Wstęp
Janusz Korczak umieścił akcję Bankructwa małego Dżeka w Ameryce. Równie dobrze jednak mogłaby być ona zlokalizowana w Argentynie, Niemczech czy Szwecji. Także w Polsce, co autor sygnalizuje wprost, opisując lokalny targ i pisząc "dla wygody nazwiemy go Kercelakiem"1.
Książka została po raz pierwszy opublikowana w 1924 roku. To były czasy bardzo trudne. Zszywanie odrodzonej Polski, powojenna odbudowa, hiperinflacja gaszona reformą walutową Władysława Grabskiego. Kształtowanie silnej gospodarki narodowej i upowszechnianie nawyków dobrego gospodarowania było wielkim, cywilizacyjnym zadaniem. Tym bardziej, że ciągle w mniemaniu znacznej części "poszlacheckiego narodu" gospodarzenie było dobre dla ludu i Żydów. Janusz Korczak włączał się w odmianę tego nastawienia, zgodnie z wychowawczym przekonaniem, że "dzieci jak najwcześniej powinny poznać wartość pieniędzy, dobre i złe strony ich posiadania"2. Jego książeczka stała się wkrótce szkolną lekturą.
Historia bankructwa Dżeka Fultona zaczyna się od losów biblioteki uczniowskiej w klasie. Prowadzący ją Dżek dochodzi do wniosku, że aby wypożyczeń było więcej, zbiór trzeba wzbogacić o nowe atrakcyjne pozycje. Nabywa je z pieniędzy podarowanych mu przez dziadka. Działalność biblioteczna rozwija się tak dobrze, że Dżek wpada na pomysł założenia uczniowskiej kooperatywy (dzisiaj powiemy "spółdzielni"). Również ta inicjatywa szybko zyskuje uznanie uczniów. Dzięki temu majątek spółdzielni rośnie i może ona dokonać dodatkowych zakupów, w tym trudno dostępnego wówczas dla dzieci sprzętu sportowego (łyżwy, piłki). Oczekiwania i potrzeby uczniów szybko się zwiększają. Stąd decyzja o zakupie dwóch rowerów - na kredyt. Spółdzielnia bankrutuje, ponieważ rowery zostają skradzione, co oczywiście nie jest winą Dżeka. Przyjmuje on jednak odpowiedzialność za kradzież i podejmuje wysiłek spłacenia długów.
Przedsięwzięcie kończy się co prawda niepowodzeniem, niewypłacalnością spółdzielni, ale w zakończeniu pojawia się szansa na kontynuowanie działalności. Policja odzyskuje rowery i zamierza oddać je uczniom. Ma to nastąpić już po wakacjach, w następnej klasie. Bankructwo jest faktem, ale nie końcem ambitnego planu.
Z pewnością Korczak świadomie ukazał pierwsze doświadczenie gospodarcze małego Dżeka na przykładzie spółdzielni. Jeszcze przed Odrodzeniem na ziemiach polskich była to rozpowszechniona i popularna forma gospodarowania. W latach dwudziestych zarejestrowanych było już kilkanaście tysięcy różnego rodzaju spółdzielni. O znaczeniu tego ruchu społeczno-gospodarczego w II Rzeczypospolitej świadczy to, że w 1922 roku (po zamordowaniu Gabriela Narutowicza) na urząd prezydenta został wybrany Stanisław Wojciechowski, ważna postać w tym środowisku, jeden z założycieli spółdzielni spożywców, znanej później jako Związek Spółdzielni Spożywców "Społem".
Opowiadając historię kilkunastoletniego Dżeka, Janusz Korczak przybliża dziecięcemu odbiorcy podstawowe pojęcia handlowe i gospodarcze. Po jej lekturze młody czytelnik będzie rozumiał, co to kapitał, rabat, reklama, rachunek, księga handlowa, kredyt, kalkulacja, ryzyko, hurt, strata, wydatki administracyjne, koniunktura, bank, urząd podatkowy, notariusz, kasa pożyczkowa, sprzedaż na raty, gwarancja, pasywa, aktywa, dłużnik, wierzyciel, asekuracja (dzisiaj powiemy "ubezpieczenie"), majątek, fracht, zobowiązanie, budżet. Wiedza ta jest przekazywana nie poprzez definicyjne ujęcia, ale poprzez opisy praktycznych - niekiedy dotkliwych, a nawet bolesnych - doświadczeń rówieśnika.
Historia Dżeka jest pouczająca, ponieważ pokazuje, jakie umiejętności i cechy są potrzebne w działaniu gospodarczym. Przede wszystkim trzeba liczyć i kalkulować. Ważne jest komunikowanie się, rozmawianie z ludźmi i przekonywanie ich do siebie i swoich pomysłów. Niezbędne są wytrwałość i niepoddawanie się niepowodzeniom. Kluczowe znaczenie ma kojarzenie różnych faktów i znajdowanie innego rozwiązania problemu, kiedy dotychczasowe zawodzi. Te właśnie umiejętności wyróżniają Dżeka i pozwalają mu realizować kolejne, coraz ambitniejsze pomysły.
Opowieść Korczaka uzmysławia też czytelnikowi, jakie praktyczne zasady rządzą działalnością handlową czy, szerzej, przedsięwzięciami gospodarczymi. Takim inicjatywom zawsze towarzyszy ryzyko niepowodzenia i poniesienia strat. Można ograniczyć to ryzyko, nawet je skalkulować i ubezpieczyć się od niego, ale nie można go uniknąć. Raz się uda, raz nie. Niekiedy rezultat jest lepszy, niekiedy gorszy. Bez ryzyka nie można jednak odnieść sukcesu.
W tle historii bankructwa małego Dżeka można też dostrzec, jak postawa bohatera różni się od postawy jego ojca. Tata Dżeka często podkreśla, że wszystko zawdzięcza sobie i pracy swoich rąk. Uczy syna, że człowiek nie powinien wydawać więcej, niż ma. "Nie pożyczaj, nie zbankrutujesz" - to jego maksyma. Pod tym względem reprezentuje inne czasy, jest "przedwojenny". Dżek nie boi się działać we współpracy. Chce i potrafi zaufać ludziom. Uczy się szybko poprzez kontakt z innymi. Kiedy chce osiągnąć kolejny cel w rozwoju spółdzielni, sięga po kredyt.
Wiele osób pomaga Dżekowi - zarówno koleżanki i koledzy, jak i dorośli. Ale znajdują się też ludzie, którzy mu przeszkadzają i piętrzą przed nim trudności. Wszystkich nie może on przekonać, ale ma zasoby, aby poradzić sobie z oponentami i przeciwnościami, ponieważ sojuszników jest więcej. Zyskuje ich, szanując regułę wzajemności, która rodzi zobowiązanie do współpracy.
Na końcu, nie ze swojej winy, ponosi porażkę. Nie jest to jednak klęska - to niepowodzenie, które można przekuć w sukces. Wzmacnia ono Dżeka właśnie dlatego, że uruchamiając i prowadząc spółdzielnię uczniowską, wiele się nauczył. Między innymi tego, że handel (dzisiaj powiemy "biznes") może być nie tylko uczciwy i solidny, ale też szachrajski, spekulacyjny; towar może być dobry albo tandetny. Nie należy się z tym godzić, ale trzeba umieć to rozpoznawać i sobie z tym radzić. Tę umiejętność nabywa się jednak przede wszystkim poprzez praktyczne doświadczenie. "Wtedy naprawdę się rozumie, kiedy się poczuło. A cała bieda, że się nigdy nic naprzód nie wie". Ta prawda musi dotrzeć do każdego przedsiębiorcy, zanim stworzy, krok po kroku, coś trwałego.
Dżek przyjął, że działalność kooperatywy musi - obok celu ekonomicznego - mieć cel społeczny. W jego przypadku było to finansowanie chleba dla starszej, prawdopodobnie bezdomnej osoby - dziadka. I z przyjętego zobowiązania starał się wywiązać nawet wtedy, kiedy nad spółdzielnią zawisły czarne chmury. Dzisiaj powiemy, że prowadził społecznie odpowiedzialny biznes, czyli taką działalność gospodarczą, która uwzględnia interesy zarówno właścicieli, jak i wszystkich innych grup w nią włączonych (na przykład konsumentów, pracowników, lokalnej wspólnoty) i odczuwających jej skutki, zgodnie z regułą, że własność nie jest tylko prawem, ale także społecznym zobowiązaniem.
Dalsze losy Dżeka zostały czytelnikom tylko zasugerowane. Wiemy, że rowery miały wrócić do kooperatywy i po wakacjach mogła ona wznowić działalność. Wiemy też, że Dżek zaczął się interesować bankami i wystąpił do Ministra Finansów z memoriałem w sprawie utworzenia banku szkolnego, udzielającego kredytu dzieciom. Memoriał został formalnie odrzucony przez Ministerstwo Oświecenia z powodu trzech błędów gramatycznych.
Nie znając zatem dalszego ciągu tej smutnej, choć dającej nadzieję opowieści Starego Doktora, mamy przesłanki, aby wyobrazić sobie, kim w przyszłości mógł zostać jej bohater. Myślę, że z czasem Dżek Fulton - już jako majętny kupiec - założył bank, którego najważniejszą misją było udzielanie kredytu małym przedsiębiorcom. Bank ten stał się prekursorem nowoczesnej bankowości etycznej i solidarnej, której brak tak bardzo odczuwamy we współczesnym świecie.
Wierzę, że taki przebieg dalszych losów bohatera byłby zgodny z dewizą jego twórcy: "Marzenie jest programem życia. Gdybyśmy je umieli odczytywać, widzielibyśmy, że marzenia się spełniają"3. Ktoś może zapytać lekceważąco: "Cóż to za marzenie - być kupcem?", bo przecież właśnie tego pragnął mały Dżek. Chciał on jednak zostać dobrym i uczciwym kupcem. Był to poważny zamiar w perspektywie Janusza Korczaka, który chciał zmieniać świat realistycznie - nie na dobry, ale na lepszy. W tym przy udziale dobrych i uczciwych przedsiębiorców.
Z dzisiejszego punktu widzenia opowieść o bankructwie małego Dżeka może wydać się nieco staroświecka, ale dzięki temu, że mówi o uniwersalnych zasadach przedsiębiorczości, nie przestaje być historią mądrą i życiową.
Jerzy Hausner
Powieść ta zaczyna się wtedy, kiedy Dżek już dwa lata chodzi do szkoły, i siedzi teraz koło okna na trzeciej ławce. Tamta nauczycielka właśnie zachorowała, i nowa pani objaśnia, jakie nowe zeszyty i książki trzeba kupić na nowy rok szkolny.
Dżek siedzi spokojnie, słucha uważnie i myśli:
"Ojciec znów będzie musiał wydać tyle pieniędzy".
Dżek ma zeszłoroczną teczkę, piórnik, prawie pół ołówka, gumę, linijkę, ekierkę, cyrkiel, brak mu tylko paru kredek i pióro się gdzieś zapodziało. W tym roku miał dostać scyzoryk.
Nieprzyjemnie pożyczać scyzoryk. Nie wszyscy są tacy dobrzy, więcej jest samolubów.
Mówisz mu:
- Pożycz, widzisz, bo mi się szpic ułamał. Zaraz ci oddam.
A on mówi, że nie ma, albo robi łaskę.
Dżek widział na wystawie bardzo ładny scyzoryk z dwoma ostrzami, prawdziwy stalowy, w rogowej oprawie. Obejrzał go dokładnie przez szybę może sto razy, a potem wszedł do środka.
- Ile ten scyzoryk kosztuje? I pan będzie łaskaw pokazać, bo teraz nie mam pieniędzy, ale ojciec obiecał kupić, jak się zacznie szkoła.
Dżek chuchnął na nóż, spróbował na paznokciu, czy ostry, potarł o rękaw, czy oprawa naprawdę rogowa, powąchał, podziękował i oddał. Ale teraz pewnie ojciec nie kupi, kiedy zgubił pióro.
Gdzie ono mogło się podziać?
Nauczycielka podyktowała książki, a potem mówiła, że trzeci oddział jest bardzo ważny, bo z trzeciego oddziału przechodzi się do czwartego, że starsi chłopcy powinni już dobrze się sprawować nie tylko w szkole, ale i na ulicy, bo muszą dawać młodszym dobry przykład.
Potem była przerwa i zaraz niektórzy zaczęli biegać po ławkach. Wtedy Doris powiedziała:
- Zapomnieliście, co pani mówiła. Ładny starszy oddział! Ławki świeżo malowane, a oni latają.
Harry odpowiedział:
- Pilnuj swego nosa.
Allan krzyknął:
- Klituś-bajduś!
A Fil na złość jeszcze więcej zaczął dokazywać i pociągnął ją za warkocz.
Zaraz wtrącił się, rzecz naturalna, sprawiedliwy Jim, że wprawdzie i on nie lubi Doris, ale tym razem ona ma słuszność.
Doris, swoim zwyczajem, zaczęła płakać i omal nie doszło do bójki między Harrym i Jimem.
Już tak jest zawsze, że po wakacjach najwięcej dokazują, aż potem znów się uspokoją.
Dżek przez cały czas stał koło okna, bo jeszcze będzie awantura i mogą go niewinnie wplątać, i nowa pani może tak samo się do niego uprzedzić, jak tamta. Dosyć się nacierpiał przez dwa lata, więc chociaż teraz musi być ostrożny.
Ale woźny powiedział, żeby szli do domu, bo lekcji więcej nie będzie, i Dżek powolutku sam sobie wraca do domu.
Aż tu patrzy, że na rogu ulicy Długiej zamknięty jest sklep kolonialny. Dżek zawsze kupował tam cukierki. Były tu długie miętowe cukierki, które aż szczypią w język, a potem, jak wciągać powietrze, to się tak zimno robi w ustach. Były tam cukierki z likierem i nadziewane w papierkach, większe migdałowe i małe różnokolorowe kulki. Były czekoladki na sztuki, różne figurki z cukru i czekolady, były całe worki orzechów laskowych, włoskich i amerykańskich4. (Amerykańskie orzechy mają tak twardą skorupę, że trzeba je młotkiem rozbijać).
W szklanych kloszach i słojach były jedne rzeczy, w blaszanych pudłach inne, w szufladach znów inne i w koszykach owoce.
Dżek bardzo lubił w tym sklepie kupować i nigdy się nie spieszył. Więc właściciel załatwiał dorosłych, a on sobie stał i patrzył. Czasem nawet zgadywał, którą szufladę właściciel otworzy. Był tam jeszcze bardzo ciekawy przyrząd do sznurka, tak że sznurek nie może się w żaden sposób poplątać. W ogóle wszystko tak wygodnie urządzone, tak dużo rozmaitych rzeczy i taki porządek, że wcale nietrudno wiedzieć, gdzie co leży.
No i teraz cały sklep zamknięty. Domyślił się Dżek, że coś się stało, ale dopiero Kaczor mu powiedział:
- Właściciel sklepu zbankrutował.
Bo kto ma sklep, musi wszystko kupować. Kupuje od razu dużo, a potem po troszku z zarobkiem sprzedaje. Ale nie ma tyle pieniędzy, żeby od razu zapłacić, bo by mu zbrakło. Więc mówi, że później zapłaci, jak już trochę sprzeda. Ale musi w porę zapłacić, bo jak nie, to mu wszystko zabiorą: nawet stoły, szafy, krzesła, nawet to, co jego.
- No, rozumiesz teraz?
Dżek nie wszystko rozumiał, ale Kaczor się niecierpliwił:
- Och, jakiś ty głupi.
Dżek nie myślał dawniej, skąd się biorą te całe skrzynie, wory i pudła. No, rozumie się, że musi kupować. Ale jeżeli sprzedawał, to miał już pieniądze; więc dlaczego nie płaci i czeka, aż mu wszystko zabiorą?
Dżek siedzi na schodku i gryzie jabłko, a Kaczor stoi i co powie parę słów, okręca się na pięcie i - znów:
- Och, jakiś ty głupi.
Aż nawet pytać się nieprzyjemnie.
- Chcesz, pokażę ci na jabłku, co znaczy zbankrutować. No, daj jabłko. No i patrz.
Ugryzł.
- Widzisz. Tyś mi dał jabłko. Rozumiesz? To jest twoje jabłko?
- No moje.
- I tyś mi je dał. No nie?
Ugryzł drugi raz.
- Widzisz, już jest tylko kawałek. Chcesz odebrać?
- Bo co?
- Bo nic. Nie mogę ci oddać, bo nie mam. Rozumiesz: zbankrutowałem. Choćbym chciał, to ci nie dam. No i co mi zrobisz?
Tu ugryzł trzeci raz, wykręcił się i poleciał. A potem jeszcze się drażni:
- Głupi Dżek. Daj drugie jabłko, to ci lepiej wytłumaczę.
I Kaczor na całym podwórzu wprowadził szachrajską zabawę, że jak ktoś da coś drugiemu i nie powie: "Wymawiam", a tamten wziął i powiedział: "Zbankrutowałem", to sobie brał tę rzecz i mógł nie oddawać.
Naprzód bawili się chłopcy, a potem dziewczynki. Najgorzej wychodzili mali, bo się najczęściej gapili. W ten sposób Alin straciła laleczkę, a Merrick cymbałki. Aż skończyło się awanturą. Bo mały Dick dał wszystkie książki i kajety niby do trzymania i zapomniał wymówić. Tamten by nawet nie wziął, tylko Dick musiałby mu dać parę centów. Ale malec się przestraszył i z bekiem do matki na skargę. I dopiero się dowiedzieli. I kłócili się na podwórku, już nie tylko dzieciaki, ale dorośli, bo matka powiedziała:
- Pierwszy złodziej wyrośnie z niego.
A ta:
- Chyba dopiero drugi, bo pierwszym złodziejem będzie twój Dick.
Zabawa w bankructwo się skończyła, a Dick dostał w skórę.
Dżek sam nie wiedział, czy ma żałować kupca, któremu wszystko zabrano, czy tych, którzy dali worki cukru, gruszek i śliwek suszonych, orzechów i skrzynie pierników, a ten część sprzedał i pieniędzy nie płaci. Bo wypada, że Kaczor dobrze mu wytłumaczył, bo tym, co dali bez pieniędzy, jest wszystko jedno przecież, czy sam zjadł, czy sprzedał.
A tymczasem sklep był zamknięty i przykro było tamtędy przechodzić. Potem nawet szyldy zdjęto, ale Dżek nie widział, kto zdejmuje, bo był wtedy w szkole.
Potem wprowadził się tam fryzjer. Dopóki jeszcze malowali, wnosili różne rzeczy, wchodzili i wychodzili - było na co popatrzeć. Ale potem już, zamiast ciekawego kolonialnego, przybył zupełnie nudny sklep, obok którego przechodzi się obojętnie.
Dżek zna wszystkie ciekawe wystawy, obok których dwa razy dziennie przechodzi do szkoły i z powrotem. Ale fryzjer go nie obchodzi.
Co znaczy "zbankrutować", nie dowiedział się nic nowego. Bo ojciec coś mu tam na odczepne odburknął, jak to zawsze robią dorośli, kiedy im się nie chce. A matka tylko to mu powiedziała:
- Człowiek nie powinien wydawać więcej, niż ma. Nie pożyczaj, nie zbankrutujesz. Moi rodzice prowadzą sklep trzydzieści sześć lat, wychowali dzieci i żyją. To trudno: nie każdy może sobie na wszystko pozwolić.
Biedny Dżek nie przeczuwał nawet, że bardzo niedługo dowie się, och, jak boleśnie się dowie, co znaczy bankructwo.
I w życiu często tak bywa, że niby się coś wie i rozumie, ale dopiero wtedy naprawdę się rozumie, kiedy się samemu poczuło. Niby Dżek wiedział, że noga złamana boli, ale teraz wszystko od początku do końca pamięta. Wtedy, chociaż był mały, słyszał, że budzik może się zepsuć, mówiono, żeby nie ruszał. No tak, ale kiedy na stole leżały wykręcone kółka, kiedy sam widział, że nic nie poradzi, kiedy czekał, aż otworzą się drzwi i wróci pani Fulton i będzie musiał się przyznać - dopiero wtedy żałował, ale było za późno.
- Gdybym wpierw wiedział, że tak będzie - mówi sobie człowiek. A cała bieda, że się nigdy nic naprzód nie wie. Choć dorośli podobno wiedzą, co będzie, i często powtarzają:
"A nie mówiłem, a nie ostrzegałem. Wiedziałem, że tak będzie".
No tak: czasem tak jest naprawdę, ale często się tylko chwalą.
Dżek Fulton urodził się, mieszka i chodzi do szkoły w Ameryce i powieść o nim jest powieścią amerykańską. Jest to jeszcze powieść finansowa, ale o tym później się powie.
Rodzice Dżeka znani są jako ludzie spokojni i uczciwi.
Ojciec Dżeka pije wódkę tylko raz do roku - w dzień swoich urodzin.
Ojciec Dżeka mówi:
- Dnie powszednie: poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek i sobota - należą do mojej rodziny, niedziele i święta należą się Bogu. A mój dzień jest ten, kiedy się urodziłem. A że za młodu przyzwyczaiłem się do wódki, więc raz do roku golnę sobie kieliszek - to nie grzech; trudno mi się przecież od razu odzwyczaić.
Ojciec Dżeka mówi także:
- Wszystko, co mam, zawdzięczam pracy rąk. Dopóki mam zdrowe ręce, rodzinie nie zbraknie chleba i mydła. Ani głodni, ani brudni nie będą. Tak ślubowałem żonie i dotrzymam słowa.
Matka Dżeka mówi:
- Żonie powinno starczyć tyle, ile mąż zarabia. Zarobi mniej, to mniej kupię i zaczekam, aż będzie więcej. Byle nie robić długów.
No tak: Dżek ma uczciwych i spokojnych rodziców, którzy dają mu dobry przykład i mądre nauki, nigdy go nie biją i nawet rzadko się gniewają.
Ojciec Dżeka mówi:
- Teraz jestem zdrów i silny, więc nie sztuka, że zbiję malca, który się obronić nie może. Ale co będzie, jak się zestarzeję, a Dżek urośnie i stanie się silniejszy ode mnie? Staraj się być porządnym chłopcem, a jak ci się coś nie uda, nie kręć, tylko przyjdź i powiedz.
A matka Dżeka tak mówi:
- Nie powinno się na dzieci krzyczeć, tylko trzeba im tłumaczyć, bo tak samo dziecko uczy się na świecie żyć, jak uczy się w szkole czytać, pisać i liczyć.
Bo raz Dżek bawił się z chłopakami w bandytów i kiedy uciekał przed policją, zeskoczył prawie z pierwszego piętra. Leżał potem trzy tygodnie w łóżku. I potem mister Fulton odczytywał Dżekowi z gazety różne nieszczęśliwe wypadki: że się jakiś chłopak poparzył i odwieziono go do szpitala, że samochód przejechał dziecko, że się pochyliło i wypadło przez okno.
Podczas głosowania i wyborów pan Fulton czytywał dwie gazety, żeby lepiej wiedzieć, na kogo głosować. I wtedy Dżek o każdym nieszczęśliwym wypadku dowiadywał się dwa razy. W jednej gazecie pisano zawsze, że winni są rodzice, bo nie pilnują dzieci, a w drugiej, że z winy policji, która nie pilnuje porządku. W ten sposób ojciec Dżeka wiedział, jakiego wybrać prezydenta, a Dżek - czego nie należy robić, bo jest niebezpiecznie.
Matka gniewała się na Dżeka tylko trzy razy.
Raz chłopcy bawili się w wojnę. Dżekowi źle się wiodło: dwaj młodsi od niego zostali oficerami, a on - ciągle tylko żołnierz i żołnierz.
- Panie generale, kiedy już nareszcie będę oficerem?
- Musisz się odznaczyć - mówi generał Murr.
Aż postawili Dżeka koło parkanu. Generał Murr znów wygrał bitwę. Dżek postanowił odznaczyć się w pościgu za nieprzyjacielem, a w parkanie był gwóźdź. No i podarł portki - całą nogawkę od góry do dołu.
Drugi raz Dżek został sam w mieszkaniu. Nawet małej Mary nie było. Bardzo mu się nudziło. A na komodzie stał budzik. Dżek w żaden sposób nie mógł zrozumieć, skąd budzik wie, o której godzinie ma dzwonić. Zwyczajny zegar bije co godzinę, bo w środku jest dzwonek, młotek, kółka i sprężyna - ojciec mu wytłumaczył i pokazał. Zupełnie co innego budzik, który przez całą noc stoi cicho jak trusia i dopiero akurat wtedy dzwoni, kiedy potrzeba. Albo ojciec mu źle wytłumaczył, albo Dżek był wtedy śpiący, dość że zrozumiał, że w budziku siedzi kogut, który nie pieje, tylko dzwoni. Więc Dżek sam był w mieszkaniu i strasznie chciał zobaczyć tego koguta. No i nic nie widział, i zepsuł zegar, i dostał dwie bury: osobno od ojca i zupełnie osobno od matki. Bo właściwie powinno być tak, że za jedne rzeczy krzyczy jeden, a za inne - drugi. Bo wychodzi, że za to samo gniewa się i nauczycielka, i mama, i tata, a jeszcze się kto wtrąci, to już zupełnie trudno wytrzymać.
Trzeci raz gniewano się, kiedy Dżek poszedł z chłopakami na rynek, gdzie był okropny tłok, no i zgubił czapkę. Powiedzieli mu nawet wtedy, że niedługo zgubi głowę, i Dżek bardzo płakał, chociaż rozumiał, że głowy zgubić nie można; ale zawsze było mu przykro.
Teraz więc każdy rozumie, że matka Dżeka była kobietą gospodarną i że Dżek nie był łobuzem - bo każdemu może się zdarzyć.
Więc żył sobie Dżek, kochany przez rodziców, szanowany przez młodsze dzieci z podwórka.
Właściwie Dżek nie miał przyjaciół, bo nie był bardzo zręczny w zabawach, nie umiał opowiadać bajek i nie lubił żadnych psot ani figlów. Zawsze ostrzegał:
- Lepiej dajcie spokój. Jeszcze szybę stłuczecie; zobaczycie, że to się źle skończy.
Koledzy się gniewali i nazywali go tchórzem.
Ale jak trzeba było kupić na spółkę śliwki albo cukierki, zawsze zwracali się do Dżeka. Dżek wie, gdzie jest tanio, umie się targować, obliczy i sprawiedliwie podzieli. Na przykład w pięciu razem kupili dwadzieścia cztery wiśnie. Dżek wraca do sklepu i mówi:
- Niech pani doda jeszcze jedną wiśnię, to każdy będzie miał po pięć, a ja pani za to zwrócę torbę.
Albo:
- Niech pani zamieni to jabłko na dwa małe.
Potem Dżek się nauczył, że chętniej dają, jeżeli się mówi nie "niech", a "proszę bardzo" albo "niech pani będzie łaskawa".
Kupcowa zaraz zamieni albo doda, bo dla niej to nic nie znaczy.
Bywa czasem tak, że są wiśnie dojrzałe, lepsze i gorsze, duże i małe - Dżek już sobie poradzi. Burknie tam który grymaśnik, że woli czerwony cukierek, że chce to, a nie tamto. Ale widzą, że Dżek nie bierze dla siebie najlepszych, więc cichną. I za to właśnie szanują Dżeka.
Bywa zresztą, że Dżek ostrzega, żeby czegoś nie robić - nie posłuchają i źle na tym wyjdą. Z Dżekiem każda zabawa jest bezpieczniejsza i dlatego nie odmawiają, jeżeli chce się bawić.
Dżek od maleńkości lubił liczyć. Zbierał i liczył zapałki, bilety tramwajowe, liczył sklepy, domy, kroki, samochody. Wie Dżek, ile jest sklepów do rogu z prawej i lewej strony. Dżek chce być kupcem.
Raz nie było światła na schodach i ojciec chciał zapalić zapałkę. A Dżek mówi:
- Nie trzeba. Tu jest sześć schodków, a dalej dwanaście.
Ojciec pochwalił Dżeka.
- Chłopak ma dobrą głowę do rachunków - mówili znajomi.
Kiedy raz przyszli goście, pytano się dzieci, kim chcą zostać, jak dorosną.
- Ja będę oficerem.
- Ja chcę być mechanikiem.
- No, a ty, Dżek, kim będziesz?
Dżek przypomniał sobie podarte na wojnie spodnie i zepsuty budzik, więc powiedział:
- Zostanę kupcem.
Dżek często bawił się z małą Mary w sklep. Z pudełka od pasty do butów zrobił wagę. Ważył kasztany, kamyki, piasek. Piasek - to cukier albo kasza, kamyki - to groch i orzechy. Wagę zrobił ze szpilki od włosów, sznurka, no i tego blaszanego pudełka. Pudełek Dżek miał dużo, bo papierosy wszyscy prawie palą; a płaciło się biletami tramwajowymi.
Zabawa nie jest taka przyjemna jak sklep prawdziwy, więc Dżek lubił patrzeć na prawdziwych kupców. I raz staruszek kupił chleb i ser, a kiedy liczył pieniądze, jedna moneta upadła na ziemię i nie mógł jej znaleźć. Więc już nie chciał szukać i poszedł sobie. Ale Dżek był ciekawy, gdzie się mogła podziać. No i leżała w kąciku koło samego schodka. Dżek dogonił staruszka i oddał.
- Dziękuję ci, bardzo ci dziękuję, mój chłopcze. Jesteś porządnym dzieckiem i wyrośniesz na uczciwego człowieka.
Dżek bardzo się zawstydził, bo przypomniał sobie zjedzoną po kryjomu raz kostkę cukru. Było to akurat wtedy, kiedy się bawił w bandytów z nie bardzo porządnymi chłopcami. Był jeszcze mały, a mali chłopcy bardzo łatwo się psują - i całe szczęście, że tak samo łatwo potem się znowu poprawiają.
Więc Dżek postanowił unikać złego towarzystwa, żeby się bardziej jeszcze nie zepsuć.
Mister Fulton nie był zadowolony, że Dżek chce zostać kupcem, jak urośnie.
- Wolałbym, żeby był rolnikiem jak jego dziadek albo rzemieślnikiem jak ja. Bo kupiec właściwie nic nie robi. Ani sieje, ani buduje; zawsze to wygląda na korzystanie z cudzej pracy.
- Zapominasz, mój kochany - mówiła matka Dżeka - że przecież moi rodzice mają sklep i też pracują uczciwie.
- No tak - przyznawał mister Fulton - ale jednak to coś innego.
I tak rozmawiali rodzice, kiedy Dżek był bardzo mały i nawet do szkoły nie chodził jeszcze. Więc pewnie Dżek będzie wolał wyjechać później na wieś, gdzie o wiele przyjemniej niż w mieście.
Bo trzeba wiedzieć, że amerykańskie miasta są jeszcze gorsze niż nasze. W miastach amerykańskich są strasznie wysokie domy, że aż je nazwano drapaczami nieba - hałas, tłok, kurz i dym są okropne. I w ogóle Ameryka - to dziwny świat. Ameryka jest jakby na dole, jakby tam ludzie chodzili głową na dół. Ale nam się tylko tak zdaje. A już zupełnie z pewnością u nich jest noc, kiedy u nas dzień. I wypada, że tam śpią w dzień, a w nocy chodzą do szkoły. Przyjemnie byłoby pojechać i te dziwne rzeczy samemu zobaczyć. Bo z książki nigdy się tak dobrze nie wie, jak kiedy się widzi własnymi oczami. Niby jak jakaś bajka.
1 Kercelak - największe w Warszawie targowisko działające w latach 1867-1944.
2 Joanna Olczak-Ronikier, Korczak. Próba biografii, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 150.
3 Joanna Olczak-Ronikier, Korczak - próba biografii, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 59.
4 orzechy [...] amerykańskie - owoce orzesznicy amerykańskiej o twardych, brunatnych łupinach, spożywane na surowo, o znakomitym smaku.
5 stalka (gw. uczn.) - stalówka.
6 kajet (fr. cahier) - zeszyt.
7 marka (niem. die Marke) - znaczek pocztowy.
8 kurierki - popularna nazwa gazet codziennych, występująca w tytułach wielu poczytnych dzienników ukazujących się w Warszawie w wiekach XIX i XX, np. "Kurier Codzienny" (1866-1905), "Kurier Czerwony" (1922-1939), "Kurier Polski" (1898-1939), "Kurier Poranny" (1877-1939), "Kurier Warszawski" (1821-1939) i inne.
9 beaucoup [...] trois (franc.) - dużo, trzy.
10 Pinkerton - Allan Pinkerton (1815-1884), Szkot, założył w Chicago w 1852 roku agencję detektywistyczną, która zasłynęła w czasie amerykańskiej wojny domowej. Nazwiska Pinkertona zaczęto używać potocznie jako synonimu prywatnego detektywa. Stał się też, obok Sherlocka Holmesa, najbardziej znanym bohaterem popularnej serii zeszytowej Przygody słynnych ajentów śledczych. W Polsce ukazywały się od 1908 roku serie Nat Pinkerton, król ajentów śledczych, a później Nat Pinkerton - król detektywów (1927). Nazwiska autora ani tłumacza nie podawano. Zeszyty te były szczególnie popularne wśród młodzieży.
11 Kto w kinematografie nie zdąży przeczytać napisu - aluzja do kina niemego; kinematograf (gr. kinématos - ruch, gráph? - piszę) - dawna nazwa kina.
12 Kot w butach - baśń Charles'a Perraulta (1628-1703) z tomu Contes de ma M?re l'Oye (Bajki Matki Gąski, 1697). Baśnie Perraulta, niezwykle popularne w Europie, nie miały w Polsce powodzenia: anonimowy przekład pt. Czerwona Czapeczka. Baśnie dla grzecznych dzieci ukazał się dopiero w 1871 roku w Lipsku. Pojedyncze utwory (m.in. Kota w butach) przełożyła Maria Dynowska w 1903 roku. Pierwszy pełny przekład pt. Bajki Babci Gąski, dokonany przez Hannę Januszewską, ukazał się w 1961 roku.
13 skrócony tytuł słynnej powieści Daniela Defoe (1660-1731) The Life and Strange Surprising Adventures of Robinson Crusoe of York Mariner (1719) i The Farther Adventures of Robinson Crusoe (1719). W przekładach polskich obie części łączone były pod wspólnym tytułem Przypadki Robinsona Crusoe. Pierwszy polski przekład dokonany przez ks. Jana Chrzciciela Albertrandiego ze skróconej przeróbki francuskiej ukazał się w roku 1769, pełny przekład Józefa Birkenmajera w 1974 roku. Przypadki Robinsona Crusoe, będące traktatem o edukacji naturalnej, z akcentami wyraźnie antycywilizacyjnymi, należące do klasyki literatury światowej, dzięki atrakcyjnej akcji i istotnym walorom wychowawczym podkreślanym m.in. przez Jeana Jacques'a Rousseau, stały się także ulubioną lekturą dzieci i młodzieży, głównie w postaci adaptacji i przeróbek, koncentrujących się na wątkach awanturniczych, a pomijających wątki filozoficzne i elementy krytyki społecznej zawarte w oryginale. Do najpopularniejszych dziewiętnastowiecznych adaptacji Robinsona należy skrócone wydanie Władysława Ludwika Anczyca (1868). Polskim czytelnikom znane były także liczne przeróbki tej powieści wykorzystujące jedynie zasadniczy zrąb fabularny utworu do realizacji własnych, często niezależnych od oryginału, wątków awanturniczych, tzw. robinsonad. Należą do nich m.in. Der Schweizerische Robinson (Robinson szwajcarski) Joachima Davida Wyssa (1813, polski przekład 1833), Robinson der jungere (Przypadki Robinsona) Joachima Heinricha Campe (1779, polski przekład 1830), a także przeróbki francuskie: Mały Robinson Paryski (polski przekład 1858) i Robinson w podziemiach Paryża (polski przekład 1873). Polskie robinsonady to: Przygody młodzieńca, czyli Robinson polski Adolfa Dygasińskiego (1891), Imko zwany Wisełka Bogumiła Hoffa (1894) i Robinson tatrzański Stefana Gębarskiego (1896).
14 Chata wuja Toma - powieść amerykańskiej autorki Harriet Elizabeth Beacher Stowe (1811-1896) Uncle Tom's Cabin (1852), przełożona na trzydzieści siedem języków, w polskiej literaturze obecna, poza pełnymi przekładami, także w postaci licznych adaptacji i skrótów przeznaczonych dla młodzieży. Pierwszy skrócony przekład Franciszka Dydackiego pt. Chata wuja Tomasza ukazał się w 1856 roku, pełny przekład anonimowy (Antoniego Stefańskiego) w 1901 roku. W tymże roku Arct wydał adaptację dla młodzieży pt. Chata wuja Toma. Adaptacji dokonał Al. Ar. (Aleksander Arct). Korczak znał zapewne to wydanie.
15 stare kalendarze (od łac. calendae - kalendy, nazwa pierwszego dnia miesiąca) - lista dni, tygodni i miesięcy w roku z oznaczeniem świąt. W dawnych kalendarzach polskich drukowanych od XVIII wieku zamieszczano również wiadomości o obchodach świąt kościelnych, prognozy meteorologiczne, zapowiedzi klęsk, epidemii, wojen i przewrotów politycznych. W kalendarzach z drugiej połowy XIX wieku pojawiać się zaczęły także materiały literackie i folklorystyczne, co sprawiło, iż kalendarze, zwłaszcza w środowiskach o niskiej kulturze literackiej, pełniły nie tylko funkcję almanachu - informatora o datach, ale też, w pewnym zakresie, stały się swoistymi książkami "do czytania".
16 bajki Andersena - baśnie Hansa Christiana Andersena (1803-1875) Eventyr fortalte for born (Baśnie opowiedziane dla dzieci, 1833) oraz ukazujące się w poszczególnych zeszytach do 1872 roku. Eventyr of histories (Baśnie i opowiadania) tłumaczone były na przeszło osiemdziesiąt języków. W Polsce przekłady pojedynczych baśni Andersena ukazały się po raz pierwszy na łamach "Gazety Codziennej" w 1840 roku, a pierwszy książkowy wybór baśni w roku 1859. Ze starszych wydań największą popularnością cieszył się wybór w opracowaniu Cecylii Niewiadomskiej z roku 1898 (liczne wznowienia w latach międzywojennych). Pełne wydanie baśni ukazało się dopiero w 1956 roku w tłumaczeniu Stefanii Beylin i Jarosława Iwaszkiewicza.
17 bandyckie bujdy - idzie tu prawdopodobnie o tanie, brukowe druki zawierające opisy przygód głośnych bandytów, głównie Rinalda Rinaldiniego, bohatera dzieła Christiana Augusta Vulpiusa Rinaldo Rinaldini der Räuberhauptmann (1797), którego skróty i przeróbki ukazywały się w polskich przekładach od 1815 do 1939 roku (np. Rinaldo Rinaldini największy wódz bandytów w Abruzzach, 1900) czy słynnego w XVII wieku paryskiego złodzieja Cartouche'a (Ludwik Dominik Kartusz. Najzuchwalszy bandyta wszystkich czasów. Jego dzieła, wyprawy i przygody miłosne spisane z akt, dokumentów i opowiadań, 1908 i późniejsze wznowienia). Książki te, wzorowane na popularnych seriach niemieckich, angielskich i amerykańskich, były w Polsce międzywojennej często wydawane i chętnie czytane, zwłaszcza przez mniej wyrobionych czytelników.
18 bajaderskie piosenki - bajadera (franc. bayadere, z port. bailadeira - tancerka) - hinduska tancerka kultowa; także bohaterka słynnej operetki Imre Kalmana Bajadera (1921). Tu nazwa o niejasnym znaczeniu, być może: światowe przeboje, teksty popularnych piosenek wydawane w postaci oddzielnych druczków i zbiorków, por. w gwarze szkolnej "bajadery" - puste frazesy.
19 aeroplan (fr. aéroplane) - samolot, dziś wyraz przestarzały, w dwudziestoleciu międzywojennym powszechnie używany (zob. wiersze dla dzieci Juliana Tuwima).
20 Bosko Czarnoksiężnik - w XIX i na początku XX wieku ukazało się wiele przedruków z czarnoksiężnikiem Bosko w tytule, zawierających opisy sztuk magicznych, rachunkowych, karcianych, a także "widowiskowych" eksperymentów fizycznych i chemicznych. W niektórych wydaniach wprowadzano też problematykę kabalistyki, spirytyzmu, hipnozy i magnetyzmu (np. Bosko Czarnoksiężnik, czyli bogaty zbiór najciekawszych sztuk magicznych i kuglarskich do wykonywania łatwo i tanim kosztem, 1866). Były to popularne samouczki sztuk prestidigitatorskich.
21 Eddi Polo - popularna seria detektywistyczna - pełny tytuł: Eddi Polo. Karkołomne przygody cyrkowca, akrobaty i genialnego detektywa - pióra nieznanego autora (autorów?). W roku 1924 ukazało się 25 zeszytów przygód słynnego detektywa.
22 Sennik egipski - w Polsce senniki, tzn. książki zawierające objaśnienia snów, znane były od XVI wieku. Pod koniec XVIII stulecia nastąpił istny zalew tych druków (m.in. Sennik polski z planetami, Sennik najwiarygodniejszy egipski i arabski itp.). Stanowiły one znakomite źródło dochodów dla wydawców. Z lat 1901-1939 zachowało się 14 tytułów, chociaż najprawdopodobniej było ich znacznie więcej. Do najpopularniejszych należał wydany w Krakowie Sennik królowej Saby.
23 ordery [...] kotylionowe - kotylion (fr. cotillon) - oznaka, maskotka, wstążka, bukiecik itp. przypinane uczestnikom zabawy tanecznej, inne dla każdej pary.
24 frajerska nazwa - tu: głupia, naiwna nazwa; w gwarze warszawskiej: frajer - głupiec, naiwniak, niedoświadczony młokos.
25 koza - tu: pozostawienie ucznia za karę po lekcjach; także izba przeznaczona do tego celu.
26 dystrybucja - sklep z wyrobami tytoniowymi, trafika.
27 arytmogryf (gr. arithmós - liczba i gríphos - zagadka) - łamigłówka cyfrowa, w której rozwiązanie polega na wstawieniu odpowiednich liter w miejsce cyfr.
28 O, risum teneatis, amici (łac.) - tłumaczenie Korczaka niedokładne, poprawnie: Czy moglibyście powstrzymać się od śmiechu, przyjaciele? (Horacy, Ars poetica, 1-5).
29 Pytlasiński - Władysław Pytlasiński (1863-1933), słynny zapaśnik, zawodowy mistrz walki francuskiej, założyciel i pierwszy prezes Polskiego Towarzystwa Atletycznego.
30 apasz (fr. apache) - rzezimieszek, bandyta, chuligan (zwł. paryski włóczęga).
31 kooperatywa - zrzeszenie wielu osób w celu wspólnego prowadzenia przedsiębiorstwa handlowego lub produkcyjnego, spółdzielnia. Zwolennicy kooperatyzmu upatrywali w organizowaniu spółdzielni, przeważnie spożywców, drogę do wyzwolenia społecznego i obalenia kapitalizmu. Traktowali oni spółdzielczość jako formę samopomocy społecznej, której celem jest zaspokajanie ludzkich potrzeb, nie zaś zysk w kapitalistycznym rozumieniu tego słowa. Doktryna ta powstała w końcu XIX wieku w Wielkiej Brytanii i we Francji, zaś ojcem polskiej odmiany kooperatyzmu był Edward Abramowski (1868-1918). Poglądy Abramowskiego, wybitnego socjologa, psychologa i filozofa, eksponujące wartość niezależnych inicjatyw gospodarczych i wolności jednostki, a także etyczny sens kooperatyzmu polegający głównie na akcentowaniu potrzeby wzajemnej pomocy i sprawiedliwości w podziale dóbr, wyrażone m.in. w dziele Idee społeczne kooperatyzmu (1907) znalazły w Polsce, zwłaszcza w kręgu postępowej inteligencji, wielu zwolenników. Należeli do nich m.in. Maria Dąbrowska, Stefan Żeromski i Janusz Korczak, który dostrzegał możliwość zastosowania określonych form spółdzielczości w pracy pedagogicznej, zwłaszcza w szkole.
32 pardon (fr.) - przepraszam.
33 ciamara (gw. uczn.) - ciamajda, ofiara.
34 na krydę (gw.) - na kredę, tzn. na kredyt (zapisany kredą na tablicy).
35 Jim ma w prawej ręce 70 siły - do mierzenia siły (w tym przypadku siły mięśni) służą różnego rodzaju dynamometry, siłomierze: dźwigniowe, hydrauliczne, manometryczne, sprężynowe i elektryczne. Do mierzenia siły używano zwykle jednostki masy, jak np. kilogram, funt itp. W powyższym tekście powinno być właściwie: "Jim ma w prawej ręce 70 funtów siły".
36 Kercelak - właśc. Plac Kercelego, słynne targowisko warszawskie, ciągnące się wzdłuż ul. Okopowej, między Wolską i Lesznem. W 1867 właściciel placu Józef Kerceli ofiarował go miastu na targ paszą. Od lat siedemdziesiątych XIX wieku handlowano tam żywnością, ubraniem, tandetą i starzyzną, na straganach i w tzw. sprzedaży ręcznej. Kwitł również handel gołębiami i psami oraz wszelkiego rodzaju gry hazardowe i szulernie. Targ istniał do Powstania Warszawskiego. Po II wojnie światowej plac przecięła Trasa W-Z.
37 cetno i licho - gra w "cetno - licho" (cetno - liczba parzysta, licho - nieparzysta) należy do gier hazardowych i polega na zgadywaniu, czy w zamkniętej dłoni przeciwnika znajdują się pieniądze lub inne przedmioty. Jedna z najstarszych gier znanych w Polsce.
38 skarby Sezamu (gr. sésamon - skarbiec) - miejsce przechowywania skarbów przez bohaterów Baśni z 1001 nocy, przenośnie - wielkie bogactwo, ogromny majątek. Wspomniane Baśnie... stanowią zbiór bajek i podań ludowych literatury arabskiej, znany w Egipcie od X wieku. Francuski przekład Antoine'a Gallanda, powstały w latach 1704-1717, spopularyzował Baśnie... w Europie (przekład polski 1768). Zob. zwłaszcza opowieść o Ali Babie, czterdziestu rozbójnikach i niewolnicy Nardianie, w której magiczny okrzyk: "Sezamie, otwórz się!" daje dostęp do tajnej jaskini ze skarbami.
39 fokus-pokus - właśc. hokus-pokus, formuła magiczna używana kiedyś przez kuglarzy i magików, pochodząca prawdopodobnie z pocz. XVII wieku, rozpoczynająca komiczną serię niby-łacińskich zaklęć wypowiadanych przez sztukmistrzów w celu odwrócenia uwagi widzów od ruchów rąk.
40 ochronka - zakład wychowawczy dla osieroconych lub ubogich dzieci w wieku 3-7 lat. Ochronki powstały we Francji, pierwszą założył w 1770 roku alzacki filantrop Friedrich Oberlin, w Polsce zaś wystąpił z tą inicjatywą Teofil Janikowski w 1839 roku. Początkowo ochronki jako instytucje o charakterze filantropijnym utrzymywane były przez zakony, gminy wyznaniowe i instytucje dobroczynne. W dwudziestoleciu międzywojennym opiekowały się nimi również związki zawodowe. Z ochronek rozwinęły się z jednej strony dzisiejsze przedszkola, z drugiej - domy dziecka.
41 sznaps (niem. der Schnaps) - wódka.
42 funt - jednostka wagi powszechnie używana w Europie do XIX wieku; funt nowopolski - 0,4055 kilograma.
43 kadryl - tu: wędlina podrzędnego gatunku, sporządzana z krwi i mięsnych odpadków przeważnie dla psów; krwawa kiszka, czarny salceson.
44 tłumaczona z polskiego powieść historyczna: Ogniem i mieczem - w czasie, w którym rozgrywa się akcja powieści Korczaka, Trylogia Henryka Sienkiewicza znana była amerykańskim czytelnikom w przekładzie Jeremiego Curtisa (1838-1906). Angielskie tłumaczenie Ogniem i mieczem ukazało się w USA w 1891 roku.
45 Galernik - Korczak ma prawdopodobnie na myśli przeznaczoną dla młodzieży adaptację jednego z najważniejszych wątków powieści Wiktora Hugo (1802-1805) Les miserables (1862, Nędznicy). Por. Galernik. Z powieści Wiktora Hugo "Nędzarze" opracowała dla młodzieży St. Buraczewska. Warszawa 1908. Dla młodocianych czytelników przeznaczone były także inne wybrane wątki tej wielkiej powieści (Kozeta czy Gawrosz).
46 o człowieku, którego wychowała w lasach małpa - mowa o Tarzanie, bohaterze kilku powieści amerykańskiego pisarza Edgara Burroughsa (1875-1950), białym chłopcu wychowywanym przez małpy w dżungli afrykańskiej. Były to bestsellery literatury popularnej, tłumaczone i często wydawane w Polsce międzywojennej (m.in. Tarzan of the Apes, 1914, przekł. polski Tarzan wśród małp, 1924 i The Return of Tarzan, 1915, pol. Tarzan nieposkromiony, 1921). Powieści te stały się również podstawą licznych adaptacji filmowych, z których pierwsze powstały jeszcze w czasach kina niemego.
47 Podróże Guliwera - najbardziej znana książka Jonathana Swifta (1667-1745) Travels into Several Remote Nations of the World, by Lemuel Gulliver, first a Surgeon, and then a Captain of Several Ships (1726, Podróże do wielu odległych narodów świata przez Lemuela Guliwera, początkowo lekarza okrętowego, a następnie kapitana licznych okrętów). Utwór oparty na konwencjach powieści przygodowo-podróżniczej, podporządkowany celom satyrycznym, zawiera wiele cech powiastki filozoficznej. Pierwszy anonimowy polski przekład pt. Podróże kapitana Guliwera w różne kraje dalekie dokonany z przeróbki francuskiej ukazał się w 1784 roku. Pełny, najwierniejszy przekład z oryginału angielskiego dokonany został dopiero w 1979 roku przez Macieja Słomczyńskiego. Podróże Guliwera, mimo iż pisane były z myślą o czytelniku dorosłym, zaadaptowane zostały przez literaturę dziecięcą. Spośród wielu przeróbek i skrótów tej powieści do szczególnie popularnych zaliczyć należy dokonaną w latach siedemdziesiątych XIX wieku adaptację Cecylii Niewiadomskiej ograniczającą warstwę filozoficzną i wysuwającą na plan pierwszy wątki awanturnicze.
48 gwiazda morska - potoczna nazwa rozgwiazdy, morskiego bezkręgowca o wapiennym szkielecie, kształtem przypominającego gwiazdę.
49 wielkanocne stoliczki - kupowane dzieciom miniaturowe stoliczki ze święconką (szynka, kiełbasa, baby, baranek) z marcepanu, popularne w okresie międzywojennym.
50 laubzega (niem. die Laubsäge) - piłka używana zwykle do wycinania deseni w sklejkach drewnianych.
51 książka notarialna - Korczak, przyznając dziecku prawo do swobodnego dysponowania należącymi do niego przedmiotami, zwracał uwagę na konieczność dokumentowania wszelkich zamian czy sprzedaży dokonywanych przez dzieci. W praktyce wychowawczej Domu Sierot celowi temu służyła księga notarialna, która zdaniem Korczaka odgrywała istotną rolę w kształtowaniu pozytywnych postaw społecznych i uczenia praworządności. Por. "Jeśli obawiamy się oszukańczych transakcji, sporów i waśni, wprowadzajmy księgę notarialną, która zapobiegnie nadużyciom. Jeśli dzieci są lekkomyślne i niedoświadczone, dajmy im możność nabycia koniecznego doświadczenia" (Jak kochać dziecko, w: Wybór pism, Warszawa 1958, t. III, s. 330).
52 latarnia - dawniej używany aparat (rzutnik) do projekcji obrazów na płótnie; latarnia czarnoksięska.
53 welodrom (fr. vélodrome) - tor do wyścigów kolarskich.
54 wdowi grosz - aluzja do ewangelicznej opowieści (Mk 12, 41-44) o wdowie, która wrzucając do skarbony jeden grosz stanowiący całą jej majętność złożyła ofiarę większą niż bogacze, darowujący jedynie to, co im zbywało; przenośnie - cały ubogi majątek ofiarowany na określony cel.
55 do luftu (niem. die Luft - powietrze) - do niczego.
57 Piętnastoletni kapitan - Jules Verne (1828-1905) Le capitaine de quinze ans (1878), pierwsze wydanie polskie - 1895. Utwory Verne'a - klasyka powieści fantastyczno-naukowej i przygodowej (m.in. Dzieci kapitana Granta, Podróż na księżyc, 20 000 mil podmorskiej żeglugi, W 80 dni dookoła świata) - należały do najczęściej tłumaczonych i wznawianych pozycji literatury dla młodzieży w dwudziestoleciu międzywojennym, sam zaś Verne był wówczas autorem niezwykle popularnym i modnym, do którego odwoływali się i którego naśladowali ówcześni autorzy uprawiający prozę przygodową.
Wszystko na świecie jest rozmaite. I stalówki, i bibuły, i ołówki, i gumy, i nauczycielki.
Na przykład w jedną bibułę atrament dobrze wsiąka, a w drugą nie. Jedne gumy dobrze wycierają, że wcale nie znać, a są gumy brudzące. Są ołówki twarde i miękkie. Jedne stalki5 piszą grubo, inne cienko, są większe i mniejsze, okrągłe i płaskie. Zeszyty są grube i cienkie, papier dobry albo taki, że atrament się rozpryskuje, a na końcu stalki robią się włoski. Są kajety6 w jedną i dwie linie, arytmetyczne i rysunkowe.
I nauczycielki są arytmetyczne i rysunkowe, większe i niskie, grube i cienkie. Ale nie o to idzie. Są panie wesołe albo smutne, które dużo krzyczą, ale nic nie robią, albo nie krzyczą, tylko zaraz wzywają rodziców. I tak jak każdy lubi pisać inną stalówką, tak samo jednemu taka pani się lepiej podoba, a drugiemu znów inna.
Pani, która zachorowała i już w szkole Dżeka nie uczy, była jakaś dziwna. Była dobra, Dżek sam przyznaje, ale niesprawiedliwa. Może nie dla wszystkich nawet, ale dla niego. Z jej winy przeżył Dżek dwa bardzo ciężkie lata w szkole.
Zaczęło się od niczego.
Dżek usiadł zaraz na początku na pierwszej ławce. I tak samo było niespokojnie, bo po wakacjach nie może być od razu spokojnie. No i akurat panią rozgniewali. Aż troje stało w kącie. W ogóle wszystko tego dnia się nie udawało. Zaraz od rana była awantura, bo jeden chłopiec przyniósł do szkoły chorego psa z krostami. Potem mazali na tablicy. Jedli na lekcji, nie mieli piór, kręcili się, a co najgorsze - urwali pasek od torebki. Bo pani tylko na chwilę wyszła z klasy i zostawiła torebkę, a oni zaczęli ciągnąć i urwali.
Ale Dżek cały czas siedział zupełnie spokojnie na swojej pierwszej ławce.
Pani się bardzo gniewała:
- Co to ma znaczyć? Ostatni raz wam mówię! Już więcej wam nie powtórzę.
Każda pani ma inny sposób, kiedy klasa jest niespokojna. Na przykład w szkole Allana pani mówi:
- Boże miłosierny. - I: - Nie do wytrzymania.
A w oddziale Fanny:
- Głowa mi pęka. - I: - Trzeba zrywać gardło.
Czasem panie mówią:
- Jak wy się nie wstydzicie?
Albo:
- Łapy wam poprzetrącam.
Ale pani powiedziała, żeby dać jej książkę. Więc Dżek dał pani swoją książkę, bo siedział najbliżej. I pani zaczęła tłuc ręką w książkę. Tak mocno waliła, że Dżek już nie mógł wytrzymać, wstał i bardzo grzecznie powiedział:
- Niech pani będzie łaskawa nie tłuc tak, bo książka się zniszczy.
Długo Dżek nie mógł zrozumieć, dlaczego pani się rozgniewała. Dopiero później się dowiedział, że nie wolno robić żadnych uwag nauczycielce, choćby najgrzeczniej.
Pani kazała Dżekowi w tej chwili zabrać książkę i raz na zawsze zabroniła sobie pożyczać.
- Żebyś mi nigdy nic nie dawał, rozumiesz?
Dżekowi zrobiło się strasznie nieprzyjemnie. Ale to był dopiero początek. Bo parę dni później pani kazała mu pożyczyć Betty książkę, a ona zawinęła róg stronicy i w dodatku zrobiła na okładce dwa kleksy. Całe szczęście, że książka była obłożona w gazetę.
Było akurat wtedy bezrobocie, niektóre fabryki wcale nie pracowały albo trzy dni w tygodniu. Tak samo było z ojcem Dżeka. Nawet Dżek nie miałby książek, tylko kupił mu chrzestny. Ojciec zapowiedział, żeby Dżek szanował książki, Dżek obiecał utrzymywać je we wzorowym porządku, a tu masz zaraz - od razu.
Ale to jeszcze nie wszystko. Bo dużo dzieci nie miało w tym roku bezrobocia książek, aż pani musiała nawet odsyłać do domu. Więc znów pani kazała pożyczyć książkę Wilsonowi. Tego już było za wiele.
- Nie dam - powiedział Dżek.
Ale Wilson zaczyna wyrywać, jakby to była jego. Dżek się rozpłakał. A trzeba wiedzieć, że Dżek nie jest skory do łez; w ogóle wstyd płakać, tym bardziej przy dziewczynkach.
I cóż pani?
Nazwała go sknerą i złym kolegą. Mówiła, że bogaci powinni pomagać biedniejszym. A właśnie Wilson był bogatszy od ojca Dżeka. Potem jeszcze coś pani mówiła, ale Dżek nie słyszał, bo jak się na kogoś bardzo gniewają, to nigdy nie wie, co mówią. Wreszcie pani powiedziała, że jak Dżek urośnie, nikt go lubić nie będzie.
Po tej awanturze Dżek zauważył, że pani go nie lubi. Niby się pani wcale nie gniewa, ale zawsze. Już to się czuje. Dżek przestał podnosić palce, jeżeli coś wiedział, nie tak wesoło wybierał się rano do szkoły, żałował, że usiadł na pierwszej ławce, i rzadziej opowiadał w domu, co było w szkole.
Aż zdarzyło się, że Dżek mógł przekonać panią, że jest dobrym kolegą, że się pani omyliła, że jak urośnie, właśnie go będą lubili.
Raz przed samym dyktandem złamała się Peelowi stalówka. Peel stanął zmartwiony i bezradny, Dżek miał zapasową stalówkę i zaraz pokaże, że jest usłużny i koleżeński.
- Pożyczę mu - mówi Dżek - a jutro mi taką samą odkupisz.
I cóż on złego powiedział? Przecież chciał jak najlepiej. Przecież i tak ryzykował, bo co zrobi, jeśli w połowie dyktanda i jemu się złamie? A jeśli Peel zapomni i jutro mu nie przyniesie albo odda gorszą, albo nie taką, jak Dżek lubi?
Peel jest porządny, bo inny pożyczy i wcale nie odda. Powie:
- Odczep się. Daj mi spokój.
Albo:
- Kto cię prosił? Mogłeś nie dawać.
No i znów pani się rozgniewała, nie pozwoliła Peelowi wziąć stalki. Ani on, ani Peel nie wiedzieli dlaczego.
Tylko Fil, który wszystko lubi wyśmiewać, zrobił błazeńską minę i naśladując głos pani, powiedział:
- Kooo-lee-żeń-stwo.
A potem dodał:
- Pani ma kręćka.
Dżek nigdy by tak na panią nie powiedział; nie lubił Fila za jego żarty i wcale śmiać mu się nie chciało.
Peelowi było przykro, że przez niego Dżek ma zmartwienie, i jakoś zaczęli rozmawiać i potem razem wracali do domu, i prawie się zaprzyjaźnili. Bo Dżek unikał kolegów od czasu, jak pani nazwała go handlarzem i złodziejem. Niby nie otwarcie, ale Dżek dobrze zrozumiał, choć za nic w świecie nigdy nikomu by tego nie powiedział.
Bo raz zginęło Doris śniadanie. Nie wiadomo nawet, czy naprawdę ktoś zabrał. Bo Doris często gubiła i zaraz leci na skargę, jak wtedy z gumą, która leżała pod ławką; Doris nie chciała się przyznać, tylko mówi, że jej podrzucili. Albo wtedy z bibułą? Kto by się znów łaszczył na bibułę. Może ktoś wziął przez omyłkę, a ona zaraz:
- Ukradli.
Może zostawiła w domu? Chociaż bułka z kiełbasą i jabłko to nie bibuła i guma. I Fil niepotrzebnie się drażnił.
- Biedny aniołeczek: sama zjadła i nie ma. Chuchnij, aniołku.
I zaczął wszystkich pukać w brzuchy.
- Puk, puk, odezwij się, kiełbasko!
Gdyby komu innemu zginęło, może by się klasa wstydziła, ale Doris nie lubią, bo skarżuch, lizuch, stawiak i obrażalska. A Doris ma niebieskie oczy i pani raz powiedziała, że właśnie takie są aniołki; więc była wielka sprawa o śniadanie.
Złodziej. Wstyd dla klasy, dla całej szkoły. Dzieci nie mają serca. Nie ma koleżeństwa. Wszyscy są podejrzani. Pani ma obrzydzenie do klasy. Nawet pani straciła już serce. I nic dziwnego: jeżeli jeden drugiemu nie chce stalki pożyczyć, to muszą być i kradzieże. I kto nie pożyczy w potrzebie, ten łatwo sięgnie po cudze.
Wyszło niby, że śniadanie zjadł Dżek albo z jego winy zjedzono. Pani nie miała prawa tak mówić, a Doris jest najobrzydliwszą dziewczyną, jaką Dżek spotkał w życiu.
Wszystko przez jej śniadanie. Do końca szkoły Dżek z nią rozmawiać nie będzie, na żadne pytania jej nie odpowie, na przyszły rok usiądzie w innym rzędzie, żeby obok nie potrzebował przechodzić nawet.
A pani nigdy, nigdy tego nie zapomni.
"Już ja się z panią rozmówię - zaraz dziś, po lekcji. Ja nie jestem złodziejem. Co pani sobie myśli?"
Ale dopiero w jakieś pół roku powiedział pani, ale nie wszystko.
Bo jak raz pani pytała się całej klasy, kto wie, Dżek ręki nie podniósł.
A pani naumyślnie się zapytała, żeby go złapać. I Dżek właśnie wiedział.
- Dlaczego nie podniosłeś ręki? - zdziwiła się pani.
- Bo i tak pani by mnie nie spytała.
- Dlaczego? - zdziwiła się pani jeszcze więcej.
- Dlatego, że nie chciałem Wilsonowi pożyczyć książki, bo mi Betty zrobiła dwa kleksy i zawinęła róg w nowej książce
- Betty zrobiła ci dwa kleksy?
- Nienaumyślnie - odezwała się Betty, która zupełnie niewinnie się zaczerwieniła, a Dżekowi żal było.
W klasie zrobiło się bardzo cicho, bo wszyscy widzieli, że pani jest niesprawiedliwa dla Dżeka, ale Fil nie wytrzymał:
- Daję pani słowo honoru, że Dżek jest porządny chłopak.