Ballada dla Adeli - Anna Stryjewska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nawigacja

Spis treści

Karta redakcyjna Motto Prolog. Warszawa, rok 1946 Rozdział pierwszy. Bełdów, rok 1947

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21

Prolog

Warszawa, rok 1946

Grudniowy śnieg skrzył się w promieniach południowego słońca, otulając miękkim puchem podwórka i dachy kamienic. Tu i tam panował wzmożony ruch, zgrzytały uruchomione jakiś czas temu tramwaje, rwały się w powietrzu ożywione głosy, a na poczerniałych zębach murów rozsiadły się stada wron. Warszawiacy, nie zważając na porę roku, uwijali się jak w ukropie, chcąc jak najszybciej odbudować swoje miasto i przywrócić mu dawny, utracony blask, co nie należało do rzeczy łatwych. Tuż po powstaniu warszawskim, tym wielkim zrywie Polaków zakończonym klęską, Niemcy złamali niemal wszystkie postanowienia zawarte w tak zwanym honorowym akcie kapitulacji z trzeciego października tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Nie dość, że zarówno akowcy, jak i tysiące cywilów trafiło do obozu w Pruszkowie, skąd zostali wywiezieni bądź do obozów koncentracyjnych, bądź na roboty w głębi Rzeszy, to jeszcze dziewiątego października Himler wydał rozkaz o całkowitym zburzeniu stolicy. "Miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jedynie jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów. Pozostaną tylko urządzenia techniczne i budynki kolei żelaznych". Ludność cywilna zmuszona została do opuszczenia ukochanego miasta, a Niemcy przez kolejne trzy miesiące wysadzali budynki, dewastowali gmachy kultury, miejsca kultu religijnego, niszczyli zbiory biblioteczne i archiwa.

Tymczasem w mieszkaniu przy Złotej panowała cisza przerywana jedynie tykaniem wskazówek zegara stojącego w kącie pokoju. W przestronnym salonie, do którego wlewał się słup światła, dostrzec można było okrągły stół zakryty koronkowym obrusem, cztery gięte krzesła, rzeźbiony kredens i komodę, na której stało kilka fotografii. Jedna z nich przedstawiała dwoje młodych, roześmianych ludzi, inna ukazywała mężczyznę we fraku przyjmującego nagrodę od samego prezydenta Ignacego Mościckiego. W pokoju znajdowało się też pianino, przy którym zasiadła smukła, wysoka kobieta w średnim wieku, z blond włosami zaczesanymi w kok, owalną twarzą i wielkimi oczami otoczonymi pajęczyną zmarszczek. Z rękami uniesionymi nad klawiaturą, długo nad czymś rozmyślała, następnie opuściła dłonie i zaczęła grać etiudę c-moll Chopina. Jej smukłe palce uderzały w klawisze, najpierw z wyczuciem, któremu towarzyszyło pewne rozmarzenie, a potem coraz rytmiczniej, gwałtowniej, zupełnie jakby chciały poprzez te dźwięki oddać cały bezmiar rozpaczy i bezradności.

W pewnej chwili zgrzytnął klucz w zamku, skrzypnęły drzwi wejściowe i do środka wsunęła się drobna dziewczyna średniego wzrostu ubrana w brązowy płaszcz z wełny i z futrzaną czapką, oprószoną jeszcze drobnym śniegiem, na głowie. Otrzepała się, odwiesiła ubranie w korytarzu, po czym wygładziwszy zagniecioną z przodu sukienkę, pewnym krokiem wkroczyła do salonu. Widząc jednak matkę oddającą się bez umiaru muzyce, postanowiła jak najciszej przemknąć się do kuchni, by naparzyć gorącej herbaty. W tym samym momencie dźwięki ustały.

- Helenka! Jesteś nareszcie!

- Tak, mamo! Dopiero co weszłam. Nie przeszkadzaj sobie, pójdę zrobić herbaty. Przemarzłam trochę... Chcesz też?

- Tak, zrób. Poproszę.

Kobieta wstała od pianina i przeniosła się do pomieszczenia przeznaczonego na kuchnię, z rzędem białych szafek, kuchenką gazową i stojącym pod oknem kwadratowym stołem. Usiadła przy nim, wpatrując się w wyczekiwaniu w córkę.

- Dowiedziałaś się czegoś? - zapytała wreszcie.

Odwrócona do niej plecami dziewczyna, ustawiająca zesztywniałymi od mrozu palcami na spodeczkach dwie szklanki, rzuciła przez ramię:

- Byłam w siedzibie Czerwonego Krzyża, zgłosiłam zaginięcie. Zostawiłam fotografię taty, tę z koncertu... - Nabrała w płuca powietrza i dokończyła: - Na razie jeszcze nic nie wiadomo, kazali czekać i uzbroić się w cierpliwość. - Westchnęła ciężko i potarła dłonią czoło.

Woda w aluminiowym czajniku zaczęła szumieć, sygnalizując, że już się zagotowała. Helena chwyciła ściereczkę i obejmując metalowe ucho naczynia, zalała wsypaną na dno szklanek herbatę. Najpierw patrzyła, jak woda przybiera herbaciany kolor, potem odwróciła się i zerknęła na matkę, której po policzkach spłynęły dwie wielkie jak ziarnka grochu łzy.

- Sprawdziłam też nowe listy odnalezionych... - Przełknęła głośno ślinę. - Nie było go tam. Byłam w szpitalu i kościele... Ksiądz proboszcz obiecał pomóc. W najbliższą niedzielę powie o tym zaraz po kazaniu. Ma nadzieję, że taki komunikat przyniesie skutek.

Następnie przeniosła szklanki na stół, podeszła do matki i objęła ją mocno ramionami.

- Mamo, nie traćmy nadziei. Odnajdzie się.

Kobieta chlipnęła bezradnie.

- To czekanie jest takie straszne... Choć gdzieś w głębi serca czuję, że Maks żyje. Gdyby było inaczej, wiedziałabym o tym.

- Ja też, mamo. Jestem o tym święcie przekonana. Tato żyje i niedługo do nas wróci.

Adela Herman na potwierdzenie tych słów pokiwała głową. Odwróciła wzrok i spojrzała za okno, za którym roztaczał się widok na wydeptane podwórko, na rozrzucone tu i tam, obielone śniegiem sprzęty i na krzątającego się dozorcę Władka Kołka. Mimo woli spojrzenie kobiety pobiegło do wylotu bramy, przez którą każdego ranka, popołudnia i wieczora mieszkańcy kamienicy wychodzili bądź zmierzali do swoich domów. Niedawno ujrzała tam wracającego z wojennej tułaczki Michała Turskiego, pracownika radia. Ten powrót był miłym, wzruszającym zaskoczeniem dla ocalałej rodziny, a także dla niej. Ten powrót oznaczał bowiem to, że każdy ma do przebycia swoją własną drogę i jedni wracają szybciej, a inni później. Wprawdzie człowiek ten nie był już tym samym człowiekiem, ponieważ obozowe przeżycia zrobiły swoje, ale namacalnie był. I to dla rodziny liczyło się najbardziej.

- Mamo! - przerwała jej rozmyślania Helena, która usiadła po drugiej stronie niewielkiego stołu. - Zaprosiłam na wieczór kilku znajomych. Chcemy sobie trochę pogadać, powspominać, potańczyć przy muzyce... Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.

- Nie, dziecko - potwierdziła, podnosząc wzrok i zaglądając córce w oczy. - Życie toczy się dalej, a ty jesteś młoda i masz prawo iść własną drogą. - Nieco ożywiona rozejrzała się po kuchni. - Może w takim razie upiekę ciasto? - zaproponowała. - Odkąd nie ma już Sabiny, sama nauczyłam się wielu rzeczy. Prowadzenie domu nie jest już dla mnie takie straszne. A na zatrudnienie gosposi raczej nas nie stać.

- Nie martw się, mamuś, damy sobie radę. Skończę szkołę i pójdę do pracy.

- To jeszcze trochę potrwa. Na razie musisz dostać się do konserwatorium. Ojciec marzył, żebyś ukończyła studia w klasie fortepianu. Do tej pory dawałyśmy sobie radę, to i teraz damy - żachnęła się.

- Mam wyrzuty sumienia. Ciągle tylko się uczę i nie zarabiam...

Mama pogłaskała ją po ręku.

- Nie zadręczaj się tym, córeczko. Zdążysz się jeszcze napracować. Dzięki moim korepetycjom i wykładom na uczelni jakoś przetrwamy te trudne czasy. Najważniejsze, że wojna się już skończyła, Teraz najistotniejsze jest to, żeby twój tata wrócił. A reszta się ułoży.

Helena uśmiechnęła się ciepło i z wdzięcznością.

- Tak, masz rację, mamo. Jeszcze trochę.

Adela przytaknęła, zamyślając się na krótko.

- I pomyśleć, że jeszcze niedawno siedziałyśmy na widowni sali koncertowej, a Maks grał swój recital. Widziałam to wzruszenie na twarzach gości, łzy spływające po policzkach, a potem te okrzyki, brawa i owacje na stojąco.

- Tak... To było piękne, ale nie możemy żyć tylko przeszłością. Życie toczy się dalej...

Adela pogładziła córkę po szczupłej, smukłej dłoni. Objęła jej drobną postać czułym spojrzeniem.

- Tak, córeczko, wiem... Jesteś młoda i wszystko przed tobą. Wojna już i tak zbyt wiele ci zabrała. Nie możesz się tylko wiecznie zamartwiać.

- Mamo! Ty też nie powinnaś!

- Tylko, że ja tak bardzo tęsknię za twoim tatą. Tak bardzo tęsknię! - powtórzyła drżącymi wargami, odwracając wzrok ku wylotowi bramy z nadzieją, że może ujrzy w nim zgarbioną postać ukochanego człowieka. Niestety, poza krzątającym się tam dozorcą nie dostrzegła nikogo.

- Mamo! - żachnęła się Helena. - Mówisz tak, jakbym ja nie tęskniła. A przecież kocham tatę ponad wszystko.

- Przepraszam, córeczko - odparła zmieszana matka i wyciągnęła rękę, by pogłaskać dziewczynę po policzku. - Sama już nie wiem, co mówię.