Nigdy miasteczko nasze nie
przedstawia tak doskonałego obrazu jałowéj i skwarnéj pustyni, jak
w dnie letnie, w porze zachodu słońca. Bóg widzi, że nie jest ono
nigdy ani świetném, ani wesołém; lecz, kiedy po dniu upalnym tumany
kurzu i wyziewy kuchenne obejmują je, niby wysokim kloszem z
brudnego szkła, kiedy rozpalone kamienie bruku zieją suchym
skwarem, a ostatnie blaski słońca jaskrawą łunę rzucają na białe
ściany kościołów i kamienic; kiedy chodniki ulic głównych zalegną
czarne gromady przechadzających się żydów w długich chałatach, i
żydówek w aksamitnych paltotach i kapeluszach z kwiatami, na
placach chmary żydziąt gonią się i wywracają w krztuszącéj
kurzawie, a na bocznych ulicach krowy, wracające z pastwiska,
poważnie kroczą i z przeciągłém ryczeniem do bramy domostw
pochylonemi łbami uderzają; kiedy tu i owdzie gromady jednokonnych
doróżek stoją jakby w zaklętéj nieruchomości, konie drzémią, a
dorożkarze w czerwonych pasach, nie mając nic innego do robienia,
drzémią także; kiedy co chwila w rękach przechodniów ukazują się
białe chustki, ocierające kroplisty pot z mizernych, rozpalonych,
skrzywionych twarzy, albo, w pobliżu leniwie ciekących rynsztoków,
przyciskające organ powonienia: wtedy, spada na miasto ocean
ciężkiéj, suchéj, dławiącéj i beznadziejnéj nudy. Tam, kędyś, nad
szerokiemi polami płyną wysoko różowe puchy obłoków; na zachodzie,
łagodzone przez liliowe błękity nieba, wieszają się świetne tęcze z
purpury i fioletu, albo ogromne, ciemne, złotem obrębione chmury,
rysują fantastyczne lasy i zamczyska; upajające wonie i świeże
powiewy nadchodzącego wieczora płyną powietrzem... Gdzieindziéj
znowu, w murach miast wielkich i ludnych... Tu - nic. Wprawdzie, od
czasu do czasu, ku rozweseleniu publicznego ducha, w czémś
nakształt ogrodu, huczéć i dąć zaczynają instrumenta wojskowéj
orkiestry, a przy energicznych dźwiękach tych, małomiejskie
lafiryndy osoby swe wraz z akcesoryami z rozkoszą roztaczają przed
wzrokiem oficerów, brzęczących ostrogami, urzędników w binoklach, i
rzadszych już dygnitarskich okazów, które, oprócz binokli, noszą
jeszcze na obliczach swych długie, śpiczaste bokobrody. Wprawdzie,
w dość gęsto po mieście rozstawionych budkach z sodową wodą,
czarowne Fryny w loczkach i kokardach świegotliwe rozhowory toczą z
niezbędnymi, na każdém miejscu obecnymi, oficerami i urzędnikami w
binoklach. Wesoło jest lafiryndom, Frynom, brzęczącym ostrogom,
binoklom i śpiczastym bokobrodom; ale, ktokolwiek niéma szczęścia
należéć do żadnéj z powyższych grup społecznych, ten, w miejscu tém
i w téj porze, czuje w piersi swéj wysuszający powiew pustyni, a w
głowie jego, jak w źródłach pewnych kwiaty, myśl zamienia się w
kamień.
W takiéj-to chwili dnia letniego, szła przez ulice miasta para
ludzi, widocznie małżeńską parą będąca. Kobieta, skromnie lecz
dostatnio ubrana i dość młoda jeszcze, nie była ani piękną, ani
brzydką. Przysadzista nieco i ciężka, cięższą jeszcze wyglądała w
zanadto trochę wyfalbanowanéj i niezupełnie zgrabnie do mody
przystosowanéj sukni. Na kapeluszu jéj było téż za dużo ponsowych
kwiatów, i brosza, spinająca czarny jéj szal, była także za dużą i
zanadto fałszywym kamieniem błyszczącą. Wszystko to przecież
dowodzić mogło tylko małomieszczańskiéj próżności, chcącéj wyrównać
strojem téj lub owéj sąsiadce, czy znajoméj; bo co się tycze
zalotności, lub chęci popisywania się z czémkolwiek, tych nie było
ani śladu w kobiecie téj, któréj błękitne, bardzo ładne oczy
patrzały poczciwie i łagodnie, a policzki, widoczną skłonność do
utycia okazujące, lecz gładkie i świeże, pokryte były silnym
rumieńcem zmęczenia. Zmęczoną była, niemniéj wesołą, i co chwila
towarzyszącemu jéj mężczyźnie coś ze śmiechem pokazywała. Śmiech
jéj świeży był i szczery, uwagom, które mu towarzyszyły, nie brakło
trafności i rozsądku.
- Patrz, Jasiu! czy widzisz, Jasiu?
Ale Jaś wyglądał tak zupełnie, jak gdyby nic na niebie i
ziemi pocieszyć go nie mogło. Szczupły, zgrabny, trzydzieści parę
lat miéć mogący, zgrabnie i dość wytwornie ubrany, był on zapewne w
chwilach zwykłych bardzo przystojnym. W téj chwili przecież twarz
mu oszpecał wyraz niezwykłego, pognębiającego złego humoru. Było to
połączenie smutku, nudy i rozjątrzenia. Przez ulice miasta ciągnął
się, jak niewolnik po więzienném podwórzu. Spójrzawszy na jaskrawą,
nużącą wzrok, facyatę kościoła, niecierpliwie zamrugał powiekami i
wlepił oczy w ziemię; tuż koło uszu swych usłyszawszy wrzask dwojga
żydziąt, ciągających się wzajemnie za rude włosy, skrzywił się
okropnie. Usta jego układały się pod rudawym wąsikiem w wyraz taki,
jakby przełykał coś niesmacznego, a śmiechy i swobodne gawędzenie
żony sprawiały na nim wrażenie wiejącego wiatru. Po prostu, nie
słuchał ich wcale. Widocznie kobieta spostrzegała ten zły humor i
to posępne zamyślenie męża, bo od chwili do chwili rzucała na niego
przelotne wejrzenie, a błękitne, błyszczące jéj oczy, mąciły się i
przygasały. Lecz, spostrzegając, udawała, że nie widzi nic i,
zamiast zarzucać go natrętnemi pytaniami, rozmową swą rozerwać, czy
rozweselić, go usiłowała.
- Patrz, Jasiu! patrz! - zawołała znowu i stanęła.
Tymczasem i on patrzał także, a nawet wzrok jego rozjaśnił
się i ożywił znacznie. Widoczek, który zwrócił uwagę ich, nie
przedstawiał nic osobliwego. Był tam nieduży kawałek
przezroczystych zielonych sztachet, a za niemi, w głębi małego
ogródka, szary dom z sześciu oknami i gankiem o dwu słupkach. Przez
pootwierane naoścież okna domu widać było białe firanki, błyszczący
samowar z imbrykiem i tylne poręcze sprzętów, w ogródku rosły dwa
klony, z gęstemi i rozłożystemi gałęźmi, a na kilku klombach kwitły
lewkonie, astry, bratki i wysmukłe sztamowe róże. W téj chwili
właśnie, młoda służąca, bosa i z rozczochraną głową, i dorastająca
panienka, w różowym perkalu, zajęte były w ogródku polewaniem
kwiatów, a siwy jegomość jakiś, na ganku siedzący, z ogromnemi
okularami na nosie, wczytywał się pilnie w grubą książkę, w któréj,
po tęczowych jéj brzegach, zdala poznać można było zbiór ustaw
prawnych.
Czy podobna, aby tak niezmiernie skromny widoczek mógł
kogokolwiek zachwycić i przykuć do miejsca. Widocznie jest to
możliwém, bo przebywająca miasto małżeńska para stała przed
zielonemi sztachetami, jak przykuta do miejsca, i w zachwycenie
wprawiona kobieta, nietylko wytrzeszczyła szeroko swoje ładne oczy,
ale nawet otworzyła nieco usta i we wpół rzewnym, a wpół gapiowatym
uśmiechu ukazywała z za warg ponsowych białe, zdrowe zęby.
Fizyognomia mężczyzny była wprawdzie tego rodzaju, że wyraz
gapiowatego podziwu powstać na niej nie mógł. W zamian, zagasłe
przed chwilą, oczy jego błysnęły, a myślące czoło wypogodziło się
pod wpływem uczuwanéj przyjemności.
- Mój Boże! - szeptała kobieta - jakie śliczne kwiaty!
- I te klony... takie cieniste! - powtórzył mężczyzna, i
wnet dodał: - Helka przystojnieje i ładniejszą jeszcze będzie od
panny Józefy.
Stosowało się to widocznie do podlotka w różowéj sukni.
- Jaki tam miły chłód być musi! Patrz, Jasiu, toż-to już
tam, pod drzewami, szarzeje prawie, a na ulicy jeszcze taka spieka.
Z blaszanych polewaczek, kołyszących się w rękach służącéj i
podlotka, strumienie kroplistéj wody ze szmerem lały się na kwiaty,
buchające silną wonią. Mężczyzna, z rozkoszą widoczną, woń tę
wciągał w piersi; kobieta, splatając ręce, szepnęła:
- Mój Boże! Żeby to nasza Jańcia mogła po dniach całych
bawić się w takim ogródku! Jakby to jéj zdrowo było!
- Chciał-bym przywitać się z tą milutką Helką, ale mnie
zaraz nieznośny ten Skiwski przytrzyma... Nudny gaduła, i w
dodatku... niekoniecznie uczciwy człowek. Już to pannie Józefie i
Helci powinszować takiego stryja...
- To téż Józia wkrótce już wyjdzie i siostrę zabierze...
Siwy jegomość zdjął okulary i podniósł głowę z nad książki;
panienka w różowym perkalu, cienkim głosikiem szczebiocąc coś do
rozczochranéj sługi, z polewaczką swą zbliżała się ku sztachetom.
Niegrzecznie było-by stać tam dłużéj, i do cudzych kątów zaglądać.
Odeszli. Chodnikiem wązkim i ostremi kamykami, jak ćwiekami,
najeżonym, postępując, a o pobielany parkan jakiś, który białe
ślady na odzieniu ich zostawiał, ocierając się, kobieta rzekła:
- Wiész co, Jasiu? Józia mówiła mi, że Skiwski najdaléj za
lat parę dom swój sprzeda i przeniesie się na mieszkanie do syna...
Po co staremu kłopot ten? Cóż ty, Jasiu, na to?
Zapytany z niecierpliwością pewną odpowiedział:
- A cóż ja na to? co mnie do tego?
- Jakto: co ci do tego? nieraz już przecież mówiliśmy z sobą
o tém, jakby to było dobrze dom ten z tym ogródkiem kupić!
- Niewiedziéć za jakie pieniądze! - gniewnie już prawie
rzucił mężczyzna.
- Jakto: za jakie? Za te, które sobie zbierzemy. Mamy już
przecież około dwóch tysięcy, a słyszałam, że Skiwski sprzedał-by
dom swój za sześć.
- Bagatela! niewielka różnica!
- Wielka, to wielka, ale, da Bóg, nie poumieramy ani jutro,
ani po jutrze... pomału, pomału, zbierze się...
- Póki słońce wzejdzie, rosa oczy wyje! - sarknął mężczyzna,
a potém, uchylając nieco czapki i pot z czoła ocierając, szydersko
dodał: - Jakie-to są wielkie, wygórowane marzenia! Dom własny z
pięciu klatkami, dwa drzewa i trochę kwiatów. Żeby tylko w zimie
nie marznąć w wilgotnych murach, a w lecie nie schnąć na bruku...
Ot! A jednak i to za wiele! i na to czekać trzeba, aby może nie
doczekać się nigdy! Psie życie!
Powietrze stawało się coraz gęstszém i duszniéjszém.
Najlżejszego znikąd powiewu wiatru, a tylko w zaułku z wysokiemi
domami, w który właśnie weszli, smrody kuchenne, wychodzące z
suteren, i opadające w dół czarne dymy kominów.
Poprostu oddychanie stało się pracą. Kobieta, ocierając
także pot z czoła i twarzy i ciężko dysząc - wesoło jednak mówiła:
- Cóż robić? Jasieczku! trzeba czekać! młodzi jesteśmy.
Jańcia mała... o, Boże mój! jakże gorąco! Chwała Bogu, to już
blizko do domu...
- A w domu co? - ironicznie zapytał Jaś.
- Jakto: co? A herbata!... - naiwnie zawołała kobieta, lecz,
rzuciwszy spójrzenie na twarz męża, do najwyższego już stopnia
sposępniałą, dodała: - Zawsze tam jednak chłodniéj trochę....
odpoczniesz... i Jańcię Józia do domu już odprowadzić musiała...
Nakoniec znaleźli się przed bramą tego domu. Była to duża
kamienica, któréj ściana, trochę brudna i trochę z tynku odarta,
wznosiła się nad zaułkiem. Mirewiczowie weszli do mieszkania,
którego okna wychodziły z jednéj strony na zaułek, z drugiéj na
dziedziniec z oficynami i stajniami, ciasny, brudny, napełniony
stosami opałowego drzewa i belek, na których, ze skrzypieniem i
wrzaskiem, kołysały się roje żydowskich dzieci. Mieszkanie składało
się z czterech pokoi, z których największy, jadalnią będący, wesoło
wnet błysnął światłem lampy, wiszącéj u sufitu nad stołem,
przykrytym ceratą i krzesłami ostawionym. Drugą lampę Mirewicz
zapalił w pracowni swéj, na biurku, napełnionem papierami i
książkami. Oba oświetlone pokoje urządzone były skromnie, lecz dość
wygodnie, i panowała w nich czystość nieskazitelna. Zapaliwszy
lampę, Mirewicz ze stukiem zamknął okno, przez które wchodziło z
dziedzińca duszne i cuchnące powietrze i, rzucając się na stojący u
ściany szezląg, mówił znowu:
- Psie życie!
Potém, czoło na dłoni oparłszy, pogrążył się w zamyśleniu.
Mirewiczowa za to nie zamyślała się ani na chwilę. Kędyś, za
jadalnią, w kuchni zapewne, słychać było głos jéj dźwięczny i
donośny:
- Nie zagotował się samowar? jeszcze nie zagotował się? A,
moja Kasiu! jak-że można było nie nastawić go wcześniéj? pewnieś do
ogrodu na muzykę latała?
- Jak Boga kocham, proszę pani...
- No, nie przysięgaj tylko! ot, dmuchaj lepiéj! mocniéj!
poczekaj! ja sama podmucham!
- Już gotuje się, proszę pani. Para! o, para już idzie!
Rozległ się stuk gdzieś z boku roztwierających się drzwi, i
Kasia, wedle panującéj mody miejscowéj, rozczochrana i bosa, wpadła
do jadalni z błyszczącym i parą buchającym samowarem. Za nią
Mirewiczowa, w sukni osłoniętéj naprędce półciennym fartuchem,
niosła koszyk z bułkami, masielnicą i kilka talerzy.
- A sztukamięsa odegrzana? Żywo, Kasiu, idź-że ją
odegrzewać! O Boże, mój Boże! A Jańci jak niéma, tak niéma! Już-by
ją Józia dawno odprowadzić była powinna!
Posępnie zamyślony, Mirewicz usłyszał nagle obok siebie, na
nutę płaczu nastrojony, głos żony:
- Jasiu! mój Jasiu! Wyobraź sobie, że Józia dotąd jeszcze
Jańci nie odprowadziła...
Z przykrością przerwał bieg swych myśli.
- I cóż ztąd? Skoro poszła z panną Józefą, możesz być
przecież o nią zupełnie spokojną. Wiész sama, że panna Józefa jest
uosobieniem powagi i rozsądku...
Ostatnie wyrazy wymówił ze złośliwym przekąsem. Dosłyszała
to Mirewiczowa.
- Mój Jasiu, nie wiem, dlaczego od czasu jakiegoś zacząłeś
nie lubić Józi... Wprzódy tak admirowałeś ją...
- At! - rzekł - admirowałem... inteligentniejszą jest i
wykształceńszą od innych tutejszych kobiet, a więźniowi,
zamkniętemu w ciemnicy, najmniejszy promyk światła wydaje się czémś
nadzwyczajném i prześliczném...
Słowa te wywarły na Mirewiczową bardzo przykre wrażenie. Nie
odpowiedziała nic, ale, przy biurku męża stojąc, z oczyma w papiery
wlepionemi, zamyśliła się smutnie. On milczał także; w tém na
dziedzińcu ozwał się turkot dorożki i, u samych drzwi mieszkania,
głos kobiecy, dźwięcznie i imponująco brzmiący, u stróża domu
zapewne zapytywał:
- Czy tu mieszka pan Jan Mirewicz?
- Jasiu! Jasiu! pewno jakaś nowa klientka, z interesami...
ja tu niepotrzebna, ale przez drzwi popatrzę...
Ze słowami temi cofnęła się do ciemnego pokoju, a bosa i
rozczochrana Kasia drzwi otwierała. Po krótkiéj chwili, przybyła
kobieta ukazała się w pracowni Mirewicza i, o Boże! jakim-że
blaskiem zajaśniała na tle skromnych ścian tych, słabo
oświetlonych, a oklejonych taniém obiciem w szafirowe kraty. Było
to jakby niebieskie widzenie, zesłane na ziemię umyślnie po to, aby
napoić rozkoszą znudzony i posępny wzrok Mirewicza. Wysoka,
kształtna, jasna blondynka z silnemi rumieńcami na białéj twarzy,
ubraną była trochę fantastycznie, lecz bardzo uroczo, w jakiéś
jasne draperye, a fantastyczny kapelusik jéj, na-pół kobiecy,
na-pół męzki, zuchwale i wysoko podnosił się nad jéj czołem, tak
zarzuconém płowemi loczkami, że aż opadały jéj one na oczy... jakie
oczy! Ach! dumnie, śmiało i zarazem wabnie patrzały one na
Mirewicza, gdy uśmiechającemi się ustami wymawiała:
- Nie poznajesz mnie, Jasiu?
Mirewicz, jakby oczom własnym nie wierząc, rzucił się na
przód i znowu stanął.
- Paulinka Mirewiczówna! - zawołał.
- Paula Mirewicz! - poprawiła, i wyciągnęła ku niemu ręce,
dość duże i niezupełnie klasycznych kształtów, ale duńskiemi,
długiemi rękawiczkami, ociągnięte. Mirewicz pochwycił je i do ust
swych poniósł.
- Jakto? ty, kuzynko, tutaj? zkąd? kiedy? dlaczego?
- Z daleka! w téj chwili! Przejazdem w dalekie strony! -
zawołała, śmiejąc się i, rzuciwszy na stół wykwintny parasolik, na
szezląg osunęła się, a raczéj upadła, obie, ślicznie obóte nóżki,
daleko przed siebie wyciągając, a zdjęty z głowy kapelusik rzucając
na krzesło, na którém on, parę razy kulka przewróciwszy,
znieruchomiał i zuchwale zjeżył się wysokiém swém skrzydłem.
- Słyszałam, że ożeniłeś się! zaznajom-że mnie z żoną swoją,
bo przecież,
dopóki u was mieszkać będę. Ale poczekaj, niech-że ci się
przypatrzę! jak wyglądasz, czy bardzo zmieniłeś się? Z dziesięć lat
już cię nie widziałam!
Zerwała się z szezlągu, i Mirewicza za ramiona pochwyciwszy,
oglądać go zaczęła od stóp do głowy, niby wódz żołnierza, stającego
do mustry. Ręce jéj przyciskały mu ramiona, a śmiałe oczy ciekawie
i bystro zatapiały się w jego twarzy. Mirewicz, zdziwiony i
zachwycony, oblał się silnym rumieńcem; Paula wybuchnęła rubasznym
trochę, ale serdecznym, śmiechem.
- Cha, cha, cha! - śmiała się - rumienisz się, jak
staroświecka panienka! cha, cha, cha! Czy, ożeniwszy się,
przemieniłeś się w mniszkę? Otóż to! teraz mężczyzni przemieniają
się w kobiety, a kobiety w mężczyzn. Rumienienie się, mój drogi,
jest dowodem zbytniéj wraźliwości naszych nerwów... Ale wy tutaj
ciemni pewno jesteście, jak w rogu, i nie śledzicie rozwijania się
idei czasu...
Trzymając ręce jéj w swoich i patrząc w jéj oczy, Mirewicz,
na-pół seryo, na-pół żartobliwie, mówił:
- Ależ owszem, śledzimy... śledzim... ja przynajmniéj,
bardzo śledzę... w téj chwili jednak wiem, czuję i rozumiem to
tylko, że jesteś śliczna!
Z gniewem niby wyrwała ręce z jego dłoni, i znowu na szezląg
upadła.
- Cóż to? - zawołała - czy myślisz, że ja jestem taką
kobietą, któréj komplementa mówić można? Wy nie możecie odwyknąć od
waszych gąsek i kwoczek, żyjących cukierkami, któremi je
karmicie... Ja, mój drogi, do innego już gatunku kobiet należę...
Samodzielną jestem, od was, mężczyzn, niczego nie potrzebuję, ani
chleba, ani cukierków... Jak poznasz mnie dobrze, przekonasz się,
że są już na świecie kobiety, które pod każdym względem mają prawo
stanąć na równi z wami...
Wątpić było niepodobna, że wszystko to mówiła szczerze i z
głębokiém nawet przejęciem się. Szlachetna duma podniosła wysoko
czoło jéj, zarzucone płowemi loczkami, w oczach błysnął zapał, usta
okrążył wyraz poważnego zamyślenia. Mirewicz spoważniał także, a na
wyrazistéj twarzy jego odmalowała się głęboka radość. Wziął jéj
rękę i z poważném rozrzewnieniem rzekł:
- Widzę, Paulo, że jesteś kobietą niepospolitą. Jakież to
szczęście dla mnie, żeś tu przyjechała! Na pustyni téj będziemy
razem, choćby przez czas jakiś, pracować, myśléć... będziemy sobie
nawzajem dopomagać w znoszeniu ciężkiego życia...
Ze zdziwieniem na niego spojrzała.
- Ciężkiego? a dleczegoż ma być ono ciężkiém?
Uśmiechnął się gorzko.
- Są ludzie, którym okoliczności tak się złożyły...
- Chyba głupi! - rzuciła krótko, i wstała z szezląga.
- Człowiek, mój drogi, na to jest stworzony, aby być
szczęśliwym... czy nie czytałeś, co o tém napisał...
Tu zacytowała nazwisko jednego z najgłośniejszych
myślicieli, i tytuł jednego z najpoważniejszych i najtrudniejszych
do zgłębienia dzieł spółczesnych.
- Jakto? ty czytujesz takie rzeczy? - z uradowaniem zawołał
Mirewicz.
-
Jeszcze-by nie! ja tylko tém żyję...
- Co za szczęście! i ja tyle tylko mam zadowolenia, ile go
znajdę w takich książkach... Ale wyobraź sobie, że tutaj o niczém
podobném z nikim nigdy pomówić nawet nie mogę...
- To pocóż tu mieszkasz?
- Muszę.
Zaśmiała się.
- Ja tego słowa nie rozumiem.
Gdy tak rozmawiali, coraz większą przyjemność w rozmowie
swéj znajdując, w ciemnościach, zalegających pokój bawialny, dwa
głosy szeptały także:
- Proszę pani, samowar ostygnie...
- Idź-że ztąd, Kasiu... cicho bądź...
- Sztukamięsa ostygła już zupełnie...
- Daj-że mi pokój... kiedy ci mówię, żebyś sobie ztąd
szła...
- Czy ta pani, proszę pani, zostanie na herbacie?...
- Ach, zapomniałam! No, dobrze, żeś mi przypomniała...
Zbiegaj co tchu do cukierni, téj najbliższéj, po ciastka... Za dwa
złote, ot masz... Powiédz tylko, żeby dał świeżych, a wracając, do
sklepiku zabiegnij i pół funta świéżego masła... Nie pamiętasz, czy
w szafie jest jeszcze szynka?
Słychać było tentent, biegnących przez ciemną bawialnią,
bosych stóp Kasi, a Mirewiczowa weszła do pracowni męża. Gdyby
ktokolwiek w téj chwili uważnie na tę kobietę spójrzał,
dostrzegł-by, że, aby zadysponować ciastka, masło i szynkę do
herbaty, użyć ona musiała znacznego wysiłku woli. Smutnie i
trwożnie wzruszoną była. Słyszała rozmowę męża z przybyłą kobietą,
przez wpół-otwarte drzwi przypatrzyła się wszystkim jéj
świetnościom; twarz jéj bledszą była znacznie, niż przed godziną, i
ręce drżały trochę.
- Żona moja, Anna; krewna, Paulina Mirewiczówna...
- Paula Mirewicz. Bardzo mi przyjemnie panią poznać!
Jak na kobietę niepospolitą, słowa te były niezmiernie
pospolitemi. Niemniéj Anna podniosła na nią oczy, takiego wyrazu
pełne, jakby spójrzeniem tém, na-pół uprzejmém, na-pół nieśmiałém i
proszącém, powiedziéć chciała: - "Ty elegancka i mądra, nie gnęb
bardzo mnie, prostéj i głupiéj kobiety!" Gnębić jéj, w téj chwili
przynajmniéj, Paula nie miała zamiaru, ale téż, w najmniejszéj
mierze, chęci zabrania z nią bliższéj znajomości nie okazała.
Jedném wejrzeniem orzuciwszy twarz wcale niebrzydką, lecz żadnemi
loczkami nie przyozdobioną, kibić przyciężką i tak bardzo do jéj,
pełnéj także, lecz kształtnéj, kibici niepodobną, fartuch,
osłaniający zbyt wyfalbanowaną suknią, i broszę, wyglądającą z pod
brody nakształt żółtego plastra, tak bardzo niepodobne do tych
draperyi, które z grecka jakoś odkrywały znaczną część alabastrowéj
szyi jéj i utoczonych ramion, - jedném wejrzeniem orzuciwszy tę
pospolitą postać, zwróciła się znowu do Mirewicza i, w dalszym
ciągu przerwanéj rozmowy, cytowała dosłownie jakiś ustęp z jakiéjś
uczonéj książki.
- Proszę na herbatę! - z cicha ozwała się Mirewiczowa.
Był to dość długo głos, wołający na puszczy; gdy jednak
Mirewicz dosłyszał go nakoniec, i sam krewnéj swéj wezwanie to
powtórzył, przechodząc przez mały przedpokój, pracownią z jadalnią
dzielący, znaleźli się wszyscy troje w niemałym kłopocie, z
przeciśnięciem się pomiędzy trzema kuframi znakomitych rozmiarów.
Na jeden z nich, największy, wskakując, Paula rzekła:
- Oto są moje książki, moje drogie, najlepsze przyjaciółki,
które wszędzie wożę z sobą, z któremi nie rozstaję się nigdy.
Z rozmiarów kufra wnosząc, woziła ona z sobą zawsze wcale
sporą biblioteczkę. Mirewicz cieszył się coraz bardziéj i, całkiem
już rozradowany, zasiadł przy stole, nad którym paliła się lampa, a
na którym stały, w najładniejszéj, jaka tylko być może, symetryi:
koszyk z bułkami, ciastka francuzkie, sztuka mięsa odgrzewana i
szynka, pokrajana w cienkie plasterki. Rzuciwszy okiem po
wszystkich przedmiotach tych, Mirewicz zachmurzył się znowu.
Niespokojnie patrzał na krewną swą, badając zapewne wrażenie,
wywierane na nią przez tak nieestetyczne otoczenie, w jakiém
znalazła się jego znajoma. Paula, powoli ściągała z rąk duńskie swe
rękawiczki i, zajęta niby rozpinaniem długiego rzędu ich guzików, z
pod spuszczonych powiek ciekawie na wszystko spozierała. Na domiar
biédy, Anna własnoręcznie i przy tym-że samym stole przekładała z
otłuszczonego papieru do masielnicy, tylko co przyniesione, świéże
masło. Czyniła to wprawdzie żwawo i wprawnie.
Mirewicz spostrzegł na ustach Pauli przelotny uśmiech, i co
prędzéj ujemne wrażenie, które trywialność Anny wywrzéć na nią
musiała, zmodyfikować usiłował zawiązaniem nanowo przerwanéj
rozmowy. Zaledwie przecież zamienili się kilku zdaniami, w kuchni,
tuż obok jadalni znajdującéj się, zadzwonił głosik dziecinny, a
usłyszawszy go, Anna, zapominając o maśle i gościu, rzuciła się ku
drzwiom, w których téż jednocześnie ukazała się ładna,
dwudziesto-paroletnia panna, za rękę prowadząca cztero-letnią, do
najwyższego stopnia rozweseloną i odszczebiotaną, dziewczynkę.
- No, Andziu! - z kuchni jeszcze wołać zaczęła ładna panna -
oddaję ci skarb twój w całości! Niespokojną już być musiałaś...
Mniéjsza o to! My bawiłyśmy się wybornie... byłyśmy w ogrodzie,
słuchałyśmy muzyki, potém zaszłyśmy do Helki, która nam dałą trochę
kwiatków... potém...
Spostrzegłszy obecność w pokoju nieznanéj sobie kobiety,
przestała mówić i mała Jańcia, w wyciągniętéj ku matce rączce,
trzymając pęk kwiatów od Helci otrzymanych, umilkła.
- Przyjaciółka żony mojéj, panna Józefa Skiwska; krewna
moja, Paulina... przepraszam cię kuzynko, Pola Mirewiczówna!
- Paula Mirewicz! bardzo mi przyjemnie poznać panią.
Ładna brunetka, z delikatnym owalem twarzy, blada i trochę
mizerna, lecz bardzo zgrabna w obcisłym staniku skromnéj ciemnéj
sukni, uprzejmnie skłoniła się przed nieznajomą, spójrzała na nią
wielkiemi, poważnemi, pełnemi przytłumionego ognia oczyma i,
usiadłszy przy stole, wnet gospodynią domu częstowaniem gościa
zajętą, w pojeniu i karmieniu małéj Jańci wyręczać zaczęła.
Gospodyni domu, zdomu, zdobywając się na smiałość, bardzo
serdecznie i może aż nadto natarczywie częstowała Paulę, sunąc
przed nią wszystko, co tylko znajdowało się na stole, dygając,
zapraszając, przepraszając... Paula téż zajadała. Spore porcye
mięsa i ciast, przez Annę jéj na talerz kładzione, znikały w
mgnieniu oka. Monumentalny apetyt taki znamionował organizm
niepospolicie energiczny, a którego energii i zdrowia nic dotąd nie
wyczerpało i nawet nie nadwerężyło. Jedzenie przecież nie
przeszkadzało mówieniu. Mówiła o tém, że ośm lat przebyła w
wewnętrznych guberniach państwa, gdzie naprzód nauczycielką po
domach obywatelskich i kupieckich bywała, a potém, w jedném z miast
dużych, zajmowała się udzielaniem prywatnych lekcyi. Wybornie
znając trzy cudzoziemskie języki i muzykę, dochody miała bardzo
znaczne, ale sprzykrzyło się jéj bakałarzenie i powzięła inne
całkiem zamiary. Teraz, kiedy dojrzała zupełnie i własne siły swe
wypróbowała, wié, że straciła wiele drogiego czasu. Teraz cele jéj
inne są... wyższe... Mówiąc, zwracała się wyłącznie prawie do Jana,
od czasu do czasu tylko przemawiała do Józefy, któréj myślące oczy
i spokojne ruchy wydać się jéj musiały więcéj obiecującemi, niż
poczciwa, lecz całkiem gospodarska, powierzchowność Anny. Kiedy
mówiła o dojrzałości swéj, Mirewicz ukradkiem, lecz bacznie i
ciekawie, popatrzał na nią. Wiedział on dobrze, że, gdy kraj
opuszczała, miała już dobrych lat dwadzieścia parę... ośm lat była
tam... rachunek prosty, trzydziestka w pełni, albo i z górą. Lecz
chyba go pamięć zawodzi! Kobieta, przed nim siedząca, jest po
prostu młodziutką. Białe światło lampy, wprost na nią padające,
oświeca twarz dwudziestoletnią, tém więcéj uroczą, że z
młodziutkiemi jéj wdziękami łączą się uroki niepospolitego umysłu i
płynnéj wymowy. Uwagi te we wnętrzu swojém snując, Mirewicz mimo
woli prawie wymówił:
- Co to jednak praca umysłowa! jak ona podtrzymuje ludzkie
zdrowie i siły! Wyglądasz, kuzynko, na lat dziewiętnaście...
dwadzieścia!...
Zaśmiała się wesoło.
- Ty najlepiéj wiész, Jasiu, że mam daleko więcéj, ale
istotnie praca umysłowa... Dzięki jéj, jestem zdrowa, silna i pełna
tego wewnętrznego zadowolenia, które tak zbawiennie wpływa na nasz
organizm.
Po delikatnych, bladawych wargach panny Józefy, przemknął
zaledwie dostrzegalny uśmieszek.
Rzecz dziwna! Dwudziestoparoletnia dziewczyna ta, o pięknie
zarysowaném, lecz bladém czole i kruczych włosach, z prostotą na
tył głowy w jeden splot zebranych, wyglądała cokolwiek starzéj od
trzydziestoletniéj z górą Pauli... Być może, iż nie zajmowała się
ona pracą umysłową, albo przynajmniéj nie zajmowała się tym jéj
rodzajem, który organizmy, kobiece szczególniéj, w tak pięknéj
świeżości i młodości utrzymywać umié...
- Ale powiedz-że mi, kuzynko, jakiemi są te cele twoje, o
których mówisz? Pałam ciekawością...
Spuściła powieki i z powagą odrzekła:
- Gdybym to państwu powiedziała, wzięlibyście mię za
zarozumiałą, zbyt zuchwałą, a może i potępilibyście mnie całkiem,
bo tu, w zakącie, rzeczy takie uchodzą jeszcze zapewne za grzech,
albo i występek...
I z wpół gorzkim, wpół szyderskim uśmiechem dokończyła.
- O, wierz mi, Jasiu, że w naszych jeszcze czasach, rola
pionierki, usuwającéj z drogi postępu ciernie i chwasty, łatwą i
błogą nie jest wcale... Kobieta, będąca przedstawicielką
uswobodnienia płci swojéj z pod wiekowego jarzma, przenieść musi
mnóztwo bólów, zawodów i walczyć ciężko z przesądami głupiego
motłochu...
- Wielka prawda! - z przejęciem się zawołał Jan - ale jakże
piękną jest rola tych, które, tyle przenosząc, nie przestają
pracować dla najsłuszniejszéj pod słońcem sprawy!
I w twarzy kuzynki-pionierki zatopił wzrok, uwielbienia
pełen.
- To prawda - żywo téż i z silnym, ciemnym błyskiem w
źrenicach, ozwała się panna Józefa - ja tylko sądzę, że skoro na
drodze pracujących kobiet wiele znajduje się ciężkich walk i
trudów, to zdanie państwa o owéj odmładzającéj i wzmacniającéj
właściwości pracy kobiecéj, zostaje z tą smutną realnością w
sprzeczności zupełnéj.
Mówiąc to, na Paulę i z kolei na Mirewicza patrzała, a wzrok
jéj był także śmiałym, ale w téj chwili trochę ironicznym. Paula,
ze zdziwieniem widoczném na nią spójrzała.
- Pani więc jesteś także... - zaczęła.
Chciała zapewne pytać, czy panna Józefa jest także pionerką,
lecz ta z wesołym już uśmiechem przerwała.
- Jestem nauczycielką, wychowuję młodszą siostrę i upewniam
panią, że z jedném i drugiém to jest z własném nauczycielstwem i z
uczeniem się siostry, mam nieskończenie wiele kłopotów!
Nadzwyczaj prozaiczna odpowiedź ta zmroziła Paulę.
- Tak... zapewne... - zaczęła - skoro się ma na widoku tylko
chleb powszedni... a jest się jeszcze skrępowanym różnemi
przesądami...
Mirewicz wstał od stołu. Odezwanie się panny Józefy sprawiło
mu przykrość widoczną, coś nakształt urazy i lekceważenia, malowało
się na twarzy jego, gdy na nią patrzał.
- Przejdźmy do bawialnego pokoju, kuzynko.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.