Barbarzyńcy w Krainie Fetoru - Juan Soto Ivars

Reflow text when sidebars are open.
1
LATO W MIEŚCIE
Bliźniacy Juan i Paco razem mieli dwadzieścia lat. Na pierwszy rzut oka byli do siebie podobni jak dwie krople wody: ognistorudzi, pulchniutcy i wyposażeni w parę wielkich zębów trzonowych, które upodabniały ich do wyrośniętych wiewiórek. Można ich było odróżnić tylko po plamach na koszulkach, bo nie ma co się oszukiwać, Juan i Paco za kąpielą nie przepadali.
Przyprawiali o ból głowy swoich rodziców: bardziej bali się mydła niż bomby atomowej! Gdy tylko usłyszeli wodę lejącą się do wanny, zapowiedź wieczornej toalety, znikali jak kamfora i trzeba było podejmować zakrojone na szeroką skalę poszukiwania. Bliźniacy byli rasowymi brudasami, ale od całkowitego potępienia ratowały ich urok osobisty i nieprzeciętna wyobraźnia.
Tamtego lata kisili się w mieście, bo ich ojciec stracił pracę i nie mogli wyjechać jak zwykle nad morze. Czy Ty, Czytelniku, który ze współczuciem czytasz te słowa, myślisz, że bardzo się tym przejęli? Otóż wcale, nic a nic. Nie minął tydzień, a bliźniacy byli już hersztami bandy dzieciaków, które również kisiły się tamtego lata w mieście. Ochrzcili swoją paczkę mianem Lawina i sfabrykowali legitymacje dla wszystkich członków. Napędzani niespożytą energią i zwariowanymi pomysłami szwendali się na czele bandy z kąta w kąt. I do głowy im nie przeszło, że tylko krok dzieli ich od przeżycia niezwykłej przygody.
Ale najpierw wypadałoby przedstawić resztę Lawiny.
Wysoka, patykowata Uma miała dziewięć lat i chodziła bardzo wolno, czy - jak kto woli - z rozmysłem stawiała kroki. Zawsze trzeba było na nią czekać, bo zanim zmaterializowała się na ulicy, mijała cała wieczność.
Najbardziej na świecie uwielbiała ciuchy. Jej matka była taka sama i ubóstwiały chodzić razem na zakupy. Uma malowała sobie paznokcie, czesała się dziesięć razy dziennie, pachniała matczynymi perfumami i odlotowo rysowała. Co prawda same głupoty: jednorożce, wróżki i tego typu historie, a wszystko we wściekłych różach. Nic dziwnego, że ciągle ktoś jej dogryzał. "Narysuj fajny szkielet z wilczymi kłami!". Ale takie paskudztwa przerastały możliwości twórcze dziewczyny, choćby nie wiem jak się starała przypodobać jednemu z ładniutkich jak malowanie i zbuntowanych chłopaków.
Siedmioletnia Mar była najmłodsza z bandy. Jej rodzice w ogóle się nią nie interesowali i Mar mogła wychodzić z domu, kiedy chciała, i wracać znacznie później niż starsze od niej dzieci.
Ktoś mógłby pomyśleć, że miasto, szczególnie nocą, jest niebezpieczne dla takiej małej dziewczynki, ale ten ktosiek po prostu nie zna Mar. Choć mierzyła zaledwie pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, miała taką krzepę, że potrafiła cisnąć kamieniem na pół kilometra, i takie oko, że robiła miazgę z niefrasobliwej muchy przedwcześnie zacierającej łapki na ulicznej latarni. Gdy humor jej nie dopisywał, lepiej było mieć się na baczności i trzymać od niej z daleka.
Pablo był kłębkiem nerwów, cykorem jakich mało i gadał jak nakręcony. Ten przeraźliwie chudy dwunastolatek przyglądał się światu wielkimi ciekawskimi oczami.
Mówił, że gdy dorośnie, zostanie wynalazcą, chociaż prawdę mówiąc, już nim był. Całymi dniami rozkręcał na części najróżniejsze ustrojstwa, obserwował z fascynacją wewnętrzne obwody i mikroprocesory oraz konstruował inne ustrojstwa. Gdyby żył w dziewiętnastym wieku i wpadłyby mu w ręce jakieś zwłoki, możecie być pewni, że zyskałby międzynarodową sławę, a jego nazwisko, doktor Frankenstein, byłoby na ustach wszystkich. Ale urodził się w naszych czasach, a to pociąga za sobą pewne ograniczenia. Dostał od rodziców tygodniowy szlaban na używanie śrubokręta za rozbebeszenie tostera i radia, które miały mu posłużyć do stworzenia prototypu radiotostera, technicznej nowiniki służącej do opiekania chleba tostowego w rytmie muzyki pop lub jego zwęglenia w opcji rockowej.
I na koniec Miguel, miłośnik sportu. Trzynastolatek o nieziemskiej urodzie. Spojrzenie jego zielonomigdałowych oczu robiło na dziewczynach piorunujące wrażenie: dostawały małpiego rozumu, kiedy tylko pojawiał się na horyzoncie podczas długiej przerwy w szkole. Uma padła ofiarą tych powabów i w obecności Miguela zapominała języka w gębie. To dlatego godzinami próbowała odwzorować z pamięci szkielet z jego koszulki. Koszulki, nawiasem mówiąc, zazwyczaj tak przepoconej, że żyła własnym życiem. Paco i Juan nie przepadali za nim, bo Miguel rzadko się odzywał, ale chodziły słuchy, że jego ojciec był bardzo chory. "Jedną nogą jest już w grobie", chlapnęła jedna nauczycielka z ich szkoły, koneserka niskoprocentowych alkoholi. Szefowie bandy tolerowali więc Miguela, chociaż milczał jak zaklęty.
Tak czy inaczej, tamtego lata niewiele było do roboty w mieście... To znaczy, tak im się przynajmniej wydawało.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
1. LATO W MIEŚCIE
2. ROZBIJAMY SZYBY
3. ZDEZINTEGROWANI!
4. DZIWNA KRAINA
5. NIE MA GODNOŚCI BEZ NIECZYSTOŚCI
6. ZASADY WSPÓŁŻYCIA
7. KŁÓTNIA
8. OCZY BŁYSZCZĄCE W CIEMNOŚCI
9. NIEOCZEKIWANE SPOTKANIE W FABRYCE ROBOTÓW
10. WYJAŚNIENIE WIELKIEJ TAJEMNICY
11. RODZEŃSTWO SCHLUDNYCH
12. ŻABI LAS
13. ZGAGA
14. ŚWINOBURG
15. ROZMOWY PRZEZ ŚCIANĘ
16. WIEŚCI Z KOSMOSU
17. ZŁUPIEŻ KONTRA SZAKAL
18. MITOLOGICZNY HEROS
19. DWÓCH TO DRUŻYNA
20. NOŚ ZAWSZE ROPUCHĘ W PLECAKU
21. TAWERNAKULUM WĘŻOGNIOTA
22. MIASTO MUZYKI
23. NIEWIARYGODNA SIŁACZKA
24. ALARM POD TELESKOPEM
25. OWOC MIŁOSIERDZIA
26. WYŚCIG Z CZASEM
27. GENIUSZ W DEPRESJI
28. KĄPIEL