Banksterzy - Adam Guz

Reflow text when sidebars are open.
AAA minus - rodzaj ratingu nadanego przez agencję ratingową. Jedna z najwyższych ocen.
Agencje ratingowe - rynek agencji ratingowych jest zdominowany przez trzy wielkie amerykańskie firmy z ponadstuletnim doświadczeniem, działające na całym świecie i mające około 95% rynku: Fitch Ratings, Moody's i Standard & Poor's.
Bankowy tytuł egzekucyjny - pozasądowy tytuł uprawniający bank do wszczęcia na jego podstawie egzekucji dłużnika.
Bańka internetowa - spekulacyjny wzrost cen przedsiębiorstw związanych z internetem (tzw. dot-comów, stąd czasem określenie "bańka dotkomowa") w latach 1995-2001; pęknięcie bańki spekulacyjnej w 2001 roku spowodowało kryzys na rynkach światowych.
Bańka spekulacyjna - samonapędzający się proces nieuzasadnionego wzrostu cen (np. nieruchomości); ma charakter przejściowy i zazwyczaj rynek (nieruchomości, złota, ropy, akcji lub instrumentów finansowych) po chwilowym załamaniu wraca do równowagi.
BigFive - firmy audytorskie, zatrudniające biegłych księgowych uprawnionych do badania prawidłowości prowadzonych rachunków w firmach o globalnym zasięgu; po upadku Enronu upadł też jego audytor - firma Andersen - nadwerężając wiarygodność całej branży; obecnie na rynku pozostały cztery firmy audytorskie (BigFour): E&Y, Deloitte, PWC, KPMG - wszystkie amerykańskie.
Blue chip - potoczna nazwa największych spółek notowanych na giełdzie papierów wartościowych.
Cross-selling - technika marketingu potęgująca zależność klienta w celu sprzedaży mu większej liczby produktów, nawet tych, których nie potrzebuje.
Dealing room (zwany częściej trading roomem) - pomieszczenie do pracy traderów (maklerów) działających na rynkach finansowych. Dawniej mieli oni system kartek i kodów, dzięki którym dokonywali transakcji, obecnie siedzą przed kilkoma monitorami z notowaniami i telefonicznie przyjmują zlecenia klientów.
Emerging markets - rynki wschodzące (do których od 1990 roku zalicza się Polska), czyli kraje obarczone większym ryzykiem, ale o ponadprzeciętnym rozwoju gospodarczym, pozwalającym inwestorom na większe zyski.
Emisja - sprzedaż nowych obligacji lub akcji danej spółki.
Finansowanie pomostowe - slangowe określenie finansowania na krótki okres w celu realizacji projektu.
Forward - umowa (np. między bankami), w której jeden bank zobowiązuje się kupić określoną ilość walut od drugiego banku po określonym kursie.
Fundusze sekurytyzacyjne - specyficzne fundusze inwestycyjne, których środki służą do skupowania hurtowo długów (np. klientów banków) za niewielki procent ich wartości w drodze aukcji.
Gra o sumie zerowej - w teorii gier sytuacja, w której suma wyników graczy jest równa zeru, czyli wygrana odbywa się kosztem przegranego (np. ruletka, trzy karty, poker).
Instrument - inaczej: produkt finansowy.
Instrumenty pochodne na waluty - m.in. kontrakty terminowe oraz opcje. Takim instrumentem były toksyczne "opcje walutowe", które zalały polską gospodarkę w 2008 roku i naraziły przedsiębiorców na miliardowe straty; Polska była jedynym krajem UE, gdzie zastosowano na taką skalę toksyczne opcje walutowe, ponieważ polski parlament opóźnił wdrożenie unijnej dyrektywy, która skutecznie zakazywała nieuczciwych praktyk bankom i instytucjom finansowym.
IPO - Initial Public Offering (pierwsza oferta publiczna), wejście spółki na giełdę, zazwyczaj poprzedzone sprzedażą akcji lub emisją nowych akcji. Marzenie każdego zarządu.
Key account - sprzedawca (opiekun) głównych klientów.
Kontrakt terminowy - rodzaj instrumentu pochodnego, czyli sztucznie stworzony instrument oparty na innym produkcie, służący spekulacjom, pierwotnie w celu ograniczenia ryzyka (np. wahania cen pszenicy).
Kontrakt terminowy typu future - najprostszy i pierwszy w historii kontrakt terminowy określał cenę zboża i był zawarty w USA w XIX wieku. Rolnik, by zabezpieczyć się przed wahaniami cen w przyszłości, mógł kupić "kontrakt" na sprzedaż za określoną cenę swojego zbioru.
Kredyt denominowany; kredyt indeksowany - rodzaje kredytów opartych na franku szwajcarskim.
Lewarowe zakupy - specyficzny produkt bankowy przeznaczony dla inwestorów giełdowych; część akcji kupionych na giełdzie przez inwestora jest finansowana kredytem bankowym (jak zakup nieruchomości).
MBO - Management Buy-Out, specyficzna forma zakupu akcji lub udziałów spółki. Dokonuje go zarząd danej spółki, przeważnie zaciągając na ten cel dług, który potem spłaca sama spółka.
Memorandum inwestycyjne - dokument, sporządzany przez emitenta i jego doradców, zawierający najważniejsze informacje, na podstawie których inwestorzy podejmują decyzje inwestycyjne.
Obligacje strukturyzowane (w skrócie CDO) - dłużny produkt finansowy zabezpieczony na aktywach, spakowany i sprzedawany jako bezpieczna lokata kapitału. Instrument ten otrzymywał rating kredytowy nadawany przez największe agencje do tego upoważnione, przez co wydawał się bezpieczny dla nabywcy. Kiedy jednak rynek instrumentów typu CDO wzrósł do setek miliardów dolarów i zabrakło realnych aktywów jako ich zabezpieczenia, bankierzy z Wall Street obniżali bezpieczeństwo tych produktów, mieszając je z długiem niezabezpieczonym lub zabezpieczonym kiepskimi aktywami. Obligacje CDO nazwano "motorem napędzającym" dla całej gospodarki, bo stworzono instrument, który był masowo kupowany na całym świecie, z ukrytym ryzykiem, że jest oparty na... powietrzu. Kiedy odkryto oszustwo, cały świat zrozumiał, że ma nic niewarte "papiery wartościowe".
Obligacje subprime - instrument finansowy służący do finansowania pożyczek hipotecznych kredytobiorcom o niskiej zdolności kredytowej; w latach 2007-2008 kredyty te przestały być obsługiwane przez kredytobiorców, co wywołało światowy krach na rynkach, ponieważ ich skala była niekontrolowanie wielka.
Obligatoryjne ubezpieczenie mienia - obowiązkowe ubezpieczenie zastawu kredytu, np. mieszkania pod kredyt hipoteczny.
Opcje na waluty - niesymetryczne toksyczne opcje.
Polisolokata (nazwa potoczna: polisobelka) - produkt zmieszany z dwóch instrumentów: ubezpieczenia na życie i funduszu kapitałowego. Gdy wprowadzono tzw. podatek Belki od dochodów kapitałowych (w tym lokat i obligacji Skarbu Państwa), zyski z polisolokaty nie zostały nim objęte, ponieważ częściowo pełniły funkcję ubezpieczenia na życie. Obarczono je wysokimi i niewspółmiernymi opłatami (od ryzyka, dystrybucyjną, wstępną, od zarządzania, manipulacyjną i najważniejszą - od likwidacji), sprawiając, że ich opłacalność była zbyt niska i klienci nie mogli odzyskać nawet zainwestowanego kapitału.
Rekomendacja S - nałożony przez Komisję Nadzoru Finansowego zespół zasad dobrych praktyk w zakresie kredytów hipotecznych; nie uchronił jednak polskiego systemu finansowego przed nadmiernym zadłużaniem się w obcych walutach.
Ryzyko systematyczne - rodzaj ryzyka, zwanego także rynkowym, związanego z systemem rynków finansowych.
Spread - różnica między ceną zakupu a sprzedażą waloru (np. waluty).
Terminal Bloomberga - wprowadzony jako osobne urządzenie w 1981 roku, na długo zanim komputery i internet stały się wszechobecne, dostarczał uczestnikom rynku finansowego zintegrowanych danych finansowych; obecnie w postaci aplikacji, także mobilnej.
Trader - osoba przyjmująca zlecenia i realizująca je na rynkach finansowych (np. na zakup złota, akcji lub sprzedaż obligacji).
Upadłość układowa - rodzaj upadłości, w której następuje próba ułożenia się z wierzycielami i redukcji części długu, zamiany na udziały lub przedłużenia terminu jego spłaty.
Departament Pracy rządu USA podał, że w grudniu 2007 roku przybyło tylko 18 000 miejsc pracy. To najmniej od ośmiu lat*.
Kiedy pociąg z impetem wjechał do tunelu, zachwiało wagonami tak, że głowa drzemiącego Toma bezwładnie opadła na ramię, co boleśnie go wybudziło. Potarł dłonią szyję, by ją rozmasować. Mimo porannego ruchu siedział sam w rzędzie w kolejce linii PATH. Odczuwał skutki wczorajszej wizyty kuzyna i jego żony. Kiedy gościł swoich byłych rodaków, przeistaczał się w Tomka. Te wizyty wytrącały go z rutyny. Oczekiwali od niego takiego zainteresowania, jakby byli kimś szczególnym. Mentalnie nic go z tymi dziwnymi przybyszami nie łączyło. Dla niego, który jak przez mgłę pamiętał starą ojczyznę, te wizyty stanowiły jakiś niecodzienny rytuał, okraszony zachwytami nad przemycaną przez państwowe granice szynką o intensywnym zapachu i trudną do przełknięcia wódką. Mimo że od dwóch lat nie mieszkał już z rodzicami, wczoraj został u nich w Jersey City - nalegali, żeby przyjechał, zajął się gośćmi i został na noc.
Ta para była jednak zupełnie inna. Oboje uosabiali nowy typ Polaka: pewnego siebie, ze znajomością języków, z aspiracjami, ambicjami i bez kompleksów. Dobrze mu się z nimi rozmawiało. Umówili się na lunch. Kuzyn naciskał, że go postawi, a w zamian za to Tom podpowie im, które miejsca na Manhattanie warto odwiedzić.
Wysiadł na Grand Central. Był piękny dzień, jeden z pierwszych wczesnowiosennych, które przyszły po uciążliwej zimie, więc chętnie przespacerował się kilka bloków na północ. Gdy po chwili dotarł do biurowca przy Park Avenue, zmieszał się z tłumem szczęściarzy takich jak on, którzy pracowali dla jednego z największych banków inwestycyjnych LIB. Poczucie władzy, pewności siebie i wartości własnych portfeli mieli wypisane na twarzach. Nawet jeśli pełnili podrzędne funkcje, byli w samym sercu światowego krwiobiegu pieniądza. Oni kreowali rzeczywistość i tworzyli porządek świata. To tutaj ważyła się przyszłość ludzkości. Mieli tego świadomość wszyscy ci, którzy wraz z Tomem kierowali się do biurowców. Jego zmęczenie po wczorajszym wieczorze znikało z każdym krokiem.
Podszedł do drzwi obrotowych, przez które przelewał się tłum bankierów pędzących do swych boksów. W drzwiach przepuścił atrakcyjną kobietę, co początkowo ją zdziwiło, ale po ułamku sekundy lekko się uśmiechnęła i kiwnęła głową w podziękowaniu. Ten uśmiech poprawił mu humor.
W LIB pracował, odkąd potraktowano go jak nieuniknione koszty uboczne wielkiego skandalu, jakim był upadek Enronu. Afera ta wywaliła na bruk tysiące takich jak on - ambitnych, zdeterminowanych, z dyplomami najlepszych uczelni. Na swoje szczęście dzięki wsparciu mentora z Fordham University, profesora Borunia, Tom dostał się do LIB. Chociaż nowojorski Fordham nie był wylęgarnią kadr dla firm z Wall Street, to jednak kilkoro znanych maklerów i analityków kończyło tę katolicką uczelnię. Promotor Toma i zarazem dziekan wydziału finansów miał słabość do swojego najlepszego studenta na roku. Ponadto cenił jego chęć utrzymywania z nim więzi. Profesor już odliczał lata do emerytury i stawał się coraz bardziej sentymentalny. W sukcesach takich studentów dostrzegał sens swojej pracy. Dlatego chętnie uruchomił kontakty i polecił Toma w LIB. W żargonie Ulicy takich jak on określano mianem "kwantów", czyli mózgowców. Byli uważani za jednych z niewielu, którzy rozumieli, co się dzieje. Istniał silny podział na "kwantów" i resztę. Stanowili zamkniętą kastę i lepiej rozumieli się we własnym gronie, nawet jeśli pracowali w konkurencyjnych bankach.
Tom został w LIB juniorem w dziale obligacji rządowych. Trafiali tam przeważnie bankowcy bez doświadczenia, bo produkt, którym operowali, był najprostszy z możliwych. Dzięki precyzji i przenikliwości analiz oraz trafności prognoz nowy pracownik spodobał się swoim przełożonym i po roku trafił do najgorętszego działu na całym rynku - obligacji strukturyzowanych.
Był to jeden z najprężniej rozwijających się departamentów bankowości inwestycyjnej ostatnich dekad. Rynek obligacji oraz nieruchomości nawzajem się nakręcały, co składało się na najlepszy okres w historii gospodarki amerykańskiej. Trwała bezustanna hossa. Wall Street spijało optymizm z ust polityków i szefa banku centralnego. Wszyscy wskazywali na silne fundamenty gospodarki, nikt nie przestrzegał przed rosnącą bańką spekulacyjną. Pragnienia Amerykanów o własnym domu nakręcały ceny nieruchomości i były siłą napędową całej gospodarki. Dzięki pomysłowości bankierów wymyślano coraz to bardziej skomplikowane produkty, które trafiały do deweloperów, oraz wprowadzano pożyczki dla Amerykanów chcących zamieszkać na swoim. Produkty były specyficzne, a język tak hermetyczny, że rozumieli go jedynie wtajemniczeni. Kredyt już nie był kredytem, ale spakowanym wraz z innymi pożyczkami "produktem strukturyzowanym CDO". Ci, którzy tworzyli te produkty, nie zdawali sobie sprawy z tego, co tak naprawdę sprzedają. Ci, którzy je oceniali, czyli agencje ratingowe, nie mieli pojęcia, co zawierają, a kupujący nie zastanawiali się, co kupują. Cały świat oszukiwał sam siebie, bo na tym zarabiał. Nikt nie przewidywał końca tej złotej dekady, ludzie z Wall Street nie spodziewali się armagedonu, jaki wnet wywołają w rozwiniętym świecie. Tom tkwił w samym środku tej machiny, był jednym z lepszych analityków od produktów strukturyzowanych w LIB.
Przygotowywali prospekt dla kolejnej serii obligacji i czas do lunchu minął Tomowi szybko. Umówił się z Mateuszem i jego żoną Magdą pod biurem. Gdy wyszedł przed budynek, zobaczył ich, jak stali na pasie zieleni oddzielającym oba pasma Piątej Alei. Magda była ładna? dziewczyna? z niewielka? nadwaga?, usprawiedliwioną u młodej matki. Mocno zaaferowani widokami, robili zdjęcie za zdjęciem, przy każdym żywo dyskutując z zachwytem. Mateusz fotografował budynek wieńczący Park Avenue, który kiedyś należał do lotniczego potentata, wznosząc jego logo nad jedną z najbardziej znanych ulic na świecie. Pan Am były symbolem Ameryki, a Piąta symbolem Nowego Jorku. Pan Am padły - gwoździem do trumny okazał się libijski zamach na ich samolot. Wielkie Jabłko przetrwało nawet zamach na Bliźniacze Wieże, a w miejsce reklamy linii lotniczych pojawiła się reklama firmy ubezpieczeniowej - tej samej co na budynku na warszawskim placu Bankowym.
Obserwował ich z ciekawością, zanim podeszli do niego na kolejnych światłach.
- Cześć. Widzę, że się nie zgubiliście.
- Nie. Ale jesteśmy oszołomieni! Niesamowite!
- Tak, to miasto zachwyca. Chociaż albo się je kocha, albo nienawidzi. Cieszę się, że wam się podoba. - Na moment się zamyślił. - Tutaj trudno o jakieś stylowe niedrogie knajpki. Ale podejdźmy dwie ulice do góry i skręćmy na wschód, tam już coś fajnego znajdziemy.
Nagle Magda stanęła olśniona i niemal krzyknęła.
- Czy to jest ta Astoria? - Wskazała na budynek po przeciwległej stronie ulicy, do którego się zbliżali. - To ten słynny hotel, w którym dziewczyny z Seksu w wielkim mieście spotykały się na kawę?
- Tak. To tam spali najwięksi możni tego świata, tam nakręcono mnóstwo filmów - odpowiedział zarażony jej entuzjazmem Tom.
Magda aż zapiszczała z podziwu. Wiatr porwał jej rudawe włosy i musiała odgarnąć kosmyki z twarzy. Przystanęli, by zrobić sobie kilka fotek.
Po chwili, nadal w doskonałych nastrojach, siedzieli w żydowskiej restauracji, zapychając się wielkimi bajglami.
- Proponuję, żebyście poszli kawałek na zachód. - Tomek pokazał im na mapie trasę do Piątej Alei i dalej w górę, aż do Central Parku. - Tam Mat wejdzie do Apple Store, a ty skorzystasz z okazji i odwiedzisz kilka znanych sklepów. Nie wiem, o której uda mi się wyrwać z pracy, ale jeśli jeszcze będziecie, to się spotkamy i może gdzieś razem pójdziemy.
- Dzięki, stary. Wiemy, że masz kupę roboty. Jeżeli dasz radę, to super, ale my chyba dzisiaj wydamy trochę kasy na zakupy - odpowiedział Mateusz. - Kupimy prezenty i wrócimy do twoich rodziców.
- Okej. Shopping tutaj to przyjemność. Jeśli ma się kasę.
- Przy tak tanim dolarze opłaca się kupować u was wszystko. Nawet na najbardziej reprezentacyjnej ulicy - wtrąciła Magda.
- My tego nie odczuwamy. Naprawdę jest tak tanio?
- Przylecieliśmy z pustymi walizkami - powiedział Mateusz. - Byliśmy już w Gapie zobaczyć ceny. To niesamowite! Spodnie po dwadzieścia dolków to na nasze czterdzieści złotych.
- Dla mnie to wciąż to samo.
- Kosmetyki, buty, samochody. Wszystko się teraz opłaca kupować - ciągnął dalej Mateusz.
- Część kupiliśmy dla siebie, cześć sprzedamy na Allegro - dodała Magda.
- Co to Allegro?
- Polski eBay - wyjaśniła.
Teraz jednak Tom jej nie słuchał, zastanawiając się, jak to możliwe, że przedstawiciel klasy średniej przeciętnie rozwiniętego kraju może robić takie rozpasane zakupy w Stanach. Po chwili nie wytrzymał i powoli, z rozwagą zadał pytanie:
- Wiem, że nie powinienem, ale... jesteś informatykiem? - zapytał Mateusza i nie czekając na odpowiedź, którą doskonale znał, ciągnął: - Jakie są twoje zarobki roczne? Możesz mi podać w przybliżeniu?
Zapadło krępujące milczenie. Tomkowi wydawało się o wiele za długie i pożałował swojej dociekliwości. Mateusz spojrzał pytająco na Magdę.
- Zarabia siedem tysięcy złotych miesięcznie - odpowiedziała Magda, nie czekając na Mateusza, czym rozładowała niezręczną ciszę.
- Czyli, jak wy liczycie, ponad trzydzieści tysięcy dolarów rocznie - dodał Mateusz.
- Żartujesz? W Polsce są takie zarobki? - dopytywał zdziwiony Tom.
- No, muszę od tego odprowadzić podatek. - Mateusz się uśmiechnął.
- Każdy musi. Ale to niesamowite, jak świat się zmienia. W takim razie stawiasz ten lunch. - Tom starał się rozładować sytuację. - Jak inna jest teraz Polska. Moi rodzice uciekali stamtąd, bo nie mieli żadnych perspektyw. Teraz wy przyjeżdżacie pełni optymizmu i wydajecie dolary na potęgę, bo jest taniej niż w Polsce.
- Na szczęście nie wszyscy uciekli. Dzięki temu ten kraj dźwignięto po komunie - powiedziała kąśliwie Magda.
Tom nie zareagował na zaczepkę, bo znowu się zamyślił, pozostając w tym stanie do końca lunchu. Chciał jak najszybciej znaleźć się w biurze, by sprawdzić swoje przypuszczenia. Pokazał im raz jeszcze trasę na mapie, dokończył bajgla i jednak zapłacił za posiłek. Odprowadzili go pod biurowiec, po czym pożegnali się z postanowieniem powtórzenia lunchu następnego dnia.
Tom wysiadł z windy na piętnastym piętrze, a potem wszedł do dealing roomu, sali z ponad pięciuset analitykami, maklerami i traderami - głodnymi sukcesu młodymi wilczkami, którzy odkąd pamiętali, chcieli się tutaj znaleźć. Drogie garnitury, doskonały catering, antyki na ścianach to była bankowość od strony klienta; dealing roomu klient nie miał prawa zobaczyć - przeznaczono go wyłącznie dla pracowników. To było serce fabryki, z setkami takich samych stanowisk; na każde składały się małe biurko, telefon i komputer z terminalem Bloomberga zawierającym dane finansowe. Banki inwestycyjne robiły wszystko, aby każdy trybik tej maszyny był jak najbardziej produktywny i skoncentrowany na zarabianiu pieniędzy. W budynku znajdowały się gabinety dentysty, lekarza i masażysty, by pracownicy nie trwonili czasu na dojazdy. Mieli oni dostęp do pralni chemicznej, biura podróży, restauracji i fitnessu. Nie brakowało nawet pucybuta, który za kilka dolarów czyścił im buty i podbudowywał ich ego.
To było pole bitwy. Nikt nie miał czasu dla nowo przybyłego. Nikt nie przejmował się problemami innych. Liczył się plan i budżet, czyli pieniądze, które każdy musiał zarobić, bo inaczej wylatywał.
Sala powoli budziła się do życia po chwilowej przerwie. Dla tych ludzi to była praca marzeń, ale dopiero teraz musieli się naprawdę starać, bo cała armia chętnych czyhała na ich miejsce. Zajmowali kilka pięter w budynku, którego wewnętrzna część, czyli głównie dealing room, była wysoka na dwie kondygnacje i otoczona oszkloną galerią z biurami szefów. Oni mogli oglądać, co się dzieje na dole, ci z dołu nigdy nie widzieli, co się dzieje na górze. Nad dealing roomem, wysoko pod sufitem, przebiegał pasek z notowaniami giełdowymi i wisiały zegary z godzina? obowiązującą w różnych miastach na świecie. Bo globalna giełda nie śpi, a ich bank działał na całym świecie. Nie mogli dopuścić, by ich pieniądze choćby przez chwilę nie pracowały. Kiedy przychodzili do pracy, Londyn znajdował się w środku gorączki dnia; kiedy wychodzili na lunch - Londyn się zamykał, a wtedy oni rządzili światem. Gdy zaś ostatnie transakcje zamykały się w Nowym Jorku, giełdy azjatyckie zaczynały swój dzień. Maszyna kapitalizmu działała na okrągło. Świat błogosławił Wall Street, bo dzięki ich coraz to nowym produktom ubezpieczyciele mogli płacić za szkody, państwa miały na wypłaty emerytur, a uczelnie na kształcenie studentów. Kiedy w Stanach zabrakło domów pod kredyt, bankierzy wpadli na pomysł, aby kredyty hipoteczne wymieszać z kartami kredytowymi, kredytami na samochody i debetami na rachunkach bieżących. Spakowali to razem i wypuścili na rynek z błogosławieństwem firm ratingowych, dzięki czemu o te produkty biły się europejskie rządy, japońskie firmy ubezpieczeniowe, niemieccy bankowcy i fundusze na całym świecie. Pieniądze płynęły szerokim strumieniem do świątyni kapitalizmu, w której obracała nimi cała branża, pobierając od każdej transakcji solidną prowizję.
W LIB musieli zdążyć z nowym prospektem jeszcze przed weekendem. Chcieli dostać jak najszybciej zgodę Komisji Papierów Wartościowych i Giełd na sprzedaż kolejnego cudownego instrumentu, na którym ich bank zarobi kilkadziesiąt milionów dolarów z samego pośrednictwa. Część z tego na pewno wpłynęłaby na konto Toma w postaci premii. W zeszłym roku dostał niemal trzysta tysięcy dolarów, dzięki czemu mógł kupić dom w Jersey. Bez kredytu. Jego ojciec tyrał dwadzieścia pięć lat, a on po trzech latach pracy w LIB mógł sobie pozwolić na taki sam dom. Tymczasem go jednak wynajął i raczej nie myślał o zamieszkaniu, bo jego irlandzka dziewczyna nie chciała słyszeć o Jersey. Wychowana na północy stanu Nowy Jork w bogatej katolickiej dzielnicy z dobrymi szkołami, nie wyobrażała sobie życia gdzie indziej. Chyba że na samym Manhattanie. "New Jersey? Co to to nie" - mówiła z takim przekonaniem, że Tom nawet nie starał się jej sprzeciwić. Na razie nie wiedział, czy się z nią ożeni, ale na pewno oboje traktowali ten związek poważnie. Była stażystką w jednej z większych kancelarii prawniczych, obsługującej jego bank. Poznali się przy poprzedniej emisji obligacji i choć wciąż mieszkali oddzielnie, to coraz częściej rozmawiali o wspólnym kącie.
Tom siedział przy swoim biurku w boksie. Jego dwa metry kwadratowe powierzchni w najdroższej części globu wypełniały dwa monitory, które skierowane nieco do siebie, tworzyły jego świat przez ponad dziesięć godzin dziennie. Biurko miał zawalone papierami z analizami, prospektami i memorandami inwestycyjnymi. Było tam trochę rzeczy osobistych, które na wypadek zwolnienia zmieściłyby się w niewielkim pudełku. Zamiast jednak pracować nad nową emisją, sprawdzał notowania złotówki, czytał analizy, studiował wykresy i dane z gospodarki, zainspirowany rozmową z kuzynostwem. Mógł korzystać z polskich źródeł - chociaż nie uczył się polskiego języka biznesu, było w nim tyle zapożyczeń z angielskiego, że bez trudu poruszał się w opracowaniach.
W palcach obracał ołówek i czasem zastygał z nim, gdy coś go zaciekawiło. Oglądał notowania złotówki od czasu obalenia komunizmu. Jej wartość do dolara cały czas rosła, ale zdawał sobie sprawę, że taki stan nie może trwać wiecznie. Dla szybko rozwijającego się kraju z dynamicznym eksportem silna waluta była kłopotem.
Z głębokiego zamyślenia wyrwał go Jeff, który rzucił mu na biurko ostatnią wersję prospektu.
- Dzisiaj musi być przeczytana, jutro idzie do druku. Czekam na poprawki. Odwołałem już kolację, bo muszę czekać na wasze uwagi. Dlatego już jestem wkurwiony i nie zamierzam tu siedzieć do nocy.
- Oczywiście, szefie. Mam już kilka uwag do poprzedniej wersji, więc się szybko uporam.
- Mam nadzieję.
Tych kilka godzin minęło niezauważenie. Zbliżała się dziesiąta wieczorem, kiedy Tom naniósł ostatnie poprawki i spojrzał w górę, czy w biurze jego bossa nadal pali się światło. Wszystkie żarówki na piętrze zostawiano włączone, nawet jeśli w biurze nikogo już nie było. To po to, aby ci na dole nie czuli się osamotnieni, o czym Tom przypomniał sobie właśnie w tej chwili. "W zeszłym roku Jeff przygarnął prawie pięć milionów premii. Tyle co reszta działu razem wzięta" - z tą myślą wstał i ruszył w stronę antresoli.
W sali wciąż znajdowali się pracownicy. Presja czasu była ogromna i nikt w takich chwilach nie patrzył na zegarek, licząc na potencjalną premię ze swojej transakcji. Tom podążał wzdłuż ściany, na której wysoko na telebimach pokazywano notowania giełdowe. Nawet w środku nocy. Azja już się obudziła.
Zapukał i zaczął wchodzić w tym idealnym momencie, kiedy jeszcze nie uzyskał zgody, ale już w trakcie otwierania drzwi słyszał "wejść". Doskonały stopień poufałości z szefem.
- To moje poprawki.
Jeff przez moment czytał wręczony mu dokument. Po chwili spurpurowiał i piórem zakreślił jakiś fragment, z taką siłą przyciskając stalówkę do papieru, że spory kleks rozlał się na stronie.
- Co to, kurwa, jest?
Tom przyjrzał się zaznaczonemu tekstowi. Kawalkada myśli przebiegła mu przez głowę, ale starał się nie wpadać w panikę.
- W dziale "czynniki ryzyka" dodałem paragraf o zwiększonym ryzyku systematycznym. Ze względu na ostatnie sygnały z rynku o problemach z bieżącymi spłatami kredytów hipotecznych - wyrecytował niemal jak na egzaminie z finansów.
- Jakie, do kurwy nędzy, sygnały? - Jeff poczerwieniał ze złości.
- W zeszłym roku upadła druga co do wielkości w USA firma na rynku kredytów hipotecznych. Poza tym rośnie pula niespłaconych kredytów. Musimy o tym napisać!
- A po chuj?! - krzyknął Jeff, lecz momentalnie się uspokoił. - Czy myślisz, że naszych inwestorów interesują jakieś niespłacone raty hipoteczne w Pierdziszewie w Arkansas? Nie! Nie do nas należy ich edukowanie. Nasze zadanie to sprzedać im kolejną paczkę CDO, za co ściągniemy prowizję. My nie mamy oceniać standingu pożyczkobiorców, którzy dostali kredyty. Tym niech się zajmą agencje ratingowe. Nie my.
- Ale, szefie, w prospekcie musimy informować rzetelnie o sytuacji na rynku.
- Czy Rezerwa Federalna zareagowała? Czy rząd coś zrobił? Czy media alarmują? Nie. I my też nie będziemy edukować rynku. Jeszcze niedawno rząd się chwalił, że gospodarka nigdy dotąd nie była w tak znakomitej kondycji. Giełda niedawno miała historyczne maksima.
- Ale ostatnio słabnie.
- Czy "rzetelność" ci opłaci szkołę twoich dzieci?
- Nie mam dzieci.
- Przecież, kurwa, wiem! Zastanów się raz jeszcze nad czynnikami ryzyka.
Tom wrócił do swojego świata piętro niżej, nie mając zamiaru dłużej walczyć z Jeffem, któremu tyle zawdzięczał. Tuż przed północą znów otwierał te same drzwi, w idealnym momencie przed usłyszeniem "wejść", i podał poprawioną wersję dokumentów.
Szef spojrzał na sporny paragraf i kiedy zauważył, że został zmieniony - czyli w znacznej części skreślony - zerknął na Toma przyjaźnie.
- Musisz pamiętać, że my tu przede wszystkim sprzedajemy. To jest istota naszego bytu. Jako sprzedawcy kierujemy ofertę do rozumu, serca albo genitaliów. Wydawałoby się, że w tej branży odbiorca powinien kierować się rozumem i my taki produkt powinniśmy mu przedstawić. Uważasz, że po drugiej stronie transakcji jest taki sam nerd jak ty i mamy kierować ofertę do jego mózgu: "Dajemy ci takie a takie korzyści, ale obarczone takim a takim ryzykiem". I jeszcze żadnych porównań do konkurencji, bo etyka nie pozwala. Nuda! W ten sposób nic nie sprzedasz! Nigdy! My przemawiamy do genitaliów klienta: "Hej, kup ten produkt, a w zamian twoja firma kupi ci porsche, bo zarobi miliony". Albo do serca: "Jeśli kupisz nasze obligacje lub cokolwiek innego, to twoja firma zarobi tyle, że da ci premię, a ty kupisz swojej żonie piękny pierścionek z brylantem".
- A jak stracą?
- To wtedy nasz kupujący uda zaskoczenie, rozłoży ręce i powie swoim bossom: "Przecież cały rynek to łykał. Nikt nie zwracał uwagi na ryzyko poza jednym Polaczkiem z LIB. Agencje ratingowe dały najwyższy rating, Komisja Giełd zaakceptowała prospekt, to co ja, maluczki, miałem robić? Kupiłem!".
- Okej. Przyjąłem lekcję.
- Młody jesteś, to głowa jeszcze pełna ideałów.
Tom zszedł na swoje piętro. Zasiadł przed dwoma monitorami i wpatrywał się w nie, nabierając odwagi. Znów kręcił ołówkiem wariackie piruety między palcami. Wreszcie wziął głęboki wdech, upuścił ołówek i zaczął pisać maila.
Panie Robercie, chciałbym się spotkać, aby przedstawić swój pogląd i pomysł na polską walutę. Proszę o wyznaczenie daty i miejsca - najlepiej poza biurem. Nie chciałbym, aby mój szef Jeff dowiedział się o naszym spotkaniu.
Raz jeszcze przeczytał uważnie to, co napisał. Po chwili wahania podniósł prawą rękę zbyt wysoko i zawiesił palec wskazujący nad klawiszem enter. Tak aby siła ciążenia nie mogła przeszkodzić, gdyby się rozmyślił. Ruszył z impetem, jednak tuż przed klawiaturą wstrzymał rękę. Spojrzał ponownie na monitor i przeczytał tekst. Potrząsnął głową, po czym szybko wcisnął "wyślij".
"Poszło. Nie ma odwrotu" - pomyślał.
Rozejrzał się dookoła, czy ktoś go nie przyłapał na przestępstwie, którego właśnie dokonał. Na zdradzie swojego działu, obligacji strukturyzowanych - najbardziej pożądanym na całym Wall Street. Gdyby odkryto, że chce ich opuścić, przyjęto by, że postradał zmysły, i od razu wezwano psychiatrę. To tutaj wszyscy chcieli pracować. W najlepszym dziale, który odpowiadał za trzydzieści procent zysków banku. Dział emerging markets, którego szefa poprosił o spotkanie, nawet nie zarabiał pięciu procent zysków. I płacił proporcjonalnie mniej premii, które i tak w większości zgarniali szefowie. Dla szaraków zostawały ochłapy. Przy tym praca tam wydawała się nudna i obarczona ogromnym ryzykiem. Postukano by się więc w głowę i zaraz wszyscy dzwoniliby do swoich znajomych, by składali tutaj cefałki, bo jeden idiota chce odejść. Jednak Tom czuł się winny, że w ten sposób zamierza ich opuścić. A co najdziwniejsze: towarzyszyło mu uczucie, że robi dobrze i sporo zyska na tym przejściu.
* Teksty wprowadzające do każdego rozdziału, które rozszerzają kontekst kryzysu finansowego z lat 2007-2009, zostały zaczerpnięte z pracy Ryszarda Holzera Jak rozwijał się kryzys 2007-2009 - infografika, kalendarium, https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/historia-kryzysu-kalendarium/ [dostęp: 15.04.2019] (przyp. red.).