Rozdział 3
Maszyna zajmowała pół blatu. Jej skomplikowana konstrukcja przyprawiłaby o zawrót głowy niejednego inżyniera; była misternym mechanizmem z tekturowych przekładni, tulei oklejonych srebrną folią, misternej gmatwaniny sznurkowych cięgieł, malutkich kół zębatych wyciętych w korze i papierowych pasów transmisyjnych. Całość podłączono do napędu ze sprężyny zbudowanej ze szpulki od nici i nakręconej na nią gumki. Ruszyła z cichym szelestem.
- Cholerka, zobacz, to działa! - Klęczący przy stole trzydziestoparolatek o twarzy wiejskiego matołka uśmiechnął się szeroko i klasnął w dłonie. Chwilę później wsunął palec do ust i zaczął go ssać z zapamiętaniem.
Stojący obok korpulentny sześćdziesięciolatek poklepał go po ramieniu, pomrukując radośnie. Był średniego wzrostu. Cała jego postać była jedną wielką krągłością: brzuch, twarz, policzki, nawet kształt ramion. Mimo wieku na głowie miał gęstą, ciemną czuprynę. Włosy kręciły się nad czołem w niesfornych lokach.
- A dlaczego miałoby nie działać? Powtarzam ci to już, Szczylu, od pięciu lat. Zawsze trzeba wierzyć w sukces, jeśli zamierza się coś zrobić. Gdyby zamiast tych sznurków zamontować stalowe cięgiełka, prawdziwe przekładnie i koła zębate, wyszedłby z tego wspaniały dostawiacz chleba do krajalnicy.
Stary zbliżył twarz do pracującego mechanizmu, sprawdzając, czy wszystkie gumki mają właściwy naciąg. Wszystko pracowało idealnie. Tak będzie przez kilkanaście sekund. Potem sprężynę trzeba będzie nakręcić ponownie.
- Wiesz co, Mateo? - Klęczący na sekundę wyjął palec z ust, nie odrywając wzroku od maszynerii.
- ...?
- To już twój pięćdziesiąty szósty wynalazek. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego na wolności nie zostałeś Kopernikiem albo Konopnicką?
- Konopnicka pisała bajki, a my przecież wymyślamy urządzenia.
- No ale żeby coś tam napisać, wcześniej trzeba tęgo pokombinować łepetyną, więc co za różnica? A ty masz głowę nie od parady. Ja to bym nawet powiedział, że od defilady.
- Te twoje skojarzenia czasami przyprawiają mnie o zawrót głowy...
- Jakie?
- Choćby parada i defilada.
- No właśnie. - Trzydziestolatek wyjął palec z ust. - Do wszystkiego trzeba mieć pomyślunek. A ty go masz, że ho, ho...
- Nie cała zasługa moja.
- A czyja?
- Moja głowa, twoje złote ręce. - Mateo poklepał Szczyla po ramieniu.
W tym ubraniu wyglądał jak stary malutki; jego więzienna marynarka była jak ze starszego brata. Niestety, w magazynie nie znaleźli mniejszych.
- Ale i tak jesteś najmądrzejszy! - Szczyl ponownie przykucnął przy maszynerii, wpatrując się w precyzyjny mechanizm.
Mateusz roześmiał się głośno.
- Kiedyś też tak o sobie myślałem, aż spotkałem pewnego faceta...
- Faceta?
- Aha.
- I co on niby powiedział?
- Zadał mi zagadkę.
Szczyl spojrzał zaciekawiony.
- Lubię zagadki, ale nie za trudne. Opowiesz?
- Czemu nie?
Szczyl przysunął sobie krzesło i usiadł wygodnie.
- Wyobraź sobie, że jesteś panem A, któremu zależy na wysłaniu wiadomości panu Z.
- Takim zwykłym facetem?
- Jak będziesz przerywał, to zgubię wątek!
- Już milczę.
- Jesteś zatem panem A, któremu zależy na wysłaniu wiadomości panu Z. Nie chcesz jednak, żeby jakakolwiek postronna osoba zajrzała do twojej przesyłki. Dlatego piszesz list, który następnie chowasz do metalowej szkatułki i zamykasz ją na kłódkę.
- Spryciarz.
- Pakunek zanosisz na pocztę.
- To rozumiem.
- Co powinien zrobić pan Z., by nie zrywając założonej przez ciebie kłódki, przeczytać znajdujący się w szkatułce list?
Szczyl zmarszczył czoło, intensywnie zastanawiając się nad odpowiedzią. Potem podrapał się po wystrzyżonej na jeża głowie.
- Strasznie to pogmatwane...
- No właśnie - przytaknął Mateusz. - Nie mogę znaleźć na to cholerstwo odpowiedzi od z górą dwudziestu lat.
- No, to jeszcze większe cholerstwo, niż myślałem. Ale z drugiej strony... - Szczyl znów podrapał się po głowie.
- Co?
- Nie lepiej, żeby jeden pojechał do drugiego i po kłopocie?
- W tym rzecz, że obaj mieszkają od siebie strasznie daleko i to nie jest możliwe. A nie chcą dzielić się swoją tajemnicą z nikim postronnym.
- Co tam zagadki! Wolę to, co sami wymyśliliśmy. A raczej ty. Najfajniejsza była samołapka do odkręcania gorących żarówek, a potem ta... No... Wysuwaczka biurkowych szuflad!
- Fakt, to nam się udało.
- I jeszcze ten tomatyczny...
- Automatyczny.
- No mówię: tomatyczny zdejmowaczo-rolownik do zasłon... - Szczyl zamyślił się na chwilę. - Tylko wiesz co?
- Tak? - Mateusz przysunął sobie nogą krzesło i usiadł.
Młodszy mężczyzna spojrzał na niewielkie okno celi, zabezpieczone od wewnątrz gęstą siatką i solidną kratą.
- Może ja jestem głupi, ale...
- Wyduśże z siebie wreszcie!
- My nigdy nie mieliśmy tutaj ani biurka, ani zasłon.
Rozejrzał się po celi. Po lewej stronie od drzwi stała piętrowa żelazna prycza; on zajmował miejsce na górze, Mateusz na dole. Obok łóżek, tuż przy drzwiach, kibel z umywalką, oddzielone od reszty niewysokim przepierzeniem z dykty pomalowanej na biało olejną farbą. Pośrodku stół, dalej szafka, na której trzymali rzeczy osobiste. W rogu pomieszczenia leżały ułożone jeden na drugim, ich ostatnie wynalazki. Szkoda, że nie pozwolono im zatrzymać wszystkich... Tylko że wtedy nie wystarczyłoby miejsca dla nich obu.
- Jeśli spojrzeć na to z tej strony... - Mateusz przytaknął. - Hm... Rzeczywiście, nigdy nie było tu zasłon. Jeśli zaś chodzi o biurko... - Rozejrzał się dokoła. - Nawet by się tu nie zmieściło. - Przesunął zapadkę i maszyneria stanęła. Szczyl zmarszczył czoło, układając usta do słowa, którego jeszcze nie odnalazł. - Zastanawiasz się, czemu miały służyć te wynalazki?
- No?
- Każdy z nich pojedynczo niczemu.
- No właśnie.
- Ale gdyby je zebrać do kupy, wychodzi, że zbudowaliśmy maszynę czasu.
Oczy Szczyla zaokrągliły się jak dwuzłotówki. A więc jednak! Miał rację! Jego podejrzenia nie były bezpodstawne! Od samego początku wiedział, że te wszystkie ich konstrukcje czemuś miały służyć.
- Maszynę czasu? - Z trudem przełknął ślinę, podrywając się na równe nogi. - Dlaczego dotąd mi o tym nie powiedziałeś?
- Wcześniej?
- Gdy zaczynaliśmy, pięć lat temu... - Szczyl ponownie przysiadł na krześle. Jego oczy pałały. - A rozumiem... Tajemnica?
Zerknął na drzwi celi, jakby starając się odgadnąć, czy ktoś za nimi stoi. Podbiegł do nich i przez kilka sekund nasłuchiwał, ale z zewnątrz dochodziły jedynie nawoływania więźniów wyznaczonych tego dnia do sprzątania korytarzy. Gdy się upewnił, że pod drzwiami nie ma nikogo, wrócił na miejsce.
- Możesz mówić śmiało.
Mateusz spojrzał na zegarek i popukał palcem w cyferblat, jakby nie dowierzał wskazywanej godzinie. Potem potrząsnął i przyłożył go do ucha. Uspokoił się, gdy usłyszał tykanie.
- Pytasz, czy to tajemnica? Raczej nie. Widzisz, dzięki owej maszynie czasu pięć lat minęło szybciej, niż gdybyśmy tylko gapili się w kraty i myśleli, co też robilibyśmy na wolności... Inaczej mówiąc: znaleźliśmy sposób, by wskazówki zegara nieco przyśpieszyły, nie snuły się po tarczy jak smród po gaciach, tylko zasuwały dwa razy szybciej. Szkoda, że wcześniej nie posadzili cię ze mną...
- Ja tam nie żałuję. - Szczyl pierdnął głośno. - Jak ciebie zamykali, to ja jeszcze nie planowałem rozprawić się z niesumiennym klientem. Dopiero potem, jak mnie ukrzywdził...
- Sąd był innego zdania.
- Może Bozia tak podpowiedziała prokuratorowi? Skąd wiesz?
- Nie wiem, kurka siwa! - Mateusz przyznał rację pytającemu.
- A widzisz. Wszystko już było zaplanowane. A ja musiałem rozbić ten nagrobek w drobny mak i obić łopatą niesumiennego klienta, żeby mnie zamknęli. Nawet, nie powiem, miałem z tego radość - zaśmiał się głośno, pokazując wybity przedni ząb. - I w ten sposób trafiłem do twojej celi. I mogłem ci pomóc.
Mateusz podszedł do pryczy i sięgnął po złożony w kostkę koc, na którym leżała aluminiowa miska ze sztućcami. Współlokator stanął za jego plecami. Przestępował niepewnie z nogi na nogę, aż wreszcie położył ostrożnie dłoń na ramieniu starego.
- Chciałem o coś zapytać...
- ...?
- Jakby powiedzieć, żeby nie skłamać?
- Bez krępacji.
- Przed czterema laty poprosiłeś naczelnika więzienia, żeby dał zgodę na przeniesienie moich rzeczy do twojej celi. Czy dlatego, że...
- No, wyduśże z siebie wreszcie.
- Że... Że jestem najgłupszy w tym więźniu?
Szczyl zaczerwienił się, a Mateusz zaczął się śmiać. Potem objął kumpla serdecznie i przyciągnął ku sobie.
- Chłopie, co też przyszło ci do głowy? Po prostu mój współlokator odsiedział co swoje i zwolniło się miejsce, i...
Przerwał. Kłamstwo było zbyt oczywiste, nawet Szczyl by w nie nie uwierzył. Zobaczył to w jego oczach.
- Możesz mi nie mówić, ale chciałbym wiedzieć dlaczego. - Chłopak przygryzł wargi i zaczął nerwowo zawijać na palcu wskazującym brzeg koszuli.
- Mam nie mówić, ale chciałbyś wiedzieć? Jeśli chodzi o logikę, to jest postawione na głowie...
Mateusz przysunął sobie krzesło. Czy warto powracać do spraw, które już dawno powinny zostać zapomniane?
Gdy na stołówkę wszedł Szczyl, on już tam siedział. W pierwszej chwili nie zauważył przybyłego, pochylony nad talerzem i dopiero narastający śmiech kazał mu podnieść oczy. Między stołami stał wystraszony nowy o twarzy dziecka. Kiedy przechodził obok Mateusza z tacą z obiadem, Kafar podstawił mu nogę.
Szczyl próbował wstać, ale pośliznął się na rozsypanych ziemniakach i ponownie wyłożył jak długi. Śmiech gruchnął ze zdwojoną siłą, nadbiegli strażnicy, nowy jednak przekonał ich, że sam się potknął. Wzięto pod uwagę jego wyraz twarzy idioty i łatwo dano mu wiarę. Chyba właśnie ten fakt kazał wówczas Mateuszowi zwrócić na niego uwagę.
Wśród więźniów ten incydent, z braku innych wrażeń, urósł do rangi najważniejszego popołudniowego wydarzenia. Mateusz postanowił jednak o wszystkim zapomnieć. Nigdy nie przywiązywał wagi do takich spraw. Od czasu wprowadzenia się do celi numer trzysta dwa na trzecim piętrze, zawsze trzymał się na uboczu. W więzieniu dość szybko poszła fama, że jest jednym z najlepszych warszawskich złodziei. Początkowo był nawet zdziwiony, że dowiedziano się o jego przeszłości, ale skorzystał z tego, bo już na wejściu zyskał szacunek wszystkich pensjonariuszy zakładu karnego. Nikt się do niego nie wtrącał, ba, czasami nawet był wzywany na arbitra w sporach pomiędzy osadzonymi.
Następnego dnia po incydencie w jadalni Mateusz siedział pod murem spacerniaka, obojętnie patrząc na szwendających się po placu. I wtedy zobaczył, jak Szczyl podchodzi do Kafara i bezpardonowo klepie go po plecach. Wyzywa do walki na pięści wyższego od siebie niemal dwukrotnie osiłka, którego obwód przedramienia jest grubości uda matołka! Zanim ich rozdzielono, młody porządnie oberwał, tracąc trzonowy ząb.
Potem kolejny posiłek i Kafar ponownie podstawia mu nogę. I znowu Szczyl bierze wszystko na siebie. Kiedy kolejnego dnia stanął na wprost prześladowcy, wiadomo było, że jak poprzednio dostanie porządne manto. Zamiast jednak zacisnąć dłonie w pięści, trzydziestolatek przeciągnął palcem po brzuchu siłacza.
- Następnym razem - powiedział na tyle głośno, choć zarazem beztrosko, że usłyszał go nawet wartownik na pobliskiej wieżyczce - będę miał w ręku żyletkę. A wtedy zbierzesz z ziemi swoje flaki.
Kafar wyprowadził prawy sierpowy, który odrzucił natręta dwa metry dalej. Jednak od tamtej pory już nikt nie tykał Szczyla i nie próbował bawić się jego kosztem. Dano mu spokój. Kilku więźniów orzekło nawet, że stawiając się Kafarowi, facet okazał charakter i choćby z tego powodu należy mu się szacunek. Mateusz był podobnego zdania, tyle że nie powiedział o tym nikomu.
Następnego dnia, na porannym apelu, przekazał wychowawcy pismo do naczelnika. Poprosił, by Szczyla przeniesiono do jego celi, w której zwolniło się właśnie miejsce.
Jego prośba została odrzucona. Klawisz wyjaśnił mu, że jest w więzieniu, a nie na wczasach, gdzie można dobierać sobie współlokatorów. Mateusz jednak był uparty. Za piątym razem naczelnik wreszcie wyraził zgodę.
- Pytasz Szczylu dlaczego?
- Uhu.
- Już w pierwszych dniach twojego pobytu w pudle okazało się, że wśród osadzonych tu baranów to ty masz coś najważniejszego. Honor.
- Honor?
- Coś takiego, czego nie można podeptać.
- Tylko tyle? - Na twarzy ssącego palec młodego objawiło się rozczarowanie. - A ja myślałem, że coś ważniejszego...
- Ważniejszego! Posłuchaj teraz dokładnie, co ci powiem! - Mateusz spoważniał. - To najważniejsza rzecz, jaką mamy, i tu w pudle, i tam... na wolności. I nieważne, czy jesteś...
- Grabarzem...
- Grabarzem - powtórzył Mateusz. - Złodziejem, motorniczym czy górnikiem. Honor ma się tylko jeden. Jeśli go stracisz, to dupa zbita. To jakbyś w skwarny dzionek zgubił swój cień.
- Tak myślisz?
- Jestem tego pewien, brachu. - Mateusz poprawił trzymany koc, miskę i brzęczącą w niej łyżkę. - No, na mnie już czas - powiedział.
I w tej samej chwili zakręciło mu się w głowie. Nogi ugięły się pod nim jak wykonane z waty i cofnął się o kilka kroków. Wsparł się o metalowy stelaż łóżka. Gwałtowny puls uderzył z łomotem w jego skronie, przesłaniając spojrzenie wirującymi czarnymi kręgami. Mateusz szeroko otworzył usta i rozerwał zapięty pod szyją guzik. Musi złapać choćby jeden, zbawienny haust powietrza...
- Mateusz, co z tobą? - Głos Szczyla dotarł jakby zza ściany. - Czemu nic nie mówisz? Zaraz zawołam strażnika!
Przytrzymał młodego za rękaw.
- Zaczekaj... - wydusił z trudem. - To minie.
- Ale jesteś blady jak... Cholera wie... No, jak ten klozet! - Szczyl nie przestawał panikować.
- Powiedziałem, że mi przejdzie - wysapał z trudem Mateusz. - To przez te nerwy. - Wziął kilka głębszych wdechów. - Już mnie kiedyś raz złapało...
- Kiedy?
- Nieważne. - Próbował się roześmiać, ale tylko wykrzywił usta w bolesnym grymasie.
- Może jednak zawołam klawisza? On powiadomi lekarza, a ten...
- ...zamknie mnie na obserwacji. Nic z tego. Stój tu i nigdzie się nie ruszaj! - Mateusz wstał z trudem; przytrzymał się łóżka. - Już mi przechodzi.
Wolno przespacerował się do drzwi i z powrotem.
- Sam widzisz, że to chwilowe.
Mimo to Szczyl zmarkotniał.
- Szkoda, że nie wychodzisz ze mną, za dwa tygodnie...
- Ja tam nie żałuję. - Mateusz puścił do niego oko. Zawrócił do drzwi i uderzył w nie otwartą dłonią.
Zanim w zamku szczęknął klucz, musiał powtórzyć to kilka razy. W progu stanął młody strażnik. W rozkroku. Jak zwykle zmarszczył brwi i ściągnął usta, by nadać twarzy karcący wyraz. Kiedyś może by to i zadziałało, ale teraz obchodziło Mateusza tyle, co zeszłoroczny śnieg.
- Kurka siwa, co jest, panie starszy? - Stary stanął na baczność.
- A co ma być? Za godzinę obiad.
Mateusz wskazał wzrokiem na koc i miskę.
- E tam, obiad! Mam już potąd kaszy i cynaderek. - Nakreślił w powietrzu niewidzialną linię ponad czubkiem nosa. - A między nami mówiąc... - Zniżył głos do szeptu. - ...dostaję od tego świństwa wzdęcia. A rozumie się samo przez się, że ja muszę dziś pachnieć jak alpejski fiołek.
- Przestań już paplać!
- Kurka siwa, mam dzisiaj randkę z damą mojego serca!
- Nie chcesz ostatni raz zjeść na koszt państwa?
- Nie wie pan, że kobitki są niecierpliwe? Piętnaście latek każda przetrzyma, ale wystarczy piętnaście minut, żeby trafił ją szlag. Na wolności chciałbym pedałować z wyjściową facjatą.
- Dobra, zbieraj się! - Mundurowy brzęknął pękiem kluczy, jakby chciał przerwać słowotok więźnia.
Mateusz odwrócił się do niego plecami.
- Do ewentualnego zobaczenia, młody. I uważaj na nasze wynalazki.
- Ma się rozumieć. - Szczyl westchnął, niemal z płaczem. - Ma się rozumieć. Mam twój adres, więc jakby co...
- Jasne. - Mateusz puścił oko. - Jakby co, będziesz miłym gościem.
- A może jednak zostaniesz na obiedzie? Przecież zawsze mi mówiłeś, że na świecie jest tylko jedna ukochana przez ciebie potrawa - cynadry z kaszą.
- Tak mówiłem? - W głosie starego zabrzmiało niedowierzanie, a na twarzy pojawiło się obrzydzenie. - Może tak było piętnaście lat temu, ale teraz mi przeszło... A raczej się przejadło. Poza tym, wiesz, że lubię dobre towarzystwo. A w tym lokalu się zasiedziałem.
- Idziesz wreszcie? - Dobiegło zza otwartych drzwi celi. - Czy nie?
Mateusz przekroczył próg i ruszył za strażnikiem. Zeszli metalowymi schodami na parter, skąd jeden z bocznych korytarzy doprowadził ich na przejściówkę, do magazynu rzeczy osobistych. Wydający miał niezadowoloną minę, że przyszło mu pracować w porze obiadowej. Zazwyczaj wtedy był wolny.
- Gdzie ci się tak śpieszy? - rzucił do stojącego przed kratą, w którą wprawiono odsuwane okno. - Do tego bajzlu na zewnątrz? - Poczłapał do magazynu na zapleczu, skąd wrócił po kwadransie. Postawił przed więźniem pudło z rzeczami osobistymi. - Płaszcz raz. Garnitur szary z metką na marynarce "Moda Polska" raz.
- Coś nie tak? - Mateusz dostrzegł skrzywioną minę magazyniera.
- Kiedyś to była polska moda... Nasza! Krajowa! A teraz wszyscy małpują Zachód.
Mężczyzna pochylił się nad pudłem i sięgnął po kolejne rzeczy.
- Zegarek elektroniczny marki... - Zmrużył oczy, nie mogąc odczytać napisanego przed piętnastu laty protokołu przyjęcia. - Elektroniczny. Jakiś tam.
- Nie "jakiś tam", tylko marki "Datum". Dałem za niego w Peweksie całe pięćdziesiąt dolców. Kupę szmalu!
- Widać, że dawno nie było cię za murem. Teraz taki sam cykacz kupisz za parę złotych w pierwszym lepszym sklepie. Tu podpisz. - Magazynier wskazał palcem na rubrykę. - I wpisz datę. Dziś piąty sierpnia.
Mateusz poszedł do przebieralni, niepewny, czy wejdzie w stare ciuchy. Przybyło go trochę... Na szczęście, na niewielkim wydechu, dopiął wszystkie guziki.
Piętnaście minut później stanął przed stalową furtą więziennej bramy, dając znak strażnikowi, by ten wstrzymał się z uruchomieniem automatu zwalniającego zamek. Poprawił garnitur. Sprawdził, czy krawat nie przesunął się na bok i przetarł noski butów o tył nogawek. Na koniec schylił się do rabatki i zerwał różę.
- Co jest? - Z wartowni wychylił się funkcjonariusz.
- Pożyczka na koszt państwa. - Mateusz puścił do niego oko. - Moja bardzo lubi kwiaty...
- A, jeśli tak... - Tamten machnął ręką.
- Coś ciekawego w szerokim świecie?
Klawisz roześmiał się głośno.
- To nie wiesz? Przecież do sali telewizyjnej prowadzali was trzy razy w tygodniu. Zapominałeś brać okulary...?
- Telewizor był popsuty.
- Wam to się nigdy nie dogodzi!
- Czas, panie starszy, na akt drugi moich życiowych występów. - Mateusz przygładził włosy na czubku głowy. - Antrakt już minął, więc kurtyna w górę!
Nacisnął klamkę i wyszedł za ulicę. Oślepiło go słońce. Zmrużył oczy i głęboko wciągnął w płuca powietrze.
Zapachniało majem i...
Uciekające przed deszczem dziewczyny piszczały, Aniela pakowała wiktuały do koszyka, a on pośpiesznie ściągał z ziemi koc. Schowali się do syrenki, śmiejąc się z dyngusa.
Majowa ulewa minęła równie szybko, jak nadeszła. Wkrótce ziemia znowu była sucha i mogli wrócić na miejsce.
Dziewczyny powróciły do przygotowania jedzenia, a Mateusz, Tolo i Krzywy przeszli nad skraj Świdra, który w tym miejscu rozlewał się w szerokie zakole. Puszczali kaczki. Mateusz przez kilka minut zawzięcie walczył z Tolem, który nie ustępował mu umiejętnościami.
- Krzywy, co ty tam rzeźbisz?
Kilka metrów dalej trzeci przyjaciel wycinał coś nożem na starym wierzbowym pniu. Podeszli bliżej i zajrzeli mu przez ramię.
Na korze widniały inicjały ich imion, a pod spodem równy napis: "Sztama na wieki".
Mateusz miał ochotę się roześmiać, bo najczęściej na korze wycinało się serca i imię ukochanej dziewczyny. Kiedy jednak spojrzał na poważne twarze Tola i Krzywego, pomyślał, że to coś więcej niż tylko chłopięca chęć zapisania tego, co ich łączy.
- "Sztama na wieki" - przeczytał na głos.
- Coś opuściłem? - Krzywy obrzucił go pytającym spojrzeniem.
- Dla mnie wszystko w porządku. - Tolo skinął głową z poważną miną i spojrzał na Mateusza.
- Dla mnie też.
Zawołała ich Aniela, która właśnie nadziewała kiełbaski na patyki.
- Chłopaki, zajmijcie się rozpalaniem ogniska!
Zamykana więzienna brama skrzypnęła nieoliwionymi zawiasami. Mateusz usłyszał na chodniku tupot obcasów i odwrócił głowę. Serce załomotało mu w piersi. Aniela! Biegła, jak wówczas, na pierwszej randce. Niecierpliwa, uśmiechnięta i szczęśliwa, że za moment chwyci ją w ramiona. Choć upłynął szmat czasu, nieoczekiwanie powróciła przeszłość...
Po raz pierwszy spotkali się na ulicznej kładce. Powód był całkiem prozaiczny: pękł wodociąg i na drugą stronę można było przejść wyłącznie po desce, zbyt wąskiej dla dwóch osób. Jezdnią rwał bystry strumień, rozbryzgując się o wystające krawężniki.
Aniela była mniej więcej wzrostu Mateusza, z nieco pucołowatą buzią, ale nie za bardzo. Miała na sobie kretonową, błękitną sukienkę. Kasztanowe włosy rozpuściła na kształtnych ramionach. No i te oczy! Ciemnobrązowe, wpatrzone w niego tak, że niemal parzyły... Gdyby w tamtej chwili miała w rękach karabin maszynowy, i tak by jej nie ustąpił, żeby choć chwilę mieć okazję stać na wprost niej i czuć jej bliskość... To, że wtedy nie dostał zawału, zakrawało na cud!
Zresztą żadne nie miało ochoty zejść drugiemu z drogi, oczekując, że przeciwnik wycofa się na brzeg, z którego przyszedł. No i zaczęła się kłótnia...
- Mógłbyś ustąpić mi przejścia? - Dziewczyna postąpiła krok naprzód. Niemal wsparła się o jego pierś.
- Rzecz w tym, że... - Mateusz, niby to obojętnie, wzruszył ramionami. - Ja pierwszy wszedłem na tę kładkę. Jeszcze zanim panienka raczyła zdecydować się i postawić na niej swoją śliczną nóżkę.
- Wypraszam sobie osobiste przytyki... - Udała nadąsanie, lecz komplement sprawił jej wyraźną przyjemność. - Zawsze można się wycofać. - Spojrzała mu głęboko w oczy, a on omal nie zemdlał. Może nawet ustąpiłby jej z drogi, gdyby nie zacięta mina dziewczyny, mówiąca wyraźnie, że ona nie zamierza się wycofać.
- Zawsze można poczekać i... - Zanim dokończył, pośliznął się i wpadł po kolana w wodę.
Dziewczyna zaczęła się głośno śmiać, lecz, o dziwo, jemu wcale nie było przykro. Najpierw udawał nadąsanie, by wkrótce wybuchnąć równie radosnym śmiechem.
- Ładnie się panienka śmieje.
- Dziękuję.
- Droga wolna. - Wskazał szerokim gestem na drugą stronę ulicy, jakby zapraszał dziewczynę do sali balowej.
Aniela pośliznęła się, krzyknęła ze strachu i omal nie wpadła do wody. Gdyby nie pochwycił jej w ramiona...
Trwali tak nieruchomo, trochę zadyszani, zaskoczeni i... oczarowani sobą.
- Długo kawaler zamierza mnie tak trzymać? - W oczach dziewczyny zamigotały wesołe chochliki.
- A jak powiem, że do końca życia...?
JAK WÓWCZAS, tak i teraz patrzyli sobie głęboko w oczy. Sekundę później zaczęli się całować, nie zważając na przechodniów. Ludzie mijali ich, udając obojętność; przystawali dopiero po kilkunastu krokach. Spoglądali na posiwiałego mężczyznę i korpulentną pięćdziesięciopięcioletnią kobietę w fantazyjnym kapelusiku, zachowujących się jak nastolatki.
- Tak długo na ciebie czekałam... - Oczy Anieli zaszkliły się od łez.
- Wiem, kwiatuszku... Piętnaście lat.
Podniosła dłoń, wskazując na zegarek.
- Piętnaście lat, dwadzieścia trzy minuty i dwadzieścia siedem sekund.
Mateusz wyjął zza pleców różyczkę.
- Wiem, spóźniłem się! Ale tylko dlatego, że biegałem po kwiaciarniach, bo nigdzie nie mieli nic odpowiedniego. Więc ostatecznie zdecydowałem się na ten czarodziejski egzemplarz.
Powąchała kwiat i przytuliła się mocno.
- Jest piękny, kochanie.
- Cieszę się, najmilsza.
- Ja też mam dla ciebie prezent.
- Dla mnie? - Mateusz przełknął głośno ślinę. Jak dziecko, któremu właśnie oznajmiono, że rodzice kupili mu bilet do cyrku.
- Spójrz.
- Gdzie? - Rozejrzał się dokoła.
- Tam. Widzisz swojego merca?
Podążył wzrokiem za jej ręką. Kilkanaście metrów dalej stała syrenka.
- Niemożliwe! - Niemal otworzył z wrażenia usta. - Kurka siwa, ty sama...? Zrobiłaś prawo jazdy?
- Na początku nie wychodziło... - Spojrzała na mury więzienia i przeniosła wzrok na Mateusza. - Ale miałam sporo czasu.
Coś ścisnęło go za gardło. Nareszcie są razem. Nareszcie wróci do domu...