Rozdział drugi
TRYBUN SZLACHECKI
Sokolniki pod Lwowem, rok 1537
Koń Piotra Kmity równym krokiem zmierza ku centralnej części obozowiska, skąd dochodzą podniesione głosy rozdyskutowanej szlachty. Upał jest nieznośny. Setki furmanek i pojazdów zaprzęgowych stoją już na miejscach, tabor rozlokowano zgodnie z zasadami. Tu i ówdzie marszałek mija kuchnie i warsztaty, gdzie naprawia się sprzęt, służba poi konie; umęczone i rozdrażnione upałem prychają nerwowo, niszczą kopytami resztki wypalonej słońcem trawy. Dawno nie było tak ciepłego lipca. Fetor zwierzęcych odchodów miesza się z przyjemną wonią drobiu pieczonego z warzywami.
Król Zygmunt zwołał pospolite ruszenie do obrony granic, licząc na odwieczną niechęć szlachty do pełnienia tego obowiązku. Zależało mu na szybkim uchwaleniu podatków. Dość już miał użerania się z izbą poselską podczas obrad sejmu, jej rosnących żądań i bezczelności. Warunki polowe miały skutecznie zniechęcić rycerzy do warcholstwa i wstrzymywania się z decyzjami ze względu na pragnienie szybkiego powrotu do domu.
Nagły atak psa wywołuje zamieszanie w szeregach zbrojnych marszałka. Ludzie nawołują właściciela bestii - gołym okiem widać, że świetnie wykarmione zwierzę nie jest bezpańskie. Kudłaty brytan najwidoczniej jednak dość ma nieznośnej temperatury, bo po chwili oddala się z własnej woli i pada jak długi w niewielkiej plamie cienia pomiędzy namiotami hufca z Wielkopolski.
Zdaniem marszałka król się łudzi, jeśli liczy na to, że szlachta będzie jadła mu z ręki. Pod Lwów przybyło ponad siedemdziesiąt tysięcy rozsierdzonego rycerstwa i zamiast zająć się podatkami, wszyscy złorzeczą królowej - z różnych względów. Monarcha dał dowód lekceważenia szlachty: podczas niedawnego sejmu nie doszedł z izbą poselską do ugody, ponadto mianował kanclerzem przychylnego sobie Chojeńskiego, a podkanclerzem został Wolski i choć to nie Gamrat, którego życzyła sobie królowa Bona, to jednak wywodzi się spośród jej ludzi, a to świadczy o tym, że król bardziej liczy się ze zdaniem żony niż ze szlachtą.
Piotr bierze głęboki wdech i napełnia płuca gorącym, wilgotnym powietrzem, które można kroić niczym galaretę. Patrzy na nadchodzące od południa chmury i krzywi się nieznacznie. Czuje nagłą, niepohamowaną niechęć do rządzącej krajem Włoszki, świadomy, że już za chwilę będzie musiał zdecydować, czy zostanie jej wierny, czy też ich drogi ostatecznie się rozejdą.
- Co myślisz o sytuacji Kościoła w Koronie? - zwraca się do Klemensa Janickiego, jeszcze do niedawna będącego sekretarzem u arcybiskupa Andrzeja Krzyckiego, obecnie dworzanina marszałka. Ten kmieć z urodzenia, chłopak zaledwie dwudziestoletni, ma ujmujące poczucie humoru i wybitny talent poetycki. Kmita lubi z nim rozmawiać.
- Kościół zżera od środka reformacja szwajcarska - zauważa Klemens, poprawiając ciemne, sięgające ramion włosy.
- Coś w tym jest - przyznaje Piotr, a ponieważ nie umie pozbyć się z myśli obrazu królowej Bony, gwałtownie wzrusza ramionami, jakby w ten sposób chciał go odpędzić. Monarchini jest już matroną, ma czterdzieści lat, a mimo to nie straciła włoskiej trzpiotowatości: nosi odkryte włosy, wydekoltowane suknie i pozwala sobie na frywolne tańce. Kmita uśmiecha się do siebie, ponieważ to akurat bardzo mu się w niej podoba, uwielbia jej taneczny krok, niezależność i błyskotliwość, wolałby jednak, by trzymała się niewieścich zajęć. Królowa denerwuje go jak mało kto. Wreszcie marszałek przypomina sobie, że zagadnął Klemensa, wraca więc do przerwanej rozmowy.
- Masz rację, ludzie bali się luteranizmu jak wszystkiego, co niemieckie, ale kalwinizm ich nie odstręcza - mówi z wolna - bo szwajcarski.
Zdarza się, że kościoły są oddawane w ręce protestanckich duchownych, a innowiercza szlachta wypędza księży katolickich ze swych ziem, żąda od króla sekularyzacji dóbr kościelnych - cóż za brak rozsądku i trzeźwej oceny sytuacji! - lub wykorzystania płaconych Stolicy Piotrowej annat na obronę potoczną kraju. Oczywiste jest, że Kościół nie poprze żadnego z postulatów szlachty, jeśli miałby ograniczyć jego swobody i majątek, ale znamienny jest sam fakt, że takie żądania coraz częściej i natarczywiej są oficjalnie wysuwane podczas obrad sejmu.
Kmitę ciekawi, czy jego towarzysz zdaje sobie sprawę, jak pokrętna jest misja, z którą udają się do debatującej szlachty. Oto w imieniu króla Zygmunta marszałek ma negocjować z sędzią krakowskim Mikołajem Taszyckim, który przewodzi rycerstwu buntującemu się przeciw polityce królowej Bony i magnaterii, choć w rzeczywistości to właśnie Kmita steruje Taszyckim. Sprawa jest skomplikowana, nieprzyjemna i z lekka ryzykowna. Marszałek nie akceptuje skupowania królewszczyzn przez Bonę, bo monarchini robi to jako osoba prywatna, zatem cierpi na tym prawo, nie mówiąc o rodzinie Kmity.
Piotr sięga dłonią za kołnierz kurtki i wyciera z szyi strużki potu. Widok ma ograniczony, bo otacza go zastęp wiernych rozbójników, jak nazywa swoich zbrojnych. Jest przekonany o własnych racjach w kwestii polityki wewnętrznej kraju. Całym sercem popiera ruch egzekucyjny, chce kodyfikacji prawa, udziału Kościoła w kosztach utrzymania państwa, zwłaszcza obronności, przestrzegania zakazu łączenia niektórych urzędów, zaprzestania bezkarnej działalności Bony, ale musi zręcznie lawirować, by nie narazić się królowi. Czuje w głębi duszy, że Bona go przejrzała i że musi się tego dnia wykazać nie lada sprytem, w przeciwnym razie królowa go pogrąży. Czy naprawdę byłaby w stanie to uczynić? Doprowadzić do jego upadku? Jest chytra, ale i rozsądna, trudno przewidzieć, jak zareaguje, która część jej osobowości weźmie tym razem górę.
- Obrady przeniosły się do klasztoru, wasza miłość - krzyczy do Kmity jeden z sekretarzy, nie próbując nawet przeciskać się w jego pobliże.
- Jedźmy zatem do klasztoru - śmieje się marszałek. - Może klimat modlitwy ostudzi co niektóre głowy.
Orszak przyspiesza, a to wywołuje wśród zgromadzonej na polach szlachty jeszcze większe poruszenie. Trębacze głośnym graniem zapowiadają przejazd możnowładcy, porządkowi rozganiają gapiów, tumany kurzu to się wznoszą, to opadają na leniwie biwakującą służbę. Kmita traci zainteresowanie dla rycerstwa rajcującego w centrum obozowiska. To nie tu rozegra się ostatni akt spektaklu.
*
- A, to się zobaczy, wkrótce nadciągnie tutaj Wielkopolska! - Słyszy marszałek, kiedy wkracza do rozległego refektarza. Daje znak, by obradujący sobie nie przeszkadzali.
- Nie licz pan na Wielkopolskę!
- Zabiera się nam ziemię bez pozwów, bez sądu i bez prawa! - drze się Taszycki, jak to prawnik, byle nie opadły złe emocje wywołane skandalicznym postępowaniem królowej Bony.
Ludzie boją się jej sąsiedztwa, zwłaszcza po niedawnym wyroku królewskim w sprawie Stanisława Odrowąża i jego żony Anny, ostatniej księżnej mazowieckiej. Ledwie wojewoda wpadł w niełaskę jej wysokości, król pozbawił go starostw, a ziemie oddał Bonie. Na co może liczyć uboga część szlachty, skoro tak potraktowano bogatego i ustosunkowanego człowieka?
- Panowie szlachta, królowa Bona twierdzi, że kieruje wami chciwość - odzywa się znienacka Piotr Kmita i na moment wszyscy cichną. Marszałek krzywi się, co nadaje jego twarzy nieco cyniczny wyraz.
- Powinniśmy spisać swoje postulaty - przerywa ciszę Taszycki. - Naszym władcą jest król, nie musimy zgadzać się na niesprawiedliwość ze strony jej królewskiej wysokości.
- Racja, panowie!
- Niewiasty nie są stworzone do rządzenia, to wbrew boskim prawom!
- Ani do wychowywania młodego króla! Zygmunt August żyje jak dziewczyna, kryje się pod mamusiną spódnicą!
- Nie zgadzajmy się na zwoływanie pospolitego ruszenia w czasach pokoju!
- Granice są zagrożone, miłościwi panowie - włącza się kasztelan krakowski, były hetman Jan Tarnowski. Choć odpowiada kasztelanowi małogoskiemu Piotrowi Zborowskiemu, który dopiero co zabierał głos, to patrzy w oczy Kmicie, synowi swej przyrodniej siostry. - Południe jest atakowane przez hospodara Mołdawii, czy nie tak? To nie pojedynczy incydent, lecz przemyślane, trwające od paru lat akcje. Pytam się, czy nie tak?
Piotr Kmita przełyka ślinę, z trudem hamując irytację, nie znosi słynnego "czy nie tak" Tarnowskiego, najbardziej zaś tego, że Tarnowski często ma rację. Kasztelan krakowski sprawia wrażenie poczciwca: ma łagodne oczy i lekką nadwagę, ale w kącikach jego ust czai się grymas niezadowolenia.
- Żeby w obozie, pod bronią, mówić o ustawach? O prawie? O folwarkach? Czy to nie śmieszne, panowie? - zżyma się Tarnowski.
- Król nie respektuje zobowiązań wobec szlachty - przerywa mu Taszycki i w jednej chwili cała brać szlachecka znowu czuje się silna i gotowa stawić opór możnowładcy. - Dlatego trzeba się uciekać do sejmów nadzwyczajnych i to jest właśnie taki sejm, mamy prawo krzyczeć!
- Możnym zależy na podziale szlachty. Chcą doprowadzić do tego, by drobna brać nie miała prawa głosu, a bogatszych spośród nas zaproszą, żeby grali z nimi w jedną dudkę!
- Nie każdy możny godzi w drobną szlachtę - stwierdza filozoficznie marszałek Kmita.
- Raczej nie każdy się do tego przyznaje - komentuje Tarnowski ze złośliwym uśmieszkiem.
- Liczyć się powinny wyłącznie dobro Rzeczypospolitej i wolność jej obywateli!
- Zważałbym na farbowane lisy - przestrzega Tarnowski, ale Taszycki mu przerywa:
- Najwyższy czas przedłożyć nasze postulaty miłościwemu panu!
- Nie będziemy płacić na duchowieństwo! - Argument, który padł z końca sali, wywołuje konsternację, bo nie o to trwa bój, nie do końca więc wiadomo, jak się do niego ustosunkować.
- Koniec z łączeniem urzędów!
- I z zarządzaniem dobrami, w których nie bywa się nawet od święta!
- I z wychowywaniem jego królewskiej mości młodego króla na niewiastę!
- Włoszka nie ma prawa skupowania polskich ziem! To skandal!
Tarnowski prostuje się z godnością, gestem dłoni uciszając zebranych.
- Licz się pan ze słowami - mówi wolno, przeżuwając każde słowo. - Nie godzi się obrażać kobiet, tym bardziej królowej.
- Różnie się mówi o jej kobiecości. Ponoć to ona nosi portki i prowadzi wojny!
Powszechny rechot na moment zakłóca obrady.
- Szuje - cedzi Kmita i natychmiast żałuje swoich słów, bo panowie szlachta dostają białej gorączki.
- To ona doprowadziła do koronacji syna! - krzyczy korpulentny, wysoko podgolony rudzielec z Wielkopolski.
- Bona godzi w nasze swobody!
Tarnowski krzywi się z niesmakiem.
- Nikt nie godzi w wasze swobody, na Chrystusa Pana!
- Tron polski jest elekcyjny! - drze się rycerz spod Krakowa.
- A o jego elekcyjności będą decydować szaraki, które przybyły na zjazd piechotą. - Tarnowski nie wytrzymuje. - Zapijaczone mordy, którym się nie chce ruszyć konceptem i zrobić czegoś na pożytek kraju.
- Jesteśmy w sejmie taką samą siłą jak monarcha - wchodzi mu w słowo urażony szlachcic. - To nasz kraj!
- Zygmunt August nigdy nie dobył miecza, by bronić Polski!
- Bo wkłada go co dzień do innej pochwy! - krzyczy żylasty mężczyzna zza pleców Kmity i śmieje się z własnego dowcipu.
- Panowie, tak się nie prowadzi dyskusji - ucisza Tarnowski.
- Nie będzie nas senator uczył przemawiania w sejmie - odpowiada mu Taszycki. - To szlachecki kraj, nasza ziemia i nasze prawa, nikt nie będzie nam dyktował...
- Ani nazywał was szujami - podpowiada zgryźliwie Kmita.
- Ani nazywał nas szujami!
- Kościół powinien partycypować w powszechnych wydatkach na obronność!
- Uważaj pan, żeby panu Kościół nie wytoczył procesu o herezję - przestrzega Tarnowski, ale nikt się już nim nie przejmuje.
- Ja się procesów o herezję nie boję! Wszyscy płacimy na Kościół, a kiedy wróg napada na Polskę, Kościół ani myśli łożyć na obronę, niech wróg przejmuje zatem kościelne majątki, ja tam palcem nie kiwnę w jego obronie!
- Ościenni śmieją się, że nasz przyszły król chowa się w komnatach matki!
- Tylko hulanki i panny mu w głowie!
Tarnowski jest wściekły, policzki mu poczerwieniały, skubie mankiet kubraka.
- A pan czym się po wsiach parasz? - prycha. - Nie tarzasz się aby po sianie z chłopkami?
Kmita jest znudzony, miałby ochotę przerwać awanturę, dochodzi jednak do wniosku, że lepiej podsycać burdę, by móc następnego dnia doprowadzić do pogodzenia panów ze szlachtą, tylko wtedy wszyscy zapamiętają, kto się przysłużył jego królewskiej mości.
- Mnie nie to boli, że młody król z Włoszkami się zadaje, lecz to, że sprawy państwa go nie obchodzą, że na wojnę nie idzie - tłumaczy rozemocjonowany szlachcic spod Warszawy.
- A kto, jeśli nie królowa Bona, zamawiał proch do naszych armat na wojnę z Moskwą? - wyrywa się Kmicie, który wie, że niejedna kobieta ma w sobie ducha walki.
Tarnowski skacze mu do oczu.
- Nie umniejszaj, wasza miłość, roli króla.
- Nie da się umniejszyć jego roli - odpiera zarzut marszałek, wzruszeniem ramion podkreślając jego absurdalność. - To nasz pan.
- Nie dajmy się wplątać w swary możnych - wtrąca ktoś nagle i mówi to z zadziwiającym spokojem. - Wrócą na Wawel i na wspólnej uczcie będą z nas kpili.
Taszycki dostrzega, że spór, sterowany dotąd i prowadzony po jego myśli, zaczyna się wymykać spod kontroli.
- Naszym wspólnym interesem jest dobro Polski - przekrzykuje wszystkich. - Przestańmy się więc kłócić, spiszmy królowi nasze postulaty i rozjedźmy się do domów, nic tu po nas.
- Granic mieliśmy bronić!
- Przed kim chcesz pan bronić granic - wydziera się Taszycki - skoro nie wiadomo, kto nasz wróg, a kto przyjaciel?
Tarnowski wznosi dłoń, niektórzy milkną, inni jawnie z niego szydzą.
- Namyślcie się, panowie, czego chcecie od króla - mówi kasztelan.
- Szlachcie należy się szacunek - wtrąca Kmita. - Niech się wasza miłość nie zwraca do posłów jak do wieprzy.
- Nie mam przed sobą posłów, szanowny marszałku, ponieważ król nie zwołał sejmu.
- Ale myśmy zwołali! - rozlega się z wielu stron. - To jest sejm konny!
- Nie udawaj pan szlacheckiego trybuna - syczy Tarnowski do Kmity. Wolałby wymianę zdań na uboczu, lecz marszałek najwyraźniej dąży do upublicznienia ich rozmowy. Kasztelan zna przebiegłość Kmity, wie, że jest stronnikiem szlachty, kiedy mu to na rękę.
- Nie jestem niczyim trybunem - stwierdza Kmita. - Służę jego królewskiej mości, jak i pan, a że bronię czasem szlachty, to wynika wyłącznie z wrodzonego poczucia sprawiedliwości.
Zwolennicy Tarnowskiego pokładają się ze śmiechu.
- Pomiatasz pan szlachtą, były hetmanie! - rzuca oskarżenie Taszycki.
- Uważam, wasza miłość - odpowiada wyniośle Tarnowski - że każdy ma jakąś rolę do spełnienia i szarak nie powinien się wynosić ponad króla, a oracze ponad oratorów, jak powiada biskup Tomicki.
Część zebranych śmieje się z błyskotliwej myśli.
- Obrażasz brać szlachecką, wasza wielmożność - kwituje Taszycki. Głos mu drży.
- Obrażam warchołów, którzy wyobrazili sobie w pijanym widzie, że króla da się trzymać w szachu - powiedziawszy to, Tarnowski opuszcza refektarz, a za nim ruszają jego stronnicy.
- Hańba! - słychać wokół. - Chcą nas pozbawić przywilejów!
Robi się coraz większe zamieszanie, niektórzy chwytają za szable. Mężczyźni przepychają się w drzwiach, tłum wylega na dziedziniec klasztoru.
- Metryka Koronna kłamie! Brakuje w niej zapisów własności! Włoszka to wykorzystuje z korzyścią dla siebie!
- Niech król cofnie nałożone cła!
- Nie będą nas wyzywać od szuj! - wrzeszczy Taszycki schrypniętym głosem. - Nie będą się wynosić ponad rycerstwo! Zdrada, panowie!
Kto jeszcze nie wyciągnął szabli, ten robi to w tej chwili. W głowach się gotuje, paruje piwo wypite do porannego śniadania, niejeden ma za sobą kilka szklanic wina.
- Kto zakrzyknął "szuje"? - pada nagle.
- Kmita!
- Nie Kmita, lecz Tarnowski!
- Jedna swołocz! Skończyć rządy możnych!
- Pokażemy królowi, kto rządzi Polską! - Krzyczący milknie, zachłysnąwszy się wodą, która nagle spada z nieba. Uderzenie pioruna rozcina niebo na połowę i dopiero teraz ludzie dostrzegają, że ziemię ogarnęły ciemności. Raz po raz słychać grzmoty, strzały Bożego gniewu celują w okoliczne drzewa, pola pustoszeją. Kto żyw, chowa się przed karzącą obecnością Najwyższego. Marszałek Kmita nieruchomieje. To złudzenie, czy padł strzał?
- Zamach na kasztelana krakowskiego! Tarnowski w niebezpieczeństwie!
Kmita ma ciarki na plecach. Oby Tarnowskiego piekło pochłonęło! Nie zamierza go ratować. Sprawy wymknęły się spod kontroli. Śmiech ogarnia go na poły z przerażeniem - wiele w życiu widział, wie, że w jednej sekundzie pasmo sukcesów może zastąpić porażka.
Dopada konia i osłonięty ciasnym szpalerem zbrojnych rusza w stronę Lwowa, gdzie powinna już była dotrzeć para królewska. Jest do cna przemoczony, ale szczęśliwie ciepła ulewa daje mu wytchnienie. Piotr wznosi ku niebu szczupłą twarz i wystawia na siekące uderzenia deszczu. Śmieje się na całe gardło, nie zważając na zdziwionych towarzyszy. Odczuwa rzadki ostatnio przypływ energii, która niegdyś wlewała w niego przekonanie, że jest w stanie osiągnąć wszystko. Zdarza się, że kpi w myślach z pragnień młodości i swojego wieku, który coraz trudniej nazwać dojrzałością. Umrzeć na wojnie - tylko tego chce. Nie uganiał się za kobietami, lubił uczty, przednie jadło, wielką politykę i zaszczyty. Urodził się, by wspomagać monarchów. Ziemie, którymi zarządza, jak mu się zdaje, przynoszą więcej bogactw niż domeny Włoszki, a to niemałe osiągnięcie. Lubi rywalizację. Bóg nie pobłogosławił mu dziećmi, Jego rzecz - Kmita ani się na to nie uskarża, ani się z tego cieszy. Ma tyle bogactw, że mógłby nimi obdzielić i dziesięciu synów, dostaną się jednak siostrom. Lekką ręką wydaje pieniądze na ludzi nauki i artystów, szczęśliwy, gdy rozwijają się pod jego skrzydłami.
- Rozpęta się piekło - mruczy pod nosem, wie bowiem, że burza nie zakończyła wystąpienia szlachty przeciw królowi. Marszałek dość ma rządów kobiety w Polsce, ale nie dlatego, że jej to nie przystoi i jest sprzeczne z boskim prawem, lecz z tego względu, że królowa miesza w jego sprawach, śmie przesuwać granice jego ziem, narzuca mu zapatrywania polityczne, podczas gdy powinna... Właśnie, co powinna? Kmita nie zamierza o tym myśleć, zarzucił dawny styl życia i nocne rozpamiętywanie spraw. Woli biesiady i spotkania, podczas których słucha, jaki to jest wielki. Zbyt dużo targa nim wątpliwości, to niepokojące.
- Jesteś, Klemensie - mówi nagle, gdy dociera do niego, że poeta bacznie mu się przygląda.
- Zawsze przy tobie, panie.
- Nie cierpię pochlebców.
- Ja też nie tobie, panie, pochlebiam.
- Naprawdę? - Cieszy się niespodziewanie Kmita. Radość życia zalewa mu piersi i to również jest niepokojące, zbyt często miewa wahnięcia nastroju. - Czym się w takim razie zajmujesz, skoro nie trwonisz czasu na schlebianie mecenasom? O czym piszesz?
- "Mury Wiśnicza tu z oddali mierzę/ I myślę, jak by je dźwignąć pod niebo"1.
- Cenię twój subtelny spryt.
Marszałek lubi wiersze Janickiego, jego łacina dorównuje cycerońskiej. Opis Wiśnicza w takim wydaniu to zdecydowanie powód do dumy.
- Jakie masz plany na najbliższą przyszłość? - pyta pogodnie.
- Żadnych, panie.
- Ejże, nie opowiadaj bajek. - Klepie poetę w ramię. - Wy, artyści, zawsze wybiegacie myślą w przyszłość.
- Chciałbym się udać do Włoch na studia, nie martwić się o jutro, mieć pieniądze na biesiadę z druhami. Niestety, jestem tylko prostym chłopem.
- Masz talent, to więcej niż wszystkie moje majątki razem wzięte - stwierdza Kmita, zadowolony ze szczerości Klemensa.
- Drwisz ze mnie, panie.
- Nie. My, którzy przesuwamy granice i kierujemy ręką króla, gdy przygotowuje edykt, przemijamy, za to wy, poeci, zmierzacie prostą drogą na karty historii.
- Przemawia przez ciebie horacjańska tęsknota za nieśmiertelnością, panie? - pyta przewrotnie Klemens, bo wszystkim wiadomo, że pośmiertna sława jest skrytym marzeniem marszałka.
- Raczej tęsknota za synem, Klemensie - odpowiada otwarcie Kmita. - Dlatego potraktuję cię jak syna i wyślę na studia do Włoch, co ty na to? Milczysz?
Poeta chwyta jego dłoń i przyciska do ust, marszałek wyszarpuje ją ze śmiechem.
- O jedno cię proszę: nigdy i pod żadnym pozorem nie pozwalaj sobie na chwile słabości, nie dlatego, że nie wypada, tylko dlatego, Klemensie, że nikt nie jest godzien wiedzieć, co cię boli albo wzrusza.
Chwilę jadą w ciszy. Kmita, jako że jego orły przestały go wreszcie otaczać zwartym kołem i zyskał perspektywę, wypatruje w oddali murów Lwowa.
- Piszesz czasem o królowej? - pyta.
- Staram się nie pisać, wasza miłość.
Obaj wybuchają śmiechem.
- To błąd - żartuje marszałek. - Królowa Bona docenia poetów sławiących jej urodę.
- Niewielu to robi, boją się stracić możnych protektorów - mówi Klemens szczerze.
- Nie rozumiem.
Kmita przenosi wzrok na poetę. Wiatr szarpie włosami Klemensa, na twarzy widać zmęczenie podróżą.
- Miłościwa pani wyrosła na najbogatszą kobietę w Koronie, a kto wie, czy nie w Europie - odzywa się młodzieniec. - Ludziom to się nie podoba.
- Rzeczywiście. Tym bardziej mógłbyś się zasłużyć.
- Chciałbym się zasłużyć tobie, panie.
- A gdybym ci powiedział, że pragnę pięknej poezji o królowej? - kpi marszałek, w taki jednak sposób, że Janicki nie jest pewny, ile w tym drwiny, a ile szczerości.
- Poeta przypomina lustro, panie. Ma w sobie wszystkich, których mija w życiu, łącznie z królową.
- Mądrala z ciebie. - Kmita spina konia i przyspiesza. Straże wokół przekazują dalej sygnał do zmiany tempa jazdy. - Doceniam, że chcesz się kształcić, mnie samemu zawsze tego brakowało.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Rozdział pierwszy. CÓRKA HETMANA
Rozdział drugi. TRYBUN SZLACHECKI
Rozdział trzeci. WIELBICIEL PRZEJRZAŁYCH OWOCÓW
Rozdział czwarty. WIELKA PANI
Rozdział piąty. CZAROWNICA
Rozdział szósty. BRAT PAWEŁ
Rozdział siódmy. ALBO BIAŁE, ALBO CZARNE
Rozdział ósmy. NIEUDACZNIK
Rozdział dziewiąty. ZA STARY NA NIENAWIŚĆ
Rozdział dziesiąty. NAJNIŻSZA GAŁĄŹ
Rozdział jedenasty. NIEBEZPIECZNA GRA
Rozdział dwunasty. HOSPODAR
Rozdział trzynasty. KAŻDE MAŁŻEŃSTWO DA SIĘ ROZWIĄZAĆ
Rozdział czternasty. WOLNOŚĆ
Rozdział piętnasty. ŚMIERTELNI WROGOWIE ZA PLECAMI
Rozdział szesnasty. ZAWODZĄC NICZYM PIES
Rozdział siedemnasty. NA GIERANOJNY!
Rozdział osiemnasty. RYWALKI
Rozdział dziewiętnasty. TANIE GIERKI
Rozdział dwudziesty. GENIALNY PLAN AUGUSTA
Rozdział dwudziesty pierwszy. DUCH GIANA GALEAZZA
Rozdział dwudziesty drugi. TRESURA
Rozdział dwudziesty trzeci. KAŻDA BESTIA JEJ USŁUCHA
Rozdział dwudziesty czwarty. PRZEKLĘTY PRZEZ SZATANA
Rozdział dwudziesty piąty. CZYSTE SZALEŃSTWO
Rozdział dwudziesty szósty. WŚCIEKŁOŚĆ
Rozdział dwudziesty siódmy. WKRÓTCE BĘDZIE ZA PÓŹNO
Rozdział dwudziesty ósmy. CZARCIE SZTUCZKI
Rozdział dwudziesty dziewiąty. CZARY
Rozdział trzydziesty. TYLKO TY SIĘ CIESZYSZ WSZYSTKIM
Rozdział trzydziesty pierwszy. SEKRET STAREGO CZŁOWIEKA
Rozdział trzydziesty drugi. ŻEBY DONIESIONO MATCE
Rozdział trzydziesty trzeci. MAZOWSZE
Rozdział trzydziesty czwarty. SZRON NA ŚCIANACH
Rozdział trzydziesty piąty. JA TO JA
Rozdział trzydziesty szósty. PRZECIEŻ BYŁA TAKA MŁODA
Rozdział trzydziesty siódmy. DOKUMENTY SĄ ZABEZPIECZONE
Rozdział trzydziesty ósmy. WOŁANIE PUSZCZY
Rozdział trzydziesty dziewiąty. SKRYTY PRZED ŚWIATŁEM DNIA
Rozdział czterdziesty. NIEMOŻLIWE
Rozdział czterdziesty pierwszy. PLANY KRÓLOWEJ
Rozdział czterdziesty drugi. ZSYŁKA
Rozdział czterdziesty trzeci. KIEDY CIĘ ZABRAKNIE
Rozdział czterdziesty czwarty. DZIEŃ I NOC OGLĄDAJ SIĘ ZA SIEBIE
Rozdział czterdziesty piąty. NIEULECZALNIE CHORY
Rozdział czterdziesty szósty. CO SIĘ DZIEJE Z JEGO GŁOWĄ?
Rozdział czterdziesty siódmy. DLACZEGO?
Rozdział czterdziesty ósmy. CICHE, PROWINCJONALNE ŻYCIE
Rozdział czterdziesty dziewiąty. OGIEŃ TRAWI ŻAŁOBNE KIRY
Rozdział pięćdziesiąty. KREW
Rozdział pięćdziesiąty pierwszy. KRÓLOWA MATKA UMIERA WRAZ Z MĘŻEM
Rozdział pięćdziesiąty drugi. BYLE URODZIĆ KRÓLEWSKIEGO SYNA
Rozdział pięćdziesiąty trzeci. MALOWANY KRÓL
Rozdział pięćdziesiąty czwarty. SPOTKANIE Z CHRYSTUSEM
Rozdział pięćdziesiąty piąty. PIONEK NA CUDZEJ SZACHOWNICY
Rozdział pięćdziesiąty szósty. WIELKI OŻÓG
Rozdział pięćdziesiąty siódmy. NI TO WŁOCH, NI POLAK
Rozdział pięćdziesiąty ósmy. DRZWI SYPIALNI ZATRZASKUJĄ SIĘ Z HUKIEM
Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty. NAPISZ KONDOLENCJE
Rozdział sześdziesiąty. NIECH CIĘ PIEKŁO POCHŁONIE!
Rozdział sześdziesiąty pierwszy. ŻART ANNY
Rozdział sześdziesiąty drugi. ZNOWU SIĘ SPÓŹNIŁEM
Rozdział sześdziesiąty trzeci. ZŁODZIEJE WYKRADAJĄ JAŁMUŻNĘ
Rozdział sześdziesiąty czwarty. ZOSTANIE MOIM WIĘŹNIEM
Rozdział sześdziesiąty piąty. POKOJU NIE ZNAJDUJĘ
Rozdział sześdziesiąty szósty. BARI
Rozdział sześdziesiąty siódmy. CHCIWA KRYTYKANTKA
Rozdział sześdziesiąty ósmy. TARANTELA
Rozdział sześdziesiąty dziewiąty. GRANICE POUFAŁOŚCI
1 Klemens Janicki, Do Piotra Kmity, Elegia III z Księgi żalów, w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka.