1
Ludzie przybywający do Nowego Jorku stale popełniają ten sam błąd. Nie
widzą miasta. Dotyczy to nie tylko Manhattanu, ale także okolic bardziej
odległych od centrum, takich jak Flushing Meadows w Queens czy Red Hook
w Brooklynie. Przybywają w poszukiwaniu magii (dobrej albo złej) i nic
ich nie przekona, że żadnej magii tam nie ma.
Miało to swoje dobre strony. Niektórzy nowojorczycy nauczyli się
wykorzystywać ten feler w ich rozumowaniu. Należał do nich Charles
Thomas Tester.
Niezwykle ważny dzień rozpoczął się w mieszkaniu Charlesa w Harlemie.
Charles miał zlecenie dostawy do pewnego domu w Queens. Chawirę w Harlemie dzielił ze swoim niedomagającym ojcem, Otisem, który umierał po
kawałku od czasu śmierci żony. Byli z Irene małżeństwem przez
dwadzieścia jeden lat i mieli jedno dziecko, Charlesa Thomasa, który
osiągnął już wprawdzie uprawniający do samodzielności wiek lat
dwudziestu, ale w dalszym ciągu grał rolę dobrego syna i zarabiał na
utrzymanie umierającego staruszka. Naciągał frajerów, żeby zapewnić im
obu dach nad głową i pełną michę, a od czasu do czasu obstawić coś w totalizatorze. I Bóg mu świadkiem, że ledwie mu wystarczało.
Krótko po ósmej wyszedł z mieszkania ubrany w szary flanelowy garnitur:
spodnie z mankietami, ale sfatygowane, rękawy wyraźnie przykrótkie,
materiał niezły, choć trochę wyświecony. Ten strój nadawał mu określony
pozór - Charles wyglądał w nim jak dżentelmen bez dżentelmeńskiego konta
w banku. Dobrał do tego czarne skórzane półbuty z przytartymi noskami i ciemnobrązowy kapelusz policyjny zamiast fedory. Sfatygowane rondo
zdradzało wiek kapelusza, ale to również sprzyjało przekrętowi, który
planował Charles. Na koniec wziął jeszcze futerał na gitarę jako
niezbędny stylowy dodatek. Samą gitarę zostawił w domu, u boku
przykutego do łóżka ojca, a w futerale miał tylko żółtą książeczkę
niewiele większą niż talia kart.
Wychodząc z mieszkania przy zachodniej 144. ulicy, Charles Thomas Tester
słyszał dobiegające z sypialni na tyłach dźwięki gitary: ojciec potrafił
przez pół dnia brzdąkać i podśpiewywać sobie do wtóru radia stojącego
przy łóżku. Charles spodziewał się wrócić przed południem - z pustym
futerałem i pełnym portfelem.
- Who's that writing? - zaśpiewał ojciec. Jego śpiew brzmiał nieco
ochryple, ale to tylko przydawało mu urody. - Pytam: who's that
writing?
- John the Revelator - odpowiedział Charles ostatnim wersem refrenu i wyszedł. Własny głos wprawiał go w zażenowanie, tak bardzo był
niemelodyjny. Przynajmniej w porównaniu z głosem ojca.
W domu nazywali go Charlesem, na ulicy zaś był znany jako Tommy, Tommy
Tester z nieodłączną gitarą w ręce. Nosił ją bynajmniej nie dlatego, że
aspirował do bycia muzykiem; prawdę powiedziawszy, znał ledwie parę
piosenek na krzyż, a jego głos, kiedy śpiewał, można by od biedy nazwać
drżącym, przy czym i tak byłby to komplement. Jego ojciec, z zawodu
murarz, i matka, która przez całe życie była służącą, uwielbiali muzykę:
on grywał na gitarze, ona umiała przyszaleć na fortepianie, więc
naturalną koleją rzeczy Tommy'ego Testera ciągnęło na scenę. Jego dramat
polegał na tym, że brakło mu talentu. Lubił sobie wyobrażać, że jest
artystą; inni nazwaliby go kanciarzem, hochsztaplerem, naciągaczem, ale
on nigdy tak o sobie nie myślał. Żaden porządny oszust tak nie myśli.
W starannie dobranym stroju bez wątpienia wyglądał na olśniewającego
muzyka bez centa przy duszy. Przyciągał uwagę i dobrze się z tym czuł.
Szedł na stację kolejki, jakby wybierał się na wspólne granie z Williem
"Lionem" Smithem. Kiedyś zresztą naprawdę zagrał z jego zespołem; Willie
wyrzucił go po jednej piosence. Mimo to Tommy z dumą obnosił się z futerałem na gitarę, jak udający się do pracy biznesmen z neseserem.
W roku 1924 w Harlemie panowało istne szaleństwo. Rzesze Murzynów
ściągały z całego Południa i z Indii Zachodnich i dzielnica, już i tak
zatłoczona, nagle musiała wchłonąć prawdziwe ludzkie mrowie. Tommy
Tester nie miał nic przeciwko temu. Kiedy wczesnym rankiem spacerował po
Harlemie, czuł się jak pojedyncza kropla krwi w ogromnym ciele, które
właśnie się budzi. Cegła i zaprawa, tory kolejowe na wiadukcie, całe
mile podziemnych instalacji - to miasto tętniło życiem, rozkwitało za
dnia i w nocy.
Ze względu na futerał Tommy zajmował więcej miejsca niż przeciętny
pasażer. Przy wejściu na stację przy 143. ulicy musiał podnieść go nad
głowę, żeby zmieścić się na schodach prowadzących na peron. Żółta
książeczka przewalała się w środku z głuchym stukotem, ale ważyła
niewiele. Pojechał aż na 57. ulicę, gdzie przesiadł się na pociąg linii
Roosevelt Avenue Corona. Drugi raz jechał do Queens; pierwszy był wtedy,
kiedy podjął się tego osobliwego zadania, które dzisiaj miał zrealizować
do końca.
Im dalej w głąb Queens zapuszczał się Tommy Tester, tym bardziej rzucał
się w oczy. We Flushing mieszkało znacznie mniej Murzynów niż w Harlemie. Zsunął kapelusz nieco niżej na czoło. Dwa razy konduktor
zajrzał do wagonu - i dwa razy przystanął obok Tommy'ego, żeby go
zagadnąć. Najpierw zapytał, czy jest muzykiem; stuknął przy tym w futerał, jakby ten był jego własnością. Potem zainteresował się, czy
Tommy nie przegapił swojego przystanku. Inni pasażerowie demonstracyjnie
okazywali brak zainteresowania ich rozmową, chociaż Tommy wiedział, że z ciekawością czekają, co powie.
- Tak, proszę pana, gram na gitarze - odparł za pierwszym razem.
- Nie, proszę pana, jadę jeszcze dwa przystanki - za drugim.
Stać się niepozornym, niewidzialnym, potulnym: przydatna sztuczka dla
czarnego w dzielnicy białych. Użyteczna technika przetrwania. Na
ostatnim przystanku, przy Main Street, Tommy wysiadł razem z resztą
pasażerów - głównie imigrantów z Irlandii i Niemiec - i ruszył po
schodach w dół, na poziom ulicy. Miał jeszcze kawałek do przejścia.
Po drodze zdumiewał się szerokością ulic i widokiem domów z ogródkami.
Mimo że dzielnica rozrosła się i ogromnie unowocześniła od czasu, gdy
rozciągały się tu holenderskie i brytyjskie gospodarstwa rolne,
wychowanemu w Harlemie Tommy'emu okolica wydawała się sielska i oszałamiająco rozległa. Szeroko rozpostarte ramiona świata natury
niepokoiły go wcale nie mniej od białych ludzi: zarówno te pierwsze, jak
i ci drudzy byli mu zupełnie obcy. Mijając na ulicy białych, szedł
przygarbiony, ze wzrokiem utkwionym w chodnik. Mieszkańcy Harlemu
słynęli ze swojego dostojnego kroku, u siebie przechadzali się dumni jak
lwy, tutaj jednak starał się kryć z tą manierą. Przyglądano mu się
bacznie, nikt go jednak nie zatrzymał. Kamuflaż działał. W końcu pośród
niezliczonych kwartałów zabudowy domkowo-ogródkowej Tommy Tester
znalazł cel swojej wyprawy.
Nieduży wolnostojący dom niemal ginął wśród drzew. Resztę parceli aż do
następnej przecznicy zajmowała kostnica i dom wyglądał jak narośl na
sadybie umarłych. Tommy Tester skręcił na dróżkę do drzwi. Nie musiał
nawet pukać: zanim pokonał trzy schodki na ganek, drzwi wejściowe się
uchyliły. W progu, na wpół ukryta w cieniu, stała wysoka, chuda kobieta
- Ma Att. Tak właśnie kazała się nazywać, na żadne inne imię nie
reagowała. I tak właśnie go wcześniej zatrudniła, tutaj, na ganku, w półotwartych drzwiach. Do Harlemu doszły wieści, że potrzebuje pomocy, a on był człowiekiem, który mógł dla niej zdobyć to, czego pragnęła.
Wezwała go do siebie i zleciła mu robotę, nie wpuściwszy go za próg. Tak
samo miało być i teraz. Rozumiał jej zachowanie, a przynajmniej domyślał
się jego przyczyn: co by powiedzieli sąsiedzi o kobiecie, którą Murzyni
odwiedzają w domu jakby nigdy nic?
Odpiął zamknięcie futerału i go otworzył. Ma Att wychyliła się zza
progu, wystawiając głowę na światło dnia. W futerale spoczywała
książeczka nie większa od dłoni Tommy'ego. Na obu jej okładkach w kolorze ziemistej żółci widniały trzy słowa: Zig. Zag. Zig. Tommy nie
wiedział, co znaczą, i kompletnie go to nie interesowało. Nie czytał
książki, nigdy nawet nie dotknął jej gołymi rękami. Został wynajęty do
jej przetransportowania i to właśnie zrobił. Wiedział, że nie powinien
robić nic więcej, i między innymi dlatego idealnie nadawał się do tego
zadania. Dobry macher nie jest ciekawski. Dobry macher po prostu chce
zarobić.
Ma Att podniosła na niego wzrok znad książeczki. Wydawała się lekko
rozczarowana.
- Nie kusiło cię, żeby zajrzeć do środka? - zapytała.
- Musiałbym sobie za to policzyć ekstra - odparł.
Nie uznała jego odpowiedzi za zabawną. Tylko pociągnęła nosem, to
wszystko.
A potem sięgnęła do futerału i wyjęła z niego książeczkę. Ruch był tak
szybki, że książeczka ledwie miała okazję złapać choćby jeden promyk
słońca, a mimo to, gdy znikała w mrokach domu, snuła się za nią wątła
smużka dymu. Wystarczył przelotny kontakt ze słońcem, żeby zaczęła się
tlić.
Ma Att uderzyła otwartą dłonią w okładkę i zgasiła iskierkę.
- Gdzie ją znalazłeś?
- Jest w Harlemie takie jedno miejsce - odparł Tommy, zniżywszy głos. -
Towarzystwo Wiktoriańskie. Nawet największe zakapiory boją się tam
zapuszczać. Tam ludzie tacy jak ja handlują książkami takimi jak ta. I nie tylko.
- Towarzystwo Wiktoriańskie - powtórzyła szeptem Ma Att. - Ile
musiałabym zapłacić, żebyście mnie przyjęli?
Tom otaksował ją wzrokiem. Ile byłaby w stanie zapłacić? Chwilę
zastanawiał się nad sumą, ale ostatecznie pokręcił głową.
- Źle bym się z tym czuł, gdyby coś się pani tam stało. Przykro mi.
Mierząc go wzrokiem, Ma Att zastanawiała się, jak bardzo paskudnym
miejscem może być to całe Towarzystwo Wiktoriańskie. Jak by nie patrzeć,
człowiek handlujący takimi książkami nie mógł być słabiakiem.
Wyciągnęła rękę i jednym palcem postukała w zawieszoną od zewnątrz na
ścianie skrzynkę na listy. Tommy ją otworzył. W środku znalazł swoją
zapłatę. Dwieście dolarów. Przeliczył pieniądze od razu, przy Ma Att.
Wystarczy na pół roku opłacania czynszu, mediów, jedzenia i całej
reszty.
- Nie powinieneś się kręcić w tej okolicy po zachodzie słońca -
ostrzegła go. Nie brzmiało to, jakby się o niego martwiła.
- Wrócę do Harlemu przed obiadem. Tam z kolei nie radziłbym pani
pokazywać się ani wieczorem, ani nawet za dnia.
Uchylił kapelusza, zatrzasnął pusty futerał i odwrócił się tyłem.
W drodze powrotnej na stację postanowił odszukać swojego kumpla
Buckeye'a. Buckeye pracował dla Madame St. Clair, harlemskiej królowej
totalizatora. Tommy chętnie obstawiłby dzisiaj numer domu Ma Att. Jeśli
wygra, będzie mógł sobie kupić nowy, lepszy futerał. A może nawet własną
gitarę.
2
- Fajne pudło.
Tommy Tester nie musiał nawet podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że oto
trafił nowego frajera. Wystarczył mu widok butów tego gościa i okucia
pięknej laseczki. Brzdąkał na gitarze, oswajając się z brzmieniem nowego
instrumentu, i nucił, zamiast śpiewać, bo łatwiej było mu uchodzić za
utalentowanego muzyka, dopóki nie otwierał ust.
Wypad do Queens w zeszłym miesiącu natchnął go do kolejnych podróży. Na
ulicach Harlemu wprost roiło się od gitarzystów, trębaczy i śpiewaków,
przy których Tommy Tester mógł się schować. On miał trzy piosenki w swoim repertuarze - oni trzydzieści. Albo trzysta. Tymczasem zdał sobie
sprawę, że wracając od Ma Att, nie napotkał po drodze ani jednego
grajka. Uliczne muzykowanie mogło być normą w Harlemie, Five Points czy
w co bardziej nowoczesnych kawałkach Brooklynu, ale spory obszar miasta
pozostawał w gruncie rzeczy niczym innym jak tylko ogromną, napuszoną
wiochą. Żaden muzykant z Harlemu nie zamierzał tłuc się pociągiem do
Queens albo w wiejsko-sielankowe rejony Brooklynu w nadziei na pieniądze
zamieszkujących te okolice oszczędnych imigrantów. Co innego Tommy
Tester, który tylko udawał muzyka: on z pewnością mógł się tam wybrać.
Te wszystkie pepiki, polaczki i irole z przedmieść nie miały zielonego
pojęcia o porządnym jazzie, więc grający jego marną namiastkę Tommy i tak mógł tam być gwiazdą.
Wróciwszy od Ma Att, obgadał to wszystko gruntownie ze swoim
staruszkiem. Otis Tester po raz kolejny zaproponował, że załatwi mu
robotę murarza; miałby fach w ręku. Miły gest ze strony kochającego
tatki, ale na Tommy'ego nie podziałał. Tommy Tester w życiu nie
powiedziałby tego głośno, nie chciał ranić staruszka, ale od pracy na
budowach ojciec dorobił się tylko garba i sękatych palców. Zarabiał jak
czarny, nie jak biały, co w roku 1924 było rzeczą powszechną, ale nawet
i tych pieniędzy czasem nie dostawał, jeśli majstrowi zachciało się
zatrzymać więcej niż zwykle we własnej kieszeni. Co miał czarnuch
zrobić? Komu się poskarżyć? Był związek zawodowy, ale Murzynów nie
przyjmowali. Mniejsze pieniądze i niepewność wypłaty - takie były realia
tej roboty. Podobnie jak konieczność mieszania zaprawy, kiedy pomocnikom
nie chciało się przyjść do pracy. Ludzie z firm, które zatrudniały Otisa
Testera, zapewniali go, że jest jednym z nich, a potem znajdowali
zastępców na jego miejsce w tym samym dniu, w którym ciało odmawiało mu
posłuszeństwa. Otis, dumny z natury, próbował zaszczepić swojemu
jedynakowi poczucie obowiązku, ale Tommy Tester nauczył się tylko, że
lepiej samemu znaleźć sposób na zarabianie pieniędzy, bo ten świat nie
sprzyja bogaceniu się czarnych. Zresztą, dopóki płacił za mieszkanie i jedzenie, czego się staruszek czepiał? Kiedy puścił numer domu Ma Att i wygrał, tak jak to sobie wymarzył, kupił piękną nową gitarę i futerał.
Od tamtej pory regularnie grywali z ojcem w duecie do późna w noc. Tommy
nawet trochę się podciągnął w śpiewaniu.
Postanowił jednak nie wracać do Flushing. Macherskie przeczucie mówiło
mu, że nie chciałby się ponownie spotkać z Ma Att. Było nie było, w książce, którą jej zawiózł, brakowało jednej kartki, prawda? Ostatniej.
Tommy Tester zrobił to celowo. Książka bez ostatniej kartki była
bezużyteczna. Nieszkodliwa. Zrobił to, ponieważ dokładnie wiedział, co
kazano mu dostarczyć. Najwyższy Alfabet. Nie musiał go czytać, żeby
zdawać sobie sprawę z jego mocy. Nie sądził, by starsza pani
potrzebowała żółtej książeczki do niezobowiązującej lektury. Nie dotykał
jej gołymi rękami, nie przeczytał ani jednego słowa ze środka, ale były
sposoby na to, żeby bezpiecznie usunąć ostatni arkusz pergaminu. Prawdę
powiedziawszy, arkusz ten spoczywał w tej chwili u niego w mieszkaniu,
złożony na czworo i wsunięty do pudła rezonansowego starej gitary, którą
zawsze zostawiał ojcu. Ostrzeżono go, żeby nie próbował czytać żółtej
książeczki, więc zastosował się do tego zalecenia. To jego ojciec wyrwał
ostatnią kartę, a staruszek nie umiał czytać. Jego analfabetyzm stanowił
zabezpieczenie. Tak należy robić przewały na wiedzy tajemnej. Omijać
reguły, ale ich nie łamać.
Dzisiaj Tommy Tester zawitał do kalwińskiego kościoła we Flatbush w Brooklynie - równie daleko od domu jak Flushing, a nie ryzykował
spotkania z rozeźloną czarownicą. Ubrał się tak samo jak na spotkanie z Ma Att. Usadowił się przed kutym żelaznym ogrodzeniem przykościelnego
cmentarza. Kapelusz, odwrócony dnem do dołu, postawił sobie przy nogach.
Była w tym odrobina teatrzyku, ale w ten sposób zamierzał przyciągnąć
odpowiedniego człowieka. Czarny jazzman w pełni swojej wypłowiałej
chwały podśpiewujący obok cmentarza.
Tommy Tester znał dwie piosenki jazzowe i jedną bluesową. Przez dwie
godziny grał bluesa, bo ten brzmiał uroczyściej. Już nawet nie wysilał
się na słowa, ograniczył się do akordów i mormorando. I właśnie wtedy
podszedł do niego jegomość w drogich butach, z elegancką laseczką w ręce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki