Bankructwo małego Dżeka - Janusz Korczak

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Ja­nusz Kor­czak umie­ścił ak­cję Ban­kruc­twa ma­łe­go Dże­ka w Ame­ry­ce. Rów­nie do­brze jed­nak mo­gła­by być ona zlo­ka­li­zo­wa­na w Ar­gen­ty­nie, Niem­czech czy Szwe­cji. Tak­że w Pol­sce, co au­tor sy­gna­li­zu­je wprost, opi­su­jąc lo­kal­ny targ i pi­sząc "dla wy­go­dy na­zwie­my go Ker­ce­la­kiem"1.

Książ­ka zo­sta­ła po raz pierw­szy opu­bli­ko­wa­na w 1924 roku. To były cza­sy bar­dzo trud­ne. Zszy­wa­nie od­ro­dzo­nej Pol­ski, po­wo­jen­na od­bu­do­wa, hi­per­in­fla­cja ga­szo­na re­for­mą wa­lu­to­wą Wła­dy­sła­wa Grab­skie­go. Kształ­to­wa­nie sil­nej go­spo­dar­ki na­ro­do­wej i upo­wszech­nia­nie na­wy­ków do­bre­go go­spo­da­ro­wa­nia było wiel­kim, cy­wi­li­za­cyj­nym za­da­niem. Tym bar­dziej, że cią­gle w mnie­ma­niu znacz­nej czę­ści "po­szla­chec­kie­go na­ro­du" go­spo­da­rze­nie było do­bre dla ludu i Ży­dów. Ja­nusz Kor­czak włą­czał się w od­mia­nę tego na­sta­wie­nia, zgod­nie z wy­cho­waw­czym prze­ko­na­niem, że "dzie­ci jak naj­wcze­śniej po­win­ny po­znać war­tość pie­nię­dzy, do­bre i złe stro­ny ich po­sia­da­nia"2. Jego ksią­żecz­ka sta­ła się wkrót­ce szkol­ną lek­tu­rą.

Hi­sto­ria ban­kruc­twa Dże­ka Ful­to­na za­czy­na się od lo­sów bi­blio­te­ki uczniow­skiej w kla­sie. Pro­wa­dzą­cy ją Dżek do­cho­dzi do wnio­sku, że aby wy­po­ży­czeń było wię­cej, zbiór trze­ba wzbo­ga­cić o nowe atrak­cyj­ne po­zy­cje. Na­by­wa je z pie­nię­dzy po­da­ro­wa­nych mu przez dziad­ka. Dzia­łal­ność bi­blio­tecz­na roz­wi­ja się tak do­brze, że Dżek wpa­da na po­mysł za­ło­że­nia uczniow­skiej ko­ope­ra­ty­wy (dzi­siaj po­wie­my "spół­dziel­ni"). Rów­nież ta ini­cja­ty­wa szyb­ko zy­sku­je uzna­nie uczniów. Dzię­ki temu ma­ją­tek spół­dziel­ni ro­śnie i może ona do­ko­nać do­dat­ko­wych za­ku­pów, w tym trud­no do­stęp­ne­go wów­czas dla dzie­ci sprzę­tu spor­to­we­go (łyż­wy, pił­ki). Ocze­ki­wa­nia i po­trze­by uczniów szyb­ko się zwięk­sza­ją. Stąd de­cy­zja o za­ku­pie dwóch ro­we­rów - na kre­dyt. Spół­dziel­nia ban­kru­tu­je, po­nie­waż ro­we­ry zo­sta­ją skra­dzio­ne, co oczy­wi­ście nie jest winą Dże­ka. Przyj­mu­je on jed­nak od­po­wie­dzial­ność za kra­dzież i po­dej­mu­je wy­si­łek spła­ce­nia dłu­gów.

Przed­się­wzię­cie koń­czy się co praw­da nie­po­wo­dze­niem, nie­wy­pła­cal­no­ścią spół­dziel­ni, ale w za­koń­cze­niu po­ja­wia się szan­sa na kon­ty­nu­owa­nie dzia­łal­no­ści. Po­li­cja od­zy­sku­je ro­we­ry i za­mie­rza od­dać je uczniom. Ma to na­stą­pić już po wa­ka­cjach, w na­stęp­nej kla­sie. Ban­kruc­two jest fak­tem, ale nie koń­cem am­bit­ne­go pla­nu.

Z pew­no­ścią Kor­czak świa­do­mie uka­zał pierw­sze do­świad­cze­nie go­spo­dar­cze ma­łe­go Dże­ka na przy­kła­dzie spół­dziel­ni. Jesz­cze przed Od­ro­dze­niem na zie­miach pol­skich była to roz­po­wszech­nio­na i po­pu­lar­na for­ma go­spo­da­ro­wa­nia. W la­tach dwu­dzie­stych za­re­je­stro­wa­nych było już kil­ka­na­ście ty­się­cy róż­ne­go ro­dza­ju spół­dziel­ni. O zna­cze­niu tego ru­chu spo­łecz­no-go­spo­dar­cze­go w II Rze­czy­po­spo­li­tej świad­czy to, że w 1922 roku (po za­mor­do­wa­niu Ga­brie­la Na­ru­to­wi­cza) na urząd pre­zy­den­ta zo­stał wy­bra­ny Sta­ni­sław Woj­cie­chow­ski, waż­na po­stać w tym śro­do­wi­sku, je­den z za­ło­ży­cie­li spół­dziel­ni spo­żyw­ców, zna­nej póź­niej jako Zwią­zek Spół­dziel­ni Spo­żyw­ców "Spo­łem".

Opo­wia­da­jąc hi­sto­rię kil­ku­na­sto­let­nie­go Dże­ka, Ja­nusz Kor­czak przy­bli­ża dzie­cię­ce­mu od­bior­cy pod­sta­wo­we po­ję­cia han­dlo­we i go­spo­dar­cze. Po jej lek­tu­rze mło­dy czy­tel­nik bę­dzie ro­zu­miał, co to ka­pi­tał, ra­bat, re­kla­ma, ra­chu­nek, księ­ga han­dlo­wa, kre­dyt, kal­ku­la­cja, ry­zy­ko, hurt, stra­ta, wy­dat­ki ad­mi­ni­stra­cyj­ne, ko­niunk­tu­ra, bank, urząd po­dat­ko­wy, no­ta­riusz, kasa po­życz­ko­wa, sprze­daż na raty, gwa­ran­cja, pa­sy­wa, ak­ty­wa, dłuż­nik, wie­rzy­ciel, ase­ku­ra­cja (dzi­siaj po­wie­my "ubez­pie­cze­nie"), ma­ją­tek, fracht, zo­bo­wią­za­nie, bu­dżet. Wie­dza ta jest prze­ka­zy­wa­na nie po­przez de­fi­ni­cyj­ne uję­cia, ale po­przez opi­sy prak­tycz­nych - nie­kie­dy do­tkli­wych, a na­wet bo­le­snych - do­świad­czeń ró­wie­śni­ka.

Hi­sto­ria Dże­ka jest po­ucza­ją­ca, po­nie­waż po­ka­zu­je, ja­kie umie­jęt­no­ści i ce­chy są po­trzeb­ne w dzia­ła­niu go­spo­dar­czym. Przede wszyst­kim trze­ba li­czyć i kal­ku­lo­wać. Waż­ne jest ko­mu­ni­ko­wa­nie się, roz­ma­wia­nie z ludź­mi i prze­ko­ny­wa­nie ich do sie­bie i swo­ich po­my­słów. Nie­zbęd­ne są wy­trwa­łość i nie­pod­da­wa­nie się nie­po­wo­dze­niom. Klu­czo­we zna­cze­nie ma ko­ja­rze­nie róż­nych fak­tów i znaj­do­wa­nie in­ne­go roz­wią­za­nia pro­ble­mu, kie­dy do­tych­cza­so­we za­wo­dzi. Te wła­śnie umie­jęt­no­ści wy­róż­nia­ją Dże­ka i po­zwa­la­ją mu re­ali­zo­wać ko­lej­ne, co­raz am­bit­niej­sze po­my­sły.

Opo­wieść Kor­cza­ka uzmy­sła­wia też czy­tel­ni­ko­wi, ja­kie prak­tycz­ne za­sa­dy rzą­dzą dzia­łal­no­ścią han­dlo­wą czy, sze­rzej, przed­się­wzię­cia­mi go­spo­dar­czy­mi. Ta­kim ini­cja­ty­wom za­wsze to­wa­rzy­szy ry­zy­ko nie­po­wo­dze­nia i po­nie­sie­nia strat. Moż­na ogra­ni­czyć to ry­zy­ko, na­wet je skal­ku­lo­wać i ubez­pie­czyć się od nie­go, ale nie moż­na go unik­nąć. Raz się uda, raz nie. Nie­kie­dy re­zul­tat jest lep­szy, nie­kie­dy gor­szy. Bez ry­zy­ka nie moż­na jed­nak od­nieść suk­ce­su.

W tle hi­sto­rii ban­kruc­twa ma­łe­go Dże­ka moż­na też do­strzec, jak po­sta­wa bo­ha­te­ra róż­ni się od po­sta­wy jego ojca. Tata Dże­ka czę­sto pod­kre­śla, że wszyst­ko za­wdzię­cza so­bie i pra­cy swo­ich rąk. Uczy syna, że czło­wiek nie po­wi­nien wy­da­wać wię­cej, niż ma. "Nie po­ży­czaj, nie zban­kru­tu­jesz" - to jego mak­sy­ma. Pod tym wzglę­dem re­pre­zen­tu­je inne cza­sy, jest "przed­wo­jen­ny". Dżek nie boi się dzia­łać we współ­pra­cy. Chce i po­tra­fi za­ufać lu­dziom. Uczy się szyb­ko po­przez kon­takt z in­ny­mi. Kie­dy chce osią­gnąć ko­lej­ny cel w roz­wo­ju spół­dziel­ni, się­ga po kre­dyt.

Wie­le osób po­ma­ga Dże­ko­wi - za­rów­no ko­le­żan­ki i ko­le­dzy, jak i do­ro­śli. Ale znaj­du­ją się też lu­dzie, któ­rzy mu prze­szka­dza­ją i pię­trzą przed nim trud­no­ści. Wszyst­kich nie może on prze­ko­nać, ale ma za­so­by, aby po­ra­dzić so­bie z opo­nen­ta­mi i prze­ciw­no­ścia­mi, po­nie­waż so­jusz­ni­ków jest wię­cej. Zy­sku­je ich, sza­nu­jąc re­gu­łę wza­jem­no­ści, któ­ra ro­dzi zo­bo­wią­za­nie do współ­pra­cy.

Na koń­cu, nie ze swo­jej winy, po­no­si po­raż­kę. Nie jest to jed­nak klę­ska - to nie­po­wo­dze­nie, któ­re moż­na prze­kuć w suk­ces. Wzmac­nia ono Dże­ka wła­śnie dla­te­go, że uru­cha­mia­jąc i pro­wa­dząc spół­dziel­nię uczniow­ską, wie­le się na­uczył. Mię­dzy in­ny­mi tego, że han­del (dzi­siaj po­wie­my "biz­nes") może być nie tyl­ko uczci­wy i so­lid­ny, ale też sza­chraj­ski, spe­ku­la­cyj­ny; to­war może być do­bry albo tan­det­ny. Nie na­le­ży się z tym go­dzić, ale trze­ba umieć to roz­po­zna­wać i so­bie z tym ra­dzić. Tę umie­jęt­ność na­by­wa się jed­nak przede wszyst­kim po­przez prak­tycz­ne do­świad­cze­nie. "Wte­dy na­praw­dę się ro­zu­mie, kie­dy się po­czu­ło. A cała bie­da, że się nig­dy nic na­przód nie wie". Ta praw­da musi do­trzeć do każ­de­go przed­się­bior­cy, za­nim stwo­rzy, krok po kro­ku, coś trwa­łe­go.

Dżek przy­jął, że dzia­łal­ność ko­ope­ra­ty­wy musi - obok celu eko­no­micz­ne­go - mieć cel spo­łecz­ny. W jego przy­pad­ku było to fi­nan­so­wa­nie chle­ba dla star­szej, praw­do­po­dob­nie bez­dom­nej oso­by - dziad­ka. I z przy­ję­te­go zo­bo­wią­za­nia sta­rał się wy­wią­zać na­wet wte­dy, kie­dy nad spół­dziel­nią za­wi­sły czar­ne chmu­ry. Dzi­siaj po­wie­my, że pro­wa­dził spo­łecz­nie od­po­wie­dzial­ny biz­nes, czy­li taką dzia­łal­ność go­spo­dar­czą, któ­ra uwzględ­nia in­te­re­sy za­rów­no wła­ści­cie­li, jak i wszyst­kich in­nych grup w nią włą­czo­nych (na przy­kład kon­su­men­tów, pra­cow­ni­ków, lo­kal­nej wspól­no­ty) i od­czu­wa­ją­cych jej skut­ki, zgod­nie z re­gu­łą, że wła­sność nie jest tyl­ko pra­wem, ale tak­że spo­łecz­nym zo­bo­wią­za­niem.

Dal­sze losy Dże­ka zo­sta­ły czy­tel­ni­kom tyl­ko za­su­ge­ro­wa­ne. Wie­my, że ro­we­ry mia­ły wró­cić do ko­ope­ra­ty­wy i po wa­ka­cjach mo­gła ona wzno­wić dzia­łal­ność. Wie­my też, że Dżek za­czął się in­te­re­so­wać ban­ka­mi i wy­stą­pił do Mi­ni­stra Fi­nan­sów z me­mo­ria­łem w spra­wie utwo­rze­nia ban­ku szkol­ne­go, udzie­la­ją­ce­go kre­dy­tu dzie­ciom. Me­mo­riał zo­stał for­mal­nie od­rzu­co­ny przez Mi­ni­ster­stwo Oświe­ce­nia z po­wo­du trzech błę­dów gra­ma­tycz­nych.

Nie zna­jąc za­tem dal­sze­go cią­gu tej smut­nej, choć da­ją­cej na­dzie­ję opo­wie­ści Sta­re­go Dok­to­ra, mamy prze­słan­ki, aby wy­obra­zić so­bie, kim w przy­szło­ści mógł zo­stać jej bo­ha­ter. My­ślę, że z cza­sem Dżek Ful­ton - już jako ma­jęt­ny ku­piec - za­ło­żył bank, któ­re­go naj­waż­niej­szą mi­sją było udzie­la­nie kre­dy­tu ma­łym przed­się­bior­com. Bank ten stał się pre­kur­so­rem no­wo­cze­snej ban­ko­wo­ści etycz­nej i so­li­dar­nej, któ­rej brak tak bar­dzo od­czu­wa­my we współ­cze­snym świe­cie.

Wie­rzę, że taki prze­bieg dal­szych lo­sów bo­ha­te­ra był­by zgod­ny z de­wi­zą jego twór­cy: "Ma­rze­nie jest pro­gra­mem ży­cia. Gdy­by­śmy je umie­li od­czy­ty­wać, wi­dzie­li­by­śmy, że ma­rze­nia się speł­nia­ją"3. Ktoś może za­py­tać lek­ce­wa­żą­co: "Cóż to za ma­rze­nie - być kup­cem?", bo prze­cież wła­śnie tego pra­gnął mały Dżek. Chciał on jed­nak zo­stać do­brym i uczci­wym kup­cem. Był to po­waż­ny za­miar w per­spek­ty­wie Ja­nu­sza Kor­cza­ka, któ­ry chciał zmie­niać świat re­ali­stycz­nie - nie na do­bry, ale na lep­szy. W tym przy udzia­le do­brych i uczci­wych przed­się­bior­ców.

Z dzi­siej­sze­go punk­tu wi­dze­nia opo­wieść o ban­kruc­twie ma­łe­go Dże­ka może wy­dać się nie­co sta­ro­świec­ka, ale dzię­ki temu, że mówi o uni­wer­sal­nych za­sa­dach przed­się­bior­czo­ści, nie prze­sta­je być hi­sto­rią mą­drą i ży­cio­wą.

 

Je­rzy Hau­sner

Powieść ta za­czy­na się wte­dy, kie­dy Dżek już dwa lata cho­dzi do szko­ły, i sie­dzi te­raz koło okna na trze­ciej ław­ce. Tam­ta na­uczy­ciel­ka wła­śnie za­cho­ro­wa­ła, i nowa pani ob­ja­śnia, ja­kie nowe ze­szy­ty i książ­ki trze­ba ku­pić na nowy rok szkol­ny.

Dżek sie­dzi spo­koj­nie, słu­cha uważ­nie i my­śli:

"Oj­ciec znów bę­dzie mu­siał wy­dać tyle pie­nię­dzy".

Dżek ma ze­szło­rocz­ną tecz­kę, piór­nik, pra­wie pół ołów­ka, gumę, li­nij­kę, ekier­kę, cyr­kiel, brak mu tyl­ko paru kre­dek i pió­ro się gdzieś za­po­dzia­ło. W tym roku miał do­stać scy­zo­ryk.

Nie­przy­jem­nie po­ży­czać scy­zo­ryk. Nie wszy­scy są tacy do­brzy, wię­cej jest sa­mo­lu­bów.

Mó­wisz mu:

- Po­życz, wi­dzisz, bo mi się szpic uła­mał. Za­raz ci od­dam.

A on mówi, że nie ma, albo robi ła­skę.

Dżek wi­dział na wy­sta­wie bar­dzo ład­ny scy­zo­ryk z dwo­ma ostrza­mi, praw­dzi­wy sta­lo­wy, w ro­go­wej opra­wie. Obej­rzał go do­kład­nie przez szy­bę może sto razy, a po­tem wszedł do środ­ka.

- Ile ten scy­zo­ryk kosz­tu­je? I pan bę­dzie ła­skaw po­ka­zać, bo te­raz nie mam pie­nię­dzy, ale oj­ciec obie­cał ku­pić, jak się za­cznie szko­ła.

Dżek chuch­nął na nóż, spró­bo­wał na pa­znok­ciu, czy ostry, po­tarł o rę­kaw, czy opra­wa na­praw­dę ro­go­wa, po­wą­chał, po­dzię­ko­wał i od­dał. Ale te­raz pew­nie oj­ciec nie kupi, kie­dy zgu­bił pió­ro.

Gdzie ono mo­gło się po­dziać?

Na­uczy­ciel­ka po­dyk­to­wa­ła książ­ki, a po­tem mó­wi­ła, że trze­ci od­dział jest bar­dzo waż­ny, bo z trze­cie­go od­dzia­łu prze­cho­dzi się do czwar­te­go, że star­si chłop­cy po­win­ni już do­brze się spra­wo­wać nie tyl­ko w szko­le, ale i na uli­cy, bo mu­szą da­wać młod­szym do­bry przy­kład.

Po­tem była prze­rwa i za­raz nie­któ­rzy za­czę­li bie­gać po ław­kach. Wte­dy Do­ris po­wie­dzia­ła:

- Za­po­mnie­li­ście, co pani mó­wi­ła. Ład­ny star­szy od­dział! Ław­ki świe­żo ma­lo­wa­ne, a oni la­ta­ją.

Har­ry od­po­wie­dział:

- Pil­nuj swe­go nosa.

Al­lan krzyk­nął:

- Kli­tuś-baj­duś!

A Fil na złość jesz­cze wię­cej za­czął do­ka­zy­wać i po­cią­gnął ją za war­kocz.

Za­raz wtrą­cił się, rzecz na­tu­ral­na, spra­wie­dli­wy Jim, że wpraw­dzie i on nie lubi Do­ris, ale tym ra­zem ona ma słusz­ność.

Do­ris, swo­im zwy­cza­jem, za­czę­ła pła­kać i omal nie do­szło do bój­ki mię­dzy Har­rym i Ji­mem.

Już tak jest za­wsze, że po wa­ka­cjach naj­wię­cej do­ka­zu­ją, aż po­tem znów się uspo­ko­ją.

Dżek przez cały czas stał koło okna, bo jesz­cze bę­dzie awan­tu­ra i mogą go nie­win­nie wplą­tać, i nowa pani może tak samo się do nie­go uprze­dzić, jak tam­ta. Do­syć się na­cier­piał przez dwa lata, więc cho­ciaż te­raz musi być ostroż­ny.

Ale woź­ny po­wie­dział, żeby szli do domu, bo lek­cji wię­cej nie bę­dzie, i Dżek po­wo­lut­ku sam so­bie wra­ca do domu.

Aż tu pa­trzy, że na rogu uli­cy Dłu­giej za­mknię­ty jest sklep ko­lo­nial­ny. Dżek za­wsze ku­po­wał tam cu­kier­ki. Były tu dłu­gie mię­to­we cu­kier­ki, któ­re aż szczy­pią w ję­zyk, a po­tem, jak wcią­gać po­wie­trze, to się tak zim­no robi w ustach. Były tam cu­kier­ki z li­kie­rem i na­dzie­wa­ne w pa­pier­kach, więk­sze mig­da­ło­we i małe róż­no­ko­lo­ro­we kul­ki. Były cze­ko­lad­ki na sztu­ki, róż­ne fi­gur­ki z cu­kru i cze­ko­la­dy, były całe wor­ki orze­chów la­sko­wych, wło­skich i ame­ry­kań­skich4. (Ame­ry­kań­skie orze­chy mają tak twar­dą sko­ru­pę, że trze­ba je młot­kiem roz­bi­jać).

W szkla­nych klo­szach i sło­jach były jed­ne rze­czy, w bla­sza­nych pu­dłach inne, w szu­fla­dach znów inne i w ko­szy­kach owo­ce.

Dżek bar­dzo lu­bił w tym skle­pie ku­po­wać i nig­dy się nie spie­szył. Więc wła­ści­ciel za­ła­twiał do­ro­słych, a on so­bie stał i pa­trzył. Cza­sem na­wet zga­dy­wał, któ­rą szu­fla­dę wła­ści­ciel otwo­rzy. Był tam jesz­cze bar­dzo cie­ka­wy przy­rząd do sznur­ka, tak że sznu­rek nie może się w ża­den spo­sób po­plą­tać. W ogó­le wszyst­ko tak wy­god­nie urzą­dzo­ne, tak dużo roz­ma­itych rze­czy i taki po­rzą­dek, że wca­le nie­trud­no wie­dzieć, gdzie co leży.

No i te­raz cały sklep za­mknię­ty. Do­my­ślił się Dżek, że coś się sta­ło, ale do­pie­ro Ka­czor mu po­wie­dział:

- Wła­ści­ciel skle­pu zban­kru­to­wał.

Bo kto ma sklep, musi wszyst­ko ku­po­wać. Ku­pu­je od razu dużo, a po­tem po trosz­ku z za­rob­kiem sprze­da­je. Ale nie ma tyle pie­nię­dzy, żeby od razu za­pła­cić, bo by mu zbra­kło. Więc mówi, że póź­niej za­pła­ci, jak już tro­chę sprze­da. Ale musi w porę za­pła­cić, bo jak nie, to mu wszyst­ko za­bio­rą: na­wet sto­ły, sza­fy, krze­sła, na­wet to, co jego.

- No, ro­zu­miesz te­raz?

Dżek nie wszyst­ko ro­zu­miał, ale Ka­czor się nie­cier­pli­wił:

- Och, ja­kiś ty głu­pi.

Dżek nie my­ślał daw­niej, skąd się bio­rą te całe skrzy­nie, wory i pu­dła. No, ro­zu­mie się, że musi ku­po­wać. Ale je­że­li sprze­da­wał, to miał już pie­nią­dze; więc dla­cze­go nie pła­ci i cze­ka, aż mu wszyst­ko za­bio­rą?

Dżek sie­dzi na schod­ku i gry­zie jabł­ko, a Ka­czor stoi i co po­wie parę słów, okrę­ca się na pię­cie i - znów:

- Och, ja­kiś ty głu­pi.

Aż na­wet py­tać się nie­przy­jem­nie.

- Chcesz, po­ka­żę ci na jabł­ku, co zna­czy zban­kru­to­wać. No, daj jabł­ko. No i patrz.

Ugryzł.

- Wi­dzisz. Tyś mi dał jabł­ko. Ro­zu­miesz? To jest two­je jabł­ko?

- No moje.

- I tyś mi je dał. No nie?

Ugryzł dru­gi raz.

- Wi­dzisz, już jest tyl­ko ka­wa­łek. Chcesz ode­brać?

- Bo co?

- Bo nic. Nie mogę ci od­dać, bo nie mam. Ro­zu­miesz: zban­kru­to­wa­łem. Choć­bym chciał, to ci nie dam. No i co mi zro­bisz?

Tu ugryzł trze­ci raz, wy­krę­cił się i po­le­ciał. A po­tem jesz­cze się draż­ni:

- Głu­pi Dżek. Daj dru­gie jabł­ko, to ci le­piej wy­tłu­ma­czę.

I Ka­czor na ca­łym po­dwó­rzu wpro­wa­dził sza­chraj­ską za­ba­wę, że jak ktoś da coś dru­gie­mu i nie po­wie: "Wy­ma­wiam", a tam­ten wziął i po­wie­dział: "Zban­kru­to­wa­łem", to so­bie brał tę rzecz i mógł nie od­da­wać.

Na­przód ba­wi­li się chłop­cy, a po­tem dziew­czyn­ki. Naj­go­rzej wy­cho­dzi­li mali, bo się naj­czę­ściej ga­pi­li. W ten spo­sób Alin stra­ci­ła la­lecz­kę, a Mer­rick cym­bał­ki. Aż skoń­czy­ło się awan­tu­rą. Bo mały Dick dał wszyst­kie książ­ki i ka­je­ty niby do trzy­ma­nia i za­po­mniał wy­mó­wić. Tam­ten by na­wet nie wziął, tyl­ko Dick mu­siał­by mu dać parę cen­tów. Ale ma­lec się prze­stra­szył i z be­kiem do mat­ki na skar­gę. I do­pie­ro się do­wie­dzie­li. I kłó­ci­li się na po­dwór­ku, już nie tyl­ko dzie­cia­ki, ale do­ro­śli, bo mat­ka po­wie­dzia­ła:

- Pierw­szy zło­dziej wy­ro­śnie z nie­go.

A ta:

- Chy­ba do­pie­ro dru­gi, bo pierw­szym zło­dzie­jem bę­dzie twój Dick.

Za­ba­wa w ban­kruc­two się skoń­czy­ła, a Dick do­stał w skó­rę.

Dżek sam nie wie­dział, czy ma ża­ło­wać kup­ca, któ­re­mu wszyst­ko za­bra­no, czy tych, któ­rzy dali wor­ki cu­kru, gru­szek i śli­wek su­szo­nych, orze­chów i skrzy­nie pier­ni­ków, a ten część sprze­dał i pie­nię­dzy nie pła­ci. Bo wy­pa­da, że Ka­czor do­brze mu wy­tłu­ma­czył, bo tym, co dali bez pie­nię­dzy, jest wszyst­ko jed­no prze­cież, czy sam zjadł, czy sprze­dał.

A tym­cza­sem sklep był za­mknię­ty i przy­kro było tam­tę­dy prze­cho­dzić. Po­tem na­wet szyl­dy zdję­to, ale Dżek nie wi­dział, kto zdej­mu­je, bo był wte­dy w szko­le.

Po­tem wpro­wa­dził się tam fry­zjer. Do­pó­ki jesz­cze ma­lo­wa­li, wno­si­li róż­ne rze­czy, wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li - było na co po­pa­trzeć. Ale po­tem już, za­miast cie­ka­we­go ko­lo­nial­ne­go, przy­był zu­peł­nie nud­ny sklep, obok któ­re­go prze­cho­dzi się obo­jęt­nie.

Dżek zna wszyst­kie cie­ka­we wy­sta­wy, obok któ­rych dwa razy dzien­nie prze­cho­dzi do szko­ły i z po­wro­tem. Ale fry­zjer go nie ob­cho­dzi.

Co zna­czy "zban­kru­to­wać", nie do­wie­dział się nic no­we­go. Bo oj­ciec coś mu tam na od­czep­ne od­burk­nął, jak to za­wsze ro­bią do­ro­śli, kie­dy im się nie chce. A mat­ka tyl­ko to mu po­wie­dzia­ła:

- Czło­wiek nie po­wi­nien wy­da­wać wię­cej, niż ma. Nie po­ży­czaj, nie zban­kru­tu­jesz. Moi ro­dzi­ce pro­wa­dzą sklep trzy­dzie­ści sześć lat, wy­cho­wa­li dzie­ci i żyją. To trud­no: nie każ­dy może so­bie na wszyst­ko po­zwo­lić.

Bied­ny Dżek nie prze­czu­wał na­wet, że bar­dzo nie­dłu­go do­wie się, och, jak bo­le­śnie się do­wie, co zna­czy ban­kruc­two.

I w ży­ciu czę­sto tak bywa, że niby się coś wie i ro­zu­mie, ale do­pie­ro wte­dy na­praw­dę się ro­zu­mie, kie­dy się sa­me­mu po­czu­ło. Niby Dżek wie­dział, że noga zła­ma­na boli, ale te­raz wszyst­ko od po­cząt­ku do koń­ca pa­mię­ta. Wte­dy, cho­ciaż był mały, sły­szał, że bu­dzik może się ze­psuć, mó­wio­no, żeby nie ru­szał. No tak, ale kie­dy na sto­le le­ża­ły wy­krę­co­ne kół­ka, kie­dy sam wi­dział, że nic nie po­ra­dzi, kie­dy cze­kał, aż otwo­rzą się drzwi i wró­ci pani Ful­ton i bę­dzie mu­siał się przy­znać - do­pie­ro wte­dy ża­ło­wał, ale było za póź­no.

- Gdy­bym wpierw wie­dział, że tak bę­dzie - mówi so­bie czło­wiek. A cała bie­da, że się nig­dy nic na­przód nie wie. Choć do­ro­śli po­dob­no wie­dzą, co bę­dzie, i czę­sto po­wta­rza­ją:

"A nie mó­wi­łem, a nie ostrze­ga­łem. Wie­dzia­łem, że tak bę­dzie".

No tak: cza­sem tak jest na­praw­dę, ale czę­sto się tyl­ko chwa­lą.

Dżek Ful­ton uro­dził się, miesz­ka i cho­dzi do szko­ły w Ame­ry­ce i po­wieść o nim jest po­wie­ścią ame­ry­kań­ską. Jest to jesz­cze po­wieść fi­nan­so­wa, ale o tym póź­niej się po­wie.

Ro­dzi­ce Dże­ka zna­ni są jako lu­dzie spo­koj­ni i uczci­wi.

Oj­ciec Dże­ka pije wód­kę tyl­ko raz do roku - w dzień swo­ich uro­dzin.

Oj­ciec Dże­ka mówi:

- Dnie po­wsze­dnie: po­nie­dzia­łek, wto­rek, śro­da, czwar­tek, pią­tek i so­bo­ta - na­le­żą do mo­jej ro­dzi­ny, nie­dzie­le i świę­ta na­le­żą się Bogu. A mój dzień jest ten, kie­dy się uro­dzi­łem. A że za mło­du przy­zwy­cza­iłem się do wód­ki, więc raz do roku gol­nę so­bie kie­li­szek - to nie grzech; trud­no mi się prze­cież od razu od­zwy­cza­ić.

Oj­ciec Dże­ka mówi tak­że:

- Wszyst­ko, co mam, za­wdzię­czam pra­cy rąk. Do­pó­ki mam zdro­we ręce, ro­dzi­nie nie zbrak­nie chle­ba i my­dła. Ani głod­ni, ani brud­ni nie będą. Tak ślu­bo­wa­łem żo­nie i do­trzy­mam sło­wa.

Mat­ka Dże­ka mówi:

- Żo­nie po­win­no star­czyć tyle, ile mąż za­ra­bia. Za­ro­bi mniej, to mniej ku­pię i za­cze­kam, aż bę­dzie wię­cej. Byle nie ro­bić dłu­gów.

No tak: Dżek ma uczci­wych i spo­koj­nych ro­dzi­ców, któ­rzy dają mu do­bry przy­kład i mą­dre na­uki, nig­dy go nie biją i na­wet rzad­ko się gnie­wa­ją.

Oj­ciec Dże­ka mówi:

- Te­raz je­stem zdrów i sil­ny, więc nie sztu­ka, że zbi­ję mal­ca, któ­ry się obro­nić nie może. Ale co bę­dzie, jak się ze­sta­rze­ję, a Dżek uro­śnie i sta­nie się sil­niej­szy ode mnie? Sta­raj się być po­rząd­nym chłop­cem, a jak ci się coś nie uda, nie kręć, tyl­ko przyjdź i po­wiedz.

A mat­ka Dże­ka tak mówi:

- Nie po­win­no się na dzie­ci krzy­czeć, tyl­ko trze­ba im tłu­ma­czyć, bo tak samo dziec­ko uczy się na świe­cie żyć, jak uczy się w szko­le czy­tać, pi­sać i li­czyć.

Bo raz Dżek ba­wił się z chło­pa­ka­mi w ban­dy­tów i kie­dy ucie­kał przed po­li­cją, ze­sko­czył pra­wie z pierw­sze­go pię­tra. Le­żał po­tem trzy ty­go­dnie w łóż­ku. I po­tem mi­ster Ful­ton od­czy­ty­wał Dże­ko­wi z ga­ze­ty róż­ne nie­szczę­śli­we wy­pad­ki: że się ja­kiś chło­pak po­pa­rzył i od­wie­zio­no go do szpi­ta­la, że sa­mo­chód prze­je­chał dziec­ko, że się po­chy­li­ło i wy­pa­dło przez okno.

Pod­czas gło­so­wa­nia i wy­bo­rów pan Ful­ton czy­ty­wał dwie ga­ze­ty, żeby le­piej wie­dzieć, na kogo gło­so­wać. I wte­dy Dżek o każ­dym nie­szczę­śli­wym wy­pad­ku do­wia­dy­wał się dwa razy. W jed­nej ga­ze­cie pi­sa­no za­wsze, że win­ni są ro­dzi­ce, bo nie pil­nu­ją dzie­ci, a w dru­giej, że z winy po­li­cji, któ­ra nie pil­nu­je po­rząd­ku. W ten spo­sób oj­ciec Dże­ka wie­dział, ja­kie­go wy­brać pre­zy­den­ta, a Dżek - cze­go nie na­le­ży ro­bić, bo jest nie­bez­piecz­nie.

Mat­ka gnie­wa­ła się na Dże­ka tyl­ko trzy razy.

Raz chłop­cy ba­wi­li się w woj­nę. Dże­ko­wi źle się wio­dło: dwaj młod­si od nie­go zo­sta­li ofi­ce­ra­mi, a on - cią­gle tyl­ko żoł­nierz i żoł­nierz.

- Pa­nie ge­ne­ra­le, kie­dy już na­resz­cie będę ofi­ce­rem?

- Mu­sisz się od­zna­czyć - mówi ge­ne­rał Murr.

Aż po­sta­wi­li Dże­ka koło par­ka­nu. Ge­ne­rał Murr znów wy­grał bi­twę. Dżek po­sta­no­wił od­zna­czyć się w po­ści­gu za nie­przy­ja­cie­lem, a w par­ka­nie był gwóźdź. No i po­darł por­t­ki - całą no­gaw­kę od góry do dołu.

Dru­gi raz Dżek zo­stał sam w miesz­ka­niu. Na­wet ma­łej Mary nie było. Bar­dzo mu się nu­dzi­ło. A na ko­mo­dzie stał bu­dzik. Dżek w ża­den spo­sób nie mógł zro­zu­mieć, skąd bu­dzik wie, o któ­rej go­dzi­nie ma dzwo­nić. Zwy­czaj­ny ze­gar bije co go­dzi­nę, bo w środ­ku jest dzwo­nek, mło­tek, kół­ka i sprę­ży­na - oj­ciec mu wy­tłu­ma­czył i po­ka­zał. Zu­peł­nie co in­ne­go bu­dzik, któ­ry przez całą noc stoi ci­cho jak tru­sia i do­pie­ro aku­rat wte­dy dzwo­ni, kie­dy po­trze­ba. Albo oj­ciec mu źle wy­tłu­ma­czył, albo Dżek był wte­dy śpią­cy, dość że zro­zu­miał, że w bu­dzi­ku sie­dzi ko­gut, któ­ry nie pie­je, tyl­ko dzwo­ni. Więc Dżek sam był w miesz­ka­niu i strasz­nie chciał zo­ba­czyć tego ko­gu­ta. No i nic nie wi­dział, i ze­psuł ze­gar, i do­stał dwie bury: osob­no od ojca i zu­peł­nie osob­no od mat­ki. Bo wła­ści­wie po­win­no być tak, że za jed­ne rze­czy krzy­czy je­den, a za inne - dru­gi. Bo wy­cho­dzi, że za to samo gnie­wa się i na­uczy­ciel­ka, i mama, i tata, a jesz­cze się kto wtrą­ci, to już zu­peł­nie trud­no wy­trzy­mać.

Trze­ci raz gnie­wa­no się, kie­dy Dżek po­szedł z chło­pa­ka­mi na ry­nek, gdzie był okrop­ny tłok, no i zgu­bił czap­kę. Po­wie­dzie­li mu na­wet wte­dy, że nie­dłu­go zgu­bi gło­wę, i Dżek bar­dzo pła­kał, cho­ciaż ro­zu­miał, że gło­wy zgu­bić nie moż­na; ale za­wsze było mu przy­kro.

Te­raz więc każ­dy ro­zu­mie, że mat­ka Dże­ka była ko­bie­tą go­spo­dar­ną i że Dżek nie był ło­bu­zem - bo każ­de­mu może się zda­rzyć.

Więc żył so­bie Dżek, ko­cha­ny przez ro­dzi­ców, sza­no­wa­ny przez młod­sze dzie­ci z po­dwór­ka.

Wła­ści­wie Dżek nie miał przy­ja­ciół, bo nie był bar­dzo zręcz­ny w za­ba­wach, nie umiał opo­wia­dać ba­jek i nie lu­bił żad­nych psot ani fi­glów. Za­wsze ostrze­gał:

- Le­piej daj­cie spo­kój. Jesz­cze szy­bę stłu­cze­cie; zo­ba­czy­cie, że to się źle skoń­czy.

Ko­le­dzy się gnie­wa­li i na­zy­wa­li go tchó­rzem.

Ale jak trze­ba było ku­pić na spół­kę śliw­ki albo cu­kier­ki, za­wsze zwra­ca­li się do Dże­ka. Dżek wie, gdzie jest ta­nio, umie się tar­go­wać, ob­li­czy i spra­wie­dli­wie po­dzie­li. Na przy­kład w pię­ciu ra­zem ku­pi­li dwa­dzie­ścia czte­ry wi­śnie. Dżek wra­ca do skle­pu i mówi:

- Niech pani doda jesz­cze jed­ną wi­śnię, to każ­dy bę­dzie miał po pięć, a ja pani za to zwró­cę tor­bę.

Albo:

- Niech pani za­mie­ni to jabł­ko na dwa małe.

Po­tem Dżek się na­uczył, że chęt­niej dają, je­że­li się mówi nie "niech", a "pro­szę bar­dzo" albo "niech pani bę­dzie ła­ska­wa".

Kup­co­wa za­raz za­mie­ni albo doda, bo dla niej to nic nie zna­czy.

Bywa cza­sem tak, że są wi­śnie doj­rza­łe, lep­sze i gor­sze, duże i małe - Dżek już so­bie po­ra­dzi. Burk­nie tam któ­ry gry­ma­śnik, że woli czer­wo­ny cu­kie­rek, że chce to, a nie tam­to. Ale wi­dzą, że Dżek nie bie­rze dla sie­bie naj­lep­szych, więc cich­ną. I za to wła­śnie sza­nu­ją Dże­ka.

Bywa zresz­tą, że Dżek ostrze­ga, żeby cze­goś nie ro­bić - nie po­słu­cha­ją i źle na tym wyj­dą. Z Dże­kiem każ­da za­ba­wa jest bez­piecz­niej­sza i dla­te­go nie od­ma­wia­ją, je­że­li chce się ba­wić.

Dżek od ma­leń­ko­ści lu­bił li­czyć. Zbie­rał i li­czył za­pał­ki, bi­le­ty tram­wa­jo­we, li­czył skle­py, domy, kro­ki, sa­mo­cho­dy. Wie Dżek, ile jest skle­pów do rogu z pra­wej i le­wej stro­ny. Dżek chce być kup­cem.

Raz nie było świa­tła na scho­dach i oj­ciec chciał za­pa­lić za­pał­kę. A Dżek mówi:

- Nie trze­ba. Tu jest sześć schod­ków, a da­lej dwa­na­ście.

Oj­ciec po­chwa­lił Dże­ka.

- Chło­pak ma do­brą gło­wę do ra­chun­ków - mó­wi­li zna­jo­mi.

Kie­dy raz przy­szli go­ście, py­ta­no się dzie­ci, kim chcą zo­stać, jak do­ro­sną.

- Ja będę ofi­ce­rem.

- Ja chcę być me­cha­ni­kiem.

- No, a ty, Dżek, kim bę­dziesz?

Dżek przy­po­mniał so­bie po­dar­te na woj­nie spodnie i ze­psu­ty bu­dzik, więc po­wie­dział:

- Zo­sta­nę kup­cem.

Dżek czę­sto ba­wił się z małą Mary w sklep. Z pu­deł­ka od pa­sty do bu­tów zro­bił wagę. Wa­żył kasz­ta­ny, ka­my­ki, pia­sek. Pia­sek - to cu­kier albo ka­sza, ka­my­ki - to groch i orze­chy. Wagę zro­bił ze szpil­ki od wło­sów, sznur­ka, no i tego bla­sza­ne­go pu­deł­ka. Pu­de­łek Dżek miał dużo, bo pa­pie­ro­sy wszy­scy pra­wie palą; a pła­ci­ło się bi­le­ta­mi tram­wa­jo­wy­mi.

Za­ba­wa nie jest taka przy­jem­na jak sklep praw­dzi­wy, więc Dżek lu­bił pa­trzeć na praw­dzi­wych kup­ców. I raz sta­ru­szek ku­pił chleb i ser, a kie­dy li­czył pie­nią­dze, jed­na mo­ne­ta upa­dła na zie­mię i nie mógł jej zna­leźć. Więc już nie chciał szu­kać i po­szedł so­bie. Ale Dżek był cie­ka­wy, gdzie się mo­gła po­dziać. No i le­ża­ła w ką­ci­ku koło sa­me­go schod­ka. Dżek do­go­nił sta­rusz­ka i od­dał.

- Dzię­ku­ję ci, bar­dzo ci dzię­ku­ję, mój chłop­cze. Je­steś po­rząd­nym dziec­kiem i wy­ro­śniesz na uczci­we­go czło­wie­ka.

Dżek bar­dzo się za­wsty­dził, bo przy­po­mniał so­bie zje­dzo­ną po kry­jo­mu raz kost­kę cu­kru. Było to aku­rat wte­dy, kie­dy się ba­wił w ban­dy­tów z nie bar­dzo po­rząd­ny­mi chłop­ca­mi. Był jesz­cze mały, a mali chłop­cy bar­dzo ła­two się psu­ją - i całe szczę­ście, że tak samo ła­two po­tem się zno­wu po­pra­wia­ją.

Więc Dżek po­sta­no­wił uni­kać złe­go to­wa­rzy­stwa, żeby się bar­dziej jesz­cze nie ze­psuć.

Mi­ster Ful­ton nie był za­do­wo­lo­ny, że Dżek chce zo­stać kup­cem, jak uro­śnie.

- Wo­lał­bym, żeby był rol­ni­kiem jak jego dzia­dek albo rze­mieśl­ni­kiem jak ja. Bo ku­piec wła­ści­wie nic nie robi. Ani sie­je, ani bu­du­je; za­wsze to wy­glą­da na ko­rzy­sta­nie z cu­dzej pra­cy.

- Za­po­mi­nasz, mój ko­cha­ny - mó­wi­ła mat­ka Dże­ka - że prze­cież moi ro­dzi­ce mają sklep i też pra­cu­ją uczci­wie.

- No tak - przy­zna­wał mi­ster Ful­ton - ale jed­nak to coś in­ne­go.

I tak roz­ma­wia­li ro­dzi­ce, kie­dy Dżek był bar­dzo mały i na­wet do szko­ły nie cho­dził jesz­cze. Więc pew­nie Dżek bę­dzie wo­lał wy­je­chać póź­niej na wieś, gdzie o wie­le przy­jem­niej niż w mie­ście.

Bo trze­ba wie­dzieć, że ame­ry­kań­skie mia­sta są jesz­cze gor­sze niż na­sze. W mia­stach ame­ry­kań­skich są strasz­nie wy­so­kie domy, że aż je na­zwa­no dra­pa­cza­mi nie­ba - ha­łas, tłok, kurz i dym są okrop­ne. I w ogó­le Ame­ry­ka - to dziw­ny świat. Ame­ry­ka jest jak­by na dole, jak­by tam lu­dzie cho­dzi­li gło­wą na dół. Ale nam się tyl­ko tak zda­je. A już zu­peł­nie z pew­no­ścią u nich jest noc, kie­dy u nas dzień. I wy­pa­da, że tam śpią w dzień, a w nocy cho­dzą do szko­ły. Przy­jem­nie by­ło­by po­je­chać i te dziw­ne rze­czy sa­me­mu zo­ba­czyć. Bo z książ­ki nig­dy się tak do­brze nie wie, jak kie­dy się wi­dzi wła­sny­mi ocza­mi. Niby jak ja­kaś baj­ka.

1 Ker­ce­lak - naj­więk­sze w War­sza­wie tar­go­wi­sko dzia­ła­ją­ce w la­tach 1867-1944.

2 Jo­an­na Ol­czak-Ro­ni­kier, Kor­czak. Pró­ba bio­gra­fii, Wy­daw­nic­two W.A.B., War­sza­wa 2012, s. 150.

3 Jo­an­na Ol­czak-Ro­ni­kier, Kor­czak - pró­ba bio­gra­fii, Wy­daw­nic­two W.A.B., War­sza­wa 2012, s. 59.

4 orze­chy [...] ame­ry­kań­skie - owo­ce orzesz­ni­cy ame­ry­kań­skiej o twar­dych, bru­nat­nych łu­pi­nach, spo­ży­wa­ne na su­ro­wo, o zna­ko­mi­tym sma­ku.

5 stal­ka (gw. uczn.) - sta­lów­ka.

6 ka­jet (fr. ca­hier) - ze­szyt.

7 mar­ka (niem. die Mar­ke) - zna­czek pocz­to­wy.

8 ku­rier­ki - po­pu­lar­na na­zwa ga­zet co­dzien­nych, wy­stę­pu­ją­ca w ty­tu­łach wie­lu po­czyt­nych dzien­ni­ków uka­zu­ją­cych się w War­sza­wie w wie­kach XIX i XX, np. "Ku­rier Co­dzien­ny" (1866-1905), "Ku­rier Czer­wo­ny" (1922-1939), "Ku­rier Pol­ski" (1898-1939), "Ku­rier Po­ran­ny" (1877-1939), "Ku­rier War­szaw­ski" (1821-1939) i inne.

9 be­au­co­up [...] tro­is (franc.) - dużo, trzy.

10 Pin­ker­ton - Al­lan Pin­ker­ton (1815-1884), Szkot, za­ło­żył w Chi­ca­go w 1852 roku agen­cję de­tek­ty­wi­stycz­ną, któ­ra za­sły­nę­ła w cza­sie ame­ry­kań­skiej woj­ny do­mo­wej. Na­zwi­ska Pin­ker­to­na za­czę­to uży­wać po­tocz­nie jako sy­no­ni­mu pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa. Stał się też, obok Sher­loc­ka Hol­me­sa, naj­bar­dziej zna­nym bo­ha­te­rem po­pu­lar­nej se­rii ze­szy­to­wej Przy­go­dy słyn­nych ajen­tów śled­czych. W Pol­sce uka­zy­wa­ły się od 1908 roku se­rie Nat Pin­ker­ton, król ajen­tów śled­czych, a póź­niej Nat Pin­ker­ton - król de­tek­ty­wów (1927). Na­zwi­ska au­to­ra ani tłu­ma­cza nie po­da­wa­no. Ze­szy­ty te były szcze­gól­nie po­pu­lar­ne wśród mło­dzie­ży.

11 Kto w ki­ne­ma­to­gra­fie nie zdą­ży prze­czy­tać na­pi­su - alu­zja do kina nie­me­go; ki­ne­ma­to­graf (gr. ki­néma­tos - ruch, gráph? - pi­szę) - daw­na na­zwa kina.

12 Kot w bu­tach - baśń Char­les'a Per­raul­ta (1628-1703) z tomu Con­tes de ma M?re l'Oye (Baj­ki Mat­ki Gą­ski, 1697). Ba­śnie Per­raul­ta, nie­zwy­kle po­pu­lar­ne w Eu­ro­pie, nie mia­ły w Pol­sce po­wo­dze­nia: ano­ni­mo­wy prze­kład pt. Czer­wo­na Cza­pecz­ka. Ba­śnie dla grzecz­nych dzie­ci uka­zał się do­pie­ro w 1871 roku w Lip­sku. Po­je­dyn­cze utwo­ry (m.in. Kota w bu­tach) prze­ło­ży­ła Ma­ria Dy­now­ska w 1903 roku. Pierw­szy peł­ny prze­kład pt. Baj­ki Bab­ci Gą­ski, do­ko­na­ny przez Han­nę Ja­nu­szew­ską, uka­zał się w 1961 roku.

13 skró­co­ny ty­tuł słyn­nej po­wie­ści Da­nie­la De­foe (1660-1731) The Life and Stran­ge Sur­pri­sing Ad­ven­tu­res of Ro­bin­son Cru­soe of York Ma­ri­ner (1719) i The Far­ther Ad­ven­tu­res of Ro­bin­son Cru­soe (1719). W prze­kła­dach pol­skich obie czę­ści łą­czo­ne były pod wspól­nym ty­tu­łem Przy­pad­ki Ro­bin­so­na Cru­soe. Pierw­szy pol­ski prze­kład do­ko­na­ny przez ks. Jana Chrzci­cie­la Al­ber­tran­die­go ze skró­co­nej prze­rób­ki fran­cu­skiej uka­zał się w roku 1769, peł­ny prze­kład Jó­ze­fa Bir­ken­ma­je­ra w 1974 roku. Przy­pad­ki Ro­bin­so­na Cru­soe, bę­dą­ce trak­ta­tem o edu­ka­cji na­tu­ral­nej, z ak­cen­ta­mi wy­raź­nie an­ty­cy­wi­li­za­cyj­ny­mi, na­le­żą­ce do kla­sy­ki li­te­ra­tu­ry świa­to­wej, dzię­ki atrak­cyj­nej ak­cji i istot­nym wa­lo­rom wy­cho­waw­czym pod­kre­śla­nym m.in. przez Je­ana Ja­cqu­es'a Ro­us­se­au, sta­ły się tak­że ulu­bio­ną lek­tu­rą dzie­ci i mło­dzie­ży, głów­nie w po­sta­ci ad­ap­ta­cji i prze­ró­bek, kon­cen­tru­ją­cych się na wąt­kach awan­tur­ni­czych, a po­mi­ja­ją­cych wąt­ki fi­lo­zo­ficz­ne i ele­men­ty kry­ty­ki spo­łecz­nej za­war­te w ory­gi­na­le. Do naj­po­pu­lar­niej­szych dzie­więt­na­sto­wiecz­nych ad­ap­ta­cji Ro­bin­so­na na­le­ży skró­co­ne wy­da­nie Wła­dy­sła­wa Lu­dwi­ka An­czy­ca (1868). Pol­skim czy­tel­ni­kom zna­ne były tak­że licz­ne prze­rób­ki tej po­wie­ści wy­ko­rzy­stu­ją­ce je­dy­nie za­sad­ni­czy zrąb fa­bu­lar­ny utwo­ru do re­ali­za­cji wła­snych, czę­sto nie­za­leż­nych od ory­gi­na­łu, wąt­ków awan­tur­ni­czych, tzw. ro­bin­so­nad. Na­le­żą do nich m.in. Der Schwe­ize­ri­sche Ro­bin­son (Ro­bin­son szwaj­car­ski) Jo­achi­ma Da­vi­da Wy­ssa (1813, pol­ski prze­kład 1833), Ro­bin­son der jun­ge­re (Przy­pad­ki Ro­bin­so­na) Jo­achi­ma He­in­ri­cha Cam­pe (1779, pol­ski prze­kład 1830), a tak­że prze­rób­ki fran­cu­skie: Mały Ro­bin­son Pa­ry­ski (pol­ski prze­kład 1858) i Ro­bin­son w pod­zie­miach Pa­ry­ża (pol­ski prze­kład 1873). Pol­skie ro­bin­so­na­dy to: Przy­go­dy mło­dzień­ca, czy­li Ro­bin­son pol­ski Adol­fa Dy­ga­siń­skie­go (1891), Imko zwa­ny Wi­seł­ka Bo­gu­mi­ła Hof­fa (1894) i Ro­bin­son ta­trzań­ski Ste­fa­na Gę­bar­skie­go (1896).

14 Cha­ta wuja Toma - po­wieść ame­ry­kań­skiej au­tor­ki Har­riet Eli­za­beth Be­acher Sto­we (1811-1896) Un­c­le Tom's Ca­bin (1852), prze­ło­żo­na na trzy­dzie­ści sie­dem ję­zy­ków, w pol­skiej li­te­ra­tu­rze obec­na, poza peł­ny­mi prze­kła­da­mi, tak­że w po­sta­ci licz­nych ad­ap­ta­cji i skró­tów prze­zna­czo­nych dla mło­dzie­ży. Pierw­szy skró­co­ny prze­kład Fran­cisz­ka Dy­dac­kie­go pt. Cha­ta wuja To­ma­sza uka­zał się w 1856 roku, peł­ny prze­kład ano­ni­mo­wy (An­to­nie­go Ste­fań­skie­go) w 1901 roku. W tym­że roku Arct wy­dał ad­ap­ta­cję dla mło­dzie­ży pt. Cha­ta wuja Toma. Ad­ap­ta­cji do­ko­nał Al. Ar. (Alek­san­der Arct). Kor­czak znał za­pew­ne to wy­da­nie.

15 sta­re ka­len­da­rze (od łac. ca­len­dae - ka­len­dy, na­zwa pierw­sze­go dnia mie­sią­ca) - li­sta dni, ty­go­dni i mie­się­cy w roku z ozna­cze­niem świąt. W daw­nych ka­len­da­rzach pol­skich dru­ko­wa­nych od XVIII wie­ku za­miesz­cza­no rów­nież wia­do­mo­ści o ob­cho­dach świąt ko­ściel­nych, pro­gno­zy me­te­oro­lo­gicz­ne, za­po­wie­dzi klęsk, epi­de­mii, wo­jen i prze­wro­tów po­li­tycz­nych. W ka­len­da­rzach z dru­giej po­ło­wy XIX wie­ku po­ja­wiać się za­czę­ły tak­że ma­te­ria­ły li­te­rac­kie i folk­lo­ry­stycz­ne, co spra­wi­ło, iż ka­len­da­rze, zwłasz­cza w śro­do­wi­skach o ni­skiej kul­tu­rze li­te­rac­kiej, peł­ni­ły nie tyl­ko funk­cję al­ma­na­chu - in­for­ma­to­ra o da­tach, ale też, w pew­nym za­kre­sie, sta­ły się swo­isty­mi książ­ka­mi "do czy­ta­nia".

16 baj­ki An­der­se­na - ba­śnie Han­sa Chri­stia­na An­der­se­na (1803-1875) Even­tyr for­tal­te for born (Ba­śnie opo­wie­dzia­ne dla dzie­ci, 1833) oraz uka­zu­ją­ce się w po­szcze­gól­nych ze­szy­tach do 1872 roku. Even­tyr of hi­sto­ries (Ba­śnie i opo­wia­da­nia) tłu­ma­czo­ne były na prze­szło osiem­dzie­siąt ję­zy­ków. W Pol­sce prze­kła­dy po­je­dyn­czych ba­śni An­der­se­na uka­za­ły się po raz pierw­szy na ła­mach "Ga­ze­ty Co­dzien­nej" w 1840 roku, a pierw­szy książ­ko­wy wy­bór ba­śni w roku 1859. Ze star­szych wy­dań naj­więk­szą po­pu­lar­no­ścią cie­szył się wy­bór w opra­co­wa­niu Ce­cy­lii Nie­wia­dom­skiej z roku 1898 (licz­ne wzno­wie­nia w la­tach mię­dzy­wo­jen­nych). Peł­ne wy­da­nie ba­śni uka­za­ło się do­pie­ro w 1956 roku w tłu­ma­cze­niu Ste­fa­nii Bey­lin i Ja­ro­sła­wa Iwasz­kie­wi­cza.

17 ban­dyc­kie buj­dy - idzie tu praw­do­po­dob­nie o ta­nie, bru­ko­we dru­ki za­wie­ra­ją­ce opi­sy przy­gód gło­śnych ban­dy­tów, głów­nie Ri­nal­da Ri­nal­di­nie­go, bo­ha­te­ra dzie­ła Chri­stia­na Au­gu­sta Vul­piu­sa Ri­nal­do Ri­nal­di­ni der Räu­ber­haupt­mann (1797), któ­re­go skró­ty i prze­rób­ki uka­zy­wa­ły się w pol­skich prze­kła­dach od 1815 do 1939 roku (np. Ri­nal­do Ri­nal­di­ni naj­więk­szy wódz ban­dy­tów w Abruz­zach, 1900) czy słyn­ne­go w XVII wie­ku pa­ry­skie­go zło­dzie­ja Car­to­uche'a (Lu­dwik Do­mi­nik Kar­tusz. Naj­zu­chwal­szy ban­dy­ta wszyst­kich cza­sów. Jego dzie­ła, wy­pra­wy i przy­go­dy mi­ło­sne spi­sa­ne z akt, do­ku­men­tów i opo­wia­dań, 1908 i póź­niej­sze wzno­wie­nia). Książ­ki te, wzo­ro­wa­ne na po­pu­lar­nych se­riach nie­miec­kich, an­giel­skich i ame­ry­kań­skich, były w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej czę­sto wy­da­wa­ne i chęt­nie czy­ta­ne, zwłasz­cza przez mniej wy­ro­bio­nych czy­tel­ni­ków.

18 ba­ja­der­skie pio­sen­ki - ba­ja­de­ra (franc. bay­ade­re, z port. ba­ila­de­ira - tan­cer­ka) - hin­du­ska tan­cer­ka kul­to­wa; tak­że bo­ha­ter­ka słyn­nej ope­ret­ki Imre Kal­ma­na Ba­ja­de­ra (1921). Tu na­zwa o nie­ja­snym zna­cze­niu, być może: świa­to­we prze­bo­je, tek­sty po­pu­lar­nych pio­se­nek wy­da­wa­ne w po­sta­ci od­dziel­nych drucz­ków i zbior­ków, por. w gwa­rze szkol­nej "ba­ja­de­ry" - pu­ste fra­ze­sy.

19 ae­ro­plan (fr. aéro­pla­ne) - sa­mo­lot, dziś wy­raz prze­sta­rza­ły, w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym po­wszech­nie uży­wa­ny (zob. wier­sze dla dzie­ci Ju­lia­na Tu­wi­ma).

20 Bo­sko Czar­no­księż­nik - w XIX i na po­cząt­ku XX wie­ku uka­za­ło się wie­le prze­dru­ków z czar­no­księż­ni­kiem Bo­sko w ty­tu­le, za­wie­ra­ją­cych opi­sy sztuk ma­gicz­nych, ra­chun­ko­wych, kar­cia­nych, a tak­że "wi­do­wi­sko­wych" eks­pe­ry­men­tów fi­zycz­nych i che­micz­nych. W nie­któ­rych wy­da­niach wpro­wa­dza­no też pro­ble­ma­ty­kę ka­ba­li­sty­ki, spi­ry­ty­zmu, hip­no­zy i ma­gne­ty­zmu (np. Bo­sko Czar­no­księż­nik, czy­li bo­ga­ty zbiór naj­cie­kaw­szych sztuk ma­gicz­nych i ku­glar­skich do wy­ko­ny­wa­nia ła­two i ta­nim kosz­tem, 1866). Były to po­pu­lar­ne sa­mo­ucz­ki sztuk pre­sti­di­gi­ta­tor­skich.

21 Eddi Polo - po­pu­lar­na se­ria de­tek­ty­wi­stycz­na - peł­ny ty­tuł: Eddi Polo. Kar­ko­łom­ne przy­go­dy cyr­kow­ca, akro­ba­ty i ge­nial­ne­go de­tek­ty­wa - pió­ra nie­zna­ne­go au­to­ra (au­to­rów?). W roku 1924 uka­za­ło się 25 ze­szy­tów przy­gód słyn­ne­go de­tek­ty­wa.

22 Sen­nik egip­ski - w Pol­sce sen­ni­ki, tzn. książ­ki za­wie­ra­ją­ce ob­ja­śnie­nia snów, zna­ne były od XVI wie­ku. Pod ko­niec XVIII stu­le­cia na­stą­pił ist­ny za­lew tych dru­ków (m.in. Sen­nik pol­ski z pla­ne­ta­mi, Sen­nik naj­wia­ry­god­niej­szy egip­ski i arab­ski itp.). Sta­no­wi­ły one zna­ko­mi­te źró­dło do­cho­dów dla wy­daw­ców. Z lat 1901-1939 za­cho­wa­ło się 14 ty­tu­łów, cho­ciaż naj­praw­do­po­dob­niej było ich znacz­nie wię­cej. Do naj­po­pu­lar­niej­szych na­le­żał wy­da­ny w Kra­ko­wie Sen­nik kró­lo­wej Saby.

23 or­de­ry [...] ko­ty­lio­no­we - ko­ty­lion (fr. co­til­lon) - ozna­ka, ma­skot­ka, wstąż­ka, bu­kie­cik itp. przy­pi­na­ne uczest­ni­kom za­ba­wy ta­necz­nej, inne dla każ­dej pary.

24 fra­jer­ska na­zwa - tu: głu­pia, na­iw­na na­zwa; w gwa­rze war­szaw­skiej: fra­jer - głu­piec, na­iw­niak, nie­do­świad­czo­ny mło­kos.

25 koza - tu: po­zo­sta­wie­nie ucznia za karę po lek­cjach; tak­że izba prze­zna­czo­na do tego celu.

26 dys­try­bu­cja - sklep z wy­ro­ba­mi ty­to­nio­wy­mi, tra­fi­ka.

27 aryt­mo­gryf (gr. ari­th­mós - licz­ba i gríphos - za­gad­ka) - ła­mi­głów­ka cy­fro­wa, w któ­rej roz­wią­za­nie po­le­ga na wsta­wie­niu od­po­wied­nich li­ter w miej­sce cyfr.

28 O, ri­sum te­ne­atis, ami­ci (łac.) - tłu­ma­cze­nie Kor­cza­ka nie­do­kład­ne, po­praw­nie: Czy mo­gli­by­ście po­wstrzy­mać się od śmie­chu, przy­ja­cie­le? (Ho­ra­cy, Ars po­eti­ca, 1-5).

29 Py­tla­siń­ski - Wła­dy­sław Py­tla­siń­ski (1863-1933), słyn­ny za­pa­śnik, za­wo­do­wy mistrz wal­ki fran­cu­skiej, za­ło­ży­ciel i pierw­szy pre­zes Pol­skie­go To­wa­rzy­stwa Atle­tycz­ne­go.

30 apasz (fr. apa­che) - rze­zi­mie­szek, ban­dy­ta, chu­li­gan (zwł. pa­ry­ski włó­czę­ga).

31 ko­ope­ra­ty­wa - zrze­sze­nie wie­lu osób w celu wspól­ne­go pro­wa­dze­nia przed­się­bior­stwa han­dlo­we­go lub pro­duk­cyj­ne­go, spół­dziel­nia. Zwo­len­ni­cy ko­ope­ra­ty­zmu upa­try­wa­li w or­ga­ni­zo­wa­niu spół­dziel­ni, prze­waż­nie spo­żyw­ców, dro­gę do wy­zwo­le­nia spo­łecz­ne­go i oba­le­nia ka­pi­ta­li­zmu. Trak­to­wa­li oni spół­dziel­czość jako for­mę sa­mo­po­mo­cy spo­łecz­nej, któ­rej ce­lem jest za­spo­ka­ja­nie ludz­kich po­trzeb, nie zaś zysk w ka­pi­ta­li­stycz­nym ro­zu­mie­niu tego sło­wa. Dok­try­na ta po­wsta­ła w koń­cu XIX wie­ku w Wiel­kiej Bry­ta­nii i we Fran­cji, zaś oj­cem pol­skiej od­mia­ny ko­ope­ra­ty­zmu był Edward Abra­mow­ski (1868-1918). Po­glą­dy Abra­mow­skie­go, wy­bit­ne­go so­cjo­lo­ga, psy­cho­lo­ga i fi­lo­zo­fa, eks­po­nu­ją­ce war­tość nie­za­leż­nych ini­cja­tyw go­spo­dar­czych i wol­no­ści jed­nost­ki, a tak­że etycz­ny sens ko­ope­ra­ty­zmu po­le­ga­ją­cy głów­nie na ak­cen­to­wa­niu po­trze­by wza­jem­nej po­mo­cy i spra­wie­dli­wo­ści w po­dzia­le dóbr, wy­ra­żo­ne m.in. w dzie­le Idee spo­łecz­ne ko­ope­ra­ty­zmu (1907) zna­la­zły w Pol­sce, zwłasz­cza w krę­gu po­stę­po­wej in­te­li­gen­cji, wie­lu zwo­len­ni­ków. Na­le­że­li do nich m.in. Ma­ria Dą­brow­ska, Ste­fan Że­rom­ski i Ja­nusz Kor­czak, któ­ry do­strze­gał moż­li­wość za­sto­so­wa­nia okre­ślo­nych form spół­dziel­czo­ści w pra­cy pe­da­go­gicz­nej, zwłasz­cza w szko­le.

32 par­don (fr.) - prze­pra­szam.

33 cia­ma­ra (gw. uczn.) - cia­maj­da, ofia­ra.

34 na kry­dę (gw.) - na kre­dę, tzn. na kre­dyt (za­pi­sa­ny kre­dą na ta­bli­cy).

35 Jim ma w pra­wej ręce 70 siły - do mie­rze­nia siły (w tym przy­pad­ku siły mię­śni) słu­żą róż­ne­go ro­dza­ju dy­na­mo­me­try, si­ło­mie­rze: dźwi­gnio­we, hy­drau­licz­ne, ma­no­me­trycz­ne, sprę­ży­no­we i elek­trycz­ne. Do mie­rze­nia siły uży­wa­no zwy­kle jed­nost­ki masy, jak np. ki­lo­gram, funt itp. W po­wyż­szym tek­ście po­win­no być wła­ści­wie: "Jim ma w pra­wej ręce 70 fun­tów siły".

36 Ker­ce­lak - właśc. Plac Ker­ce­le­go, słyn­ne tar­go­wi­sko war­szaw­skie, cią­gną­ce się wzdłuż ul. Oko­po­wej, mię­dzy Wol­ską i Lesz­nem. W 1867 wła­ści­ciel pla­cu Jó­zef Ker­ce­li ofia­ro­wał go mia­stu na targ pa­szą. Od lat sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku han­dlo­wa­no tam żyw­no­ścią, ubra­niem, tan­de­tą i sta­rzy­zną, na stra­ga­nach i w tzw. sprze­da­ży ręcz­nej. Kwitł rów­nież han­del go­łę­bia­mi i psa­mi oraz wszel­kie­go ro­dza­ju gry ha­zar­do­we i szu­ler­nie. Targ ist­niał do Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Po II woj­nie świa­to­wej plac prze­cię­ła Tra­sa W-Z.

37 cet­no i li­cho - gra w "cet­no - li­cho" (cet­no - licz­ba pa­rzy­sta, li­cho - nie­pa­rzy­sta) na­le­ży do gier ha­zar­do­wych i po­le­ga na zga­dy­wa­niu, czy w za­mknię­tej dło­ni prze­ciw­ni­ka znaj­du­ją się pie­nią­dze lub inne przed­mio­ty. Jed­na z naj­star­szych gier zna­nych w Pol­sce.

38 skar­by Se­za­mu (gr. sésa­mon - skar­biec) - miej­sce prze­cho­wy­wa­nia skar­bów przez bo­ha­te­rów Ba­śni z 1001 nocy, prze­no­śnie - wiel­kie bo­gac­two, ogrom­ny ma­ją­tek. Wspo­mnia­ne Ba­śnie... sta­no­wią zbiór ba­jek i po­dań lu­do­wych li­te­ra­tu­ry arab­skiej, zna­ny w Egip­cie od X wie­ku. Fran­cu­ski prze­kład An­to­ine'a Gal­lan­da, po­wsta­ły w la­tach 1704-1717, spo­pu­la­ry­zo­wał Ba­śnie... w Eu­ro­pie (prze­kład pol­ski 1768). Zob. zwłasz­cza opo­wieść o Ali Ba­bie, czter­dzie­stu roz­bój­ni­kach i nie­wol­ni­cy Nar­dia­nie, w któ­rej ma­gicz­ny okrzyk: "Se­za­mie, otwórz się!" daje do­stęp do taj­nej ja­ski­ni ze skar­ba­mi.

39 fo­kus-po­kus - właśc. ho­kus-po­kus, for­mu­ła ma­gicz­na uży­wa­na kie­dyś przez ku­gla­rzy i ma­gi­ków, po­cho­dzą­ca praw­do­po­dob­nie z pocz. XVII wie­ku, roz­po­czy­na­ją­ca ko­micz­ną se­rię niby-ła­ciń­skich za­klęć wy­po­wia­da­nych przez sztuk­mi­strzów w celu od­wró­ce­nia uwa­gi wi­dzów od ru­chów rąk.

40 ochron­ka - za­kład wy­cho­waw­czy dla osie­ro­co­nych lub ubo­gich dzie­ci w wie­ku 3-7 lat. Ochron­ki po­wsta­ły we Fran­cji, pierw­szą za­ło­żył w 1770 roku al­zac­ki fi­lan­trop Frie­drich Obe­rlin, w Pol­sce zaś wy­stą­pił z tą ini­cja­ty­wą Teo­fil Ja­ni­kow­ski w 1839 roku. Po­cząt­ko­wo ochron­ki jako in­sty­tu­cje o cha­rak­te­rze fi­lan­tro­pij­nym utrzy­my­wa­ne były przez za­ko­ny, gmi­ny wy­zna­nio­we i in­sty­tu­cje do­bro­czyn­ne. W dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym opie­ko­wa­ły się nimi rów­nież związ­ki za­wo­do­we. Z ochro­nek roz­wi­nę­ły się z jed­nej stro­ny dzi­siej­sze przed­szko­la, z dru­giej - domy dziec­ka.

41 sznaps (niem. der Schnaps) - wód­ka.

42 funt - jed­nost­ka wagi po­wszech­nie uży­wa­na w Eu­ro­pie do XIX wie­ku; funt no­wo­pol­ski - 0,4055 ki­lo­gra­ma.

43 ka­dryl - tu: wę­dli­na pod­rzęd­ne­go ga­tun­ku, spo­rzą­dza­na z krwi i mię­snych od­pad­ków prze­waż­nie dla psów; krwa­wa kisz­ka, czar­ny sal­ce­son.

44 tłu­ma­czo­na z pol­skie­go po­wieść hi­sto­rycz­na: Ogniem i mie­czem - w cza­sie, w któ­rym roz­gry­wa się ak­cja po­wie­ści Kor­cza­ka, Try­lo­gia Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza zna­na była ame­ry­kań­skim czy­tel­ni­kom w prze­kła­dzie Je­re­mie­go Cur­ti­sa (1838-1906). An­giel­skie tłu­ma­cze­nie Ogniem i mie­czem uka­za­ło się w USA w 1891 roku.

45 Ga­ler­nik - Kor­czak ma praw­do­po­dob­nie na my­śli prze­zna­czo­ną dla mło­dzie­ży ad­ap­ta­cję jed­ne­go z naj­waż­niej­szych wąt­ków po­wie­ści Wik­to­ra Hugo (1802-1805) Les mi­se­ra­bles (1862, Nędz­ni­cy). Por. Ga­ler­nik. Z po­wie­ści Wik­to­ra Hugo "Nę­dza­rze" opra­co­wa­ła dla mło­dzie­ży St. Bu­ra­czew­ska. War­sza­wa 1908. Dla mło­do­cia­nych czy­tel­ni­ków prze­zna­czo­ne były tak­że inne wy­bra­ne wąt­ki tej wiel­kiej po­wie­ści (Ko­ze­ta czy Gaw­rosz).

46 o czło­wie­ku, któ­re­go wy­cho­wa­ła w la­sach mał­pa - mowa o Tar­za­nie, bo­ha­te­rze kil­ku po­wie­ści ame­ry­kań­skie­go pi­sa­rza Ed­ga­ra Bur­ro­ugh­sa (1875-1950), bia­łym chłop­cu wy­cho­wy­wa­nym przez mał­py w dżun­gli afry­kań­skiej. Były to be­st­sel­le­ry li­te­ra­tu­ry po­pu­lar­nej, tłu­ma­czo­ne i czę­sto wy­da­wa­ne w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej (m.in. Tar­zan of the Apes, 1914, przekł. pol­ski Tar­zan wśród małp, 1924 i The Re­turn of Tar­zan, 1915, pol. Tar­zan nie­po­skro­mio­ny, 1921). Po­wie­ści te sta­ły się rów­nież pod­sta­wą licz­nych ad­ap­ta­cji fil­mo­wych, z któ­rych pierw­sze po­wsta­ły jesz­cze w cza­sach kina nie­me­go.

47 Po­dró­że Gu­li­we­ra - naj­bar­dziej zna­na książ­ka Jo­na­tha­na Swi­fta (1667-1745) Tra­vels into Se­ve­ral Re­mo­te Na­tions of the World, by Le­mu­el Gul­li­ver, first a Sur­ge­on, and then a Cap­ta­in of Se­ve­ral Ships (1726, Po­dró­że do wie­lu od­le­głych na­ro­dów świa­ta przez Le­mu­ela Gu­li­we­ra, po­cząt­ko­wo le­ka­rza okrę­to­we­go, a na­stęp­nie ka­pi­ta­na licz­nych okrę­tów). Utwór opar­ty na kon­wen­cjach po­wie­ści przy­go­do­wo-po­dróż­ni­czej, pod­po­rząd­ko­wa­ny ce­lom sa­ty­rycz­nym, za­wie­ra wie­le cech po­wiast­ki fi­lo­zo­ficz­nej. Pierw­szy ano­ni­mo­wy pol­ski prze­kład pt. Po­dró­że ka­pi­ta­na Gu­li­we­ra w róż­ne kra­je da­le­kie do­ko­na­ny z prze­rób­ki fran­cu­skiej uka­zał się w 1784 roku. Peł­ny, naj­wier­niej­szy prze­kład z ory­gi­na­łu an­giel­skie­go do­ko­na­ny zo­stał do­pie­ro w 1979 roku przez Ma­cie­ja Słom­czyń­skie­go. Po­dró­że Gu­li­we­ra, mimo iż pi­sa­ne były z my­ślą o czy­tel­ni­ku do­ro­słym, za­adap­to­wa­ne zo­sta­ły przez li­te­ra­tu­rę dzie­cię­cą. Spo­śród wie­lu prze­ró­bek i skró­tów tej po­wie­ści do szcze­gól­nie po­pu­lar­nych za­li­czyć na­le­ży do­ko­na­ną w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku ad­ap­ta­cję Ce­cy­lii Nie­wia­dom­skiej ogra­ni­cza­ją­cą war­stwę fi­lo­zo­ficz­ną i wy­su­wa­ją­cą na plan pierw­szy wąt­ki awan­tur­ni­cze.

48 gwiaz­da mor­ska - po­tocz­na na­zwa roz­gwiaz­dy, mor­skie­go bez­krę­gow­ca o wa­pien­nym szkie­le­cie, kształ­tem przy­po­mi­na­ją­ce­go gwiaz­dę.

49 wiel­ka­noc­ne sto­licz­ki - ku­po­wa­ne dzie­ciom mi­nia­tu­ro­we sto­licz­ki ze świę­con­ką (szyn­ka, kieł­ba­sa, baby, ba­ra­nek) z mar­ce­pa­nu, po­pu­lar­ne w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym.

50 laub­ze­ga (niem. die Laub­säge) - pił­ka uży­wa­na zwy­kle do wy­ci­na­nia de­se­ni w sklej­kach drew­nia­nych.

51 książ­ka no­ta­rial­na - Kor­czak, przy­zna­jąc dziec­ku pra­wo do swo­bod­ne­go dys­po­no­wa­nia na­le­żą­cy­mi do nie­go przed­mio­ta­mi, zwra­cał uwa­gę na ko­niecz­ność do­ku­men­to­wa­nia wszel­kich za­mian czy sprze­da­ży do­ko­ny­wa­nych przez dzie­ci. W prak­ty­ce wy­cho­waw­czej Domu Sie­rot ce­lo­wi temu słu­ży­ła księ­ga no­ta­rial­na, któ­ra zda­niem Kor­cza­ka od­gry­wa­ła istot­ną rolę w kształ­to­wa­niu po­zy­tyw­nych po­staw spo­łecz­nych i ucze­nia pra­wo­rząd­no­ści. Por. "Je­śli oba­wia­my się oszu­kań­czych trans­ak­cji, spo­rów i wa­śni, wpro­wa­dzaj­my księ­gę no­ta­rial­ną, któ­ra za­po­bie­gnie nad­uży­ciom. Je­śli dzie­ci są lek­ko­myśl­ne i nie­do­świad­czo­ne, daj­my im moż­ność na­by­cia ko­niecz­ne­go do­świad­cze­nia" (Jak ko­chać dziec­ko, w: Wy­bór pism, War­sza­wa 1958, t. III, s. 330).

52 la­tar­nia - daw­niej uży­wa­ny apa­rat (rzut­nik) do pro­jek­cji ob­ra­zów na płót­nie; la­tar­nia czar­no­księ­ska.

53 we­lo­drom (fr. vélo­dro­me) - tor do wy­ści­gów ko­lar­skich.

54 wdo­wi grosz - alu­zja do ewan­ge­licz­nej opo­wie­ści (Mk 12, 41-44) o wdo­wie, któ­ra wrzu­ca­jąc do skar­bo­ny je­den grosz sta­no­wią­cy całą jej ma­jęt­ność zło­ży­ła ofia­rę więk­szą niż bo­ga­cze, da­ro­wu­ją­cy je­dy­nie to, co im zby­wa­ło; prze­no­śnie - cały ubo­gi ma­ją­tek ofia­ro­wa­ny na okre­ślo­ny cel.

55 do lu­ftu (niem. die Luft - po­wie­trze) - do ni­cze­go.

56 mu­larz - mu­rarz.

57 Pięt­na­sto­let­ni ka­pi­tan - Ju­les Ver­ne (1828-1905) Le ca­pi­ta­ine de qu­in­ze ans (1878), pierw­sze wy­da­nie pol­skie - 1895. Utwo­ry Ver­ne'a - kla­sy­ka po­wie­ści fan­ta­stycz­no-na­uko­wej i przy­go­do­wej (m.in. Dzie­ci ka­pi­ta­na Gran­ta, Po­dróż na księ­życ, 20 000 mil pod­mor­skiej że­glu­gi, W 80 dni do­oko­ła świa­ta) - na­le­ża­ły do naj­czę­ściej tłu­ma­czo­nych i wzna­wia­nych po­zy­cji li­te­ra­tu­ry dla mło­dzie­ży w dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym, sam zaś Ver­ne był wów­czas au­to­rem nie­zwy­kle po­pu­lar­nym i mod­nym, do któ­re­go od­wo­ły­wa­li się i któ­re­go na­śla­do­wa­li ów­cze­śni au­to­rzy upra­wia­ją­cy pro­zę przy­go­do­wą.

Wszyst­ko na świe­cie jest roz­ma­ite. I sta­lów­ki, i bi­bu­ły, i ołów­ki, i gumy, i na­uczy­ciel­ki.

Na przy­kład w jed­ną bi­bu­łę atra­ment do­brze wsią­ka, a w dru­gą nie. Jed­ne gumy do­brze wy­cie­ra­ją, że wca­le nie znać, a są gumy bru­dzą­ce. Są ołów­ki twar­de i mięk­kie. Jed­ne stal­ki5 pi­szą gru­bo, inne cien­ko, są więk­sze i mniej­sze, okrą­głe i pła­skie. Ze­szy­ty są gru­be i cien­kie, pa­pier do­bry albo taki, że atra­ment się roz­pry­sku­je, a na koń­cu stal­ki ro­bią się wło­ski. Są ka­je­ty6 w jed­ną i dwie li­nie, aryt­me­tycz­ne i ry­sun­ko­we.

I na­uczy­ciel­ki są aryt­me­tycz­ne i ry­sun­ko­we, więk­sze i ni­skie, gru­be i cien­kie. Ale nie o to idzie. Są pa­nie we­so­łe albo smut­ne, któ­re dużo krzy­czą, ale nic nie ro­bią, albo nie krzy­czą, tyl­ko za­raz wzy­wa­ją ro­dzi­ców. I tak jak każ­dy lubi pi­sać inną sta­lów­ką, tak samo jed­ne­mu taka pani się le­piej po­do­ba, a dru­gie­mu znów inna.

Pani, któ­ra za­cho­ro­wa­ła i już w szko­le Dże­ka nie uczy, była ja­kaś dziw­na. Była do­bra, Dżek sam przy­zna­je, ale nie­spra­wie­dli­wa. Może nie dla wszyst­kich na­wet, ale dla nie­go. Z jej winy prze­żył Dżek dwa bar­dzo cięż­kie lata w szko­le.

Za­czę­ło się od ni­cze­go.

Dżek usiadł za­raz na po­cząt­ku na pierw­szej ław­ce. I tak samo było nie­spo­koj­nie, bo po wa­ka­cjach nie może być od razu spo­koj­nie. No i aku­rat pa­nią roz­gnie­wa­li. Aż tro­je sta­ło w ką­cie. W ogó­le wszyst­ko tego dnia się nie uda­wa­ło. Za­raz od rana była awan­tu­ra, bo je­den chło­piec przy­niósł do szko­ły cho­re­go psa z kro­sta­mi. Po­tem ma­za­li na ta­bli­cy. Je­dli na lek­cji, nie mie­li piór, krę­ci­li się, a co naj­gor­sze - urwa­li pa­sek od to­reb­ki. Bo pani tyl­ko na chwi­lę wy­szła z kla­sy i zo­sta­wi­ła to­reb­kę, a oni za­czę­li cią­gnąć i urwa­li.

Ale Dżek cały czas sie­dział zu­peł­nie spo­koj­nie na swo­jej pierw­szej ław­ce.

Pani się bar­dzo gnie­wa­ła:

- Co to ma zna­czyć? Ostat­ni raz wam mó­wię! Już wię­cej wam nie po­wtó­rzę.

Każ­da pani ma inny spo­sób, kie­dy kla­sa jest nie­spo­koj­na. Na przy­kład w szko­le Al­la­na pani mówi:

- Boże mi­ło­sier­ny. - I: - Nie do wy­trzy­ma­nia.

A w od­dzia­le Fan­ny:

- Gło­wa mi pęka. - I: - Trze­ba zry­wać gar­dło.

Cza­sem pa­nie mó­wią:

- Jak wy się nie wsty­dzi­cie?

Albo:

- Łapy wam po­prze­trą­cam.

Ale pani po­wie­dzia­ła, żeby dać jej książ­kę. Więc Dżek dał pani swo­ją książ­kę, bo sie­dział naj­bli­żej. I pani za­czę­ła tłuc ręką w książ­kę. Tak moc­no wa­li­ła, że Dżek już nie mógł wy­trzy­mać, wstał i bar­dzo grzecz­nie po­wie­dział:

- Niech pani bę­dzie ła­ska­wa nie tłuc tak, bo książ­ka się znisz­czy.

Dłu­go Dżek nie mógł zro­zu­mieć, dla­cze­go pani się roz­gnie­wa­ła. Do­pie­ro póź­niej się do­wie­dział, że nie wol­no ro­bić żad­nych uwag na­uczy­ciel­ce, choć­by naj­grzecz­niej.

Pani ka­za­ła Dże­ko­wi w tej chwi­li za­brać książ­kę i raz na za­wsze za­bro­ni­ła so­bie po­ży­czać.

- Że­byś mi nig­dy nic nie da­wał, ro­zu­miesz?

Dże­ko­wi zro­bi­ło się strasz­nie nie­przy­jem­nie. Ale to był do­pie­ro po­czą­tek. Bo parę dni póź­niej pani ka­za­ła mu po­ży­czyć Bet­ty książ­kę, a ona za­wi­nę­ła róg stro­ni­cy i w do­dat­ku zro­bi­ła na okład­ce dwa klek­sy. Całe szczę­ście, że książ­ka była ob­ło­żo­na w ga­ze­tę.

Było aku­rat wte­dy bez­ro­bo­cie, nie­któ­re fa­bry­ki wca­le nie pra­co­wa­ły albo trzy dni w ty­go­dniu. Tak samo było z oj­cem Dże­ka. Na­wet Dżek nie miał­by ksią­żek, tyl­ko ku­pił mu chrzest­ny. Oj­ciec za­po­wie­dział, żeby Dżek sza­no­wał książ­ki, Dżek obie­cał utrzy­my­wać je we wzo­ro­wym po­rząd­ku, a tu masz za­raz - od razu.

Ale to jesz­cze nie wszyst­ko. Bo dużo dzie­ci nie mia­ło w tym roku bez­ro­bo­cia ksią­żek, aż pani mu­sia­ła na­wet od­sy­łać do domu. Więc znów pani ka­za­ła po­ży­czyć książ­kę Wil­so­no­wi. Tego już było za wie­le.

- Nie dam - po­wie­dział Dżek.

Ale Wil­son za­czy­na wy­ry­wać, jak­by to była jego. Dżek się roz­pła­kał. A trze­ba wie­dzieć, że Dżek nie jest sko­ry do łez; w ogó­le wstyd pła­kać, tym bar­dziej przy dziew­czyn­kach.

I cóż pani?

Na­zwa­ła go skne­rą i złym ko­le­gą. Mó­wi­ła, że bo­ga­ci po­win­ni po­ma­gać bied­niej­szym. A wła­śnie Wil­son był bo­gat­szy od ojca Dże­ka. Po­tem jesz­cze coś pani mó­wi­ła, ale Dżek nie sły­szał, bo jak się na ko­goś bar­dzo gnie­wa­ją, to nig­dy nie wie, co mó­wią. Wresz­cie pani po­wie­dzia­ła, że jak Dżek uro­śnie, nikt go lu­bić nie bę­dzie.

Po tej awan­tu­rze Dżek za­uwa­żył, że pani go nie lubi. Niby się pani wca­le nie gnie­wa, ale za­wsze. Już to się czu­je. Dżek prze­stał pod­no­sić pal­ce, je­że­li coś wie­dział, nie tak we­so­ło wy­bie­rał się rano do szko­ły, ża­ło­wał, że usiadł na pierw­szej ław­ce, i rza­dziej opo­wia­dał w domu, co było w szko­le.

Aż zda­rzy­ło się, że Dżek mógł prze­ko­nać pa­nią, że jest do­brym ko­le­gą, że się pani omy­li­ła, że jak uro­śnie, wła­śnie go będą lu­bi­li.

Raz przed sa­mym dyk­tan­dem zła­ma­ła się Pe­elo­wi sta­lów­ka. Peel sta­nął zmar­twio­ny i bez­rad­ny, Dżek miał za­pa­so­wą sta­lów­kę i za­raz po­ka­że, że jest usłuż­ny i ko­le­żeń­ski.

- Po­ży­czę mu - mówi Dżek - a ju­tro mi taką samą od­ku­pisz.

I cóż on złe­go po­wie­dział? Prze­cież chciał jak naj­le­piej. Prze­cież i tak ry­zy­ko­wał, bo co zro­bi, je­śli w po­ło­wie dyk­tan­da i jemu się zła­mie? A je­śli Peel za­po­mni i ju­tro mu nie przy­nie­sie albo odda gor­szą, albo nie taką, jak Dżek lubi?

Peel jest po­rząd­ny, bo inny po­ży­czy i wca­le nie odda. Po­wie:

- Od­czep się. Daj mi spo­kój.

Albo:

- Kto cię pro­sił? Mo­głeś nie da­wać.

No i znów pani się roz­gnie­wa­ła, nie po­zwo­li­ła Pe­elo­wi wziąć stal­ki. Ani on, ani Peel nie wie­dzie­li dla­cze­go.

Tyl­ko Fil, któ­ry wszyst­ko lubi wy­śmie­wać, zro­bił bła­zeń­ską minę i na­śla­du­jąc głos pani, po­wie­dział:

- Kooo-lee-żeń-stwo.

A po­tem do­dał:

- Pani ma kręć­ka.

Dżek nig­dy by tak na pa­nią nie po­wie­dział; nie lu­bił Fila za jego żar­ty i wca­le śmiać mu się nie chcia­ło.

Pe­elo­wi było przy­kro, że przez nie­go Dżek ma zmar­twie­nie, i ja­koś za­czę­li roz­ma­wiać i po­tem ra­zem wra­ca­li do domu, i pra­wie się za­przy­jaź­ni­li. Bo Dżek uni­kał ko­le­gów od cza­su, jak pani na­zwa­ła go han­dla­rzem i zło­dzie­jem. Niby nie otwar­cie, ale Dżek do­brze zro­zu­miał, choć za nic w świe­cie nig­dy ni­ko­mu by tego nie po­wie­dział.

Bo raz zgi­nę­ło Do­ris śnia­da­nie. Nie wia­do­mo na­wet, czy na­praw­dę ktoś za­brał. Bo Do­ris czę­sto gu­bi­ła i za­raz leci na skar­gę, jak wte­dy z gumą, któ­ra le­ża­ła pod ław­ką; Do­ris nie chcia­ła się przy­znać, tyl­ko mówi, że jej pod­rzu­ci­li. Albo wte­dy z bi­bu­łą? Kto by się znów łasz­czył na bi­bu­łę. Może ktoś wziął przez omył­kę, a ona za­raz:

- Ukra­dli.

Może zo­sta­wi­ła w domu? Cho­ciaż buł­ka z kieł­ba­są i jabł­ko to nie bi­bu­ła i guma. I Fil nie­po­trzeb­nie się draż­nił.

- Bied­ny anio­łe­czek: sama zja­dła i nie ma. Chuch­nij, anioł­ku.

I za­czął wszyst­kich pu­kać w brzu­chy.

- Puk, puk, ode­zwij się, kieł­ba­sko!

Gdy­by komu in­ne­mu zgi­nę­ło, może by się kla­sa wsty­dzi­ła, ale Do­ris nie lu­bią, bo skar­żuch, li­zuch, sta­wiak i ob­ra­żal­ska. A Do­ris ma nie­bie­skie oczy i pani raz po­wie­dzia­ła, że wła­śnie ta­kie są anioł­ki; więc była wiel­ka spra­wa o śnia­da­nie.

Zło­dziej. Wstyd dla kla­sy, dla ca­łej szko­ły. Dzie­ci nie mają ser­ca. Nie ma ko­le­żeń­stwa. Wszy­scy są po­dej­rza­ni. Pani ma obrzy­dze­nie do kla­sy. Na­wet pani stra­ci­ła już ser­ce. I nic dziw­ne­go: je­że­li je­den dru­gie­mu nie chce stal­ki po­ży­czyć, to mu­szą być i kra­dzie­że. I kto nie po­ży­czy w po­trze­bie, ten ła­two się­gnie po cu­dze.

Wy­szło niby, że śnia­da­nie zjadł Dżek albo z jego winy zje­dzo­no. Pani nie mia­ła pra­wa tak mó­wić, a Do­ris jest naj­obrzy­dliw­szą dziew­czy­ną, jaką Dżek spo­tkał w ży­ciu.

Wszyst­ko przez jej śnia­da­nie. Do koń­ca szko­ły Dżek z nią roz­ma­wiać nie bę­dzie, na żad­ne py­ta­nia jej nie od­po­wie, na przy­szły rok usią­dzie w in­nym rzę­dzie, żeby obok nie po­trze­bo­wał prze­cho­dzić na­wet.

A pani nig­dy, nig­dy tego nie za­po­mni.

"Już ja się z pa­nią roz­mó­wię - za­raz dziś, po lek­cji. Ja nie je­stem zło­dzie­jem. Co pani so­bie my­śli?"

Ale do­pie­ro w ja­kieś pół roku po­wie­dział pani, ale nie wszyst­ko.

Bo jak raz pani py­ta­ła się ca­łej kla­sy, kto wie, Dżek ręki nie pod­niósł.

A pani na­umyśl­nie się za­py­ta­ła, żeby go zła­pać. I Dżek wła­śnie wie­dział.

- Dla­cze­go nie pod­nio­słeś ręki? - zdzi­wi­ła się pani.

- Bo i tak pani by mnie nie spy­ta­ła.

- Dla­cze­go? - zdzi­wi­ła się pani jesz­cze wię­cej.

- Dla­te­go, że nie chcia­łem Wil­so­no­wi po­ży­czyć książ­ki, bo mi Bet­ty zro­bi­ła dwa klek­sy i za­wi­nę­ła róg w no­wej książ­ce

- Bet­ty zro­bi­ła ci dwa klek­sy?

- Nie­nau­myśl­nie - ode­zwa­ła się Bet­ty, któ­ra zu­peł­nie nie­win­nie się za­czer­wie­ni­ła, a Dże­ko­wi żal było.

W kla­sie zro­bi­ło się bar­dzo ci­cho, bo wszy­scy wi­dzie­li, że pani jest nie­spra­wie­dli­wa dla Dże­ka, ale Fil nie wy­trzy­mał:

- Daję pani sło­wo ho­no­ru, że Dżek jest po­rząd­ny chło­pak.