Ballady metafizyczne - Adam Binduga

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ballada o wielorybie

Nachil tego ranka krótko brali...

Choć słońce w górze długo stało,

Miast jasności od dymów ciemniało.

Ciała mężów nachilskich krwią zlane leżały.

Oni na zwinnych arabach kłusem,

Łup z miasta całego zwozili.

Dzieci nachilskie - już inni,

W kolumnach mocnili sznurem.

Misy złote, kobierce, klejnoty, puchary,

Dzwoniły w Nachilu długo, co chwila,

Gdy wreszcie wódz ich Munzira

Dał znak: - Czas łup żywy dzielić!

I rozwarli bramy świętej madrasy,

Tam nachilki w dziedzińcu skrywali.

A był wielki. Otoczon białymi liwanami,

Pełen arkad jak drzewa, jak lasy.

One ciche bez mężów, bez dzieci,

Kwef i sukno oka tylko nie kryły.

A ze dwie setki tam pięknych były,

Powab tryska, chaluk w wojach chuć nieci.

I już pierwszy tam z boku pochwyca,

A tuż za nim rąk gorących jest wiele.

W głębi wódz stoi z Iblisa uśmiechem,

Nieśmiałym i młodym syczy: - To twoja hurysa!

Potem przestał i jak paw pewnym krokiem,

Stąpa. A tam pod liwanem

Łoże włóknem palmowym jest dlań wyściełane.

W nim kobieta naga ponagla go wzrokiem.

Raz w dłoni miecz, raz pierś mieć,

Raz krew, raz rozkosz przelewać.

Śmierć, ta kobieta zdumiewa!

Pcha się sama, na gwałt, nie trzeba jej chcieć!

Wtem wzrok dwu wojów na lico rzucony to samo,

Dwie dłonie schwyciły ramię jedno.

Spojrzeli na siebie i bledną,

Dwaj bracia: Dżalut i Hannos.

Ona smukła w fioletnym kaszmirze,

Wyszła dumna - spojrzały kobiety...

Nogi jak palmy na nich bransolety,

Niemy spokój nastał w cielesnym wirze.

Bracia długo tak na się patrzyli,

- Ona wzrokiem ich chyba zaklęła!

Dwa orły schwyciły jednego daniela.

Już turbany, kolczugi zrzucili...

Słońce tuż nad arkadą. Skrzą się czarne szale.

Wiatr włos jej wywiewa z ukrycia,

Szmer fontann czy igieł cyprysa?

Zgrzyt dały pierwszy o siebie bułaty, damasceńskie metale.

Dżalut starszy, w wojach wsławion był wielu,

Jak ptak z góry atakuje brata.

Hannos młodszy w garści mocno trzyma bułata,

I nie daje za nic dosięgnąć siebie, celu...

Niejeden już zgrzyt echem tu rozbrzmiewa,

Niejedno westchnienie i niejeden jęk.

Spojrzenie jej i Hannosa na moment,

Lewe udo młodzieńca krwią się już zlewa.

Dżalut jeszcze pewniejszy w ataku,

Już nie jak ptak - jak tygrys się rwie.

A tam - spójrz! - krople krwi,

Znaczą obronę Hannosa na piachu.

I upada. Bułat blisko się wbija. Ziemię mierzi,

Potem wstaje na skrwawione nogi,

Powiew ten dziwny z jej oczu nie schodzi.

Pną się między nich mukarnasowe jej piersi...

Już ramię Hannosa krew nowa zbluzgała,

I już dłoń miecz słabiej trzyma.

Dżalut jak szatajn mord z bratem wyczynia,

Ktoś chce im przerwać. Munzira nie pozwala.

Hannos walcząc dłoń ukradkiem za pas skrywa,

Bułat bliżej już jego szyi.

Wtem patrz! rzucony kindżał lśni,

Brat się chyli... z tyłu czaszkę innego rozrywa.

I krzyki... tamta chmura jakby wielbłąda przypomina...

Promień skacze leciuchno jak tancerz...

Głucho. Tępy zgrzyt... szyja...

Te oczy... w piach wbijają się palce.

- Nachil łatwo wzięty dziś z ranka!

Spojrzała pod stopy na głowę niedoszłego kochanka.

- Dokąd że to, pani, odszedł mój brat, czy duch brata?

- A dokąd że odchodzi płomień lampy, gdy ją zgasisz dmuchnięciem?

Hen w morskiej toni śpiew wieloryba humbaka.

- Zgasiłeś lampę jednym cięciem.

Ballada o trzech cyprysach

Szedł już nie ledwie, lecz wcale. Piach zimny się stawał,

Noc coraz głębsza już wszędzie.

I szedł tak w mozole cały dzień,

Gdy nagle, ujrzał w ciemnościach cyprysy trzy ranny Sertazar.

Rana głęboka po ostrzu handżara,

Ból z głodem szarpią mu ciało.

Zimniej wciąż było, spać z bólu się chciało,

Runął bezwładnie na swe zbolałe kolana.

Długo tak leżał, acz sen mu wciąż coś przerywa,

Powieki wolno w boleści rozchyla.

Znów cyprys swą smukłość wychyla,

I jakieś kształty, kolor przestrzeń rozrywa.

Nie wierz cyprysom (cyprysy cicho gwarzą)

Śmierć coraz bliżej już ciebie

Bo jak kobieta w chwili ostatniej cię zdradzą

A śmierć blisko, coraz bliżej jest ciebie

Dreszcz i gorączka ciałem trzęsą młodziana,

Ból w oczach ostrość rozmywa.

Zbladła twarz Sertazara... twarz dziwnie wykrzywia,

Przed okiem czy w oczach? Postać niespodziewana.

Karzeł nagi wchodzi przez igły do cyprysa,

Kroków tych tyle niezgrabnych stawia.

I się chybocze, rzekłabyś, brzydka postać naga,

Tłustych strąk włosów z pleców się zwisa.

I już wychodzi, ale jak inaczej,

W burnusie białym, przepasanym złotem.

Na psie dużym jadąc wielkookim,

Włos mu się świeży mieni w majestacie.

Irbis gdzieś blisko zaświecił oczyma,

Kieł swój odbija w księżycu.

Żmija tuż sunie. Jad na języku,

Coraz jest bliżej gadzina.

Sertazar ciężko serce swe słyszy,

A serce jak dzwon wielki bije.

I tylko bicie w ciszy nie ginie,

Sertazar ciężej już dyszy.

Sam jesteś, sam na pustyni

I sam umierasz, tylko z cyprysami

Życie jest krótkie, nierówne z igłami naszymi

A tyś zdradzony, nierównyś jest z nami

Karzeł z cyprysa wciąż tak samo wyczynia,

Z nagości raz w sukna się zmienia.

Wtem, patrz!, karlica go onieśmiela,

Kobiecość swą karlą w podstępie wypina.

Serce i karzeł, ponad tym Sertazar,

Słyszy to wszystko i widzi.

Pies wielkooki spojrzeniem ohydzi,

- Śmierć żyjącego przeraża!

Umilknij serce! Serce nie bije...

Sertazar już tylko widzi.

- Czy to jest śmierć? Wszak spojrzę i widzę? a serce mówi: Nie żyjesz!

O Sertazarze, karzeł twą dłoń bladą chwyta,

Pies cię okrakiem na sobie sadza.

Karlica muśnięciem ust karlich cię wita,

I jak on wtedy tak ty teraz w cyprysie znikasz.

Miłość i życie cyprys ci zastąpi

Bo życia, miłości już nie ma!

A kto w cyprysy śmie choćby na moment zwątpić

Ten życia, miłości już nie ma!