Rozdział 1
Główne zmiany w obszarze zdrowotności do XIX wieku
Bogaci i biedni
Dzieje zdrowotności, służby zdrowia i medycyny są ściśle powiązane z rozwojem cywilizacyjnym człowieka i tworzonych przez niego instytucji. Nie chodzi jednak tylko o odkrycia naukowe na polu medycyny i umiejętności lekarskie, ale także o stan psychofizyczny ludności, ułatwiający zachorowania i zwiększający ich liczbę, a wreszcie prowadzący do epidemii i przynoszący śmierć. Inny był stan zdrowia często słabo odżywionej oraz żyjącej w złych warunkach materialnych i sanitarnych znacznej, biedniejszej części ludności chłopskiej czy miejskiego plebsu, a inny szlachty. Jaskrawa świadomość tego stanu rzeczy przyszła w wieku XVIII, kiedy elity poczuły się odpowiedzialne za tę sytuację i postanowiły spróbować nad nią zapanować. Stan zdrowotny i sanitarny ludu często oceniano przesadnie krytycznie i stereotypowo. Problemy ludu wynikać miały z pijaństwa, lenistwa i ciemnoty, zabobonów, rozpusty, złej diety oraz braku nawyków higienicznych. Ten stały zestaw ocen powtarza się aż do dzisiaj1.
Już Leopold Lafonatine, lekarz warszawski przełomu wieków XVIII i XIX, pisał o zwiększonej zachorowalności i śmiertelności wśród klas niższych, spowodowanej złym odżywianiem, brakiem higieny oraz trudnościami z dostępem do lekarza. Rozumiał związek chorób z warunkami materialnymi i poziomem wykształcenia pacjenta2. Podobnie większa śmiertelność występowała wśród dzieci w rodzinach uboższych. Zwraca się też uwagę na zgony i okaleczenia dzieci w dzieciństwie spowodowane zabawą i pracą bez nadzoru rodziców3. Sto lat później, w 1885 roku, Józef Polak o warunkach zdrowotnych życia robotników mówił: "Przy braku mieszkań robotników mieszczą się oni, biedniejsi mianowicie, albo w wilgotnych, brudnych i ciasnych lokalach prywatnych, albo w samych warsztatach. W niektórych większych nawet zakładach przemysłowych w Warszawie sypia po kilku robotników w ciasnym, brudnym i wilgotnym pokoiku, o gnijącej podłodze, położonym tuż przy wychodku"4. Lekarze w Polsce tych czasów w piśmiennictwie, podczas konferencji i zjazdów, wielokrotnie wypowiadali się o konieczności poprawy warunków zdrowotnych robotników. Przedmiotem troski była też sprawa ich odżywiania się. Analiza sytuacji w fabryce worków jutowych w Częstochowie wskazywała, że 9-10% grupy 638 robotników jadło dobrze, 25-30% dostatecznie, a 60% niedostatecznie. Doktor Henryk Kohn w "Krytyce lekarskiej" z 1907 roku pisał: "Cóż więc mam zapisać drukarzowi, szwaczce, czeladnikowi krawieckiemu, wyrobnikowi i temu całemu kaszlącemu i plującemu towarzystwu, obfitującemu w miliardy laseczników, ale za to doszczętnie pozbawionemu innych dóbr doczesnych? Higieniczne mieszkanie? Izba piwniczna lub poddasze są już dla nich zbyt drogie, bo komorne zalega zwykle od paru miesięcy, a gospodarz nie wyrzuca z nory tylko dlatego, że nie ma za co zlicytować i woli odbierać kapaniną. 'Obfite pożywienie... mięso, tłuszcz, jajka, kefir. Ależ panie doktorze, w jeden dzień przejemy tygodniowy zarobek'"5.
Zdrowie uważano za dar najważniejszy. Jak mówił w XVII wieku Krzysztof Opaliński: "Cieszę się z dobrego Waszmościów zdrowia, bo to u mnie primo loco i gdy je da Bóg dobre, da wszystko"6. Kondycja ówczesnego człowieka przy niewłaściwej i niezdrowej diecie oraz braku wiedzy medycznej często była opłakana, co odzwierciedlał wygląd. Ludzie otyli uchodzili zresztą za poważniejszych i bardziej szacownych niż chudzi7. Z drugiej strony, można było jeść tłusto i zbyt wiele, ale nie znano fast foodów czy chemii spożywczej. Ludzie prowadzili aktywniejszy tryb życia, polując, jeżdżąc konno, w ogóle ruszali się więcej. Umierali jednak nie tylko bogaci, ale i biedni, nie przypadkiem mówi się o równości wobec śmierci.
Ludzie starzy stanowili zaledwie 5% populacji, podczas gdy dzisiaj 15-20%, bo żyło się krótko i miało mnóstwo dzieci. Hrabia Fryderyk Skarbek pokazuje takie właśnie losy swojej rodziny: "(...) pierwsze małżeństwo ojca mego, (...) było nieszczęśliwe (i co do pożycia małżonków i co do losu pozostałych z niego dzieci). Po kilku latach niezgodnego pożycia skończyło się rozwodem z powodu płochości żony, która wkrótce po tym umarła. Syn najstarszy po różnych kolejach i przygodach nieszczęśliwych z własnej winy doznanych, skończył życie w kłopotach majątkowych i nieprzyjemnościach domowego pożycia. Córka, równie piękna jak dobra opłaciła w 26 roku własnym życiem urodzenie synka, w małżeństwie, które ją unieszczęśliwiało. Drugi syn, jak mówią, przez pobłażanie ojca przyznany przepędził wiek swój w ropuście i zdrożnościach różnego rodzaju (...)"8.
Szlachcic Zawisza referował w pamiętnikach liczne narodziny i zgony swoich dzieci:
1) Barbara Franciszka, ur. 1690;
2) Maria Beata, ur. 1692;
3) Józef, ur. 1694 ("Synek mój Józef wielą chorób zdjęty 27 września <<1696 roku>> w Wólce u Pani Juszkiewiczowej chorążyny wendeńskiej umarł; zostawiwszy pozostałym rodzicom w niezabud łzy i żal nieznośny. Niech go Pan Bóg nagrodzi z inszych miar, nas pociechami");
4) Ignacy, ur. 1696;
5) Jędrzej, zapewne błąd drukarski, że w 1696 r. w sierpniu urodzony ("który tylko trzy godziny żyjąc, ochrzczony umarł, którego woli i samych siebie oddajemy rodzice. Imię mu było dane Jędrzej");
6) Teodora Petronella, ur. 1699;
7) Brygida, ur. 1702;
8) Felician Antoni, ur. 1703;
9) Eryk Józef, ur. 1705 ("Ten synek mój w Rykarbach u jp hetmanowej w Prusiech w rok i dwa miesiące życia swego śmiertelnego przeniósł się na żywot nieśmiertelny. Niech za wszystko Bóg pochwalon będzie")9.
Podobnie Wirydianna Fiszerowa pisała o swojej matce. "Rodziła jedno dziecko po drugim w domu mojej babki, a Wojewoda każdy przybytek w rodzinie witał radośnie (...). Przyszłam na świat jako czwarta z rzędu, a matka dopiero co ukończyła lat osiemnaście"10. Dzieci rodziło się dużo i dużo też umierało.
Profesjonalna służba zdrowia miała dawniej charakter wyłącznie miejski, a że prawie wszyscy mieszkali na wsi, była elitarna. Natomiast na wsi uprawiano amatorską medycynę ludową, praktykowaną przez znanych od czasów słowiańskich znachorów, wróżbitów, szamanki, czarownice, wiejskie baby i zielarki. Znachorami byli zwykli, niepiśmienni chłopi. Zjawisko lecznictwa ludowego miało trwały charakter i występowało jeszcze w XIX-XX wieku. Istnieje również dzisiaj, mieszając się z medycyną niekonwencjonalną. Ma ono pewne sukcesy, wynikające z praktycznego charakteru stosowania środka, który zadziałał już wcześniej. Leczyli też kaci, rakarze, owczarze i pasterze. Mieszkająca na wsi szlachta musiała dostać się do pobliskiego miasta, gdzie praktykowali lekarze. Często jednak z lekarskiej porady korzystano listownie. List wysyłano do rodziny, która dopiero wtedy szukała odpowiedniego lekarza dla zaradzenia sytuacji11.
Kluczowym historycznym zjawiskiem dla stanu zdrowia i oceny służb medycznych był rozwój szpitalnictwa, które dopiero z czasem nabrało w pełni medyczno-leczniczego charakteru. Przed XVIII wiekiem szpitale stanowiły w znacznym stopniu przytułki dla pozbawionych majątku ubogich i chorych. Wydatki szpitali obejmowały jedzenie, opał, pościel, świece, natomiast leki czy środki medyczne występowały w ogóle w nikłym zakresie. Pracowników tych przytułków nie traktowano jak lekarzy, lecz bardziej jak opiekunów. Kiedy w XVIII i XIX wieku szpitale przekształciły się w lecznice, przeznaczono je dla chorych, pochodzących zwykle z klas niższych. Do zamożnych pacjentów lekarz wybierał się z wizytą do domu i kurowali się oni we własnym łóżku. Zmieniło się to dopiero w XX wieku12.
Z kolei szlachcianki nierzadko zajmowały się włościanami w kłopotach zdrowotnych, kiedy przychodzili po pomoc do dworskiej apteki. Karolina z Potockich Nakwaska w książce Dwór wiejski wymienia apteczkę (chowalnię) jako stałą część domostwa szlacheckiego. Stanowiło ją osobne pomieszczenie na lekarstwa, ale też alkohole, wódki, likiery, kawę, herbatę etc. Miała się tu znajdować szafa na leki, jeśli "pomocy lekarskiej za daleko szukać. Dopomagać ubóstwu ulgę dawać boleściom, nie jest to także powołanie kobiety? Z przyrodzenia ma ona już tkliwsze serce i jest przez opatrzność jakby stworzona do osłodzenia cierpień ludzkości"13. Wirydianna Fiszerowa wspomina swoją babcię: "Z własnej kieszeni opłacała nauczyciela i chirurga. Kierowała ich zabiegami, pielęgnowała chorych, karmiła ze swego stołu biednych i chorych. Młodzieży, kiedy nauczyli się czytać, rozdawała książki nabożne"14. Protekcjonalność i paternalizm pański okazywano często, ale chłopi wykazywali się pokorą, uznając bezapelacyjnie wyższość i wiedzę państwa. Jednocześnie w kwestiach medycznych rozpowszechniano domowe sposoby ze względu na trudności czy koszty korzystania z lekarzy oraz ich niską skuteczność. Chłopów na lekarza stać nie było, ale często nie wzywano lekarza w ogóle i nie czekano też na decyzję lekarzy, ale kazano sobie puszczać krew, jeśli komuś przyszła na to ochota, co praktykowano profilaktycznie w różnych porach roku15. Jacobi Lanhaus sprowadził więc bez wyraźnej potrzeby cyrulika, który zjawił się o 22.30: "Długo mi koło nogi gmerał, nim żyłę dobrze poznał, nad samym palcem puścił mi od razu i więcej jak 14 uncyi, krew była bardzo gęsta. Nie chciała wytrysnąć w szklankę, ale w wodzie, jak źródło wybuchała"16.
Księżna Anna Jabłonowska w swych dobrach dla poddanych, założyła Instytut babienia, szkoląc w nim wiejskie położne17. Fryderyk Engels ukazywał feudalną Anglię, w której niewykształceni włościanie znali tylko najbliższą sobie okolicę: "Izolowani do tego stopnia, że starzy ludzie, którzy mieszkali blisko miast, nie udawali się tam jednak nigdy". Żyli na bardzo niskim poziomie intelektualnym i dziedzica "uważali za swojego naturalnego przełożonego, pytali go o radę, przedstawiali mu swoje drobne spory do rozstrzygnięcia i darzyli go pełną czcią, jak to wynikało z tego patriarchalnego stosunku"18.
Na etapie przednaukowym wiedzy przekaz biblijny traktowano jako pewne źródło informacji o świecie, dopiero w epoce oświecenia zaczęto go poddawać refleksji krytycznej, zwłaszcza jeśli chodzi o Stary Testament. Podobnie miało to miejsce w przypadku wiedzy medycznej i praktyki leczniczej. W starożytnej Grecji i Rzymie stanowiła domenę kapłanów, w Grecji kapłani ze świątyń Asklepiosa przyjmowali chorych, co można uznać za pierwszą formę szpitala. W starożytnym Sumerze 3500 lat p.n.e. znano płukanie gardła, inhalacje, lewatywy, czopki, okłady, napary, nalewki z ziół19. Wczesne średniowiecze w Europie oznaczało upadek kultury medycznej i szpitalnictwa. W tym samym czasie Bizancjum czy Arabowie posiadali względnie nowoczesne obiekty tego rodzaju. W Europie, jak wspomniałem, wykształciła się idea szpitala-przytułku dla ubogich, który odgrywał bardziej rolę socjalną niż leczniczą, gdzie funkcjonował wszakże zwykle jakiś lekarz lub cyrulik do opieki nad chorymi. Kult ubogich oraz ubóstwa wynikał z treści społecznych przekazów religijnych, gdzie miłosierdzie i miłość bliźniego wraz z pomocą słabszym odgrywały centralną rolę, ale chodziło także o to, aby nie tylko Kościół prowadził działalność opiekuńczą i by uzyskać masowe wsparcie wiernych. Kluczową role spełniała też ekonomia zbawienia. Wspierając ubogich materialnie w chorobie czy zdrowiu i modląc się za ich uzdrowienie, bogaci sami zyskiwali zbawienie20. Jeden z ważnych elementów wiedzy medycznej stanowiła astrologia. Wierzono, że los i zdrowie człowieka zależą od konstelacji gwiazd na niebie w chwili jego urodzenia. W kontakcie z gwiazdami miały być też poszczególne narządy człowieka. Również krew puszczano, uwzgledniając położenie gwiazd21.
Opieka lekarska wiąże się następnie od starożytności z ideą pomocy, a symbolem Eskulapa stał się służący za oparcie długi, sękaty kij, który symbolizował podporę dla chorego. Przysięga Hipokratesa zachęcała do bezinteresownej opieki. Nie wiązało się to jednak jeszcze z chrześcijańskim miłosierdziem i miłością bliźniego, które miały wymiar realny oraz konkretny, a przede wszystkim ujęty w ramy instytucjonalne, np. Kościoła. Stosunek do słabych i chorych charakteryzował się brutalnością i okrucieństwem. Chorzy stanowili balast, obciążenie dla wspólnoty, uważano ich często za ludzi bezwartościowych i obchodzono się z nimi nieludzko oraz pogardliwie, jak w Sparcie albo w Rzymie. W chrześcijaństwie rysy tej twardości również są widoczne ("Kto nie pracuje, ten niech nie je"), jednak zrównoważone przez miłosierdzie. Ciężko chorych za czasów cesarza Klaudiusza zsyłano na wyspę na Tybrze, gdzie chodziło w gruncie rzeczy o ich izolację. Należy pamiętać, że w technologicznie prymitywnym społeczeństwie sprawność fizyczna okazywała się największą cnotą, co wiele tłumaczy. Biblijny Adam nie był filozofem, ale rolnikiem, a biblijna Ewa przędła22.
Ta brutalność i surowość miała daleko idące konsekwencje. Masowa śmiertelność dzieci powodowała, że stosunek do nich wyrażał się oschłością, brak antykoncepcji oznaczał, że kobiety rodziły w okresie płodnym liczne potomstwo (6-8), którego znaczna część umierała23. Także zgonów w ciągu całego trwania życia następowało dosyć dużo. Ludzi starych w społeczeństwie można było spotkać trzy- czterokrotnie mniej niż obecnie. Już pięćdziesięciolatka uważano za człowieka sędziwego. Niemniej, ludzi długowiecznych traktowano z pieczołowitością, bo starcy dysponowali też kapitałem pamięci i refleksji. Nie znano biologicznych granic ludzkiej egzystencji, więc opowieści w Biblii mówią o bajkowej i legendarnej długowieczności 969-letniego Matuzalema, Mojżesz miał żyć lat 140. W naszych bajkowych przekazach Piast umarł jako 120-latek. W starych kronikach znaleziono zapisy o anonimowym wieśniaku, który zakończył żywot, mając 157 wiosen i odszedł w roku 1762. W 1774 roku zmarł w Warszawie Bazylii Rynkowski, długowieczny ojciec 24 dzieci24.
Chrześcijańska troska o zdrowie bliźniego wywodzi się ze starszej tradycji żydowskiej i starotestamentowej. W Biblii odnaleźć można wiele wskazań do wspierania oraz współczucia dla biednych i ubogich, co wiąże się z opieką nad chorymi, pomocą w nieszczęściu. Chorych należy nawiedzać. Jezus sam uczynił się ubogim i nic nie miał, aby upodobnić się do ludzi, uzdrawiał charytatywnie. Wierzono, że wypędzał złe duchy, ożywiał z martwych, pochylił się nawet nad prostszymi schorzeniami. Za darmo leczyli apostołowie, święci czy Matka Boska. Figurą klasyczną stała się postać "dobrego Samarytanina", niemniej wskazująca, że postawy empatyczne stanowiły rzadkość. Pochwalnych wzmianek o pomocy bliźniemu jest jednak w Biblii dużo. Świętych Kościoła katolickiego wykorzystywano przede wszystkim jako lekarzy, specjalizujących się w pomocy przy różnych dolegliwościach. Miłosierdzie uważano za wartość i święty Łukasz pisał: "Bądźcie tedy miłosierni, jak i ojciec wasz miłosierny jest"25. Te wątki chrześcijaństwa rozwinęły się w średniowieczu w XI-XII wieku w kult ubóstwa i ubogiego. We wczesnym średniowieczu miejsca opieki nad chorymi, xenodochia, zakładano poprzez Kościół najpierw na Wschodzie, jak w Syrii, a od VI wieku na Zachodzie Europy, głównie dla wędrowców i pielgrzymów. W Kodeksie Justyniana wymieniane są nosokomia jako placówki świadczące opiekę chorym. W stosunku do antycznego Rzymu były to nowe formy instytucjonalne.
Szpitale
Dla ubogich, starców, wdów, sierot, często i chorych biednych, w średniowieczu organizowano szpitale (Hospital), zazwyczaj przy kościele parafialnym. Słowo hospitale wywodzi się z łacińskiego terminu hospes - gość, obcy, przybysz. Hospitale oznaczało obiekt przeznaczony dla takich osób. W średniowieczu szpital to "pomieszczenie, gdzie opiekowano się ubogimi i chorymi podróżnymi". Szpital stanowił formę realizacji chrześcijańskiego nakazu miłosierdzia. Miał zbawić fundatora i jego bliskich. Sprawowana w nim opieka nad pacjentami i modlitwa podopiecznych zakładały skrócenie dobrodziejom mąk czyśćcowych. Zarządzali nimi głównie proboszczowie, nadzorowali biskupi, ale też prowadziły władze miejskie. Wraz z pojawieniem się zakonów, one również w coraz większym stopniu zaczęły włączać się w opiekę nad chorymi, a zakonnicy pełnili rolę lekarzy i aptekarzy, czyli infirmerów26. Gęsta sieć placówek szpitalnych pokryła w średniowieczu całą Europę. Więzi szpitali z religią i instytucją Kościoła były długo bardzo silne. Często znajdowały się w nich kaplice, refektarze budowano na podobieństwo zakonów27.
Założonemu w 529 roku zakonowi benedyktynów, przyświecały cele lecznicze i opiekuńcze. Jego reguła mówiła wyraźnie, że "należy przede wszystkim mieć pieczę nad chorymi". Pierwotna siedziba zgromadzenia na Monte Cassino słynęła z zabiegów leczniczych. Chorymi zajmował się infimarz, który przygotowywał lecznicze mikstury, napary, syropy, głównie z ziół z przyklasztornego ogrodu i dysponował księgami medycznymi28. Jako kolejny przykład podać można Szpitalne Bractwo Ducha Świętego w połowie XII wieku. W XII-XIII wieku chorymi zajęły się też beginki w Nadrenii oraz uczestniczący w wyprawach krzyżowych joannici (1070), templariusze i krzyżacy. Joannici mieli się opiekować pielgrzymami zmierzającymi do Ziemi Świętej. W zakon rycerski, mający bronić Królestwa Jerozolimy przed Turkami, przekształcili się w 1130 roku29. W XI wieku z zakonu benedyktynów wyłoniony został zakon cystersów, który także pomagał chorym. Bractwa szpitalników zajmowały się leczeniem od X wieku.
Według Jana Długosza, pierwszym szpitalem w Polsce miał być obiekt pod wezwaniem świętego Michała w Poznaniu, ufundowany w 1170 roku. W miastach powstawały placówki pod nadzorem lokalnych dygnitarzy. Z czasem przejmowały one część szpitali zakładanych przez biskupów i służyły one rozwiązywaniu socjalnych problemów komunalnych. W Polsce pierwsze wiadomości o powstawaniu szpitali pochodzą z czasów Bolesława Krzywoustego. Synod łęczycki w 1180 roku groził klątwą każdemu, kto uciska ubogich i chorych. Jako pierwszy przyjmował chorych klasztor cysterski w Lubiążu, gdzie w 1203 roku otrzymał od Henryka Brodatego fundusze na utrzymanie trzech chorych. Klasztor w Trzebnicy w 1224 roku zobowiązywał się do utrzymania pięciu ubogich30. W Gdańsku pierwsze taberny powstały w XII wieku. Taberny były miejscami noclegu dla kupców w podróży, ale zatrzymywali się tu także chorzy31.
Rozwój szpitalnictwa w mieście Gdańsku
- 1253 rok - szpital, przytułek Świętego Ducha
- Przed 1308 rokiem - przytułek, sierociniec, szpital ogólny świętej Elżbiety
- 1334-1335 rok - szpital ogólny, leprozorium świętego Jerzego
- 1342-1343 rok - przytułek, szpital zakaźny świętej Gertrudy
- Przed 1363 rokiem - szpital zakaźny, dzwonnica kościoła Panny Marii
- 1378 rok - przytułek świętej Barbary
- 1380 rok - szpital zakaźny świętego Michała, czyli Wszystkich Aniołów Bożych
- Ok. 1380 rok - szpital zakaźny, być może leprozorium świętego Jerzego
- Przed 1395 rokiem - leprozorium, szpital przytułek Bożego Ciała
- 1394-1396 rok - przytułek "Szpital pokutnic"
- Przed 1400 rokiem - szpital zakaźny świętego Rocha
- 1414 rok - szpital ogólny, zakaźny, przytułek świętego Jakuba
- 1454 rok - szpital dla chorych na dżumę
- 1698 rok - szpital dla chorych na dżumę
- Koniec XV wieku - szpital dla chorych na ospę
- 1542 rok - szpital dla chorych psychicznie
- 1542 rok - sierociniec
- 1630 rok - dom wychowawczy
- Koniec XVI wieku - dom tylny
- 1645-1650 rok - szpital ogólny Bonifratrów
- 1699 rok - przytułek, sierociniec "Dom Dobroczynności"
- 1724 rok - przytułek dla wdów
- 1788 rok - przytułek dla włóczęgów.
Źródło: Zdzisław Kropidłowski, Formy opieki ubogich w Gdańsku od XVI do XVIII wieku, Gdańsk 1992, s. 87-88.
Szpital Świętego Ducha we Wrocławiu po raz pierwszy w źródłach wymieniono w 1268 roku. Opiekę nad ubogimi sprawował zwierzchnik wspólnoty zakonnej. Posiłki zakonników cechowała obfitość. Dziennie jedli pół kilograma mięsa na osobę, wyjąwszy posty, które jednak trwały aż pół roku. Wówczas jedzono ryby. Kupowano też sporo jajek. Chleb, kaszę, piwo, sery zakonnicy wytwarzali sami, a mieli do pomocy jeszcze czeladź w postaci kilku parobków. Warzywa i owoce pochodziły z klasztornych ogrodów, klasztor posiadał także folwarki i wsie, skąd brano ziarno chlebowe oraz mięso. Na święta kupowano lepszą żywność, świdnickie piwo, białe pieczywo, a posiłki były odświętne. Na wielki post nabywano beczkę śledzi. Szpital własnej łaźni nie posiadał, ale pensjonariusze korzystali z położonej sto metrów nieopodal łaźni opactwa, gdzie znajdowały się trzy wanny. Funkcjonowała też murowana toaleta (locum secretum)32.
Wiedza i niewiedza medyczna
Jak wiadomo, skuteczność leczenia była do drugiej połowy XIX wieku bardzo wątpliwa, bo nie rozumiano ani mechanizmu funkcjonowania organizmu ludzkiego, ani zjawisk chorobowych33. Z drugiej strony, co widać i dzisiaj po złej sytuacji zdrowotnej w krajach trzeciego świata, sama wiedza to o wiele za mało. Liczy się poziom cywilizacyjny i zamożność danego obszaru oraz organizacja instytucji, w tym publicznej służby zdrowia, a następnie dostęp do niej ogółu ludności. Na przykład dur brzuszny został z Europy właściwie wyeliminowany, ale w krajach trzeciego świata co roku rejestrowanych jest 15 milionów zachorowań i milion zgonów. Choroby epidemiczne odgrywają tam nadal kluczową rolę, jak w Europie przed stuleciami34.
W średniowieczu fakultet medyczny stanowił jeden z wydziałów przyrodniczych na uniwersytecie i wszyscy o takich zainteresowaniach tam się kierowali. Mimo ograniczonych osiągnięć lekarskich, odkrycia w zakresie wnioskowania, logiki rozumowania i prowadzenia eksperymentów oraz postawy naukowej wywarły ogromny wpływ na naukę Zachodu. Teza o paradygmatycznym charakterze nauki jest wprawdzie zasadna, ale trzeba te sprawy postrzegać bardzo wielostronnie. Lekarze średniowieczni po rozbiciu cywilizacji rzymskiej pracowali na poziomie wiedzy ludowej, jednak część wiedzy starożytnych przetrwała i ówcześni medycy nadal znajdowali się pod silnym wpływem Arystotelesa, Hipokratesa i Galena. Ważną rolę w przechowaniu medycyny antycznej odegrał islam i klasztory benedyktyńskie.
Obowiązująca nadal w nowożytności teoria humoralna pochodziła jeszcze z antycznej Grecji. Dowodzono, że choroba ma miejsce, gdy następuje zaburzenie równowagi między czterema podstawowymi humorami. Lekarze średniowieczni stosowali zasadniczą hipokratejską metodę trzymania pacjenta w łóżku i oczekiwania, aż nastąpi przesilenie i choroba ustąpi. W szerokim zakresie stosowano leczenie ziołami, jak mięta, anyż, koper, olej rycynowy, cebula morska, mak, lulek, mandragora. Wykorzystywano także specyfiki o pochodzeniu mineralnym, jak ałun, saletra, hematyt czy siarczan miedzi. Amoniak w celach odkażających uzyskiwano ze spalenia rogu zmieszanego z nawozem35. Bardzo rozbudowane było bajkowe diagnozowanie moczu według jego koloru, przy tym większość wyciąganych wniosków był miała charakter zupełnie fantastyczny i bezużyteczny. Ocena stanu chorego za pomocą analizy koloru i konsystencji moczu zyskała taką popularność, że medyków w ikonografii niejednokrotnie przedstawiano właśnie z naczyniem do diagnozowania moczu, oglądających urynę pod światło. Podobne wnioski wysnuwano na temat konsystencji i barwy oraz innych cech, także krwi czy pozostałych wydzielin, nie unikając kału36. Stąd medycyna religijna nie okazywała się bynajmniej dużo mniej skuteczna od tak zwanych ówczesnych naukowych form leczenia, które wręcz szkodziły. Dzięki modlitwie i pielgrzymkom przynajmniej samopoczucie się poprawiało, ruch i wielokilometrowe marsze służyły zdrowiu, a lekarz, poprzez uporczywe puszczanie krwi najczęściej przynosił więcej szkody niż pożytku. "Lekarzu, lecz się sam", nawoływało przysłowie nie bez powodu. W epoce racjonalizmu XVII i XVIII wieku poznano metaforę maszyny, zegara, alembiku i układu krwionośnego. Oznaczało to, że człowiek w celach leczniczych nie powinien rozumieć organizmu jako cudu oraz zespołu cudów, ale jako dający się wyjaśnić i naprawić funkcjonujący lub zepsuty mechanizm, którego twórcą jest pewnie Bóg (deizm). Droga od tych poezji do konkretów była jednak odległa. Poza tym już od czasów ludów pierwotnych, ratowano się prostą empirią i odnajdywaniem skutecznego zastosowania leku metodą prób i błędów na podstawie obserwacji skutków. Tak leczono ziołami, czasami błędnie, czasem nie, często przesadnie oceniając skutki działań37.
Medycyna przednowoczesna chciała w poetycki sposób leczyć przez przeciwieństwa, analogie, porównania i podobieństwa. Zepsute miało leczyć to, co młode i zdrowe. Za substancję leczniczą uważano krew dziewicy, która rozlana po chorym ciele oddziaływać miała przez samo z nim zetknięcie. Czystość rozumiana moralnie jako brak seksu również rzekomo leczyła. Podobnie rozumiano działanie amuletów, wisiorków i klejnotów. Choroba była recypowana i odbierana poprzez zniszczenie ciała, które budziło lęk: ropnie, wysięki, gnicie38. Nie rozumiano, w jaki sposób następuje rozkład ciała i tłumaczono to sobie na różne sposoby. Mówiono o "zgniłych humorach, złośliwych wyziewach. Z tego powodu należy oddzielać trędowatych, aby nie psuli powietrza i nie zarażali ludzi zdrowych" - pisał w XIII wieku Arnold z Villanova. Rozumiano więc, że dochodzi do zarażenia, ale nie wiedziano w jaki sposób temu przeciwdziałać39. Trędowaci wzbudzali strach. Zbliżanie się wędrujących chorych zwiastował dźwięk kołatki. W końcu zaczęto ich izolować. Sposób postrzegania zjawisk przez lekarzy, powiązano z ową dystynkcją rozkładu i rozkwitu. Płyny były więc mętne lub przejrzyste, substancje ciężkie lub lekkie. Na tej zasadzie, do leków należało złoto i szlachetne kamienie jako substancje trwałe i nieulegające rozkładowi. Za lekarstwo powstrzymujące rozkład ciała uważano przyprawy. Miały oczyszczać dzięki ostremu smakowi. Średniowieczny medyk Bartłomiej Anglik twierdził: "Pieprz sprowadza kichanie i oczyszcza mózg z nadmiaru flegmy, zjada niedobre ciało i oczyszcza organy wyższe zakrzepłych i lepkich smarków. Czosnek rozkłada tłuste humory i odrzuca je"40. Medycyna ta współgrała z wyobrażeniami religijnymi, ponieważ ksiądz mógł stosować sól do wypędzania diabła. Wszystkie cenne produkty były w którymś okresie dawnych czasów lekami, a więc wino, wódka, herbata, kawa czy czekolada. Początkowo wódka stanowiła specjalność mnichów. Mnich Jean de Aurillac w XIV wieku zapewniał nawet, że wskrzesza zmarłych. "Gdy umierający go będzie miał w żołądku natychmiast wstanie i przemówi"41. Wódka, jako produkt niezmiernie rzadki w tym czasie, uważana była za przedmiot wiedzy alchemików i aptekarzy. Raymond Lulle pisał o niej, że jest emanacją boskości.
W XVII wieku w zakresie niewiedzy niewiele się zmieniło poza tym, że zaczęto używać określenia wapory. Wapory to wyziewy, zepsute i gnijące substancje, złe powietrze, opary fermentacji i rozkładu42. Wielkie zmiany w stanie wiedzy medycznej, diagnozowaniu chorób i wynikach ich leczenia, nastąpiły od drugiej połowy, a bardziej końca XIX wieku. Ograniczono zwłaszcza występowanie chorób zakaźnych rozprzestrzenianych przez zwierzęta, insekty, człowieka lub produkty spożywcze czy wodę. Podobnie jak w Europie było i w Stanach Zjednoczonych, gdzie przezwyciężenie chorób w rodzaju żółtej febry, duru brzusznego oraz malarii spowodowało szybkie podniesienie średniej długości życia o kilka, a nawet kilkanaście lat. Nacisk kładziono na badania nad chorobami zakaźnymi i wpływem warunków sanitarnych na zachorowania. Industrializacja i urbanizacja dla znacznej części klas niższych oznaczały poważne problemy zdrowotne. Badania podejmowane na przełomie wieków przez Ch. Bootha wskazywały na to, że znaczna część robotników żyje poniżej minimalnego poziomu egzystencji i że sytuacja w tym zakresie wymaga natychmiastowej poprawy, bo rzutuje na stan zdrowotny robotników oraz ich wydajność pracy. Intensywna urbanizacja prowadziła do tworzenia się slumsów, nad którymi trudno było zapanować. Zidentyfikowanie i rozpoznanie tej sytuacji, jak również podjęcie środków zaradczych, wpłynęło w pewnym stopniu na poprawę jakości życia klas niższych. Doktryna manchesteryzmu nie stawiała jednak na interwencję państwa czy władz komunalnych, ale przekonanie, że z czasem rozwój ekonomiczny polepszy egzystencję.
Zorientowano się, że choroby epidemiczne powodują mikroorganizmy, a nie enigmatyczne wyziewy, wapory i humory. Teorię przenoszenia chorób przez zarazki większość lekarzy akceptowała z wielkim trudem. Jej popularność rosła w połowie XIX wieku. Rozwój wiedzy w tym zakresie przyśpieszyły badania Bassiego, które wykazały, że pasożyty powodowały przenoszenia takich chorób, jak cholera czy żółta febra, teoria mówiła także o wymogu dokładnej dezynfekcji ubrań chorych i ich rzeczy osobistych, wreszcie o izolacji ich samych. Jacob Henle bardzo posunął wiedzę o chorobach zakaźnych na 30 lat przed ustaleniami Roberta Kocha i Ludwika Pasteura. W połowie wieku rozwijała się wiedza o grzybicznym pochodzeniu chorób. Wielkim krokiem naprzód okazały się odkrycia Listera w zakresie antyseptyki, które stanowiły kontynuację badań Olivera Wendella Holmesa (1809-1865) i Ignacego Semmelweisa. Holmes w 1847 roku odkrył przyczynę gorączki połogowej. Gorączka połogowa wynikała z przeniesienia na ciężarną cząsteczek gnilnych pochodzenia organicznego za pośrednictwem palców badającego. Do lat 40. XIX wieku mycia rąk przed badaniem pacjenta w ogóle nie praktykowano. Obaj badacze spotkali się z wielkim oporem środowiska, a Semmelweisa spotkały ciężkie prześladowania. Po latach nierównej walki, postradał zmysły i zmarł z powodu zakażenia rany palca w kilka dni po przyjęciu do szpitala dla obłąkanych. O ironio, stał się on ofiarą tej choroby, na rzecz zapobiegania której gorliwie walczył całe życie. Ostatecznie myć ręce przed badaniem pacjenta lekarze zaczęli powszechnie w latach 70. XIX wieku. W latach 1816-1821 na gorączkę połogową w Poznaniu umierało 37,1 promila pacjentek, w latach 1865-1867 34,7 promila pacjentek, a w okresie 1876-1885 29,8 promila pacjentek. Już w 1823 roku zapoczątkowano stosowanie wapna chlorowanego do odkażania, w tym czasie także upowszechniło się mydło jako środek już nie tylko do prania, ale i do mycia43. Przyśpieszenie zrozumienia całości zjawiska przyniosła bakteriologia. Na podstawie eksperymentalnego modelu posocznicy u królików opracowanego przez Davaine'a (1872), prac Klebsa na temat patologii ran postrzałowych (1871 i 1872) oraz ostatecznie rozstrzygających badań Kocha (1878) i Ogstona (1880-83), dotyczących etiologii zakażeń pourazowych, wykazano ponad wszelką wątpliwość, iż zakażenie ran wywołują swoiste szczepy bakterii chorobotwórczych. Zaczęto wyjaławiać narzędzia lekarskie, dezynfekcja obejmowała wszystko, co miało kontakt z lekarzem i pacjentem. W XX wieku następowała eliminacja kolejnych chorób zakaźnych. Udało się pozbyć błonicy, szczepiąc ludzi rozcieńczonymi dawkami toksyny. Po długim okresie badań masowe szczepienia dzieci w wieku szkolnym podjęto w Nowym Yorku w roku 1920. Do roku 1928 zaszczepiono 500 tysięcy dzieci. Do 1940 roku niemal wyeliminowano tam błonicę jako przyczynę śmierci. Poza błonicą w Stanach Zjednoczonych i Europie zanikać zaczęła żółta febra, dur brzuszny i plamisty, czarna ospa, malaria, gruźlica. Spadła liczba zachorowań na kiłę. Najważniejsze okazało się wprowadzenie w 1946 roku penicyliny do jej leczenia, odkrytej już w 1929 roku przez szkockiego lekarza Alexandra Fleminga, który w 1945 roku otrzymał za to nagrodę Nobla. W Polsce penicylinę zaczęto produkować w 1952 roku44. Duże znaczenie miała tu poprawa warunków mieszkaniowych po pierwszej, a zwłaszcza drugiej wojnie światowej, wprowadzenie sieci kanalizacyjnej, ochrona zasobów wody pitnej, likwidacja slumsów, umasowienie noszenia bielizny i ogólna poprawa poziomu higieny. Pamiętać trzeba także o mrożeniu mięsa, pasteryzacji mleka i rektyfikacji wódki45.
Okulary
Wzmianki o stanach zapalnych spojówek i powiek oraz bielmie na oczach pochodzą już ze starożytnego Egiptu, gdzie tymi sprawami zajmowali się kapłani. W Grecji przewlekłe schorzenie spojówki Hipokrates chciał leczyć kryształem soli miedzianej. Zalecał też (jak i na wszystko) puszczanie krwi. W Polsce sarmackiej w wypadku bielma oczu pisano: "Weźmij wódki celidoniowej, wina przedniego po kwaterce, przydaj Croci metallorum, żółci szczupakowej z jednego pęcherzyka, zmieszaj, postaw w cieple przez tydzień, codziennie mieszając, potem przecedź przez bibułę i schowaj. A gdy trzeba wpuszczaj w oczy kroplami, a gdy mgłą albo błonką zajdą, lubo insze krosty, albo makuły na oku znajdują się"46. Również w opowieściach o początkach Polski pojawia się wątek okulistyczny, czyli ślepota Mieszka, która trwać miała do jego 7. roku życia. Kiedy choroba cudownie minęła, Mieszko, jak mówi legenda, miał zauważyć niedostrzegane wcześniej uroki kobiet i popadł w poligamię z siedmioma żonami, podczas gdy jego przodkowie zadowalali się jedną żoną. Następnie, poślubiając chrześcijankę czeską Dąbrówkę, miał ze swoich nadliczbowych małżonek zrezygnować47.
Ważną pomocą dla słabowidzących stały się okulary. Mówi się, że wynalazcą okularów był w XIII wieku Roger Bacon, mnich brytyjski, ale też czytamy w innych pracach, że powstały w Toskani w XIII wieku, a za ich wynalazcę uważa się Alessandro de Spinę w 1299 roku. Upowszechniały się wśród elit około 1450 roku, a pod koniec XV wieku były już dosyć często wzmiankowane i ukazywane w ikonografii. Także w inwentarzu sporządzonym w Krakowie w 1485 roku, mamy pierwszą wzmiankę o okularach w Polsce. W Poznaniu informacje o okularach pochodzą z 1535 roku. Początkowo okulary przykładano do oczu lub podtrzymywano tasiemkami czy sznurkiem. W XIX wieku wykonywano już metalowe i złote oprawki, także szylkretowe, druciane i rogowe. Wreszcie na koniec, z tworzyw sztucznych. Nosili je raczej mężczyźni, a kobiety w pierwszych dekadach XX wieku częściej wybierały lorgnon (franc.), czyli okulary na rączce, aby nie psuły estetyki twarzy. Irena Krzywicka w latach 20. XX wieku mówiła już, że we współczesnych jej czasach uchodziłyby za śmieszne48. Właścicielem dwóch par okularów był w średniowieczu pochodzący z Poznania profesor Uniwersytetu Krakowskiego, Wojciech Baza. W Paryżu w XIII wieku powstał pierwszy przytułek dla ociemniałych. Okulary produkowane były od XVI wieku przez skupionych w jednym cechu optyków wraz z wytwórcami luster49. Początkowo w Polsce funkcjonowały niemieckie nazwy okularów, co świadczy o źródłach recepcji wynalazku, w wieku XVII okulary były już powszechnie znane, oczywiście wśród bogatych. Liczne są przekazy malarskie i graficzne, zawierające wizerunek okularów, jako zwykłego przedmiotu codziennego użytku. Wacław Potocki pisał o okularach sprzedawanych w krakowskich kramach: "Idąc po lewej stronie kamienicy szarej, między inszymi towarami widząc okulary, chcę je sobie do oczu przybierać i z sporym pieniędzy do owego kramu idę worem; kupiłem okulary i puzderko na nie. Stary doktor kupując wieprze wdziewał okulary" - czytamy gdzie indziej u tego autora. Albo: "Ksiądz z ambony czytał ludziom przez okulary"50. W wieku XVIII okulary upowszechniały się. Ze względu na krótkowzroczność, lornetki używał Stanisław August Poniatowski. W Panu Tadeuszu czytamy: "Panna Wojska włożywszy okulary sine, zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę". Albo: "Sędzia słuchając, z wolna okulary składał i wpatrując się mocno w księdza nic nie gadał"51. Używano lornetek dla dosyć bezczelnego lustrowania szczegółów fizjonomii. Popularne w teatrze czy w parku były w XVIII wieku powszechne i nie wzbudzały zdziwienia. Niemniej jednak przed rewolucją francuską zakazano lornetowania w teatrze królowej, w XIX wieku natomiast uważano, że lornetowanie przez mężczyzn kobiety i vice versa jest nieprzyzwoite. Z kolei binokle (fr. binocle, inaczej pince-nez - szczypiące nos) trzymały się na nosie za pomocą sprężynki ze sznureczkiem sięgającym do paska lub kamizelki. Był też monokl na jedno oko, używany w pierwszej połowie XIX wieku52.
Epidemie
Główną przyczyną zgonów w epoce przednowoczesnej były epidemie, jak trąd, dżuma, ospa, cholera, tyfus czy gruźlica. Napisałem już o tym kilka słów w uwagach wstępnych, ale temat domaga się rozwinięcia. Na znaczenie epidemii wskazują już źródła antyczne, coraz lepiej penetrowano to zjawisko pod kątem demograficznym. Epidemie XVII wieku (wojna trzydziestoletnia, potop szwedzki i wojny XVII wieku w Polsce) połączone z wojnami i klęskami głodu, spowodowały dramatyczną katastrofę demograficzną Europy53. Suchoty były powszechne już w XVIII wieku, a potem w wieku XIX54. Zbigniew Kuchowicz stwierdził: "Okres od schyłku XVI do początków XVIII charakteryzował się takim nasileniem ostrych chorób zakaźnych, w pewnych wypadkach występujących u nas po raz pierwszy, że z biegiem lat społeczeństwo uodporniło się na ich działanie. Zbiorowość została po prostu w takim stopniu przesiąknięta zarazkami, że z czasem ograniczyło to występowanie epidemii"55.
Epidemie stanowiły zagrożenie całej zbiorowości, wymagające ponadindywidualnych, komunalnych, państwowych oraz instytucjonalnych starań i nakładów środków. To one przede wszystkim mobilizowały słabe jeszcze państwo, a częściej władze komunalne, do organizacji służby zdrowia. Główną zasługę miały tu kordony sanitarne, izolacja chorych, przekaz informacyjny, organizacja ewakuacji ludności z zagrożonych terenów. Epidemia dla miasta to kataklizm i trauma. Pokazuje to relacja z takiego wydarzenia w Lublinie w 1625 roku (przekład z łaciny): "Mór się rozszerzał, płomień zarazy się powiększał, straszne zło się srożyło i wszystko szło na pastwę gwałtownie rozszerzającego się żywiołu: żadna wieś nie ocalała, nie było ani jednego nietkniętego domu, żaden cech nie był nienaruszony. A jeżeli kto się uchronił od tej siły zła, ten z obawy przed śmiercią ze strachu gorszego od samej śmierci po tysiąckroć umierał. Widzieliśmy, jak podczas napadu tej choroby biły pulsy; w oczach malowało się przerażenie, ciągłe nudności skręcały trzewia, a na członkach nabrzmiewały sine krosty. Wielu wolało umrzeć niż chorować; przenosili śmierć niektórzy nad tak okrutne życie. Wbrew prawom natury dzieci i rodzice uciekali od siebie, bali się jedni drugich. Wszędzie żałoba, wszędzie śmierć, tak dalece, że całe miasto zdawało się być nie siedzibą żywych, lecz cmentarzyskiem zmarłych. Do tej klęski i stanu rzeczy przyłączył się tak srogi głód, że podobnego nieszczęścia nigdy jeszcze obywatele nie widzieli (...). Dzieci błąkały się po ulicach, wzywały rodziców i rzewnie płacząc, prosiły o ratunek. Jeśli kto nie chciał patrzeć na ginące dzieci, ten oddawał im odjęte od ust sobie pożywienie - o ile ono było - a sam nieszczęsny umierał. Widzieliśmy wynędzniałe ludzkie twarze, okropnie zeszpecone członki, bezbarwne jak u łasicy oczy, strach przed zbliżającą się śmiercią, wyschnięte bezkrwiste ciała, ledwie tylko trzymające się słabymi nerwami pobladłe usta, wystające kości policzkowe, zapadnięte brzuchy; zniknął też zupełnie właściwy ludziom kolor (...)"56.
Działania władz miały charakter złożony. Na płaszczyźnie religijnej zapobiegać epidemiom miały modlitwy, procesje, religijne amulety. Wystrzały armatnie, palenie ognisk i ziół oraz rozlewanie octu miały oczyszczać powietrze zatrute przez zarazę. Kordon sanitarny izolował i ułatwiał ochronę przed zarażeniem. Strach przed epidemiami stał się jednym z powodów "wielkiego zamknięcia" biedoty i żebraków, jak również rozwoju więzień czy domów poprawczych i domów pracy. Zauważono szybko, że choroba łatwiej rozwijała się wśród biedoty, w dzielnicach nędzy, gdzie także warunki sanitarne były nędzne57. Samo leczenie chorób epidemicznych, chociaż bardzo pomysłowe i fantazyjne, nie należało jednak do skutecznych. Przy suchotach zalecano bulion z raków lub żab, syrop z ślimaków, wywar z myszy, mięso lisa, płuca gęsi, wątroba wilcza, i tym podobne. Skuteczne okazywały się tylko niektóre środki ziołowe wypróbowane empirycznie. Najważniejsze zioła to podbiał, tymianek, ślaz, hyzop, szałwia rumianek, szanta, tatarak, oman, majeranek. Podawano opium, korę chinową, wymiotnicę lekarską, czosnek, mannę, senes, imbir, anyż oraz ambrę z wieloryba. Przy prymitywnej wiedzy i niezbyt dobrych warunkach sanitarnych i materialnych nie było też warunków na długie chorowanie. Choroby wiązały się z jakością żywienia oraz poziomem i stylem życia. Klęski nieurodzaju, powodzie i pożary w większości drewnianych domów, niszczące całe miasta, oznaczały w konsekwencji wzrost zachorowań i zgonów58. W społeczeństwie wiele żyło natomiast kalek, osób garbatych, kulawych, tym bardziej widocznych, że wytykano je palcami i zwracano na nie uwagę. Pamięta się tylko pandemie, tymczasem wielkie straty przynosiły lokalne epidemie, obejmujące jedno miasto, które zdarzały się często, bo co 20-25 lat. Na przykład w Krakowie w okresie 1601-1750, odnotowano 48 epidemii, w Gdańsku 40, w Wilnie 25, w Warszawie 59. W latach 1705-1715 zmarło na dżumę 25% ludności Rzeczypospolitej59.
Typową chorobą zakaźną społeczeństw osiadłych, znajdujących się na niskim poziomie sanitarnym i higienicznym, był dur brzuszny. Śmiertelność na skutek zachorowań na dur brzuszny spadała z 332 zgonów na 100 tysięcy w okresie 1871-1880, do 198 w latach 1881-1890, i dalej: 174 (1891-1900), 91 (1900-1910), 35 (1911-1920), a wreszcie 25 (1921-1925)60. Z powodu choroby ginęło 10-20% zarażonych. Schorzenie cechowały gwałtowne biegunki i zatwardzenia, bóle brzucha, gorączka w wysokości 39-40 stopni, ból głowy, kaszel oraz wyczerpanie organizmu. Na skórze pojawiała się wysypka w postaci bladoróżowych plamek. Do zakażeń dochodziło zwykle przez zatrucia źródeł wody. Dur brzuszny to także choroba brudnych rąk, przenoszona przez muchy, latryny i wodę61. Przed zapoznaniem się z tym stanem rzeczy pod koniec XIX wieku wiedziano tylko, że tyfus wiąże się z brudem, smrodem i biedą. Już w 1839 roku William Budd dowodził, że dur nie pochodzi od enigmatycznych wyziewów, humorów czy waporów, ale jest chorobą zakaźną przenoszoną przez jakieś drobne cząsteczki, których nie potrafił jeszcze zidentyfikować. Podczas swej praktyki odkrył zarażenia uczennic z jednej ze szkół korzystających ze wspólnej studni. Dokładne rozpoznanie przyczyn stało się możliwe dopiero po wynalezieniu mikroskopu i odkryciu bakterii przez Roberta Kocha i Ludwika Pasteura. Bakterie duru odkrył i opisał Carl Eberth w 1880 roku Przełomem w leczeniu stało się upowszechnienie antybiotyków w latach 40. XX wieku62.
Trąd i inne choroby
Trąd pojawił się w Europie w XI wieku (ostatnio datuje się przypadki choroby i leprozoria nawet na VI stulecie), a najbardziej pustoszył ją w XIII-XIV wieku. Wzmiankowany jest już jednak w Biblii, jako przypadłość częsta w Izraelu. O trądzie pisali też Herodot i Flawiusz oraz Hipokrates i Arystoteles. Trąd przywędrował do Europy wraz z uczestnikami wojen krzyżowych. Leprozoria, czyli szpitale dla trędowatych, powstawały w Polsce z opóźnieniem w XIII wieku. Nie chciano pomagać chorym, ale chronić przed nimi resztę społeczności, dlatego szpitale powstawały poza miastami. Na ziemiach polskich istnienie pierwszych leprozoriów odnotowano w 1230 roku w Środzie Śląskiej, w 1250 roku we Wrocławiu czy w 1252 roku w Legnicy. Do końca XIII wieku utworzono bardzo wiele innych leprozoriów, z czego dwa w Poznaniu. Schyłek działalności tych placówek przypadł na wiek XVI, w 1599 roku istniał jeszcze zakład w Krakowie, gdzie zamkniętych było 20 kobiet. Trąd wygasał od XV do XVI wieku, kiedy też rozwiązano zakon świętego Łazarza, zajmujący się cierpiącymi na tę chorobę63.
Do wielkich problemów należał także tyfus plamisty, który w Polsce określano, jako fryzle i petocie. Występował często przy okazji kataklizmów wojennych, zwłaszcza w okresie potopu i w początku XVIII wieku, ale również w latach 1726-1727 i 1770-1771. Kolejny problem stanowiła biegunka, czyli dyzenteria albo czerwonka, następnie malaria, nazywana też u nas febrą i zimnicą. Warunki były korzystne dla rozwoju komarów, pełno nieosuszonych bagien, nieuregulowanych rzek, sprzyjających rozwojowi tej choroby.
Wreszcie ogromne znaczenie miała ospa, która przed wprowadzeniem szczepień zabijała 25-50% zarażonych spośród dzieci i starców, poza nimi 50% ogółu ludności. W XVIII wieku stanowiła znaczną część powodów zejść śmiertelnych. W parafii Pławno w latach 1794-1795 na 108 zgonów 34 spowodowała ospa, w Warszawie w 1800 roku na 2740 - 442, a więc 16,1% wszystkich przypadków śmierci64. Szczepienia ospy ludzkiej, a potem krowiej klasy niższe traktowały z nieufnością i wrogo, tak więc konieczne stały się działania propagandowe. Dla przykładu szczepiły się rodziny królewskie i arystokracja. Paryski dziennikarz, Sebastian Mercier pisał pod koniec XVIII wieku: "Szczepienie przyjęło się w Paryżu w wyższych klasach i wśród ludzi zamożnych; nie dotarło jeszcze do mieszczanina, rękodzielnika, a tym bardziej do biedaka"65. Julian Ursyn Niemcewicz przedstawiał w pamiętnikach, jak udało mu się przebyć tę straszną chorobę: "Zachorowałem na ospę; nie znano jeszcze wtenczas szczepionej, mniej jeszcze krowiej. Ospa była silną i niebezpieczną, trzymano mnie w ciepłej niezmiernie komnacie, pamiętam, żem był w gorączce i gadał od rzeczy: przestraszeni dobrzy rodzice, prócz pomocy pana Müllera, lekarza (...) udali się do szafarza życia i śmierci do Boga, ofiarując mnie do cudownej Matki Boskiej w Wistyczach, szlubując votum i że jeśli ozdrowieją rok i sześć niedziel chodzić będę w habicie dominikańskim. Ozdrowiałem za łaską bożą i wraz mnie obleczono w habit, szkaplerz z kapturem, dano czarną myckę i choć zrazu dziobaty, dość ze mnie był rześki dominikanek (...)"66.
W Prusach Południowych regulamin szczepień na ospę wprowadzono prawdopodobnie w 1803 roku. We Francji napoleońskiej szczepienia obligatoryjne zainicjowane zostały w 1806 roku, w Księstwie Warszawskim jednak w roku 1811 i następnie zaczęły obowiązywać również w Królestwie Kongresowym. W samym Kaliszu ospę szczepiono po raz pierwszy w roku 1810. Doktor Bednarczyk z chirurgiem powiatowym Leonardem podjęli się tam szczepienia ubogich dzieci. Te działania zapowiadano na rynku oraz obwieszczano we wszystkich kościołach. Potem szczepienia miały miejsce w 1812 roku i zaszczepiono wtedy 84 dzieci67. Kolejna epidemia ospy w Kaliszu wybuchła w 1815 roku, kiedy to ponownie wzmożono szczepienia, jednak mieszkańcy byli bardzo oporni i akcja przebiegła ospale. Na ziemiach polskich ospa występowała jeszcze po 1918 roku. Po rozpoczęciu systematycznych szczepień w 1922 roku liczba zachorowań gwałtownie spadła. Po drugiej wojnie światowej, przypadki ospy odnotowano w Polsce w 1953 roku, kiedy zarażony był podróżny ze statku, który zawinął do Gdyni, potem w 1962 roku, gdy chorym okazał się pasażer statku przybyłego z Indii do Gdynii, a w 1963 roku ospa pojawiła się we Wrocławiu, znowu przeniesiona z Indii68.
Gruźlica stanowiła wielkie zagrożenie już w średniowieczu, ale i później. Zwiększenie zachorowań na tę chorobę nastąpiło jednak dopiero w XVIII i XIX wieku69.
Choroby weneryczne
Choroby weneryczne są najbardziej moralizowaną odmianą chorób i wiążą się ze sferą seksualną, która z perspektywy zdrowotnej ma dosyć specyficzny charakter. Stały się problemem numer jeden pod koniec XV wieku oraz w XVI wieku, wywołując lęk i przerażenie. Jako datę przybycia syfilisu do Europy z Ameryki Południowej podaje się rok 1495, chociaż część historyków twierdzi, że występował i wcześniej, jedynie mniej widoczny i nierozpoznany. Zwłaszcza w wypadku kiły uznawano, że była ona karą boską za grzechy. Już święty Augustyn przestrzegał: "Zlikwiduj prostytutki, a nieszczęścia i zło wstrząsną światem, nadaj im rangę uczciwych kobiet, a niegodziwość i niesława zniszczą cały świat"70. Główne ogniska zarażeń stanowiły duże miasta, gdzie ladacznice występowały w masie ze względu na turystów, wojsko czy choćby pątników (Rzym), ich działalności sprzyjały również środowiska dworskie, dwory magnackie, elity oraz bogate mieszczaństwo. Bezżenni żołnierze i markietanki odgrywali ogromną rolę w roznoszeniu choroby. Popyt na nierządnice tworzyli samotni mężczyźni, których było bardzo wielu, bo roiło się w tamtym świecie od mężczyzn, niemogących sobie pozwolić na założenie rodziny. Na wsi i w mieście samotnymi pozostawali liczni parobkowie i służba domowa, czeladnicy, jak również uczniowie. Ze względu na dużą śmiertelność kobiet nie brakowało w tamtych czasach wdowców. Mężczyźni żonaci także pozwalali sobie czasami na seksualne atrakcje. W mniejszych miastach i na wsiach prostytutki zdarzały się na jarmarkach i odpustach.
Franciszek Ksawery Bohusz o amsterdamskich ladacznicach w 1777-1778 roku pisał: "Nie ma podobno czytelnika, który by nie słyszał o sławnych musico domach amsterdamskich. Są to domy, czyli szynki publiczne, do których się zbierają wieczorem mężczyźni pod pretekstem tańcowania, w rzeczy zaś samej dla wybierania według gustu swojego kobiet, uczęszczających na to miejsce i zaprowadzenia ich do domów wygodniejszych. Każdy prawie z cudzoziemców będzie raz przynajmniej w tych domach dla ciekawości samej, gdzie albo kwaśne wino, które postawią mu, pić musi, albo (co się trafia pospolicie) zapłacić, tak jakby wypił. Policja cierpi takowe miejsca, aby uczciwe domy wolnemi od napaści były"71. O podobnych "dziewkach" w Londynie pisał Bohusz, że je: "albo nędza ostatnia, albo rozpusta na takie życie przywiodła, a których po wszystkich ulicach liczba wielka niezmiernie. One przykrzą się przechodzącym, zastępują drogę, chwytają za skraj sukni, ledwie się im obronić można. Po mniejszych uliczkach nie ze wszystkim bezpieczno, bo tam są sprawne, że ani się spostrzec, jak ci zegarek i pieniądze z kieszeni wyciągną, należałoby, aby policja cokolwiek o tym pomyśliła. Liczą 2000 domów w Londynie, w których za pieniądze nasycić można cielesności, 500 kafenhauzów, do których co wieczór schodzą się dziewki, czekając, które z nich przychodzące tym końcem chłopcy wybiorą. Podlejszej klasy nierządnic pełno po szynkach, nie licząc innych partykularniejszych domów (...)"72.
W 1764 roku w Tulonie komendant wojskowego szpitala stwierdził, że poza burdelem żołnierz kobiety chętnej nie znajdzie, rezultatem czego są choroby weneryczne73. Wojciech Oczko za przyczynę upowszechniania zachorowań podawał rozwiązłość obyczajów i dowodził, że "przymiot choroba (...) z nierządnego i nieczystego obcowania przyrzucać zwykła"74. Nie należało jednak liczyć na zaniechanie tego procederu, bo instynktownie rozumiano popędowy charakter seksualności i zestawiano bez wahania zachowania zwierząt i ludzi. Jak wskazał Oczko: "wiemy, że nie tylko człowiek, ale bydle każde do lat przychodząc z przyrodzenia jest popędliwe do tego, aby szukając sobie dla wspłodzenia osoby drugiej [stosunek] odbyć pewnego czasu musi, nie inaczej jedno jako urynę albo stolec"75.
Tak więc raz jeszcze podkreślić trzeba, że choroby weneryczne były w dawnym świecie problemem miejskim, a bardziej jeszcze wielkomiejskim i zostały zaliczone do przejawów wielkomiejskiego zepsucia i używania życia. Grzesznemu stylowi życia metropolii przeciwstawiano sielski świat wiejski, gdzie obok rodziny są tylko dobrze znani i przyjaźni sąsiedzi. Nie ma burdeli, nieślubnych dzieci, przerażających dzielnic nędzy i występku, wszyscy wszystkich znają, zaglądają sobie przez okno do talerza i pod pierzynę. Podobnie z badań Wacława Urbana wynika, że na wsi polskiej epoki sarmatyzmu, problem chorób wenerycznych nie miał większego znaczenia. Ludwik Perzyna w podręczniku zdrowia dla włościan dodał jednak aneks o chorobie lubieżnej76. Stwierdzał tam, że wieśniacy zarażali się kiłą w miastach i także jako rekruci.
Warto wskazać na kurację zakopywania chorych na syfilis w gnoju końskim, co widoczne było w niektórych miastach i pełniło też funkcję pedagogiczną i odstraszającą. Kuracje nazywano gnojnikami i stosowano już w XVI wieku w Krakowie i Warszawie. Była to metoda dla biednych, trwająca nawet 6-7 dni. Sądzono też, że nawóz ten ma własności rozgrzewające i zmiękczające. Gnój miał "wyciągnąć na wierzch, to, co jest w ciele, przy tym zapalenie każde chłodzić"77. W XVIII wieku przeważały preparaty rtęciowe, często też sporządzano dziwaczne cuchnące mieszanki, na przykład z oczami raków i łupinami ostryg78. Sebastian Mercier wskazywał, że w Paryżu choroby weneryczne leczono w więzieniu Bicetre, które opisywał, jako "straszny wrzód na ciele społecznym: wrzód ogromny, głęboki, ropiejący; niepodobna spojrzeć nań i nie odwrócić oczu. Powietrze nawet, bijące w nozdrza na odległość czterystu sążni zapowiada, że zbliżacie się do więzienia, do przybytku nędzy, poniżenia, niedoli. Bicetra jest przytułkiem dla tych, których zwiodła fortuna lub lekkomyślność, tak iż musieli wyciągać rękę po jałmużnę, by utrzymać się przy swoim ciężkim i bolesnym życiu. Jest to ponadto więzienie, gdzie zamyka się wszystkich, którzy zmącili porządek społeczny. Za wielki to wrzód w stosunku do obszaru stolicy. Bicetra to słowo, którego nie wypowiada nikt bez odrazy, zgrozy i pogardy. Bicetra staje się wyrazem wszystkiego, co w społeczeństwie najpodlejsze i najnikczemniejsze. Bicetra skupia wyłącznie prawie libertynów wszelkiego rodzaju, rzezimieszków, szpicli, łotrzyków, złodziei, fałszerzy monet, pederastów (...). Pani Necker, naówczas żona ministra, zwiedzała osobiście sale przytułku i uderzył ją tam widok, który do głębi wstrząsnął jej sercem. W sali zwanej salą świętego Franciszka, powietrze było tak ciężkie i cuchnące, że zapierało dech i przyprawiało o mdłości najlitościwsze i najśmielsze spośród zwiedzających osób. Ujrzała nieszczęśników leżących wespół na jednym posłaniu w kałuży odchodów; chorzy przekazywali sobie nawzajem śmiercionośne zadatki. Pani Necker użyła swych wpływów by wprowadzić łóżka, w których leżałyby tylko dwie osoby, drewnianą przegródką zabezpieczone przed cuchnącymi miazmatami. W Bicetrze przyjmują także osoby płci obojej, zakażone chorobą weneryczną; wystarczy w tym celu przynieść kartkę od szefa policji, a kartkę otrzymuje się po stwierdzeniu choroby przez chirurga szpitalnego, Liczba chorych nie jest stała, przyjmuje się ich tylu tylko ilemogą pomieścić sale przeznaczone na ten użytek"79.
Fryderyk Schulz uważał, że wzrost liczby zachorowań na przypadłości Wenery w Warszawie pod koniec XVIII wieku wynikał z rozprzężenia obyczajów. "Pobłażanie w tym względzie opinii publicznej do zbytku łagodnej, nawyknienie do zadośćuczynienia swym zachciankom i fantazjom w sposób nadto swobodny, właściwy synom wolnej Rzeczypospolitej, brak surowszego wychowania u kobiet klas niższych, zły przykład, jaki dają mężczyźni i kobiety z wyższej społeczności, zupełny brak nadzoru ze strony rządu i wszelkiej policji - sprawiają, że się tu dziwić nie można nadzwyczajnemu rozprzężeniu obyczajów, jawności jego, rozszerzeniu złego, mieszaninie bezwstydu i dzikości, jakich może żadna stolica europejska w takim stopniu co Warszawa nie przedstawia"80. Zwracano jednak też w Warszawie uwagę w "Monitorze", że wyeliminowanie prostytucji prowadzi do gorszych skutków: "z dwojga złego obierz co mniejszego, gdyż historia uczy, że daleko okropniejsze wynikały skutki po owych wielkich miastach, gdzie najbardziej usiłowano wykorzenić nierząd i z których tym się bawiące niewiasty wyrzucano. Zaraz bowiem liczniejsze następowały cudzołóstwa, gwałty, porywanie panien, zabójstwa i dzieciobójstwa"81. Choroby weneryczne były od wieków przedmiotem moralizowania i ogromnej przesady, tutaj także. Lekarz Stanisława Augusta Poniatowskiego uważał, że Warszawa przodowała w Europie w zakresie kiły, a Johann Kausch, że w stolicy na 100 rekrutów 80 cierpiało na syfilis82.
W okresie oświecenia próbowano rozwiązać problem przez legalizację nierządu i wprowadzenie przepisów sanitarnych oraz nadzoru lekarskiego i sanitarnego, zamiast represji. Restif de la Bretonne wysunął taką sugestię już w 1769 roku. Zabrały się za to rzeczywiście władze rewolucyjne i później Napoleon jako konsul i cesarz. W 1800 roku zobligowano urzędników "do baczenia na domy rozpusty, na ich mieszkańców i osoby w nich przebywające oraz do zapewnienia środków zapobiegających chorobom wenerycznym i ich rozprzestrzenianiu się"83. W 1802 roku wprowadzono przymusową rejestrację prostytutek i regulaminy dla domów publicznych, a ich liczba rosła szybko nie tylko w okresie cesarstwa, ale również po restauracji monarchii. W Paryżu do 1812 roku liczba zarejestrowanych prostytutek wzrosła z 1 200 do 3 tysięcy, z tego w domach publicznych z 700 do tysiąca. Oczywiście, były jeszcze nierządnice nielegalne. Dziennikarz Sebastian Mercier podawał więc w końcu XVIII wieku znacznie wyższe liczby. Twierdził, że w Paryżu jest 30 tysięcy ladacznic i 10 tysięcy utrzymanek84. W latach 1890-1900 wśród tysiąca prostytutek chorych wenerycznie, przyjętych do szpitala Saint-Lazare, odnotowano tylko 177 zarejestrowanych i 823 pracujących nielegalnie. Wielu ludzi sprzeciwiało się tej legalizacji, ultrasi w czasie swych rządów zamykali domy publiczne przy większych ulicach i starali się skanalizować prostytucję na obszarach getta. "Nieszczęsne ofiary nędzy lub niedbalstwa rodziców. (...) Jakże zacny i niezamożny ojciec rodziny ma się spodziewać, iż zachowa córkę swoją czystą i nieskalaną, skoro dziewczę dorósłszy widzi u swoich drzwi wystrojoną ladacznicę, jak rzuca się na mężczyzn, obnosi się z swą niecnotą, opływa złotem wśród nierządu i pod skrzydłami prawa korzysta z owoców rozpusty? Po zastanowieniu dziewczyna powie sobie, iż za cnotę nie czeka ją żadna nagroda"85.
Parent-Duchatelet był znacznie bardziej krytyczny: "Oddając się szaleństwom namiętności i wszystkim ekscesom rozwiązłego życia, człowiek staje się niegodny tej wolności. Wolność w tym wypadku stałaby się równa swobodzie obyczajów, a żadne społeczeństwo nie może się na niej opierać"86. Prostytucja musi być spychana na margines i tam jest jej miejsce. Aby ulokować to zjawisko na marginesie, analitycy przeszłości tworzyli wokół prostytucji klimat deprawacji, wynaturzenia, zboczenia oraz odchyleń umysłowych. Jako przykłady anomalii podawali uprawianie przez nierządnice i ich klientów, poza stosunkami waginalnymi, seksu oralnego i analnego. Wprawdzie seks analny stanowił w przeszłości popularną formę unikania przez kobiety ciąży, kiedy mąż był za nerwowy na coitus interruptus, ale wiedza ta należała do stabuizowanej.
Kontrole lekarskie w Paryżu odbywały się w przychodni dwa razy w miesiącu, w domach publicznych i w prefekturze. Lekarze narzekali jednak, że kontrole są zbyt rzadkie, aby utrzymać kobiety przy zdrowiu. Hospitalizacja chorych wenerycznie prostytutek przebiegała z ogromną trudnością. W 1811 roku w szpitalu wenerycznym w Paryżu wydzielono dla nich osobny oddział. Kobiety, które opuszczały szpital potrzebowały środków utrzymania, więc natychmiast wracały do pracy na ulicę, czy werbowały je stojące pod szpitalem naganiaczki87. W Lyonie w 1803 roku komisarz policji wydał wojnę prostytucji jako ognisku zakażeń syfilisem i utworzył szpital dla chorych wenerycznie, gdzie rocznie przyjmowano 2 tysiące osób, w tym połowę stanowiły prostytutki. W 1810 roku lekarz tego zakładu stwierdził: "Syfilis tak się rozszerzył, że przytułek nie mógł uczynić zadość wszystkim podaniom o przyjęcie". Lekarze kontrolowali domy publiczne, których było w mieście 50-75 i wykryte przypadki zachorowań kierowali do szpitala. Ostatecznie, po rozwinięciu się badań statystycznych, w Paryżu analizowano sytuację w zakresie zarażeń.
Odsetek prostytutek zarażonych kiłą w Paryżu
Prostytutki zarejestrowane
niezarejestrowane
1859-1868
12
22,9
1869-1878
6,2
16
1879-1888
3,22
16,4
Źródło: Claude Quetel, Niemoc z Neapolu, czyli historia syfilisu, Wrocław 1991, s. 278
Odsetek zarażonych chrobami wenerycznymi na 10 tysięcy mieszkańców w Gdańsku, Poznaniu i Bydgoszczy w pocz. XX w.
1910
1911
1912
1913
Gdańsk
8,64%
11,29%
11,95%
14,71%
Poznań
3,64%
5,10%
4,49%
3,74%
Bydgoszcz
2,86%
4,85%
4,37%
4,42%
Źródło: Walentyna Krystyna Korpalska, Jakub Szmytkowski, Walka z chorobami zakaźnymi na ziemiach polskich pod pruskim zaborem w XIX wieku, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 1-3, 68, 2005, s. 19
Lekarze i leczenie
Stany chorobowe pacjenci określali inaczej niż dzisiaj, bo zupełnie inna była świadomość medyczna. Jacobi Lanhaus w 1768 roku opisywał, jak rano poczuł się niezdrów: "wstawszy z rana o godzinie siódmej zmówiłem jutrznię, prymę i tercyją. Ale, że mnie żołądek bolał snadź od sałaty, której moc jadłem na wieczór, musiałem zażyć dryjakwi, przez co nie miałem mszy [chodzi o księdza - p.m.]. (...) Z rana wstałem, alem chorował, bo mnie wszystko laksowało, a to snadź, żem wiele piwa pił różnego przez drogę dla wielkiego upału, za które wydałem gr 23. Skąd poradzono mi, abym się kaffy napił, co nie dało nic. Musiałem znowy driakiew zażywać circa 11 horam. Na gorzałkę dałem groszy sześć (...)"88.
Lekarz był znaną i ważną postacią średniowiecznego świata89. Tomasz Jurek wskazuje, że Geoeffrey Chaucer wymieniał lekarza wśród charakterystycznych typów reprezentujących różne grupy zawodowe i społeczne. Nie on jedyny. Jakub de Cessolis w dziełku na temat szachów obsadził lekarza w roli jednej z ośmiu figur szachowych90. Instrukcja benedyktyńska dla lekarzy z IX wieku, nakazywała taki sposób postępowania: "Gdy wejdziesz do chorego, spytaj się, czy go co boli: gdy powie, że boli dowiedz się, czy ból jest silny i czy uporczywy. Potem weź chorego za tętno i zbadaj, czy ma febrę. Dowiedz się, czy ból przychodzi razem z dreszczami i czy chory cierpi na bezsenność, czy oddaje normalnie stolec i mocz. Obejrzyj jedno i drugie. Sprawdzisz, czy choremu grozi niebezpieczeństwo i czy choroba jest ostra. Wypytasz się o początek choroby i dowiesz się, co mówili inni lekarze, którzy przedtem chorego widzieli i czy wszyscy mówili to samo oraz czy chory zapadał już przedtem na podobną chorobę. Gdy to wszystko zbadasz, poznasz przyczynę choroby i leczenie nie wyda ci się trudnym"91. W leczeniu średniowiecznym modlitwa i egzorcyzmy odgrywały pierwszorzędną rolę. Chorych zanoszono nawet do kościoła, aby się nad nimi modlić i kropić święconą wodą. Niektórych medyków znamy z imienia. Mikołaj z Krakowa, z zakonu dominikanów z wieku XIII, studiował na francuskim uniwersytecie w Montpellier i wspominany jest w kronice, jako lekarz, który jako antidotum na wszystkie choroby stosował węże, jaszczurki i żaby. Kronikarz odnotowywał ze zdziwieniem, że Mikołaj nie diagnozował choroby przez ocenę barwy oraz konsystencji moczu chorego, co było ówcześnie powszechnym sposobem. Dieta zalecana przez lekarza uchodziła za pogańską i wzbudzała do niego niechęć92.
Jak o Sarmatach polskich słusznie pisał Jan Stanisław Bystroń: "Lekarzy było dość dużo, ale pożal się Boże, co to byli za lekarze! Nie wymagano dyplomów, nie pytano o studia; leczył, kto chciał, jeśli tylko pacjentów znalazł. Pacjenci byli łatwowierni: wystarczała im fama, że ktoś dobrze leczy, wierzyli cudotwórcom, szarlatanom. Najwięcej tu było obcych. Przyjeżdżali obcy z różnych stron i zawsze tu obcy miał największe szanse powodzenia. Niektórych sprowadzali możni panowie"93. Nie inaczej jednak było na Zachodzie.
Już od czasów Hammurabiego pojawiały się uwagi o karaniu lekarzy za szkodzenie chorym przez niedbalstwo i błędy w sztuce lekarskiej. W przypadku chirurgów i aptek, mechanizmy kontroli wprowadzały cechy. Funkcjonował nawet stereotyp napuszonego uczonego medyka, który realnie choremu niewiele może pomóc. Stereotyp ten stanowił przedmiot komedii, m.in. molierowskich. Lekarze nadawali się do tego wyjątkowo, posiadali bowiem łatwy do skojarzenia zawodowy uniform, złożony z wysokiej szpiczastej czapki i długiego stroju. Przemierzali zawsze Paryż na mułach, dyskutując po łacinie o sprawach medycznych. W stereotypie lekarza przedstawiano jako cynika myślącego jedynie o honorariach, a nie o dobru pacjenta94.
Chirurdzy zajmowali się uszkodzeniami i złamaniami kości, puszczaniem krwi, nacinaniem ropni oraz wyrywaniem zębów. Słowo chirurgia pochodzi z greckiego źródłosłowu (grec. cheirourgie) oznaczającego rękodzieło. Podobne jest znaczenie słowa cyrulik. Lekarzy brakowało, więc cyrulicy i chirurdzy powszechnie ich zastępowali. Praktykę chirurgiczną prowadzono już w starożytności i wczesnym średniowieczu, także słowiańskim. Pierwszy znany statut cechu chirurgów w naszym regionie pochodzi dopiero z 1454 roku ponieważ wcześniej chirurdzy działali w sposób niezorganizowany. Nieco później powstawały cechy w innych miastach: w 1477 roku w Krakowie, w roku 1484 w Rzeszowie, w roku 1517 w Poznaniu, w roku 1522 w Przemyślu, a w 1614 roku w Toruniu95.
Ofiarą niedostatecznej wiedzy chirurga Hofmana padł np. niejaki Leon Sitański, który złamał nogę. Chirurg "obejrzawszy rozpoczętą mej nogi kurację, naprzód pierwsze onej opatrzenie zganił, a sam podejmując się mnie leczyć, o cenę za kurację 30 zł umówił się i że w przeciągu czterech niedziel zupełnie złamaną wyleczy nogę zobowiązał się, lecz w czasie czynionych operacji przez niedoskonałość sztuki chirurgicznej kości złamanych złożyć i zestawić nie potrafił, zrządził to, iż kość kilkakrotnie wyłażąc z nieznanym bólem po trzykroć mi piłowana była"96. Stosunek do lekarzy był dość zdystansowany, bo zdawano sobie sprawę nie tylko z małej skuteczności praktyk lekarskich, ale też wręcz niejednokrotnie z ich szkodliwości. Jacobi Lanhaus opisywał, że gdy chory na febrę wezwał do siebie lekarza, ten go pytał, "czy bywa febra. Ja powiedziałem, że nie, on pomacał puls i rzekł: jest dobrze, jest dobrze, jedz sałatę gotowaną. A tu febra była natenczas dość tęga"97. Znany amant osiemnastowieczny, Giacomo Casanova, tak opisywał wizytę chirurgów, gdy został ranny od kuli w pojedynku: "Chirurg nazwiskiem Gendron, pierwszy jaki się nawinął, po przeciwległej stronie zrobił mi otwór tak, że teraz miałem podwójną ranę. Podczas tej operacji opowiadałem całemu towarzystwu przebieg pojedynku, zaciskając zęby z bólu, który sprawiał niezręczny chirurg, grzebiąc mi w ciele kleszczami, by znaleźć kulę. (...) Gdy Gendron odszedł przybył chirurg wojewody ruskiego i zajął się raną, upewniając mnie, że tamtego byłby przepędził, jest to bowiem partacz i nie należy do cechu"98. "Czwartego dnia groziła mojej ręce gangrena, a chirurdzy byli zdania, że wyzdrowienie bez amputacji jest niemożliwe (...). Ponieważ nie zgadzałem się wcale z opinią moich rzeźników, śmiałem się serdecznie z ich ignorancji, a przed południem śmiałem się w nos wszystkim, którzy wyrażali mi swoje współczucie. Dworowałem sobie, gdy hrabia Clary chciał mnie przekonać, że powinienem zgodzić się na operację. W tej chwili zbliżyło się do mnie aż trzech chirurgów naraz.
- Moi Panowie, jest was bardzo wielu, dlaczego aż trzech, śmiem zapytać.
Chirurg, który mnie stale leczył, odrzekł:
- Zanim przystąpię do amputacji, pragnę usłyszeć zgodę tych oto profesorów. Zobaczymy w jakim stanie jest rana.
Zdejmują bandaże i oglądają ranę. Rana krwawi, ciało zsiniało, widocznie zaczęła się gangrena"99. Casanova na amputację zgody nie wyraził, ale chirurdzy ostrzegali go, że gangrena bardzo szybko się posuwa, co postrzelony zakwestionował.
"- O ile znam się na gangrenie, to ja jej nie mam.
- W każdym razie nie rozumiesz się waszmość lepiej na tym od nas.
- Możliwe, ale zdaje mi się, że wy się na tym w ogóle nie znacie.
- To jest trochę za mocno powiedziane.
- Mocno czy słabo, zabierajcie się"100.
Otoczenie Casanovę naciskało, aby poddał się opinii lekarzy i sądzono, że boi się amputacji. Na to ów napisał list z wyjaśnieniami, przy czym dziwiono się, że człowiek z gangreną pisał list na cztery strony. Przysłano więc kolejnych lekarzy:
"Przyszli lekarze w liczbie czterech. Uznano, że moje ramię jest dwa razy grubsze niż normalnie i że posiniało już do łokcia; gdy wszakże zdjęto bandaże, oczom moim ukazało się ciało ciemnoróżowe i co więcej materia. Tymczasem nic nie mówiłem, jakkolwiek wielce byłem uradowany. (...) Chirurdzy oświadczyli, że ramię jest zaatakowane i że nie wystarcza już odjęcie dłoni, lecz konieczna jest amputacja ramienia, która nastąpić musi najpóźniej nazajutrz. Byłem zbyt znużony, aby spierać się z tymi ludźmi, którzy z góry wbili sobie coś w głowę i powiedziałem im, by przyszli następnego dnia z instrumentami, a poddam się operacji. (...) Zaledwo wyszli rozkazałem służącemu nie puszczać ich do siebie". Ostatecznie Casanova rękę i ramię zachował, a inny chirurg bez amputacji doprowadził go do zdrowia, "na przekór swoim uczonym kolegom"101.
Siostra Fryderyka II Wilhelmina wyszła z ospy cało i bez dziobów. Opowiada o tym wydarzeniu oraz niezbyt wzorowym zachowaniu lekarza w pamiętnikach: "Przyniosła mi zwierciadło i ja ze zdziwieniem zobaczyłam, że całą twarz i gors mam pokryty czerwonymi cętkami; przypisywałam to przykrości, jaka mnie spotkała i przestałam o tym myśleć. Ale gdy tylko wróciłam do pokoju króla, wróciło też wrzenie krwi i znowu zemdlałam. Powód był ten, że musiałam przejść całą amfiladę pokoi, gdzie nie było ognia i panował straszliwy chłód. W nocy dostałam wysokiej gorączki i nazajutrz czułam się tak źle, że prosiłam o usprawiedliwienie mnie przed królową, iż nie mogę opuścić pokoju. Kazała mi powiedzieć, że żywa czy umarła, muszę przyjść do niej. Przesłałam jej odpowiedź, że mam wrzenie krwi i że to jest niemożliwe. Powtórzono mi to jeszcze raz. Cztery osoby zawlokły mnie do jej apartamentu, gdzie robiło się mi bez przerwy słabo, a nawet zaprowadziły mnie do króla. Moja siostra, widząc, że się tak źle czuję i myśląc, że zaraz wyzionę ducha, zwróciła na to uwagę króla, który w ogóle mnie nie zauważył. - Co ci jest - zapytał - jesteś bardzo zmieniona... ale zaraz Cię wyleczę! - I kazał mi podać wielki puchar napełniony starym, bardzo mocnym winem reńskim, który rada nierada musiałam wypić. Gdy go połknęłam gorączka mi podskoczyła i zaczęłam majaczyć. Królowa zorientowała się, że trzeba mnie zwolnić; zaniesiono mnie więc do mego pokoju i położono do łóżka całkowicie ubraną, ponieważ otrzymałam wyraźny rozkaz, że muszę się znowu zjawić. Poleżałam chwilę i poczułam, że gorączka gwałtownie wzrasta. Doktor Stahl po którego posłano wziął moją chorobę za wielką gorączkę i zapisał mi kilka środków szkodliwych dla mnie. Cały ten dzień i dzień następny majaczyłam bez przerwy. Gdy tylko odzyskiwałam przytomność przygotowywałam się na śmierć. W tych krótkich przerwach pragnęłam jej gorąco i kiedy widziałam obok mego łóżka panią von Sonsfeld i dobrą Mermann, obie płaczące, starałam się je pocieszyć, mówiąc im, że oderwałam się już od świata i że wreszcie znajdę spokój, dlatego nikt nie będzie w stanie mnie rozbawić. (...) Przez dwie doby byłam między życiem a śmiercią, po czym wystąpiły objawy ospy. Król nie dowiadywał się o moje zdrowie od czasu, gdy zachorowałam. Gdy go powiadomiono, że mam ospę przysłał swego chirurga Holtzendorffa, żeby dowiedzieć się, co jest na rzeczy. Ten brutal powiedział mi wiele przykrych słów w imieniu króla i jeszcze dorzucił coś niecoś od siebie. Czułam się tak źle, że nie zwróciłam na to żadnej uwagi. Potwierdził jednak przed królem relację, jaką mu przekazano o moim zdrowiu. Ponieważ król obawiał się, żeby moja siostra nie nabawiła się tej zaraźliwej choroby, przedsięwziął wszelkie możliwe środki ostrożności, ale w sposób dla mnie bezlitosny. Potraktowano mnie natychmiast jak więźnia stanu; zapieczętowano wszystkie drzwi, które prowadziły do mego pokoju i zostawiono tylko jedno wejście. Królowa i cała służba, podobnie jak mój brat otrzymali wyraźny zakaz odwiedzania mnie. Byłam sama, tylko z moją guwernantką i poczciwą Mermann, która choć w ciąży usługiwała mi dzień i noc z gorliwością i przywiązaniem nie mającym sobie równych. Leżałam w pokoju, gdzie panowało straszliwe zimno. Bulion, który dostawałam, była to tylko woda z solą i kiedy żądano dla mnie innego, odpowiedź brzmiała, że zdaniem króla jest on dostatecznie dobry dla mnie. (...) Przez dziewięć dni byłam w wielkim niebezpieczeństwie, wszystkie symptomy mojej choroby były bardzo groźne, a ci którzy mnie widzieli uważali, że jeśli z tego wyjdę, to będę okrutnie zeszpecona (...)"102.
Wzmianki o oszpeconych ospą twarzach są w dawnych przekazach źródłowych częste103. Henrietta z Działyńskich Błędowska wspomina z przykrością ślady pozostałe jej po ospie: "Wracam do Trojanowa, gdzie zachorowałyśmy obie z siostrą na kur, po czym w tydzień u mnie zadeklarowała się ospa, co nadzwyczaj strwożyło matkę moją, którą zaręczali, iż w jej niebytności przebyłam naturalną, będąc małą, a ta musiała być wietrzną, a moje rodzeństwo mieli szczepione. Ze trzy miesiące chorowałam, od siostry mnie oddalili, by się nie zaraziła. Matka dzień i noc nie odstępowała mnie. Dziwiła wszystkich metoda kurowania przez doktora Francuza, któren - zimową porą to było - okna w pokoju otwierał i mało co kazał przepalać. Pryszcze na twarzy nożyczkami przecinał, aby znaków nie zostało, lecz jak się łaskawe wyręczycielki znalazły, ręką drżącą, niewprawną wszędzie szramy zrobiły"104.
Ciekawy opis dawnego chorowania z końca XVIII wieku pozostawił Seweryn Bukar. Podczas podróży na plecach czuł swędzenie: "Aż dopiero w kilka dni po dotarciu do Dubna, gdy mi ten pryszczyk dokuczać zaczął, opatrzyć kazałem żołnierzowi i pokazało się, że się tam formował wrzodzik, który z małą pomocą byłby przeszedł w supuracyę, lecz ja lekce to ważąc, jak zwykle młodzi bez doświadczenia, zaniedbałem go i stroiłem się zawsząd do pałacu, aż póki nie zaczęła się formować znaczna twardość w tem samem ramieniu pod szyją nad obojczykiem. Coraz więcej dolegliwości czując i sen przerywany mając, zmuszony byłem uciekać do domu rodzicielskiego po pomoc. Przełożywszy więc księciu, że przez lat sześć z rodzicami i familią nie widziałem się, prosiłem o urlaub; dał mi go książę i nająwszy furmana wyjechałem. Podróż miałem niezmiernie przykrą. Bryczka bez budy wystawiała mnie na nieznośny upał, gdyż to był miesiąc lipiec. Powiększająca się na lewej stronie szyi bolączka, sprawiała mi ból głowy i gorączkę, kazałem więc bryczkę wysłać sianem i leżący podróżowałem. Przy tem mil kilka, aż do samej Szepetówki trzeba się było wlec po piaskach i po korzeniach sosnowych, na których każde wstrząśnienie bardzo dolegliwie czuć mi się dawało. Na koniec przecie po trzech, czy czterech dniach podróży zajechałem do Januszpola, kazałem zajechać do karczmy, nie powiadając, kto jestem, dla zrobienia siurpryzy w domu". Na koniec Bukar dojechał do domu, gdzie matka zaraz zorientowała się, że dzieje się z nim coś niedobrego i nie domaga. "Wśród tych radości i powitań matka moja odkryła, że mam jakąś dolegliwość, co i twarz zdradzała. Opowiedziałem więc słabość moją i wzięto się natychmiast do kataplazmowania. Matka moja miała szlachciankę starą zasłużoną, która zwykle leczyła i babiła. To więc najprzód ze skarbnicy wiadomości swoich wszystko wyczerpała, co by mi tylko ulgę przynieść mogło, a tymczasem posłano po doktora do Berdyczowa. Trudno było wówczas o dobrego lekarza, zajechał więc, kogo zastali. Weber zalecał więc kontynuować kataplazmy i zawiadomić siebie, gdy już gorączka zmięknie. Trwało to jednak dni kilkanaście, za chwilę zjechał do operacyi, która dowiodła niezręczności jego. Zrobił incyzyę, wyszło mnóstwo materyi, kazał zakładać otwór flejtuszkami z maścią, którą przepisał i na tym skończył. W kilka dni po tej operacyi ojciec mój z Warszawy powrócił. Jak tylko zobaczył mnie tak wymizerowanego cierpieniem, natychmiast wyprawił do Sławiuty, gdzie mieszkał wówczas najsławniejszy w naszej prowincyi doktór Khittel. Był to doskonały chirurg i operator. Opatrzywszy ranę dokładnie zganił operacyę Webera, który w złem miejscu ją zrobił"105. Choroba odnowiła się w roku 1796, kiedy trzej lekarze "już mój dekret śmierci podpisali", ale wbrew temu autor tych słów wyzdrowiał106. Lekarze bywali różnymi typami postaci, jak wskazuje charakterystyka wojskowego medyka Müllera: "Szwajcar rodem, a do tego pijak"107. Müller poślubił Polkę, szlachciankę, opuścił wojsko i podjął cywilną praktykę lekarską. W ten sposób trafił do niego Bukar. "Konsylium z trzech doktorów skonkludowało, że ja żyć nie mogę, ale Müller stale utrzymywał, że na swoją głowę bierze odpowiedzialność za mnie i tyle przyłożył starania, iż do zdrowia przyszedłem. Kiedy już symptomata okazały się takie, jakich Müller oczekiwał i ja do przytomności wróciłem, wtedy poczciwy mój ordynariusz już podweselony przyjeżdżał do mnie, w pełnym mundurze, przy pałaszu, z fajką ogromną w gębie i flaszką w kieszeni"108.
Z jednej strony lekarzom po uniwersytetach nie dowierzano, z drugiej powszechne było zjawisko nielegalnych praktyk medycznych, czyli szarlatanów. W epoce saskiej to zjawisko się nasiliło. Jak sądził pod koniec XVII wieku Bernard O'Connor, lekarz Jana III Sobieskiego, wynikało to i z tego, że w Polsce lekarzy brakowało, a wielu było cudzoziemców: Francuzów, Włochów i Niemców. "Rodowici Polacy rzadko się do tej nauki przykładają, gdyż w swoim kraju nie mają do tego żadnej sposobności, aby się czego dokładnego nauczyć, a szlachta, która by środki miała z tego powodu do obcych krajów pojechać, jest albo zbyt niedbała, albo za dumna, aby się uczyć profesji, której nauka tyle trudów, a praktyka takiej umiejętności i ostrożności wymaga (...). Co się tyczy sztuki lekarskiej i praktyki takowa bardzo jest niedokładna. Doktorzy nie wiedzą tu nic o tym, co w nowszych czasach wynaleziono nowego w anatomii i chemii. Materia medyczna ledwo jest im wiadoma, a dopiero jej nauka"109. To samo mówiło się jednak na Śląsku. W 1660 roku przybył tam z Polski lekarz mieniący się Wildegans, w rzeczywistości fuszer, oszust i sukiennik. Miał tłumy chętnych, chociaż wszystkie choroby leczył tylko jednym rodzajem pigułek, a uzbierawszy sporo pieniędzy, zniknął bez śladu110.
Z kolei w pamiętnikach Ochockiego, znajdujemy opis leczenia i śmierci jego ojca: "Ojciec mój przeczuwał już zbliżanie się śmierci. Kazał sprowadzić księdza i ten przez pięć tygodni, aż do jego zgonu, w domu naszym zostawał. Ksiądz Pałucki biskup, jako generalny oficjał kijowski, w Żytomierzu jeszcze dał mi indult na odprawianie mszy w pokoju chorego; ja na krok ojca nie odstępowałem, chyba z rana na przejażdżkę dla odetchnienia. Jednej niedzieli zrobiłem sobie intencję spowiadać się i pojechałem do Cudnowa z macochą swoją karetą (...). Ojciec mój chorzał a chorzał. Po kuracyi pana Kitla sformował mu się wrzód pod prawą pachwiną ogromnej wielkości; z ciężkością przyszło go przyprowadzić do pęknięcia, ale dokazano tego przecie. Potem wylewu z niego poskromić nie było można, wyniszczał i osłabiał niezmiernie. Na trzy dni przed śmiercią pokazał się na ręku pryszczyk malutki, w kilka godzin pokazała się gangrena (...) W przeddzień śmierci był bardzo dobrze: zawsze sobie podżartowywał ze mnie, że nie będę miał czem na ślub jechać i czem przywieźć żony. Wieczorem kazał przywołać pasiecznika i pytać go ile ma rojów? Potem ekonoma, dowiadując się, ile ma oziminy? Kazał młócić owies na obroki, odbył z księdzem chrześcijańskie swe ćwiczenie duchowne, poprosił go o absolucyję, którą co wieczór bierał. Nazajutrz, tylko co rozedniało, posłał po mnie. Spytałem go jak się ma?
- Ot, nie tak dobrze jak wczoraj. Nic mnie nie boli, ale czuję rodzaj osłabienia jakiegoś.
- Może pobudzić doktorów? - spytałem.
- Nie trzeba - rzekł - o wpół do szóstej przyjdą mnie opatrywać jak zawsze.
Kazał dla mnie kawę przynieść i postawić mi stolik przy łóżku. Rozmawiałem z nim, ale zauważałem, że z ciężkością, jakby mocno osłabiony mówił. Piłem kawę, patrzył na mnie oko w oko, zabrano ją, weszli doktorowie, ja patrzę na mojego ojca, on na mnie; wtem Rudnicki obraca się do mnie.
- Ojciec pański już nie żyje!
- To być nie może! - rzekłem do niego"111.
Jak pisał etnograf Zbigniew Libera, figura znachora do dzisiaj oparta jest na tym samym schemacie co w XIX wieku. Znachorzy przede wszystkim opierali swoją działalność na przesądach i zabobonach. Odwoływali się do ciemnoty, głównie biednego ludu, choć nie tylko. Faktycznie było to wyłudzanie pieniędzy. Ta sytuacja zachowała trwałość również na wsi okresu międzywojennego: "plaga znachorów wszelkiego typu żeruje na polskim chłopie, na jego chorobie i ciemnocie. Zamawiacze, szeptuny, kostroprawy. Cyganie, pastuchy, zupełni analfabeci, czasem umiejący czytać i pisać, istnieją we wszystkich zakątkach kraju. Każda okolica, każda gmina ma swego cudotwórcę, który rozpoznaje choroby z moczu, z badania wzroku, z ręki, z kart, z wody i leczy najdziwniejszymi metodami...112. Oskar Kolberg opowiadał, jak obserwował obcinanie kołtuna przez znachora: przypatrywał się tym szalonym bachanaliom rozumu ludzkiego, zdawało mi się, że spoglądam na najobrzydliwsze w świecie przedrzeźnianie, a naigrywanie się z tego bożego czynu, którym Chrystus Pan mocą swojego słowa wyganiał z opętanych".
Kaci oprócz torturowania ludzi i zabijania, a także sprzątania zwłok zwierzęcych z ulic i bycia hyclami, świadczyli również usługi medyczne, jako że znali się na anatomii, krajając ciała skazańców (kara obcięcia ręki), prowadząc sekcje zwłok oraz będąc rakarzami. Udzielali regularnie porad medycznych, co stanowiło znaczną część ich dochodów. Już w XVIII wieku gdzieniegdzie zakazywano im praktyk medycznych dla braku formalnego wykształcenia. Sprzedawali też w celach zdrowotnych fragmenty trupów skazańców, jak palce ucięte wisielcom, z których czarownice warzyły lubczyki i sznury po nich. Zabobonny niejaki Sebastian Porębski chciał ukraść genitalia wisielca, aby mu się lepiej powodziło. Z usług lekarskich katów korzystała często biedota, która nie mogła sobie pozwolić na wizytę lekarza z dyplomem uniwersyteckim, gdyż ci byli drodzy i było ich niewielu. Sebastian Mercier pisał: "Gmin chętnie rozmawia o kacie, powiada, że prowadzi on dom otwarty dla biednych kawalerów Świętego Ludwika i chadza do niego po sadło wisielca; kat sprzedaje zwłoki chirurgom lub zatrzymuje dla siebie, wedle swego uznania"113. Nawet przy zatrudnianiu katów brano pod uwagę ich umiejętności lekarskie i weterynaryjne. Do metod leczniczych należało n.p. użytkowanie krwi dzieciobójczyni do leczenia epilepsji, jak to miało miejsce w 1749 roku w Żytawie na Śląsku. W Zgorzelcu w 1644 roku zatrudniono kata "jako dobrego mistrza i lekarza koni"114. Kaci w Dreźnie otrzymywali atest o prowadzonej działalności lekarskiej (1664): "obecnie podaje się do wiadomości obecnemu egzekutorowi Lorenzowi Straßbergowi ze Zgorzelca i zatwierdza z urzędu pismo, że obecny tutejszy kat, mistrz Hans Bendict, podobnie jak znani nam jego poprzednicy, mistrzowie: Jobst Hennen, Christoph Polzen, Hans Strengeln, Franz Heilr, Johan Melchior Wachlen oraz Hans Klöcknern, podejmowali się opieki nad wszelkimi poszkodowanymi, mieli wielu pacjentów w mieście, jak i poza nim i z tego powodu ze strony medyków lub innych osób o podobnym zajęciu wpływały do urzędu skargi na temat ich działań, co jednak nie zmienia stanu rzeczy i wydanego zezwolenia". W Prusach początku XVIII wieku uważano, że kat może zacząć leczyć dopiero po wykonaniu swojej setnej egzekucji -"der Scharfrichter werde Doctor, wenn er 100 Köpfe abgehauen habe"115.
Szpitale (2)
Protestantyzm, a w ślad za tym i przeciw temu Kościół katolicki na Soborze Trydenckim, przyniósł nowe formy opieki nad chorymi oraz ubogimi. Przede wszystkim reformacja, wraz z likwidacją zakonów, oznaczały laicyzację opieki zdrowotnej i sprawowania pieczy nad ubogimi. Szpitale miały też czasami złożone funkcje, zajmując się np. działalnością bankową, jak katolicki szpital we Florencji w 1464 roku albo szpital w Turynie. Podobnie szpital w Cambridge zajmował się udzielaniem pożyczek osobom zadłużonym. Szpitale posiadały znaczne nieruchomości stanowiące źródło sporych dochodów i możliwości inwestowania116.
Sobór Trydencki zalecał zajmowanie się szpitalami i ich otwieranie biskupom oraz plebanom, a działalność pomocy ubogim wzmocniła się. Kościół uzyskał też prawo do nadzoru nad szpitalami - zarządy szpitali składać miały biskupom sprawozdania na temat dochodów szpitali, którzy wizytowali je w celu oceny zarządu i jego pracy. Osoby dopuszczane do współzarządu również zatwierdzał biskup. Na wsiach szpitale oddawano pod opiekę proboszczów. Do szpitala przyjmowano jedynie "prawdziwych ubogich", niezdolnych do życia z pracy własnej, kaleki, starców, dotkniętych chorobą nieuleczalną. Chorzy uleczalnie mieli być po ozdrowieniu ze szpitala usuwani. Warunek przyjęcia do szpitala stanowił, by pensjonariusz znał zasady wiary, z czego został przeegzaminowany przez proboszcza, który miał go także wyspowiadać i udzielić komunii. Synody zakazywały też panom ucisku poddanych, bo powodowało to zubożenie chłopów i wzrost liczby osób w szpitalach117. Ciekawy punkt regulaminów szpitalnych w poznańskiem mówił, że przebywający w nim obowiązkowo mają pracować w ogrodach szpitalnych i na łąkach z zamianą na wykup przez najemnika. Szpitale finansowano z testamentów, donacji oraz datków. Fundatorzy prywatni traktowali swoje donacje jako sposób na odkupienie grzechów: "Szpital budujesz - pałac wieczny sobie budujesz w niebie; tam żyć wiecznie tobie" - pisał autor zbioru wierszy wydanego w 1697 roku118. Na szpitale łożyły też jednak władze miejskie119. Przy przyjęciu pobierano również wpisowe, "wkupne", zwykle dobrowolne, tylko czasami była to określona suma. Biedni mieli wstęp darmowy. Pacjenci także zapisywali spadek szpitalowi w testamencie. Szpitale wyposażono w środki, kamienice, place i działki, dzięki fundatorom oraz donatorom. W mieście rozwieszano skarbonki i korzystano z jałmużny. Szpital Świętego Ducha w Gdańsku był właścicielem sześciu wsi, świętej Elżbiety pięciu, lub siedmiu, informacje są tu różne. Oprócz ziemi szpitale te posiadały renty, pobierały czynsze z różnych fundacji i zapisów czynionych przez władze miejskie, bractwa, gildie, cechy rzemieślnicze i osoby prywatne. Niektóre szpitale nie miały jednak uposażenia, utrzymywały się tylko z jałmużny pacjentów. Jan Stanisław Bystroń zwraca też uwagę, że szpitale niejednokrotnie karmiły swoich pacjentów kiepsko albo wręcz głodziły. O wyżywieniu opowiem więcej za chwilę. Gdzie indziej pacjenci zajmowali się dla zarobku przędzeniem, robieniem pończoch na drutach, kręceniem knotów bawełnianych, zbieraniem i suszeniem ziół.
W praktyce wiele szpitali to po prostu izba w budynkach przykościelnych, gdzie trzymano kilku miejscowych dziadów i nędzarzy, którzy byli do pomocy przy pracach w parafii. W szpitalach zwykle opieka lekarska była marna - dyżurował tam jakiś cyrulik albo balwierz. Mieli oni odwiedzać przebywających w szpitalu, podawać im medykamenty, opatrywać rany, puszczać krew. Dopiero w 1775 roku Komisja Dobrego Porządku orzekła, że w każdym szpitalu musi być doktor i felczer "wcale umiejętni", każdy szpital miał też mieć osobną aptekę. W 1775 roku usługi świadczyło w Warszawie 45 lekarzy i chirurgów, 46 cyrulików, 24 felczerów, 37 akuszerek i 19 aptekarzy. Marszałek Gurowski w 1785 roku podał spis dopuszczonych do praktyki lekarzy, aby apteki wiedziały, czyje recepty honorować120.
Szpitale w Rzeczypospolitej w 1791 roku
Region
Szpitale
Pensjonariusze
Prowincja Wielkopolska
90
1 600
Prowincja Małopolska
213
1 862
Prowincja Litewska
194
2 159
Razem
497
5 621
Źródło: Franciszek Giedroyć, Zapiski do dziejów szpitalnictwa w dawnej Polsce, Warszawa 1908, s. 3.
W szpitalu Świętego Ducha w Warszawie pensjonariuszom codziennie dawano lekkie piwo, na tydzień dwie kwarty kaszy, chlebowego 25 groszy, piwa szlacheckiego kwart dwie, na mięso i okrasę na kwartał dwa złote i 20 groszy, odzież na dwa lata, dla mężczyzny płaszcz i czapka, dla babki płaszcz oraz dwa łokcie płótna. Czy te normy jednak realizowano?121 Jak wspomniałem, w bardzo wielu małych szpitalach ubodzy żyli z jałmużny, przez co wielokrotnie doświadczali głodu z niedożywienia. Taki przykład mamy ze szpitala w Babimoście z 1610 roku, który nie miał żadnych stałych dochodów, a pensjonariusze żyli z osobiście zebranej "przypadkowej jałmużny"122. Szpitale prepozyturalne w dużych miastach posiadały zwykle duże uposażenia i tych problemów nie było. W Rydzynie w 1619 roku ubodzy dostawali w tygodniu samo zboże, a w czwartek i niedzielę chleb, jarzyny oraz mięso. W Zbąszyniu w 1640 roku ubodzy spożywali posiłek tylko raz dziennie, a i to nie zawsze. Pensjonariusze czasem w tygodniu mięso mieli, kiedy indziej nie. W Kórniku w 1696 roku dostawali np. w tygodniu gotowane jarzyny, raz na trzy tygodnie bochenek chleba, a od czasu do czasu masło i ser, w Międzychodzie w 1781 roku otrzymywali 9 litrów piwa w miesiącu. W Bledzewie piwo dostawali pensjonariusze codziennie. Jak ocenia Wojciech Surdacki, wyżywienie pensjonariuszy szpitali wielkopolskich w XVII-XVIII wieku nie odbiegało od posiłków warstw niższych Polski. Chłopi jedli podobnie. Wyżywienie to opierało się generalnie na przetworach mącznych, wyrobach zbożowych, warzywach i artykułach mlecznych. Jedzono szczególnie dużo różnego rodzaju kasz (jaglanej, tatarcznej, jęczmiennej), grochów oraz jarzyn. Mięso w jadłospisie pojawiało się niezbyt często, bo kilka razy w roku, w okresie najważniejszych świąt, ale bywały szpitale, w których na stole znajdowało się co niedziela. Dosyć często jedzono masło i ser123. Podobnie było na Lubelszczyźnie. Zbigniew Góralski stwierdza: "Pożywienie w szpitalach było bardzo proste i opierało się głównie na kaszach i potrawach mącznych. W ordynariach nie spotyka się mięsa, tylko słoninę. Mięso było rzadkim gościem na stołach szpitalnych"124.
Także ogrzewanie pozostawiało wiele do życzenia. Poza wspólną izbą, innych pomieszczeń zwykle nie ogrzewano. W związku z tym, pensjonariusze w zimniejszych okresach przenosili się niekiedy z nieogrzewanych pokojów do wspólnego125. Szpitale miały charakter koedukacyjny, jednak zalecano, aby mężczyźni i kobiety spali w osobnych salach, wprowadzono zakaz odwiedzania swoich pokoi. Intymne relacje damsko-męskie na obszarze szpitala uważano za sianie zgorszenia. Marian Surdacki sądzi jednak, że tych zakazów nie przestrzegano, bo jak wspominałem, przy braku ogrzewania wszyscy - niezależnie od płci - zajmowali wspólną dużą izbę z piecem126.
Już w XVII wieku w Polsce pojawiły się zakony, których szpitale zajmowały się wyłącznie pielęgnowaniem chorych, jak szarytki i bonifratrzy (1609). Początki bonifratrów to założenie szpitala dla osób obłąkanych w Hiszpanii w Granadzie w roku 1542. Na początku XVII wieku podlegało im już 18 domów zakonnych, do Francji przybyli w 1602 roku, a za czasów Ludwika XVI mieli tam już 39 domów zakonnych. Kandydaci do zakonu składali śluby ubóstwa, czystości, posłuszeństwa i służenia chorym. Bonifratrzy czy szpitale Sióstr Miłosierdzia mieli ściśle określone, dokładne regulaminy. Szczególnie chętnie korzystano tam z terapii ziołowych. Porządek w pokarmowaniu chorych bonifratrów z 1728 roku zarządzał: "Czasu pokarmu tak przed południem, jak i wieczór mają dzwonić, a kucharz jeść wyda, a tymczasem bracia posługacze wydadzą na ręce wody chorym, przykazawszy, aby mówili pacierz za dobrodzieja, a bracia, którzy będą w domu do kuchni brać jeść i przyniosą do niemocnice; co gdy się stanie, kapłan niech błogosławi jadło, a infimarz wstawszy niech je dzieli dając każdemu to, co rozkazał lekarz: brat jeden na to naznaczony niech czyta w księdze, w której napisano to, co ma być dane choremu i niech ma infimarz staranie o tych, którzy nie mogą jeść o swojej mocy, aby im posłał brata, który by im służył, karmiąc, pojąc i w innych wszelkiego chorego potrzebach (pomagając). (...) Skończywszy pokarm dziękują głośno Panu Bogu, aby wszyscy w niemocnicy chorzy słyszeli, przekazując im, aby zmówili pacierz za dobrodzieje"127.
Poszczególne zakłady były niewielkie i trzymano tam często po kilkunastu pacjentów. W Gdańsku szpitale w XVII wieku mogły pomieścić kilkanaście do kilkudziesięciu osób, przy znacznie większych potrzebach i stąd duża kolejka. Pensjonariusze dawali wkup, czyli pewną sumę pieniędzy, czasem zapisywali nawet cały majątek, co się działo w momencie, gdy zwolniło się miejsce pensjonariusza lub pensjonariuszki. W jednym z zakładów pobudka przewidywana była na godzinę 5.30: "Chory ma wdziać koszulę białą, czepek na głowę i prześcieradło (...)"128. Prowadzono księgę chorych, gdzie wpisywano i wypisywano kolejne osoby, kolejny numer, dane personalne, wiek, opis choroby, objawy, stan chorego oraz podawane leki, zwykle ziołowe. Panowie traktowani być mieli w szpitalu na równi z ubogimi, jednak leki bezpłatne przewidziane były tylko dla biednych. Tym z kolei zalecano cierpliwość w leczeniu i cierpieniu, instruowano jak postępować w wypadku bólu, agonii i śmierci. Zalecano szacunek wobec chorych i by nie przyjmować podarunków129.
Znane są cztery nowożytne regulaminy szpitali gdańskich. Wszystkie wymagają przede wszystkim spełniania praktyk religijnych przez pensjonariuszy i prowadzenia dobrego, moralnego życia. Modlitwa w kościele położonym obok szpitala miała miejsce trzy razy dziennie. Oprócz tego obowiązywał wymóg słuchania kazań w czwartki i niedziele oraz udział w nabożeństwach. Zakazano przeklinania i złego wzajemnego odnoszenia się do siebie, bójek, kradzieży, przebywania z nierządnicami, pijaństwa. Zabraniano narzekania na wyżywienie w szpitalach, za co groziła kara czasowego wyrzucenia pensjonariusza. Jeden z regulaminów wyjaśniał, że skargi psują zakładowi opinię. Zakazywano spóźniania się do zakładu po zamknięciu bramy i nocowania poza szpitalem. Szpitale gdańskie zamykano zwykle latem o 20.00, a zimą o 16.00. Spóźnieni musieli dzwonić specjalnym dzwonkiem, a następnie zgłosić się do szpitalnika i wytłumaczyć swoje spóźnienie. Kara dla mężczyzn to odebranie przydziału pożywienia na następny dzień, a dla kobiet zmniejszenie racji. Nie wolno było wprowadzać na teren szpitala gości, w tym i kobiet, do jadalni czy sypialni130.
Szpital pod wezwaniem Świętego Ducha w Prądniku koło Krakowa wybudował w 1220 roku biskup Iwo Odrowąż131. Jan Długosz pisał, że zrobił to z troski o los "nieszczęśliwych ludzi płci obojga". W opisie klasztoru duchackiego w Sandomierzu Długosz pisał: "zbierają potrzebujących z całej ziemi sandomierskiej, dzieci porzucone zbierają i żywią". Charakterystyczne są zresztą zapisy datków: "Od księdza Suchockiego 200 florenów na ubogich, co po ulicach leżeli albo dla babki wziętej spod bramy cmentarza". Z powodu dużej odległości do miasta, wspomniany szpital w Prądniku w 1244 roku przeniesiony został do Krakowa przez biskupa Jana Prandota. Szpital był jednocześnie przytułkiem dla biednych i pełnił funkcje lecznicze. W XVII-XVIII wieku duchacy zajmowali budynek, który składał się z dwóch skrzydeł, w jednym leczono i mieścił się szpital, a w drugim znajdował się klasztor. Szpital połączony był z kościołem świętego Krzyża przy pomocy dużego półkolistego okna, tak że chorzy i ubodzy mogli uczestniczyć w nabożeństwie. Już w 1808 roku układ szpitala wyglądał następująco: znajdowała się tu duża izba ogrzewana piecem, jedyna na parterze szpitala. Miała ona cztery okna. Przewidziano w niej miejsce dla osób starszych i kalek. Przy drzwiach znajdowała się figura miłosiernego Pana Jezusa, wewnątrz ołtarz z tryptykiem przedstawiającym świętą Annę Samotrzecią, Matkę Boską Królową Nieba oraz świętego Jana. Przez sień przechodziło się do izby obok przeznaczonej dla chorych na gorączki, febry i puchliny. I tu znajdowały się rozmaite święte wizerunki, ale również praktyczny piec z zielonych kafli. Do noszenia chorych służył stołek z poręczą. Kolejna izba przeznaczona była dla nieuleczalnie chorych i także posiadała piec, następna dla chorych zakaźnie, na suchoty i szkorbut. Na piętrze znajdowało się pomieszczenie dla sierot, także z piecem, obok dla mamek z niemowlętami i kolejne z małymi dziećmi, potem ze starszymi, dwie izby dla kobiet ciężarnych i położnic. Przy każdej izbie wisiały tablice z nazwiskami chorych i sierot oraz biednych. W oknach były szyby wprawione w ołów, a wcześniej błony132. W średniowieczu i epoce nowożytnej bracia opiekowali się biednymi i chorymi, siostry dziećmi i kobietami, przy czym mężczyzn i kobiety umieszczano osobno. Źródła podają też, że szpital posiadał profesjonalnego medyka, cyrulika i balwierza, pomoc kuchenną, jak również praczkę szpitalną. Klasztor i szpital utrzymywały się z fundacji siedmiu wsi, co wiemy z dokumentów z wieku XV. Stałą pozycję w dochodach stanowiły też datki miasta na utrzymanie biednych. W latach 1485-1526 były to dochody z jatek krakowskich, młynów na Prądniku, ogrodów w Wieliczce, na Błoniu i Kleparzu oraz na terenie parafii świętego Piotra i Pawła w Krakowie. Zdarzały się też datki osób indywidualnych. Jan de Regulis ofiarował duchakom czynsz z domu na sumę 300 florenów. W 1495 roku Jan Prasner i Wojciech Łęczycki zapisali czynsz z innej kamienicy. Takich zapisów istniało więcej. Szpital, jak łatwo się zorientować, był duży - w 1568 roku mówi się o 300 chorych.
Wszyscy pacjenci w szpitalu Świętego Ducha otrzymywali te same posiłki, a żywność pochodziła z majątków wiejskich duchaków (1638). Śniadanie składało się z chleba i piwa, obiad z porcji mięsa, krup tatarczanych, lub jęczmiennych, grochu oraz jarzyn, jak kapusta zielona i kiszona, pietruszka, buraki, cebula, marchew, soja, szpinak, a na kolację pieczeń wołowa, kluski, krupy oraz groch. W posty podawano kluski, krupy, śledzie. Mięso serwowano cztery razy w tygodniu: w poniedziałek, wtorek, czwartek i niedzielę. Bywali jednak prowizorzy, przy których chorzy mieli mięso jedynie w święta: Bożego Narodzenia, Wielkanocy czy Zesłania Ducha Świętego. Z tłuszczów serwowano słoninę, smalec, łój, masło i dużo oleju. Polewki sporządzano z siemienia lnianego, oleju, piwa, owoców, marchwi oraz innych jarzyn, żur kwaszono z mąki i otrąb. Dawano też chorym owoce i świeże warzywa z ogrodów duchaków. Z okazji Bożego Narodzenia pacjenci otrzymywali zwyczajowo strucle i pierniki, na Wielkanoc barszcz z jajami i placek. Chorzy leżeli w łóżkach we własnej pościeli, jednak biedni w szpitalnej. W 1651 roku znajdowały się tu duże drewniane łóżka z zadaszeniem i firankami. Dekret biskupi zalecał, aby łóżka posiadały materace wyściełane sianem, dwie poduszki, koce pokryte płótnem, a zimą pierzyną. Bielizna i pościel chorych miały być zmieniane często, a chorzy myci dwa razy w tygodniu. Głos dzwonka oznajmiał czas posiłków. Leki ziołowe pochodziły z własnych ogrodów duchaków. Na terenie zabudowań szpitalnych wytwarzano też własne leki133.
Pamiętać również należy o szpitalach dla podrzutków. W epoce nowożytnej przy wzrastającej populacji, zasoby żywności pozostawały na stałym poziomie, powodując jej niedobór. Kobiety porzucały swoje dzieci z powodu trudnych warunków materialnych, zgwałcenia czy pozamałżeńskiej ciąży i obawy przed wykluczeniem. Wielu rodziców pozostawiało z niechcianymi dziećmi pełne żałości listy, opisujące nędzę, w jakiej się znaleźli. Wchodziły w grę także kobiety z marginesu społecznego, a więc żebraczki, prostytutki i złodziejki. W artykule 81 Caroliny (Kodeks kryminalny z 1532 roku) czyn taki karano śmiercią: "Gdzieby która dziecię swe porzuciła, chcąc się go zaprzeć ani o nim wiedzieć - jeśliby dziecko to porzucone - pierwej niźliby o nim dowiedziano, umarło za przyczyną jej porzucenia i odbierzania - ma być na zdrowiu albo też i na gardle karana"134. Tylko nieliczne szpitale były wyspecjalizowane w przyjmowaniu sierot, większość miała pacjentów przemieszanych i różnego rodzaju. Obok podrzucania dzieci problem stanowiło dzieciobójstwo. Martwe dzieci znajdowano na śmietnikach, w kanałach czy w rzekach135.
Szpital Świętego Ducha w Warszawie powstał na mocy przywileju danego przez Jana księcia Mazowieckiego z 10 kwietnia 1425 roku: "ubogim, którym podobało się panu Bogu różnymi utrapieniami i natury kalectwami wieku podeszłego nawiedzić"136. Szpital świętego Łazarza został też założony w Warszawie. W księdze brackiej znajdujemy dokument: "Zaczencie Szpitala Gnoiników, to jest w gnoiu porzuconych chorych. Był Sejm w Warszawie, na którym wiele ludzi po ulicach y w gnoiu chorych y drugich dzieci malich zdrowych nagich na zimnie umierało. Kaznodzieia Krola I.M.X. Piotr Skarga Societatis Iesu upominał na kazaniu ludzi do miłosierdzia y opatrzenia onych umierających, y rozbodzil Pan Bóg wiele serc ludzkich, ktorzi ialmuzne na takie nendzne dawali (...)"137. Jak stwierdzał regulamin, bractwo podejmuje się dozoru i opieki nad chorymi, ale bez łożenia na ich żywienie, o co mają zadbać sami. W rachunkach z 1648 roku odnotowano wkupne w wysokości 6 złotych, jednak jeżeli zbierano biedaków z ulicy, nie brano od nich żadnych pieniędzy. "Ten szpital z ialmuzny ludzkiej żywić ma się" - czytamy dalej. Już w roku 1591 wynajęto dom na Nowym Mieście, gdzie utrzymywano chorych. Kolejne lokalizacje szpitala to zbieg ulicy Piwnej i Dunaj, a następna przy ulicy Mostowej. Wizytacja z 1644 roku wzmiankowała na temat chorych: "Byliśmy na rewizyi w szpitalu (tu wyszczególniono, co trzeba naprawić: ubogich zastaliśmy dwunastu, bab ośm, dziadów czterech, a umarło ich dziewięciu za rządów imć pana Starszego. W spiżarni zastaliśmy pół połcia mięsa, sadła połowę, masła faskę poczętą, jagieł niespełna ćwierć, piwa beczek dwie, trzecia poczęta, soli pół beczki"138. W połowie XVIII wieku nowy szpital mógł pomieścić 100 chorych, ale dla oszczędności trzymano tylko 60-25 mężczyzn i 35 kobiet. W 1789 roku przebywało tam 50 chorych i 24 ubogich. Jeżeli chodzi o pomoc lekarską, długo wspominano tylko felczera, cyrulika, lub balwierza, ale już pod koniec XVI wieku, spotyka się doktorów medycyny. W 1793 roku pracował w szpitalu jeden z pensją 100 złotych. Żywienie chorych w 1722 roku prezentowało się następująco:
Niedziela - sztuka mięsa, jarzyna
Poniedziałek - groch ze słoniną, kapusta;
Wtorek - sztuka mięsa, jarzyna;
Środa - barszcz, kasza z masłem;
Czwartek - sztuka mięsa, jarzyna;
Piątek - barszcz, kasza z olejem;
Sobota - barszcz, kasza z masłem139.
W specjalnych sytuacjach dodawano piwo z masłem, kaszy i cielęciny za trzy grosze. W 1793 roku kuchnia chorych składała się z kaszy jaglanej, jęczmiennej na kleik i krupnik, grochu, mąki na kluski, mięsa wołowego, słoniny na okrasę, oleju, mąki na 45 funtów chleba oraz piwa szlacheckiego140.
Warszawski Dom Podrzutków założony został według wzorów francuskich przez Księży Misjonarzy, a konkretnie Piotra Gabriela Baudouin, który przyjechał do Warszawy w 1717 roku jako spowiednik sióstr miłosierdzia. Założyciel jego zakonu, Wincenty a Paulo, był twórcą pierwszego domu podrzutków w Paryżu. Mnich z datków i ofiar w 1732 roku zakupił plac, gdzie wystawiony został drewniany budynek naprzeciwko kościoła i klasztoru dominikanów. Do opieki nad dziećmi zatrudniono cztery siostry miłosierdzia i kilkanaście mamek. Ten budynek uległ prawdopodobnie spaleniu i w pobliżu wybudowano nowy, murowany i dwupiętrowy w 1736 roku. W tym samym roku przyjęto tutaj 48 dzieci. Personel składał się wówczas z 12 księży i zakonnic, jednego urzędnika, pięciu służących i 15 mamek oraz cyrulika. Siostry przyjmowały jałmużnę i zapisy testamentowe na rzecz szpitala, a w kościołach znajdowały się skarbonki. Szpital nosił już wówczas nazwę Dzieciątka Jezus. Na skutek zapisów testamentowych, pobudowano następnie dla domu obszerniejszy budynek. W statucie nadanym szpitalowi wspomina się o piętnowaniu dzieci należących do przytułku na niewidocznej części ciała. Zajmując się szpitalami w 1765 roku, Stanisław August przeznaczył szpitalowi podatek orderowy, który obciążał Kawalerów Orderu Świętego Stanisława. Mieli oni wpłacić szpitalowi 25 czerwonych złotych przy odbiorze orderu, a potem cztery złote rocznie. Potem w 1776 roku ustalono subwencję państwową na 25 tysięcy złotych rocznie. Szpital cierpiał jednak bez przerwy na brak gotówki i liczył się każdy zapis testamentowy. Wielkie były koszty opłacenia mamek141. Jędrzej Kitowicz opisywał szpital następująco: "Jest koło wydane na ulicę, blisko niego dzwonek z sznurkiem, w to koło należy dziecko włożyć i zadzwonić (...) lecz, gdy zaczęto zbyt wielką moc dzieci podrzucać co noc w to koło, tak, że ich mamkami opatrywać nie można było, postawiono straż niedaleko koła, dla chwytania osób podrzucających"142. Jeżeli kobieta była mężatką, dziecka nie przyjmowano, w innym razie brano razem z dzieckiem do szpitala, gdzie do karmienia otrzymywała drugie. Dziecko, które miało czerwonego złotego od matki, przyjmowano bez problemów, a matkę puszczano. Przyjmowano także dzieci rodziców majętnych, "którzy nie lubią słuchać płaczu dziecinnego w domu". Dzieci takie opłacano, miały mamkę i piastunkę. Za opłatą można też było w szpitalu odbyć potajemnie poród. Nie wszystkie dzieci przebywały w szpitalu, część na mieście u mamek, na pensji szpitalnej.
Umieralność dzieci we wszystkich przytułkach, również w innych krajach, była przerażająca, nie inaczej tutaj. W 1775 roku na 361 dzieci zmarło 290. Według raportów, coroczna śmiertelność w przytułku wahała się od 50 do 80%. "Lubo i w największych wygodach pańskie dzieci umierają jednak" - komentowano w raporcie szpitala, zwracając uwagę, że do przytułku dostawały się dzieci chorowite, słabe i chude. Ta wysoka śmiertelność stanowiła zjawisko w sierocińcach powszechne. W dwóch domach podrzutków w Gdańsku w latach 1740-1749 do 14. roku życia doczekało tylko 8% dzieci143. Mary Lindemann podaje, że w zwykłych szpitalach dla dorosłych w XVIII wieku w Anglii, Francji czy we Włoszech, śmiertelność była również ogromna i wynosila 1/4-1/3 pacjentów, są to jednak z pewnością dane zaniżone. Średni czas pobytu w szpitalu trwał wtedy 30-50 dni. Dzieci już wtedy trzymano nie tylko w szpitalu i u mamek w mieście, ale także oddawano na wieś144. To samo stwierdzał Sebastian Mercier, opisujący los podrzutków paryskich: "Dom podrzutków to druga otchłań, która nie oddaje ani jednej dziesiątej powierzonych jej istot. Siedem do ośmiu tysięcy dzieci - prawego lub nieprawego łoża - przybywa rocznie do paryskiego przytułku, a liczba ich wzrasta z roku na rok (...) Trzeba jednak zauważyć, że wiele z tych dzieci pochodzi z prowincji. Dziewczyna na prowincji zostawszy matką, pozbywa się cichaczem dzieciaka, którego nie ma odwagi zatrzymać, chociaż we wszystkich innych okolicznościach darzyłaby je tkliwą miłością (...) Przewozem podrzutków trudni się człowiek, który nosi je na plecach w wymoszczonej skrzynce, mieszczącej troje dzieci. Układa się je w powijakach tak, żeby mogły oddychać"145. Przypomnieć warto, że krępujące dziecko do 2. roku życia i niekorzystne dla jego rozwoju powijaki były w Europie nowożytnej powszechną praktyką146.
Opis warszawskiego domu podrzutków z 1791 roku stwierdzał, że brama jest pilnowana w dzień przez żołnierza, ale w nocy nie ma tam nikogo i matki podrzucać mogą dzieci. Są one wkładane do koła, które po obróceniu znajduje się w izdebce, gdzie dyżurowały dwie osoby. Po lewej stronie znajdowała się izba do przyjmowania chorych i dzieci w dzień. Tam także zgłaszały się mamki wiejskie po wypłatę pensji. Na piętrze mieszkało 67 dziewczynek, w sali razem z nieuleczalnie chorymi kobietami, z wejściem od strony korytarza, w której to sali "osób niepięknie zachowujących się i smrodliwych jest 13"147. W innej części piętra znajdowała się sala mamek. Wstawiono tam 10 kolebek "czworo niemowląt zmieścić mogących" i dziesięć łóżek. Dalej była izba z chłopcami i piastunkami. W sumie dzieci przebywało 217.
Dwaj Francuzi odwiedzający Polskę w początku XIX wieku tak opisywali szpital: "Sale dla chorych, których jest sześć przylegają do siebie... Szpital ma w przybliżeniu czterysta łóżek, na jedną przypada od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu. (...) Łóżka są wygodne a sale nieźle utrzymane. (...) Podrzutki przyjmowane są o każdej porze dnia przez przełożoną, w nocy zaś składa się je w furcie. Dzieci są rejestrowane i chrzczone, a następnie oddawane pod opiekę mamek, które w liczbie dziesięciu mieszkają w zakładzie. Otrzymują one wyżywienie i odzienie za darmo, a prócz tego jeszcze cztery dukaty rocznie. Dzieci jak najwcześniej wysyła się na wieś. Gospodarz prócz odzieży, bielizny itp. dla dziecka otrzymuje siedem złotych miesięcznie. Odbiera się dziecko po ukończeniu trzech lu czterech lat, a w szóstym roku życia oddaje się je do szkoły. Przy zakładzie znajdują się cztery szkoły: dwie dla chłopców i dwie dla dziewcząt: w jednej uczą się czytać, a w drugiej pracować. (...) Dzieci opuszczają zakład po ukończeniu szesnastego lub osiemnastego roku życia. Chłopców umieszcza się w warsztatach rzemieślniczych, dziewczynki oddaje się na służbę do domów prywatnych"148.
Zjawisko porzucania dzieci, aborcji i dzieciobójstwa oraz braku antykoncepcji związane było z nieślubnymi urodzeniami. Na wsi zdarzało się to rzadko, bo lepsza była społeczna kontrola i nadmiar ludzi odpływał do miasta. W powiecie przasnyskim w latach 1807-1813 wystąpiło tylko 5,7% urodzeń nieślubnych149. To sytuacja typowa w regionie wiejskim, gdzie odsetek dzieci nieślubnych wahał się od 3 do 5%150. Kolejny rezultat reglamentacji seksualności i braku regulacji poczęć stanowiły porzucenia dzieci. Matkę, gdyby dziecko zmarło, Groicki zalecał karać śmiercią. W innych razach winną wypędzano ze wsi151.
Prawdziwą eksplozję liczby dzieci nieślubnych, nazywanych przez historyków "pierwszą rewolucją seksualną", wywołały rewolucja przemysłowa i rozluźnienie ustawodawstwa w odniesieniu do dzieci nieślubnych w XVIII i początku XIX wieku152. Dotychczas - w epoce nowożytnej - ten tzw. bękart miał zamknięty dostęp do urzędów publicznych, nie mógł być świadkiem w procesie sądowym, studiować czy ubiegać się o tytuły magisterskie i doktorskie. Na przykład w Gdańsku nie wolno im było starać się o pobieranie nauki rzemiosła, a także o obywatelstwo miasta153. Zapowiedź wzrostu liczby dzieci nieślubnych znajdowała się już wszakże w wielkich miastach epoki nowożytnej, gdzie w tłumie chowały się matki dzieci nieślubnych i gdzie takie porody stanowiły już w XVIII wieku 15-30%, a czasem nawet (chociaż rzadko) 50% wszystkich urodzeń. Na obszarze Niemiec największa liczba dzieci nieślubnych w XIX wieku występowała w katolickiej Bawarii i Saksonii, jednak również wiele w luterańskiej Szwecji. Niska stopa urodzeń nieślubnych występowała w Rosji, ale już w samym Petersburgu dochodziła do 50%. Karyntię w Austrii Michael Mitterauer nazywa Jamajką Europy, ponieważ w XIX wieku liczba dzieci pozamałżeńskich w niektórych parafiach dochodziła tu do 80%, a średnio wynosiła 60%154. W Warszawie w latach 1710-1800 nastąpił wzrost liczby takich urodzeń z 1% na 12% (w latach 1740-1760 - 20%); w Gdańsku w okresie 1739-1744 odnotowano 4,5% urodzeń nieślubnych, chociaż Jan Baszanowski sądzi, że ze względu na niekompletność danych faktyczna liczba takich przypadków wynosiła 6%; w Poznaniu w latach 1800-1805 nieślubne urodzenia wynosiły w parafii świętej Marii Magdaleny 15,3%, a w okresie 1811-1815 - 17,5%. W latach 1815-1848 wartość ta wzrosła z 15 na 20%, utrzymując się na wsi na poziomie 6%155. Znacznie większy odsetek występował w dużych miastach. Ludwig Formey pisał o Berlinie, że panują tam swobodniejsze niż na prowincji obyczaje, występuje opóźniony wiek zawierania małżeństw oraz częstsze związki pozamałżeńskie156.
Formy szpitali były też różne. W Gdańsku w 1414 roku powstał szpital dla chorych marynarzy i rozbitków. Oprócz przytułków i leprozoriów, funkcjonowały też przybytki dla cierpiących na dolegliwości weneryczne i psychiczne. Szpitale dla chorych na kiłę powstawały od początku XVI wieku. Podobne ośrodki odnotowane mamy w Paryżu, Strasburgu, Augsburgu, Rzymie, Florencji, Neapolu. Tak było już w późnym średniowieczu i epoce nowożytnej. Jeżeli chodzi o placówki specjalistyczne, wspomnieć trzeba o szpitalach wojskowych i o opiece nad weteranami, która zapoczątkowała pomoc osobom kalekim. W Prusach szpitale wojskowe w miastach garnizonowych tworzył Fryderyk II.
Pierwszy szpital generalny we Francji powstał w Lyonie w roku 1531. Miał przeciwdziałać zagrożeniu narastającym pauperyzmem i żebractwem i było to już po trosze więzienie, ze względu na akcent na dyscyplinę, nadzór oraz represje. Szpitale generalne wymyślono jednak w Anglii, gdzie rozwiązanie zakonów stworzyło lukę na rynku opieki zdrowotnej. Podobna sytuacja panowała w krajach protestanckich. W 1676 roku Ludwik XIV zarządził, że każde większe miasto musi mieć własny szpital generalny. Wraz z tymi placówkami w Anglii, Niemczech i Włoszech powstawały domy pracy, przypominające więzienia157.
Także szpitale dla syfilityków w XVIII wieku zaczęły zajmować się wyłącznie leczeniem i przestały być przechowalnią dla zarażonych. W XVIII wieku w aktach erekcyjnych polskich szpitali mówi się, że przeznaczone są dla ubogich chorych, a nie ubogich i chorych, jak wcześniej. W tym czasie w Anglii powstawało też coraz więcej szpitali prywatnych. Pierwszy - Westminster Infimary - w 1720 roku. Do końca wieku założono około 30 w kolejnych miastach brytyjskich. W Londynie Saint George w 1733 roku, London Hospital w 1740 roku, Middlesex Hospital z 1745 roku. Szpitale zaczęły też funkcjonować na prowincji w Liverpoolu, Yorcku, Winchesterze i Bristolu. W latach 1740-1770 w samym Londynie powstały 24 organizacje charytatywne. Na kontynencie dominowała działalność publiczna, często jednak nie rządowa, a komunalna. We Włoszech czy Niemczech również pojawiały się inicjatywy prywatne, jak w wypadku szpitala w Kilonii, Hamburgu czy w Lubece158.
Szpitale przedrewolucyjne były miejscami wyjątkowo nieprzyjemnymi. W paryskim Bicetre czy Hôtel Dieu, rekonwalescenci nie tylko przebywali razem z ciężko chorymi i umierającymi, ale nawet z umarłymi, których ciał nie usuwano należycie szybko. Operowano nierzadko na środku sali pełnej łóżek z pacjentami. Położnice leżały po trzy-cztery w jednym łóżku, nie licząc pozostawionych przy ich boku noworodków (generalnie łóżka w szpitalach były szerokie i spała w nich więcej niż jedna osoba). Dzieci skrofuliczne, z chorobami skórnymi, niedorozwinięte i inne, przemieszane spały po kilkoro w jednym łóżku. Mary Lindemann stwierdza, że historycy w ogóle opisują średniowieczne szpitale w sposób niezmiernie mroczny i ponury. Na przyklad szpital dla kobiet na Malcie, opisywany przez Johna Howarda, był "najbrudniejszym miejscem, jakie kiedykolwiek widział". Gdzie indziej u różnych autorów czytamy, że przemieszani ze sobą chorzy leżeli w okropnych warunkach, osoby chore umysłowo szwędały się po szpitalu, a agresywni byli przykuwani do łóżek. Taka sytuacja trwała, jak się często sądzi, do reform epoki oświecenia. Lindemann wskazuje jednak, o czym ja również piszę, że wiele szpitali już przed XVIII wiekiem wypełniało szereg funkcji medycznych i ukazywanie oświecenia jako momentu drastycznej zmiany, jest przesadą. Zmiana była, ale wiele podejmowanych działań naprawczych ją zapowiadało159.
W warszawskich szpitalach świętego Łazarza i Świętego Ducha, podrzutki w nocy składano pod furtą, a kołyski były nieodpowiednie i do każdej dawano po kilkoro niemowląt160. O szpitalu świętego Łazarza pisali zwiedzający: "Wedle tego co nam mówiono warunki są tam tak straszne, że służba woli ukrywać chorobę, aby nie narażać się na wysłanie do szpitala. Opinię taką potwierdza fakt, że udało się nam zobaczyć chorych. Sale są bardzo źle utrzymane, w łóżkach leżą liche sienniki; wszystko to jest w najwyższym stopniu odrażające... Wentylatory, które przydałyby się tu bardziej niż gdzie indziej, w ogóle nie są znane"161.
Te przerażające opisy nędzy i smrodu dawnych szpitali powtarzają się często i w stosunku do zachodniej Europy. Tak jest w wypadku Paryża czy Neapolu. Szpital w tym ostatnim odwiedzał Stanisław Staszic i stwierdził: "Widziałem tam chorych do trzechset. Między temi chorymi było najwięcej żołnierzy, albowiem generalna to jest uwaga, że rząd tutejszy mając postać rządu na północy, a nie chcąc ekspensować na szpitale, zapycha swoimi żołnierzami szpitale dawne, przez partykularnych fundowane dla ubogich chorych mieszkańców, a nie dla despotyzmu obrońców. Między temi chorymi zastałem nieporządek i niechlujstwo, wszyscy prawie leżeli bez koszuli. Na dole widziałem podrzutki. Tamże też zastałem wielki nieporządek smród i bród i nieznośny wrzask mamek; dzieci zaś jak pomarłe ledwo się ruszały. Widziałem ze zgrozą w jednym łożu dzieci umarłe wraz z żyjącymi pomieszane"162.
W Polsce Szpital Świętego Ducha w Warszawie wyglądał następująco: "sala sklepiona, widok z podwórza mająca, w środku której ołtarzyk mały, przed którym ubodzy się modlą, w koło tej sali znajduje się komórek z tarcic z zamknięciami sporządzonych dwanaście, w których białogłowy (...) sypiają (...), druga sala (...) z podobnymi komórkami dla dziadów"163. Taka wielka sala szpitala Świętego Ducha w Krakowie liczyła 21,75 metra długości i 8,25 metrów szerokości, była wysoka i miała beczkowate sklepienie164. Podobnie jedną izbę miał szpital w Śremie. W dwóch szpitalach w Warszawie wyodrębniono sale dla "uciążliwie chorych", zwanych osobami "niepięknie się zachowującymi i smrodliwymi"165. W Księstwie Warszawskim narzekano również na ubóstwo, które nie pozwalało na należyte rozmieszczenie pacjentów i izolację zakaźnych. Odnotowano kłopoty z częstotliwością zmieniania pościeli i higieną w ogóle166.
Większość szpitali stanowiły małe zakłady na prowincji. Witold Jeszke opisał takie placówki w Wielkopolsce, w powiecie gostyńskim167. Były tu szpitale dla ubogich i starców, jak placówka w Domachowie. Wybudował go i wyposażył archidiakon krakowski Krajewski. W 1590 roku biskup poznański Kościelecki dodał rolę chłopską i dom. Pensjonariusze, jak przekazuje notatka z 1610 roku, utrzymywali się jednak z jałmużny. Kolejny szpital drewniany znajdował się w Pępowie, gdzie przebywało w 1610 roku 12 ubogich, którzy mieli swoją rolę i bydło, ale dorabiali żebraniem. Szpital w Nieparcie, z czterema ubogimi, groził zawaleniem. W Strzelcach szpital miał wielką izbę ogrzewaną i sześć małych izdebek na ubogich. W tym samym powiecie działały jeszcze szpitale w Żytowiecku, Poniecu, Borku, Krobi, a także w Marysinie168.
W XIX wieku zaczęto bardziej zwracać uwagę na komfort psychiczny chorych i ich samopoczucie, chociaż fakt, że pacjenci szpitali należeli głównie do biedoty, już na wstępie obniżał poziom usług zdrowotnych. Umieszczano zatem kostnice nie w pobliżu sal z chorymi (jak dawniej), ale ukryte tak, aby nie wywoływały przykrych skojarzeń. Zwłaszcza dojazd do kostnicy, zwanej wcześniej "trupiarnią", był dyskretny. Wcześniej w warszawskim szpitalu przy ulicy Piwnej zlokalizowano ją między salą do rozbioru mięsa i kuchnią. Dopiero też około połowy XIX wieku zaczęto w polskich szpitalach urządzać salki chirurgiczne. Ustawa w zaborze rosyjskim z 1842 roku wydana jeszcze przed wprowadzeniem znieczulenia ogólnego, w paragrafie dotyczącym urządzenia sal operacyjnych, zalecała, aby posiadały wielkie weneckie okno ze względu na światło i ich odosabnianie, "aby krzyk chorych operowanych nie raził innych". Do operowania służył drewniany stół z ceratowym materacem. Aseptyka i antyseptyka spowodowały w końcu XIX wieku wykładanie podłogi w sali operacyjnej marmurowymi płytkami. Stół był już żelazny i nakryty szklaną płytą.
Ważnym miejscem w szpitalu był ustęp, z czym do końca XIX wieku były ogromne problemy ze względu na brak kanalizacji. Lokowano więc "miejsca sekretne" w pobliżu budynku. Instrukcja z 1820 roku dla Szpitala Dzieciątka Jezus zaleca umieszczenie w przedsionku przykrytych kibli. W 1842 roku zalecano umieszczanie koło sali chorych toalet, szafkowych ustępów z otworem do wynoszenia kubłów od strony korytarza. Nieco później w Anglii zaczęto stosować, jeszcze bez kanalizacji, klozety czyszczone wodą spłukiwaną ze zbiornika. W szpitalu w Zamościu do 1882 roku, toaleta znajdowała się koło kuchni i spiżarni169. Równie ważna była łaźnia i posiadał ją każdy szpital już w średniowieczu. Łaźnie jednak zaczęły upadać w XVII wieku pod oskarżeniami o szerzenie rozpusty i prostytucji, mimo że mężczyźni i kobiety kąpali się osobno. Tak więc Szpital Dzieciątka Jezus wzniesiony w 1758 roku łaźni już nie miał. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku umieszczano w każdej sali umywalki ze zbiorniczkiem wody do mycia, a sale z wannami czy wanną, osobno170.
W wieku XVIII zaczęła następować gruntowna zmiana funkcji szpitala z socjalno-medycznej, na czysto leczniczą. Instytucje opieki społecznej oddzieliły się i wyodrębniły. Zaczęto też dzielić szpitale według specjalności171. Pojawiła się nauka przy łóżku pacjenta, jako forma szkolenia klinicznego172. Także sekularyzacja majątków kościelnych łączyła się z nadaniem szpitalom całkowicie medycznego charakteru, chorych ubogich przyjmowano jednak nadal nieodpłatnie. Społeczeństwo cały czas, jak dawniej, traktowało szpitale w kategorii przytułków dla nędzarzy i zamożni ludzie leczyli się w domu. Jeszcze w 1900 roku jeden z lekarzy wyjaśniał i przekonywał: "Szpital dostarcza lekarzy społeczeństwu i kieruje niejako całym leczeniem w kraju; szpital jest zakładem probierczym i wzorem dla wszystkich urządzeń lecznych, higienicznych i sanitarnych. Społeczeństwo musi to pojąć i nie uważać szpitali, jak uważa dotychczas, jedynie za przytułki dla nędzarzy"173. We Francji w okresie rewolucji, po sekularyzacji majątków kościelnych, próbowano sprywatyzować szpitale, ale skończyło się to tak, że właściciele porobili majątki, a pacjenci żyli w nędzy. W Polsce podobne próby podejmowane przez władze komunalne również nie dały dobrego efektu174.
Kontrola szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie w 1814 roku wykazała szereg nieprawidłowości. Pacjenci nie mieli dostępu do kąpieli ani spacerów, mimo że szpital dysponował dużym ogrodem. Obłożnie chorych trzymano w ciemnym korytarzu. Chorzy wewnętrznie, zewnętrznie i kalecy leżeli razem we wspólnych salach175. W 1817 roku stwierdzono, że na miejsce kilku starych placówek łączących cechy przytułku i szpitala, potrzebny jest nowy szpital, już wyłącznie leczniczy na tysiąc chorych, z 10 salami, każda na 100 pacjentów. Oprócz tego mieszkanie dla trzech księży, 30 sióstr, jednego doktora, czterech chirurgów, aptekarza, kasjera, kilka pomieszczeń "dla chorych dystyngowańszych, którzy zapłatę za kurację od siebie wnosić będą"176. Z. Podgórska-Klawe zrekonstruowała, jak wyglądał pobyt warszawiaka w szpitalu w 1820 roku: "Po uprzednim zbadaniu przez lekarza i zapisaniu w księdze, pacjent ubranie i buty musiał oddać do magazynu, ale jeżeli był chory zakaźnie, wówczas jego garderobę palono. Otrzymywał pantofle, koszulę zmienianą co tydzień i szlafrok zmieniany co miesiąc. (...) Jeżeli był bardzo brudny, prowadzono go do kąpieli, a następnie do wskazanej przez lekarza sali, przeważnie kilkudziesięcioosobowej, gdzie przydzielano mu drewniane łóżko z siennikiem, poduszką i pokrytą prześcieradłem derkę, ręcznik, spluwaczkę oraz naczynia stałe do jedzenia, tzn. kubek, miskę glinianą i łyżkę. (...) Przydzielone mu łóżko było oddzielone jedynie o łokieć od łóżka sąsiadów. W głowach łóżka na wysokim drążku umieszczano tablicę, na którą wpisywano kredą nazwisko chorego, wiek, a później zalecone leki i rodzaj diety. (...) Sale codziennie wykadzano jałowcem. (...) Chorzy powracający do zdrowia zobowiązani byli do wykonywania prac, poleconych przez administrację (darcie pierza, zamiatanie sal, pomoc przy innych chorych). Za kłótnie i awantury administracja miała prawo ukarać chorego chłostą, oczywiście o ile lekarz nie wyraził sprzeciwu. Kara ta wprawdzie nie mogła przekroczyć pięciu rózg, ale jeżeli administracja doniosła o wykroczeniu sądowi policyjnemu, ten mógł zezwolić aż na 16"177. Rozrost Warszawy w drugiej połowie XIX wieku spowodował jednak znaczne pogorszenie się sytuacji. Jeżeli jeszcze w 1854 roku jedno łóżko przypadało na 82 pacjentów, to w 1869 roku na 125, a w 1894 roku na 400. Chorzy leżeli nie tylko na łóżkach, ale i między łóżkami, na siennikach. Brakowało personelu, instrumentów lekarskich, stołów operacyjnych. Chorych nie przyjmowano do szpitala z braku miejsc. Bolesław Prus pisał, że szpitale mają te wady, że szkodzą miastu i szkodzą chorym178.
Industrializacja i urbanizacja bardzo zaogniły problemy części warstw niższych ze zdrowotnością. W miastach powstało ogromne zagęszczenie żyjących w okropnych warunkach sanitarnych, narażonych na zachorowania, słabo zarabiających robotników i ich rodzin. Indywidualna działalność charytatywna była paliatywem, który nie zaspokajał potrzeb, a tradycyjny rozległy system lecznictwa zakonnego i kościelnych szpitali został uszczuplony albo nawet w większości zniszczony. Coraz częściej mówiło się, np. w Niemczech czy Anglii, o potrzebie systematycznych działań publicznych: komunalnych i państwowych w zakresie nadzoru medycznego nad obszarem pauperyzmu179.
Pozycja kobiet w medycynie zawsze była szczególna, chociaż ulegała głębokim zmianom. Jako, że nie mogły one studiować, a nawet uczyć się w szkołach średnich, długo pozostawała im rola wiejskich i miejskich akuszerek, zielarek, czarownic, babek oraz zakonnic-pielęgniarek. Szczególnie znacząca była rola medyczna zakonnic, które posiadały szersze możliwości działania w zakresie nauk medycznych, zielarstwa, farmacji i praktyki lekarskiej niż pozostałe kobiety. Podobnie też mnisi. W XIX wieku powoli rozwijało się wyobrażenie umacniające stereotyp macierzyńskiej predyspozycji kobiet do zawodów opiekuńczych i wychowawczych, jak lekarek, pielęgniarek, nauczycielek czy prawniczek. Takie też były pierwsze profesje kobiece wymagające większej wiedzy. Te definicje nasiliły się szczególnie w XIX wieku, kiedy pisano o bezinteresownej i niewyczerpanej miłości matczynej oraz jej życzliwości, wewnętrznym cieple, łagodności i cierpliwości. W latach 80. w czasopiśmie kobiecym "Bluszcz" Maria Ilnicka pisała, że "niezbędna jest ręka kobieca, opatrująca, pielęgnująca chorych"180.
Starość
Ludzie epoki starożytnej nie mieli hamulców w fantazjowaniu na temat możliwego wieku życia człowieka, który, jak wiadomo, wynosi maksymalnie do około 120 lat. Biblijny Adam według Księgi Rodzaju miał więc żyć lat 930, wiek Matuzalema to 969 lat, a Mojżesza - 140. Przywódcy sprzed potopu byli zwykle długowieczni. Noe żył jakoby 950 lat. Potem było gorzej, Abraham żył już wedle ówczesnych tylko 175 lat, Izaak 180. Gdzie indziej było podobnie. Sumeryjska lista królów bije wszelkie rekordy. Wcześniejsi władcy rzekomo przeżywali wręcz dziesiątki tysięcy lat. Ten złoty wiek starców trwać miał 241 bądź 200 lat i zakończyć się potopem. Po potopie władcy panowali już bardzo krótko, bo po tysiąc lat181. Już jednak w epoce pisma i historii w antycznej Grecji filozofowie żyli jak należy, 60-90 lat. Pitagoras opracował teorię okresów życia, która będzie potem rozwijana w kolejnych stuleciach. Dzieciństwo - wiosna - trwać miało więc do 20. roku życia; wiek młodzieńczy - lato do czterdziestki, młodość - jesień od 40 do 60 lat i starość - zima - 60-80 lat182. Starcy, z racji swojej wyjątkowości i doświadczenia, obdarzeni wprawdzie szacunkiem i nabożną czcią, byli kapłanami oraz szamanami. W Afryce Zachodniej uczono młodych szacunku wobec starców i mieli się do nich zbliżać tylko "skradającym się krokiem". Graham Sumner pisał: "są depozytariuszami całej mądrości grupy i zwykle do nich należy władza i autorytet. Tracą oni wszakże siłę fizyczną i sprawność oraz skuteczność w działaniu". Generalnie, wobec starców wyrażano konwencjonalny szacunek, nierzadko też pozbywano się ich, doprowadzając do śmierci. Tak bywało w okresach nędzy i głodu. Wtedy jednak skazywano ich na śmierć dla dobra wspólnoty183. Ptah-Hotep, wezyr faraona Isesi, w 2450 roku p.n.e. uskarżał się: "Jak nieznośny jest los starca! Słabnie on z każdym dniem; wzrok mu się pogarsza, uszy przestają słyszeć; opuszczają go siły, serce nie zna spoczynku, usta milkną i cichną. Jego umysł jest coraz bardziej ograniczony; dziś nie może sobie przypomnieć tego, co było wczoraj. Bolą go wszystkie kości. Zajęcia, które kiedyś sprawiały mu tyle przyjemności, dziś wykonuje z wielkim trudem; zanika zmysł smaku. Starość to największe nieszczęście, jakie może dotknąć człowieka"184. Naigrywano się także bez litości ze słabości starości. Pisarz rzymski Juwenalis:
"Popatrz najpierw na pysk swój bezkształtny, ponury,
Niepodobny do siebie, na korę miast skóry,
Na obwisłe policzki i zmarszczek zręby,
Jakie cechują starych mało leciwe gęby...185
Takie same złośliwości dotykały stare kobiety (Horacy):
Coraz to rzadziej młodzieńcy bezczelni,
budzą cię ze snu w okna łomocą...186
Małżeństwo starych ludzi, to jednak też nic ciekawego:
Dwa próchna w jednym łożu,
to nic przyjemnego..."187.
Stereotypowa czarownica miała być zawsze starą, złą kobietą, szczególnie w tradycji niemieckiej188.
Podawana w podręcznikach średnia długość życia w minionych czasach sprawia wrażenie, że starców, a więc dziadków i babć, w przeszłości nie spotykało się. W głębokim paleolicie tak było rzeczywiście. Najstarsze szkielety należą do ludzi, którzy nie przeżyli trzydziestki na skutek wojen, polowań, niedożywienia, głodu czy chorób. Wraz z przyjęciem osiadłego trybu życia i zajęciem się rolnictwem, życie ludzkie poprawiło się, udział starców w populacji był jednak nadal znikomy - ulegał dopiero stopniowej poprawie. Średnia wieku minionych stuleci nie odzwierciedla jednak faktycznej długości ich życia i wynikała z ogromnej śmiertelności dzieci do 10. roku życia. Śmiertelność wszakże była znaczna również w późniejszym okresie życia, tak że ludzie starzy stanowili 5% populacji, gdy obecnie 15-20%, co powoduje dramatyczne napięcia w systemie emerytalnym, które łagodzi jednak wzrost produktywności i wysokości dochodów. Podobnie można obliczać procent ludzi urodzonych, którzy dożyli starości, czyli 60. roku życia. Dane z Królestwa Polskiego (1837-1841) wskazują na 22,7% mieszkańców po 60. roku życia, z Warszawy w 1843 roku, na 12,8%, z Galicji 1871-1880 na poziom 19,2%, z Krakowa 1859-1868 na 15,9%. W gminie Krzeszowice (1834-1883) odsetek ten wynosił 10,2% w przypadku mężczyzn i 10,6% dla kobiet. Jednak w roku 1922 już 50% dla obszaru całej Polski, a w 1952-1953 - 64,1% i 73,6%. Była to prawdziwa rewolucja189.
Dawno temu za ludzi starych uważano już osoby 50-letnie (Plutarch), czasem wyznaczano tę granicę wieku na 60 lat. Arystoteles twierdził, że człowiek osiąga szczyt swoich możliwości około pięćdziesiątki, a potem niedołężnieje. Jeszcze w XIX wieku spotykamy się z opiniami, że starość zaczyna się po 50. roku życia190. W starożytnym Rzymie pięćdziesiątkę przekraczała tylko niewielka grupa osób. Wśród Etrusków średni wiek w chwili zgonu, według danych zebranych ze 113 inskrypcji nagrobnych, wynosił zaledwie 40 lat (a więc nie jest to średnia zsumowana ze zmarłymi dziećmi). Udało się też jednak zebrać aż 25 tysięcy rzymskich inskrypcji nagrobnych z całego późnego cesarstwa. W Rzymie sześćdziesiątkę osiągało tylko 7,5% urodzonych, a jeszcze mniej kobiet, bo 3,5%, zapewne ze względu na wysoką śmiertelność okołoporodową. Wśród badeńskich pastorów między 1700 a 1750 rokiem 3,3% umierało w wieku powyżej 20. roku życia, 8,3% po trzydziestce, 10,3% po czterdziestce, 18,9% po 50. roku życia, 27,2% po 60. urodzinach, 25,6% po 70., 5,7% po osiągnięciu 80 lat, a tylko 0,7% po 90. roku życia191. Starość Grecy wyśmiewali też w komediach, gdzie ukazuje się starców pożądających młode kobiety, jednocześnie brzydkich i niezdolnych do miłości. Sokrates pyta starego Sofoklesa w tekście Platona: "A jak tam u Ciebie Sofoklesie ze służbą u Afrodyty? Potrafisz jeszcze obcować z kobietą?". Na co Sofokles odpowiada: "Nie mówże głupstw człowiecze, ja z największą przyjemnością od tych rzeczy uciekłem, jakbym się wyrwał spod władzy jakiegoś pana - wściekłego i dzikiego"192.
Emerytura jest jednak wymysłem nowoczesnym, z końca XIX wieku. Wcześniej ludzie pracowali, jak długo pozwalały siły, niemal do grobowej deski193. Władcy zawsze jakoś dbali o swoich współpracowników, urzędników, oficerów i szlachtę. W początku XVIII wieku Fryderyk Wilhelm I rozdawał synekury w postaci starostw i sekularyzowanych majątków kościelnych, a już w 1675 roku powołano pierwsze kompanie inwalidów dla wysłużonych rannych żołnierzy. W 1705 roku powstała natomiast kasa inwalidów. Wysłużeni oficerowie otrzymywali po służbie posady urzędnicze w korpusie cywilnym. W 1748 roku powstał dom inwalidów w Berlinie i otworzono kasę wdowią oraz zwiększeniu uległy dochody kasy inwalidów. Rozszerzyła się opieka nad inwalidami wojskowymi i starymi oficerami. Podoficerów zaczęto zatrudniać na stanowiskach nauczycieli, wprowadzono też państwową loterię, z której zyski szły w 3/4 na emerytury oficerów i wdów po oficerach194.
Choroby psychiczne
Historyk medycyny Władysław Szumowski pisał trafnie (1935 rok): "Duch śedniowiecza często doprowadzał ówczesnych ludzi do stanów, które dzisiaj uważać musimy za stany patologiczne. Dopatrywanie się ciągle zdarzeń nadprzyrodzonych, ciągłe liczenie się z tajemniczymi, niewidzialnymi siłami, wieczna obawa przed diabłem i czarami, pragnienie i oczekiwanie cudów, nieodróżnianie zjawy od rzeczywistości, ciągłe nastroje pokutnicze - wszystko to sprawiało, że człowiek średniowieczny żył wciąż afektem: obawą, lękiem, przerażeniem panicznym strachem, radością, zachwytem, smutkiem, przygnębieniem, rozpaczą, nadzieją... Ciągłe stany afektywne doprowadzają łatwo do utraty równowagi, do stanów neuropatycznych i psychopatycznych"195. Choroby psychiczne rzeczywiście były dawniej często traktowane jako opętanie przez demony, duchy lub szatana. Wiadomo z Biblii, że Jezus miał leczyć także opętanych przez duchy. Te oskarżenia przybierały czasem przerażającą postać, bo np. od XVI wieku w Niemczech oskarżone o nie bywały nawet całkiem małe, kilkuletnie dzieci. Stawały przed sądem, poddawano je torturom i skazywano na śmierć. Ginęły one nie tylko w Niemczech, ale też we Francji, Anglii, Szkocji, Szwecji, Włoszech czy w Szwajcarii. Przesłuchiwane z użyciem przemocy oskarżały potem o czary własnych rodziców i inne dzieci196. Stan wiedzy powodował, że ludzie chorzy sami byli przekonani, że są opętani przez diabła, a nastroje psychozy powodowały, że ich liczba rosła. XIX-wieczne wizje chorych psychicznie kobiet charakteryzowało podobieństwo do średniowiecznych "opętanych", które zeznawały, że miały stosunek z diabłem197.
Z chorymi psychicznie obchodzono się dawniej bardzo podle i warunki w ośrodkach, w których ich przetrzymywano były fatalne. Podobnie traktowano wszelkie kalectwo i niepełnosprawność. Postrzegano je w biednych społeczeństwach minionych stuleci, gdzie każde ręce do pracy były na wagę złota, jako obciążenie i wadę. Wspólnotowość, wzajemne wsparcie oraz podobne wartości, miały dużą wagę, dlatego obcych, innych, i wszelkich odmieńców się bano. Obawiano się ułomnych, których izolowano. Pozbywano się też ciężko chorych (trędowatych, chorych wenerycznie) poprzez izolację w szpitalach zakaźnych. Fatalnie traktowano psychicznie chorych, których rodziny się wstydziły i trzymały nierzadko w piwnicy, przykutych łańcuchem do ściany. Odtrącano i stygmatyzowano jąkających się, niewidomych oraz głuchych. W Sparcie noworodki przedstawiano do akceptacji Eforowi i dzieci z wadami uśmiercano198. W średniowieczu sytuacja niepełnosprawnych raczej się pogorszyła - ludzie ci bywali więzieni w żelaznych klatkach i wystawieni na widok publiczny, gdzie stawali się przedmiotem szyderstw199.
Szpitale dla psychicznie chorych nie były oczywistością, bo uznawano, że szaleńcami powinna się opiekować rodzina. W placówkach medycznych znalazły się też przede wszystkim osoby agresywne. Już w średniowieczu osoby obłąkane przyjmowały szpitale zakonne. Także w miastach czyniono pewne starania, przeznaczając dla osób chorych "wieże szaleńców"200. Wprawdzie Michel Foucault kładł akcent na traktowanie chorych psychicznie jako swego rodzajów świętych, nawiedzonych i proroków, których inności nie stygmatyzowano negatywnie, jednak ludzie ci często budzili lęk i byli, niestety, uważani za opętanych przez szatana. W ten sposób wiele kobiet spalono na stosie jako czarownice. Wobec chorych psychicznie stosowano brutalne metody leczenia. Za karę trzymano chorego w kaftanie bezpieczeństwa i w ciemnym pokoju. Często byli oni włóczęgami, wypędzani rózgami z miast, nie wpuszczani do kościołów201. W Anglii pierwszy szpital dla obłąkanych, gdzie przewidziano miejsca dla sześciu chorych, powstał w 1403 roku w Bethlem przy klasztorze Najświętszej Marii Panny Betlejemskiej. W 1826 roku w angielskich szpitalach psychiatrycznych przebywało zaledwie 5 tysięcy pacjentów, a więc nadal większość pozostawała w domach. 64% z nich trzymano w placówkach prywatnych, 36% w publicznych. Angielski lekarz w 1809 roku opisywał, że damy, które z powodu rozstroju nerwowego trafiły do szpitala, wracały do domu pozbawione przednich zębów, które wybijano, aby je w szpitalu karmić przez rurkę. Wariatów uważano za rozrywkę i atrakcję, oglądano ich jak zwierzęta w cyrku. Byli przedmiotem żartów202.
W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej zaburzenia umysłowe zapewne występowały nie częściej niż gdzie indziej. Hubert Vautrin pisał jednak przesadnie: "Polacy może częściej niż inne nacje zapadają na choroby głowy niż innych organów. Epilepsja, dość rzadka w innych częściach Europy, jest w Polsce bardzo rozpowszechniona. Nierzadki jest tu widok ludzi cierpiących na rodzaj zawrotów głowy, które powodują nagły rozstrój władz umysłu. Chorzy tracą świadomość, wzrok i słuch. Biegną przed siebie, krzycząc i wyjąc przeraźliwie"203. Chorych psychicznie formalnie i realnie wykluczano z życia publicznego. Nie mogli samodzielnie występować w sądach i urzędach, być świadkami podczas spisywania testamentów, opiekunami i kuratorami, spisywać testamentów "póki do rozumu nie będą przywróceni". Mieli jednak prawo dziedziczyć dobra i po nich dziedziczono204. Ułomni psychicznie nie sprawowali żadnych urzędów i pozbawiono ich samodzielności. Nie mogli być za to torturowani i w pewnych sytuacjach karani śmiercią205. Największy niepokój budziła agresja ze strony osób z problemami psychicznymi: rzucanie przedmiotami, dewastowanie majątku, lżenie najbliższych, okaleczenia, a nawet zabójstwa. Taki opisywano przypadek Marcina Stobieckiego w 1777 roku, który znęcał się nad swoją matką i siostrami: "gdy matkę swoją pchnął ręką, aż się w drwa wywróciła, taż imć panna Justyna, siostra jego, a jej córka broniła jej, uderzył ją za kark razy kilka, po czym wpadłszy na dwór hałasy robił, ludzi gonił, bił, rozpędzał"206. Także goście narażeni byli na niebezpieczeństwa. Podstoli ziemi wiskiej, Dominik Szczuka "zawsze na podorędziu gołe szable, fuzyje ponabijane, szyny żelazne i rożny rozpalone trzymał i onemi przyjeżdżajaczym oczy wypiekać chce i coraz większą cierpi wariację"207. Zdarzały się też ataki wariatów na sąsiadów z bronią w ręku oraz na podróżników na drogach: "Tenże urodzony Dominik Szczuka podstoli ziemi wiskiej, wariacją cierpiący, różnych ludzi tak do domów własnych z bronią najeżdżał, jako też i na gościńcach przejeżdżających przestępował i bił"208.
W XVIII wieku stopniowo zaczęto traktować chorych bardziej łagodnie. Szczególne znaczenie miał tu przełom oświeceniowy, a więc era humanitaryzmu, odrzucenia tortur, dyskusji nad wycofaniem kary śmieci oraz egalitaryzm i walka o równość, gdzie prości ludzie mieli nie być już więcej traktowani jako gorszy sort. Zmienił się również trochę stosunek do ludzi psychicznie chorych. Uległ jednak zmianie tylko wśród elit, wśród ludu wszystko pozostało po staremu. W Irlandii w 1817 roku jeden z członków parlamentu tak opisywał los wieśniaków z problemami psychicznymi: "Trudno wyobrazić sobie coś bardziej wstrząsającego od widoku obłąkanego irlandzkiego wieśniaka. (...) Jeśli chory jest silnym, sprawnym fizycznie człowiekiem, wsadza się go do wykopanej w środku chaty, przykrytej kratą jamy, w której nie może się nawet wyprostować. Dziura zwykle głęboka jest na pięć stóp. Nieszczęśnik dostaje tam jedzenie i tam w końcu umiera"209. Przyczyną tego stanu rzeczy - co warto powtórzyć - nie było może zawsze okrucieństwo, ale i strach przed obcym, poczucie zagrożenia we wspólnocie, która musiała wytężać siły, aby dzięki współpracy utrzymać się na powierzchni przy niełatwych warunkach życia. Edward Shorter trafnie pisał: "Żyjąc w zwartych, zamkniętych społecznościach europejscy wieśniacy przywiązywali wielką wagę do odziedziczonch ról społecznych (rodzaj pracy był dziedziczony), uświęconych przez tradycję zwyczajów oraz reguł codziennego życia, którego rytm wyznaczały zmieniające się pory roku. Ludzie, którzy na skutek zaburzeń umysłowych i emocjonalnych zachowywali się inaczej niż reszta społeczności byli traktowani wyjątkowo brutalnie i bezlitośnie210.
Nadzy biedacy, gdziekolwiek wam przyszło
Trwać pod ostrzałem bezlitosnej burzy,
Jak w taki czas uchronicie swoje
Bezdomne głowy, chude żebra, które
Widać przez okna w waszych łachmanach".
W całej Europie człowiek chory umysłowo zasadniczo miał prawo od opieki ze strony rodziny i miejscowości. Opieka ta przypominała jednak często straszliwą niewolę. Działaczka socjalna w USA w latach 40. XIX wieku opisywała tego rodzaju sytuację: w Lincoln widziała "kobietę zamkniętą w klatce", w Medford "dwóch idiotów: jeden był skuty, drugi zamknięty w stajni od 17 lat", a w Barnstable "cztery kobiety mieszkające w chlewach i stajniach. Z pewnością dwie z nich - a możliwe że wszystkie - były przykute"211, to ludzie upośledzeni czy chorzy na schizofrenię. Nazywano ich "wiejskimi głupkami", ale także wędrowali oni po drogach wsparci na kiju, zasilając tłum ludzi luźnych212.
Położnictwo
Sprawa rodziny i posiadania dzieci miała dawniej charakter kluczowy, a niepłodność uważano za wielkie nieszczęście. W ślad za tym, kwestie ciąży i dzieci otaczano szeregiem przesądów213. Częstymi przypadkami były poronienia, śmierć przy porodzie i zakażenia okołoporodowe. Kobiety brzemienne także ulegały licznym kontuzjom214. Akuszerkami zostawały kobiety z ludu, przekazujące profesję w rodzinie i posiadające jedynie praktyczną edukację, a porody odbywały się w domu, często nawet bez pomocy nieprofesjonalnych położnych. Kobiety te, zwane "mądrymi kobietami" niejednokrotnie zajmowały się też leczeniem, zwłaszcza przy pomocy środków zielnych. Ich wysoka pozycja wśród ludowych, przednaukowych lekarzy, ukazuje pierwotną silną pozycję kobiet w kulturze, zapewne związaną z kultami płodności, macierzyństwa i władzą seksualną. W Babilonie opiekunką płodności była bogini Isztar. Zwano ją również Mulittą, czyli tą, która pomaga rodzić. W Egipcie położnicami opiekowała się bogini Theris, a w Grecji żona Zeusa - Hera. Później ta pozycja została osłabiona - na uniwersytetach oraz w medycynie oficjalnej i naukowej pozycja społeczna kobiet była znikoma. W ginekologii przeważały dziwaczne wyobrażenia. W pracy Gottloba Herrmanna z 1750 roku wyrażano pogląd o możliwości zachodzenia kobiet w ciążę bez udziału mężczyzny, na skutek samego działania wyobraźni dziewczyny. Autor pisał o przypadku 21-letniej szlachcianki, u której odkryto nieukształtowany płód wagi 21 funtów: "kulista masa błoniasto-mięsista, biała z kłębowiskiem poplątanych rozgałęzień naczyń, wewnątrz pusta, zawierająca 6 funtów lepkiego płynu, przytwierdzona do macicy mięsistymi wiązadłami"215. Wielu autorów starało się w ten sposób wyjaśnić obecność płodów u niezamężnych panien. Nazywa się je na przykład urojeniami płochliwych dziewic i problemem kobiet bardzo namiętnych, które imaginują sobie akty miłosne. Mówiono o sytuacjach, gdy młodym kobietom zabraniano zbliżeń z ukochanym, narzeczonym i zbyt mocno o tym marzyła: "na skutek częstych wyobrażeń wytwarza bezkształtną masę z nagromadzonych płynów, które służą poczęciu, a ta zrośnięta, bezkształtna masa tworzy się z urojonej miłości do męża"216.
Należy pamiętać, że edukacja szkolna w chrześcijaństwie średniowiecznym wyrastała z Kościoła, duchowieństwa, szkół kościelnych, przyklasztornych i katedralnych. Stosunek Kościoła do płodności oraz seksualności był natomiast specyficzny. Obawiano się seksualności, pożądania i kobiecej władzy seksualnej, uważano je za niebezpieczne dla rodziny i społeczeństwa. Ten strach prowadził do nasilenia patriarchatu, jak również do stygmatyzacji kobiecości i seksualności. Lekarze-mężczyźni byli teraz wzywani do porodów jedynie w wypadku komplikacji. Jeżeli chodzi o położnictwo, ciążę długo uważano za stan chorobowy, już jednak Jędrzej Śniadecki zwracał uwagę, że to stan fizjologiczny. Wraz z tworzeniem się komunalnych organizacji służby zdrowia oraz z powoływaniem lekarzy i fizyków miejskich, zaczęto organizować miejskie położnictwo. Pierwszy miejski regulamin dla akuszerek wydano w Ratyzbonie w Bawarii w 1453 roku. Uczennice miały kształcić się przez 3-4 lata przy doświadczonej położnej i złożyć egzamin przed władzami miasta. Organizacja zawodu na poziomie instytucji państwa nastąpiła dopiero pod koniec XVIII wieku. Wtedy też powstawały szkoły akuszerskie. Wówczas jednak nie przestrzegano higieny i szerzyła się gorączka połogowa, co przerwało dopiero odkrycie aseptyki w połowie XIX wieku. Odkrycia dokonał Ignacy Semmelweis w Wiedniu jeszcze przed wynalezieniem bakteriologii. Stwierdził, że mycie przez lekarza rąk chlorem przed badaniem kobiety powoduje zmniejszenie się śmiertelności w połogu z 30% do 2%. Największa śmiertelność występowała nie w domu, a w szpitalach, gdzie lekarze przenosili bakterie z jednej kobiety na następną. Słuszność intuicyjnego odkrycia Semmelweisa potwierdził Ludwik Pasteur. Zaczęto teraz sterylizować instrumenty lekarskie i dbać o wyjątkową czystość w szpitalach217.
Ginekologia dopiero w XVIII wieku pojawiła się na uniwersytetach jako przedmiot i wtedy też zaczęły powstawać szkoły dla akuszerek218. Pierwszą Katedrę Położnictwa w Polsce utworzono w Krakowie w 1780 roku pod kierunkiem Rafała J. Czerwiakowskiego, także w innych krajach w XVIII wieku tworzono ginekologię uniwersytecką. Czerwiakowski posługiwał się machiną do babienia, czyli fantomem. W Litewskiej Szkole Głównej, pierwszym wykładowcą położnictwa był Lotaryńczyk urodzony w Strassburgu, Mikołaj Regnier (1748-1800), gdzie wyuczył się teorii i praktyki chirurgicznej. Studia kontynuował w Paryżu, skąd został zaproszony do Polski przez biskupa Ignacego Massalskiego jako lekarz domowy. W 1775 roku KEN mianowała go profesorem anatomii i chirurgii w Szkole Głównej Wyższego Księstwa Litewskiego. Założył dziesięciołóżkowy oddział porodowy w szpitalu Świętego Rocha, a potem po jego pożarze w szpitalu Świętego Jakuba. Zorganizował też wykłady z akuszerii, które znalazły wszakże niewielu słuchaczy. Katedrę po nim objął już Polak, Andrzej Matusewicz, wykształcony w Grodnie i Wilnie. Kolejny położnik Mianowski uczestniczył już w likwidacji Uniwersytetu Wileńskiego w 1832 roku, kiedy został on przekształcony w Akademię Medykochirurgiczną zlikwidowaną w 1842 roku219.
Problematyka chorób dziecięcych związana była z ogromną śmiertelnością dzieci, wywołaną w znacznym stopniu przez złe warunki sanitarne, higieniczne i przez dolegliwości przewodu pokarmowego. Zatrucia pokarmowe stanowiły w ogóle bardzo poważny problem, przede wszystkim jednak w odniesieniu do noworodków, niemowląt oraz małych dzieci. Już w średniowieczu intuicyjnie zdawano sobie sprawę ze znaczenia karmienia mlekiem matki. Matki, z powodu niedożywienia, często nie miały jednak pokarmu i nierzadko rezygnowały z karmienia piersią ze względu na nieodpowiednie warunki życiowe, a nie było wtedy dobrych pokarmów zastępczych. Zamiast smoczka dzieci dostawały nawet do ssania szmatkę nasączoną winem. Picie zanieczyszczonej bakteriami wody stanowiło jedno z istotnych powodów zachorowań. Wielokrotnie zdarzały się zatrucia jadem kiełbasianym czy sporyszem, czyli grzybem, groźnym dla życia człowieka220. Sebastian Mercier pisał, że Francuzki chętnie oddają niemowlęta do mamek, za to kobiety w Prusach karmią same: "W Prusach wszystkie dziewczęta matki karmią swe dzieci, nie kryjąc się z tym wcale. Kara spada na szydercę, który ważyłby się bodaj jednym słowem obrazić istotę spełniającą szczytny nakaz natury. Tamtejsza ludność widzi w nich tylko i jedynie - matki. Oto, czego dokazał monarcha-filozof, oto jak umiał wpoić swemu narodowi zdrowe zasady"221. Lekarz warszawski przełomu XVIII i XIX wieku, Leopold Lafontaine, pisał: "Szczególniejszą moją uwagę zwracać będę na choroby kobiet, dzieci i wieśniaków. Są to stany daleko liczniejszym od innych podlegające chorobom"222. Dużą uwagę zwracał na naturalność, odpowiedni przebieg ciąży u kobiety, związany z właściwym odżywianiem się oraz dbaniem o zdrowie własne i dziecka. Kobieta powinna spacerować, a także przebywać na świeżym powietrzu. Dziecko po urodzeniu przede wszystkim miało być karmione piersią, bo w innym razie dzieci "nędzne i nietrwałe mają życie". Dziecka nie należało przekarmiać, ale posiłki dawać na żądanie. Odstawienie od piersi powinno następować stopniowo i możliwie jak najpóźniej. W razie braku pokarmu naturalnego, zalecał rozcieńczone mleko krowie, sucharki lub biały chleb gotowany z deszczową wodą i mlekiem. Odradzał karmienie niemowlęcia tłustymi potrawami i wódką. Dziecko powinno mieć własną izbę albo chociaż własny kącik. Jasny, przewietrzony, pozbawiony obecności zwierząt, najlepiej na wsi, gdzie świeże powietrze. Nie należy dziecka przegrzewać, ale hartować (spanie przy otwartym oknie). Ubierać dziecko zalecał lekko i bez krępowania ruchów, chłopcy do 4. roku życia bez spodni, a w sukience. Przed 5. rokiem życia Lafontaine edukację szkolną odradzał jako przedwczesną dla etapu rozwoju dziecka223.
Histeria i sfera płciowości
Seksualność kobiety i jej ciało, a także seks jako taki, stały się w przeszłości przedmiotem dość niezdrowej interpretacji lekarzy-mężczyzn, którzy odczytywali je w kategorii patologicznego dziwoląga, nasyconego grzeszną seksualnością. Według opinii Agnieszki Gromkowskiej-Melosik, ciało kobiety i mężczyzny stało się centrum nadawania znaczeń kobiecości i męskości224. Analogicznie, chrześcijaństwo wiązało ciało kobiety z grzesznym pożądaniem. Seks chrześcijaństwo uznawało za nieczysty - nawet w związku - usprawiedliwiało go jedynie płodzenie potomstwa. Zmieniło się to dopiero w XX wieku, kiedy w 1930 roku Kościół zaakceptował pozytywną funkcję seksu małżeńskiego jako integrującego małżonków. W epoce wiktoriańskiej kobieta oczekująca normalnego seksu w związku uważana była za uzależnioną od seksu nimfomankę, a orgazm uznawano za objaw zezwierzęcenia. Niektórzy lekarze w celu uspokojenia kobiety zalecali usunięcie łechtaczki, a kobiety oskarżano o zadatki na Messaliny oraz prostytutki i podkreślano, że nie należy ich zbyt intensywnie pobudzać seksualnie. Porządne kobiety nie przejawiały swojej seksualności, ta sfera doznań była im obca. Skutkiem podniecenia u kobiety miały być stany zapalne macicy i chorobliwy obrzęk narządów płciowych, a także nadżerki. Za optymalne uważano nawet usunięcie kobiecych narządów płciowych: "stan pacjentek (po zabiegu) polepsza się, niektóre są całkowicie wyleczone, wzrasta ich poczucie moralności, stają się posłuszne, uporządkowane, pracowite i schludne" - pisał jeden z lekarzy. W celu usunięcia zaburzeń psychicznych, nierzadko usuwano kobietom jajniki. Gdzie indziej czytamy, że wycinano clitoris tym kobietom, które przejawiały nadmierne zainteresowanie seksem. Oczywiście było to zjawisko niezbyt znaczące ilościowo, a lekarzy dokonujących na kobietach klitoridektomii wykluczono ze swego środowiska, jednak sprawa odzwierciedlała klimat, poglądy i nastawienie niemałej części społeczeństwa. Natomiast zapewne dominowała naturalna siła miłości oraz biologii225.
Epoka wiktoriańska rozdymała do rozmiarów karykatury charakterystyczne cechy europejskiej kultury. Tak więc powiedzenie, że kobieta przyzwoita nie posiada ciała, tylko głowę i ręce, odzwierciedla sytuację, w której ciało jest obiektem stwarzającym problem. Dobre maniery zakazywały samym dziewczętom oglądania się nago, nawet w lustrze wody. Lustra uchodziły za urządzenia nastręczające poważnych problemów moralnych. Ginekolog badał miejsce grzechu kobiety całkowicie ubranej, wsuwając dłonie pod suknię i odwracając głowę. Okres narzeczeński u dziewczyny winien mieć charakter niewinny i wypełniony rozmowami zakochanych w celu lepszego poznania się. Z kolei mężczyzna powinien żywić duchowy, bezcielesny stosunek do kobiety, traktując ją nieco jako swego rodzaju anioła. Wracając ze sfery publicznej do domu, mąż powinien odpoczywać przy swoim "domowym aniele"226.
Znamienna była wiara w wędrującą macicę i kobiecą histerię. Początki tej wiary sięgają drugiego tysiąclecia p.n.e., a wyraźnie widoczne są u Hipokratesa w IV wieku p.n.e. w teorii przemieszczania się macicy po ciele kobiety. Uważano, że macica jest rodzajem zwierzęcia mającego byt samoistny. Egipcjanie obawiali się szczególnie wędrówek macicy w górne okolice organizmu i przywabiali macicę w dół przyjemnymi zapachami roztaczanymi w okolicach krocza i z kolei nieprzyjemnymi wdychanymi od góry. Hipokrates na 250 stron analizy chorób kobiecych poświęcił też kilka kart kwestii histerii: "Taka przypadłość występuje zwłaszcza u kobiet, które nie utrzymują stosunków płciowych i raczej u kobiet w dojrzałym wieku niż u młodych dziewcząt; ich macica jest w istocie lżejsza. Oto jak to się dzieje: kiedy kobieta ma żyły bardziej puste niż zwykle i jest bardziej zmęczona, wówczas macica wysuszona przez zmęczenie przemieszcza się, zważywszy, że jest pusta i lekka. Próżnia w brzuchu daje jej na to dość miejsca; przemieściwszy się rzuca się na wątrobę, przylega do niej i zwraca się ku podżebrzu. W istocie idzie i podąża w górę ku płynowi, zważywszy, że była nad miarę wysuszona przez zmęczenie. A wątroba jest napełniona płynem. Kiedy macica rzuca się na wątrobę, wywołuje nagłą duszność, przecinając drogę oddechową znajdującą się w brzuchu. Niekiedy w tym samym czasie, kiedy macica zaczyna rzucać się na wątrobę, flegma schodzi z głowy do podżebrza stąd kobieta cierpi na duszności; a niekiedy z tym zejściem flegmy macica porzuca wątrobę, wraca na swoje miejsce i duszność ustaje"227. Kiedy macica znajduje się na wątrobie, kobieta wywraca białkami od oczu, staje się zimna, zgrzyta zębami i zaczynają się duszności. Jeżeli ten stan trwa zbyt długo, kobieta może nawet zginąć, zaduszona. Dla uniknięcia histerii zalecano młodym dziewczętom małżeństwo, a dojrzałym stosunek seksualny dla nawilżenia i zatrzymania macicy na właściwym miejscu228. Podobnie Platon uważał, że kobieta hoduje w ciele zwierzę, co powoduje, że jest niższa, bardziej prymitywna i gorsza od mężczyzny229.
Patologiczny charakter całej interpretacji seksualności przejawiał się też w ocenie praktyk seksualnych w kategoriach normalności. Taka przypisywana była jedynie tradycyjnej pozycji horyzontalnej, natomiast inne uważano za niepotrzebne sensacje i przejaw rozpusty oraz zepsucia. Do śmiertelnego grzechu sodomii zaliczano nie tylko zoofilię, ale i homoseksualizm, potem medykalizowany jako choroba, ale także seks analny, często uważany za formę zabezpieczenia się przed niechcianą ciążą, oralny oraz masturbację. Sodomię uważano za wielkie wynaturzenie i karano ją śmiercią.
Sensacyjny i niezdrowy był stosunek do masturbacji rozpatrywanej w kategoriach grzechu związanego głównie z okresem młodości. Wskazuje na to rozprawa T. Lanquera, opublikowana w Londynie w 1712 roku. Doktor Wydziału Medycznego J. S. Doussin-Dubreuil w książce Niebezpieczeństwa onanizmu roztaczał wizję śmiertelnej choroby i cywilizacyjnego nieszczęścia. O młodym człowieku leczonym nie w porę pisał: "W tej właśnie chwili dowiedziałem się nie w porę o zgonie syna jedynaka, lat piętnaście liczącego, którego dom znajdował się w pobliżu mojego. Nieszczęsny ten młodzian wyznał masturbację dopiero wtedy, kiedy żegnał się z życiem"230. Dowodził też, że onanizm prowadzi często do gruźlicy i epilepsji, czego sam doświadczył wśród swoich pacjentów.
Zoofilia budząca dzisiaj największą niechęć i uważana za zboczenie, praktykowana była w przeszłości jako zastępcza forma seksu, wynikająca z braku partnera seksualnego w społecznościach agrarnych. Zdarzała się również w naszym kręgu kulturowym, gdzie znaczna część uboższej ludności wiejskiej nie miała możliwości wejść w związek małżeński i stosowała wobec tego zastępcze formy zaspokajania potrzeb erotycznych. W czasopiśmie "Archiwum Historii i Filozofii Medycyny" mamy zreferowaną sprawę sądową z 1637 roku o przestępstwie sodomii, polegającej na uprawianiu seksu przez parobka Pawła Tworka z krową, który to "szkaradny występek" oskarżony popełnił, kiedy był pijany. Jak twierdził, nie zdarzyło się to nigdy wcześniej231. "Pytany, o którym to czasie i godzinie ten grzech sprośny popełnił, odpowiedział, iż na ten czas, kiedy słońce zaszło wieczorem i ludzie jeszcze nie spali tom uczynił i ten szlachcic, który mię kazał związać, tedy jeszcze nie spał, ale pacierze w oknie mówił i ten mię szlachcic z okna, gdym takowy grzech popełnił, widział, albowiem grzech takowym na podwórzu uczynił z tym bydlęciem, które na ten czas leżało (...) i gdy mię szlachcic na tym uczynku zobaczył, rzekł mi grzech to wielki taki a taki synu, skurwy synu. I zarazem mię sam związał i byłem przez całą noc związany. Potem mię oddał do Trybunału"232.
Stomatologia
Jeżeli chodzi o stomatologię, dawne jedzenie miało zdrowsze właściwości od obecnego i stąd kłopoty z uzębieniem mniejsze. Przyjmuje się wręcz, że częstość występowania próchnicy rośnie wraz z postępem cywilizacyjnym. Z leczeniem zębów było oczywiście znacznie gorzej i przy bólu zwykle kończyło się na interwencji "wyrwizęba", czyli na rwaniu. Tak więc stan uzębienia populacja w całości miała marny, a ból zęba stanowił przez stulecia zasadniczy problem. Już w starożytnym Egipcie pacjentom, którym rwano zęby, zalecano picie mocnego wina233.
Pierwsze kłopoty zaczynały się przy ząbkowaniu. Jak pisał Leopold Lafontaine, około 7. miesiąca życia pojawiały się u dziecka pierwsze zęby, co wiązało się z opuchniętymi dziąsłami, biegunką, wymiotami, brakiem apetytu i ospałością. Czkawkę u dziecka starano się eliminować przy pomocy herbatki. Teodor Tomasz Weichardt pisał, że trzeba "ostrożności w leczeniu dzieci i dostatecznego doświadczenia, czyli ta słabość zębom, a nie innej przyczynie przypisana być może". Ząbkowanie bardzo przeżywano, jak czytamy w diariuszu rodzica z 1658 roku: "w górnej szczęce ukazały się dwa ząbki; synek nasz jest słaby z powodu wymiotów i dużej gorączki. A potem: Już trzeci mija dzień, jak nasz synek gorączkuje z przerwami, z powodu ząbkowania"234. Zalecano już w średniowieczu smarowanie dziąseł dzieci przy ząbkowaniu miodem pszczelim, ale też szereg innych środków, jak podawany przez Szymona Syreńskiego w XVI wieku, wywar rumianku z koprem. Nie można traktować tego w kategorii wymysłów i fantazji, ale środków sprawdzonych empirycznie, chociaż bez rozumienia sensu zjawiska. Tak było z korzeniem fiołkowym, który wkładano dzieciom do ust, o rzeczywiście silnym działaniu przeciwzapalnym235.
Zastanawia kwestia higieny jamy ustnej, której celem jest głównie zapobieganie próchnicy i chorobom przyzębia. Już chirurg Chauliac z 1343 roku pokazywał sposoby dbania o czystość zębów. Zalecał stosowanie pasty z miodu z przeprażoną solą. Dla Sarmatów ważne były białe zęby oraz unikanie bólu. Jakub Haur pisał: "piękna rzecz, ile damie każdej mieć białe zęby i choćby która miała mieć w piękności swojej anielską twarz, gdy ma czarne zęby, wszystko to szpeci piękność, stąd do tego i z ust cuchnie, że przez to każdego od siebie w upodobaniu odrazi". Leopold Lafontaine podobnie pisał o kobiecej urodzie: "My również za pierwszym rzutem oka poznać możemy zdrową dziewczynę po zdrowości jej ciała i po elastycznym chodzie, po perłowych zębach, kiedy się do nas uśmiecha; po balsamicznym oddechu, kiedy pierwsze z jej koralowych ust odbieramy pocałowanie"236. To samo było gdzie indziej. Margrabina Bayreuth wspomina o księżniczce brunszwickiej, że wyróżniała się urodą, "jednakże krzywe i sczerniałe zęby niweczą wszystko(...), jej małżonek jednak również nie był zachwycający, przyjemności Cytery [syfilis - p.m.] kosztowały go drogo, nie miał bowiem nosa. Mój brat [Fryderyk II - p.m.] żartował na ten temat, że stracił go w walce z Francuzami"237.
Maciej z Miechowa zalecał płukanie zębów wodą rozmarynową. Inni proponowali spalony pumeks, przetarte i spalone ślimaki etc. Środki ścierne raczej odradzano. Szorowanie zębów solą lub ałunem uważano za szkodliwe dla dziąseł - tak twierdził Erazm z Rotterdamu, który uważał też, że czyszczenie zębów moczem "wypada jedynie Hiszpanom"238. Haur zalecał: "Zęby tedy z rana po jedzeniu i na noc czystą wodą wymywać, chędożyć i płukać, usta, dziąsła, zęby z wierzchu i zewnątrz jednak przecie ostrożnie wycierać"239. Różne proszki do ścierania brudu i osadu z zębów powodowały fatalne skutki w postaci ścierania szkliwa. Podobnie negatywne skutki dają rylce - o czym pisał Ludwik Perzyna - i metalowe przedmioty do oszkrobywania zębów. Stosowano także od dzieciństwa płukanie ust zimną wodą z winem po każdym posiłku. Sposoby te okazywały się mało skuteczne i powszechnie widywano czarne zęby na dworach królewskich. Władca majestatyczny, ale szczerbaty, również stanowił widok zwykły. O królu Szwecji Gustawie Erikssonie Wazie biograf podaje, że z powodu braku zębów mówił tak niewyraźnie, że z trudem go rozumiano. Hieronim Florian Radziwiłł narzekał na swoją narzeczoną: "Zęby ma czarne, popsowane, bać się trzeba szkorbutu, a to przez niedbalstwo i niechlujstwo. Owo co u drugich widzieli niedoskonałości i wady śmierdzenia z gęby, a w sobie nic nie widzą"240. Typową sytuację opisuje poemat stomatologiczny241:
"Uskarżał mi się jeden szlachcic stary srodze,
Że już tylko samymi dziąsłami chleb głodze.
Że mu jedne wygniły a drugie w chorobie,
Przed bólem balwierzowi kazał wybrać sobie".
Smród z ust był więc również częsty i ze wzmiankami na ten temat spotykamy się już w starożytności. Plutarch z Cheronei podaje, że pewna żona zapytana, dlaczego nie zwróciła mężowi uwagi, że brzydko pachnie mu z ust, odpowiedziała, że myślała, iż wszystkim mężczyznom tak pachnie, czym dała dowód swojej cnocie. W Polsce lekarz Leszka Czarnego, Mikołaj z Polski, aby usunąć przykry zapach, zalecał smarowanie dziąseł krwią węża. Wodę miętową proponował Maciej z Miechowa. Stosowano też piołun gotowany w wodzie ze skórkami cytryny. Jak wspominałem, poważny problem stwarzał ból zębów, na co Mikołaj z Polski zalecał proszek wężowy włożony do wewnątrz jamy ustnej. Propozycji i środków była wszakże niezliczona ilość242.
Borykowano się głównie z próchnicą, którą powoduje bakteryjna płytka nazębna zdolna do fermentacji węglowodanów, co prowadzi do produkcji kwasów i obniżenia pH w jamie ustnej. Długo utrzymujące się niskie pH prowadzi do demineralizacji twardych tkanek zęba. W średniowiecznej Europie odsetek populacji dotkniętej próchnicą był bardzo wysoki i wynosił kilkadziesiąt procent. Dane archeologiczne dla obszaru Poznań-Katedra (XIII-XVI wiek) to 28,2%, Poznań-Garbary (XIV-XVIII wiek) 72%, Gniezno-Katedra (XII-XVII wiek) 36,3%, Kraków Kościół Mariacki (XV-XVIII wiek) 55,5% czy Inowrocław (XVII-XVIII wiek) 36,3%243. Od starożytności panowało błędne przekonanie, że próchnica wywołuje robaki w zębach, nawet już w Egipcie faraonów. W Polsce wzmianka o robakach zębowych pojawiła się w 1532 roku u Franciszka Mymera.
Do poważnych problemów zębowych należał szkorbut, nazywany też gnilcem, spowodowany brakiem witaminy C i awitaminozą w ogóle. Występował często, co potwierdza wielu świadków. Okazuje się, że najpopularniejsze w Polsce warzywo, czyli kapusta, jest najlepszym lekiem na szkorbut. Choroba ta polega na tym, że dziąsła chorego ulegają zmiękczeniu, puchną, następuje poluzowanie zębów, otwieranie zagojonych ran i niegojenie się starych. Niejednokrotnie ofiarami szkorbutu padali marynarze, żołnierze, więźniowie, pacjenci szpitali244.
Wyrywaniem zębów zajmowali się m.in. chirurdzy cechowi. Potwierdza to umowa między Izabellą Lubomirską, a jednym z chirurgów z 1804 roku. Do tego dochodzili cyrulicy, balwierze łaziebnicy, znachorzy, a nawet zwykli kowale. Powszechnie zwano ich "wyrwizębami". Jedno ze źródeł opowiada o rwaniu zęba: "Poszedł chłop do cerulika Niemca, aby mu ząb wyrwał. Niemiec cerulik nie natrafił na ząb chory, wyrwał mu ząb jeden, potem drugi, aż ledwo do trzeciego zęba chorego trafił"245.
Operacja usunięcia zęba miewała do pewnego stopnia charakter cyrkowy. Czasami, pewnie niezbyt często, wędrowny dentysta pracował pod gołym niebem na podium, zatrudniał linoskoczków, trębaczy i muzykantów dla ubarwienia operacji, aby przyciągnąć klientelę. Heroldowie oznajmiali głośno, że do miasta przybył głośny na cały świat lekarz. Dentysta nosił na sobie wielobarwny strój mający przyciągnąć uwagę. Pacjent siedział na stołku, lub taborecie. Wyrwizęba otaczali liczni widzowie. Oto jeden z XVIII-wiecznych opisów takiej sytuacji: "Wędrowny dentysta, lekarz dentysta albo krzykacz jarmarczny ubrany w dużą perukę poleca swoje medykamenta. Obok niego stoi stół, na nim siedzi małpka trzymająca w rękach lekarstwa, a obok stołu śmieszny arlekin w kapeluszu trzymający zioła. Krzykaczowi jarmarcznemu udało się ściągnąć pacjenta na podium, ażeby temu pożałowania godnemu człowiekowi usunąć ząb przy akompaniamencie grubych żartów. Cudotwórca ten stoi tryumfując i pokazując publiczności usunięty ząb. Podczas tego chłop siedzi z żałosną miną, trzymając w jednym ręku miskę, a drugą obmacując lukę zębową"246.
Na anonimowej rycinie z 1582 roku czytamy: "Kiedy wyrywam komuś ząb i zadaję ból on sika w swoją koszulę i jego twarz zmienia kolor. Trzem lub czterem pomocnikom każę trzymać najgorszych pacjentów, bowiem skoro ja zadaję ból, to oni mogliby mnie pobić"247.
Przy częstym rwaniu zębów popularność zyskały zęby sztuczne, opisywane już w antycznym Rzymie. Robiono je z kości hipopotama, z kości słoniowej, kości morsa lub zwierząt domowych, zwłaszcza cieląt. Ludzkie zęby pozyskiwano od poległych na wojnie albo biednych248. Zęby te jednak nie miały zadowalającej jakości. Jerzy Waszyngton otrzymał zęby z kości nosorożca, ale były zbyt ciężkie i niewygodne.
Apteki
Podstawową metodą leczenia było puszczanie krwi. Krew puszczano nie tylko leczniczo, ale i profilaktycznie, ze wszystkich dostępnych żył. Zabiegowi temu towarzyszyło zatem mnóstwo obyczajów oraz przesądów. Jak głosił jeden z zabobonów, najkorzystniej jest puszczać krew 1 maja. Zabieg ogólnego zmniejszenia krwi stosowano profilaktycznie 4-5 razy w określonych porach roku: np. przed Wielkim Postem, po Wielkanocy, po Zielonych Świątkach, na koniec lata i przed Adwentem. Uważano, że mężczyzna nie jest w stanie żyć bez seksu, jeżeli nie upuści mu się od czasu do czasu krwi. Ilość krwi upuszczanej jednorazowo mogła być duża. W ostrych chorobach gorączkowych krew puszczano po kilka i kilkanaście razy249.
Poza tym zabiegiem, dawano też lek na przeczyszczenie. Olej rycynowy był w XIX i pierwszej połowie XX wieku jednym z najpopularniejszych medykamentów. Słynna aspiryna jest późnym wynalazkiem. Wcześniej na gorączkę przepisywano napar z kory wierzbowej, który działał dobrze, ponieważ zawiera składniki przeciwzapalne aspiryny, czyli kwas acetylosalicylowy. Jako pierwszy zastosował go alzacki chemik Charles Frédéric Gerhardt w 1853 roku, ale nie uległ wówczas upowszechnieniu, co stało się dopiero za sprawą niemieckiego chemika Feliksa Hoffmana, pracującego dla koncernu Bayera. W 1899 roku Bayer wprowadził aspirynę w proszku do aptek, a w 1915 roku pojawiły się tam tabletki. Po pierwszej wojnie światowej Bayer stracił prawa do nazwy aspiryna i stała się ona powszechnie obowiązującą nazwą leku.
W nowożytnej medycynie występował jednak spory zestaw i innych leków, w tym ogromna ilość ziół. Zbiór używanych w danym momencie medykamentów nazywano farmakopeą. Zwraca się uwagę na dziedzictwo antyku, starożytnego Bliskiego Wschodu (Sumer, Mezopotamia) i schedę arabską, do której dochodziły pewne preparaty z Nowego Świata. Do leków wykorzystywano substancje pochodzenia zwierzęcego i roślinnego oraz mineralnego. Do sławnych medykamentów należała driakiew używana na zatrucia, której główny składnik stanowił jad żmii; znano też bezoar, który zawierał, jak głosiła legenda, skamieniałe łzy jelenia250. Metoda leczenia medycyny przednowoczesnej - galenowej, opierała się na teorii humorów. Z chorobą walczono poprzez wprowadzenie do organizmu humorów o właściwościach przeciwnych. Pacjent chory na melancholię, czyli nadmiar czarnej żółci - humoru zimnego i suchego - potrzebował leków ciepłych i wilgotnych. Uważano, że wszystkie substancje naturalne obdarzone są czterema cechami pierwotnymi: wilgotnością, suchością, zimnem i ciepłem. Najczęściej stosowanymi środkami przeczyszczającymi były rośliny takie jak senes, strączyniec, rabarbar, aloes oraz manna. Jęczmień pity w postaci herbaty ziołowej to środek ochładzający, anyżek miał właściwości wykrztuśne i wiatropędne, korzeń piwonii leczył choroby nerwowe, a cynamon je łagodził251. Wśród rozmaitych farmaceutycznych specyfików można wymienić wazelinę, którą stosowano na rozmaite okazje, przede wszystkim do gojenia ran. W 1870 roku wyodrębnił ją przez przypadek od nafty i nadał jej nazwę (Vaseline) aptekarz z Brooklynu, Robert Augustus Chesebrough. Początki dystrybucji produktu wyglądały tak, że sam aptekarz objeżdżał bryczką domostwa w stanie Nowy Jork i zachęcał do kupienia swojej wazeliny252. Wonnymi olejkami skrapiano ciało i dodawano do kąpieli już w starożytnym Egipcie. Opracowano dezodoranty na bazie cytrusów i cynamonu, podjęto depilowanie włosów pod pachami jako zmniejszające wydzielanie nieprzyjemnego zapachu, co uzasadnione, bo na włosach gnieżdżą się bakterie. W Grecji i Rzymie zalecano regularne korzystanie z łaźni. Pierwszy antyprespirant, ograniczający wydzielanie gruczołów potowych, opracowano w Stanach Zjednoczonych w 1888 roku. Substancję aktywną stanowił w nim cynk.
Leki sprzedawano w aptekach, które znajdowały się głównie w dużych miastach253. Początki handlu lekarstwami sięgają czasów antycznej Grecji. Kramarze oferowali tu lecznicze zioła czy korzenie aromatyczne w swoich budach, lub kramach (grec. apotheke). Leki rozprowadzali też kupcy zwani olejkarzami i stanowili oni dla aptekarzy konkurencję. Cesarz Fryderyk II w XIII wieku wydał rozporządzenie regulujące obowiązki lekarzy, którzy mieli leczyć schorzenia wewnętrzne i złamania, a aptekarze wydawać odpowiednie środki. W niemieckim obszarze językowym, odróżnienie lekarzy od aptekarzy nastąpiło około 100 lat później (Bazylea, Norymberga) i wprowadzono lekarzom oficjalny zakaz sprzedawania medykamentów. Chodziło o ochronę pacjentów przed niepotrzebnymi oraz zbyt drogimi lekami. Farmację uznawano i praktykowano jako licencjonowane rzemiosło. Bez zezwolenia apteki nie można było prowadzić, co miało umożliwić aptekarzowi odpowiedni obrót wystarczający do utrzymania przy życiu siebie i rodziny254. Od XVI wieku zaczęto kontrolować sprzedawane medykamenty, np. trucizny czy środki poronne. Apteki przestały być zwykłym rzemiosłem i usamodzielniły się. W XVIII wieku farmacja stała się dyscypliną akademicką, również w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie aptekarzy zaczęto kształcić w 1783 roku, chociaż nie funkcjonował odrębny fakultet. Te pojawiły się w XIX wieku. Początkowo słowo recepta oznaczało zarówno przepis na sporządzenie leku, jak i polecenie udzielone pacjentowi przez lekarza na wydanie określonego medykamentu. Aptekarze sprzedawali jeszcze różne inne towary, m.in. alkohol, w tym wódkę oraz korzenie, perfumy, cukier trzcinowy, świece, opłatki, wosk, lak, artykuły cukiernicze, przyprawy i wino. W rezultacie do aptek od średniowiecza chadzało się często na wódkę i na piernika. J. A. Morsztyn pisał: "Ty bez ogródki, przyślij nam wódki, a jeśli jeszcze dasz i piernika, napiszę na drzwiach sławna apteka".
W Polsce aptekarze pojawili się w większych miastach już w XIV wieku. Wrocław posiadał od lat 1335-1350 regulamin dla aptek, gdzie określono urzędowe ceny leków, ale też wymagania dotyczące wiedzy zawodowej. Aptekarze mieli także złożyć przysięgę, posiadali swoje cechy i przepisy cechowe, które miały ich chronić przed nieuczciwą konkurencją. Terminowanie przez czeladnika u kierownika apteki trwało kilka lat. Najpierw kandydat był uczniem, potem czeladnikiem. Po okresie pięciu lat otrzymywał od swego mistrza świadectwo wyuczenia zawodu. Wyjątek stanowiły Kraków i Gdańsk, gdzie aptekarze nie tworzyli cechu. W Poznaniu Rada Miejska postanowiła w 1489 roku, aby aptekarze, złotnicy, malarze i hafciarze tworzyli jeden cech. Już w XVI wieku aptekarze poznańscy posiadali jednak odrębny cech. Pierwsza wzmianka o istnieniu apteki w Poznaniu i aptekarzu Marcinie pochodzi z 1446 roku. W 1662 roku Jan Kazimierz wydał przywilej kształcenia aptekarzy kolegiom jezuickim w Kaliszu i Lublinie. W XVIII wieku w Warszawie funkcjonowało kilka znanych aptek, przeważnie znajdowały się one przez kilka pokoleń w rękach jednej rodziny. Przy ulicy Świętojańskiej mieściła się więc apteka należąca do rodziny Fryzów. Na Krakowskim Przedmieściu znajdowała się apteka Józefa Skalskiego, przy ulicy Podwale apteka Józefa S. Wasilewskiego, Kostrzewskich przy ulicy Nowomiejskiej. Lekarze dworscy mieli aptekę zamkową. Apteki otwarte były zarówno w dni powszednie, jak w niedziele i święta. W każdej aptece wywieszano urzędowy spis lekarzy, których recepty honorowano. Na każdy kolejny lek wprowadzany do sprzedaży trzeba było mieć zezwolenie. Dopiero w 1783 roku powołano na Akademii Krakowskiej Katedrę Farmacji i Medycyny. Na jej czele stanął lekarz i właściciel apteki Jan Szaster i zajęcia ze studentami odbywały się w jego aptece "Pod Słońcem"255.
Warunki mieszkaniowe a zdrowotność
Nie tylko pożywienie, używki, ale i całe warunki materialne życia wywierają zasadniczy wpływ na zdrowie. W pierwszej kolejności wspomnieć trzeba o warunkach mieszkaniowych, które powodowały ogromny niepokój dziewiętnastowiecznych lekarzy higienistów społecznych w odniesieniu do robotników fabrycznych. Procesy industrializacji prowadziły do urbanizacji i koncentracji ogromnych mas biedoty robotniczej w złych warunkach mieszkaniowych, które sprzyjały szerzeniu się chorób. Jak pisał w 1892 roku Ludwik Krzywicki: "Wzrost liczby lokali w takim ognisku handlowym i przemysłowym nigdy nie dotrzymuje kroku napływowi przychodniów. Zwłaszcza dotyczy to mieszkań dla warstw uboższych pracujących. Cena mieszkań idzie do góry, szczególnie małych, tak iż niekiedy przechodzi wszelkie możliwe granice i w porównaniu z dużymi lokalami jest wygórowanie wielką; małe ciupki poddaszowe w dzielnicach uboższych pozostają przepełnione, dając schronienie każda kilku niekiedy rodzinom, którym brak tam przede wszystkim niezbędnej ilości powietrza. W skutku natłoczenia osób różnego wieku i różnej płci w tej samej izbie uczucia przyzwoitości zostają wciąż nadwyrężane, a postępowanie starszych zaraża swoim przykładem pokolenia zaledwie odrosłe od ziemi"256.
Wcześniej chłopskie, kurne chaty z dziurą w dachu zamiast komina, a więc nieustannie zadymione, z klepiskiem, bez podłogi, z nieszczelnymi drzwiami zbitymi z paru desek, małymi szybkami w niewielkich oknach, a częściej zatłuszczonym papierem były, jako miejsce zamieszkania, niezdrowe, pełne przeciągów i dymu. Jeżeli na zimę chętnie trzymano tam zwierzęta, to także dlatego, aby i ludzie mogli się ogrzać. Stanisław Staszic ukazywał bardzo dobitnie stan rzeczy w tym zakresie w 1790 roku: "Tych pomieszkaniem są lochy, czyli trochę nad ziemię wyniesione szałasze: słońce tam nie ma przystępu - są tylko zapchane smrodem i tym dobrotliwym dymem, który, aby podobno mniej na swoją nędzę patrzali, zbawia ich światła; aby mniej cierpieli, i w dzień i w nocy dusząc, ukraca ich życie mizerne, a najwięcej w niemowlęcym wieku zabija. W tej smrodu i dymu ciemnicy dzienną pracą strudzony gospodarz na zgniłym spoczywa barłogu. Obok niego śpi mała, a naga dziatwa na tym samym legowisku, na którym krowa z cielęciem stoi i świnia z prosiętami leży"257.
To nie była tylko polska specyfika, chociaż w Europie Wschodniej sytuacja prezentowała się gorzej niż w Zachodniej. W Austrii zabudowa murowana w miastach zaczęła się pojawiać w XIII wieku, na wsi w XVI, ale drewno, jako materiał budowlany, nadal dominowało. Dopiero po wojnie trzydziestoletniej domy stały się murowane wśród bogatych chłopów. U schyłku XVII wieku w zamożniejszej części Górnej Austrii już 1/3 domów była murowana albo z wypalanej cegły, w Dolnej Austrii w XVIII wieku dużo więcej, a pod koniec wojen napoleońskich 60%258.
W XIX wieku sytuacja poprawiała się bardzo powoli, ale w sposób widoczny. Raport austriackiego towarzystwa rolniczego z 1829 roku mówił o widocznej poprawie sytuacji na wsi i zamianie zabudowy drewnianej na kamienną. Nowe izby były większe, lepiej oświetlone, z świeższym powietrzem, zdrowsze. Nawet jeżeli domy nadal budowano z drewna, to lepiej niż dawniej, z większymi oknami, jedną izbą więcej i bezpieczniejsze, bo z murowanym kominem. W przeszłość odchodziły dachy słomiane na rzecz dachówki. Dużo było kolorowych i rzeźbionych skrzyń, szaf i zegarów259. W miastach, od średniowiecza, w mieszkaniach klasy średniej rozwijało się zróżnicowanie przestrzeni mieszkalnej, wygoda i uczucie prywatności260.
Mieszkania w Wiedniu 1780-1910
Rok
Mieszkańcy w 1000
Mieszkań w 1000
Osób na mieszkanie
Czynsz na mieszkanie
Czynsz na osobę
1780
197,8
44,9
4,4
59,7
15,1
1785
209,7
48,7
4,3
64,3
14,9
1789
215,7
51,1
4,2
59,5
14,1
1797
228,3
58,1
3,9
62,4
15,8
1803
236,4
58,9
4,0
60,8
15,1
1808
248,1
61,1
4,1
55,9
13,5
1820
260,2
59,1
4,4
144,0
32,8
1830
317,8
70,1
4,5
151,0
33,3
1840
356,9
81,2
4,4
151,3
34,3
1850
426,4
89,3
4,8
174,5
35,8
1857
474,0
89,8
5,3
228,3
43,3
1864
539,4
105,1
5,2
286,0
55,7
1869
595,7
114,4
5,2
281,8
54,1
1880
695,3
146,3
4,8
368,9
77,6
1890
805,3
182,9
4,4
359,2
81,3
1900
983,1
221,3
4,4
368,7
85,6
1910
1095
252,8
4,3
435,2
102,2
Źródło: Roman Sandgruber, Die Anfänge der Konsumgesellschaft. Konsumgüterverbrauch, Lebensstandard und Alltagskultur in Österreich im 18. und 19. Jahrhundert, München 1982, s. 352.
Sutereny, czyli niezdrowe piwniczne mieszkania robotnicze i ciasne klitki w kamienicach robotniczych nazywanych koszarami czynszowymi (Mietskaserne) industrialnych miast, uważano pod koniec XIX wieku powszechnie za wylęgarnię chorób i budziły największe obawy lekarzy. Wcześniej nie istniała jeszcze liczna klasa robotnicza, a czeladnicy i uczniowie mieszkali w domu mistrza. Już jednak w XVII i XVIII wieku zaczęły powstawać robotnicze osiedla, jak w Horn w Austrii, gdzie hrabia Kurz w 1656 roku polecił wybudować osiedle dla sukienników z 30 domami, a właściwie jednorodzinnymi chałupami albo w Groß-Siegharts, gdzie hrabia Mallenthein w 1720 roku stworzył osiedla tkaczy złożone z 200 podobnych domów. Powstawały też kolejne tego rodzaju osiedla, potem jeszcze też zbudowane przez braci Rosthorn w 1820 roku w Öd pod Piesting dla pracowników fabryki wyrobów metalowych261. Inny charakter miało w XVIII wieku przyfabryczne osiedle Nadelburg, złożone z 56 domów, z których w każdym znajdowały się cztery jednopokojowe mieszkania (po 35 mkw.), przy czym jedna kuchnia przypadała na dwa mieszkania, a toaleta, pralnia i ogród na cztery262.
Sytuacja poprawiała się dopiero stopniowo w XX wieku, dzięki wprowadzaniu na szeroką skalę wodociągów, kanalizacji, energii elektrycznej i gazu, centralnego ogrzewania oraz łazienek. W prawie republiki weimarskiej pojawiło się prawo do mieszkania dla każdego obywatela, co stało się kamieniem węgielnym pod zapoczątkowanie socjalnego komunalnego budownictwa mieszkaniowego i spółdzielni mieszkaniowych, nadzorowania dopuszczalnej wysokości czynszów czy ustawową ochronę mieszkańców przed wypowiedzeniem mieszkania. Większość mieszkań budowali jednak nadal, jak w cesarstwie, prywatni inwestorzy i towarzystwa budowlane. Państwo było za słabe, aby zaspokoić w ten sposób potrzeby lokalowe Niemców i problemów ekonomicznych nie usunięto, a tylko zmniejszono, wyznaczając jednak w ten sposób kierunek rozwoju. Zasadnicze zmiany zaczęły się po drugiej wojnie światowej, kiedy na masową skalę rozwinęło się budownictwo czynszowe263.
Sprawy sanitarne
Na sytuacji zdrowotnej ważyły w znacznym stopniu sprawy sanitarne, ponieważ brud w miastach i na wsi był powszechny, co wynikało przede wszystkim z prymitywnej techniki i administrowania, ale też z nieprzywiązywania wystarczającej wagi do tych spraw. Na temat czystości panowały w dawnej Europie pewne przyjęte wyobrażenia. Holandię na przykład uważano za kraj wyjątkowo czysty. Adam Ebert w 1678 roku pisał: Cała Holandia czystością swą przewyższa wszystkie narody świata264. Podobnie sądziło wielu mu podobnych. Generalnie jednak w całej Europie sprawy sanitarne długo przedstawiały się bardzo niezadowalająco.
Na polskiej wsi w wielu regionach kraju jeszcze u progu XX stulecia kąpano się i myto całe ciało raz w roku z okazji Wielkanocy. Miesiącami chodzono w tej samej odzieży i rzeczą zwykłą były problemy skórne, na czele ze świerzbem265. Należy jednak pamiętać, że człowiek ewolucyjnie przynależy do świata zwierząt, a przejawem zdrowia u zwierzęcia jest dbanie o higienę i mycie się. Wskazuje się, że wśród dawnych znalezisk archeologicznych znajduje się dużo grzebieni, nożyc do strzyżenia, szczotek, zwierciadeł, miednic, cebrzyków do mycia i kąpania niemowląt. Przyrządy do higieny występowały w ozdobnej formie, ale i prostej, użytkowane przez włościan. Latem powszechnie kąpano się w zbiornikach wodnych, no i były łaźnie. O łaźniach wspomina już Gall Anonim, pisząc, że korzystał z niej Bolesław Chrobry. Wielki książę Witold chodził do łaźni codziennie, Jagiełło co trzeci dzień, a Zygmunt I w soboty.
Stan higieny i spraw sanitarnych przedstawiał się jednak bardzo kiepsko jeszcze w XX wieku. Trzeba było ostrzegać w pismach edukacyjnych, że trzymanie zwierząt w izbach mieszkalnych z ludźmi prowadzi do roznoszenia robactwa i trudniej utrzymać czystość. Przechowywanie tam żywności zwiększało również zagrożenie chorobami przewodu pokarmowego266.
W piśmiennictwie pojęcie kołtuna pojawiło się w XVI wieku. Określano tak zwój posklejanych włosów na głowie wraz z łojem i surowiczym wysiękiem, powiązanym często z wszawicą. Pierwszy na zlecenie Stefana Batorego badał kołtuna lekarz Hercules Saxonia. Jego opinia, że jest to choroba, zaciążyła na wypowiedziach w kolejnych dziesięcioleciach, kiedy to bezrefleksyjnie ją powtarzano. Tylko nieliczni uważali kołtun za rezultat higienicznych zaniedbań i sytuacja taka trwała długo. Tymczasem na polskiej wsi popularne było stałe noszenie czapki przez chłopów, czasami nacieranie włosów tłuszczem, oszczędzanie mydła i powszechny brak higienie. Dopiero prace Józefa Dietla w Krakowie w połowie XIX wieku zakończyły anachroniczne dyskusje o chorobowym charakterze kołtuna. Podobnie lekarz Henryk Dobrzycki w 1877 roku zdecydowanie orzekł, że nazywanie kołtuna chorobą przy obecnym stanie wiedzy jest anachronizmem. Do splątania włosów zwanego kołtunem dochodziło natomiast najczęściej na skutek braków higienicznych, przewlekłego ropnego zapalenia i grzybicy skóry owłosionej głowy. Grzybica woszczynowa wydziela nieprzyjemną woń, przypominającą zapach mysich nor, lub stęchlizny267.
We francuskiej encyklopedii kołtun występował jako plica Polonica. Lekarz Stanisława Augusta, Leopold Lafontaine, twierdził przesadnie, że to przypadłość charakterystyczna dla Polski268. Sądził on też, że ta choroba jest zaraźliwa, występuje u wszystkich stanów, w każdym wieku i u każdej płci oraz w stosunku do każdego koloru włosów, na co sam zwracał uwagę. "Ta choroba jest znajoma od początku Wisły (stąd podobno jej niemieckie imię Weichselzopf) aż do gór karpackich, w Litwie, białej i czerwonej Rusi i walk Tataryi. Jednak w niektórych stronach jest częstszą. Za panowania króla Augusta III przeszła z Warszawy do Saxonii"269. Fałszywym kołtunem nazywał stan włosów biorący się z braku higieny270. Panował jednak pogląd, że nazwa niemiecka ma też inne pochodzenie. Przeświadczenie, że kołtun jest chorobą polską krążyło również i u nas. Ludwik Perzyna pisał tak w 1793 roku: "Mają niektóre kraje właściwe w sobie chorób przyczyny, w których mieszkając jakowy naród z zaciągnionych w te ciała swych przyczyn, w tym lub owym podlegać musi defektom. (...) Naszym zaś Polakom dostały się właściwe temu krajowi kołtony, o których niewielu z zagranicznych doktorów aż dotąd dostatecznie pisało, a nasi krajowi lekarze ledwie co o nich wspominają"271.
Inni sądzili jednak, że brud i brak grzebienia to problem zasadniczy272. Także Matecki uspokajał pół wieku później, żeby pacjenci nie wpadali w panikę, bo kołtuna można bez strachu o życie obciąć273.
Problemy z higieną osobistą i kołtunem dotykały szerokich kręgów społeczeństwa. Jędrzej Kitowicz w okresie 1779-1788 pisał, że na Mazowszu, na trzy głowy, dwie kołtonowate274. Lekarz wielkopolski Matecki podawał z urzędowej sprawozdawczości, że jeszcze w 1842 roku w Wielkim Księstwie Poznańskim było 5 327 przypadków kołtuna275. W 1902 roku w całej monarchii pruskiej odnotowano 6 500 osób z kołtunem, w tym w rejencji poznańskiej 2 507, bydgoskiej 1 354, kwidzyńskiej 1 354, gdańskiej 250 i królewieckiej 153, więc właściwie wszystkie we wschodnich prowincjach Prus. Te informacje rzutują na nasze wyobrażenie o epoce przedstatystycznej, gdy problem na pewno nie był mniejszy276.
Wiek XVIII znał też jednak problemy higieniczne i zdrowotne elit spowodowane przez peruki. W Berlinie znany oświeceniowy pisarz Friedrich Nicolai opublikował nawet w 1801 roku rozprawę Über den Gebrauch der falschen Haare und Perucken in alten und neueren Zeiten. Eine historische Untersuchung, gdzie wskazywał przede wszystkim na polityczne znaczenie peruki, odrzuconej przez jakobinów. Zwracał natomiast uwagę, że wcześniej elity i królowie promowali peruki, również i ze względu na wagę perukarstwa w gospodarce narodowej, a Wielki Elektor Fryderyk Wilhelm w 1698 roku miał wprowadzić podatek od peruk, 6% na krajowe i 25% na zagraniczne, z którego zwolnione były dzieci poniżej lat 12, pastorzy, nauczyciele i uczniowie. Wielkie barokowe peruki z oszczędności odrzucił już Fryderyk Wilhelm I277.
Sprawę ważną stanowiły łaźnie, które w średniowieczu stopniowo stawały się względnie powszechne i występowały w większości miast oraz miasteczek. Wzmianka o łaźni w Warszawie pochodzi z 1376 roku, a we Wrocławiu z 1309 roku. W Krakowie w 1358 roku funkcjonowały trzy łaźnie, a pod koniec XIV wieku, 12. Łaźnie stały się jednak miejscem uprawiania nierządu i zaczęto je likwidować w XVI wieku. A jak to wyglądało w małych miasteczkach? W wielkopolskim Gostyniu łaźnię odnotowano w 1610 roku, kiedy miasto wydzierżawiło ją łaziebnikowi. To o tyle ważne, że w mieście i okolicy nie było ani rzeki, ani jeziora. W XIX wieku łaźnie przestały już jednak funkcjonować, a przywrócono je dopiero krótko przed pierwszą wojną światową. Prywatna łaźnia w powiecie gostyńskim działała też w połowie XVI wieku w Poniecu. Miasto dawało na łaźnię 15 grzywien, przez co mieli z niej prawo korzystać bezpłatnie i ubodzy278.
Woda w ogóle należy do istotnych problemów naszej zdrowotności. Związana jest z kwestiami higieny i sanitarnymi, zanieczyszczona powodowała schorzenia przewodu pokarmowego. W Krakowie prymitywny wodociąg nazywany rurmus odnotowano już w XIV wieku. Składał się z urządzenia z kołem i czerpakami oraz wydrążonych rur sosnowych. Rury ułożono wzdłuż ulic na głębokości 1,7 metra. Wodę pobierano z rząpi, czyli drewnianych i metalowych zbiorników na wodę, przypominających fontanny. Czyniono to na rynku. Mieszczanie mogli instalować własne odgałęzienia od wodociągu do swojej kamienicy, ale nic na ten temat nie wiadomo279. We Wrocławiu wodociąg datowany jest na pierwszą połowę XIV wieku. Było to koło wodne podnoszące wodę z Odry i rozprowadzające ją siłą grawitacji tylko w zamożnej części miasta. Być może występowały jeszcze dwa inne punkty, z których czerpano wodę dla pozostałych obszarów miejskich. Rozprowadzanie odbywało się poprzez system rur drewnianych, wkopanych w ziemię staraniem władz miejskich280.
Już też w średniowieczu zastanawiano się nad sprzątaniem śmieci w miastach. Biskup Strasburga Erchenbald, jako pan miasta w X wieku, zarządzał, aby śmieci sprzątano z ulic i składowano we właściwym miejscu. Bardziej jednak systematyczne i częste przepisy na ten temat pojawiły się w XIII-XV wieku281. Stan sanitarny miast w całej przednowoczesnej Europie pozostawiał wiele do życzenia. Jak podaje encyklopedia codzienności Francji epoki anciene regime'u: "Miasto było miejscem cuchnącym i niezdrowym. Brak kanalizacji, która odprowadzałaby z jednej strony wodę deszczową, a z drugiej - odpadki i brudną wodę, czynił z ulic i rynsztoków ściek pod gołym niebem"282. Nie chodziło tylko o zwykły brud uliczny czy wyrzucaną przez okna zawartość nocników. Miasto już od średniowiecza produkowało znaczną ilość odpadów produkcyjnych, z którymi nie potrafiono sobie poradzić. Przede wszystkim w rzeźniach krew z ubojni wyciekała na bruk, odór spowodowany przez handel rybami był okropny. Także inne zakłady rzemieślnicze, jak garbarnie, które zanieczyszczały rynsztoki, pozostawiały po sobie wiele wydzielin. Brak bruku powiększał trudności sanitarne i sprawiał, że ulice w miastach stawały się trudne do przebycia. Władze nakazywały mieszkańcom brukowanie przedmościa domów283.
Latryny i miejsca sekretne
Problem stanowiły latryny. Każdy dom powinien mieć własną, ale było ich o wiele za mało284. Badania archeologiczne w Elblągu na 10 tysiącach metrów kwadratowych, wykazały obecność w tym mieście na kilkudziesięciu przebadanych parcelach jedynie 150 latryn. Najstarsze drewniane latryny lokowano w mieście w XIII wieku i to na tyle dobrze, że przeciewały w minimalnym stopniu. Zawartość latryn co jakiś czas wybierano, zwykle częściowo, rzadko całkowicie. Jedynie latryny kamienne występowały rzadko, koliste, o średnicy 2-4 metrów. Natrafiono także na kloakę, złożoną z dwóch drewnianych beczek, postawionych jedna na drugiej, wkopanych w ziemię285.
Generalnie miejskie odpady zanieczyszczały wodę w mieście, także w rzekach. Już w średniowieczu, w XIII stuleciu czytamy, że im rzeka bardziej oddalona od miasta, tym czystsza. W grę wchodziły nieczystości z latryn czy garbarni (garbarze używali wody rzecznej do garbowania). Stąd brało się oczyszczanie latryn, kloak i sprzątanie błota, usuwanie padliny, takiej jak zwłoki psów, którą wrzucano też do rzeki oraz zakładanie krat na ciekach wodnych, aby zatrzymywały nieczystości. Tak też w rachunkach miejskich występowali hycle i sprzątacze błota. W Norymberdze wydano w 1479 roku zakaz kopania dołów kloacznych w odległości zbyt bliskiej do studzien. Warto zwrócić uwagę, że część studni kopano płytko, tylko na kilka metrów głębokości, przez co gromadziły wody powierzchniowe. Z kolei w Paryżu garbarze mogli płukać skóry w Sekwanie wyłącznie w nocy, tylko do piątej rano. Podobnie w Narbonne w 1315 roku pozwolono farbiarzom na wylewanie resztek barwionych na niebiesko i czerwono (marzanną) tylko wraz z nastaniem nocy, tak aby nazajutrz można było czerpać z rzeki wodę do picia. Z kolei statuty Arezzo w 1345 roku w pewnym stopniu zabraniały moczenia lnu w rzece. Karol Śmiały zakazał w 1471 roku w Brugii wrzucania wszelkich nieczystości do rzeki, tak aby wszystkie cieki wodne występujące w mieście były czyste, a wszystkie - łącznie z fosami - stanowiły jeden system wodny. Za zanieczyszczanie rzeki groziła wysoka kara 3 liwrów286. Odrębny problem stanowiły powodzie. Kiedy rzeki wychodziły poza swe koryto, zalewały cmentarze, kloaki, brudne ulice i napełniały się nieczystościami. Jan Długosz zauważył w odniesieniu do powodzi krakowskiej z 1475 roku, że woda była następnie bardzo brudna i wiele osób po napiciu się jej miało obrzmiałe gardła287.
Pisałem o medycznej roli kata w mieście. Wspomnieć też trzeba o jego zadaniach w zapewnianiu czystości w mieście288. Zawód kata traktowano, jak wiadomo, jako profesję hańbiącą, a rekrutowano ich z miejskich nizin społecznych. Oprócz karania przestępców, kaci zajmowali się także utrzymywaniem porządku, co obejmowało czyszczenie ulic i rynku z błota. Szczególnie intratne okazywało się doprowadzanie do stanu używalności prywatnych kloak. Zajmowali się również usuwaniem z ulic padliny, także chorych i bezpańskich kotów, koni, świń i psów. W Warszawie w 1772 roku orientacyjnie szacowano, że kat może rocznie wyłapać 500 psów lub zebrać 120 padłych koni, z czego pewnie ze 40 na ulicy, a reszta po stajniach. W 1617 roku w Warszawie usunięto z ulic ogółem tysiąc sztuk różnych padłych zwierząt. W wielu miastach można znaleźć rachunki za usunięcie padliny. W Krakowie zachowało się wynagrodzenie z 1613 roku dla mistrza od "wywleczenia świni obwieszonej u słupa na ulicy Szerokiej", w Warszawie z 1656 roku dla mistrza od konia zdechłego, zachował się także rachunek z 1575 roku ofiarowany "mistrzowi, co psy zgorzałe wyrzucił z miasta", a z 1586 roku "mistrzowi od spalenia ścierwa cielęcego"289. Także w wypadku epidemii, psy i koty mogły mieć kontakt ze zwłokami zapowietrzonych i upowszechniać chorobę, toteż władze starały się je wybić. W obliczu zarazy poradniki przeciwmolowe zalecały "także psów i kotów wygnać, bo gdy od domu do domu biegają, najprędzej wiele złego ze sobą przynoszą, psy koty, a zwłaszcza gdzie ich siła, niepotrzebnych, co się włóczą od domu do domu, pozabijać"290.
Gdański historyk Dariusz Kaczor poddał ostatnio analizie sytuację sanitarną miast w Prusach Królewskich291. Władze miejskie wraz z mieszkańcami miały tu w epoce nowożytnej dbać o utrzymanie czystości, uprzątać nieczystości i dbać o ich wywóz. Z jednej strony, zwracano uwagę na konieczność ograniczania nieprzyjemnych zapachów, które uznawano za przyczynę epidemii. Pochodziły one z ulicznych odpadków czy z hodowli świń. Dużo uwagi poświęcano też garbarzom i kuśnierzom, gdzie fetor rozciągający się na domostwa wzbudzał poważne zaniepokojenie. Rozporządzenia władz dotyczyły kwestii uprzątania ulic, oczyszczania rynsztoków, budowy i naprawy bruków ulicznych, ochrony oraz czystości cieków wodnych, usuwania padliny, wyłapywania bezpańskich psów, zakazu hodowania świń czy opróżniania kloak292. Chodziło o to, aby mieszkańcy nie poprzestawali przy sprzątaniu na odgarnianiu śmieci sprzed własnej kamienicy na środek ulicy, bo utrzymanie porządku należało do miasta. Zarządzano, aby nie podrzucać własnych śmieci na parcele sąsiadów, nie składować odpadków w miejscach do tego nieprzeznaczonych albo nawet zabronionych, jak studnie publiczne; zabroniono wyrzucania śmieci na ulice, fekaliów do rynsztoków, zanieczyszczania cieków wodnych. Powtarzało się oburzenie na wylewanie w nocy zawartości urynałów wprost na ulicę. Zgniłe powietrze w Gdańsku już w XVI wieku uważano za przyczynę epidemii. Wielkie wydarzenie w życiu okolicy stanowiło opróżnianie kloaki ze względu na ogromny smród roznoszący się po okolicy293.
W Królewcu w epoce wczesnonowożytnej pracowało trzech katów i jako nieczyści wszyscy mieszkali poza obrębem miasta. Kaci mieli też pachołków i prace czyszczenia miasta wykonywali w nocy, z zastrzeżeniem, aby nie prowadzali ze sobą psów, które mogłyby budzić mieszkańców. Składowiska odpadków i ścierwa znajdowały się daleko, 4-5 mil za miastem. Do problemów należała też konfiskata świń szwędających się po mieście, bo wywoływało to spory i kłótnie z mieszczanami. Wprawdzie na ulicach wykopano rynsztoki, jednak w dziurach z nieczystościami taplały się świnie, wynajdując tam różne kąski do jedzenia. Magistrat w 1703 roku zakazał wypuszczania świń na ulice, jednak mieszczanie tego nie przestrzegali. Dopiero, kiedy magistrat zagroził, że świnie będą oddawane na wyżywienie szpitalowi, mieszczanie poważniej potraktowali ostrzeżenia. Nie brakowało też problemów z pijanymi woźnicami furmanek, sań i powozów, z czym starały się uporać władze294.
W początku XIX wieku obowiązek czyszczenia miejsc ustępowych w Warszawie spoczywał na właścicielach i dzierżawcach domów. Przedsiębiorstwa zajmujące się tymi zajęciami nazywano "nocnymi". W XVIII wieku wywozili oni nieczystości na tzw. Górę Gnojną nad Wisłą. W drugiej połowie XVIII wieku wybudowano wygodny pomost nad Wisłą, skąd przedsiębiorcy nocni wyrzucali nieczystości wprost do rzeki. Najbardziej odczuwany dyskomfort wiązał się z wyziewami kloacznymi. Doktor Ludwik Natanson w 1866 roku pisał: "pożądanym jest ażeby wyziewy dołów kloacznych, woń beczek rozwożonych po ciernistym bruku, pompowane i publicznymi ściekami na głównych ulicach płynące odchody i pomyje, ile można najmniej przykrości i szkody przynosiły. Należałoby zobowiązać właścicieli domów do ubezwonnienia kloak i ściekowisk"295. Odkażano je przy pomocy kwasu karbolowego i siarczanu żelaza. Obliczano, że każdy człowiek wydziela rocznie przeciętnie określoną ilość kału i kloaki są w tej sytuacji sprawą wymagającą uwagi, a ich obmurowanie nie gwarantuje nieprzesiąkania nieczystości do gruntu. Bardzo krytyczna jest jedna z opinii - Karola Gregorowicza z lat 60. XIX wieku w odniesieniu do kloak warszawskich: "Żadna stolica, żadne większe miasto nie może poszczycić się takimi kloakami jak Warszawa! Kloaki warszawskie są niezrównanej obrzydliwości! Skromna nazwa wychodków jest zbyt poetyczna, nazwać je wychodkami niepodobna, bo nie ma którędy wejść, a strach pomyśleć o wyjściu! (...) Z daleka czy z bliska dusząca woń zaraża powietrze, gryzie w oczy, a co za widok na wszystkie strony (...) to przechodzi wszystko296. Opis wygódki sporządzony przez komisję lekarską w 1866 roku nie zachęcał: Wygódka składa się z deski, z okrągłą dziurą nad kanałem, urządzona pod schodami w sieni; zupełnie tu ciemno i smród niemożliwy"297. Inny opis mówił o: "kloace wypełnionej po brzegi, której zawartość wycieka przez wierzch"298. Liczba kloak systematycznie się zwiększała, w 1861 roku było ich 2 547, w 1889 roku 4 377, trzeba jednak pamiętać, że systematycznie rosła liczba ludności. Wiadomo wszakże, że liczba posesji pozbawionych wychodków uległa zmniejszeniu ze 152 w 1860 roku do 61 w 1889 roku. Nieczystości usuwano beczkami, które były nieszczelne i na całą okolicę rozchodził się okropny fetor. Z czasem zaczęto je pompować z dołów do beczek rurami. Pod koniec XIX wieku jeden na cztery lokale w Warszawie miał już własny ustęp w domu. Ich upowszechnianie ograniczała jednak wysoka cena wody niezbędnej do ich spłukiwania299.
1 Robert Lisowski, Problematyka higieny i oświata zdrowotna w literaturze dla ludu przełomu XIX i XX wieku, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 71, 2008, s. 34-35.
2 Anna Marek, "Dziennik Zdrowia dla wszystkich stanów" a problematyka dziecięca, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 67, 1, 2004, s. 15.
3 Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, New York 2013, s. 66.
4 Tadeusz Brzeziński, Problemy robotnicze w pismach lekarzy polskich przełomu XIX i XX wieku, Archiwum Historii Medycyny, 47, 1984, s. 75.
6 Zbigniew Kuchowicz, Obyczaje staropolskie, Łódź 1975, s. 108-109; Renata Gałaj-Dempniak, Choroba i śmierć szlachty w świetle pamiętników i utworów literackich okresu XVI-XVII wieku, w: Choroba i śmierć w perspektywie społecznej w XIII-XXI wieku, Warszawa 2010, red. Dariusz K. Chojecki, Edward Włodarczyk, Warszawa 2010, s. 72.
7 Margrabina von Bayreuth, Pamiętniki, Warszawa 1973, s. 367.
8 Fryderyk Skarbek, Pamiętniki Fryderyka hrabiego Skarbka, Warszawa 2009, s. 30-31.
9 Krzysztof Zawisza, Pamiętniki, Warszawa 1862, s. 13-16.
10 Wirydianna Fiszerowa, Dzieje moje własne, Londyn 1975, s. 25.
11 Renata Gałaj-Dempniak, Choroba i śmierć szlachty, s. 72.
12 Janusz Skalski, Medycyna w Polsce. Od czasów najdawniejszych do upadku I Rzeczypospolitej, Warszawa 2016, s. 6-7, 266-267; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, Cambridge 2010, s. 160.
13 Karolina z Potockich Nakwaska, Dwór wiejski, Poznań 1843, s. 17-18.
14 Wirydianna Fiszerowa, Dzieje moje własne, Londyn 1975, s. 14-19; Robert Lisowski, Problematyka higieny i oświata zdrowotna w literaturze dla ludu przełomu XIX i XX wieku, s. 35.
15 Renata Gałaj-Dempniak, Choroba i śmierć szlachty, s. 72-73.
16 Jacobi Lanhaus, Opis podróży. Itinerarium (1768-1769), Kraków-Wrocław 2014, s. 174.
17 Robert Lisowski, Problematyka higieny i oświata zdrowotna w literaturze dla ludu przełomu XIX i XX wieku, s. 35.
18 Fryderyk Engels, Położenie klasy robotniczej w Anglii, Warszawa 1952, s. 45.
19 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala. Rozwój historyczny problematyki szpitalnej w Polsce do końca XIX wieku, Wrocław 1981, s. 12-13; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 166.
21 Władysław Szumowski, Historia medycyny filozoficznie ujęta, Warszawa 1994, s. 401.
22 Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich w latach 1809-1914, Wrocław 2003, s. 13-14.
23 Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, s. 65.
24 Roman Kaleta, Sensacje z dawnych lat, Wrocław 1974, s. 119.
25 Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 14-16.
26 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 159; Tadeusz Brzeziński, Początki i rozwój szpitali, w: Historia medycyny, red. Tadeusz Brzeziński, Warszawa 2004, s. 70-71; Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, Warszawa 1994, t. 1, s. 443-444; Marek Słoń, Szpitale średniowiecznego Wrocławia, Warszawa 2000, s. 5-7; Franciszek Giedroyć, Zapiski do dziejów szpitalnictwa w dawnej Polsce, Warszawa 1908, s. 3-4.
27 Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 167.
28 Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, Warszawa 2016, s. 28-31; Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 20-21; Władysław Szumowski, Historia medycyny, s. 157.
29 Tamże, s. 20-23; Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 28-31; Tadeusz Brzeziński, Początki i rozwój szpitali, s. 71.
30 Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 31-32; Franciszek Giedroyć, Zapiski do dziejów szpitalnictwa, s. 3.
31 Zdzisław Kropidłowski, Formy opieki ubogich w Gdańsku od XVI do XVIII wieku, Gdańsk 1992, s. 76-77; Wacław Męczkowski, Szpitale dawnej Rzeczypospolitej w uchwałach synodów polskich, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 15, 1935, s. 70-71.
32 Marek Słoń, Szpitale średniowiecznego Wrocławia, s. 86-92.
33 A. C. Crombie, Nauka średniowieczna i początki nauki nowożytnej, Warszawa 1960, t. 1, s. 271-272.
34 Margaret Humphreys, Dur brzuszny i jego nosiciele, w: Wielkie epidemie w dziejach ludzkości, red. Kenneth F. Kiple, Poznań 2002, s. 18.
36 Zdzisław Kropidłowski, Formy opieki ubogich w Gdańsku, s. 84-85; Władysław Szumowski, Historia medycyny, s. 395.
37 Zdzisław Kropidłowski, Formy opieki ubogich w Gdańsku, s. 22-23; Władysław Szumowski, Historia medycyny, s. 2-3.
38 Georges Vigarello, Historia zdrowia i choroby od średniowiecza do współczesności, Warszawa 1997, s. 11.
43 George Rosen, A History of Public Health, London 1993, s. 270-277, 293-295, 320-323; Robert Lisowski, Problematyka higieny i oświata zdrowotna w literaturze dla ludu przełomu XIX i XX wieku, s. 39.
44 George Rosen, A History of Public Health, London 1993, s. 312-319; Włodzimierz Witczak, Lekarze polscy w Poznaniu w latach 1815-1918. Próba charakterystyki, Poznań 2000, s. 26.
45 George Rosen, A History of Public Health, London 1993, s. 293-295.
46 Wiktor Piotrowski, Terapia okulistyczna w czasach saskich, w tegoż: Szkice z historii polskiej medycyny, Jawor 1997, s. 48; Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, Łódź 1992, s. 95.
47 Jacek Wiesiołowski, Okulista Mieszka I, Kronika Miasta Poznania, 1, 2001, s. 9-10.
48 Małgorzata Szubert, Lorgnon, w: Leksykon rzeczy minionych i przemijających, Warszawa 2004, s. 141-142.
49 Jean-Pierre Pousou, Okulary, w: Codzienność dawnej Francji. Życie i rzeczy w czasach ancien régime'u, red. Michel Figeac, Wilanów 2015, s. 378-379; Adam Bednarski, Historia okularów w Polsce wiek XV-XVIII, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 6, 1927, s. 1-2; W.H. Melanowski, Krótki rys historii okulistyki, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 6, 1927, s. 32-33; Lech Bieganowski, Poznańskie okulary w XVI stuleciu - przyczynek do historii okularów, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 73, 2010, s. 49.
50 Adam Bednarski, Historia okularów w Polsce wiek XV-XVIII, s. 7.
51 Tamże, s. 8-9; Małgorzata Szubert, Lornetka, w: Leksykon rzeczy minionych i przemijających, Warszawa 2004, s. 142-143.
52 Małgorzata Szubert, Binokle, w: Leksykon rzeczy minionych i przemijających, Warszawa 2004, s. 28.
53 Wiesław Suder, Epidemie w V i IV w. p.n.e. w Rzymie, w: Choroba jako zjawisko społeczne i historyczne, red. Bożena Płonka-Syroka Wrocław 2001, s. 179-188; Edward Alfred Mierzwa, Epidemie przyczyną załamania demograficznego w Europie XVII w., w: tamże, s. 189-200.
54 Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, s. 78-79.
56 Zygmunt Klukowski, Opis dżumy w Lublinie w 1625 r., Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 5, 1926, s. 5-6.
57 Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 200-202.
58 Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 88-89, 258-259; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 195.
59 Janusz Skalski, Medycyna w Polsce przedrozbiorowej. Dzieje medycyny w Polsce, red. nauk. Wojciech Noszczyk, Warszawa 2015, t. 1, s. 104; Stanisław Karwowski, Choroby i medycy na Śląsku w XVII wieku. Lud, rocznik 2, 1896, s. 289-293.
61 Margaret Humphreys, Dur brzuszny i jego nosiciele, w: Wielkie epidemie w dziejach ludzkości, red. Kenneth F. Kiple, Poznań 2002, s. 18-19.
63 Michalina Biehler, Trąd i jego szerzenie się w Polsce, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 19, 1948, s. 131; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 182-183.
64 Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, s. 81-84.
65 Sebastian Mercier, Obraz Paryża, Warszawa 1959, s. 221.
66 Julian Ursyn Niemcewicz, Pamiętniki czasów moich, Warszawa 1957, t. 1, s. 40.
67 Stanisław Olczak, Ospa prawdziwa i szczepienie ochronne przeciw ospie w Kaliszu i na terenie ziemi kaliskiej, Archwium Historii Medycny, 46, 1983, s. 359.
69 Zbigniew Kuchowicz, Obyczaje staropolskie, s. 87; Margaret Humphreys, Gruźlica: suchoty i cywilizacja, w: Wielkie epidemie w dziejach ludzkości, red. Kenneth F. Kiple, Poznań 2002, s. 198-199.
70 Claude Quetel, Niemoc z Neapolu, czyli historia syfilisu, Wrocław 1991, s. 259-308; Wacław Urban, Znaczenie kiły w dziejach Pierwszej Rzeczypospolitej, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 60, 1997, s. 1-2; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 183.
71 Franciszek Ksawery Bohusz, Dzienniki podróży, Kraków-Wrocław 2014, s. 52.
73 Claude Quetel, Niemoc z Neapolu, s. 281.
74 Monika Maludzińska, Choroby weneryczne na ziemiach polskich w XVI wieku w świetle "Przymiotu" Wojciecha Oczki, w: Wśród córek Eskupala, s. 51, 56; Michel Foucault, Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu, Warszawa 1987, s. 20-21; Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, s. 88-89.
75 Monika Maludzińska, Choroby weneryczne, s. 61.
76 Wacław Urban, Znaczenie kiły, s. 2.
77 Monika Maludzińska, Choroby weneryczne, s. 94-95.
78 Anna Berdecka, Irena Turnau, Życie codzienne w Warszawie okresu oświecenia, Warszawa 1969, s. 238.
79 Sebastian Mercier, Obraz Paryża, s. 302-311.
80 Wiktor Piotrowski, Choroby zakaźne w epoce polskiego oświecenia, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 62, 1997, s. 207-208.
82 Wacław Urban, Znaczenie kiły, s. 1-2.
83 Claude Quetel, Niemoc z Neapolu, s. 259-308.
84 Sebastian Mercier, Obrazy Paryża, s. 160-161.
86 Claude Quetel, Niemoc z Neapolu, s. 260, 279.
88 Jacobi Lanhaus, Opis podróży, s. 19.
89 Sibylla Flügge, "Reformation oder erneuerte Ordnung die Gesundheit betreffend" - Die Bedeutung Policeyrechts für die Entwicklung des Medizinalwesens zu Beginn der Frühen Neuzeit, w: Zwischen Aufklärung, Policey und Verwaltung. Zur Genese des Medizinalwesens 1750-1850, Hg, Bettina Wahrig, Werner Sohn, Wiesbaden 2003, s. 19.
90 Tomasz Jurek, Mistrz Mikołaj - najstarszy znany lekarz poznański, Kronika Miasta Poznania, 1, 2001, s. 9-10.
91 Władysław Szumowski, Historia medycyny, s. 158.
92 Tomasz Jurek, Mistrz Mikołaj, s. 10.
93 Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, t. 1, s. 441; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, Cambridge 2010.
94 Aniela Szwejcerowa, Molier o medycynie i o lekarzach, Archiwum Historii Medycyny, 40, 1977, s. 14-15.
95 Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 117-119; Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, t. 1, s. 443.
96 Anna Berdecka, Irena Turnau, Życie codzienne, s. 235.
97 Jacobi Lanhaus, Opis podróży, s. 380.
98 G. G. Casanova de Seingalt, Przygody w Polsce, w: Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców, opr. Wacław Zawadzki, Warszawa 1963, s. 260-262.
102 Margrabina von Bayreuth, Pamiętniki, s. 140-145.
103 Wirydianna Fiszerowa, Dzieje moje własne, s. 7.
104 Henrietta z Działyńskich Błędowska, Pamiątka przeszłości. Wspomnienia z lat 1794-1832, Warszawa 1960, s. 67.
105 Seweryn Bukar, Pamiętniki z końca XVIII i początku wieku XIX, Warszawa 1910, s. 56-59.
109 Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 257, 263-264.
110 Stanisław Karwowski, Choroby i medycy na Śląsku w XVII wieku, s. 290-291; Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, t. 1, s. 441.
111 Jan Duklan Ochocki, Pamiętniki, Warszawa 1910, t. 4, s. 17-20.
112 Zbigniew Libera, Znachor w tradycjach ludowych i popularnych XIX i XX wieku, Wrocław 2003, s. 17.
113 Sebastian Mercier, Obraz Paryża, s. 190-191; Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, t. 1, s. 444.
114 Hanna Zaremska, Niegodne rzemiosło. Kat w społeczeństwie Polski XIV-XVI wieku, Warszawa 1986, s. 98-101; Daniel Wojtucki, Kat i jego warsztat pracy na Śląsku, Górnych Łużycach i w hrabstwie kłodzkim od początku XVI do połowy XIX wieku, Warszawa 2014, s. 300-301, 305; Joel F. Harrington, Opowieść kata. Z pamiętnika mistrza Frantza Schmidta z Norymbergi, Poznań 2015, s. 259.
116 Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 152-153; Wacław Męczkowski, Szpitale dawnej Rzeczypospolitej, s. 72; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 169.
118 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 38; Tadeusz Brzeziński, Początki i rozwój szpitali, s. 74-75.
119 Andrzej Karpiński, Opieka społeczna nad dziećmi i młodzieżą w miastach Rzeczypospolitej w XVI-XVIII wieku, Kwartalnik Historyczny, 3, 2002, s. 26.
120 Anna Berdecka, Irena Turnau, Życie codzienne, s. 233-234; Maria Bogucka, Organizacja szpitalnictwa w Gdańsku w XVI-XVII wieku, w: Szpitalnictwo w dawnej Polsce, s. 146-147. 4-5; Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, t. 1, s. 441; Wacław Męczkowski, Szpitale dawnej Rzeczypospolitej, s. 94-95.
121 Franciszek Giedroyć, Zapiski do dziejów szpitalnictwa, s. 6.
122 Marian Surdacki, Opieka społeczna w Wielkopolsce Zachodniej w XVII i XVIII wieku, Lublin 1992, s. 187.
123 Tamże, s. 188-191; Zbigniew Góralski, Szpitale na Lubelszczyźnie w okresie przedrozbiorowym, Warszawa-Łódź 1982, s. 163.
124 Zbigniew Góralski, Szpitale na Lubelszczyźnie, s. 163.
125 Marian Surdacki, Opieka społeczna w Wielkopolsce Zachodniej, s. 193.
126 Tamże, s. 151-153; Zbigniew Góralski, Szpitale na Lubelszczyźnie, s. 151-153; Wiesław Partyka, Opieka społeczna w Ordynacji Zamoyskiej w XVII-XVIII wieku, Lublin 2008, s. 168-169.
127 Franciszek Giedroyć, Zapiski do dziejów szpitalnictwa, s. 8; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 163.
128 Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 148; Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala. Rozwój historyczny problematyki szpitalnej w Polsce do końca XIX wieku, Wrocław 1981; Anna Berdecka, Irena Turnau, Życie codzienne, s. 232.
129 Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 149-150.
130 Zdzisław Kropidłowski, Formy opieki ubogich w Gdańsku, s. 103-104.
131 Klara Antosiewicz, Opieka nad chorymi i biednymi w krakowskim szpitalu Świętego Ducha (1220-1741), Roczniki Humanistyczne, 2, 1978, s. 38-40.
132 Tamże, s. 41-42, 58, 62-63, 68-69.
133 Tamże, s. 44-45, 67-68, 71-73.
134 Andrzej Karpiński, Opieka społeczna nad dziećmi i młodzieżą, s. 25; Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, s. 62, 67.
135 Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, s. 68.
136 Franciszek Giedroyć, Zapiski do dziejów szpitalnictwa, s. 3-4.
137 Franciszek Giedroyć, Rys historyczny szpitala św. Łazarza w Warszawie, Warszawa 1897, s. 46.
138 Tamże, s. 52-53, 60-61.
141 Zofia Podgórska-Klawe, Warszawski dom podrzutków (1732-1901), Rocznik Warszawski, 12, 1974, s. 111-145.
142 Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, Wrocław 1951, s. 32-33; Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, s. 66.
143 Andrzej Karpiński, Kaci a problem oczyszczania miast koronnych w XVI-XVIII wieku, KHKM, 3-4, 2005, s. 28.
144 Zofia Podgórska-Klawe, Warszawski dom podrzutków (1732-1901), s. 120-121; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 176, 180-181.
145 Sebastian Mercier, Obraz Paryża, s. 183-184; Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, s. 62.
147 Zofia Podgórska-Klawe, Warszawski dom podrzutków (1732-1901), s. 122.
148 Fortia de Piles, Boisegli de Kerdu, Podróż dwóch Francuzów, w: Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców, t. 2, s. 695-697.
149 Bohdan Baranowski, Sprawy obyczajowe w sądownictwie wiejskim w Polsce wieku XVII i XVIII, Łódź 1955, s. 69.
150 Także moje oceny wg Tabele roczne zaślubionych, nowo narodzonych, zmarłych, AGAD, AZ, 96, k. 8-31.
151 Bohdan Baranowski, Sprawy obyczajowe, s. 79.
152 Michael Mitterauer, Ledige Mutter. Zur Geschichte unehelicher Geburten in Europa, München 1983, s. 7-9; Castan: 495-496; Rainer Beck, Illegitimität und voreheliche Sexualität auf dem Land, w: Kultur der einfachen Leute. Bayerisches Volksleben vom 16. bis zum 19. Jahrhundert. hg. R. van Dülmen. München 1983, s. 112-151; W. Hubbard (1983), Familiengeschichte. Materialien zur deutschen Familie seit dem Ende des 18. Jahrhunderts, München 1983, s. 109.
153 Wilhelm Wächtershäuser, Das Verbrechen des Kindesmordes im Zeitalter der Aufklärung, Berlin 1973, s. 126-127; Jan Baszanowski, Przemiany demograficzne w Gdańsku w latach 1601-1846, Gdańsk 1995, s. 236.
154 Michael Mitterauer, Ledige Mutter, s. 23-26, 31.
155 F. Schulz, Podróże Inflantczyka (1791-1795), Warszawa 1956, s. 267; Cezary Kuklo, Rodzina w osiemnastowiecznej Warszawie. Białystok 1991, s. 129; Krzysztof Makowski, Rodzina poznańska w I poł. XIX wieku, Poznań 1992, s. 205-206; A. Fauve-Chamoux, Kobieta samotna - zjawisko miejskie. Przeszłość demograficzna Polski, 17, 1987, s. 207-219; Mieczysław Kędelski, Rowój demograficzny Poznania w XVIII i na początku XIX wieku. Poznań 1992, s. 144-145; Jan Baszanowski, Przemiany demograficzne w Gdańsku w latach 1601-1846, Gdańsk 1995, s. 237-238; Michael Mitterauer, Ledige Mutter. Zur Geschichte unehelicher Geburten in Europa, München 1983.
156 Ludwig Formey, Versuch einer medizinischen Topographie von Berlin, Berlin 1796, s. 112.
157 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 18-19, 34-35, 44-45; Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 25; Edward Shorter, Historia psychiatrii. Od zakładu dla obłąkanych po erę Prozacu, Warszawa 2005, s. 14-15; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 172, 183, 186.
158 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 40-42; Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 29, 146-147; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 174-176, 183, 232.
159 Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 158-162, 168.
160 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 24-25; Anna Berdecka, Irena Turnau, Życie codzienne, s. 232.
161 Fortia de Piles, Boiseglin de Kerdu, w: Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców, opr. Wacław Zawadzki, Warszawa 1963, t. 2, s. 695.
162 Zenon Włoch, Stosunek Stanisława Staszica do medycyny i zasługi jego jako współorganizatora i przełożonego pierwszej akademickiej szkoły lekarskiej w Warszawie, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 14, 1934, s. 109-110.
163 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 95; Anna Berdecka, Irena Turnau, Życie codzienne, s. 231-233.
166 Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 156-157.
167 Witold Jeszke, Szpitalnictwo, lekarze i stosunki sanitarne w powiecie gostyńskim od czasów najdawniejszych, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 19, 1948, s. 107-110.
169 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 106-109.
171 Elżbieta Mazur, Zmiana funkcji szpitala w XIX wieku (na przykładzie szpitali warszawskich), w: Szpitalnictwo w dawnej Polsce, red. Maria Dąbrowska i Jerzy Kruppe, Warszawa 1998, s. 221-245.
172 Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 159.
173 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 48.
174 Franciszek Giedroyć, Zapiski do dziejów szpitalnictwa, s. 7-8.
177 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 156-157.
178 Elżbieta Mazur, Zmiana funkcji szpitala w XIX wieku, s. 231-232.
179 Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 32-33.
181 Georges Minois, Historia starości. Od antyku do renesansu, Warszawa 1995, s. 19, 28-29, 40.
183 Tamże, s. 21; Wiliam Graham Sumner, Naturalne sposoby postępowania w gromadzie, Warszawa 1995, s. 277-278, 288-289.
184 Georges Minois, Historia starości, s. 26.
189 Aleksandra Bajorek, Długowieczność na podstawie XIX-wiecznej literatury polskiej z punktu widzenia medycyny, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 60, 1997, s. 393-394.
190 Peter Borscheid, Geschichte des Alters 16.-18. Jahrhundert, Münster 1987; Georges Minois, Historia starości, s. 52, 66, 70; Aleksandra Bajorek, Długowieczność, s. 395-396.
191 Peter Borscheid, Geschichte des Alters, s. 179; Georges Minois, Historia starości, s. 90-91.
192 Georges Minois, Historia starości, s. 63, 68, 116-117.
193 Peter Borscheid, Geschichte des Alters 16.-18. Jahrhundert, s. 163.
195 Władysław Szumowski, Historia medycyny, s. 275.
196 Hartwig Weber, Kinderhexenprozesse, Leipzig 1991, s. 11-13; Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 188-189.
197 Władysław Szumowski, Historia medycyny, s. 278, 282-283.
198 Marcin Garbat, Historia niepełnosprawności, Gdynia 2015, s. 26.
200 Mary Lindemann, Medicine and Society in Early Modern Europe, s. 188-189.
201 Zofia Podgórska-Klawe, Od hospicjum do współczesnego szpitala, s. 16-17, 27, 32; Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 142; Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 40-43. Tadeusz Brzeziński, Początki i rozwój szpitali, s. 79; Michel Foucault, Historia szaleństwa, s. 23-24.
202 Marcin Garbat, Historia niepełnosprawności, s. 42.
203 Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, s. 98-99.
204 Dorota Mazek, Kuratela nad osobami chorymi psychicznie w Rzeczypospolitej w drugiej połowie XVIII wieku, w: Przegląd Historyczny, 2, 1999, s. 131-149.
209 Edward Shorter, Historia psychiatrii, s. 11; Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 213.
210 Edward Shorter, Historia psychiatrii, s. 11-12.
213 Halina Bittner-Szewczykowa, Dziecko wiejskie, w: Rocznik Muzeum Etnograficznego w Krakowie, 10, 1984, s. 13-14.
214 Renata Gałaj-Dempniak, Choroba i śmierć szlachty w świetle pamiętników i utworów literackich okresu XVI-XVII wieku, s. 89.
215 Edmund Waszyński, "Primitiae Phisico-medicae" (1750-1753). Problematyka położniczo-ginekologiczna, Archiwum Historii Medycyny, 47, 1984, s. 451-452.
217 Eleonora Matuszewska, Zarys historii zawodu położnej, Olsztyn 2012, s. 9-31; Bożena Zaborowska, Pomoc przy porodach w Rzeczypospolitej w epoce nowożytnej w świetle zielników i poradników medycznych, w: Wśród córek Eskulapa. Szkice z dziejów medycyny i higieny w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, Warszawa 2009, s. 278; Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 216-217; Edmund Waszyński, Ginekologia i położnictwo, w: Janusz Skalski, Medycyna w Polsce przedrozbiorowej, s. 359-360; Tadeusz Brzeziński, Medycyna zabiegowa, w: Historia medycyny, red. Tadeusz Brzeziński, Warszawa 2004, s. 161-163.
218 Eleonora Matuszewska, Zarys historii zawodu położnej, s. 9-31; Bożena Zaborowska, Pomoc przy porodach w Rzeczypospolitej, s. 278; Bożena Urbanek, Idea opieki nad chorym na ziemiach polskich, s. 216-217. Edmund Waszyński, Ginekologia i położnictwo, s. 359-360; Tadeusz Brzeziński, Medycyna zabiegowa, s. 161-163.
219 Anita Magowska, Kształtowanie się położnictwa jako dziedziny medycyny naukowej w Wilnie w latach 1781-1842, Medycyna Nowożytna. Studia nad Kulturą Medyczną, t. 19, z. 1, 2013, s. 92-94.
220 Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, s. 96-97; Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, s. 65-66.
221 Sebastian Mercier, Obraz Paryża, s. 185.
222 Anna Marek, Dziennik Zdrowia dla wszystkich stanów, s. 15.
224 Agnieszka Gromkowska-Melosik, Kobieta epoki wiktoriańskiej. Tożsamość, ciało i medykalizacja, Kraków 2013, s. 93; por. też Reay Tannahill, Historia seksu, Warszawa 2001; Karlheinz Deschner, Krzyż Pański z Kościołem. Seksualizm w historii chrześcijaństwa, Gdynia 1994; Uta Ranke-Heinemann, Eunuchy do raju. Kościół katolicki a seksualizm, Gdynia 1995.
225 Agnieszka Gromkowska-Melosik, Kobieta epoki wiktoriańskiej, s. 109-115.
227 Etienne Trillat, Historia histerii, Wrocław 1993, s. 11.
230 J. S. Doussin-Dubreuil, Niebezpieczeństwa onanizmu, Gdańsk 2011 (1825), s. 6-7; Paula S. Fass, The Routledge History od Childhood in the western World, s. 81-82.
231 Zygmunt Klukowski, Sprawa o grzech sodomski w Lublinie w roku 1637, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 7, 1927, s. 44-45.
233 Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, s. 95; Renata Gałaj-Dempniak, Choroba i śmierć szlachty w świetle pamiętników i utworów literackich okresu XVI-XVII wieku, s. 86-87.
234 Marcin Waracki, Dentystyka w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku w świetle zielników i poradników medycznych, w: Wśród córek Eskulapa. Szkice z dziejów medycyny i higieny w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, Warszawa 2009, s. 107-108; Tadeusz Brzeziński, Medycyna zabiegowa, s. 163-164; Anna Marek, Dziennik Zdrowia dla wszystkich stanów, s. 24.
235 Tamże; Marcin Waracki, Dentystyka w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, s. 110.
237 Margrabina von Bayreuth, Pamiętniki, s. 404.
238 Tamże Marcin Waracki, Dentystyka w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, s. 117-118.
244 Stephen V. Beck, Szkorbut: żeglarze i cytrusy, w: Wielkie epidemie w dziejach ludzkości, red. Kenneth F. Kiple, Poznań 2002, s. 99-100; tamże, s. 142-143; Elżbieta Nowosielska, Szkorbut w Rzeczypospolitej XVII i XVIII wieku, w: Wśród córek Eskulapa. Szkice z dziejów medycyny i higieny w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, Warszawa 2009, s. 185; Zbigniew Kuchowicz, Człowiek polskiego baroku, s. 90-91.
245 Marcin Waracki, Dentystyka w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, s. 154.
249 Władysław Szumowski, Historia medycyny, s. 397-398.
250 Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, t. 1, s. 456; Małgorzata Szubert, Rycynowy olej, w: Leksykon rzeczy minionych i przemijających, Warszawa 2004, s. 84-85; Charles Panati, Aspiryna, w: Niezwykłe dzieje zwykłych rzeczy, Warszawa 2004, s. 243-244.
251 Jean-François Viaud, Farmakopea, w: Codzienność dawnej Francji, s. 117-118.
252 Charles Panati, Niezwykłe dzieje zwykłych rzeczy, s. 227-229, 231,
253 Aleksander Drygas, Narodziny aptek i aptekarstwa, w: Historia medycyny, red. Tadeusz Brzeziński, Warszawa 2004, s. 191-192; Jan Stanisław Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI-XVIII, t. 1, s. 445, 448.
254 Sibylla Flügge, Reformation oder erneuerte Ordnung die Gesundheit betreffend, s. 19.
255 Anna Berdecka, Irena Turnau, Życie codzienne, s. 237; Aleksander Drygas, Narodziny aptek i aptekarstwa, s. 195-196; Wiesław Partyka, Apteki i aptekarze zamoyscy w XVII-XVIII wieku, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 71, 28-33, 2008, s. 28-29; Sibylla Flügge, Reformation oder erneuerte Ordnung die Gesundheit betreffend, s. 19-21.
256 Ludwik Krzywicki, Kwestia mieszkań we Francji, w: tegoż, Artykuły i rozprawy, Warszawa 1962, s. 136.
257 Stanisław Staszic, Przestrogi dla Polski, Wrocław 2003, s. 173-174.
258 Roman Sandgruber, Die Anfänge der Konsumgesellschaft. Konsumgüterverbrauch, Lebensstandard und Alltagskultur in Österreich im 18. und 19. Jahrhundert, München 1982, s. 328-329.
263 Wolfgang König, Kleine Geschichte der Konsumgesellschaft. Konsum als Lebensform der Moderne, Stuttgart 2008, s. 142-144.
264 Piotr Oczko, Miotła i krzyż. Kultura sprzątania w dawnej Holandii, albo historia pewnej obsesji, Kraków 2013, s. 122-124.
265 Robert Lisowski, Problematyka higieny i oświata zdrowotna w literaturze dla ludu przełomu XIX i XX wieku, s. 40.
267 Danuta Krysa-Leszczyńska, Poglądy polskich lekarzy na istotę choroby zwanej "kołtunem", Archiwum Historii Medycyny, 2, 1977, s. 217.
268 Ewa Danowska, O kołtunie w Polsce, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 69, 3-4, 2006, s. 129-136; Jan Alkiewicz, "Syphilis Polonica". Pogląd lekarza francuskiego z początku XIX wieku na kołtun, Archiwum Historii i Filozofii Medycyny, 10, 1930, s. 166-167; Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 143-147.
269 Leopold Lafontaine, O kołtunie: Dziennik Zdrowia dla Wszystkich Stanów, 6, 1801, s. 334-337.
271 Ewa Danowska, O kołtunie w Polsce, s. 129-130.
272 Danuta Krysa-Leszczyńska, Poglądy polskich lekarzy, s. 213-215; Henryk Biegeleisen, Lecznictwo ludu polskiego, Warszawa 1929, s. 256.
273 Teodor T. Matecki, Rady i nauki starego lekarza, Poznań 1867, s. 140-141.
274 Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, Warszawa 1985, s. 314.
275 Teodor T. Matecki, Rady i nauki starego lekarza, s. 136-137.
276 Henryk Florkowski, Kołtun, Przyjaciel Ludu, 3, 21, 1989, s. 12-13.
277 Horst Möller, Aufklärung in Preussen. Der Verleger, Publizist und Geschichtschreiber, Friedrich Nicolai, Berlin 1974, s. 449-450.
278 Witold Jeszke, Szpitalnictwo, lekarze i stosunki sanitarne, s. 124.
279 Jacek Laberschek, Sieć wodna średniowiecznego Krakowa i jej gospodarcze wykorzystanie, Warszawa 2016, s. 102, 148.
280 Jerzy Piekalski, Problem początków wodociągów we Wrocławiu, w: Gemma Gemmarum, red. Artur Różański, Poznań 2017, s. 420-426.
281 Urszula Sowina, Zanieczyszczenie wód w miastach średniowiecznych i nowożytnych, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej, 3-4, 2005, s. 319-320; Janusz Skalski, Medycyna w Polsce od czasów najdawniejszych do upadku Rzeczypospolitej, s. 46-49; Jacek Laberschek, Sieć wodna średniowiecznego Krakowa, s. 102, 148.
282 Frédérique Pitou, Błoto, w: Codzienność dawnej Francji, s. 29-30.
283 Youri Carbonnier, Bruk, w: Codzienność dawnej Francji, s. 39-40.
285 Mirosław Marcinkowski, "Miejsca sekretne" w Elblągu od XIII do XIX wieku w świetle wykopalisk, Kwartalnik Historii Kultury Materialnej, 3-4, 2005, s. 313-315.
286 Urszula Sowina, Zanieczyszczenie wód w miastach średniowiecznych, s. 320-327.
288 Andrzej Karpiński, Kaci a problem oczyszczania miast koronnych, s. 351-357.
291 Dariusz Kaczor, Utrzymanie czystości w wielkich miastach Prus Królewskich XVI-XVIII wieku, Gdańsk 2014, s. 56-58.
294 Jacek Wijaczka, Miotła i miecz. Jak kaci i ich słudzy sprzątali ulice w Królewcu, KHKM, 3-4, 2005, s. 37-379.
295 Dagmara Fleming-Cejrowska, Problem "miejsc ustępowych" w opiniach lekarzy i mieszkańców Warszawy w drugiej połowie XIX wieku, KHKM, 3-4, 2005, s. 434.