1
Tłem wspomnień z mojego dzieciństwa są pociągi. Mama uwielbiała podróżować. Pamiętam nieskończenie wiele sobót, gdy budziła mnie wczesnym rankiem, zadając tylko jedno pytanie: Dokąd dziś?
Potem do podróżnego plecaka pakowała kanapki z kotletem i butelkę wody z syropem malinowym, ubierała mnie w spodnie dresowe i rozciągniętą koszulkę, a sama poskramiała włosy chustką w róże. Spacerem szłyśmy na dworzec.
Pszczyna, Żory, Kraków, Częstochowa. Zwiedziłam z nią chyba wszystkie miasta, do których można było dojechać w godzinę lub dwie.
Na miejscu szłyśmy do baru mlecznego na zupę albo pierogi, spacerowałyśmy po głównej ulicy, jadłyśmy lody i planowałyśmy kolejną podróż.
Najprzyjemniejsze były wieczorne powroty, gdy z półmroku wyłaniały się żółte kwadraty okien.
Siedząc na kolanach mamy, zastanawiałam się, jacy są ludzie, którzy mieszkają po drugiej stronie szyb. Co robią, gdy my przejeżdżamy obok?
Czasem zza firanki dostrzegałam postacie. Starych i młodych. Kobiety, mężczyzn, dzieci. Próbowałam sobie wyobrazić, jak żyją.
Gdy przeprowadziłyśmy się do Warszawy, z roku na rok wspólne podróże stawały się coraz rzadsze. Mama, pracując w sklepie spożywczym, nie miała wolnych sobót. A ja... dorastałam.
Dziś jadę ze wzrokiem wlepionym w puste miejsce przede mną. Nie zaglądam w okna. Pewnie widziałabym w nich tylko złe sceny. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że gdzieś tam obok przemija spokojny poniedziałek. Że ktoś zmęczony pierwszym dniem pracy w nowym tygodniu, z nogami wspartymi na stoliku kawowym ogląda mecz albo przysypia przy serialu, zupełnie nieświadomy, ile szczęścia jest w takim leniwym wieczorze.
Najtrudniejsza jest myśl, że jeszcze tydzień temu moje poniedziałki, wtorki, środy... cały mój tydzień wyglądał podobnie. Wydawało się, że mała stabilizacja będzie trwała wiecznie. Bo czy potrzebne jest mi coś więcej?
Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Do mnie przyszła od razu cała trójka.
W poniedziałek znalazłam w skrzynce awizo. Czekałam na sukienkę zamówioną w sklepie internetowym, więc postanowiłam zaraz pójść na pocztę. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast rudej szmizjerki otrzymałam kolejny list z Chorzowa.
Kilkanaście tygodni wcześniej podobna przesyłka poinformowała mnie o śmierci Stanisławy Kieś - mojej babki.
Ostatni raz widziałam ją w dniu mojej pierwszej komunii. Potem rozpłynęła się, zniknęła tak jak Chorzów, nasze rodzinne miasto, i wszystkie inne miejsca, z którymi babka się kojarzyła.
Nie pojechałam na pogrzeb. Lista powodów, które wówczas sobie wymyśliłam, zajęłaby kilka stron. Podsumowując je wszystkie - stchórzyłam.
Poniedziałkową wiadomość, odebraną z poczty zamiast sukienki, przysłała kancelaria notarialna, informując mnie o nieruchomości, którą Stanisława zapisała mi w testamencie. Jak w amerykańskim filmie - otrzymałam schedę. Dokument wyjaśniał również, że spadek mogę przyjąć bądź go odrzucić. Szybko podjęłam decyzję. Znalazłam w internecie wzór odpowiedniego pisma, wydrukowałam go i wstawiłam własne dane. Zlekceważyłam informację o konieczności dołączenia aktu zgonu babki, nie wiem, jak miałabym go zdobyć. Kopertę zakleiłam i odłożyłam na półkę z uczuciem dziwnej pustki.
Nie potrzebuję żadnej nieruchomości w Chorzowie, mieście wciśniętym w śląski krajobraz. Kojarzonym z górnikami i z wesołym miasteczkiem, do którego mnie nikt nigdy nie zabrał. Nie potrzebuję długów ciążących z całą pewnością na spadku. Nie interesuje mnie, co zapisała mi ta prawie nieznajoma kobieta. Niczego od niej nie chcę.
We środę, przy pospiesznym śniadaniu, Tomasz zaprosił mnie na kolację. Zdziwiłam się, bo ostatnio nieczęsto zdarzało się nam gdzieś razem wychodzić. Po pięciu latach związku nie trzeba już wymyślać ciągłych atrakcji. Zresztą ostatnio większość doby Tomek spędzał w banku, w którym pracował od roku. Czas dla siebie mieliśmy wyłącznie w weekendy, i to tylko wtedy, kiedy akurat nie miał wyjazdowego szkolenia.
Szczerze mówiąc, nieobecność Tomka specjalnie mi nie przeszkadzała. Lubię własne towarzystwo.
Poszliśmy do małej knajpki na Starym Mieście. Nie byłam w niej nigdy wcześniej. Gdy usiedliśmy przy stoliku pod oknem, nie czułam się pewnie.
Wieczór przebiegał zwyczajnie. Gadaliśmy o pracy, o planach na wakacje. Tomkowi marzyły się wędrówki po Bieszczadach, mnie - lenistwo na Krecie.
- To powinna być nasza podróż poślubna - powiedział jakby nigdy nic, wkładając do ust ostatnią frytkę.
Oniemiałam. Ustaliliśmy przecież, że nie potrzeba nam papierka, aby ze sobą być.
- No nie patrz tak na mnie. - Próbował wziąć mnie za rękę. - Mam trzydzieści dwa lata, nie chcę być wiecznym kawalerem.
- A ja nie chcę być niczyją żoną. Z tego powstają tylko kłopoty.
- I dzieci. - Tomek podniósł głos. Miałam wrażenie, że teraz patrzą na nas wszyscy pozostali goście lokalu.
- Przestań! Jeszcze mamy na to czas.
- Olka! Ja chcę być ojcem, nie dziadkiem! I chcę się z tobą ożenić - dodał, gdy ja wstawałam już z krzesła.
- Najpierw powinieneś znaleźć czas, aby w ogóle to dziecko zrobić. Z laptopem się nie da. - Rozmowę zakończyłam szeptem, który usłyszało pół sali.
Reszta kłótni przeniosła się na kanapę do naszego salonu i zakończyła trzaśnięciem drzwi wejściowych. Zostałam sama, zastanawiając się, po co mam chcieć zmian, które wszystko mogą popsuć.
Mimo że podobnych rozmów między nami było już wiele, tej się wystraszyłam. Czułam, że Tomek nie odpuści. Postanowiłam więc, że to ja odpuszczę. Nie będę dobrowolnie ładowała się w takie bagno, a już na pewno nie stanę się od nikogo zależna.
Piątek miał być zwyczajnym początkiem weekendu. Siedząc nad słupkami cyfr w dziale księgowości prywatnej kliniki położniczej, w której pracowałam, myślałam już o wannie pełnej gorącej wody i ziemniaczanej zapiekance czekającej w lodówce. Bolała mnie nieobecność Tomka, który zamelinował się u kolegi, ale już wiele lat temu postanowiłam, że nie będę płakała przez faceta. Zresztą przecież wciąż był jeszcze czas, aby wrócił i przeprosił za całą tę głupotę ze ślubem. Zapomniałabym i wszystko znów toczyłoby się dawnym rytmem.
Kierownik wezwał mnie tuż przed piątą. Zbierające się do wyjścia dziewczyny odprowadziły mnie współczującym wzrokiem. Cóż, kąpiel będzie musiała poczekać. Wino, które planowałam kupić po drodze, również.
Nie rozumiałam wiele z tego, co do mnie mówił. Do świadomości docierały zaledwie pojedyncze słowa. Redukcja etatów, spadek liczby klientek i rodzących się dzieci. Dowiedziałam się też, że jestem młoda i zdolna, więc na pewno nie będę miała problemu ze znalezieniem nowej pracy, a jeśli podpiszę zwolnienie za porozumieniem stron, natychmiast wypłacą mi pensję za trzy kolejne miesiące i już w poniedziałek nie będę musiała przychodzić.
- Zrobi sobie pani dłuższy urlop. Może gdzieś wyjedzie. A potem z łatwością znajdzie coś nowego.
Kierownik ścisnął moją dłoń. Odwzajemniłam uśmiech, który mi przesłał, i wyszłam z gabinetu.
Pierwszy raz w życiu zostałam bezrobotna.
Dziś znów jest poniedziałek, a ja jadę pociągiem relacji Warszawa-Katowice. Bez pracy, bez mężczyzny, który chciałby mnie wesprzeć w niełatwych chwilach. Za to z adresem kancelarii notarialnej w torbie.
Wracam na Śląsk. Po dwudziestu dwóch latach wracam tak, jak stamtąd z mamą uciekłyśmy, z kompletnym brakiem pewności, co przyniesie jutrzejszy dzień.