Bałtyk. Rzeczy nietrwałe - Anna Aschenbach

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Czasem mam wrażenie, że dostrzega mnie już w pociągu, w tej jednej błękitnej chwili, kiedy przejeżdżamy tuż nad brzegiem: woda odbija się wtedy w szybie, a moja twarz w wodzie. Poznaje mnie po oczach. Włosy plotą się z każdym rokiem inaczej, usta miękną albo wysychają, skóra blednie, różowieje, marszczy się w kącikach, ale on nie zwraca na to uwagi: w oczach widzi tę samą dziewczynkę, która wpinała w warkocz plastikowe papugi i, śmiejąc się, zbiegała po drewnianych schodkach. Pamięta o naszej zabawie. Widzi mnie w pociągu, i czeka, niecierpliwi się.

Podpływa pod sam kraniec ścieżki, którą zawsze przychodzę. Wie, że zaraz tu będę, kołysze się w miejscu i mruczy. Kiedy stawiam bose stopy na najwyższym schodku, podrywa się, ciemnieje, wpada na piasek aż po same wydmy i chwyta letników za kostki, żeby już szli, żeby uciekali, bo w naszej zabawie nie ma miejsca dla nikogo. Nad plażą podnosi się wiatr: chwytają koce, gazety, kapelusze, i biegną w kierunku drewnianych schodów, a do okrągłych szkieł okularów przyklejają się szare krople deszczu. Znad lasu nadciągają ciemne chmury, zatrzymują się nad wierzchołkami sosen, wiszą, pełne długo zbieranego gniewu. Robi się pusto i cicho. Wiem, że czeka. Staję twarzą w kierunku Zachodu, rozkładam ręce jak żagle, tupię nogą w mokry piasek i wołam: "Teraz!".

Wtedy się zaczyna: Ziemia nagle przyspiesza, obraca się coraz szybciej, coraz prędzej, kręci się jakby ktoś ją wyrzucił wysoko w kosmos, jej pęd łamie gałęzie, zrzuca ptaki na piasek, zbija morską pianę w białe kiście i ciska nimi po falach, po przystani, po nieszczęsnych łódkach. Stoję, cały czas stoję, pochylam się do przodu. W skórę wbijają mi się szpilki rozpędzonych ziaren piasku, wiatr wyrywa mi włosy, oblepia deszczem, błotem, grudkami ciemnych chmur. Przelatują przeze mnie zerwane horyzonty, zabierając ze sobą wszystko, co poziome: imiona, daty, miejsca, opadłe i przyschnięte sprawy. Wydzierają je ze mnie, wydrapują, niosą prosto w burzę. Zsunęłyby nawet złote pierścionki, gdybym tak kurczowo nie zaciskała dłoni. Zostaje tylko to, co się ciągnie wzwyż: droga na Północ, słowa, i Ty. Kiedy już nic więcej we mnie nie ma, kiedy ręce mi już mdleją, a gardło boli od krzyku, Ziemia zaczyna zwalniać. Powoli rozchodzą się chmury, gaśnie wiatr, piasek opada na plażę. Stoję cały czas w miejscu i próbuję wyrównać oddech. Śmieję się, tak jak kiedyś: znów wygrałam, znów pozwolił mi wygrać. Rozlewa się przede mną w tysiące maleńkich grzbietów. Zanurzam dłoń w zimnej wodzie i głaszczę go jak umiem, "już dobrze", mówię, "już dobrze", i wtedy ogarnia nas spokój.

3

Nad morze szliśmy przez las, zielone igły wsypywały nam się do sandałów. Między drzewami było cicho, motyle przysiadały na drobnych listkach, mrówki przecinały nam drogę. Wiatr zrywał się dopiero za zakrętem: trzeba było wyjść z lasu i iść niskim grzbietem skarpy wzdłuż brzegu. Trzymałam mocno białą chusteczkę, żeby nie zsunęła mi się z głowy, włosy burzyły się pod nią i próbowały uciec. Tej ścieżki dziś już nie ma, zabrało ją morze, razem z kilkoma domami o niebieskich ścianach, z drewnianymi ławeczkami, wąską budką, w której starsza pani z kokiem sprzedawała oranżadę w foliowych woreczkach i lody na patyku. Wszystko to leży gdzieś na dnie Bałtyku, na starej kliszy, na rozległych ugorach pamięci.

Stawiam stopy na wilgotnym piasku, i wciąż czuję tamte nadłamane schodki, wędrujące wydmy, po których biegłam z wiaderkiem i żółtym sitkiem do płukania bursztynów. Tata potrafił stać bardzo długo, pochylony, w jednym miejscu, na linii łączącej morze z lądem, i wpatrywać się w setki maleńkich kamyków, wybierać te w kolorze miodu, układać na dłoni, czekać aż wyschną. Później wrzucał je do słoiczka po konfiturach. Wieczorem wysypywaliśmy je na stół, podnosiliśmy jeden po drugim i pocieraliśmy o rękaw swetra: jeśli kamyk przyciągał skrawki papieru, wyrwane z mojego zeszytu, był prawdziwym bursztynem. Oglądałam te cuda pod światło, wpatrywałam się w zamknięte w nich światy. Tata znajdywał ich więcej niż ja. Często zapominałam o poszukiwaniach, stałam obok niego na piasku i przyglądałam się dzieciom skaczącym przez fale. Ich twarze zanurzały się i wypływały, srebrne krople na skórze błyszczały w letnim słońcu. Próbowałam sobie wyobrazić jakie to uczucie, nie czuć pod stopami ziemi, unosić się w chłodnej wodzie, zaglądać w ciemną morską tajemnicę. Tata widział to moje spojrzenie. Stawiał wtedy słoiczek na suchym piasku, brał mnie za rękę, i czekał. Czasem staliśmy tak po prostu przez chwilę i patrzyliśmy jak Bałtyk nas szuka, jak podpływa pod krawędzie naszych cieni. Ale były dni, kiedy ciekawość przerastała lęk, stawiałam kilka kroków, powoli, ostrożnie; zimna woda obejmowała nagle moje stopy, zaczynałam się wtedy śmiać, patrzyłam na Tatę, a on śmiał się do mnie, ściskałam mocniej jego dłoń, i szliśmy jeszcze dalej, aż po łydki, aż po kolana. Drżałam cała ze szczęścia i ze strachu, a moje myśli były pełne syren, śliskich ryb i brzuchów dawnych łodzi, które w każdej chwili mogły podpłynąć i otrzeć się o moje nogi. Byłam morzem, fale odpychały mnie i przyciągały, a ja zamykałam oczy, i czułam jak przez moje ciało płynie słona woda i rwące, słoneczne życie.

5

Jedziemy kolejką na Hel. Klisza podskakuje i trzeszczy, przez jedno mgnienie na szybie pojawiają się okrągłe plamy. Mama obiera jabłko, uśmiecha się, patrzy w obiektyw i mówi coś do Taty, który trzyma kamerę i zamyka w niej na zawsze nieme skrawki naszego dzieciństwa. Za szybą pociągu przesuwają się drzewa i dachy niskich domków, na maleńkim placyku stoją letnicy w słomkowych kapeluszach i piją wodę sodową. Nagle spomiędzy drzew wyłania się morze: zeskakujemy na podłogę, pokazujemy palcem na błękitną przełęcz, klisza się trzęsie od okrzyków naszej bezgłośnej radości.

Pasemko kleju, ciemny kadr, i znów jesteśmy, idziemy powoli uliczką wśród rybackich sieci: sieci są rozwieszone na drewnianych palach, opadają ciężko na trawnik. Stopy plączą mi się w ich długich linach, potykam się i chwytam za grube węzły. Ktoś do mnie podchodzi i upomina, żeby nie dotykać. Później inne światło, stoimy przy straganie i oglądamy książki. Czytamy kaszubskie tytuły, nasze głosy giną gdzieś w odmętach czasu. Podnoszę do kamery żółtą okładkę z bursztynowym sercem, na mojej twarzy maluje się błaganie. Po chwili czyjaś dłoń stawia na pierwszej stronie pamiątkową pieczątkę, a ja niecierpliwie podskakuję w miejscu i patrzę jak tusz zasycha na papierze, a później przesuwam po nim palcem.

Znów cięcie, chwila mroku. Siedzimy na plaży i jemy lody Bambino. Zdrapujemy drewnianym patyczkiem ich roztopioną powierzchnię, pochylamy się nad nimi w skupieniu, odgarniamy włosy z czoła wierzchem zapiaszczonej dłoni. Na piasku pojawia się cień lokomotywy: jest już wieczór, czekamy na kolejkę, która nadjeżdża prosto w papierek po lodach; dopiero po chwili plaża znika, zamienia się w dworzec, nad którym wisi niewyraźny księżyc.

Klisza podskakuje i trzeszczy. Chwile przylegają do siebie, nachodzą jedna na drugą. Lepimy z Babcią pierogi, biegniemy przez las z plastikowym latawcem, wsypujemy bursztyny do słoiczka po konfiturach. Płyniemy od chwili do chwili, od portu do portu: pomiędzy nimi woda, słony wiatr, i mozół samotnej żeglugi.

6

Tego dnia w drodze na plażę dostałam blaszany pierścionek. Od razu pokazałam go morzu: wyciągnęłam rękę nad linią brzegu, i szłam przed siebie, obracając dłoń we wszystkie strony, woda odbijała się srebrem w lakierowanym oczku. Miałam na sobie kostium, który zrobiła mi w nocy Babcia: zszyła białą prążkowaną podkoszulkę z parą jasnych spodenek. Był miękki i pachniał mydłem. Pod dekoltem Babcia przyszyła trzy czerwone guziki.

Budowaliśmy zamek. Morze lubiło tę zabawę. Podnosiłam w wiaderku mokry piasek i lepiłam z niego mury obronne i wieże, a fale układały się w przejrzyste łuki wokół moich stóp. Dopiero kiedy dachy pokryte były igliwiem, a baszty i mosty usiane kamykami, morze podnosiło się gdzieś w oddali, nabierało powietrza, i ruszało w naszym kierunku. Czułam jak nadciąga, odbiegałam na kilka kroków, i patrzyłam jak ciemnoszara woda pochłania ściany zamku. Sosnowe igły i kamyki znikały w morskiej otchłani, a my chwytaliśmy za łopatki i sitka, i ratowaliśmy co się da. Morze czekało jak grzeczny pies, i nigdy nie przeszkodziło nam przed końcem budowy.

Ale tego dnia Tata pokazał nam jak wykopać fosę wokół zamku. Zanurzałam dłonie w piasku i nabierałam go garściami. Piasek wchodził pod paznokcie i lepił się do skóry. Czasem w grudkach chrzęściły połamane muszelki, albo mewie pióra. Kopaliśmy coraz głębiej, coraz szerzej, wreszcie fosa zamknęła się pierścieniem wokół zamku. Tata wyżłobił jeszcze wąski kanał prowadzący do samego morza. Morze nic o tym nie wiedziało, uniosło się, jak zawsze, nadęło, i zaczęło nadpływać, ale kiedy dotarło do linii brzegu, poczuło, że jego ścieżka jest już nakreślona cudzą wolą, wpłynęło z niedowierzaniem w płytki kanał, a później w szerokie, gładkie zagłębienie fosy. Woda obiegła zamek, jednak nie miała już sił, żeby wrócić na głębię, i powoli zapadła się w piasek. Było mi przykro, tak bardzo przykro, że oszukaliśmy morze! Obracałam pierścionek na palcu, i patrzyłam na ocalały zamek, i na smutne fale. Wiatr przyklejał mi włosy do czoła. Przez bardzo długą chwilę nie działo się nic, ale później morze znów się podniosło, wyrosło w wysoką falę, i ruszyło do brzegu jeszcze szybciej niż zwykle, zalało kanał, i fosę, i dalej wlewało się z wielką siłą, aż mury zaczęły pękać i obsuwać się ciężkimi plastrami. Znów wszystko było jak dawniej, biegaliśmy z wiaderkami po brzegu, a słońce schodziło coraz niżej i prześwietlało nam włosy na czerwono. Odbijało się jak ognik w moim blaszanym pierścionku, kiedy wracaliśmy plażą do domu. Morze szumiało o zamkach, które długo będziemy budować w przyszłości: o błotnistych balustradach, o misternych dachówkach z igliwia, o kamiennych mozaikach, które rozsypią się kiedyś w jednej chwili. Szumiało z troską, żebym nie zapomniała, że taka właśnie jest kolej rzeczy.

7

Okno pociągu było zarośnięte lodem. Przysuwałam oko do jaśniejszych szczelin, i patrzyłam na pola pod śniegiem, na dalekie chatki, i dym nad ich dachami. Zasypiałam z policzkiem przy szybie, a kiedy się budziłam, wysiadaliśmy na dworcu, było już ciemno. Trzeba było zaczekać na autobus, tupaliśmy mocno w chodnik, owijaliśmy szalikiem usta i nos, ręce wciskaliśmy do kieszeni. Schodziliśmy później tą samą co zawsze uliczką, ale wszystko wydawało się inne. Ławeczki były puste, sklepiki pozamykane. Na karuzelę przy deptaku naciągnięty był ogromny szary pokrowiec.

Pierwszego dnia szliśmy zawsze na placki ziemniaczane. Posypywałam je cukrem. Szklanki z gorącą herbatą stały w metalowych podstawkach, wygiętych w rybie ogony. Lubiłam przykładać do nich palce, czekać aż przejmą trochę ciepła. Byłam niespokojna. Nie wiedziałam czy morze mnie pozna w wełnianej czapce, w kurtce po kolana.

Zwykle schodziliśmy głównym wejściem, ale za którymś razem poszliśmy kawałek lasem, i skręciliśmy w boczne schodki na plażę. Las był samotny, nikt po nim nie błądził, śnieg uginał się pod naszymi stopami jakby był zrobiony z siwego mchu. Wiatr oblepił pnie sosen cienkimi paskami lodu, ale tylko z jednej strony. W domu miałyśmy płócienny worek na klocki, zrobiła nam go Babcia, naszyła na nim włóczkowe słonie i inne zwierzęta. Przed snem burzyłyśmy nasze dworce i pałace, i wrzucałyśmy do worka wszystkie kawałeczki drewna. Uderzały o siebie, odskakiwały. Taki właśnie odgłos słychać było z oddali, kiedy szliśmy przez las.

To była kra. Do tej pory widziałam krę tylko na Wiśle, płynęła w ciszy pod mostem, szeroką ławicą, zahaczała czasem o brzegi, lekko skrzypiąc; kiedyś widziałam na niej połamane gałęzie, czyjąś rękawiczkę, a nawet kota. Siedział spokojnie i płynął na Północ. Ale tutaj kra była inna, dzika. Zobaczyłam ją od razu, kiedy stanęliśmy przy schodkach. Napływała na piasek grubymi płatami, płaty nakładały się na siebie, szurały, trzeszczały, uderzały nawzajem twardymi krawędziami. Morza nie było widać; dopiero daleko od brzegu napinało się w tysiące szarych grzbietów, ale żadnego z nich nie dało się pogłaskać.

Na plaży nie było nikogo, morze chciało być samo. Mimo to zeszliśmy niżej. Na piasku leżał pień, z grzywą długich korzeni. Kra podpływała blisko, ale nie dotykała go wcale. Tata wziął mnie za rękę i szliśmy dalej, patrzyłam pod stopy, na piasek, był teraz inny niż latem, ciemniejszy, mniej sypki, buty zostawiały w nim wyraźne ślady. Byliśmy już przy pniu. Trzeba było uważnie oprzeć podeszwę na płytkich rowkach kory, żeby się nie ześlizgnąć. Chwyciłam za odstające korzenie, rękawiczka zaplątała się w ich cienkie, suche nitki; wyciągałam je później wieczorem, przy stole, owinięta w koc. Weszłam na pień, stanęłam na palcach, spojrzałam przed siebie, i właśnie wtedy morze zeźliło się, zeźliło się tak bardzo, że pchnęło krę z całych sił, prosto na pień, prosto na mnie. Spadłam w lodowatą wodę, czapka zsunęła mi się z głowy i włosy rozsypały się wśród kawałków lodu.

Tata nakrył mnie swoim szalikiem i niósł na rękach do domu, bo nie mogłam sama iść z tego wielkiego żalu. Płakałam, głośno płakałam, że morze mnie nie poznało, że nie pamiętało naszej zabawy. Nie chciałam go więcej widzieć, chciałam wsiąść do pociągu, wrócić do domu, wyrzucić z pudełek muszelki i bursztyny, i mewie pióra. Uspokoiłam się dopiero wieczorem, kiedy zasypiałam w ciepłym kocu, wyskubując z rękawiczek resztki nadmorskich korzeni. Za oknem przesuwało się światło latarni morskiej, ciemność pochylała się wtedy i malała. Taka była kolej rzeczy. Morze nie chciało, żebyśmy je widzieli skute lodem, nieporadne, zmęczone. Trzeba było się tego nauczyć, pochylić się i zmaleć. Braliśmy później termos i chodziliśmy powoli ścieżkami wzdłuż lasu, patrzyliśmy z daleka na zimowy Bałtyk. Po krze nie zostanie ani śladu. Wszystko się rozbije o brzeg, rozmyje, tak jak nasze wakacyjne zamki, i gofry ze śmietaną, jak twarze tych, którzy mieli przecież jeszcze długo kleić z nami latawce i gonić mewy po wydmach: zostaną na zawsze w pejzażu naszego dzieciństwa, z piegami na twarzy, z wiatrem we włosach.

8

Zawsze nadchodził taki dzień, kiedy zaczynała nas przyzywać, i wtedy trzeba było iść, nawet jeśli wiatr niósł ostry piasek tuż nad powierzchnią plaży, a woda ciemniała i zbijała się w gęste fałdy. Mama smarowała nam policzki dermosanem, a później zbierała nam włosy w białe chusteczki i wiązała je w wysoki supeł, który z daleka wyglądał jak żagiel owinięty wokół masztu. Do torby wkładała drożdżówki, ciepłe, pachnące drożdżówki; można je było zjeść dopiero w połowie drogi, przy kamieniach. Biegłyśmy przez las, boso, w płóciennych koszulkach. Ścieżka była pełna igieł i szyszek, i cytrynowych motyli, ale wszystko bało się morskiego szumu i powoli rzedło, zanikało, i kiedy stawałyśmy na plaży, miałyśmy pod stopami tylko jaśniutki piasek.

Ruszaliśmy z Jastrzębiej Góry na wschód, po lśniącym nabrzeżu, a wiatr łagodnie naginał sosny, żeby wskazywały nam drogę. Przed nami otwierała się kraina beztroski, poza czasem i jawą, świat słonecznej letniej przygody. Biegłyśmy wśród krzyku mew, i rozrzuconych muszli, a srebrzysta woda dbała o to, żeby nasze ślady od razu znikały, napełniała je po brzegi, rozmywała w pamięci. Mijałyśmy grupki dzieci i ich zamki, fosy i zwodzone mosty, wiaderka pełne skarbów. Dziewczynki wsuwały w warkocze mewie pióra, a chłopcy przyczepiali na kijkach ubłocone spodenki i wbijali je w dachy fortec jak zwycięskie chorągwie. Można było wskakiwać na śliskie konary, które morze wyrzuciło na brzeg, i zgadywać ich historię z linii sęków i szczelin. Wiatr rzucał w nas garściami piasku. Biegłyśmy wciąż przed siebie, chwytałyśmy powietrze w otwarte dłonie, mrużyłyśmy oczy, żeby nie wpadło w nie zbyt dużo słońca.

Kamienie oznaczały koniec wędrówki po piasku. Siadałyśmy na wilgotnych głazach, chwytałyśmy lepki kraniec drożdżówki przez papierową serwetkę i trzymałyśmy mocno, żeby się nie wysunęła. Trzeba było nabrać siły, żeby wejść w las, po korzeniach, po spróchniałych schodkach, po niepewnej ziemi. W cieniu drzew otwierały się pieczary, podziemny świat czyhał tuż pod powierzchnią mchu; lepiej było milczeć, iść szybko i nie oglądać się za siebie, wpatrywać się tylko w przebłyski liści w górze, w oddali. Kiedy latarnia zaczynała prześwitywać czerwienią, znów zaczynałyśmy biec, prosto w jej objęcia, w okrągłe okienka i cieniutkie obręcze tarasów, prosto w jej wielką samotność. Rozpoznawałyśmy od razu jej drewniane drzwi i kręte schody, wskakiwałyśmy na stopnie uderzając bosymi stopami, i wiedziałyśmy, że ona też nas pamięta, że czekała. Mówiłyśmy do siebie jednocześnie, przekrzykiwałyśmy się: my jej o tym, że morze uderza w brzeg świetlistymi zakolami, a bursztyny mają w środku pradawne światy, które można zamknąć w dłoni; a ona nam, że światło musi palić się bez końca, choćby na wodzie pozostała tylko jedna łódka, a schody są wąskie i pochyłe, żebyśmy się wszyscy nauczyli, że pod górę będziemy iść zawsze sami.

Droga co roku kurczy się coraz bardziej, ale poza tym nic się nie zmienia: zamki z piasku mają mosty z patyczków i kamieni; droga do latarni morskiej jest wąska i stroma, a z jej najwyższego okna Hel wygląda dokładnie tak jak na szkolnej mapie; wieczorem trzeba łapać żaby na ulicy i przenosić je w bezpieczne miejsce; słońce zachodzi codziennie inaczej, ale woda jest wtedy niezmiennie ciepła; łabędzie przelatują parami; światła statków w pochmurne dni przywołują na myśl odległe światy, które mimo upływu lat nie zbliżyły się nawet o milę.