki, poszli do domu, a ja tu! Dlaczego ten wujaszek ma Wacia zabrać?
– Ano, pewnie do szkoły. On się tu na nic nie zdał, niech jedzie!
– A jak on pojedzie z wujaszkiem, to jakże będzie z ogródkiem. Może on i króliki z sobą zabierze?
– Głupiaś! I króliki, i ogródek ja obejmuję pod moją władzę. A ty będziesz musiała mnie słuchać.
Była to dla Jadwini tak straszna ostateczność, że usiadła w piasku i poczęła płakać. Filip wyjrzał z dołu.
– A co? Boisz się mnie, ty mała! To dobrze! Jadwinia szlochała coraz bardziej.
– Czego ryczysz? Przecie ciebie nie biję. Jak mnie będziesz słuchać i przysięgniesz mi wierność, będę dobrym wodzem!
To wcale nie uspokoiło dziecka. Zanosiła się łkaniem. Szczęściem opodal za płotem, ścieżką szła do piwnicy i wracała nią pani Barbara. Dzieci jej nie widziały, aż stanęła nad samym dołem.
– Co ty tu robisz, Filipie? – spytała swym łagodnym, cichym głosem.
Chłopak obejrzał się przerażony i pierwszy ruch był – do ucieczki. Myślał, że to babka.
Ale przed matką nie uciekał nigdy. Pozostał tedy i odparł spokojnie:
– Jaskinię sobie kopię!
Pani Barbara przytuliła do siebie Jadwinię, ocierając jej łzy i całując w głowę. Dziecko przytuliło się do niej, objęło rękami. Nie pytała, czego płacze, ale pocieszała, dziecko nie skarżyło, ale przestało łkać. Usiadła z nim na ziemi, na skłonie dołu, i spytała dalej Filipa.
– A po cóż ci jaskinia?
– Żeby mieszkać!
– W piasku nic nie zbudujesz, chyba dasz podpory w tym twoim korytarzu.
– Jak to?
– Ano, po bokach utwierdź kołki i na nich połóż deskę, wtedy ci się piasek nie osypie.
– To prawda! – rzekł uradowany. – A kto mamę tego nauczył?
– Czytałam to w książce, gdzie opisują przygody jednego rozbitka na bezludnej wyspie.
– I on sobie jaskinię zrobił?
– Zrobił sobie mieszkanie i sprzęty, i broń, i odzież.
– Tak – sam??!!
– Sam i bez żadnych narzędzi, bo z okrętu rozbitego uratował tylko życie.
– A jakże on to zrobił?
– Żebyś chciał posłuchać, to bym ci to przeczytała.
– Kiedy?
– Ano, wieczorem albo rano! Ale ciebie nigdy w domu nie ma, i gdy cię wołam – uciekasz.
– Nieprawda! Umyślnie od mamy nigdy nie uciekam, ale nie mam czasu siedzieć w domu, a jak wpadnę w ręce pana Tedwina albo babuni, to już cało nie wyjdę. A ja już mam swoje gospodarstwo i robotę.
Uśmiechnęła się nieznacznie pani Barbara.
– Pokażże mi swoje gospodarstwo! – rzekła poważnie. Chłopcu pochlebiło to zajęcie. Wygramolił się z dołu.
– A co mama chce pierwej zobaczyć, moje domy czy moje dobytki? – spytał.
– Domy! – odparła.
Poprowadził ją tedy w najgorsze gąszcze i chmiele ścieżkami, które sam wydeptał i pokazał fantastyczne budowle. Musiała podziwiać pracowitość i spryt, z jakim je klecił samoistnie swymi małymi siłami z desek, gałęzi i liści. W jednej, wydłubanej w spróchniałej olbrzymiej topoli, miał swe skarby i dostatki. Posłanie z mchu, narzędzia, wycyganione u dworskiego cieśli i kowala, zapasy żywności, to jest różne warzywa i owoce i broń. Pokazał jej wszystko – dumny – a ona pomyślała, że był w nim materiał, ruda, która, jeśli kto przetopić i odkuć potrafi, użyteczną się stanie. Byle go okiełzać było można.
Dotychczas wszelkie próby kultury okazały się płonne. Teraz próbowała jeszcze innego sposobu.
– Bardzoś to dobrze urządził! – rzekła, kładąc mu ręce na ramiona i całując w czoło. – Żebyś mnie kochał, to byś już w niejednym pomóc mógł.
– Jak mama mnie będzie potrzebować, to pomogę! – odparł z przekonaniem. – Postawię jeszcze jeden dom, tak wielki, żeby i mama się zmieściła. A może mama chce ryby? – dodał uprzejmie.
– I owszem! Gdzież twoja ryba?
– Zobaczę, czy się co wzięło.
– Gdzie? Zastawiasz więcierze?
– Oho, chłopy zastawiają, ja wytrząsam. Oni później ode mnie wstają.
– Ależ to kradzież, Filipie.
– Nieprawda! Babunia gniewała się na Sawę, strażnika, że pozwala chłopom u nas kosze zastawiać. Sawa pozwala, bo mu za to dają wódkę, ale ryba nasza – ja zabieram.
– O cóż z nią robisz?
– Nic, do wody wrzucam. Czasem komu dam.
– Komuż?
– Bazylowej! – odparł niechętnie.
Bazylowa była to stara niańka, emerytka, która jedna w całym dworze lubiła urwisa.
Pani Barbara zrozumiała nagle, że ta stara chłopka potrafiła lepiej od niej oswoić dzikie dziecko.
– A czemużeś mnie nigdy nie dał?
– Czy ja wiem, co w domu robić? – mruknął. – Tam wszyscy na mnie krzyczą, a pan Tedwin linię mi na łapach onegdaj połamał.
– Bo trzeba się uczyć, dziecko. Widzisz, Wacio się uczy, za to go ten wujaszek chce z sobą zabrać do szkół, gdzie jest mnóstwo kolegów.
– Niechby mnie spróbował stąd zabrać. Za nic bym nie poszedł! – oburzył się Filip. – Ja się nie chcę uczyć, ja chcę pracować!
– Nauka jest najlepszą pracą.
– Nieprawda – pan Tedwin mówił, że trzeba się uczyć, żeby móc panować i nic nie robić. Wacio to lubi, ja nie chcę.
– A czymże ty chciałbyś być?
– Ja będę wielkim siłaczem i takim chytrym, że mnie nikt nie o kpi!
– Okpi cię, biedaku, każdy, kto czytać i pisać będzie umiał. A ja myślałam co innego o tobie.
– Co mama myślała?
– Myślałam, że gdy Wacio do szkół pójdzie, ty Jadwinią się zaopiekujesz, mnie pomożesz, a jak wyrośniesz, babunię wyręczysz, będziesz gospodarzem, naszą pomocą i podporą!
Chłopak się zamyślił i milczał.
– A ty Jadwinię krzywdzisz, do łez doprowadzasz. To nieszlachetnie, boś silniejszy, a ona malutka.
– Ja jej nie krzywdziłem, ona beczy, sama nie wie po co. Ja jej nic złego nie zrobiłem. Co mi za sława z taką figą wojować.
– Wojować godzi się z silniejszym, a ze słabszym to wstyd.
– Ja bym i mamie pomógł, ale proszę mi konia dać! – zawołał nagle.
– Konia, a to po co?
– Bo będę miał swoje gospodarstwo i mamine. Trzeba mi koniecznie konia.
– Żeby cię zrzucił i pokaleczył.
– O jej, małom się na chłopskich najeździł! I jeszcze mnie żaden nie zrzucił. Na łące złapię i jadę. O jej!
– Konia ci darować nie mogę, bo nie mam, ale mogę ci dać to kasztanowate źrebię od ogrodowej klaczy, jeśli mi za nie odsłużysz i będziesz posłuszny.
– Oho, mama zechce, żebym siedział w szkole nad książką. Tego ja nie mogę obiecać, bo nie wytrzymam. Nie cierpię pana Tedwina, bo on podły.
– Dlaczego podły? Fe, Filip!
– A podły, bo on silniejszy, a ja słabszy i on mnie bije. Mama sama mówiła, że to wstyd!
– To co innego, on cię karze i ma prawo, bo jest władzą twoją, której nie słuchasz.
– Et, co on za władza! – pogardliwie rzekł chłopak.
– Więc kiedy on ci wstrętny, ja ciebie uczyć będę. Dwie godziny na dzień, a poza tym będę się tobą wyręczać, będziesz mnie pomagał i będziesz się Jadwinią opiekował. Za to daruję ci źrebię.
– Całkiem mama daruje?
– Całkiem, jeśli ty mi dotrzymasz zobowiązania!
– Pomyślę! – odparł chłopak z całą powagą.
Ucieszyło to panią Barbarę, że lekkomyślnie się nie zgodził. Snąć chciał wypełnić sumiennie.
– No, a teraz powiedz mi, gdzie są twoje buty i nowy spencerek. Trzeba się ubrać przystojnie, bo gościa mamy, który się o ciebie pytał.
Buty są u Bazylowej, a spencerek to się podarł wczoraj.
– Ależ, dziecko, ledwieś go dostał. Ty wcale mnie nie kochasz, że tak niszczysz i nie dbasz o ubranie.
– Co ja zrobię, że się podarł? Ja o drugie nie proszę. Mama mi sprawia takie niemocne, że byle na jedno drzewo się wdrapać, to już się podrze. Bazylowa obiecała zaszyć, jedna tylko dziura na plecach, zaczepiłem się o gałąź i zaraz się przedarło; żeby nie koszula mocna, to bym spadł.
– Ach, Filip, jakże ty się wujowi pokażesz?
– Niech się mama nie martwi. Zjem kolację u Bazylowej, co mi za ciekawość – wuj!...
– Ależ musisz przyjść, dziecko. Co sobie wuj pomyśli?
– A skądże on o mnie wie? Pewnie pan Tedwin mnie ogadał przed nim!
– Et, bredzisz. Chodźże ze mną. Dam ci niedzielny garnitur, przynieś buty!
Chłopak się kopnął do oficyn, ale za pierwszym klombem zmienił kierunek i popędził w ogród.
Tam, nad rzeką, na łączce, pasła się klacz, obsługująca ogród i dwór.
Chłopak opodal jej, w trawie, usiadł i począł źrebię oglądać pożądliwym wzrokiem.
Może je posiąść, ale jakim kosztem! Ciężką walkę toczył z sobą, jednak pokusa była za ponętna. Zerwał się, źrebię złapał za szyję, pocałował w chrapy – i poleciał do Bazylowej po buty.
Przy kolacji Iłowicz poznał tedy całą gromadkę w komplecie, ale uważał tylko na Wacia: stanowczo z lekko rzuconej propozycji doszedł do prawdziwej chęci zabrania ze sobą ładnego, inteligentnego dziecka. Bawiła go myśl, że sobie wychowa chłopaka, że będzie miał zajęcie i rozrywkę, a znajomych zaintryguje tym nabytkiem.
Na tamtych dwoje ledwie spojrzał.
Pani Anna opowiadała mu swe gospodarskie kłopoty, a był to temat dla niego bardzo ciekawy i nieznany.
Tak, dziko u nas, o kulturze ani słychać, i jakżeby się dała zaprowadzić. Rąk nie ma do pracy, chłopi tyle ziemi dostali po uwłaszczeniu, że dotąd jeszcze odłogiem leżą całe szmaty ich pól, tak zwanych „wakantnych”. Na naszych gruntach i lasach mają serwitut.
– Jakże to jest? Czytam o tym czasami, ale doprawdy nie rozumiem.
– Ano, wieś ma prawo pastwiska na dworskich gruntach, a z lasu mogą brać opał i materiał.
– Tak, darmo?
– A darmo.
– No, a któż podatki płaci?
– Ano, my.
– Więc czyjeż to jest właściwie?
– Tego, kto tym rozporządził – chyba rządu – odparła pani Barbara.
Pan Tedwin, guwerner, szlachcic okoliczny, który w procesach z chłopami stracił swój folwarczek i goryczy morze zebrał, wmieszał się do rozmowy.
– Ta, w Gródku jeszcze pół biedy, bo obszar okrutny, więc tak nie dokuczy, ale u nas, panie, było szlachty pięć dworów, a na to trzy wsie. Ogrody nam spasali, las wyniszczyli do krzaka, wpędzali bydło na grzędy z kwiatkami, pod oknem. Kiedym ze szkół wrócił, chciałem coś postępowego zaprowadzić; zasiałem koniczyny, wysadzałem drogi, poprawiłem rasę bydła, chciałem las oszczędzić, hodować! Com posadził, wyłamali – com zasiał, spaśli – com hodował, kradli lub niszczyli. Potem mieszkałem już u sędziego w „kamerze”, bo adwokatów nie było czym opłacać. Przegrywałem zwykle, bo każdy sędzia tutaj to chłopoman i „apostoł”, na łapówki nie starczyło mnie zaś! A kiedym wygrał – to była fikcja – wyrok wobec tłuszczy. Wojska by trzeba żeby sprawiedliwość wymierzyć; nazajutrz był nowy gwałt, bezprawie, rozbój – i znowu sprawa. Jeszcze i mścili się. Spalili mnie trzy razy, a żem się zawsze ubezpieczał, więc zaczęli bydło truć. Takem trwał dziesięć lat. Nareszcie nie stało energii, zdrowia i środków, poddałem się! Aż tu w przeszłym roku przychodzi rozkaz, żebym dla chłopów dał drew i materiału, bo już lasu nie było, zniszczyli go, wyrąbali, zagajnik spaśli. Nic, zostały krzaki.
– Więc skądże pan miał dać? – zawołał Iłowicz.
– Kupić miałem – rozumie pan – kupić!
Chuda, ostra, żółtą skórą pociągnięta twarz szlachcica stała się przerażająca wyrazem wściekłości.
– Tegom już nie wytrzymał. Sprzedałem niedobitki inwentarza, sprzedałem budynki, narzędzia, nasiona i uciekłem z duszą. Człowiek się na mękę rodzi, to prawda, ale co zanadto, to basta!
– Doskonale pana rozumiem. Tylko bym to był od razu zrobił, żeby mnie los pokarał taką własnością.
– Nie mów tak, bo decydujesz o rzeczy, której nie rozumiesz! – rzekła pani Anna. – A pan Tedwin także niech wobec mnie nie udaje, że rad jest ze swego czynu. Źle zrobił i czuje to i choruje na żółć i wątrobę teraz dopiero, kiedy pozbył się kłopotu. Czemu pan przedtem zdrów był, czemu?
– Bom był młody i silny!
– Nieprawda! Był pan zdrów, bo sumienie miał spokojne! Po co kłamać, albo ja nie wiem, gdzie pan jeździ w niedzielę, niby to do kościoła. Myśli pan, że gdyby pan naprawdę jechał do kościoła, gdzie ten tam śpiewa po rosyjsku, ja bym pana puściła przez próg mego domu! Ale ja wiem, że pan jedzie do swej opuszczonej Zielonki, popatrzy na nią, dowie się, co się z nią dzieje, powłóczy się tu i tam i wraca, głowę zwiesiwszy.
– Prawda, bywam! – zaperzył się Tedwin – ale po to tylko, żeby się doczekać, aż się chłopi między sobą pozarzynają!
– Mój panie! Po co te wykręty? Ciągnie tam pana kleszczami – i było mnie się poradzić, zanim pan głupstwo zrobił. Stera jestem, znam choroby, wiem lekarstwa i wiem, czego się wystrzegać. Warunki są bardzo ciężkie, ale jeśli panu się zdaje, że ten bitwę wygrał, kto się z pola wycofał, to niech pan chłopcom historii nie wykłada!
Tedwin milczał, pobity!
– A jakże ciocia daje sobie rady z serwitutami? – zagadnął Iłowicz.
– Staram się tym nie irytować, kiedy zmienić nie mogę, spraw nie rozpoczynam, chłopów nie drażnię. Dawniej, za mego męża, stosunki z wsią były fatalne, jest o tym nawet legenda. Teraz spokojnie. Ale powiedz, co za rezultat z takiego ustroju. Naturalnie uczyniono to, by zaszczepić ferment między dworem a wsią, osłabić żywioł polski. Ale czy to moralne, czy sprawiedliwe, czy korzystne dla samego państwa? Chłop karmiony jest nienawiścią do inteligencji, zbałamucony stronnością praw i sądów, zdemoralizowany przez urzędników.
A przecie to poddani tego państwa! O krok nie postąpili ani w oświacie, ani w dobrobycie – zdziczeli tylko jak ciemny tłum, któremu wszystko wolno. Wolno im dzisiaj wyzyskiwać i krzywdzić dawnych panów, a później odcierpią za to dzisiejsi panowie. Kto sieje wiatry, zbiera burze! Nie myślą o tym „patrioci i apostołowie”!
– To okropne, co oni z chłopów zrobili! – rzekł Tedwin. – Szkółki uczą czytać i pisać niby, ale chłop nie ma co czytać i gdy naukę skończy, już ją zapomniał. Ledwie setny umie nagryzmolić swój podpis. Religia jest formą, zabobony pogańskie w całej świetności, niemoralność, o której pojęcia nikt nie ma, kto tego nie widział, nie żył wśród nich; kradzież zwyczajem, nieposzanowanie rodziców, mordy, gwałty, pijaństwo, pieniactwo, mściwość. A przy tym żywot nędzny, w brudach, niechlujstwie, bez żadnych aspiracji i uczuć, na poziomie domowych zwierząt. Życie mi oni zatruli, ale czasami żal mi ich szczerze.
– Ale jakże tu się urządzają nowonabywcy, Rosjanie?
– Wcale o tym nie wiedzą. Majątki ich Żydzi dzierżawią.
– Okropne warunki! I ludzie stąd nie uciekają! Chyba robią świetne interesa?
Tak, świetne! – potwierdziła lakonicznie pani Anna, wstając od stołu.
Na to hasło pierwszy ulotnił się Filip, szturknąwszy babkę w łokieć w formie podziękowania za posiłek, po nim znikła Jadwinia, wyszedł Tedwin, aby na gumnie pani Annie być pomocnym, a pani Barbara zaproponowała gościowi spacer i zawołała ze sobą Wacia.
Wyszli tedy przed dom, za bramę, piaszczystą drogą ku rzece. Dzień się miał ku schyłkowi, ciepły, cichy, przesiąkły wonią traw skoszonych i wilgotnymi oparami.
Rozejrzał się Iłowicz po okolicy. Brzydka była i monotonna. Szara wieś z jednej strony, o wiorstę może od dworu, piaszczyste pola, zasiane ubogim zbożem, już płowym, na horyzoncie czarna linia lasów olchowych ponad rzekami, gdzie indziej samotna sosna, wiatrak na wydmie i nieskończoność łąk, łąk – jak okiem sięgnąć, na których jak klomby rozrastały się ogromne łozy i dęby rosochate i niskie, pełne pszczelich ułów, w kłodach wyżłobionych.
Tylko za dworem i sadem, kędy rzeki się zbiegały w jedno potężne ramię, zwracał wzrok i uwagę wzgórek, widocznie sypany, na nim w chmielach i krzakach gruzy forteczki Barcikowskich.
– Jak tu cicho, pusto! – rzekł Iłłowicz – stając i rozglądając się wokoło. Te wody, nie widać, aby płynęły; senność tu ogólna i jakieś zadumanie w całym krajobrazie. Czy tu ludzie kiedy śpiewają i śmieją się?
Jakby w odpowiedzi ktoś w łozach śpiewać począł. Dziewczyna zganiała bydło do domu zza rzeki. Widać było w gąszczu łby rogate i pastuszkę w okopconej od dymu koszuli i spódnicy, bosą, ledwie odzianą, z pękiem jakichś traw na plecach.
Nie śpiew to był, ale zawodzenie, jęk, skarga.
Już ludzie pożęli,
A nasze pomięli.
Oj, dolaż moja, dola.
Swoje pozwozili,
Nasze poniszczyli.
Oj, dolaż moja, dola.
Iłowicz uszy zatkał, pani Barbara smutno się uśmiechnęła.
Wtem bydło wydostało się nad rzekę i weszło w nurt. Płynęło zaraz i ukośnie pod prąd płynąć poczęło ku wsi. Dziewczyna na brzegu miała czółno, raczej koryto niezdarne, w nim zamiast wiosła gałąź sosnową. Odbiła i począł ją także prąd nieść, mało co pomagała gałęzią i zawodziła dalej.
– Utopi się! – szepnął Iłowicz przerażony.
– Pływa jak kaczka i co dzień odbywa tę przeprawę.
– I to jest śpiew!
– Tak, jaki krajobraz, taka melodia. Weseli nie bywają oni nigdy, chyba nietrzeźwi.
– Mój Boże, jakie to smutne. Dlaczego te ule stoją na drzewach, nie na ziemi?
– Bo co wiosny rzeka wzbiera i zalewa łąki do wysokości właśnie tych uli. Wtedy jesteśmy jak na wyspie, zupełnie od świata odcięci.
Zza rzeki teraz rozległ się tętent koni i ukazało się duże stado, które zaganiało dwóch chłopaków oklep. Z pluskiem wszystko wpadło w wodę.
– To nasze! – ozwał się Wacio – Filip już tam.
– Gdzie? – zawołała przerażona pani Barbara.
– A ot, na bułanym płynie. On to co dzień robi. Tak się dziś złościł przy kolacji, bo się bał, że nie wyśpieszy.
Wśród parskających głów końskich wypatrzyli czarną czuprynę urwisa. Bez uzdy, rękami obejmując szyję konia, płynął. Pani Barbara pobladła, Iłowicz oddech zatamował.
Filip widział ich także na wybrzeżu i czuł burzę w powietrzu. Toteż gdy konie zgruntowały i brodziły już, chłopak zsunął się w wodę, coś do pastucha szepnął i znikł w łozach. Na drogę wybrnął tylko jeden jeździec, Michałko, koniuch.
– Gdzie panicz? – zawołała pani Barbara.
– Nie wiem, nie widziałem – odparł i popędził ku dworowi.
– Niech się mama nie boi – rzekł Wacio – on się schował, jak mamę zobaczył. Widziałem, jak ruszały się łozy.
– A ty nie masz gustu do tej zabawy? – zagadnął Iłowicz.
– Nie mam czasu, bo się uczę, a w niedzielę wolę czytać wiersze.
A jakież czytasz? Znasz śpiewy historyczne?
– O, to i Jadwinia już umie na pamięć. Ja czytam Mickiewicza i Wincentego Pola. Co mi się podoba, to sobie przepisuję w kajet.
– No, to mi zadeklamuj jaki ustęp.
– Jaki wujaszek chce?
– Ach, kochanie, ty je lepiej ode mnie znasz i pamiętasz.
– Można, mamusiu, wujowi powiedzieć takie, co to nie są pisane, które mnie mama sama uczyła?
– Można, dziecko, wuj przecież „swój”. Chłopak chwilę zbierał myśli i zaczął:
Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działo
I spojrzałem dokoła. Dwieście armat grzmiało!
– Co to? – zagadnął z cicha Iłowicz.
– „Reduta Ordona!” – odparła trochę zdziwiona pani Barbara.
Jej się to wydawało niepojętym, żeby kto nie znał – ba nie umiał na pamięć takich pamiątek. Jednocześnie prawie z pacierzem nauczyła ją tego matka, ona tak samo oddała dzieciom. Szli powoli ku ruinom i Iłowicz słuchał z zajęciem dźwięcznego głosu wyrostka, który z błyszczącymi oczami, przejęty, rozpalony zapałem, deklamował bohaterski rapsod. Rozumiał, co mówił i drżał cały.
Pani Barbara położyła mu rękę na ramieniu, a gdy skończył, pocałowała go w głowę.
– Ślicznie! – rzekł Iłowicz. – Pamięć masz kapitalną. – Dziękuję ci!
Zwrócił się do matki i z cicha zauważył:
– Pani się nie lęka o jego fantazję? Karmiona takimi utworami, wybuja nad miarę, a w życiu trzeba być trzeźwym, zimnym. Idealistów los traktuje bez litości.
– Ale zimni i trzeźwi czym sobie zło ozłocą? Niech chłopak ma cześć dla bohaterstwa, aby sam pragnął być szlachetnym. Zresztą jeśli ja go nie nauczę przeszłości – kto go nauczy, kim jest, co ma przechować, przy czym trwać. To mój obowiązek – matki!
– Trzeba wiele zapomnieć nam!
– Tylko nie wiary i narodowości. Waciu, powiedzże jeszcze wujowi ten wiersz, com ci ostatni podyktowała.
Wstąpili już na wzgórek forteczki i zatrzymali się na wale od rzeki. Jeszcze szerszy był stąd widok na płaski kraj wód i łąk. Pod stopami nurt płynął żywiej, tłukł o brzeg, wirował.
– Usiądźmy – jeśli pan chce! To jest właśnie ten Gródek, który dał nazwę posiadłości Barcikowskich. Tu oni stróżowali całej okolicy od wrogów przez trzy wieki!
Usiedli, a chłopak, podumawszy chwilę, zamyślony i poważny, jął mówić:
Po cudzego świata szerokich ziemicach,
Choć bieda i smutek, przez ścieżkę tułaczą
Iść z dumą na czole, z pogodą na licach,
Mir zrobić z nadzieją, a rozbrat z rozpaczą;
O cześć ni o litość u obcych nie prosić,
A kraj swój miłować i myślą, i czynem,
Brzemię męczeństwa bez sarkania znosić
Usque ad finem
Iłowicz słuchał i rozważał. Tak tedy chowały, tym karmiły matki dzieci w kraju, przeznaczonym na zagładę – w narodzie, który skazany był przez Europę całą na wyniszczenie. Biedne dzieci, nierozważne matki – szalone społeczeństwo! Tę pieśń przebrzmiałą i tę ideę zgasłą dają im jak grunt i światło do życia. Własnoręcznie, ślepe, obłąkane, oddają znowu pokolenie do boju – bez przyszłości, do trudu bez zapłaty, do oporu bez logiki.
I znowu pokolenie zmarnowane i przedłużone tylko męki konania. O, ślepi, głupi, szaleni!
Zwiesił głowę, była wielka cisza wieczoru pól i tylko głos chłopca płynął w powietrzu.
Rozważać szeroko o błędach przeszłości,
A przyszłość budować świetniejszą i trwalszą,
A radzić spokojnie, bez swarów i złości,
By plon, jaki ostał na epokę dalszą.
Poprawiać, nie niszczyć i nie plwać wzgardliwie
Na to, co niegdyś wieńczono wawrzynem.
Drogą postępu iść po ojców niwie
Usque ad finem
– Przyszłość! Gdzie ona? – westchnął Iłowicz. Jednakże czar poezji i jego duszę poruszył.
Oportunistą był do gruntu, ale zaraźliwe było tu powietrze, zaraźliwe uczucia. Żal go zdjął tej przeszłości wielkiej, ból – upadku i zguby.
– Przyszłość w Bożej woli! – odparła pani Barbara. – Nie wolno nam rozsądzać, co On uczynić zechce, ale wolno Go prosić, a obowiązkiem jest wierzyć. Wierzyć, że On rękę karzącą z nas zdejmie, że wspomni świętych naszych i bohaterów, że usłyszy jęki ofiar za wiarę uciemiężoną i wołanie dusz czystych. Jeszcze nie zginął żaden naród chrześcijański i my zginąć nie możemy.
– Chrystus uczył, by oddać, co cesarskie, cesarzowi. Dla Boga nie ma narodów!
– My też bronimy tego, co do Boga należy. Dusz naszych, uczuć, myśli, sumienia. I narody są u Boga, bo uczucia ojczyste nam w piersi włożył. Takie kochanie wielkie On tylko dać mógł. Jeśli ptaka nauczył wracać do gniazda przez morza, a pszczołę, by znała swój ul i matkę – czyżby nas zostawił na włóczęgę i tułactwo? Wszak klątwą swą Żydów rozproszył. I oto zostanie dom twój pusty – rzekł Chrystus – jako wyrok straszny. A myśmy się Go nie wyparli i dom nasz ostanie – ostanie!
Podniosła w górę swą twarz poważną i już bez słów, ruchem ust dopowiadała resztę – niebu. A Iłowicz nie śmiał już jej zaprzeczyć.
I wszyscy troje milczeli, zapatrzeni w niebo pogodne, na którym gasło słońce, zapalały się seciny gwiazd i wypływał srebrny sierp nowiu. Wody były purpurowe i złote, a po nich sunęły powoli tratwy z drzewem, z których śpiew flisów się rozległ. Po łąkach odzywały się błotne ptaki, a na widnokręgu, jak w ogniu, od łuny zachodu czerniał wiatrak olbrzymi, czarny, nieruchomy, jak widziadło.
– Smutny widok, ale piękny! – ozwał się Iłowicz. – Ten młyn zaraz by artysta odmalował.
– Ten młyn – to także legenda Barcikowskich – rzekła pani Barbara. – Stoi on bez użytku podobno już kilkadziesiąt lat. Opowiadają, że dziad Seweryna odebrał chłopom ten wzgórek i kazał młyn zbudować. Mieli tedy cieśle, zakładając go, przekleństwo cisnąć: Bodaj on tobie i twoim na śmierć mełł. I legenda twierdzi, że gdy kto z rodu ma umrzeć, młyn się wtedy tylko obraca. Seweryn w to wierzył i gdy umierał, wciąż pytał w gorączce: Czy się już młyn kręci, czy on już na mnie miele? Teraz, po uwłaszczeniu, wzgórek znowu do chłopów należy, ale nikt młyna tego nie chce.
– Ja bym go dawno podpalił. Taka legenda zatrułaby mi życie.
– Oswaja się nawet z zabobonnym strachem – odparła pani Barbara. – Ja lubię legendy i ilekroć nań spojrzę, myślę o śmierci. To zdrowa myśl, napędza do pokończenia obowiązków.
Wacio, o którym zapomnieli, słuchał uważnie. W marzycielską jego duszę wpadła głęboko opowieść i czarna sylwetka młyna tajemniczego pozostała w oczach i pamięci. Nie rozumiał jeszcze śmierci ani się jej bał, ale mimo woli strach go ogarnął i odwrócił oczy.
– Wracajmy. Mgły się podnoszą, a pan może łatwo z tutejszą febrą się zapoznać. Ciężka zaś bywa i uparta. Waciu, pójdź, odszukaj Filipa i przyprowadź do pacierza. Może go u Bazylowej znajdziesz.
– Ej, nie, on teraz raki łowi w zatoczce, pod ogrodem – odparł chłopak, ruszając naprzód.
– Ciężko paniom dwom synom dać rady. Wacio jest bardzo zdolny, proszę mi go oddać. Zrobię z niego człowieka, a tu zmarnuje się malec.
– To prawda. Pan Tedwin nauczył go, ile sam umie. Dalej, nie wiemy, co robić. Młodszy jest o wiele trudniejszy do prowadzenia. Tego nigdzie oddać nie można, bo gotów na wszelką ostateczność. Starszy powinien się kształcić.
Westchnęła i dodała z goryczą i rozpaczą:
– I pierwszy to będzie z rodu, co pójdzie do obcych po naukę, a potem im będzie musiał służyć. Waham się tedy i cierpię, ale tu zostać mu nie sposób. Ziemia nie wyżywi już ich troje, jeden tu do obrony gniazda wystarczy; temu biedakowi trzeba odejść. Wolałabym go była nie rodzić! Mój Boże!
– Cóż robić! Konieczność! – rzekł Iłowicz spokojnie. Poczynały go te zacofane poglądy nużyć, postanowił propozycji już więcej nie powtarzać. Robił im łaskę, a one uważały to za poświęcenie z ich strony. Niech sobie robią, jak chcą!
Gdy wrócili do domu, pani Anna już zabierała się do spoczynku po dniu pracowitym.
Chwilę rozmawiali tylko i wnet się rozeszli. Iłowicz poprosił o gazety, spać mu się nie chciało. Była „Gazeta Warszawska” sprzed tygodnia, gdyż pocztę odbierano tylko co tydzień, o mil trzy po nią trzeba było posyłać.
– A ty jakie abonujesz pisma? – zapytała pani Anna.
– Ano, tę samą gazetę! – skłamał najbezczelniej, ale za nic by im nie wyznał, że czytał tylko rosyjskie i francuskie.
– Myśmy też do niej przywykły. Cóż robić, nie może być lepszej przy cenzurze. No, dobranoc ci, jutro pokażę ci gospodarstwo.
Położył się tedy Iłowicz w pokoju, przesiąkłym dymem jałowca, którym co dzień wykadzano komary.
Pomimo tej prezerwatywy, zostało ich jeszcze dosyć, by dręczyć nieprzywykłego do tej plagi.
Brzęczały mu nad uchem i brzęczały mu myśli, wrażenia tego dnia. Obok był pokój dziecinny i słyszał trzy senne głosy, powtarzające za matką pacierz wieczorny.
I znowu to samo, znowu ta bezrozumna idea, ten upór nielogiczny w modlitwie nawet.
„Daj, Panie Boże, ojcu wieczne odpocznienie, babci i mamie zdrowia i siły, a nam zachowaj ojczyznę uciśnioną, dom nasz i kościół i dopomóż, byśmy, pracujcie uczciwie i stale, z niewoli i uciśnienia wyzwoleni zostali mocą dobroci Twojej. Amen”.
Tak chowały, tego uczyły matki dzieci w kraju, który Europa wymazała ze swej karty, który największe potęgi przeznaczył na wyniszczenie i dla którego największy rozum ludzki nie widział nadziei powstania.
Ale matki miały swój kodeks i swoją politykę, której największą potęgą i instancją był Bóg i rządziły po swojemu, nie troszcząc się o kongresy, ludem swoim, malutkim a mnogim.
Rozdział II
Zabawił Iłowicz w Gródku dni parę, odjechał, znowu się pokazał na parodniowy wypoczynek i stał się dobrym znajomym i swoim. Pani Anna pokazała mu swe gospodarstwo, pani Barbara zawiozła czółnem w dzikie ustronia, gdzie się bobry lęgły i miriady błotnego ptactwa. Poznał domowe psy, próg i zakąty, był jak u siebie.
Oswoił się z nim nawet Filip i nie uciekała Jadwinia, chociaż z tą znajomością szło najoporniej, bo dzieciak, czy go nie rozumiał, czy nie chciał, nie odpowiadał na najprostsze pytanie.
I tak upływał lipiec znojny i skwarny i dobiegała kresu rewizja i śledztwo inżyniera. Co prawda, mógłby robotę prędzej załatwić, bo winowajcy kradli tak bezczelnie, sprzeniewierzali rządowe pieniądze tak bezwstydnie, że i szperać nie było trzeba.
Ale Iłowicz przejął się rutyną urzędnika. Nie śpieszył, bo dzień każdy miał diety, każdy przejazd miał „prohony”, a im więcej zapisanego papieru na najmarniejszą sprawę, tym pewniejsza pochwała i awans.
Pisali tedy jego sekretarze i pisali, żeby się stało gwoli duchowi urzędniczemu, a Iłowicz wysyłał raporty, gromadził „sprawki”, „protokóły” i obliczał swe „prohony” i diety.
Zresztą ze złodziejami musiał politykować. Przecie mieli stosunki, plecy, protekcje, względność dla przestępstwa. Politykował tedy Iłowicz, myśląc w duchu:
Sprawę zamażą, a na mnie się skrupi. Kto zaręczy, że Afanasjew, którego teraz złapałem, jak kradł rządowe drzewo na kanale, za lat parę nie zostanie grubą rybą. A wtedy co? Ani się obejrzę, jak mnie przeflancują nad Peczorę albo do Jakucka. I tam są inżynierowie, którzy nie mieli sprytu! Mnie na to nie złapią.
Pisali tedy sekretarze puste frazesy, Iłowicz je podpisywał, winowajcy gościli go i honorowali i awans był pewny, jak pewne setki za „prohony” i diety.
Jedna pani Anna zakłócała mu spokój sumienia. Ona bo miała takie przedpotopowe teorie i poglądy, z którymi i dysputować nie było sposobu, a dokuczały.
Mówiła tedy:
– Jakże to, gdy spławiam drwa do miasteczka, ten twój Afanasjew każe mi płacić za każdy płot. Powiedz, ma on prawo, czy nie?
– To jest jego dochód! To się wszędzie praktykuje.
– Co to jest dochód? On bierze pensję, aby pilnował całości kanału. A on z nas ściąga podatek. To jest kradzież i bezprawie, bo ja wcale z kanału nie korzystam. Drwa zostają na rzece. Pisaliśmy na to zbiorową skargę, ciekawam rezolucji.
Iłowicz uśmiechnął się ironicznie. Więc żyły jeszcze w Rosji osoby, które na podobną skargę spodziewały się rezolucji.
– Jeśli ciocia chce, powiem Afanasjewowi, aby drzewo z Gródka uwolnił od opłaty. Ja to załatwię.
– O, co to, to nie! Płacą wszyscy, płacę i ja. Nie będzie powiedziano, że dla Janowej Barcikowskiej czynownicy czynią jakieś łaski. Co by o mnie pomyśleli sąsiedzi! Ty te bezprawia zanieś do wyższej władzy, poprzyj naszą skargę, niech tego złodzieja do turmy wpakują. Oto twój obowiązek.
– Dowiem się o losach waszej prośby i uczynię, co można! – odparł, byle się jej pozbyć, bo wiedział doskonale, że skargę dawno rzucono pod stół...
Nareszcie pewnego dnia Iłowicz oznajmił, że przyjechał na pożegnanie, że wracać musi do Petersburga.
Poprosiły go, aby dni kilka zabawił i przystał z chęcią, myśląc o dietach.
Tego wieczoru pani Anna przyszła do dziecinnego pokoju na konferencję z synową.
Dzieci już spały, babka zajrzała do każdego łóżka, dotknęła głowy, pogładziła po włosach i zatrzymała się nad Waciem. Twarz miała zamyśloną i smutną i bez słowa zrozumiały się z panią Barbarą.
– Trzeba się na coś zdecydować, rzekła wreszcie, wzdychając. Tedwin wrócił z miasta, mam list od doktorowej.
– Cóż, weźmie go na stancję?
– Wzięłaby, ale dyrektor gimnazjum nie pozwala. Wolno jej trzymać tylko własnych chłopców albo bliskich krewnych. Inni mogą być tylko na ogólnej kwaterze lub u profesora. Tedwin zwiedził te kwatery. Jedną utrzymuje wdowa po popie, drugą żona prystawa, pijaka. Dzieją się tam okropności, o których Tedwin ledwie mi śmiał opowiedzieć. Raczej zabić chłopca niż go tam umieścić. Katolikom nie wolno uczniów utrzymywać.
– Więc cóż będzie?
– Chyba byś sama tam zamieszkała, ale to niemożebne. Ja się tu bez ciebie nie obejdę, tych dwoje tu zostawić samopas nie sposób, tam zabrać za kosztowne. Tedwin mi wyrachował, ile to wyniesie. Bez pięciuset rubli rocznie ani zaczynać.
– Pięćset! Przecie wpis...
– Cóż znaczy wpis! – przerwała pani Anna. – Przecie dyrektorowi trzeba dać, a inspektorowi także, żeby chłopak został przyjęty. Profesor rosyjskiego nie bierze łapówki wprost, ale wymaga, by chłopak brał u niego dodatkowe lekcje, po trzy ruble, bo go inaczej do egzaminu nie dopuści. Na stancjach biorą rocznie dwieście rubli, a książki, a mundury, a inni profesorowie.
– Mój Boże, pięćset! To ani myśleć! – szepnęła zgnębiona matka.
– Więc chyba trzeba się zgodzić na propozycję Iłowicza. Oddać mu chłopca i płacić, ile można będzie. Trzysta rubli zbiorę z biedą.
– Ja mam te korale. Dają mi za nie sto pięćdziesiąt rubli. Wystarczy na wyekwipowanie.
– Korale trzeba dla Jadwini schować. Lepiej sprzedamy broń po Sewerynie, co dla chłopców przeznaczona. To się zbierze, mniejsza. Nie o grosz się troskam, ale czy godzi się nam chłopca dać od siebie. Taki młody, tak wrażliwy, a nuż na zatratę go damy.
– Na wakacje przyjedzie. Iłowicz obiecał go strzec.
– Iłowicz sam potrzebowałby opieki. Zarażony jest! Promyk nocnej lampki oświetlał ich twarze stroskane, pokryte bruzdami ciężkiej doli i wszelakich cierpień.
Patrzały na uśpionego chłopaka, walcząc ze sprzecznymi uczuciami, nieświadome, gdzie świętszy obowiązek. Nareszcie babka odetchnęła głęboko.
– Ja myślę, Basiu, że jednakże powinnyśmy go kształcić – dać wychowanie: chleb i byt zapewnić. Tu, na ziemi, ledwie się trzymać można – nie godzi się mu drogi zagradzać dla bojaźni. – Wstyd by nam było, żebyśmy go nie utrwaliły dotąd w zasadach i wierze! Przecie on ma dwanaście lat, nad wiek jest rozwinięty i myślący, niech idzie w świat i walczy. Innego wyjścia ja nie widzę.
– O, matko, a jeśli go tam zwichną, skoślawią? – Mnie tak straszno, tak bardzo straszno. Ja bym o Filipa mniej się bała. Ten taki uczuciowy i wrażliwy.
– A ja jestem go pewna. Złego towarzystwa nie zechce, niezdrowego wpływu nie przyjmie. W jego rodzie nie było zdrajców ani odstępców, a gniazdo kochali nade wszystko. Filip nam może wstydu przysporzyć, ten nie!
– Wasza wola, matko! – szepnęła przez łzy pani Barbara. Pochyliła się nad Waciem i łzy biegły na głowę chłopaka. Zdawało się jej, że go na śmierć oddaje, że go już nigdy nie odzyska.
– Bądźże rozsądna. Trzeba ofiarę ze siebie uczynić, zresztą chłopca przy spódnicy nie można trzymać. Mnie też jest ciężko, ale to nasz obowiązek. Poprawiła kołdrę, przesunęła rękę po włosach wnuka, raz jeszcze ciężko westchnęła i odeszła. A matka uklękła przy łóżeczku i poczęła się gorąco modlić.
I tak się zadecydował los Wacia. Nazajutrz omówiono sprawę z Iłowiczem i poczęto spiesznie szyć wyprawę chłopcu. Uwolniono go od lekcji i matka trzymała go przy sobie, ucząc, tłumacząc, ostatnie swe dając polecenie, ryjąc w pamięć i duszę.
Chłopak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z okropnej zmiany i przewrotu, który przechodził. Matczynymi zaklęciami był przejęty, skupiony, dumny, że go traktuje jak dorosłego, że ma być bohaterem.
Ciekawy był świata, dalekiej podróży, munduru, kolegów, wielkiego świata. Paliło mu się w głowie i nie dawało spać po nocach. Kochał dom i rodzinę, ale ciekawość przeważała. Chciałby już jechać. Dłużyły mu się dni, które dla pani Barbary ulatywały za prędko – chwilami się zdawały.
Ostatniego dnia, gdy kufer był gotów, a Iłowicz zapowiadał ranny wyjazd, bo jeszcze w miasteczku musiał parę godzin spędzić, pani Barbara poprowadziła Wacia na wał forteczki, nad nurt wirujący i tam ostatni raz powtórzyła mu swe przykazanie.
– Pamiętaj, żeś Polak i katolik. Żeś powinien być prawy przed Bogiem i przed rodakami. Pacierz co dzień mów, medalika z szyi nie zdejmuj... Pamiętaj to, pamiętaj zawsze – ale milcz i pracuj. Łaski nie proś, przyjaźni nie zawieraj, bo nie wiesz, czy na dłoni, którą ci kto poda, nie ma krwi lub krzywdy. Ubogi jesteś – i niewolnik – cierpieć masz i znosić, boś słaby, ale chleba z nimi nie łam, serca im swego nie otwieraj. Gdybyś to uczynił, przeklęty będziesz, ja się ciebie wyrzeknę, Bóg się od ciebie odwróci – i będzie z tobą jak w tej pieśni, com cię wczoraj nauczyła. Powiedz ją! Wacio drżący, przejęty, nieswoim głosem jął mówić:
Głód, powietrze, ogień, woda
I wszelaka: la przygoda
Będzie temu, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą.
A gdy umrze, garści ziemi.
Gdzie by spoczął między swemi,
Nie dostanie, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą.
Marnie zginie, wiatr rozniesie
Prochy jego po wszym świecie,
Marnie zginie – kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą.
– Nauczyłam cię pacierza, nauczyłam historii, nauczyłam pieśni. Mówię tobie jak dorosłemu: wierzę ci i nadzieję dobrą mam w tobie. Gdybyś mię zawiódł, to bym nie żyła, pamiętaj – umrę, gdy mej nauki zapomnisz, prośby nie wypełnisz. Tyś teraz głowa rodu, który trzysta lat na tej ziemi trwa i tak myślał i czynił – jak cię uczę. – O, moje dziecko kochane – bądź mi pociechą i chlubą!
Objęła go rękami za głowę, płacząc żałośnie, a chłopak się też rozpłakał – i przez łzy powtarzał:
– Ja mamusię kocham nade wszystko. Będę co dzień pisał – wszystko napiszę – i co mamusia każe, zrobię. Ja chcę bohaterem być!
Na widnokręgu – na tle zachodu, tajemniczy młyn czerniał, zawsze nieruchomy. Rzeka, lasy, łąki były puste i głuche i jak zwykle, wielki smętek leżał nad okolicą rodzinną, z której Wacio odchodził jak odchodzili przodkowie jego – na boje.
I tamtych matki żegnały – ale żadna z taką trwogą jak pani Barbara. Bo tamte matki troskały się o rany i kalectwa cielesne, a ona o duszę swego chłopca.
Wracali potem do domu, skupieni i poważni jak po przysiędze lub nabożeństwie, i Wacio przez łzy – patrzał na dwór i pola, które już jutro opuści.
Na płocie, przy bocznym ganku, siedział Filip, jakby na nich czatował; i on był posępny i jakiś oszołomiony. Zbliżył się i brata za rękaw pociągnął. Weszli razem do dziecinnego pokoju, gdzie panował nieład pakowania, i Filip rzekł:
– Ja tobie dam moją skrzynkę. Jest przy niej zamek i klucz. Masz, tobie potrzebna! Upakuj w nią wszystko, co masz pięknych rzeczy, żeby ci ich nie ukradli.
I wydobył spod łóżka pudełko staroświeckie, które na strychu znalazł – i u matki wyprosił. Było to najdroższe – co posiadał. Wykleił je kolorowym papierem, a klucz zawsze przy sobie nosił.
Teraz począł swe skarby wytrząsać. Były tam kawałki żelaza, baty, haczyki do wędek, rzemyki, sprzążki, i osobno – owinięte w bibułę – spinki, kupione u Węgra, scyzoryk i harmonijka malutka. Wszystko wytrząsnął i puste pudełko oddał bratu.
– Masz, tylko klucza nie zgub. No, pokaż, co ty tu chowasz. Wacio przyniósł swe skarby i siedząc na ziemi, poczęli je pakować.
Były tam tak piękne rzeczy, o których Filip nawet nie marzył. Był papier i pióra, książka do nabożeństwa z obrazkami, sakiewka jedwabna z „prawdziwymi” srebrnymi pierścionkami, a w niej całe trzy ruble i potrójny orzech na szczęście. Był scyzoryk drogi, może rublowy, pachnące mydełko, fotografia matki w ramkach i farby w pudełku. Bez zawiści Filip na to patrzył, pomagał układać. Wreszcie rzekł:
– O swoje króliki możesz być spokojny. Ja ich dopatrzę, na tę smarkatą nie będę się spuszczał. Bo teraz mama mi kazała gospodarzem tu być – dopilnuję wszystkiego! Czy tobie nie strach odjeżdżać?
– Czego? Będę się najlepiej uczył, będę nagrody brał.
– Oho – nagrody! Oni figę ci dadzą. Będą cię tłuc jak stary Piotr dywany, aż pyl leci.
– Et, co ty wiesz!
– Zobaczysz! Bazylowej wnuk był w szkole, w Petersburgu, i uciekł, bo mu kazali do cerkwi chodzić. Będzie i z tobą tak – tylko się nie przyznasz!
– Do cerkwi nie pójdę i bić siebie nie dam.
– To cię na Sybir ześlą i co poradzisz! Ja stąd nie pójdę za nic.
– Boby ciebie wuj nie wziął. Za mały jesteś i nic nie umiesz.
– Żebym chciał, to bym i bez wuja trafił. Ale ja nie chcę. Mam tu robotę. Ale ty napisz do mnie list – osobno do mnie. Dobrze?
– Napiszę.
– Pamiętaj, jak nie napiszesz, to skrzynkę odbiorę na wakacje. Cóż, podoba ci się ona?
– Dziękuję ci, przyślę ci za to wielką harmonię.
– E, co mi tam harmonia. Nic nie przysyłaj. Ja ci daję na pamiątkę, tak, z ochoty. Szkoda, że jedziesz!
I zamyślił się, nie umiejąc wyrazić godnie żalu. Chciało mu się płakać, ale na to by sobie nie pozwolił, bo to był wstyd i ujma honoru.
Raptem zerwał się i począł swe skarby zbierać, wpychać je do kieszeni i w zanadrze – po chłopsku. Poznał z daleka krok babki, której spotykać nie lubił.
Pani Anna weszła, niosąc stos bielizny. Domowe było płótno, przesiąkłe zapachem ziół, którymi je w kufrach przekładano.
Spojrzała na dzieci surowo, jak zwykle, i rzekła do Wacia niezwykle łagodnie:
– No, dziecko, masz tu koszuliny nowe i całe. Szanujże ubrania, bo na cały rok ma ci starczyć. A z nagrodą wracaj, egzamin zdaj, pierwszym bądź. Jeśli co złego o tobie się dowiem, jak ojciec ukarzę. Matkę przebłagasz, ale mnie nie. Jestem jednak pewna, że wstydu mnie nie zrobisz. Prawda? Jeśli ci co będzie brakować, to śmiało pisz, a jeśli bardzo ci ciężko stanie, to cię zabiorę. Ale to by wstyd był, żeś nie przecierpiał.
Pieniędzy u wuja nie proś, o nic się nie napieraj, obywaj się, jak można, boś ubogi, ale łaski nie potrzebujesz. Niechże cię Pan Bóg prowadzi i błogosławi.
Zakreśliła krzyż nad nim, pocałowała w głowę i prędko odeszła, nie chcąc się roztkliwiać.
Nazajutrz wczesnym rankiem odjechali.
Staroświecka najtyczanka i czwórka sędziwa wywiozła ich do miasteczka. W ostatniej chwili Wacio płakał okropnie, rzucał się na szyję matki i babki, obejmował Jadwinię i służbę domową.
Wszyscy byli powarzeni i smutni, pani Barbara postarzała się o dziesięć lat, pani Anna roztargniona. Bryka wytoczyła się za bramę, wołano z ganku ostatnie pożegnania, zagłuszone turkotem. Wacio wyglądał, wstrząsany łkaniem. Iłowicz zapalił cygaro.
Droga skręciła, drzewa zakryły podwórze i dom, wreszcie i dwór cały zniknął za piaszczystym wzgórzem.
Na czubie przydrożnego dębu, schowany w gałęziach, Filip siedział i patrzył za powozem. Rano nie przyszedł się pożegnać, choć go wołano, nie usłuchał.
Bał się okazać żal – i płakać.
Teraz, zakryty liśćmi, chlipał i nie zszedł, aż mu łozy i piaski zakryły zupełnie powóz.
I popłynęło dalej cichym, monotonnym trybem życie w Gródku, z codziennymi sprawami, troskami, rzadkim wytchnieniem lub rozrywką.
Zostało po Waciu puste łóżeczko i miejsce przy stole, w sercu babki wielka nadzieja, w sercu matki wielki niepokój.
Rodzeństwo, dzieci, prędko zapomnieli o nim, nieliczni znajomi ledwie zauważyli, że ubył, a gdy się dowiedzieli, chwalili postanowienie kobiet, zazdroszcząc nawet trochę protekcji wpływowego krewnego.
Pani Barbara oczekiwała listu gorączkowo.
Przyszedł zaledwie po miesiącu. Wacio donosił, ze mu bardzo dobrze u wuja, że go bawią i pieszczą, że przygotowuje się do egzaminu, sam jeszcze nie wie do jakiej szkoły.
Był dopisek Iłowicza, że chłopak prędko się z losem pogodził, że jest posłuszny i ambitny, uczy się dobrze – i że ma nadzieję przy wielkiem staraniu umieścić go u „prawowiedów”.
Co prawda, Iłowicz już żałował, że obarczył się chłopcem. W jego kawalerskim życiu wychowaniec był niedogodny. Dowieź żył wesoło – lubił towarzystwo, karty, hulankę. Przyjmował kolegów, miał „stosuneczki”, przywykł do woli i swobody.
A tu spadł mu na głowę chłopak ciekawy i rozwinięty, który o wszystko pytał, dziwił się, śledził, a przy tym potrzebował opieki i zajęcia.
Więc tedy postanowił wywinąć się zręcznie od obowiązków. Zapakować chłopaka do internatu – pozbyć się świadka i kłopotu. Widywać go tylko co parę tygodni, opiekę zastąpić pieniędzmi.
Pani Barbara przeraziła się internatem. Więc dziecko jej wezmą całkiem w niewolę. A któż sprostuje mu kłamstwa, którymi tam jego umysł nakarmią, kto dopilnuje jego pacierza, mowy. Napisała tedy do I łowicza swe wątpliwości i trwogi, prosząc, by go z domu nie oddawał, posyłał do gimnazjum.
W trzy dni po wysłaniu listu nadeszła wiadomość z Petersburga. Wacio egzamin świetnie zdał, był przyjęty do „prawowiedów”. I łowicz szczycił się i zachwycał tym rezultatem, pisał tak wymownie, że przekonał nawet panią Annę.
– I o jest szkoła wyborowa, kosztowna, lada jakiej hałastry nie bywa, jest „pewność”, że chłopak nihilistą nie zostanie, nie zmarnuje się jak Kazio Osowski, co z czwartego kursu technologów poszedł na Sachalin. A zasady i wiary dopilnujemy na wakacjach. Zresztą pisać będziemy.
Ba – i pisać nie było łatwo. W następnym liście przestrzegł Iłowicz, aby pisano bardzo oględnie, gdyż korespondencja od i do chłopców podlega cenzurze szkolnego zarządu. Żeby zatem uważały, co i jak piszą, bo mogą i siebie, i chłopca skompromitować.
Zaraz też pierwsze listy Wacia to okazały. Snać chłopaka ostrzegł łowicz czy koledzy, bo pisał krótko, sucho, po żołniersku, o swych naukach tylko i z pozdrowieniem. Wspomniał tylko, że ma przyjaciela w klasie i towarzysza w sypialni, Jana Lassotę, który także ma siostrę Jadwinię i króliki w domu.
I zobaczyła pani Barbara z przerażeniem, że w pisowni użył już trzy razy liter rosyjskich przez pomyłkę.
Gdy list przychodził, Filip dopytywał o wieści. Dziki chłopak wziął na ambil, przychodził do matki na naukę i nie krzywdził Jadwini, czasem dopominał się o zajęcie i polecenie każde skrupulatnie spełniał.
Matka odczytała mu list i rzekła:
– Widzisz, jak Waciowi tam dobrze. Mógłbyś i ty pójść do szkół, mieć śliczny mundur i kolegów do zabawy i pracy, żebyś się uczył.
– Ba!... A kto tutaj zostanie? – odparł. – Taki mądry, wielki pan jak Wacio nie zechce siana dzielić z chłopem, a zimą bydła doglądać! Ho, ho, taki nie on, a ja będę gospodarzem. Tak zhardział, do mnie obiecał napisać, a nie pisze! Niech mu będzie smaczny Lassota, ja też bez kolegi nie zostanę.
Uważała pani Barbara, że pochwała postępów Wacława nie wzbudzała w nim ambicji, owszem, upór i powrót do dzikości. Po takim liście znowu się buntował, nie pilnował domu, stawał się coraz zuchwalszy.
Przyszło do tego, że parę nocy spędził poza domem, zapewne w swych „domach”. Odebrał chłostę od babki i przesiedział o chlebie i wodzie w lamusach.
Na to przestał przychodzić do matki na naukę i gdy mu zapowiedziała, że straci kasztanowate źrebię, wyrzekł się go zuchwale.
– Niech je sobie mama zabierze. Ja sobie kupię jeszcze ładniejsze.
Co gorsza, Jadwinia, pozbawiona wpływu starszego, przystała duszą i ciałem do młodszego brata i nabierała jego wad i swawoli.
Uciekali teraz we dwoje na włóczęgi po ogrodzie i polach, rabowali owoce, piekli kartofle w popiele z wiejskimi dziećmi, brodzili po rzece, łazili po drzewach, płatali tysiączne psoty.
– Co tu robić? Co robić? – rozpaczała pani Barbara, zużywszy gderania, morałów, próśb i skarg jednakowo bezskutecznie.
– Niech no zima! – mówiła filozoficznie babka. – Mróz ich do domu zapędzi, a wtedy weźmiemy w kluby. Będę siec, siec!
Przyszła jesień chłodna, dni krótsze, długie wieczory. Listy od Wacia były coraz rzadsze i coraz się pamięcią od domu oddalał. Już nie pytał o króliki i ogródek, nie dawał poleceń – zapominał. Nauki szły mu dobrze, potwierdzał to Iłowicz, ilekroć doń matka udawała się po wieści.
Teraz pani Barbara rachowała czas do wakacji. Młodsze dzieci, wedle przepowiedni babki, więcej się domu trzymały. Pan Tedwin rozpoczął znowu porządne wykłady, ale z małym skutkiem.
Filip gorzej czytał i pisał od Jadwini nawet, był nieuważny i tylko wyglądał końca lekcji, by zemknąć od nauczyciela.
Przyszedł nań gust ciesielki. Zwłóczył do pokoju drzewo i deski, budował czółna, młyny, wszystko bardzo fantastyczne i nieudolne. Pomimo wszystkich wad była w tym chłopcu wielka pracowitość i zawziętość do postanowienia.
Jednakże potrafili gdzieś się ukrywać i spędzać bez dozoru długie godziny. Myślała zrazu pani Barbara, że przesiadują u Bazylowej w oficynie, ale i tam ich nie było.
Jadwinia badana nie zdradziła ukrycia, Filipa nawet nie próbowano śledzić. Pani Anna zniecierpliwiona dała obojgu rózgi i zapowiedziała, że gdy się jeszcze raz schowają, dostaną zdwojoną porcję. Pomimo to dzieci nazajutrz, w godzinie lekcji, znowu zginęły.
Rozpoczęto tedy nie na żarty przeszukiwanie dworu i odkryto, że dzieci przez sień boczną dostały się na strych i tam, we framugach olbrzymich kominów, miały zimową kryjówkę. Było to bardzo dowcipne schowanko; urządziły się nawet wygodnie, bo miały zapasy jedzenia, pościągane ze sadu i ogrodu owoce, orzechy, groch, co się dało uchwycić.
Egzekucja, która potem nastąpiła, pozostała pamiętna obojgu, przez dłuższy czas zapanowała karność i spokój, ale Filip miał złe oczy i kreśląc laski w zeszycie, przemyśliwał odwet.
Razu pewnego zwierzył się ze swych planów Jadwini, którą zupełnie zawojował.
– Wiesz ty, że ja się wybieram w świat! – rzekł jej.
– Gdzie? To i ja! – odparła z zupełną gotowością.
– Nie, sam pójdę. Dojdę do morza, wsiądę na okręt, a jak się rozbije, osiądę na bezludnej wyspie jak Robinson i sam sobie wszystko zrobię, i wyspa będzie moja.
– To i ja z tobą! – szepnęła.
– Ty poczekasz, aż ci przyślę wiadomość, że już! Złapię bociana i list mu przywiążę.
– Aha, a jeśli to będzie jaki cudzy bocian, nie nasz? Zamyślił się, ale pomysły miał na zawołanie.
– Napiszę: do Jadwigi Barcikowskiej, to kto znajdzie, to ci odeśle.
– A jakże uciekniesz, złapią cię i babunia da rózgi.
– Oho, nie znajdą! Ja to wszystko obmyślę sprytnie. Niech no wiosna!
Zdziwiła się bardzo pani Barbara, zdybawszy go raz, jak szył płócienną suknię.
– Na co ci to?
– Tak sobie! – odparł. – Trzeba wszystko umieć zrobić!
– Czemuż nie chcesz umieć czytać i pisać?...
– To już Wacio będzie umiał za dwóch! Ja chcę pracować. Przekonania chłopskiego, że nauka jest próżniactwem, nie można mu było z upartej głowy wybić.
– Więc chcesz być pastuchem czy parobkiem? – wołała matka z rozpaczą.
– Zobaczy mama, czym będę! – mówił z gęstą miną. – Ja będę nad wszystkich silniejszy!
Minęła zima, przyleciały skowronki i dzikie gęsi, kra spłynęła z rzek, spleśniała ziemia wyjrzała spod śniegu, dzieci objęły w posiadanie ogród i zwiedzały zeszłoroczne kryjówki i coś ze sobą radziły po kątach.
Pewnego dnia na obiad przyszła tylko Jadwinia, zapłakana, wystraszona.
– Gdzie Filip? – spytano.
– Nie wiem! – odparła lakonicznie.
Cały dzień nie wyszła, siedziała w kącie, popłakując.
– Co ci, dziecko! Może cię Filip skrzywdził? – badała matka troskliwie.
– Nie! – odpowiadała, połykając łzy.
Na wieczerzę Filip się nie pokazał. Szukano, wołano – bezskutecznie.
Noc zeszła w trwodze i niepokoju. Rano, rozesławszy gońców na wsze strony, wzięto na spytki Jadwinię.
Długo się wykręcała, wreszcie wyznała:
– Filip popłynął aż do morza na bezludną wyspę. Wziął czółno ogrodowe i pewnie już niedaleko morza!
Ile było czółen we wsi, wszystkie ruszyły szukać zbiega, ale nikt nie wierzył, by go żywym powrócono. Zapewne się utopił na pierwszym zakręcie lub wirze. W wielkiej trosce upłynął cały dzień i noc. Rano pod dom zajechała bryczka, w której siedział niemłody mężczyzna i Filip.
– Mój Boże, dzięki ci, że żyje! – zawołała pani Barbara, zapominając o całej winie, nie uważając na nieznanego zbawcę.
Pani Anna poznała go i poczęła dziękować.
Był to imiennik, Barcikowski, rządca w hrabiowskich dobrach.
Oddał chłopca matce i opowiedział całą historię.
– Wczoraj rano znalazłem go nad rzeką, mokrego od stóp do głowy. Czółno się wywróciło, wpadł w wodę i dopłynął do brzegu. Skostniał i osłabł, ledwie go rozgrzali u mnie w domu i ledwie się dowiedziałem, kto jest. Plótł jak na mękach – prosił o służbę i zajęcie, wybierał się dalej iść, kłamał, że go wysłano do miasteczka. Ale się zdradził, że mieszka w Gródku, i oto odwożę paniom kawalera. Wart plag, ale kamienny to będzie kiedyś człowiek.
– Do grobu on nas obie wpędzi przed czasem! – rzekła pani Anna desperacko.
Barcikowski, ogromny chłop, patrzący bystro i rozumnie spod krzaczastych brwi, ręką machnął.
– Niech panie nie desperują, miałem i ja takiego. Nic się uczyć nie chciał, nikogo nie słuchał, najszaleńsze psoty płatał. Wszystkiem laski na nim pobił, bez skutku. Więc zaprzągłem do roboty smarkacza, miał czternaście lat. Wyręczałem się nim, dawałem rozkazy, używałem do posyłek. I chłopak się ujeździł, uchodził, żem go nie poznawał, nastarczyć zajęcia nie było można. Miałbym z niego pociechę!
– Ale co? – zagadnęła pani Anna.
– Ano, umarł! – mruknął ponuro olbrzym.
– Pewnie wypadek.
– Nie. Tyfusu dostał, oboje! Córka została... on nie wytrzymał.
– Pan ma więcej dzieci?
– Nie, jedną córkę, najmłodszą. Osiem lat skończyła. Hoduje ją ciotka, bo i żona zmarła. Miałem pięcioro dzieci, matkę, żonę. Wszystkom pochował w Ładyniu.
– To już pan dawno tam służy?
– Już osiemnaście lat.
– Ale w Dyszni kto pozostał?
– Bratum oddał, bo dzielić się nie było czym. Jeszcze go często poratować trzeba, żeby się utrzymał. Chłopców ma, niech siedzą na ziemi. A pani więcej wnuków ma?
– Dwóch! Starszy się uczy w Petersburgu i ten niecnota. Jest i dziewczynka, ośmiolatka. Drobiazg!
– Uchowa im pani Gródek, aż dorosną. Taki u pani ład i skład widać i słychać, że aż miło.
Uśmiechnęła się pani Anna, pochlebiona w swej dumie i pracy. Barcikowscy z Dyszni byli zwykle lekceważeni przez Gródeckich i ledwie się znali, ale ten podobał się pani Annie.
– To niechże pan moją gospodarkę bliżej obejrzy – zaproponowała.
Tymczasem pani Barbara zajęta była odzyskanym Filipem. Trzeba go było przebrać i wyszorować, wyglądał istotnie jak rozbitek.
Dawał ze sobą robić, co chciano, stracił butę i zuchwałość, patrzał posępnie jak wilczek, pojmany w sieć, zmęczony oporem i buntem.
– Teraz będzie bicie! – myślał, zaciskając usta.
Ale pani Barbara wzięła go do swego pokoju i spytała smutno:
– Dlaczegoś tak zrobił, Filipie! Taką troskę, niepokój, strach! Dlaczegożeś ode mnie uciekł, dlaczegoś mnie porzucił?
– Ja od mamy nie uciekałem! – zamruczał. – Żebym sobie wyspę dostał, to bym zabrał mamę i Jadwinię.
– A dlaczegoż to ze mną nie chcesz być?
– Bo mi się nudzi. Nie mam co robić porządnie.
– A cóż byś chciał robić!
– Cokolwiek, ale żebym sam robił. Ten pan mówił, żebym już mógł na ogrodnika pójść, ale ja wolę na furmana albo na kowala.
– To czemużeś mi tego nie powiedział?
– Bo mama mnie ma za dziecko i nie słucha!
– A ty nie dotrzymujesz obietnic. Obiecałeś mi wysłużyć sobie źrebię – i co?
– I co? – wybuchnął. – I mama raz na tydzień coś mi kazała robić, a resztę czasu pan Tedwin mnie trzymał. A babunia mnie bije. Czemu nie bije Pawła, furmana, co owies na wieś nosi, czemu nie bije Marka, kowala, co chłopom siekiery z naszego żelaza robi, albo Teodora, ekonoma, co śpi na łące, jak chłopi siano wożą! Oho, ja wszystko wiem!
– Trzeba było babuni powiedzieć.
– Oho, niech babunia mię sama zapyta... Tu się zamyślił i nagle zapytał:
– Dostanę w skórę, jak ten pan pójdzie?
– A czyś nie zasłużył? Poczerwieniał i zbladł i pięści zacisnął.
– Dopóki mnie bić będą, będę uciekał i ucieknę! Ja nie chcę, żeby mnie bili!
– Więc stań się innym, a będziemy cię traktowali jak człowieka dorosłego. Ale ty próśb i nauk nie słuchasz, jesteś krnąbrny i zły. Zgryzotę i wstyd tylko nam sprawiasz. Zmuszasz nas sam do kary!
Filip milczał. Był zrozpaczony swą klęską. Czółno się przewróciło, sakwy jego, wypchane chlebem, narzędzia, przeznaczone do bezludnej wyspy, broń, do walki z ludożercami – wszystko przepadło i odwieziono go na razy babki i pośmiewisko całego dworu.
W tej chwili pani Anna zawołała synową do gościa. Już wrócili z gospodarskiej lustracji, a że chwalił ład i dobytek, więc zupełnie ujął gospodynię.
– Wiesz ty. Basiu, co mi proponuje pan Barcikowski? – rzekła. – Chce wziąć do siebie Filipa na naukę.
– Toć dziecko małe – szepnęła pani Barbara. – Jeden nam tylko został!
– Jeden – ale temu my rady nie damy. On potrzebuje męskiej ręki i kierunku. Tyś za słaba, ja nie mam czasu – chłopak się zmarnuje, jeśli życia nie straci w szaleństwach. Mnie już sił braknie na borykanie się z nim.
Pani Barbara milczała, jak zwykle, wobec woli świekry, a Barcikowski rzeki:
– Majątek duży paniom został, a nie byle kto da mu rady. Chłopak musi coś umieć, jeśli ma nim zarządzać. U mnie nabrałby rutyny i praktyki.
– Taki mały jeszcze! – szepnęła matka.
– Potrafi jednak dokuczyć za kilku dorosłych – mruknęła pani Anna.
– Niechby podrósł, choć parę lat jeszcze! – protestowała pani Barbara. – Mam nadzieję, że się poprawi.
– Jak chcesz. Zmuszać cię nie będę – umywam ręce!
– Ja zaś i za parę lat, jeśli dożyję, gotówem go na praktykę wziąć. Podobał mi się chłopak, i wspomną panie moje słowo, że kamienny człowiek z niego będzie, potrzebne do wszelkiego zawodu są zdolności i siły, ale na tutejszej ziemi trwać to bodaj najcięższy zawód.
Jestem zdania, że tyle majątków upada dlatego tylko, że rodzice nie najlepsze dzieci zostawiają na roli. Jużem się nieraz o to spierał. Kto kilku synów ma, a jest wśród nich nieuk, to powiadają: ten może szkół nie kończyć – niech gospodaruje. Aha, przeszły te czasy, że majątek był synekurą! Ile to fachów musi teraz posiadać rolnik, by się ostał! Niby to my kochamy tę ziemię, a zbywamy ją byle czym, byle kim. Co zdolniejsze, zmyka w świat na lżejszy chleb! Żebym ja syna miał i kawałek ziemi, nie puściłbym, go w świat, ale bym go uczynił fachowym agronomem. Nieprzebrane skarby są w roli!
– Słusznie pan mówi, ale nie zawsze można uczynić, co się pragnie. Nasz chłopak nie chce się niczego uczyć. Zużyłyśmy już wszystkie argumenty.
– A on tylko marzy o pracy i obowiązku. Ręczę, że już by mógł pani pomagać. Rzadki w tym dziecku jest spryt i rozwinięcie – ale nie do nauk, tylko do czynu. Okrutnie mi się podobał. Będzie z niego człowiek! Zobaczą panie.
Pani Anna zamyśliła się. Pierwszy to raz ktoś zwrócił uwagę na upośledzonego Filipa. Ona sama dotąd pamiętała o nim tyle tylko, ilekroć trzeba było karać.
Barcikowski został na obiedzie, na który też i zbieg przyszedł, ukosem patrząc na wszystkich w oczekiwaniu egzekucji.
– No, i cóż, kawalerze! – zagadnął go Barcikowski – pojedziemy razem do Ładynia. Babunia i mama oddają ciebie na służbę do mnie. Podoba ci się?
Filip zerknął na babkę i matkę – i spytał:
– A czego ja będę u pana doglądał?
– Koni.
– Tylko ja sam, nikt więcej?
– Nikt.
– To dobrze! – odparł po namyśle i znowu po chwili zagadnął:
– A ile mi pan zapłaci?
– Trzydzieści rubli. Chłopak kiwnął na zgodę.
– A cóż ty zrobisz z trzydziestu rublami? – spytała matka.
– Kupię sobie konia i fuzję! – mówił coraz śmielej.
– A umiesz strzelać? – zagadnął Barcikowski.
– Ojej! Wielka sztuka. Strzelałem nieraz.
– A któż ci fuzję dawał?
– Nikt nie dawał. U ogrodnika w budzie wisi!
– A zabiłeś cokolwiek?
– Ojej! – odpowiedział, ale urwał, a Jadwinia dodała:
– A kaczkę jakeś zabił, to gdzieś zginęła w wodzie.
Filip szturchnął ją w bok. Umilkła przerażona. Była to swojska kaczka, zastrzelona przez pomyłkę.
Po obiedzie odjechał Barcikowski, a Filip daremnie oczekiwał egzekucji. Babka pojechała w pole, do siewu, matka miała wyżej głowy roboty w ogrodzie i oborze – zapomniano o nim.
Chłopak był oburzony, że zażartowano widocznie z niego co do tej służby w Ładyniu i pełen złych myśli, umknął na pociechę do Bazylowej.
Babina mieszkała w oficynie, obok kurników, i zajmowała się z zamiłowaniem lęgiem drobiu.
W stancji pełno było piskląt, kwok gdaczących i gniazd. Starowina krzątała się wśród tego drobiu, sucha i zawsze zatroskana swymi pupilami. Ale dla faworyta, Filipa, którego niańczyła, znalazła uśmiech i czas na gawędę.
– Cóż ty, kotku, zrobił? Śmierci szukał i nawet mnie się nie przyznał. Ja to już ciebie opłakała! Może ty jeść chcesz?... Może tobie mleczka dać?
– Cholera! – burknął dosadnie urwis, rzucając się na posłanie starej i kopiąc nogami.
– Filipku! Cytże, cyt! – upominała łagodnie. – Kurczęta mi postraszysz! Cóż? Wybili ciebie? Boli?
– Nie wybili jeszcze. A ja poprzysiągł, że ucieknę, i ucieknę! Ja tu nie wytrzymam!
– Chryste, Jezu! Do ciebie coś przystąpiło. Co ci za krzywda. Niegłodnyś, odziany, obuty, do roboty cię nie gonią. Opamiętaj się!
– Nie opamiętam się. Niech mnie na służbę puszczą. Choroba na takie życie!
Klął jak jego rówieśnicy i koledzy, wioskowe wyrostki. Bazylową nie bardzo to gorszyło, ale nie rozumiała jego żądzy pracy.
– Oj, kotku! Ty nie wiesz, co to robota i służba, kiedy się jej napierasz. A toć niewola. A ty panować możesz. Dajże pokój wariacji. Ot, na ryby pójdź, raków popukaj. Zabaw się!
– Nie chcę! Nie będę! Ten pan mi obiecał służbę, niech mnie puszczą. Ja ich nie potrzebuję, ja nie dziecko.
– Chryste, Jezu! Ty nie dziecko? A cóż? Może żenić się chcesz? Losy do wojska już ciągnąć?
– Maksym Sojka rok ode mnie młodszy, a już na służbę poszedł. W niedzielę do chaty przychodził i pokazywał mi pieniądze, co zarobił.
– Toć Maksym z biedy służy – bo sierota, a ty pan i dziedzic! Coś ci zadali w tym Ładyniu, żeby cię przyciągnąć. Powiedz – pił ty tam co?
– Pił herbatę.
– A kto ci podał?
– Jakaś stara pani.
– Aaa, a wsypała co do niej?
– Nie, tylko ta mała, co tam jest, wrzuciła mi do szklanki swoją bułkę.
Bazylową podumała chwilę i głową potrząsła.
– Nie może być! – zdecydowała.
Filip patrzał w sufit i sapał oburzony.
– Oszukali mnie, ciągle zwodzą! – wybuchnął. – Ja im urządzę sztukę!
– No, no! Powiedzże mnie.
– Nie powiem nikomu. Zobaczycie! Zerwał się i wyleciał ze stancji.
– Chryste, Jezu! Trzeba panią ostrzec! – zawołała babina, ogarniając się, i ruszyła do dworu.
Pani Barbara wysłuchała ze strachem relacji i poczęła wołać Filipa, naturalnie bez skutku.
Znowu szukano go wszędy i dopiero po kilku godzinach okazało się, że przebrnął rzekę, uchwycił w stadninie konia, Michałka, pastucha, pobił, odebrał mu uzdę, na konia wsiadł i poleciał – Bóg wie gdzie.
Pobicie Michałka było problematyczne; zapewne ci towarzysze figlów i psot umówili się zgodnie, a owe razy i wydarcie uzdy było wymysłem dla osłonięcia pasterza przed odpowiedzialnością.
Pani Barbara pozostała bez argumentu wobec świekry.
– A co? Nie mówiłam ci! Oddać go Barcikowskiemu, kiedy brać chce! nie dasz mu rady! Cóż, katować go będziemy! Co to pomaga! Co dzień gorzej! Wstyd tylko wobec ludzi i zgryzota! To ród taki, niczym niepohamowany. Nie damy rady – nie damy. Odrodziły się w nim wszystkie szaleństwa przodków. Na Boga się zdać; albo szubienicy się doigra, albo krzyża! My już nic nie poradzimy. Teraz pewno do Ładynia umknął! Pojedziemy tam obie jutro, przeprosimy Barcikowskiego i jeśli jeszcze chce, niech go trzyma!
Tej nocy pani Barbara wcale nie spała. Widziała wciąż dwa puste łóżeczka chłopców jak dwa gniazdka, z których ptaszęta wyfrunęły tak wcześnie, takie małe i słabe, i czuła się teraz zupełną sierotą.
Gdy pomyślała o Jadwini, jeszcze ją większa gorycz ogarniała. Po co ten drobiazg się urodził i chował! Na dolę jej podobną, bez słońca i swobody. Za lat dziesiątek pójdzie – jak ona – w obcy dom i prócz pracy i trosk nic nie zazna.
Nie było biedactwu się rodzić!
Nazajutrz rano pojechały do Ładynia.
Dobra hrabiowskie leżały już poza siecią rzek i moczarów, w żyznej ziemi, i odcinały się wybitnie od majątków drobniejszych obywateli dobrobytem i kulturą. Pani Anna przypatrywała się z przyjemnością łanom, dobrze uprawnym, rosłej fornalce, pługom i siew – nikom, sile i dostatkowi gospodarki.
Klucz to był, siedem folwarków, fortuna pańska. Sama rezydencja, pałac w parku, była jak zaklęty zamek w baśni. Nikt tam nie mieszkał.
Hrabia przyjeżdżał rzadko kiedy, w jesieni na polowanie; nikt go nie znał w okolicy.
Z dala od rezydencji stał dwór właściwy, rojny, gwarny, tętniący życiem. Tam w niepozornym, drewnianym domu mieszkał rzeczywisty władca i wódz ziemi i roboczej armii.
Gdy panie z Gródka stanęły pod gankiem, Barcikowski właśnie miał wyjeżdżać. Stały konie zaprzęgnięte, wyszedł naprzeciw nich w burce podróżnej.
– A ja do Gródka! – zaśmiał się pomagając im wysiąść.
– Filip jest? – zagadnęła pani Barbara.
– Jest, ale już na robocie. Wydaje z pisarzem obroki.
– Amen! – rzekła pani Anna. – Jeśli pan łaskaw, proszę go zatrzymać!
– I owszem, dziękuję paniom! Będę miał znowu dwoje dzieci. Wprowadził je do sieni, ładnie przystrojonej trofeami łowów i zawołał na dziewczynkę, która im się przyglądała przez szparę w drzwiach.
– Muszka, poproś no ciotki. Mamy gości, a przyjdź no się przywitać!
Po chwili przyszła do salonu kobieta lat średnich, ciemno ubrana, z ujmującym na twarzy uśmiechem, prowadząc za rękę Muszkę, która dygnęła grzecznie i pieszczotliwie przytuliła się do ojca.
– Przedstawiam paniom moją siostrę i gospodynię, a ten fąfel to moja jedynaczka! – rzekł wesoło Barcikowski, gładząc włosy dziecka.
– Musi być w wieku naszej Jadwini.
– Osiem lat skończyła. Z Filipem są już w wielkiej przyjaźni. Wiesz, Muszka, Filip u nas zostanie.
– Naprawdę? – spytała radośnie ciotka.
– Pani będzie miała z nim nie lada kłopot! – rzekła pani Anna.
– Byłabym najszczęśliwsza, żeby dzieci było co najwięcej w domu. To słońce prawdziwe i najmilsze zajęcie.
– O, nasz jest okropny! – westchnęła babka.
– Nic to! – odważnie odparła ciotka. – Muszka go oswoi i będą emulować. Zdaje mi się, że ma dwie wielkie zalety: nie kłamie i jest ambitny. Mało mam zajęcia, więc mogę im dużo czasu poświęcić. Im trudniej zwyciężyć, tem przyjemniej.
– Ona ma powołanie do musztrowania dzieci – rzekł Barcikowski. – Nasza mała już ma rutynę, weźmiemy się do Filipa. Jużem go przekonał do druku i atramentu, kazałem co wieczór zapisać obroki. Chłopak się trochę tym stropił, ale wnet z gęstą miną odparł, że umie. Zobaczymy, jak temu podoła.
– Przyjdzie do mnie, żebym mu napisała! – rzekła Muszka, śmiejąc się figlarnie.
– To ty już umiesz pisać? – spytała pani Barbara.
– Umiem – i tabliczkę umiem!
– Czytać nauczyła się sama! – rzekła ciotka, a nauka pisania odbyła się w pięciu lekcjach. Z tą nie ma pracy wiele. Najszczęśliwsza, gdy ma książkę albo pióro w ręku. Z robotami gorzej idzie.
– I nasz Wacio sam się czytać nauczył, pisze teraz, że jest pierwszym w klasie.
– A Filip będzie pierwszym gospodarzem kiedyś! – wtrącił wesoło Barcikowski. – No, trzebaż po niego posłać.
I wyszedł, a ciotka rzekła:
– Byłam nauczycielką przez długie lata, znam wiele dzieci, ale takiej żądzy pracy, jak w tym chłopaku, nie spotkałam w mej praktyce.
– To dzieciństwo i fantazja. Proszę go przez tydzień utrzymać w rygorze, a zapał się skończy! – odparła babka, ramionami wzruszając.
W tej chwili Barcikowski przyprowadził zbiega. Nie wyglądał zalękły ani upokorzony. Patrzał śmiało swymi zuchwałymi oczami w surową twarz babki.
– Więc tedy stanowczo przyjąłeś tu służbę? – spytała go. – Nie chcesz być w domu?
– Nie. Tutaj chcę pracować!
– Pamiętajże, byś wytrwał i dotrzymał do roku, bo cię na powrót nie przyjmę. Jak ci będzie źle i ciężko, z żalami nie przychodź ani pomocy u mnie nie proś. Sam się rozporządziłeś – sam cierp! Rozumiesz?
Chłopak głową skinął. Zaciętość miał w oczach i upór.
– Ja nigdy się nie mażę i nie skarżę! – burknął. Pani Barbara przyciągnęła go do siebie.
– No, a nie tęskno ci będzie za domem? – spytała.
– Ja do mamy się dowiem! – odparł z cicha – a jak zarobię dużo pieniędzy, to mamie dam połowę.
– Jak ci będzie źle i ciężko, to mi powiesz? – szepnęła. Zawahał się, pomyślał i głową potrząsnął.
– Nie powiem, bo to wstyd!... – Ja nie dziecko.
– Ja nikomu nie powtórzę. Mnie możesz powiedzieć! Zaciął usta i zezem spojrzał na Muszkę.
– Nie, nie powiem! – uparcie powtórzył. Westchnęła pani Barbara.
– A Jadwisi ci nie żal? – spytała.
– Co mi tam za kompania z taką małą! – pogardliwie rzucił.
Matkę ogarnęła rozpacz wobec tej dzikości charakteru i nie spytała już o siebie.
Ciotka słuchała tej rozmowy i gdy chłopak się usunął, rzekła z cicha:
– Niech panią to nie martwi. Cierpi on i uczuje, ale pozę junaka sobie obrał. Jemu się zdaje, że to go podwyższa. Ja dopilnuję, gdy zatęskni, i przyślę go pani. Teraz się zaciął i nie ulegnie.
– Zawsze był taki! – rzekła smutno pani Barbara.
Gdy odjechały po obiedzie, Filip jednak zmarkotniał i długo za bryczką spoglądał. Może by zapłakał po kryjomu, ale przyszła do niego Muszka, więc przybrał niefrasobliwą minę i począł gwizdać.
– Chodź, pokażę ci moje gołębie – rzekła dziewczynka.
– Muszę iść do koni, nie mam czasu – odparł z ważną miną.
Barcikowski polecił malca pisarzowi, więc chłopak wytrwale dreptał za swym opiekunem, który misję spełniał gorliwie i włócząc go za sobą, bardzo poważnie wtajemniczał w obowiązki. Późnym wieczorem, idąc na dyspozycję do Barcikowskiego wraz z kluczami i raportem, zdał też swego pupila.
– Idźże teraz, Filipie, do swego pokoju i wyrachuj, ile dzisiaj wydano obroku! – rzekł serio Barcikowski, dając mu pióro, kałamarz i księgę z rubrykami.
Chłopak wziął wszystko i poszedł.
Wyznaczono mu osobny pokój obok sypialni Barcikowskiego, zastał już tam swą pościel i kuferek, który matka przywiozła, na stole lampę zapaloną.
Zaczął tedy sylabizować nagłówek księgi. Litery znał, ale złożyć wyraz i wymówić go – nie było sposobu. Krew mu napłynęła do twarzy, potniał z wysiłku. Trzeba było prosić o pomoc, ale kogo? Każdy go wyśmieje. Ze wstydu i upokorzenia łez miał pełne oczy. W tej chwili do pokoju wbiegła Muszka.
– Może ci pomóc, Filip? – rzekła, wtykając główkę poprzez jego ramię i przeczytała prędko:
– „Księga czynności Filipa Barcikowskiego, dozorcy w folwarku Ładyń”. To tatuś pisał, a co tam na środku napisane?
– Odwróciła okładkę i mówiła dalej:
– O, patrz no. Tatuś ci napisał: 15 kwietnia wydano obroków – ile? Pamiętasz?
– Pewnie, że pamiętam! Po dwa garnce na każdego konia.
– No, to pisz. Tutaj ile garncy – tutaj ile koni – a na końcu – suma. Ileż było koni, pamiętasz?
– Juści, że wiem, trzydzieści cztery!
– No, to pisz!
Wziął Filip pióro, niewiele wiedząc, co ma robić, a już nic nie pojmując, jak zrobić sumę, ale przyznać się nie śmiał, więc zakrył ręką księgę.
– Już wiem! Tylko ty nie patrz, jak piszę. I począł niezgrabnie coś gryzmolić.
– Dzieci, na kolację! – zawołała przez drzwi ciotka.
Filip odsapnął i księgę zamknął.
W jadalni był Barcikowski i czytał gazety.
– Cóż, napisałeś? – spytał.
– Już – bąknął nieśmiało Filip.
– Pokażesz mi po kolacji. Cóż, bardzoś się spracował?
– Nie.
– Prędko idź spać, bo cię zbudzi pisarz o szóstej.
Filip myślał o księdze i strach mu włosy jeżył. Miał trochę nadziei, że Barcikowski zapomni, ale zaledwie wstali od stołu i chciał się wymknąć, usłyszał straszny rozkaz:
– No, a teraz dawajże twój raport.
Filip musiał usłuchać. Przyniósł i podał, ale się trząsł ze strachu. Barcikowski spojrzał i zmarszczył brwi.
– Co to znaczy? – spytał surowo. – Przeczytajże sam! Chłopak wtulił głowę w ramiona i stał jak wryty.
– Cóż ty umiesz? Nic! I chcesz służyć, brać pensję? Co to za kulasy i kleksy? To ty nie umiesz pisać i nie powiedziałeś mi tego! Jutro odwiozę cię do domu, niech ci niańkę dadzą. Wstyd ci!
– Proszę pana, ja jutro lepiej napiszę! – bąknął Filip.
– No, pamiętaj. Człowiek, który chce pracować, powinien coś umieć. Czytać, pisać i rachować przede wszystkim. Dziś ci wybaczę, ale jeśli się nie poprawisz, nie masz służby! To nie żarty – obowiązek. – Ciotka i Muszka wysłuchały admonicji w milczeniu, a Filip wolałby nie żyć, niż tę chwilę wstydu znieść. W domu ani dbał o wymówki, tutaj postanowił sobie, że zginie raczej niż na drugą zasłuży. Nie śmiał spojrzeć na nikogo i umknął do swego pokoju. Spłakał się, nim zasnął, ale ani przez sekundę nie pokusił się, by zemknąć do domu.
Barbara oczekiwała go co dzień, ale tydzień minął, a potem drugi, a nie wracał.
Na trzecią niedzielę dopiero przyjechał, ale z panną Karoliną Barcikowską i Muszką, w odwiedziny tylko.
Nic o sobie matce nie mówił, tylko z miną ważną oddał jej dwa ruble, które mu Barcikowski za służbę wypłacił.
– Jakże ci? Nie ciężko, nie tęskno do domu? – spytała, całując go w głowę.
– A cóż! Wiadomo! Płacą, trzeba pracować – odparł po swojemu hardo i szorstko.
Od panny Karoliny dowiedziała się matka, że chłopak służbę traktuje zupełnie serio. Nie trzeba go napędzać ani strofować. Wieczorami sam uczy się czytać i pisać po kryjomu, żeby go nikt o nieumiejętność nie mógł posądzić, a zapisany papier zamyka zazdrośnie do kuferka. Zresztą ani razu nie chybił w swych obowiązkach, ani razu nie pozwolił sobie na swawolę i próżniactwo.
Muszka z Jadwinią zaprzyjaźniły się rychło; było nawet trochę płaczu przy rozstaniu, uspokojono je obietnicą rychłych odwiedzin.
I tak niespodziewanie między Ładyniem i Gródkiem zawiązał się bliższy stosunek dla dzieci.
Pani Anna coraz uważniej teraz patrzała na Filipa, jakby go dopiero poznała.
Z obu stron – tak zda się nierównych – była chęć postawienia na swoim i cicha walka; były też wielkie podobieństwa charakterów.
Zaciskała zęby na wszelki ból i trud ta matrona, stojąca na straży osieroconego gniazda; nie poskarżył się nigdy dzieciak – niedorostek.
Ona chciała go ugiąć grozą, zmusić do pokory i powrotu, on postanowił pokazać jej, że sam sobie wystarczy, że posłuszny będzie nie grozie, ale wybranej dobrowolnie władzy.
W myślach swych Filip miał zawsze babkę na uwadze. Pamiętał jej plagi i krytyki, marzył, że ona go kiedyś przeprosi, a on jej powie: Babunia beze mnie się nie obejdzie, nie da rady w Gródku. Ja babuni pomogę!
A ona, patrząc na jego upór w buncie, poczynała utrwalać się w swym zdaniu, że chłopak dosłuży się krzyża, i nabierała dla niego uczucia.
Pani Barbara rachować zaczęła dni do wakacji. Śnił się jej co dzień Wacio ukochany, żyła tylko nadzieją jego widoku. Ciułając grosz do grosza ze swych drobnych dochodzików kobiecego gospodarstwa, zebrała kilkanaście rubli, posłała mu je na drogę, przygotowała dla niego pokoik osobny, konie do jazdy, kazała pomalować łódkę, wspominano go po sto razy na dzień z niecierpliwością i utęsknieniem.
Jadwisia opowiadała o nim Muszce jak o jakim królewiczu z bajki, a Muszka, wracając do Ładynia, dzieliła się z Filipem tymi nowinami.
– Wiesz! Czemuś dzisiaj z nami do Gródka nie pojechał! Pływaliśmy po rzece białym czółnem twego brata. Widziałam jego konia. Mama twoja tu wstąpi, jadąc na jego spotkanie, już za tydzień.
– A jaki koń? – zagadnął Filip.
– Taki żółty, z białą łatką na głowie!
– Oho – to ogrodowa kasztanka. Jaka tam jego. – Czy on ją kupił, czy wysłużył? Dostał – i basta.
– Bo zasłużył! Uczy się pięknie, bierze nagrody. Jadwisia mówi, że on okropnie rozumny. Takam ciekawa go zobaczyć. Pewnie więcej umie ode mnie!
Filip popatrzał na nią ponuro i odszedł urażony...
Po godzinie przybiegła do niego z prośbą, aby jej złapał gołębia, który z klatki umknął na strych.
– Poczekaj – za tydzień Wacio przyjedzie, to ci złapie – odparł. – Ja nie mam czasu. Jestem na służbie!
I odwrócił się do niej plecami.
Nie był zawistny ani o malowane czółno, ani o kasztankę, ale o zajęcie Muszki.
Przez ten czas poznali się i zżyli bardzo. Do obowiązków Barcikowski mu wliczył opiekę nad Muszką i Filip to spełniał sumiennie. Dziewczynka żywa, pieszczona, serdeczna wysługiwała się chłopakiem, płacąc mu za to podziękowaniem, pochwałą, uściskiem. W głębi duszy miał już dla niej wielkie uczucie i nie znosił nawet zmory rywala.
Muszka obraziła się i poszła sama łapać swego gołębia. Że zaś przy karkołomnej gimnastyce po strychu podrapała twarz, podarła sukienkę i nabiła guza na czole, sprawa wytoczyła się przed pannę Karolinę.
Przy wieczerzy wdał się w to i Barcikowski.
To Filip winien. Nie chciał mi go złapać! – płakała Muszka.
– Czemuś nie chciał? – spytał Barcikowski chłopca, który dla swego chlebodawcy miał ogromny respekt.
– Byłem zajęty – bąknął.
– Nieprawda – zaprzeczyła Muszka. – Nic nie robił, bo to było właśnie południe. Na złość mi zrobił. Powiedział, żebym czekała na Wacia.
– Aha! – zaśmiał się Barcikowski. – Twój kawaler zazdrosny.
– Ja go nienawidzę! – wybuchła dziewczynka. – Gołąb uciekł, sukienkę podarłam i ciocia mówi, że nowej nie dostanę za karę. Ja go nienawidzę! Nigdy się z nim bawić nie będę.
Wytrzymała w postanowieniu cały dzień następny. Byli oboje zwarzeni i markotni. Nazajutrz w południe zbiegły gołąb znalazł się w klatce. Radość ją ogarnęła bezmierna, pobiegła do Filipa, do zbożowego magazynu.
– To tyś złapał kapucyna? Powiedz? Gdzie był?...
– Wielka sztuka! Był tu, w grochu! – burknął.
– I odniosłeś! Jakiś ty dobry! Jakiś ty poczciwy. Ucałowała go i dała karmelek.
Uczyniła się znowu zgoda. Nie wspominała Wacia.
A tymczasem pani Barbara pojechała na jego spotkanie aż do kolei i pewnego dnia zawołano Filipa ze stajni na powitanie brata.
Obydwaj zmienili się bardzo przez ten rok.
Wacio wyrósł jak świeca, blady był, poważny i uroczyście wyglądał w swym mundurze.
Zdał świetnie egzamin, ale robił wrażenie wyczerpanego i odurzonego. Uśmiechał się z wysiłkiem, mówił mało, znać na nim było przymus i rygor internatu.
Filip przez ten rok także wyrósł, ale bardziej zmężniał. Opalony, zdrów, barczysty, miał minę zuchwałą, butną, i gdy spojrzał na brata, wcale mu nie zaimponował.
– Coś ty taki biały jak zmarznięty pasternak! – rzekł krytycznie. – Głodzili ciebie „prawowiedy”?
– Popróbowałbyś egzamin zdać! – odparł Wacio.
– Ty wiesz? Ja już służę tutaj!
– Jaka to służba! Ja, jak skończę instytut, dostanę zaraz rangę!
– Co to takiego?
– Będę „prokurorem”.
– Prędko?
– Za dziesięć lat.
– Owa! Za dziesięć lat ja już będę gospodarzem na osobnym folwarku! Wiesz ty, mama ci konia przygotowała.
– Mówiła mama, ale ja przez wakacje muszę dużo się uczyć! – rzekł Wacio z miną, pełną godności.
– A kolegów dobrych masz?
– Morduchow najlepszy.
– Po rusku gadacie?
– A jakże! Nie wolno inaczej.
– To z kimże ty w Gródku gadać będziesz? Z popem i z nastawnikiem.
– Juści nie z tobą, bo nie umiesz! – odparł Wacio urażony.
– Nie umiem! To co? Ale i ciebie, i twego Morduchowa pobiję! Wielka sztuka – po rusku gadać! Każdy sołdat umie!
I pogardliwie obrzuciwszy brata oczami, poszedł na powrót do stajni.
Wieczorem, gdy goście odjechali, Barcikowski rzekł do siostry:
– Ryzykowna pani Barbara. W gimnazjum to by skórę chłopca potynkowali na „kazionny” kolor – a w takim internacie przez dziesięć lat to i kości jego, i wnętrzności przerobią. A chłopak widać miękki, wrażliwy. Daj, Boże, by mu i duszy nie przechrzcili!
– Śliczny jest. Kiedyś będzie bardzo niebezpieczny! – rzekła panna Karolina.
– I to jedno złe więcej! – mruknął Barcikowski. – Wolę ja z nich dwóch naszego Filipa.
Muszka i Jadwisia zawiodły się też bardzo na Waciu. Żaden to był towarzysz i kolega, ledwie raczył z nimi rozmawiać, ciągle czytał i uczył się lub spacerował samotny.
Dwumiesięczne wakacje wydały się dla pani Barbary jedną chwilą. Poczęły złocieć liście i zboża ginąć z pól, i bociany się zbierać do odlotu, gdy i jej nadszedł gorzki dzień rozstania z pierworodnym. Odwoziła go do kolei, rzewnie płacząc i całując, i owe sejmy bocianie wskazywała na ogołoconych łąkach.
– Widzisz, Waciu, i one co roku odlatują, a przecie odnajdą gniazdo, zza morza powrócą na stare siedlisko. Pamiętajże i ty o domu i o nas – pisz często, pisz szczerze!
Chłopak dziwnie się uśmiechał na to polecenie i głową kiwał, i jego żal dławił, strach, tęsknota za domem. Ale ambicję i chęć sławy miał nade wszystko wielką, więc tamto gnębił, krył i z matką już nawet szczery nie był.
Wstąpili do Ładynia, bo Barcikowski właśnie w interesie jechał do Petersburga i miał się chłopcem w drodze zaopiekować.
Tu także nastąpiło pożegnanie braci. Filip wziął starszego na stronę i wetknął mu w rękę jakiś papier. Było to pięć rubli.
– Na co to? – tamten się żachnął.
– To dla ciebie! Weź, mnie niepotrzebne! Zarobiłem, a ty jeszcze nie możesz zarobić – to masz.
– Kiedy mi nic nie trzeba! Nie chcę! – bronił się Wacio.
– Jak to? Mówiłeś, że ci się chce jakiejś książki. No, to sobie ją kup! Et, nie durz mi głowy. Jak chłopca biorą do wojska, to go rodzina darzy – taki obyczaj! – No, bywajże zdrów, bo mi do roboty pilno.
I poszedł – gwiżdżąc.
Jednostajnie płynęły ciężkie lata. W Gródku coraz było samotniej, bo i Jadwisia opuściła gniazdo. Odwiozła ją panna Karolina wraz z Muszką do klasztoru w Galicji. Ciężki to był koszt w budżecie pani Anny, ale poniosła bez szemrania, mówiąc do synowej:
– Nie chcę, by mi dziewczyna kiedy zarzucić mogła, żem jej nie dała jedynego posagu, na jaki mnie stać – wykształcenia. – Niech ma chleb w ręku.
Teraz tylko listy dziecinne odczytywała pani Barbara i chowała je do szkatułki jak klejnoty. Jadwisia pisywała często, Wacio coraz rzadziej, ale to nie dziwiło matki. Wiedziała, że chłopak nie mógł pisać, a chciał – cierpiała, milcząc.
Filip wciąż służył w Ładyniu. Barcikowski polubił go jak syna, traktował jak dorosłego, zaczął się nim wyręczać, rozbudził w nim gust do nauki i czytania, kształcił go teoretycznie i praktycznie. Chłopak się okrzesał, zbył gburowatości, rozmiłował się w swym zajęciu.
Pewnej jesieni, gdy hrabia zjechał na polowanie, Barcikowski zaprowadził Filipa do pryncypała i przedstawił go.
– To jest mój imiennik z Gródka – rzekł – hoduję go panu hrabiemu na zastępcę po sobie.
– Nie wspominaj mi pan o zastępcach – zawołał przerażony hrabia.
– Nie chcę o tym słyszeć. Mam nadzieję, że dożyjemy wieku razem!
– Daj, Boże, ale gdy dożyjemy, zostanie po panu syn do panowania w Ładyniu, a ja nie mam syna, by go do gospodarowania w Ładyniu zostawić. Wiecem sobie tego chłopaka wybrał, niech dla tradycji będzie i dalej w Ładyniu Bareikowski w oficynie.
Hrabia spojrzał na Filipa uważnie i rzekł:
– Młody człowieku, życzę ci, byś zasłużył sobie na taki szacunek i wiarę, jakie mam dla twego opiekuna.
Filip, czerwony jak rak, ukłonił się niezgrabnie, a hrabia uśmiechnął się do starego.
– A może pan sobie i zięcia jednocześnie hoduje? – zażartował.
– Nie chciałbym innego, ale nie ja będę wybierał – odparł Barcikowski.
Filip już i oczu nie śmiał podnieść, ale na wieki to zapamiętał. Od tego dnia czuł się narzeczonym Muszki.
Aż wreszcie przyszedł dla pani Barbary dzień radosny, nagrody za długą tęsknotę.
Wacio skończył instytut z najwyższym odznaczeniem i medalem złotym, i przyjechał do domu na miesięczny wypoczynek. Dłużej bawić nie mógł, bo już otrzymał przy ministerium sprawiedliwości – jak pisał Iłowicz – „pierwszy szczebel drabiny zaszczytów i dostojeństw”.
Było to lato, więc i Jadwinia bawiła w domu, i cała gromada dzieci zebrała się w Gródku. Nie dzieci to już były. Wacio miał dwudziesty rok, wyrósł smukły i zgrabny, z głową rzadkiej piękności, z wrodzonym wdziękiem w ruchu i postaci. Jakby sobie wynagradzał przymus tyloletni, wesół był, rozbawiony, szczęśliwy pełnią młodości i dobrych nadziei.
Obok niego Filip odcinał się ostro jako szczyt kontrastu. Niższy, muskularny, z upartą szczęką i czołem, z zuchwałymi oczami, wichrem i skwarem opalony, był typem pracownika roli i wsi, który barki swe podstawi pod walący się budynek, przecierpi wszelką klęskę, zniesie najgorsze ciosy, ale ani ustąpi, ani odejdzie.
Jadwinia, blada i zamyślona, była między nimi jako tradycja kobiet, co mają przeznaczenie nieść dalej w nowe pokolenie cześć pamiątek i ideałów, historii i wiary, poezji i legendy.
Wszyscy troje przebyli razem ten miesiąc, bo tak chciała matka.
Chciała, by Wacio nabrał w duszę przed dalszą karierą powietrza z Gródka, pamiątek rodzinnych, serca swych bliskich.
I tak minął ten miesiąc, zbliżył się dzień rozstania.
– Może byś nam jeszcze parę dni darował, Waciu! – zaproponowała raz nieśmiało pani Barbara.
– Nie można, mamo! – odparł chłopak poważnie. – Jestem przecie już urzędnikiem. Służba rządowa!
Ton zmroził panią Barbarę – westchnęła.
– Żebyś choć dostał posadę tu, w kraju!
– Nawet prosić o to niebezpiecznie. Skompromitowałbym się. Cóż robić! Kariera tylko na Wschodzie.
– Tylko na zapomnij, że tu, na Zachodzie, twe Bogi.
– Nie zapomnę i przyjeżdżać będę jak najczęściej!
– Więc już jutro wyjeżdżasz. Filip cię przeprowadzi do Ładynia. Zostanę znowu sama!
Wyszła prędko, by łzy ukryć.
Dzień następny od rana był smutny. Snuli się wszyscy apatycznie, nie mogąc się zająć niczym, mało co mówiąc do siebie. Wacio się spakował, ubrał w mundur – rozstrojony był i nerwowy. Filip się nudził bez pracy i ruchu, pani Anna gderała na wszystkich, pani Barbara miała oczy czerwone.
O zachodzie słońca wprowadziła syna do ruin zameczku i tam przesiedziała z nim godzinę, dając wiatyk na drogę – potem wrócili, skupieni oboje i poważni, i Wacio rzekł do siostry:
– Zaśpiewajże mi co na pożegnanie. Co naszego. Długo nie posłyszę ni swej mowy – ni śpiewu.
Jadwinia usiadła do fortepianu. Zaśpiewała mu swój klasztorny repertuar: kolęd parę, potem „Jeszcze Polska nie zginęła” i „Boże coś Polskę”, a wreszcie wzięła parę akordów i zaśpiewała:
Głód, powietrze, ogień, woda
I wszelaka zła przygoda
Będzie temu, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą.
A gdy umrze, garści ziemi,
Gdzieby spoczął między swemi.
Nie dostanie, kto by starą
Ojców swoich wzgardził wiarą.
– Dość, dość! – zawołał Wacio. – Nie żegnajcie mnie takimi pogrzebowymi melodiami. Mnie otuchy trzeba i odwagi. Zaśpiewaj mi coś na ochotę!
– Konie pod gankiem! – oznajmił Filip, wchodząc. Jadwinia przestała grać, rzuciła się na szyję brata, babka i matka wzięły go po kolei w objęcia, milcząc, błogosławiły go.
A Wacia nagle chwycił raz pierwszy w życiu strach przed drogą, przyszłością, rzucił się matce do kolan i rozpaczliwie zawołał:
– Mój Boże, jak mi się od was nie chce jechać! Tak daleko, tak daleko!
– No, odwagi, dziecko, odwagi! – rzekła babka. – Mężczyzna jesteś, dasz sobie przecie radę. Pracuj uczciwie, przyjaciół tam, na obczyźnie, nie szukaj, a pamiętaj zawsze, żeś tam obcy! Tu wszystko twoje.
– A w doli, niedoli pisz – wszystko wyznaj mnie! – prosiła matka. – Myśl moja i modlitwa z tobą!
– Włożyłam ci Mickiewicza do kuferka! – szepnęła Jadwinia.
– Dziękuję, siostrzyczko!
Strach przeszedł. Zmógł się chłopak, jeszcze raz ucałował ręce matki i wsiadł do bryki, w której już Filip nań czekał.
Ruszyli. Długą chwilę trwało milczenie, wreszcie Wacław się wzdrygnął i rzekł:
– Wierci mi w uszach ta śpiewka Jadwini. Skąd jej przyszło do głowy żegnać mnie przekleństwem?
– Ot, śpiewała jedno po drugim, bez zastanowienia. Przecie nie myślała o tobie.
– Ja wiem, ale tak mi to w głowę wlazło. Brr... nie chce mi się tam jechać!
– Boś się rozpróżniaczył. Najgorzej robotę przerwać. Za parę tygodni wciągniesz się i orzeźwiejesz. Czy będziesz mieszkał u Iłowicza?
– Nie! Kto by wytrzymał z tą jego kochanką!
– Ochota dopiero mieć kochankę! – burknął Filip.
– Każdy ma! – odparł tonem wyższości Wacław – ale nikt się tak głupio jak Iłowicz nie urządza, żeby ją w domu trzymać! Ano, on dowodzi, że to taniej kosztuje.
– A ona kto? Rosjanka?
– Naturalnie. Zła baba na mnie, że jej nie chcę.
– Tfu! Alboż cię zaczepiła?
– Ojoj!
– A to bym zęby powytrącał, żeby mnie zaczepiła!
– Ba, żeby młoda i ładna. Przecież w Petersburgu są Rosjanki jak w Paryżu paryżanki.
– Ja bym żadnej nie tknął, bo kto mnie zaręczy, że jej przodek lub krewny mego przodka lub krewnego nie katował, nie gnębił, nie zabił.
– Ty ostrożny bądź z takim gadaniem, a to zgubisz siebie i nas wszystkich. To stare dzieje, trzeba się opamiętać i milczeć. A trzeba ci wiedzieć, że w stolicy i w Rosji inni ludzie niż ci, których tu przysyłają. Tamci Polaków cenią i lubią – a są wykształceni, panowie całą gębą. Co za bogactwa, jaki szyk. Mam kilku kolegów, paniczów tak eleganckich i miłych, żebyś się nimi zachwycił.
– To ty tam już masz przyjaciół?
– Parę domów, a Iłowicz mnie zapoznał z kilku rodzinami. Muszę bywać i żyć z nimi, przecież od nich zależy moja kariera. Nie mieć stosunków, to człowiek całe życie będzie niczym.
– Podła kariera! – mruknął Filip.
Umilkli znowu, czując, że rozchodzą się w poglądach o całe światy oddalenia. Noc się uczyniła zupełna, bez księżyca, ale jasna od gwiazd. Droga szła groblami wśród moczarów, pustym krajem. Filip się rozejrzał i rzekł do furmana:
– Na przeklęty młyn jedziesz?
– A tak! Ominiemy zalew, bo tam most zepsuty.
– Okropnie ponura tu okolica! – szepnął Wacław – i nieznajoma. Chyba nigdy tu nie byłem?
– Może być. Przeklęty młyn każdy omija, jak może. Znasz pewnie jego legendę?
– Nigdym nie słyszał.
– Ho, ho, mnie Bazylowa opowiadała. Stara historia. Dziad nasz miał proces ze szlachcicem Ciecierskim o granicę. Ciągnęło się to lata, wreszcie dziad proces wygrał i na tej granicy, na piaszczystej wydmie kazał wiatrak postawić. Ciecierski wskutek procesu zeszedł na dziady i chodził jak wariat. Otóż, gdy wiatrak stawiali, między robotników się wmieszał i jak to mówią, pierwsze zakładziny złożył, a zbijając, tak zaklął: „Bodajże on tobie i twoim na śmierć mełł”. No, i wiesz, co się stało? Wiatrak ten nigdy nie mełł, każdy wiatr go łamał, zawsze był w reperacji. Tylko chłopy przysięgają, że gdy kto z naszego rodu umiera, tej nocy młyn się sam obraca. Teraz już go nie reperują nawet ani go nikt nie pilnuje, stoi pustką. Ot, widzisz go przed nami?
Z niskich moczarów wyjechali na wzgórze łyse i piaszczyste. Konie zwolniły, w piasku tonąc po kolana, furman się przeżegnał.
Na tle nieba zaczernił fantastyczny kontur wiatraka. Stał olbrzymi, nieruchomy, z krzyżem swych wypierzonych, wielkich skrzydeł. Nie było wkoło niego ni krzaczka, ni trawy, ni śladu ludzkiego. Stał jak widmo, wyciągając czarne ramiona. Chłopcy patrzali milczący, furman konie zaciął. Wtem ze skrzydła zerwał się duży ptak i bez szelestu przepłynął nad ich głowami.
– Co to! – szepnął Wacław.
– Sowa! – odparł Filip. – Może duch Ciecierskiego! – dodał po chwili ze śmiechem trochę nieszczerym. – No, poganiaj – Sowa.
Minęli młyn, zjechali ze wzgórka. Wacław się obejrzał raz jeszcze i wzdrygnął się.
– Nie chciałbym go widzieć w ruchu! – szepnął.
– Bo i nie zobaczysz! – rzekł Filip. – Co dla ciebie Gródek i ta pustka! Dla ciebie sława i wielki świat. Może i zajrzeć tu nie zechcesz!
To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.