Prolog
Dziennik Amelii
Widzę, jak mój ojciec maluje umęczone ciała. Mam zakaz wchodzenia do
budynku, który nazywa pracownią, ale mogę sobie bez przeszkód wyobrażać,
co się w nim znajduje. Czasami jednak zakradam się tam. Mam na to swój
sposób.
Bywa, że ojciec sam mnie tam przyprowadza. Niewiele z tych wizyt
pamiętam. Są trochę jak sen - dziwny, powtarzający się - z którego za
każdym razem budzę się z bijącym sercem. Czuję strach.
Praca ojca polega na tworzeniu. Wymaga wyobraźni. Fotografie zmarłego,
które przynosi rodzina, nie odzwierciedlają, jaka ta osoba była za
życia. Trzeba to zobaczyć w swojej głowie. Poczuć. Ożywić ciało - ruchy,
gesty, mimikę. Czasem przyszyć komuś ręce i nogi. Złożyć ciało od nowa.
Otworzyć tętnicę. Odbudować twarz. Mój ojciec mówi, że on tylko szykuje
zmarłych do dalszej drogi, ale ja wiem, że to prawdziwa sztuka, bo on
tworzy ich na nowo. Zna się na anatomii, wizażu i fryzjerstwie. Jest też
chyba alchemikiem. Jak człowiek renesansu.
Po śmierci bliskiego ludzie dostają histerii. Czują niewyobrażalny ból.
Ktoś im umarł we śnie. Ktoś popełnił samobójstwo albo został
zamordowany. Ktoś inny odszedł po ciężkiej chorobie lub ze starości.
Albo zginął na trasie numer osiem, osiemdziesiąt kilometrów od domu, w dniu, w którym jego córka kończyła osiem lat. Był ósmy lipca, godzina
ósma wieczorem, rok 2008.
Ten wstrząs łagodzi widok ciała, które już nie cierpi, jest spokojne,
ładnie ubrane, umalowane i wygląda, jakby miało za chwilę wstać. Ludzie
kładą przy nim drobiazgi opowiadające historię rodziny. Do kieszeni
wkładają łańcuszki i monety, a na palce pierścionki. Wtedy jest łatwiej.
Ojciec czasem radzi się mnie, jak malować kobiety. Mocno czy delikatnie.
Na dziewice czy prostytutki. Patrzy przy tym dziwnie. Dostrzegam cień
przebiegający po jego twarzy. Czuję się z tym nieswojo. Maluję wtedy
usta. W kosmetyczce mam szminkę. Czerwoną, jak krew. Patrząc w lustro,
myślę, że mogę iść na spotkanie śmierci. Ojcu odpowiadam, wydymając
czerwone wargi, że makijaż ma być taki, jaki kobieta nosiła przez całe
życie, nieważne, jak wyglądała. Kobieta nie może być pochowana bez
ulubionej pomadki. To byłoby okrutne.
Pewnego dnia mój ojciec znika bez śladu. W mojej głowie istnieje jeden
jedyny obraz. Wściekłość w jego oczach. Odwracam się i biegnę, aż
rozrywa mi płuca, czuję tępy ból w plecach. Potem jest już tylko
ciemność.
Czasem zamykam oczy i wyobrażam sobie obłok dymu za czarnym karawanem,
który wiezie mojego ojca. Umalowałam go i przygotowałam na ostatnią
drogę jak angielskiego króla. Po chwili uświadamiam sobie jednak, że to
sen, powtarzający się, wciąż taki sam. Widzę w nim, jak ojciec na łożu
śmierci patrzy mi prosto w oczy i czule gładzi moją rękę. Wyczuwam
szorstką skórę jego dłoni, którymi dokonywał rzeczy wielkich i podłych.
Chcę czuć się przy nim bezpiecznie, lecz nie potrafię. Patrzę na niego.
Myślę, że mógłby być moim rycerzem, gdyby tylko chciał. Lecz on nie roni
łez i nie przeprasza. Patrzy na mnie długo, mówi coś ledwie słyszalnym
szeptem, a ja się budzę, zanim go zdążę o cokolwiek zapytać. Przecież on
zaginął, myślę, i cała drżę.
Dziesięć lat później
Lipiec
*
To był piekielny lipiec. Po fali ekstremalnych upałów nadciągał
genueński niż - zapowiedź nawałnic, powodzi i tornad. Była szósta
trzydzieści, dwie godziny po wschodzie słońca, gdy maszynista Daniel
Krynicki omiótł wzrokiem kabinę sterowniczą Express InterCity linii
Poznań - Warszawa i wysiadł z wagonu na peron. Sprawdził aplikację
pogodową w smartfonie. Już teraz wskazywała dwadzieścia cztery stopnie,
ale obstawiał, że jest pięć stopni wyżej. Wytarł pot nad górną wargą i spojrzał w niebo. Miał wrażenie, że nad miastem unosi się ogromna,
gorąca kopuła.
Pół godziny później ruszył. Powoli rozpędzał pociąg, który trzęsąc się,
mijał kamienice przy Roosevelta i klub tenisowy AZS. Obrazki przesuwały
się jak na filmie, dobrze mu znane, bo pokonywał tę trasę setki razy.
Ile to już lat pracował na kolei? Dwadzieścia? Kiedy to minęło? -
pomyślał. I szybko w głowie policzył: dwadzieścia pięć.
Właśnie miał odebrać komórkę rozbrzmiewającą infantylną melodyjką, którą
już po raz kolejny poprzysiągł sobie zmienić na klasyczny dźwięk starego
telefonu, gdy w oddali dostrzegł leżące na torach coś, czego z tej
odległości nie potrafił zidentyfikować. Pociąg w tym miejscu zawsze
przechylał się na zakręcie, więc dodatkowo trzeba było zwolnić już i tak
żółwie tempo. Próbował nie odrywać wzroku od tego, co teraz przypominało
leżący na torach porzucony, wypchany czymś sporych rozmiarów niebieski
worek i przybliżało się z każdym stuknięciem kół. Może to śmieci?
Nielegalnie wyrzucone odpady po remoncie? Stare ubrania?
Obraz, który przesunął się przed jego oczami, stawał się coraz bardziej
wyraźny i jaskrawy. Przywołał tamten skowyt w gardle. Tamten ból, który
złamał mu życie i rozerwał jego serce na pół.
Zgrzyt i przeraźliwy pisk. Pod wpływem szarpnięcia Daniel odskoczył do
tyłu. Uderzył głową w drzwi. Nie miał wyjścia, musiał zdecydować się na
hamowanie awaryjne. Wagony sunęły jeszcze kilka metrów, zanim się
zatrzymały. Poczuł, że cały drży. Oddychał głęboko. Powoli wyszedł z lokomotywy.
Niebieski worek leżał na torach tuż przed czołem pociągu. Wielki,
nierówny, wypełniony czymś bez określonego kształtu. Daniel stał kilka
metrów od niego, bez ruchu. Dostrzegł, że pod wielkim workiem jest też
drugi. Wzdłuż pociągu biegł w jego stronę młody konduktor. To był jego
pierwszy dzień w pracy, pierwszy kurs. Za nim szybkim krokiem szedł
kierownik pociągu. Ludzie wyglądali przez okna wagonów, kilku pasażerów
wyszło z pociągu na kolejowy nasyp.
Daniel nadal stał. Jego twarz pobladła. W oczach był strach.
- Co się stało?! - krzyknął zdyszany konduktor. - Dlaczego zatrzymałeś
pociąg?!
Maszynista bez słowa wskazał na tory. Konduktor pochylił się, dotknął
worka i natychmiast cofnął dłoń. Wydawało mu się, że wyczuł coś
okrągłego, wielkości piłki.
- Co to jest??? - Śmiertelnie przerażony spojrzał na Daniela
wpatrującego się w worki, z których jeden był z boku rozerwany. Z ciemnej czeluści wystawała ręka. Męska. Duża. Mocna.
- Dlaczego stoimy?! - dobiegało jak echo od strony wagonów. Kilka osób
zmierzało w ich kierunku.
- Co to jest??? - powtórzył konduktor.
Dopiero teraz obszedł worek z drugiej strony i dostrzegł wystającą z boku rękę. Cofnął się i oniemiał. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo.
- Spokojnie. - Kierownik pociągu, który stanął tuż za nim, starał się
zachować zimną krew, choć na plecach poczuł ciarki.
Daniel - czując, że zbiera mu się na mdłości - zmusił się do wzięcia
głębokiego oddechu, po czym odwrócił się w stronę młodszego kolegi. Miał
nieprzytomny wzrok. Patrzył na konduktora, jakby zobaczył ducha. Potem
przeniósł wzrok na kierownika pociągu.
- Co jest, panie Danielu? - szeptał w kółko konduktor. - Co to jest?
- Proszę wrócić do przedziałów! - Daniel nagle się otrząsnął i nakazał
pasażerom. - Zaraz ruszamy!
- Trzeba zadzwonić na policję... - odezwał się kierownik pociągu.
- Krzysiek, zaczekaj... - wykrztusił Daniel i czując, że dłużej nie
powstrzyma mdłości, schował się po drugiej stronie lokomotywy, gdzie
zwymiotował.
- Jesteś zielony. - Kierownik popatrzył z przestrachem na Daniela, gdy
ten wrócił i odgarnął z czoła włosy.
- To nic - Machnął ręką Daniel. - Zaraz przejdzie.
- Dzwonię na komisariat. - Kierownik sięgnął po telefon. - Trzeba też
zawiadomić dyspozytora.
- Tak, tak... Właściwie... Poczekaj...
- Na co? - Kierownik zerknął na worek i rękę, czując, że serce podchodzi
mu do gardła.
- Nie wiem... Zaraz, poczekaj...
- Przecież tam są zwłoki. Widzi pan? Stało się coś złego - wyszeptał
młody konduktor z przestrachem. - Panie Danielu?
Daniel sięgnął po komórkę i mruknął:
- Dobra, ja zadzwonię. Na policję.
O wiele łatwiej byłoby nie mówić nikomu, nie zawiadamiać, odsunąć worek
na bok i wyruszyć w podróż do Warszawy zgodnie z planem. Worek znalazłby
ktoś inny i to nie on musiałby zeznawać za chwilę policjantom.
Odszedł na bok, na tyle blisko, by go wszyscy widzieli, i na tyle
daleko, by nie mogli go usłyszeć. Wpatrywał się w telefon i myślał o jednym: ten dzień nie będzie należał do łatwych. Powoli wybierał numer
112, czując dziwny opór przed wykonaniem połączenia.
- Popełniono morderstwo - zaczął nad wyraz spokojnym głosem, aż sam się
zdziwił, uświadamiając sobie jednocześnie, że nie pamięta, co robił
wieczorem poprzedniego dnia. Jakby wpadł do czarnej dziury, która po
pewnym czasie go wypluła. - Tory kolejowe nieopodal kortów tenisowych...
Tak, ciało w worku leży na torach. Właśnie zatrzymałem pociąg.
Gdy wrócił, koledzy patrzyli na niego wyczekująco.
- I co? Przyjadą zaraz? - zapytał kierownik.
- Tak - odparł Daniel i odwrócił wzrok. Po chwili krzyknął w stronę
pasażerów gromadzących się na nasypie po drugiej stronie torów. - Proszę
się rozejść!
Grzmot przetoczył się przez niebo w chwili, gdy policyjny radiowóz
nadjeżdżał ścieżką wzdłuż nasypu. Drugi, gdy policjant w gumowych
rękawiczkach otwierał worki. Nadciągnęła granatowa chmura, nie
przyniosła jednak deszczu, tylko zawisła nad torami. Wszystko zamarło,
powietrze stało, na drzewie nie drgnął nawet jeden liść. Świat wstrzymał
oddech.
Pęknięta czaszka. Na tułowiu zielone sińce. Na twarzy brak fragmentów
naskórka. Zaszyte usta. Wydłubane oczy. Wokół rozszedł się ostry zapach.
Daniel znów poczuł mdłości i odwrócił wzrok. Pot płynął mu ciurkiem po
plecach. Ciało mężczyzny było nie tylko brutalnie okaleczone, ktoś
pociął je też na kawałki i ułożył w dwóch niebieskich workach, jeden na
drugim.
*
Monika Biel była gotowa do wyjścia. Spojrzała na zegarek. To był
pierwszy dzień po urlopie, chciała być w redakcji jak najwcześniej.
Stała na środku salonu i pośpiesznie dopijała poranną kawę, gdy z ekranu
telewizora uderzyła wiadomość o znalezisku na torach. Brutalne
morderstwo. Mężczyzna z odciętą głową i kończynami. Poznań. Miasto jej
studiów. I tamtej historii. Usiadła na sofie z bijącym sercem. Zamarła.
Musiało minąć kilka dobrych chwil, zanim chwyciła za telefon.
- Widziałeś? Nie do wiary. Robert, musisz mi dać ten temat. Niebieski
worek na torach.
- Monika. Cześć. Wiesz, zaraz będzie u mnie Marcin Rydel, myślałem, żeby
jego wysłać z ekipą. Już to zaplanowałem. - Robert Koziński zamrugał
nerwowo i zaczął skubać lekki, szpakowaty zarost. - Jak było w Grecji?
- Zjawiskowo. Wyspy są piękne. - Podrapała się po ramieniu, z którego
schodziła skóra, żywy dowód na to, że jeszcze wczoraj smażyła się na
Skiathos. - Pojadę, dobrze? Znam Poznań. I kto to jest Marcin Rydel?
Koziński westchnął głęboko, rozejrzał się po gabinecie. Musiała wrócić
akurat dzisiaj? Zamierzał wysłać chłopaka, który zaczynał karierę i aż
się palił do takich tematów. Musiał jednak przyznać, że wśród
dziennikarzy śledczych w jego redakcji to Monika Biel była najlepsza.
Prawdziwe telewizyjne zwierzę. Młoda, piekielnie piękna i zdolna. Nie
bała się trudnych tematów. Odważna i ostra jak samurajski miecz. Może
dlatego była wciąż sama? Uświadomił sobie, jak niewiele wie o jej życiu.
Była owiana tajemnicą. Miał do niej słabość - o cokolwiek go prosiła,
godził się, nie mógł się jej oprzeć.
- Robert...?
- Taaa. To nowy, zdolny dziennikarz, rwie się do pracy i takich tematów.
Chce się rozwijać, robić karierę, ambitny. Chciałem dać mu szansę.
Dobrze, że nie zdążyłem mu o tym powiedzieć. - Robert nabrał powietrza i pomyślał, że mając wybór między zdolnym, lecz jeszcze niesprawdzonym
dziennikarzem a uznaną dziennikarką, ostatecznie wybiera ją. -
Przyjeżdżaj zatem do redakcji. I zabierz od razu coś na drogę,
niewykluczone, że będziesz musiała zostać w Poznaniu dłużej.
Zacisnęła pięści. Tak. Ma to. Dostała.
Walizka wciąż leżała na środku sypialni, miała rozpakować ją wieczorem.
Jednym ruchem wyrzuciła jej zawartość na podłogę, z szafy wyciągnęła
kilka nowych ubrań, upchnęła je wraz z kosmetykami i butami w walizce.
Ostatnim ruchem wrzuciła do niej laptop, zasunęła zamek błyskawiczny i postawiła przy drzwiach. Ogarnęła mieszkanie wzrokiem i zatrzymała się
na chwilę przed lustrem, z którego patrzyła na nią zdecydowana, ale
trochę pobladła twarz, trochę obca, nieswoja. Monika poczuła, jak
strużka potu płynie jej po plecach. Po raz pierwszy od dawna podglądała
siebie w taki sposób. Przeważnie udawała, kreowała swój wizerunek,
skrupulatnie, tak, by niczym się nie zdradzić, przez co przeszła. Teraz
wyglądała na osobę, która mówi, że idzie do kina, w co nikt nawet nie
stara się uwierzyć, bo wiadomo powszechnie, a już najlepiej wie o tym
ona sama, że zamierza pójść całkiem gdzie indziej, w tamto miejsce,
skrywane, najokropniejsze, o którym wolałaby nie wiedzieć.
Zagryzła usta. Poprawiła włosy. Zamknęła drzwi na klucz i weszła do
windy.
W stacji telewizyjnej, na dziesiątym piętrze, asystentka Roberta
wręczyła jej nowy identyfikator, zafoliowany, ze zdjęciem i kodem
wejściowym, na sznurku. Dla Moniki wejściówki zawsze stanowiły problem,
działały na nią jak krótka smycz. Nigdy nie zakładała ich na szyję, jak
inni, tylko nosiła w kieszeni albo torebce. Czasem je gubiła, jak
ostatnio. Tym razem włożyła identyfikator do bocznej kieszeni torebki
zasuwanej na zamek. Przy regale, za biurkiem asystentki, zostawiła
walizkę na kółkach.
Wchodząc do gabinetu Roberta, zamknęła za sobą drzwi. Jeśli kiedykolwiek
ktoś pokusiłby się o rozpisanie konkursu na najbardziej kuriozalny
gabinet redaktora naczelnego, to Robert Koziński zająłby pierwsze
miejsce. Choć żyjemy w dobie internetu, na biurku i półkach walały się
stosy starych gazet. Już dawno miała go zapytać, w jakim celu wystawia
na widok nikomu niepotrzebne gazety albo dlaczego w epoce szybkich łączy
światłowodowych woli zapisywać wszystko na kartkach. Od zadania takich
pytań powstrzymywało ją podejrzenie, że Robert cierpi na lekką odmianę
choroby nerwowej zwanej zbieractwem, ograniczającą się w jego przypadku
wyłącznie do gazet. Całkiem niedawno zobaczyła w sieci zdjęcie światowej
sławy profesora, który w wyciągniętym swetrze i z nieładem na głowie
siedział na krześle na środku swojej pracowni i ledwo go było widać spod
papierowych gór z gazet i książek. Koziński skończy tak samo, myślała z przekąsem za każdym razem, gdy tu wchodziła.
- Jesteś. - Na jej widok Robert wstał, podszedł i chwycił ją za rękę, po
czym wskazał zestaw wypoczynkowy w rogu gabinetu. - Siadaj, proszę.
Fotel był przepastny i miękki. Zawsze, kiedy Monika w nim się zapadała,
ogarniało ją poczucie bezpieczeństwa.
- Jak było w Grecji?
- Już zapomniałam. - Uśmiechnęła się lekko, udając, że nie pamięta, że
już ją o to pytał.
- No tak... - Spojrzał na nią uważnie. - Naprawdę chcesz jechać w sprawie
tego morderstwa?
- Tak.
- Masz w Poznaniu rodzinę?
- Nie. Studiowałam tam.
- Dziennikarstwo?
Spojrzała, lekko zdziwiona, że Robert wypytuje ją o przeszłość.
- Dlaczego akurat w tym mieście? - drążył. - A gdzie mieszka rodzina?
- Polonistykę. Poznań dlatego, że był najbliżej, a poza tym lubię to
miasto. I nie mam rodziny. Nigdy jej nie miałam.
Na chwilę zapadła cisza. Pierwszy odezwał się Robert.
- Przepraszam. Nie chciałem.
- Nie ma problemu. Bez obaw, nie cierpię. Wychowałam się w domu dziecka
w niedużym wielkopolskim mieście. Uciekłam stamtąd na studia do
Poznania. A potem do Warszawy. - Monika uśmiechnęła się blado. - To już
o mnie wszystko wiesz.
- I tak przepraszam. Ciekawiło mnie, dlaczego chcesz tam pojechać,
akurat do tej sprawy. Wyszło głupio.
- Porozmawiajmy lepiej o morderstwie. Jestem ciekawa, czy to pojedyncze
zabójstwo, czy jest lub będzie jakaś seria.
- Na razie wygląda na pojedyncze. Z pierwszych kontaktów z policją
wiemy, że nic nie ma, żadnego śladu, nawet podejrzenia czy poszlaki -
wyjaśnił i spojrzał na nią posępnie. - Nie boisz się?
- Nie - odparła, zdziwiona, że nawet nie wzięła tego pod uwagę. -
Bardziej boję się, że śledztwo będzie się wlokło, a ja chciałabym znać
prawdę już teraz.
- No tak. Wszyscy tego byśmy sobie życzyli. - Robert pokiwał głową. -
Posłuchaj, zatrzymasz się w hotelu Mercure niedaleko dworca. Pojadą z tobą Piotr Rudziński i Grzegorz Dróżdż. Operator i dźwiękowiec do zadań
specjalnych. I kierowca, Tomek Komar.
- Robert, nie. Pojadę sama.
- Pojedziesz z ekipą. Może będziesz chciała od razu nagrywać.
- Proszę.
- Poza tym będziesz bardziej bezpieczna.
- Z nimi?
- Monika...
- Okej, niech będzie - westchnęła. - Choć wiele rzeczy będę i tak robić
sama.
- Jeśli będziesz chciała na miejscu zmontować materiał, czegokolwiek
potrzebowała, rozmawiałem już z lokalną stacją, wszystko ustaliłem -
zapewnił. - Możesz korzystać, z czego chcesz. Rachunek wystawią na
końcu.
- Dziękuję, Robert. - Spojrzała mu w oczy.
- Kiedy byłaś tam ostatni raz?
- Osiem lat temu, na absolutorium.
- Słuchaj, dzwoń do mnie, o każdej porze dnia i nocy. Masz mój prywatny
numer - powiedział miękko i zażartował: - Tylko nie podawaj go nikomu,
bo zaleją mnie telefonami i będę musiał go zmieniać.
- Nie podam. Dzięki, ale nie będę niepokoić cię po nocach, bez obaw. -
Monika uśmiechnęła się i zmieniła temat: - Przydałby ci się tutaj jakiś
kwiat.
- Tak? Nie pomyślałem. - Popatrzył lekko spłoszony na gabinet, potem
prosto w jej oczy i odgarnął włosy do tyłu, aż położyły się lekko na
ramionach. - Może...
Nawet fajny facet - pomyślała. Ciekawe, dlaczego wcześniej tego nie
dostrzegła. Może dlatego, że był szefem i w dodatku chyba nawet go nie
lubiła? I dlaczego jest sam? Nigdy go o to nie pytała, podobnie jak o te
wszechobecne stare gazety. Nie jest typem Adonisa, ale ma w sobie wabik.
Zastanawiała się chwilę, na czym polega siła jego przyciągania i wybrała: szczupła, wysportowana sylwetka, bruzda przebiegająca przez pół
policzka, oczy wyglądające jakby nosił błękitne soczewki, gęste włosy i głos, głęboki i tak zmysłowy, że słuchając go dłużej, można popłynąć.
Ale chyba bardziej pociągał ją jego intelekt, bystry umysł, poczucie
humoru. Miał właściwie wszystko, czego oczekuje się od mężczyzny. Czasem
łapała się na tym, że przygląda się jego postaci dla czystej
przyjemności patrzenia. Była pewna, że gdyby Robert nie był naczelnym, z pewnością zrobiłby karierę w filmie.
- Odjeżdżacie za jakieś czterdzieści minut. Tomek szykuje samochód.
- Świetnie. Posiedzę jeszcze w necie, poszukam informacji, zacznę już
coś zbierać. - Skierowała się do drzwi i zanim wyszła, odwróciła się. -
Gdybyśmy się już nie widzieli, to... do zobaczenia.
Nacisnęła klamkę. Potrząsnęła włosami i pomyślała, że dobrze zrobiła,
nie zdejmując wcześniej szpilek. Zmieni buty w samochodzie i przebierze
się w wygodne ciuchy, robiła już tak nie raz.
- Monika?
- Tak? - Odwróciła się i wpadła wprost na Roberta, który - nie wiadomo
kiedy - zjawił się tuż przy niej.
- Trzymaj się. Dzwoń, kiedy tylko potrzebujesz. To okrutny mord. Uważaj
na siebie.
Popatrzyła w jego błękitne oczy i uśmiechnęła się.
- Będzie dobrze.
- Posłuchaj. Na miejscu zapewniam wam ochronę. Nawet nie będziesz
wiedziała, kto to. Facet jest niewidzialny.
- Co??? Nie! Nie ma takiej potrzeby - sprzeciwiła się. - Nie chcę, żeby
ktoś patrzył mi na ręce. Obiecaj, że odwołasz.
- Czy ty musisz żyć na aż takiej adrenalinie?
- Przestań. I odwołaj tego gościa.
- Dobrze - odparł nieszczerze.
- Nie martw się. - Znów spojrzała w jego oczy. - Rozwiążę tę układankę i zrobię materiał.
- Monika. Powiedz, dlaczego tak bardzo chcesz tam jechać?
- Chcę. To powinno wystarczyć.
Przyglądał się jej, jak zamykała drzwi, i myślał, że zbyt wiele jest w niej tajemnic.
W open space nie było nawet jednego wyodrębnionego boksu. Stanowiska
komputerowe były widoczne jak na dłoni. Siedziało kilka osób. Jakiś
facet był odwrócony wraz z fotelem do okna, widziała jedynie jego plecy.
To pewnie ten nowy ambitny, o którym mówił Robert. Marcin Rydel,
pomyślała ironicznie, nadgorliwy i nastawiony na błyskawiczną karierę.
Monika postanowiła nie zaprzątać sobie nim teraz głowy. Skierowała się
do swojego biurka, wyjęła kubek z szafki i nalała z ekspresu kawę.
Usiadła przed komputerem.
Wyszukiwarka wyrzuciła krótkie informacje na temat zbrodni w Poznaniu i kilku innych sprzed lat z różnych części Polski. Przy jednej z nich
opis: Zdjęcia zwłok mężczyzny można znaleźć TUTAJ! UWAGA! Zdjęcia są
drastyczne. Zerknęła. No tak. Stan raczej nieodwracalny. Bo, nawet
gdyby można było tchnąć w niego życie, trzeba by zrobić drobiazgową
rekonstrukcję całej twarzy, która w obecnej postaci była do niczego
niepodobna. O zwłokach znalezionych w worku na torach w Poznaniu
znalazła na razie niewiele. Zbyt mało czasu, pomyślała, i może są tak
zmasakrowane, że policja nigdy nie opublikuje zdjęć. Jest za to opis.
Mężczyzna znaleziony na torach w Poznaniu, według pierwszych oględzin,
miał około 40 lat, był szczupłej budowy ciała, wzrostu około 175, miał
czarne włosy. Został brutalnie okaleczony, jego nagie ciało
zbezczeszczono. Mieszkańcy otrzymali Alert RCB, w którym policja
ostrzega SMS-em przed wyjątkowo groźnym przestępcą, być może tym samym,
który dokonał innych morderstw na przestrzeni kilku ostatnich lat i dotąd nie został ujęty.
Monika wyłączyła komputer. Spocone dłonie zostawiły ślady na
klawiaturze. Być może już za kilka godzin zobaczy tę zmasakrowaną przez
kogoś twarz. Dotąd jej reportaże śledcze dotyczyły innych spraw:
rozbicie gangu narkotykowego, samobójstwa dzieciaków w jednej ze szkół,
mroczna sprawa polityków oskarżonych o seks z nieletnimi, przemoc wobec
kobiet, pedofilia w słynnej szkole tańca.
Teraz być może stanie oko w oko z mordercą.
W swoim młodym, ale już dojrzałym życiu dowiedziała się, że granica
między życiem a śmiercią jest bardzo cienka. Przekonała się o tym w sposób najokrutniejszy z możliwych. Ból stał się częścią jej
codzienności. Żyła z nim, oswoiła go. Myśl o tym, co się wydarzyło,
paradoksalnie pchała ją w życiu do przodu. Stale szukała odpowiedzi.
Zamknęła oczy. Czekała na to. Przeszył ją dreszcz.
*
Wiktor Lorenc, emerytowany policjant z tajnego zespołu Archiwum X, gdzie
zajmował się trudnymi zbrodniami oraz wyświetlaniem tych, w sprawie
których śledztwa zostały umorzone. Od dziesięciu lat domator, hodowca i sprzedawca róż, wciąż żył wspomnieniami. Uwielbiał swoją pracę, był
zaprzeczeniem typu rewolwerowca, nie zależało mu na epatowaniu bronią,
za to zawsze starał się być perfekcyjny i dokładny. Robił wszystko, by
doprowadzić sprawę do końca. Jego żona mawiała, że czasem ma zbyt bujną
wyobraźnię, ale intuicję za to rewelacyjną - nie zawiodła go nigdy, a w ostatnim śledztwie musiała być naprawdę niezawodna, bo aż go zgubiła.
Dziesięć lat temu twierdził, że tylko on jeden był bliski rozwikłania
zagadki brutalnych zabójstw młodych kobiet. Miał własną wersję zdarzeń i był na tropie mordercy, gdy pewnego dnia akta sprawy po prostu się
rozpłynęły. Został oskarżony o ich zagubienie i natychmiast zwolniony z pracy. Większość kolegów wierzyła w jego niewinność i mu współczuła, tym
bardziej że stało się to na kilka lat przed emeryturą. Niektórzy byli
pewni, że swoim niedopatrzeniem i głoszeniem dziwnych teorii na temat
zbrodni pogrzebał szansę na odnalezienie sprawcy i słusznie został
wydalony z zespołu i pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Inni nie mieli
zdania.
Od tamtej pory miał wrażenie, że ktoś go śledzi, chodzi za nim,
podsłuchuje jego rozmowy telefoniczne. Często widział parkujące
nieopodal jego domu auto. Był pewien, że tamto wcale się nie skończyło,
że - mimo zwolnienia - cały czas jest obserwowany.
Dziś, oglądając poranny program informacyjny, aż zadrżał. Wpatrywał się
uważnie w ekran telewizora. Połowy z tego, co prezentował dziennikarz,
zdawał się nie słyszeć i nie widzieć. Przed oczami miał worek z ciałem
mężczyzny. W uszach słowo: "morderstwo". Poczuł tamte emocje, tamten
dreszcz. Wtedy też ciała leżały w workach. A on czuł się lwem. Tak, był
lwem, który zawsze miał doskonały węch. Drapieżnikiem czującym smak krwi
w ustach, idącym tam, dokąd wzywa go odwieczny zew. Teraz przypomniał
sobie najlepsze chwile w swojej karierze: jak wyruszał na łowy i wracał
z trofeum. Potrzebował tego niczym powietrza.
Nie narzekał, miał udane życie, dom, z którego dzieci wyfrunęły już
dawno temu, dobrą żonę. Pamiętał dzień, kiedy podszedł do niej,
siedzącej w fotelu na kółkach, i z czułością podał jej szklankę
schłodzonej herbaty. Po raz pierwszy nie wiedziała, co z tą szklanką
zrobić. Podał jej więc wprost do ust, kilka łyków, a po nich kilka kęsów
kanapki. Kochał ją i nigdy nie zamieniłby życia u jej boku na inne, mimo
że było coraz trudniej, opadał z sił, serce kołatało, a nogi czasem się
pod nim uginały.
Teraz obok fotela leżał pies. Wiktor przywiózł go rok temu ze
schroniska. Czarny, o niebieskich oczach i jeszcze w szczenięcym wieku.
Czujny, duży, piękny. Wyglądał, jakby uciekł z wilczej watahy. Wiktorowi
nie przychodziło żadne imię do głowy, a że pies przypominał jedno z najpiękniejszych, jego zdaniem, zwierząt na świecie, nazwał go Wilkiem.
- Cześć, Wilku. - Pogłaskał psa za uszami.
- Kim jesteś? - Anna Lorenc podniosła wzrok i popatrzyła na męża z niepokojem.
Kim jestem i jak skończy się nasza historia? - myślał za każdym razem,
gdy siedział blisko żony i widział, że coraz bardziej zamyka się w swoim
świecie. Słońce wschodziło i zachodziło, dni mijały. Wiktor wpatrywał
się w swoją Annę, wspominał ich najlepsze chwile i pielęgnował róże.
Nieduży, stary i wymagający remontu, lecz przytulny domek po rodzicach,
blisko Poznania, tonął w kwiatach. Robił to dla niej, dla uśmiechu,
który pojawiał się na jej twarzy zawsze, gdy patrzyła przez okno albo
siedziała na tarasie. Krzewy róż otaczały cały dom - białe, czerwone i różowe pąki zwieszały się z pergoli. Uśmiechał się pod nosem, myśląc,
jak to z policjanta wyspecjalizowanego w sprawach zabójstw stał się
wyspecjalizowanym ogrodnikiem, który całkiem nieźle dorabia do
policyjnej emerytury. Sam już nie pamiętał, skąd przyszedł pomysł na
kwiaty. Może to było wtedy, gdy Anna układała w wazonie róże? Może
wtedy, gdy kupił je dla niej na dwudziestą rocznicę ślubu? Zaczął inne
życie.
Miał sześćdziesiąt pięć lat. I chociaż godził się na swój wiek, w środku
nadal czuł się młodym policjantem zgłębiającym tajniki mrocznych akt.
Jego kariera zawodowa rozwijała się tak, jak sobie wymyślił. Do tego
feralnego dnia, kiedy został zwolniony. Wtedy zwrócił się ku zwyczajnemu
życiu, utrzymywał z emerytury i oszczędności, założył szklarnię i sprzedawał kwiaty. Swoją drogę zawsze uważał za dobrą.
Teraz cierpiał z powodu choroby żony, miłości swojego życia. Z przerażeniem obserwował, jak jej ciało i umysł okrutnie niszczy
demencja. Starał się robić wszystko, by umilić jej każdy dzień, a samego
siebie podnieść na duchu, by się nie poddać. Musiał być silny. Dla niej.
Regularnie odwiedzały ich dwie dorosłe córki. Pomagały. Ostatnio zaczęły
wspominać o przeniesieniu Anny do dobrego domu opieki. "Na jakiś czas,
tato, żebyś odpoczął", przekonywały. "Jest dobrze", odpowiadał. Był im
wdzięczny, że przychodzą tak często, choć mają pracę, własne kariery,
rodziny, mężów i dzieci.
Od pewnego czasu zatrudniona była pielęgniarka, więc Wiktor choć przez
kilka godzin dziennie mógł zająć się swoimi sprawami. To przynosiło mu
pewien rodzaj ulgi. Ale i tak nikt nie miał pojęcia, przez co musiał
codziennie przechodzić. Najjaśniejsze chwile to wizyty córek i wnuków, a także uśmiech Anny patrzącej na kwiaty. Wszystkie inne przypominały gumę
zużytą, przeżutą, wyplutą przez jakiegoś dzieciaka na chodnik.
Tego dnia oglądał wieczorne informacje. Starał się robić to codziennie,
choć ostatnio nie zawsze mógł. Tym razem Anna była spokojna, nie
krzyczała, nie szlochała. Przed chwilą wyszła pielęgniarka, wykonała
codzienne obrządki związane z myciem i przebieraniem, podczas których
Anna bywa najbardziej wytrącona z równowagi i nie czuje bezpiecznie.
Siedział teraz przy niej, przed telewizorem, i zastanawiał się, czy w chorobie bliskiej osoby przychodzi kiedyś zobojętnienie, skoro ona,
wpatrując się w niego, czuje czasem lęk i nie wie, kim on jest.
- Policja - odezwała się nagle Anna, wyciągając rękę w stronę ekranu i przeniosła wzrok na męża. - Policja.
Poczuł napływające do oczu łzy. Mogła uważać go za obcego, ale jego
zawód, to, czym się zajmował i czym żył przez lata, pamiętała. Wzruszył
się i pomyślał z nadzieją, że może nie jest wcale tak źle, może jeszcze
uda się odgonić z jej umysłu mroczny cień.
- Aniu... - wyszeptał i spojrzał za jej ręką, która ponownie wyciągnęła
się w kierunku ekranu telewizora.
Policjant z wydziału zabójstw, którego kojarzył jako nowego z ostatnich
dni swojej pracy, mówił o okrutnym morderstwie. Kamera pokazywała raz
jego, raz niebieski wór leżący na torach. Wiktor wsłuchiwał się w relację policjanta o demonicznej zbrodni i ostrzeżenia przed
zwyrodnialcem, myśląc tylko o tym, że sposób zapakowania i porzucenia
zwłok przypomina morderstwa sprzed lat, dokładnie sprzed dziesięciu,
kiedy całe śledztwo wymknęło mu się z rąk. Wpatrywał się w ekran
oniemiały. Przeszył go dreszcz.
Pamiętał wszystko. Każdy detal.
Był o krok od rozwikłania sprawy, w którą, jego zdaniem, zamieszany był
ktoś wyżej. Bo jak inaczej wytłumaczyć zniknięcie akt? To pytanie
wielokrotnie zadawał kolegom. Las przeczesywało stu funkcjonariuszy,
przewodników z tropiącymi psami i jeźdźcy policji konnej. "To nie tam.
Jego tam nie ma", przekonywał. "Morderca jest gdzie indziej".
Pamiętał, że biegł tak szybko, aż paliło go w płucach. Pytano go
później, gdzie był. Odparł, że dotarł do drewnianego domu nad brzegiem
jeziora, który już dawno wydawał mu się podejrzany, i że znalazł tam
kolejną dziewczynę, która jeszcze żyła. Była przywiązana do starego
łóżka, nogi w kostkach i ręce w nadgarstkach. Jej osłabione ciało
poddało się. Nie mówiła nic, była przerażona. Po przewiezieniu do
szpitala, mimo usilnych prób ratowania jej wątłego życia, zmarła.
Mówiono później, że miała podzielić los pozostałych dziewczyn, a jej
ciało miało zostać znalezione w worku na torach. Najprawdopodobniej
oprawca zostawił ją i na chwilę pojechał do miasta, nie przewidując, że
ktoś może interesować się opuszczonym domkiem nad jeziorem. Kiedy
wracał, musiał dostrzec z daleka dwa radiowozy zaparkowane przed domkiem
i na ich widok uciec. Zaginął po nim wszelki ślad.
Wiktor przychylał się do tej teorii, a właściwie stworzył ją sam. Kiedy
dziewczyna leżała nieprzytomna w szpitalu, mówił, że cieszy się, że
uniknęła okrutnej śmierci i zbezczeszczenia ciała, a widok zabitych
dziewcząt, ich ciał w kawałkach, z dodatkowo obciętymi piersiami i wyrytym na brzuchu krzyżem, prześladuje go co noc.
W tym samym czasie zniknęły akta. Nie odnalazły się, choć razem z kolegami przeszukał każdą policyjną szufladę, niszczarkę, każdy kosz i ciemny kąt. Został zwolniony, jakby wszyscy inni byli poza kręgiem
podejrzeń. Tylko jeden z jego kolegów przyjechał do niego do domu, by
powiedzieć w drzwiach, że mu przykro i że to jakaś grubsza sprawa.
Pozostali nabrali wody w usta. Bolało. Koledze odpowiedział, że zdaje
sobie z tego sprawę, ale obojętnie, co by zrobił, nie uda mu się tego
zmienić. Zajął się więc domem, żoną i różami. Jego świat się zawęził do
rozmiarów główki od szpilki. Stał się zwyczajnym człowiekiem wiodącym
zwyczajne życie.
Popatrzył teraz na Annę. Nie odrywała wzroku od telewizora.
- Policja - uśmiechnęła się.
- Tak, kochanie. - Pocałował ją w policzek. - Policja.
*
Dziennik Amelii
Ma pieprzyk nad górną wargą. W oczach pierwotny lęk. Jest bardzo młoda,
ma piętnaście lat i wypielęgnowane dłonie, w sposób naturalny, bez
sztucznych paznokci. Wygląda trochę jak dziecko - niewysoka i drobna. W szkole musiała być szarą myszką, zaczytującą się w klasycznych, nudnych
powieściach, których dziś już nikt nie czyta. Jedną z tych
niezauważalnych dziewczyn wtopionych w szary kolor ścian. Rówieśnicy na
pewno śmiali się z niej. Chodzący, bezbarwny, książkowy mól.
Dotykam jej twarzy, głaszczę, jak matka głaszcze dziecko, które
potrzebuje ukojenia. Ona nie ma przy sobie matki. Jej matka oddaje się
rozpaczy i przyjmuje silne odurzające zastrzyki, które i tak nie
pomagają. A jej córka o wdzięcznym imieniu Róża leży u mnie na stole jak
piękny, niewinny kwiat.
Może się wydawać, że mam obsesję śmierci, lecz różnica między obsesją a tym, żeby ulżyć umęczonemu, dziewczęcemu ciału po tym, co mu zrobiono,
przez co przeszło, jest ogromna. Zawsze staram się dać ulgę. Spokój.
Złudzenie, że osoba zmarła śpi i wygląda jak w najlepszym dniu swojego
życia.
Rodzice Róży nie chcą rozgłosu. Są zamożni, zapłacili za milczenie
policji i tabloidom. I przyszli do mnie z błaganiem, żeby ich maleńka,
jak ją nazywali, wyglądała w trumnie najpiękniej, jak to tylko możliwe.
Powiedzieli, że zginęła w wypadku, lecz mnie nie da się oszukać. Od razu
widzę, co jest czym. To jest zastanawiające. Byli bardzo ostrożni,
zachowywali się, jakby mieli z kimś mroczny układ i byli pod obstrzałem
gróźb.
Jej ojciec przyniósł zdjęcia. Róża jest na nich całkiem inna, niż
zobaczyłam ją oczyma wyobraźni na szkolnych korytarzach. Roześmiana,
pełna życia. Maluję ją, tuszuję zasinienia, ślady po duszeniu i cięciach. I myślę, że zestawienie martwego ciała z wyobrażeniem, kim
była, w jaki sposób się poruszała, mówiła, gestykulowała, śmiała się i złościła, jest bardzo poruszające.
Muszę kończyć pisanie. Ktoś dzwoni. Akurat teraz. Niechętnie przerywam,
bo pisanie w dzienniku jest moim ulubionym zajęciem, niemal codziennym
rytuałem. Ktoś dzwoni z numeru, którego nie znam. Nowy klient? Mam
urlop, odpowiem, jak zadzwoni drugi raz. Albo trzeci. Może wtedy
odbiorę. Jednak ktoś po drugiej stronie nie daje za wygraną. Wyświetlacz
mruga w nieskończoność...
*
- Cóż, nie mam jeszcze nic gotowego, ale będę miała. Z pobieżnych
informacji wiem, że policja jest zdania, że to jakieś porachunki i nie
ma wątpliwości, że mordercą jest mężczyzna. Przemawia za tym skala
zbrodni, okrucieństwo i to, że denatem jest facet. Ale jeszcze nie
miałam spotkania z komendantem. - Monika Biel, zdając relację Robertowi,
wpatrywała się w panoramę Poznania z okna pokoju na najwyższym piętrze
hotelu Mercure. To osiem lat? - przemknęło jej przez głowę. Właściwie
nie tak wiele, a jakby upłynęło całe życie. - Poza tym uważają, że gdyby
miała zrobić to kobieta, to musiałaby mieć pomocników, bo sama nie
udźwignęłaby i nie przytachała zwłok na tory. Facet ważył, nie
przymierzając, grubo ponad osiemdziesiąt kilo.
- Kocham argumenty policji. A ty, co o tym sądzisz?
- Na razie nic. Badam, wącham. Nie wyrokuję od razu, jak policja.
- Cała ty. Brawo.
- Daj spokój. Najprawdopodobniej mordercą jest facet, ale nigdy nie ma
pewności.
- Exactly.
- Robert?... Muszę iść na śniadanie.
- Tak wcześnie? Jeszcze nie ma siódmej.
- Wydają śniadania od 6:30. Umieram z głodu. A kocham jeść. Jeśli nie
zjem teraz, będę zła. Pa. Odezwę się.
Robert Koziński został z telefonem przy uchu, rozbawiony i nieco
zaskoczony. Czasem nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w jego redakcji to
Monika jest szefową, nie on. Dominująca pewniara, nigdy nie pozwoli, by
nią rządzić i mieć nad nią przewagę.
Monika, zjeżdżając windą do restauracji, myślała wyłącznie o jednym:
śniadanie. Potem zajmie się całą resztą. Podczas hotelowych śniadań
zawsze czuła coś, czego często brakowało jej o poranku: przyjemność,
ulotny stan uspokojenia i relaksu, ucieczka od wszystkiego, co siedziało
w jej głowie.
W restauracji unosił się zapach świeżego pieczywa i kawy. Przy stolikach
siedziało kilka osób. Kobieta w ciemnych spodniach i białej koszuli,
przełykając pośpiesznie bagietkę, zerkała na zegarek. Mężczyzna o oczach
bazyliszka czytał gazetę. Starsza, bardzo elegancka para, chrupiąc
tosty, wpatrywała się przez otwarte drzwi w ekran telewizora wiszący na
ścianie na korytarzu. Lokalne wiadomości. Monika wybrała stolik w przeciwnym kącie sali, jak najdalej od porannych newsów, by nic nie
zepsuło jej śniadania. Nie chciała akurat w tym czasie widoku katastrof,
jakie nawiedzały świat - trąb powietrznych, nawałnic, powodzi, pożarów i huraganów, znęcania się nad dzieckiem, kotem albo psem, wypadku autobusu
albo wykolejenia pociągu. Sąsiadka, pani Małgosia, zapytała ją kiedyś,
dlaczego w telewizyjnych wiadomościach jest tak mało pozytywnych,
krzepiących informacji, dlaczego telewizja stale chce szokować. "Bo taki
jest świat, pani Małgosiu, po prostu", odparła Monika. Sąsiadka
sposępniała i z życzeniami dobrego, pozytywnego tematu na reportaż
zamknęła za sobą drzwi.
Jak dobrze, że chłopaki jeszcze śpią, pomyślała Monika. Wiedziałam, co
robię, dając im czas do ósmej. Lecz tym razem nie udało się jej wyłączyć
na tyle, by przestać myśleć o tym, co bezustannie zaprzątało jej głowę.
Źle się stało, że przyjechała do Poznania razem z ekipą telewizyjną.
Lubiła ich, lecz nie byli jej potrzebni. Miała też nadzieję, że Robert
dotrzymał słowa i odwołał ochroniarza. Nie mogła znieść myśli, że ktoś
może za nią chodzić, śledzić każdy jej ruch, wiedzieć, co robi i gdzie
jest.
Nalewała kolejną kawę z zaparzacza, gdy jej uwagę przykuł głos reportera
dobiegający od strony telewizora. W opuszczonym domku nad podpoznańskim
jeziorem odnaleziono ciało dziewczyny. Monika odwróciła się w tamtą
stronę, ale ktoś z obsługi w tym samym momencie wyłączył telewizor.
Błyskawicznie poszukała informacji w smartfonie. Wyszła na korytarz i wybrała numer Roberta.
- Jest nowa sprawa. Morderstwo szesnastoletniej dziewczyny. Właśnie to
ogłosili.
- Tak, wiem. Jak również to, że facet znaleziony w worku to prawnik
Jeremi Sosiński. Na pewno zaraz o tym powiedzą.
- I nic nie mówisz? Świetnie.
- Nie zdążyłem, dowiedziałem się o tym przed sekundą - odparł
poirytowany. - Właśnie wszedłem do redakcji. Na litość boską, Biel, czy
ty zawsze musisz być taka niemiła?
Zobaczyła go oczyma wyobraźni. Stoi w swoim gabinecie i trafia go szlag,
jak zawsze, gdy przyjeżdża do stacji, a na jego biurku nie ma nowych
gazet, bo sekretarka się spóźnia, a on musi zrobić przegląd, jakby nie
mógł po prostu zajrzeć do internetu, by wiedzieć. Zastanawiała się,
dlaczego jej szef żyje w poprzedniej epoce, przecież nie był stary.
- Przepraszam.
Po drugiej stronie usłyszała trzask odstawianego kubka.
- Robert? Słyszysz? Powiedziałam: przepraszam.
- W twoich ustach brzmi to tak niewiarygodnie, że zastanawiam się, czy
przypadkiem jeszcze nie śpię - powiedział sarkastycznie, po czym
przerzucił jeszcze coś na biurku i roześmiał się. - Dobra, już dobra.
Dajmy temu spokój. Ja też przepraszam. A ty musisz to zrobić pierwsza,
już i tak we wszystkim depczą nam po piętach - zawiesił na chwilę głos -
ale jeśli nie czujesz się na siłach, przyślę ci kogoś do pomocy. Marcin
Rydel aż się rwie. Albo zrezygnuj. To może być bardzo ciężka sprawa. Nie
wiadomo, co cię czeka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki