Bali (#2). 10 000 mil, które nas dzielą - Mercedes Ron

Kup ebooka

49.99 zł
43.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

NIKKI

W moich oczach odbi­jał się blask ognia. Z dziw­nym spo­ko­jem obser­wo­wa­łam, jak ciało mojego wujka pochła­niały pło­mie­nie, i czu­łam, że obok mnie moja bab­cia drżała, wstrzą­sana szlo­chem. W hin­du­izmie ciała zmar­łych kre­muje się, aby pomóc duszom odro­dzić się w nowym życiu; uważa się, że ogień ozna­cza oczysz­cze­nie i uwol­nie­nie... I w tym momen­cie ze wszyst­kich sił chcia­łam w to wie­rzyć.

Obok mnie moi przy­ja­ciele wstrzy­my­wali odde­chy w obli­czu rytu­ału, do któ­rego nie byli przy­zwy­cza­jeni. Uwa­żało się, że śmierć nie powinna być czymś smut­nym... Przy­naj­mniej w tym naszym zakątku świata. Na Bali wie­rzymy w rein­kar­na­cję, cele­bru­jemy śmierć i wspo­mi­namy zmar­łych pod­czas wiel­kich ban­kie­tów z dużą ilo­ścią jedze­nia.

Ni­gdy w życiu nie nie­na­wi­dzi­łam reli­gii tak bar­dzo jak w tym momen­cie.

Byłam cał­ko­wi­cie zdru­zgo­tana... Moje serce było pogrą­żone w smutku i nie­na­wi­ści do każ­dego, kto zde­cy­do­wał, że wła­śnie na swój spo­sób drugi raz odbie­rano mi kogoś, kto bez żad­nej wąt­pli­wo­ści był dla mnie jak ojciec.

Leka­rze powie­dzieli, że to był zawał... "Zawał"... Czy z mojej winy? Czy dla­tego, że byłam zbun­to­wana i ode­szłam z Ale­xem, czy przez to mój wujek zmarł na atak serca?

Nie byłam w sta­nie tak myśleć. Nie mogłam nało­żyć sobie na barki tego krzyża. Nie, jeśli chcia­łam odsu­nąć od sie­bie tę stratę, nie, jeśli nie chcia­łam, żeby poczu­cie winy cał­ko­wi­cie mną zawład­nęło. Jed­nak coś we mnie nie prze­sta­wało myśleć o tym, co by się stało, gdy­bym sta­nęła po stro­nie wujka, przy nim, a nie prze­ciwko niemu...

Nie cho­dziło tylko o mnie: cała wyspa była pogrą­żona w smutku. Jej przy­wódca zmarł i wystar­czyło rozej­rzeć się wokół, by dostrzec reak­cje ludzi, prze­ko­nać się, jak bar­dzo przez te wszyst­kie lata mój wujek był kochany i sza­no­wany. Prak­tycz­nie wszy­scy miesz­kańcy wyspy zebrali się, by go poże­gnać.

Zgod­nie z tra­dy­cją hin­du­izmu przez kolejne dzie­sięć dni po pogrze­bie mie­li­śmy być w żało­bie. Męż­czyźni nie mogli strzyc sobie wło­sów ani golić się, a my, kobiety, nie mogły­śmy nawet myć wło­sów ani cho­dzić do świą­tyń lub innych świę­tych miejsc.

Ja posta­no­wi­łam zamknąć się w domu.

Posta­no­wi­łam dać się nisz­czyć stra­chowi i smut­kowi. Odsu­nę­łam od sie­bie każ­dego, kto sta­rałby się nie pozwo­lić mi na to. Jedy­nym powo­dem, dla któ­rego wsta­wa­łam z łóżka, było cho­dze­nie w odwie­dziny do mojej babci, która w wieku osiem­dzie­się­ciu lat musiała prze­żyć stratę oby­dwojga swo­ich dzieci.

Razem modli­ły­śmy się na klęcz­kach... To zna­czy ona się modliła, a ja... ja sta­ra­łam się pojąć to, że w kilka godzin moje życie tak dra­stycz­nie się zmie­niło.

Z powodu tego wszyst­kiego, co wyda­rzyło się z moim wuj­kiem, ledwo zdo­ła­łam pomy­śleć, że były to moje ostat­nie godziny z nie­sa­mo­wi­tym męż­czy­zną, który zabrał ze sobą część mojego serca. Ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się scho­wać Alexa i jego prawdy w szu­fla­dzie zamy­ka­nej na klucz, w takim zaka­marku mojego umy­słu, który otwo­rzę, dopiero gdy będę na to gotowa. Pomimo że scho­wa­łam go bar­dzo głę­boko, wspo­mnie­nia, jego słowa, jego piesz­czoty i poca­łunki, to wszystko wra­cało do mojej pod­świa­do­mo­ści każ­dego dnia. Także jako pocie­sze­nie, bo wie­dzia­łam lub przy­pusz­cza­łam, co on zro­biłby, żeby mnie pocie­szyć, gdyby był przy mnie.

To jed­nak były tylko moje wyobra­że­nia. Nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą od kiedy wyje­chał z Bali.

Bo i po co?

On wyje­chał, a ja musia­łam pora­dzić sobie z dru­gim wiel­kim nie­szczę­ściem, które wła­śnie spa­dło na moją rodzinę. Nie było o czym roz­ma­wiać.

Począt­kowo pisał do mnie, ale po tym wszyst­kim, co się zda­rzyło, jak tylko wró­ci­łam na wyspę - dopiero wtedy odczy­ta­łam wia­do­mo­ści od niego - było już za późno, aby sta­rać się pod­trzy­mać coś, co wyraź­nie się skoń­czyło. Nie czu­łam się na siłach, żeby men­tal­nie poko­ny­wać tę odle­głość, nie tylko fizyczną, która nas dzie­liła. On nale­żał do innego świata i nie pozo­sta­wiłby go dla tej wyspy, dla mnie. Ja czu­łam to samo. Połą­cze­nie, które czu­li­śmy mię­dzy sobą, było dziko pier­wotne, ale ja wie­dzia­łam, że muszę być zdolna ukry­wać je, zamknięte na klucz; trzeba umieć wyrzec się nie­moż­li­wego. Lon­dyn nie jest miej­scem dla mnie, nie mogłam wyobra­zić sobie cze­goś, co byłoby bar­dziej odle­głe niż to mia­sto, od tego, kim ja sama jestem. Oczy­wi­ście ostat­nie słowa Alexa, które wypo­wie­dział przed odjaz­dem, na­dal dźwię­czały w mojej gło­wie, jak nie­koń­cząca się man­tra.

"Dwa­dzie­ścia lat temu pry­watny samo­lot Gul­fstream V spadł w trak­cie prze­lotu nad Morzem Pół­noc­nym, a leciał z Amster­damu do Lon­dynu. Nikt nie prze­żył. Tym samo­lotem lecieli Jacob Leigh­ton, jego sied­mio­letni syn Adam i kobieta, którą przed­sta­wiano jako opie­kunkę chłopca...". "Sądzę, że nie mamy do czy­nie­nia ze zwy­kłym wypad­kiem lot­ni­czym, Nicole. Jestem prze­ko­nany, że za tym kryje się dużo wię­cej".

Żebym nie wiem jak bar­dzo chciała na­dal żyć moim życiem, igno­ru­jąc to, co mi powie­dział, było to nie­moż­liwe. Gdy odprę­ża­łam się, gdy tra­ci­łam czuj­ność, szcze­gól­nie na chwilę przed zaśnię­ciem, słowa Alexa ponow­nie drę­czyły mnie, nie pozwa­la­jąc mi odpo­cząć.

"Przy­pusz­czam, że twój wujek boi się o twoje życie. Domy­śla się albo wie, że wypa­dek był zapla­no­wany i ukar­to­wany. Tak samo jak wielu Bry­tyj­czy­ków, on też jest świa­dom tego, że ktoś chciał pozbyć się two­jego ojca i jego dzie­dzica. Moż­liwe, że ten ktoś trzę­sie teraz całym świa­to­wym prze­my­słem far­ma­ceu­tycz­nym".

"Jeśli to, co odkry­łem, jest prawdą, a mógł­bym zało­żyć się o cokol­wiek, że jest... Nicole, to ty była­byś pra­wo­witą dzie­dziczką impe­rium Leigh­to­nów, rozu­miesz? Wszystko nale­ża­łoby do cie­bie".

Mocno zamknę­łam oczy, sta­ra­jąc się wyprzeć z głowy jego słowa.

"Wszystko nale­ża­łoby do cie­bie".

Wszystko... Co to zna­czy "wszystko"? Ja żad­nego "wszyst­kiego" nie chcia­łam. Chcia­ła­bym tylko znów mieć mojego wujka, moich rodzi­ców, chcia­ła­bym żyć spo­koj­nie, nie pra­gnę­łam doma­gać się niczego...

W ostat­niej wia­do­mo­ści, jaką przy­słał mi Alex, napi­sał tak:

Bar­dzo chciał­bym móc znów usły­szeć Twój głos, choćby przez tele­fon, Nikki. Rozu­miem, że odkry­cia, któ­rych doko­nano, głę­boko cię zra­niły i czę­ściowo dla­tego nie chcesz wię­cej o mnie sły­szeć. Nie będę Ci prze­szka­dzać, sza­nuję Twoją decy­zję, że chcesz żyć jak dotych­czas... Nie wszy­scy jeste­śmy zdolni zmie­rzyć się z prawdą, a twoje miej­sce jest tam, na Bali.

Będę tęsk­nić za Twoim towa­rzy­stwem, za Twoim uśmie­chem, za Two­imi ustami, poca­łun­kami.

Życzę Ci wszyst­kiego, co naj­lep­sze.

Nie odpo­wie­dzia­łam mu. Nie byłam w sta­nie. Nawet nie powie­dzia­łam mu o wujku, nie chcia­łam kar­mić potwora, który coraz bar­dziej rósł wokół mnie, zagra­ża­jąc znisz­cze­niem wszyst­kiego.

Prze­czy­ta­nie, że tęskni za moimi ustami, obu­dziło pra­gnie­nie, tak bar­dzo uśpione od czasu śmierci mojego wujka.

Nie chcia­łam przy­wo­ły­wać moich ostat­nich wspo­mnień o Ale­xie, o nas dwojgu spa­ce­ru­ją­cych wśród pól ryżo­wych, gdy trzy­ma­li­śmy się za ręce, o poca­łun­kach, które kradł mi przy każ­dej moż­li­wej oka­zji, bez tra­ce­nia czasu, bo wła­śnie czas był tym czymś, czego nie mie­li­śmy.

Nie­kiedy budzi­łam się z przy­śpie­szo­nym biciem serca, z ukry­tym głę­boko wspo­mnie­niem jego dłoni piesz­czą­cych moją skórę, ze wspo­mnie­niem jego języka, który spra­wiał, że prę­ży­łam się z roz­ko­szy, i ze wspo­mnie­niem naszych ciał złą­czo­nych w jedno, gdy osią­ga­li­śmy nie­zwy­kłą roz­kosz, nie­wy­obra­żal­nie nas pochła­nia­jącą.

W cza­sie takich nocy prze­wra­ca­łam się w łóżku z boku na bok, zlana potem, ocie­ra­łam się o pościel. Moje ciało szu­kało w jej fał­dach jakie­goś wspo­mnie­nia o Ale­xie, pod­świa­do­mie, jesz­cze w pół­śnie, pro­si­łam moje dło­nie, aby powtó­rzyły to samo, co jego dło­nie tyle razy mi robiły. Jed­nak to nie było to samo. Wciąż jesz­cze czu­łam jego dotyk na skó­rze. To chyba prawda, co mówią, że ciało ma pamięć. Moje pamię­tało każdą fałdkę, każdy zaka­ma­rek, każdy cen­ty­metr, w któ­rym on był. Mogła­bym nary­so­wać mapę drogi, którą prze­mie­rzały jego usta po moim ciele. Koń­czy­łam pod­nie­cona, a zara­zem smutna, zato­piona w głę­bo­kiej nostal­gii za tym, co prze­mi­nęło. Za naszym połą­cze­niem, które spra­wiło, że dotar­łam do prze­strzeni, o któ­rych wcze­śniej nie mia­łam poję­cia.

Ale wszystko koń­czyło się... gdy włą­cza­łam świa­tło. Sama sobie musia­łam uprzy­tam­niać, że to były tylko marze­nia senne. Nawet to, gdy on był tu naprawdę, na wyspie, to też był sen. Tak musia­łam uznać, jeśli chcia­łam żyć dalej. Nie mogłam o nim myśleć. To działo się tylko w mojej pod­świa­do­mo­ści i w tym cza­sie, gdy moje myśli odłą­czały się od tra­ge­dii i podą­żały dro­gami, któ­rymi zabra­nia­łam im podą­żać...

Wresz­cie wró­ci­łam do mojego życia, wró­ci­łam do pracy, do moich zwie­rząt, do lek­cji jogi, ale nie umia­łam zapo­mnieć o tym, co się wyda­rzyło. Mój umysł i ciało przy­go­to­wy­wały się, czego wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam, do chwili, w któ­rej wresz­cie uzbroję się w odwagę i zmie­rzę z prawdą.

Mie­siąc po śmierci mojego wujka bab­cia popro­siła mnie o pomoc w scho­wa­niu jego rze­czy do skrzyń, w upo­rząd­ko­wa­niu jego domu i wybra­niu przed­mio­tów, które oddamy innym, i tych, które pozo­sta­wimy sobie jako pamiątki. Bab­cia oba­wiała się, że sama nie zdoła pozbyć się cze­go­kol­wiek i dla­tego chciała, żebym pomo­gła jej pod­jąć trudne decy­zje.

Nie było mi łatwo wejść do pokoju mojego wujka, wkro­czyć w jego intymny świat i zde­cy­do­wać o tym, co zacho­wać, co wyrzu­cić, a co oddać. Było to tym trud­niej­sze, że wujek zawsze był bar­dzo zamknięty w sobie. Czu­łam się, jak­bym robiła coś złego. Czu­łam się jak mała dziew­czynka, która psoci, postę­puje wbrew zaka­zom, cho­ciaż wie, że jeśli zosta­nie zła­pana na gorą­cym uczynku, to ponie­sie surowe kon­se­kwen­cje.

W jego szu­fla­dach było dużo papie­rów, kopert, rachun­ków, listów od przy­ja­ciół... Zna­la­złam nawet listy od jakiejś narze­czo­nej, o któ­rej ni­gdy nie sły­sza­łam. Było mi bar­dzo trudno pozna­wać te różne obli­cza mojego wujka Kadeka, o któ­rych nie mia­łam poję­cia, a któ­rych już ni­gdy bar­dziej nie zgłę­bię. Na przy­kład nie wie­dzia­łam, że pod swoim łóż­kiem prze­cho­wy­wał nie­skoń­czoną ilość papie­ro­sów, mimo że przy­się­gał mojej babci i mnie, że ponad rok temu prze­stał palić. Uśmiech­nę­łam się z nostal­gią i pode­tknę­łam pod nos jed­nego papie­rosa, żeby poczuć jego aro­mat. Pach­niał wuj­kiem... Była to bar­dzo cha­rak­te­ry­styczna woń. Cie­kawe, że coś, co kry­ty­ko­wa­łam i czego zawsze nie­na­wi­dzi­łam, w tym momen­cie spra­wiło, że poczu­łam, jakby wujek był bli­sko mnie.

W tajem­nicy przed bab­cią kilka papie­ro­sów scho­wa­łam do kie­szeni. Wie­dzia­łam, że gdyby wujek widział, co robię w tym momen­cie, z pew­no­ścią prze­wró­ciłby oczami.

Trze­ciego dnia, gdy zbie­ra­łam jego rze­czy i pra­co­wa­łam w jego pokoju, zna­la­złam coś, co przy­pra­wiło mnie nie­mal o pal­pi­ta­cję serca. Jak tylko zoba­czy­łam wyka­li­gra­fo­wane i napi­sane poprawną angielsz­czy­zną słowa, wie­dzia­łam, że to coś waż­nego. W liście było napi­sane:

Drogi Kadeku,

bar­dzo się cie­szę, że tak szybko udało się osią­gnąć poro­zu­mie­nie zado­wa­la­jące oby­dwie strony. Rozu­miem, że nie chciał­byś, aby Twoja bra­ta­nica była zmu­szona do takiego życia, które, bez wąt­pie­nia, zro­bi­łoby z niej kogoś, kim nie chcie­li­by­śmy, aby się stała.

Zga­dzam się z Tobą, że Nicole będzie lepiej i bez­piecz­niej żyć z wami, daleko od cha­osu, który powstał tutaj, w Lon­dy­nie, a przed któ­rym byłoby bar­dzo trudno ją uchro­nić, gdy­by­śmy osta­tecz­nie posta­no­wili, że będziemy ją wycho­wy­wać w Lon­dy­nie.

Ważne, abyś zro­zu­miał rzecz nastę­pu­jącą: Nicole nie może wró­cić do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Na Cie­bie spada cał­ko­wita odpo­wie­dzial­ność zwią­zana z opieką nad nią i trzy­ma­niem jej z dala od tego wszyst­kiego. Nie chciał­bym się dowie­dzieć, że ci, któ­rzy zamor­do­wali mojego brata, mogli też zakoń­czyć życie mojej jedy­nej żyją­cej bra­ta­nicy.

Ostrze­ga­łem Jacoba, że to się zda­rzy, jeśli nie będzie ostrożny i, nie­stety, mia­łem rację. Roz­pocznę śledz­two, będę sta­rał się odkryć przy­czyny kata­strofy lot­ni­czej, która ode­brała nam nasze uko­chane istoty, i poin­for­muję Cię o wszel­kich postę­pach w tej spra­wie.

Wiem, że życie Nicole przy was będzie w pełni szczę­śliwe i wspa­niałe, a ona będzie wolna od wspo­mnień, w któ­rych tutaj byłaby zato­piona i które prze­śla­do­wa­łyby ją do końca jej życia.

Ufam, że będziesz umiał wyja­śnić naszej bra­ta­nicy powody, dla któ­rych ni­gdy nie powinna opu­ścić Indo­ne­zji.

Bóg nie chciałby, aby także jej przy­da­rzyło się coś złego.

Z całego serca życzę Wam wszyst­kiego, co naj­lep­sze.

Devon Leigh­ton

Trzy­krot­nie, raz za razem, prze­czy­ta­łam ten list. No i dowie­dzia­łam się. Wszystko to prawda. Wszystko. Było tak, jakby wresz­cie zdjęto mi opa­skę z oczu. Jed­no­cze­śnie było też tak, jakby całe moje życie ponow­nie, jak film, prze­su­nęło się przed moimi oczami, tyle że zin­ter­pre­to­wane na nowo. Musia­łam usiąść na pod­ło­dze, bo bałam się, że zemdleję.

Jed­nak nie zemdla­łam. To, co czu­łam, to było takie dziwne pomie­sza­nie. Wła­śnie zna­la­złam część puz­zli z ukła­danki, o któ­rej ist­nie­niu nie wie­dzia­łam. Było bar­dzo trudno przy­jąć do wia­do­mo­ści, że tak wiele o sobie samej nie wie­dzia­łam: zda­wało się, jakby ludzie, o któ­rych mówiono w liście, nale­żeli do innego świata, jakby nie mieli ze mną żad­nego związku. Jed­nak to była moja rodzina. To ja byłam kimś, kto żył, tyle że prze­nie­siony do innego świata, który tak naprawdę nie był moim świa­tem. Cho­ciaż teraz już był. Oka­zało się, że wszystko, w co dotych­czas wie­rzy­łam, co kocha­łam, opie­rało się na kłam­stwie. Musia­łam doko­nać rein­ter­pre­ta­cji mojego umiej­sco­wie­nia w świe­cie. To bolało tak, jakby wyry­wano część mnie i powie­dziano, że ni­gdy nie nale­żała do mnie.

Jed­no­cze­śnie... ulgą było poczu­cie, że w końcu dosta­wa­łam odpo­wie­dzi z wia­ry­god­nego źró­dła, a nie od kogoś, kto zwy­czaj­nie udzie­lał mi ich i ocze­ki­wał, że będę w nie wie­rzyła. Nie chcę przez to powie­dzieć, że Alex sta­rał się mnie oszu­kać, ale trudno jest uwie­rzyć w coś takiego tylko dla­tego, że ktoś ci o tym mówi. A tym bar­dziej jeśli jest to coś, co wywraca twoje życie do góry nogami.

Alex przed wyjaz­dem popro­sił mnie, żebym poroz­ma­wiała z moim wuj­kiem, żebym to jego wypy­tała o wszystko.

No tak, ale wujka już nie było, za to był ten list, a w nim... Do cho­lery, dzięki temu listowi odkry­łam, że gdzieś, bar­dzo daleko stąd, jest ktoś, kto poświę­cił swój czas na myśle­nie, co jest dla mnie naj­lep­sze.

Devon Leigh­ton był moim wuj­kiem, tak samo jak był nim Kadek. Oni dwaj dla mojego dobra zde­cy­do­wali o ukry­ciu prawdy przede mną.

Prze­szka­dzało mi to? Oczy­wi­ście, tak. Czy jed­nak pozna­nie prawdy wcze­śniej byłoby lep­sze? Moje wcze­sne i późne dzie­ciń­stwo mogłoby wyglą­dać ina­czej? Tak. Czy lepiej? Dora­sta­łam, będąc szczę­śliwą dziew­czynką, bez rodzi­ców, ale szczę­śliwą. Nie mam naj­mniej­szego poję­cia, co robi­ła­bym, zna­jąc prawdę. Śmierć mojego wujka spra­wiła, że roz­pa­dłam się na kawałki i bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek potrze­bo­wa­łam zna­leźć odpo­wie­dzi i poznać moje korze­nie... Zawsze cie­ka­wiła mnie ta część mnie, w któ­rej pły­nęła angiel­ska krew. Jak by to było miesz­kać w takim mie­ście jak Lon­dyn. Strach spa­ra­li­żo­wał mnie i zmu­sił do zado­wo­le­nia się tym, co mia­łam i co zna­łam. Jed­nak nagła śmierć mojego wujka... Czu­łam, że jest jesz­cze bar­dzo wiele do odkry­cia, do dowie­dze­nia się...

Nie będę kła­mać... całym ser­cem tęsk­ni­łam za Ale­xem. W cza­sie ostat­nich dni sto razy otwie­ra­łam i zamy­ka­łam czat w tele­fo­nie. Usły­sze­nie jego głosu byłoby jak ibu­pro­fen dla duszy. Ja jed­nak nie chcia­łam roz­po­czy­nać cze­goś, co jesz­cze bar­dziej skrzyw­dzi­łoby nas oboje, dla­tego, że... Jaka była szansa, że ponow­nie się zoba­czymy?

Na­dal prze­szu­ki­wa­łam rze­czy mojego wujka, ale nie zna­la­złam już nic, co byłoby zwią­zane z Devo­nem lub moimi rodzi­cami. Skoń­czy­łam wresz­cie porządki. Wybra­łam rze­czy, które uzna­łam za godne zacho­wa­nia jako pamiątki. Wpraw­dzie wie­dzia­łam, że ani ja, ani moja bab­cia nie będziemy zdolne znów prze­cho­dzić przez ból, jakim byłoby ponowne prze­glą­da­nie oso­bi­stych przed­mio­tów wujka. Resztę rze­czy oddamy albo wyrzu­cimy do śmieci.

Bar­dzo trudno było widzieć pusty pokój mojego wujka, ale jesz­cze bar­dziej bole­sne było zosta­wić moją bab­cię samą, zato­pioną w bólu i nie­zdolną robić niczego innego poza modli­twą. Ja jed­nak mia­łam potrzebę przez chwilę pozo­stać sama z moimi myślami, potrze­bo­wa­łam poczuć samą sie­bie.

Tam­tego popo­łu­dnia poszłam do mojego bez­piecz­nego miej­sca; posta­no­wi­łam zało­żyć kostium kąpie­lowy i wziąć deskę do sur­fo­wa­nia. Od tygo­dni nie cho­dzi­łam na plażę, a wresz­cie teraz czu­łam się na siłach, żeby to zro­bić.

Nikogo nie uprze­dzi­łam, że tam idę, cho­ciaż moi przy­ja­ciele bar­dzo chcieli zoba­czyć mnie robiącą coś innego niż opła­ki­wa­nie wujka lub prze­by­wa­nie z moją bab­cią. Ja jed­nak potrze­bo­wa­łam być sama.

Zanu­rze­nie się w wodzie pomo­gło mi. Nie­wiele sur­fo­wa­łam, głów­nie sie­dzia­łam na desce i obser­wo­wa­łam hory­zont do chwili, aż słońce zaczęło zacho­dzić, wypeł­nia­jąc wszystko nie­sa­mo­wi­tymi kolo­rami.

Nie­świa­do­mie spoj­rza­łam w tył, w miej­sce, w któ­rym był bal­kon pokoju Alexa...

Poczu­łam bar­dzo silny ucisk w pier­siach... Przy­po­mnia­łam sobie to pierw­sze spo­tka­nie, gdy nie wie­dzieć czemu pozwo­li­łam, aby ten nie­zna­jomy oglą­dał mnie nagą, sto­jącą na kamie­niach znaj­du­ją­cych się nie­opo­dal. Przy­po­mnia­łam sobie nasze połą­cze­nie, siłę jego spoj­rze­nia, które roz­pa­liło mnie pomimo dzie­lą­cej nas odle­gło­ści. Uśmiech­nę­łam się, wspo­mi­na­jąc dzień, w któ­rym ukra­dłam mu falę i roz­ma­wia­li­śmy pierw­szy raz.

Nie poczuję ponow­nie cze­goś tak inten­syw­nego z niczy­jego powodu... Wie­dzia­łam o tym i zro­biło mi się smutno. Nie chcia­łam powie­dzieć, że ni­gdy przeni­gdy ponow­nie się nie zako­cham. Na pewno się zako­cham. Na świe­cie są miliardy ludzi. Nie mogła ist­nieć tylko jedna osoba prze­zna­czona dla mnie, ale to, co prze­ży­li­śmy, chwile i miej­sca... Wie­dzia­łam, że to nie mogło zda­rzyć się ponow­nie, bo są rze­czy, które dzieją się jeden jedyny raz w życiu.

Głę­boki ból w pier­siach zmu­sił mnie do zamknię­cia oczu.

Czu­łam wielki ból... z powodu mojego wujka, z powodu Alexa, dla­tego, że ni­gdy wię­cej ponow­nie go nie spo­tkam, dla­tego, że stra­ci­łam tak dużo w tak krót­kim cza­sie...

Zesko­czy­łam z deski i zanur­ko­wa­łam, szu­ka­jąc tlenu w miej­scu, które mogło mi dać wszystko oprócz tlenu, ale na swój spo­sób zapew­niało mi spo­kój.

Pły­nę­łam coraz głę­biej; byłam dobra w nur­ko­wa­niu na wstrzy­ma­nym odde­chu. Gdy już nie mogłam dłu­żej wytrzy­mać, odbi­łam się sto­pami od pia­sku i wra­ca­łam, pusz­cza­jąc małe bańki powie­trza. Wypły­nąw­szy na powierzch­nię, ode­tchnę­łam tak, jakby po tygo­dniach bez oddy­cha­nia dopiero teraz powie­trze wresz­cie napeł­niło moje płuca. Spoj­rza­łam na brzeg i dostrze­głam, że w barze było już sporo osób piją­cych piwo. Batú sie­dział na plaży, cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż wrócę do niego. Ni­gdy nie lubił, gdy wypły­wa­łam daleko w morze i nur­ko­wa­łam. Wzię­łam silny wdech i weszłam na deskę. Powoli wio­sło­wa­łam ramio­nami, aż dopły­nę­łam do brzegu. Batú pod­biegł roz­e­mo­cjo­no­wany i razem poszli­śmy do Mola Mola. Zoba­czy­łam tam troje moich naj­lep­szych przy­ja­ciół, popi­ja­ją­cych piwo i patrzą­cych na mnie sze­roko otwar­tymi oczami.

Gdy pode­szłam do nich, z całych sił sta­ra­łam się igno­ro­wać oznaki ich zasko­cze­nia. Z ple­caka wyję­łam ręcz­nik i okry­łam się nim, trzę­sąc się tro­chę z zimna.

- Jak tam? - zapy­ta­łam, igno­ru­jąc ten spe­cy­ficzny spo­sób patrze­nia, jakby zoba­czyli osobę naj­bar­dziej na świe­cie przez nich wycze­ki­waną. Patrzyli na mnie ze współ­czu­ciem i tro­ską.

Nie mogłam tego znieść.

Mag­gie spoj­rzała na Eko i Gusa, jąka­jąc się, mam­ro­cząc jakieś bez­sen­sowne zda­nie. Osta­tecz­nie zdo­łała wypo­wie­dzieć coś spój­nego:

- Mogłaś mnie uprze­dzić, że wybie­rasz się na sur­fing, poszła­bym z tobą.

- Chcia­łam być sama - odpo­wie­dzia­łam, dzię­ku­jąc ski­nie­niem głowy Gusowi, który przy­niósł mi piwo. - O czym roz­ma­wia­li­ście?

Wszy­scy troje ponow­nie wymie­nili spoj­rze­nia.

- No, eee... o ślu­bie - powie­dział Eko, jakby ukrad­kiem.

Ślub... Ślub, na któ­rym mnie nie będzie, bo stchó­rzy­łam, ślub moich dwóch naj­lep­szych przy­ja­ciół, ślub, na który nie wybiorę się, bo mam fobię na tle lata­nia samo­lo­tami.

Sama myśl o samo­lo­tach spra­wiła, że pomy­śla­łam o Ale­xie. Oczy­wi­ście to nie­uchron­nie przy­po­mniało mi o liście... Tym prze­klę­tym liście. Liście prawdy, liście, który był dowo­dem, że Alex miał we wszyst­kim rację.

Wzię­łam tele­fon i otwo­rzy­łam czat, ten, który w rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie stał się wymianą myśli pomię­dzy dwoma roz­mów­cami, bo tylko on do mnie napi­sał.

Mia­łam mu opo­wie­dzieć? Opo­wie­dzieć o odkry­ciu, że jestem córką Jacoba Leigh­tona?

Jak mia­łam mu odpi­sać, skoro minął mie­siąc od jego ostat­niej wia­do­mo­ści?

Czy los się na mnie uwziął?! Co mam zro­bić, do cho­lery?!

Przez kilka sekund żało­wa­łam decy­zji o wydo­sta­niu się z mojej strefy kom­fortu. Pew­niej czu­łam się, będąc przy babci, dzie­ląc z nią nasz ból. Obie były­śmy bar­dzo odda­lone od całego świata.

- Już mamy datę - powie­dział Gus. Powie­dział to tym tonem - połą­cze­niem smutku i ostroż­no­ści, który coraz bar­dziej zaczy­nał mnie wku­rzać. Ale Gus zdo­łał spra­wić, że prze­kie­ro­wa­łam na nich swoją uwagę.

Wysi­li­łam się na uśmiech.

- Ach tak? Kiedy? - zapy­ta­łam, pod­no­sząc do ust butelkę z piwem.

- Chcemy wziąć ślub na wio­snę. Wybra­li­śmy 14 kwiet­nia.

- Będzie wspa­niale - powie­dzia­łam, czu­jąc bole­sne ukłu­cie w piersi.

Moi przy­ja­ciele wymie­nili spoj­rze­nia.

- Zasta­na­wia­li­śmy się... - zaczął Eko, doty­ka­jąc pal­cem wska­zu­ją­cym otworu butelki. Zawsze tak robił, gdy był zde­ner­wo­wany.

- Tak, roz­ma­wia­li­śmy o tym i sądzimy, że musisz poje­chać z nami, Nikki.

Zamil­kłam na chwilę, którą Mar­got wyko­rzy­stała, żeby się wtrą­cić.

- Zna­la­złam bar­dzo dobre kursy poko­ny­wa­nia fobii i... Wiesz, że lęk przed lata­niem jest jedną z naj­częst­szych? Ale też naj­więk­szy odse­tek ludzi po kur­sach radzi sobie z poko­na­niem tego lęku. Jest 90 pro­cent szans na suk­ces, Nikki. Sądzę, że powin­naś spró­bo­wać, nie chcemy, żeby ten ślub cię omi­nął.

Ostat­nio myśla­łam o tym dużo wię­cej niż przez całe moje dotych­cza­sowe życie. O tej fobii. Roz­wa­ża­łam temat dokład­nie od momentu, w któ­rym Alex pozo­sta­wił mnie w por­cie Sanur, gdy wie­dzia­łam, że ni­gdy wię­cej go nie zoba­czę.

Czy wie­rzy­łam w kurs, po któ­rym traci się lęk przed lata­niem? Nie bar­dzo. Ale może to działa?

W przy­padku gdy­bym zapa­no­wała nad prze­ra­że­niem, które dopa­dało mnie na samą myśl, że wcho­dzę do samo­lotu, będę mogła uczest­ni­czyć w ślu­bie moich przy­ja­ciół, będę mogła pole­cieć do Lon­dynu... Będę mogła... Będę mogła znów zoba­czyć Alexa i być może... Być może zna­leźć odpo­wie­dzi na sze­reg pytań o mojej rodzi­nie, o moim ojcu, o tym, co spo­wo­do­wało wypa­dek samo­lotu.

- Pomy­ślę o tym - powie­dzia­łam i nie zorien­to­wa­łam się, że moi przy­ja­ciele popa­trzyli na sie­bie z nadzieją. Nie zorien­to­wa­łam się, że Mag­gie otwo­rzyła sze­roko oczy, też pełne wiary w suk­ces misji, i że Gus i Eko powstrzy­mali swój entu­zjazm, żeby mnie nie przy­tło­czyć. Nie zda­wa­łam sobie sprawy z tego wszyst­kiego, bo przez mgnie­nie oka wyobra­zi­łam sobie sie­bie jako inną osobę, kobietę podró­żu­jącą po świe­cie, wyobra­zi­łam sobie sie­bie jako córkę mojego ojca, wyobra­zi­łam sobie sie­bie taką, jakimi są tysiące tury­stów przy­jeż­dża­ją­cych co roku na wyspę, i to wyobra­że­nie nie spodo­bało mi się.

Ja taka nie byłam i ni­gdy nie będę.

Poże­gna­łam się z przy­ja­ciółmi, uci­na­jąc roz­mowę. Wzię­łam deskę, wsia­dłam na sku­ter i wró­ci­łam do domu.

Wystar­cza­jąco dużo wyda­rzyło się tego dnia.

2

ALEX

Lon­dyn. Wbi­ja­łem wzrok w setki prze­chod­niów u stóp The Shard i sta­ra­łem się nie myśleć o nich jak o maleń­kich mrów­kach, pośpiesz­nie bie­ga­ją­cych w różne strony. Zale­d­wie kilka tygo­dni temu prze­nie­śli­śmy sie­dzibę przed­się­bior­stwa do naj­wyż­szego w Euro­pie dra­pa­cza chmur. Nie potwier­dzam ani nie zaprze­czam, że to był mój pomysł.

To było naj­bliż­sze lata­niu, co mogłem osią­gnąć w przy­padku wyko­ny­wa­nia pracy biu­ro­wej. Cho­ciaż więk­szość dni była tak pochmurna, że wyda­wało się, że jeste­śmy w nie­bie, nie mogąc wypa­trzyć niczego pod nami, to jed­nak nie było to samo.

Mie­siąc temu wró­ci­łem z Bali. Mie­siąc temu prze­sta­łem pra­co­wać jako pilot na peł­nym eta­cie. Już nie mogłem poru­szać się w chmu­rach. Jedy­nie posze­dłem do han­garu, żeby spraw­dzić szcze­góły doty­czące zakupu kilku samo­lo­tów, które miały zwięk­szyć obroty i dochody przed­się­bior­stwa mojego ojca. Wła­ści­wie - mojego przed­się­bior­stwa. Na­dal trudno było mi przy­jąć tę wer­sję i musia­łem sam sie­bie popra­wiać. Od mie­siąca to ja byłem CEO (dyrek­to­rem gene­ral­nym), spę­dza­łem całe dnie zamknięty w tej eks­klu­zyw­nej szkla­nej wieży, tylko w towa­rzy­stwie pięć­dzie­się­cio­let­nich męż­czyzn, któ­rzy potrze­bo­wali - lub żądali - cze­goś ode mnie.

Obję­cie funk­cji dyrek­tora gene­ral­nego Lenox Exe­cu­tive Avia­tion zawsze było czymś. Ozna­czało to zdalne kie­ro­wa­nie mną, to prawda. Ja, będąc synem mojego ojca, zawsze czu­łem, jakby jakaś dłoń zaci­skała się na mojej szyi i gro­ziła udu­sze­niem w każ­dej chwili.

Fakt, że nie byłem synem pier­wo­rod­nym, w żad­nym razie nie uwol­nił mnie od róż­nych obo­wiąz­ków. Jed­nak przy­znam, że mia­łem wię­cej swo­body niż mój star­szy brat Ryan. Obaj po skoń­cze­niu stu­diów, ja jako pilot, a mój brat jako inży­nier lot­nic­twa, musie­li­śmy skoń­czyć stu­dia na kie­run­kach han­del i eko­no­mia. W tej kwe­stii nie było miej­sca na nego­cja­cje. Mojemu bratu przy­naj­mniej podo­bała się droga, którą dla niego tak dokład­nie przy­go­to­wali rodzice. Nato­miast ja, cho­ciaż od początku mia­łem moż­li­wość dzie­dzi­cze­nia kawałka ich impe­rium, zawsze byłem zain­te­re­so­wany lata­niem.

Ni­gdy nie przej­mo­wa­łem się za bar­dzo, że "zawiodę" moich rodzi­ców, odrzu­ca­jąc to, co dla wielu byłoby życiową szansą. W rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy mnie to nie obcho­dziło; ich także, bo był Ryan.

Jed­nak gdy go zabra­kło... to zaczęły się pro­blemy.

Ktoś zapu­kał do drzwi i już wie­dzia­łem, że to mój ojciec, bo nie zacze­kał na zapro­sze­nie do wej­ścia.

Obró­ci­łem się w fotelu. Ten wysoki męż­czy­zna, z siwymi wło­sami, z nie­wiel­kimi zako­lami nad czo­łem, w gar­ni­tu­rze, wyglą­da­jący prze­ra­ża­jąco, pod­szedł do mojego stołu.

- Dzień dobry, ojcze - powie­dzia­łem, wska­zu­jąc mu krze­sło, które on jed­no­cze­śnie już odsu­wał, po czym usiadł na nim.

Pomimo że już jakiś czas temu prze­stał kie­ro­wać przed­się­bior­stwem, na­dal poru­szał się po jego sie­dzi­bie, jakby był tu sze­fem. Tak naprawdę to ni­gdy się nie zmieni, cho­ciaż wszyst­kie decy­zje musiały już prze­cho­dzić przez moje ręce.

- Czy roz­ma­wia­łeś z twoją matką? - zapy­tał mnie, jak tylko usiadł.

Znów zmie­ni­łem pozy­cję i sku­pi­łem wzrok na "mrów­kach". Rzadko kiedy w Lon­dy­nie był tak sło­neczny dzień, więc zapra­gną­łem napa­wać się wido­kiem.

- Pytasz, czy roz­ma­wia­łem dziś? - rzu­ci­łem zmę­czo­nym gło­sem.

- Ale­xan­der, ona mi powie­działa, że nie przy­ją­łeś zapro­sze­nia na wspólną kola­cję.

- Jadłem z wami kola­cję w pią­tek, ojcze.

- Dosko­nale wiesz, o czym mówię.

Gło­śno wes­tchną­łem.

- Lilia wła­śnie zaczęła rok szkolny, tato. Nie mogę zabie­rać jej ze szkoły za każ­dym razem, gdy wy chce­cie ją zoba­czyć.

- Nawet jesz­cze jej nie pozna­li­śmy!

- Pozna­cie ją, gdy ja uznam to za sto­sowne - powie­dzia­łem, odwra­ca­jąc się, żeby znów spoj­rzeć mu w twarz, nada­jąc mojej wypo­wie­dzi ton takiej powagi, jakiej rzadko uży­wa­łem wobec niego.

- Od mie­siąca jest w Anglii. To nasza wnuczka, na miłość boską! Nasza jedyna wnuczka!

I jedyna, którą będzie­cie mieć, pomy­śla­łem.

- Zamy­ka­jąc ją w szkole, nie prze­kre­ślisz rze­czy­wi­sto­ści, Ale­xan­der!

Zaci­sną­łem usta; już stra­ci­łem cier­pli­wość.

- Rze­czy­wi­stość jest taka, że to ja jestem jej ojcem i zro­bię to, co uwa­żam za sto­sowne - odpo­wie­dzia­łem takim samym tonem.

Ojciec patrzył na mnie, pod­czas gdy ja spoj­rza­łem na kom­pu­ter.

Mia­łem bar­dzo dużo do zro­bie­nia i teraz tylko opóź­nia­łem wyko­na­nie mojego zada­nia.

- Nie obcho­dzi mnie, jak bar­dzo jesteś wście­kły na cały świat, obo­jętne jest mi to, jak bar­dzo jesteś sku­piony na sobie samym i na czubku wła­snego nosa. W tę sobotę twoja matka obcho­dzi sześć­dzie­siąte uro­dziny i przy­wie­ziesz jej wnuczkę, żeby mogła ją poznać.

Ponow­nie wbi­łem wzrok w ojca.

- Zasta­no­wię się nad tym, czy przy­wieźć Lilię na uro­dziny mamy, ale powiem ci jedno, tato - zako­mu­ni­ko­wa­łem mu, wsta­jąc z fotela. - Ma to być ostatni raz, gdy wcho­dzisz do mojego gabi­netu i żądasz rze­czy, które są wyłącz­nie moją sprawą. Czy to zro­zu­mia­łeś?

Ojciec wstał wście­kły, omal nie eks­plo­do­wał. Zapiął mary­narkę i poszedł do drzwi. Przed wyj­ściem odwró­cił się i znów wbił we mnie wzrok.

- Cza­sem zadaję sobie pyta­nie, co takiego zro­bi­li­śmy - twoja matka i ja - że zasłu­ży­li­śmy sobie na takie twoje zacho­wa­nie.

- A ja codzien­nie zadaję sobie pyta­nie, dla­czego w tam­tym wypadku moto­cy­klo­wym nie zgi­ną­łem ja zamiast mojego brata. Wszystko byłoby łatwiej­sze, prawda, tato?

Natych­miast poża­ło­wa­łem tego, co powie­dzia­łem, ale nie wyco­fa­łem się. Ojciec spoj­rzał na mnie, jego oczy zwil­got­niały. Mia­łem wra­że­nie, że coś mi umyka.

- Gdy odbiorą ci dziecko, nic nie jest łatwe - powie­dział, patrząc na mnie z wiel­kim bólem. - Mam nadzieję, że ni­gdy nie będziesz musiał doświad­czyć podob­nego bólu. Wła­śnie dla­tego pro­szę cię, żebyś przy­szedł na uro­dziny two­jej matki. Zoba­cze­nie cie­bie i pozna­nie wnuczki będzie dla niej jedy­nym powo­dem do wsta­nia z łóżka.

Ojciec wyszedł, a ja ponow­nie usia­dłem. Spoj­rza­łem na foto­gra­fię obok kom­pu­tera. Było na niej dwóch rudo­wło­sych chłop­ców, uśmie­cha­ją­cych się do obiek­tywu. Oby­dwaj mieli oku­lary lot­ni­ków i pilotki na gło­wach, a w tle widać było pas do lądo­wa­nia i czer­woną awio­netkę.

Na foto­gra­fii byłem ja i Ryan. On w wieku szes­na­stu lat, które dopiero co skoń­czył, a ja - ośmiu. Dosko­nale pamię­tam tam­ten dzień i moment, gdy zro­biono nam foto­gra­fię. Wła­śnie wyszli­śmy z awio­netki. Wcze­śniej ojciec zabrał nas na prze­lot i Ryan po raz pierw­szy pilo­to­wał samo­lot. Obaj byli­śmy pełni adre­na­liny i szczę­ścia, cie­szy­li­śmy się jak ni­gdy.

Pasją mojego brata też byłoby lata­nie, ale bar­dziej inte­re­so­wał się wszyst­kim, co doty­czyło samych samo­lo­tów: ich dzia­ła­nie, budowa... Jego pra­gnie­nie zaję­cia się rodzin­nym przed­się­bior­stwem zwięk­szało się, w miarę jak dora­stał. Jed­nak to marze­nie roz­wiało się z chwilą wypadku rodzi­ców Nikki. Mój ojciec musiał zamknąć cały wydział inży­nie­rii i stać się jedy­nie wła­ści­cie­lem przed­się­bior­stwa lot­nic­twa pry­wat­nego.

Pomimo tra­ge­dii i roz­cza­ro­wa­nia mój brat zgo­dził się pokie­ro­wać przed­się­bior­stwem i przez dwa lata przed swoją śmier­cią zaj­mo­wał miej­sce ojca.

Ja zawsze czu­łem się czarną owcą w rodzi­nie. Syn, który poja­wił się nie­ocze­ki­wa­nie i skom­pli­ko­wał im wszyst­kie plany.

Gdy­bym ja był taki jak ty, Ryan, powie­dzia­łem w myślach. Gdy­bym mógł iść naprzód, nie patrząc wstecz, gdy­bym mógł być mniej­szym ego­istą.

Nie byłem dumny z moich czy­nów, nie zachwy­ca­łem się wła­snymi decy­zjami.

Prawda była taka, że nie byłem dobrym czło­wie­kiem.

Jeśli kie­dyś nim byłem, to przez trzy­dzie­ści dni, tysiące mil stąd, dzięki dziew­czy­nie, która zdo­łała dostrzec moje serce, aby je zabrać ze sobą.

Spoj­rza­łem na komórkę i otwo­rzy­łem czat. Ani jed­nego słowa. Cza­sem tor­tu­ro­wa­łem sam sie­bie, patrząc na jej zdję­cie w tele­fo­nie, i bar­dzo swę­działy mnie palce, żeby znów do niej napi­sać, ale już zapo­wie­dzia­łem, że wię­cej pisać nie będę. Nie po tym, jak igno­ro­wała mnie przez tyle tygo­dni...

Od tam­tego czasu mia­łem złe prze­czu­cia: cała sprawa Leigh­to­nów, Nikki, będą­cej dzie­dziczką, to wszystko, co odkry­łem...

Otwo­rzy­łem szu­fladę po lewej stro­nie i wyją­łem wydru­ko­wany mail z groźbą, który otrzy­ma­łem, jak tylko wró­ci­łem z Bali.

Jesteś mar­twy, Lenox.

Mocno zaci­sną­łem szczęki.

Nie pierw­szy raz otrzy­ma­łem jakąś groźbę. To powszechne, gdy jesteś osobą publiczną i ludzie wie­dzą, że posia­dasz nie­przy­zwo­itą ilość pie­nię­dzy. Jed­nak ten mail... Ten list był pisany innym tonem, tak odmien­nym, że wzmoc­ni­łem zabez­pie­cze­nie mojego domu i pra­wie zawsze podró­żo­wa­łem z kie­rowcą. Takim, który był wyćwi­czony w zabi­ja­niu i umiał się zacho­wać w eks­tre­mal­nych sytu­acjach, gdyby zaszła taka potrzeba.

Nie podo­bało mi się to... Takie gówno nie podo­bało mi się zupeł­nie. Z nikim o tym nie roz­ma­wia­łem, z wyjąt­kiem Car­tera, jedy­nej osoby, do któ­rej zwró­ci­łem się, szu­ka­jąc odpo­wie­dzi na drę­czące mnie pyta­nia.

- Powie­dzia­łem ci, że nie było dobrym pomy­słem grze­ba­nie w tam­tej spra­wie - przy­po­mniał, gdy do niego zadzwo­ni­łem.

- Trzeba odkryć prawdę - wyce­dzi­łem przez zęby.

- Ale mnie w to nie pakuj - odpo­wie­dział Car­ter. - Ja nic wię­cej nie chcę wie­dzieć o tej spra­wie. Ty masz forsę, żeby opła­cić sobie ochro­nia­rza, ale ja miesz­kam w skrom­nym bliź­niaku i cze­kamy z żoną na naro­dziny dziecka. Nie chcę dra­ma­tów.

Czę­ściowo miał rację.

Wie­dzia­łem, że nic wię­cej z niego nie wycią­gnę, podzię­ko­wa­łem więc i roz­łą­czy­łem się.

Dni mijały, a groźba wisiała nade mną jak miecz Damo­klesa. Mar­twi­łem się o Nikki, ale wszystko wska­zy­wało na to, że nikt nie wie o jej ist­nie­niu, nawet sam Devon Leigh­ton. Gdyby tak nie było, to Nikki zamor­do­wano by już bar­dzo dawno temu, tak samo jak zamor­do­wano jej rodzi­ców i brata Adama.

Nikki w nie­bez­pie­czeń­stwie... Na samą myśl o tym mia­łem ochotę wsiąść do samo­lotu i oso­bi­ście prze­ko­nać się, czy nic złego się z nią nie dzieje, ale tak naprawdę powi­nie­nem odsu­nąć od sie­bie to wszystko... Powi­nie­nem sku­pić się na moich spra­wach i usza­no­wać jej decy­zję pozo­sta­nia ano­ni­mową. Ja, jak nikt inny, dosko­nale rozumia­łem, co zna­czy być zmu­szo­nym do życia w taki spo­sób, któ­rego ty sam nie chcesz.

Pią­tek nad­szedł szyb­ciej, niż­bym tego chciał. To był dzień, w któ­rym szkoła Lilii zezwa­lała, aby ucznio­wie spę­dzali week­end poza szkołą, ale tylko wtedy, gdy uzgod­niło się to tydzień wcze­śniej. Ja oczy­wi­ście nie zro­bi­łem tego, bo nie byłem pewien, czy osta­tecz­nie zabiorę ją na uro­dziny mojej matki, czy nie zabiorę.

- Przy­kro mi, pro­szę pana... Nazwi­ska pana córki nie ma na liście uczniów opusz­cza­ją­cych szkołę w ten week­end - powie­działa mi młoda dziew­czyna, z pew­no­ścią nauczy­cielka prak­ty­kantka.

- Tak, jeśli o to cho­dzi... Nie mogłem uprze­dzić, to była decy­zja pod­jęta w ostat­niej chwili.

Dziew­czyna pod­nio­sła wzrok znad segre­ga­tora, któ­rego nie prze­sta­wała kart­ko­wać, i zdu­miona wbiła we mnie wzrok.

- Ależ, panie Lenox... Sądzę, że pan zna nasze prze­pisy... Ucznio­wie nie mogą...

- Wiem, powi­nie­nem uprze­dzić tydzień wcze­śniej. Ale to moja córka i z waż­nych powo­dów chcę, aby ten week­end spę­dziła poza szkołą.

Dziew­czyna na­dal mru­gała oczami skon­fun­do­wana.

O Boże.

- Czy mogę roz­ma­wiać z panią dyrek­tor?

W tym momen­cie zda­wało się, że pobla­dła na twa­rzy. To oczy­wi­ste, że ostat­nie, czego chciała ta dziew­czyna, to mojej inter­wen­cji u prze­ło­żo­nej. Jed­nak mówiąc szcze­rze... nic mnie to nie obcho­dziło.

- Oczy... oczy­wi­ście, pro­szę pana, zaraz wrócę.

Cze­ka­łem, wodząc wzro­kiem po pomiesz­cze­niu. Ostatni raz, kiedy tu byłem, to było trzy­na­ście lat temu, gdy skoń­czy­łem tę szkołę. Przy­sią­głem, że moja noga wię­cej tu nie posta­nie, a jed­nak znów tu byłem. Już jako doro­sły facet - lub przy­naj­mniej do takiego byłem podobny - mia­łem jede­na­sto­let­nią córkę, któ­rej nie widzia­łem pra­wie od mie­siąca, od kiedy przy­wio­złem ją z Bostonu, aby zamiesz­kała ze mną, bo jej matka umarła na raka... Jej matka ni­gdy nie powie­działa mi, że mam córkę.

Sku­pi­łem się na wize­run­kach byłych uczniów, które wisiały na ścia­nie. Szu­ka­łem mojego rocz­nika i dokład­nie w chwili, gdy pró­bo­wa­łem odna­leźć sie­bie wśród kole­gów, ktoś ode­zwał się do mnie z tyłu.

- Pan Lenox?

Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem kobietę, z którą przez mie­siące wymie­nia­łem maile.

- Pani Sim­mons - przy­wi­ta­łem się, robiąc wszystko, aby wykrze­sać uśmiech na twa­rzy. - Jakże miło wresz­cie poznać panią oso­bi­ście.

Pani Sim­mons była kobietą w wieku około pięć­dzie­się­ciu lat, ele­gancką, wysoką, dobrze ubraną. Nosiła oku­lary i dosko­nale ucze­sany kok na karku.

- Mnie rów­nież, panie Lenox - odpo­wie­działa mi z uśmie­chem tak samo albo nawet bar­dziej od mojego spię­tym.

Wyraź­nie było widać, że wcale nie było jej miło mnie poznać. Dobra... witaj w klu­bie.

- Co pana do nas spro­wa­dza?

- Przy­je­cha­łem po moją córkę - powie­dzia­łem, cho­ciaż na­dal było mi trudno wypo­wie­dzieć te ostat­nie słowa: "moją córkę".

Cho­lera... Mia­łem córkę!

- Panna Cle­mens mówi, że córki nie ma na liście uczniów, któ­rzy mogą wyjść ze szkoły w ten week­end, pro­szę pana.

Głę­boko wes­tchną­łem w duchu.

- Tak, wiem o tym... To była decy­zja pod­jęta w try­bie nagłym.

Dyrek­torka zaci­snęła usta.

- Panie Lenox, normy tej szkoły zostały po coś usta­lone. Sądzimy, że zabie­ra­nie dzieci ze szkoły bez wcze­śniej­szego uzgod­nie­nia desta­bi­li­zuje je i spra­wia, że tracą zaję­cia, które przy­go­to­wu­jemy indy­wi­du­al­nie dla każ­dego ucznia.

- Wiem, pro­szę pani, uczy­łem się tutaj, nie wiem, czy pani mnie pamięta. Potrze­buję jed­nak, aby Lilia wyszła ze mną na ten week­end. Obie­cuję, że ponow­nie nie zabiorę jej bez wcze­śniej­szego uzgod­nie­nia. Dobrze?

Dyrek­torka nie­przy­jaź­nie patrzyła na mnie przez chwilę, ale rze­czy­wi­stość była taka, że ona nie mogła zabro­nić mi zabra­nia mojej córki. Prze­cież nie mogła wyrzu­cić jej z tej szkoły z powodu nie­wła­ści­wego zacho­wa­nia rodzica! To oczy­wi­ste. Czy zro­bi­łaby to? Oczy­wi­ście nie... Szcze­gól­nie w sytu­acji, gdy daro­wi­zny dla tej szkoły prze­ka­zane przez moją rodzinę były bar­dzo zna­czące.

- Panno Cle­mens... Pro­szę pójść po pannę Lenox i pro­szę jej powie­dzieć, że jej ojciec przy­szedł, aby ją zabrać na ten week­end.

Dziew­czyna natych­miast poszła, a ja z zado­wo­le­niem uśmiech­ną­łem się do dyrek­torki.

Dyrek­torka na­dal przy­glą­dała mi się w sku­pie­niu.

- Korzy­sta­jąc z pana obec­no­ści, panie Lenox, i w cza­sie, gdy Lilia zbiera swoje rze­czy na ten week­end, z wielką ochotą poroz­ma­wiam z panem o sytu­acji pana córki.

O cho­lera.

- O jakiej sytu­acji? - zapy­ta­łem.

- Przejdźmy może do mojego gabi­netu, tam będzie nam wygod­niej.

Sze­dłem za nią, czu­jąc się, jakby nagle schwy­tano mnie w pułapkę.

Gabi­net był bogato wypo­sa­żony, jak przy­stało na gabi­net szkoły, w któ­rej cze­sne wynosi pięt­na­ście tysięcy fun­tów za kwar­tał.

Usia­dłem na jed­nym z obi­tych aksa­mi­tem krze­seł z epoki wik­to­riań­skiej i splo­tłem dło­nie.

- Słu­cham panią.

- Dobrze. Przede wszyst­kim chcę, aby pan wie­dział, że wszy­scy w szkole mamy świa­do­mość bar­dzo trud­nej sytu­acji, z którą musiała się zmie­rzyć w ostat­nich mie­sią­cach pań­ska córka. Stra­cić matkę, prze­nieść się do innego kraju, zmie­nić szkołę, przy­ja­ciół, poznać swo­jego ojca...

Słu­cha­jąc dyrek­torki, trzy­ma­łem nerwy na wodzy, byłem nie­wzru­szony.

- Mamy pełną świa­do­mość, że te wszyst­kie traumy mogą powo­do­wać u uczen­nicy obni­że­nie poziomu osią­ga­nych wyni­ków w nauce i jeste­śmy gotowi dać Lilii szansę, na którą zasłu­guje, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę fakt, że jest pan byłym uczniem szkoły Hamp­ton. Jed­nak sądzimy, że Lilia powinna zgło­sić się do tera­peuty... Pod­dać się tera­pii przy­naj­mniej przez jakiś czas, co pomoże jej oswoić się ze zmia­nami, któ­rym musiała sta­wić czoła w tak mło­dym wieku. Być może dzięki takiej pomocy poziom jej wyni­ków w nauce pod­nie­sie się na taki, który uwa­żamy za mini­malny, aby mogła uczęsz­czać do tej szkoły.

Auto­ma­tycz­nie zmarsz­czy­łem brwi.

- Czy mam rozu­mieć, że pani mówi, że Lilia nie uzy­skuje dobrych ocen i jej miej­sce tutaj jest zagro­żone? - nie mogłem w to uwie­rzyć.

- Jeste­śmy jedną z naj­lep­szych szkół w Anglii, panie Lenox. Czego pan ocze­ki­wał? Pana córka nawet nie pode­szła do egza­minu wstęp­nego. Jest lista dzieci, które od dzie­się­ciu lat cze­kają na moż­li­wość ucze­nia się tutaj. Doko­na­li­śmy ogrom­nego wysiłku, aby przy­jąć pana córkę do tej szkoły, ale...

- Sądzę, że to ja musia­łem doko­nać wysiłku, pani Sim­mons. Jeśli się nie mylę, daro­wi­zny, które otrzy­mała szkoła od naszej rodziny ogrom­nie wzro­sły w ostat­nich mie­sią­cach. Czy się mylę?

- Jeste­śmy bar­dzo wdzięczni za daro­wi­zny, panie Lenox, ale chcę, aby pan rozu­miał, że...

Wsta­łem z krze­sła.

Nie zamie­rza­łem wysłu­chi­wać głu­pot.

- Moja córka jest cał­ko­wi­cie zdolna do kon­ty­nu­owa­nia nauki na pozio­mie tej szkoły. Teraz, wyba­czy pani...

Wysze­dłem z jej gabi­netu i wró­ci­łem na kory­tarz. Tam ubrana w mun­du­rek koloru gra­natu mor­skiego i zie­leni, ucze­sana w wysoko upięty kucyk, z torbą prze­wie­szoną przez ramię, stała Lilia.

- Masz ze sobą wszystko, czego potrze­bu­jesz? - zapy­ta­łem na powi­ta­nie.

Przy­tak­nęła w mil­cze­niu.

- No to idziemy.

- Pro­szę pana, musi pan pod­pi­sać się w reje­strze wyjść uczniów - powie­działa do mnie panna Cle­mens.

Pod­sze­dłem i zło­ży­łem cho­lerny pod­pis.

- Do widze­nia. Idziemy, Lilia.

Razem wyszli­śmy ze szkoły. Słońce już pra­wie znik­nęło za hory­zon­tem i było bar­dzo zimno.

Spoj­rza­łem na Lilię.

- Czy nie masz płasz­cza poza szkol­nym ble­ze­rem?

- Zosta­wi­łam go na górze. Wró­cić po płaszcz?

O Boże, nie.

Nie zamie­rza­łem znów cze­kać w tym miej­scu. Na Boga, nie chcia­łem zno­sić towa­rzy­stwa dyrek­torki ani chwili dłu­żej.

- Nie. Wsia­daj, kupimy inny - mówi­łem, gdy samo­chód się otwie­rał.

Włą­czy­łem ogrze­wa­nie i na chwilę przed uru­cho­mie­niem sil­nika rzu­ci­łem okiem w kie­runku Lilii.

- Wszystko w porządku? - zapy­ta­łem, a jej nie­bie­skie oczy odwró­ciły się od okna i wpa­trzyły we mnie.

- Dla­czego zabra­łeś mnie ze szkoły? - zapy­tała, nie odpo­wia­da­jąc na moje pyta­nie.

Wyje­cha­li­śmy na auto­stradę. Bar­dzo waży­łem każde słowo, zanim otwo­rzy­łem usta, żeby je wypo­wie­dzieć.

- Moi rodzice... No tak, twoi dziad­ko­wie... chcą cię poznać.

W odpo­wie­dzi otrzy­ma­łem ciszę, więc spoj­rza­łem na Lilię.

- Są uro­dziny mojej mamy, która jutro koń­czy sześć­dzie­siąt lat... Wypra­wiają przy­ję­cie i ona chce, żeby­śmy przy­szli... razem.

- Dla­tego mnie zabra­łeś? - zapy­tała.

Przy­tak­ną­łem i nie wiem dla­czego poczu­łem się winny z powodu mojej odpo­wie­dzi.

Chcia­łem coś dodać i otwo­rzy­łem usta, ale zamkną­łem je. Zro­bi­łem tak samo jesz­cze raz.

- Może nam to dobrze zrobi, nie sądzisz? Możemy tro­chę się poznać... No wiesz... Poroz­ma­wiać o tym, co ty lubisz, a czego nie...

- Nie ma potrzeby - odpo­wie­działa sucho, patrząc przez okno.

Cho­lera.

- Słu­chaj, Lilia... Wiem, że to, co prze­szłaś, jest bar­dzo trudne... i wiem, że ja dla cie­bie jestem kimś obcym, ale... - głę­boko wes­tchną­łem, zanim zaczą­łem dalej mówić, bo wiele kosz­to­wało mnie wypo­wie­dze­nie tych słów na głos. - Ja w końcu jestem twoim ojcem... Sta­ram się postę­po­wać naj­le­piej, jak umiem.

Dziew­czynka znów odwró­ciła się od okna, żeby popa­trzeć na mnie.

- Czy ty mnie kochasz? - zapy­tała, przez co poczu­łem się nieco zmie­szany.

Cho­lera... Czy ja ją kocha­łem? Nie zna­łem jej, ale gdzieś w głębi duszy czu­łem, że ona jest moja. Panicz­nie bałem się, żeby nic złego jej się nie stało, trosz­czy­łem się o nią...

- To oczy­wi­ste, że cię kocham - sta­ra­łem się zabrzmieć szcze­rze.

- To pozwól wró­cić mi do mojego dziadka - wypa­liła. Znów mnie zatkało. - Nie chcę tu być, nie podoba mi się ta szkoła, do któ­rej mnie zapi­sa­łeś, nie podo­bają mi się tutejsi ludzie, nie podoba mi się Anglia. Jest zimno, zawsze jest pochmurno, nie mam tu żad­nego przy­ja­ciela, nie chcę dalej tu być.

Cho­lera.

- Wiem, że to trudne, ale znaj­dziesz przy­ja­ciół.

- Nie chcę znaj­do­wać przy­ja­ciół! - jej krzyk mnie bar­dzo zasko­czył.

- Słu­chaj, Lilia, nie krzycz - skar­ci­łem ją, nie mogąc się powstrzy­mać.

- Ty mnie tu nie chcesz, ty mnie nie kochasz! Skła­ma­łeś przed chwilą.

- To nie­prawda.

- Wiem, kiedy ktoś mnie okła­muje, widzę to w jego oczach. Ty mnie nie kochasz, ale musisz się zacho­wy­wać tak, jak­byś mnie kochał, a to duża róż­nica.

Dojeż­dża­li­śmy do Prim­rose Hill i lunął deszcz, jakby chciał przy­znać rację dziew­czynce.

- Nauczymy się kochać wza­jem­nie - powie­dzia­łem, nie wie­dząc, co jesz­cze mam dodać.

- Ja nie chcę nauczyć się kochać cie­bie! Ja chcę wró­cić do mojego domu.

Zapar­ko­wa­łem i wyłą­czy­łem sil­nik.

- Teraz to jest twój dom, Lilio.

- Ja tu nie mam domu - powie­działa, wysia­da­jąc z samo­chodu. Padał ulewny deszcz i ja też pośpiesz­nie wysia­dłem z samo­chodu, jed­no­cze­śnie otwie­ra­jąc para­sol, żeby nie zmok­nąć.

- Lilia, chodź tu! - zawo­ła­łem ją, widząc, jak mok­nie.

A ona już naci­snęła dzwo­nek i zanim dobie­głem do niej, Han­nah otwo­rzyła drzwi.

Była zasko­czona, widząc dziew­czynkę. Jej uśmiech zamarł, gdy zoba­czyła, że Lilia minęła ją i wbie­gła na schody. Pod­czas pierw­szej wizyty Han­nah powie­działa Lilii, który pokój będzie jej, gdy będzie przy­jeż­dżać do domu.

- Panie Lenox, co się stało? - zapy­tała zmar­twiona, utkwiw­szy wzrok w scho­dach.

- Spo­koj­nie Han­nah. Lilia jest na mnie tro­chę obra­żona.

Zamkną­łem para­sol i poda­łem go Han­nah, żeby zdjąć płaszcz.

- Będę w biu­rze - powie­dzia­łem.

- Nie wej­dzie pan poroz­ma­wiać z nią?

Odwró­ci­łem się do mojej gosposi i spoj­rza­łem jej w twarz.

- Han­nah, Lilia jest obra­żona... Nie sądzę, żeby chciała roz­ma­wiać ze mną.

- Ale, pro­szę pana...

- Chciał­bym wcze­śnie zjeść kola­cję. Jestem zmę­czony, dzi­siej­szy dzień był bar­dzo przy­tła­cza­jący.

Han­nah mocno zaci­snęła usta i ode­szła.

Wspa­niale... Dziś chyba wszy­scy są na mnie obra­żeni.

Przez moment patrzy­łem w kie­runku bia­łych scho­dów i zasta­na­wia­łem się, czy powi­nie­nem sta­rać się poroz­ma­wiać z Lilią, ale instynkt mówił mi, abym ucie­kał stam­tąd moż­li­wie jak naj­da­lej.

Przy­zwy­czai się do życia tutaj. Teraz jesz­cze było na to za wcze­śnie, ale zrobi to.

Gdy wsze­dłem do biura, zadzwo­nił tele­fon. Wyją­łem komórkę z tyl­nej kie­szeni spodni i zoba­czy­łem, że to Nate.

Zdzi­wiło mnie to, bo pra­wie nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą od czasu powrotu z podróży. Ja byłem tak bar­dzo zajęty wszyst­kimi spra­wami Lilii, moich rodzi­ców, przed­się­bior­stwa, że...

Ode­bra­łem.

- Jestem w Sky Gar­den z Giselle, przyjdź, wypi­jemy kilka drin­ków! - prze­krzy­ki­wał hałas muzyki dźwię­czą­cej w tle.

Kim, do dia­bła, jest Giselle?

- Nie mogę dzi­siaj, jest u mnie Lilia - odpo­wie­dzia­łem.

- Kto? - zapy­tał. - Ach, tak, tak! Kurde, córka! Jesz­cze jej nie pozna­łem...

- Muszę koń­czyć, Nate.

- Zacze­kaj! - znów krzy­czał. Wes­tchną­łem gło­śno. - A nie możesz zosta­wić jej z gospo­sią? Jest pią­tek, już od ponad mie­siąca cię nie widzia­łem... Przyjdź na chwilę, no chodź!

Zasta­na­wia­łem się... Wie­dzia­łem, że następ­nego dnia czeka mnie tor­tura z moją rodziną, zasta­na­wia­łem się, bo od kiedy wró­ci­łem z Bali, nie mia­łem ani chwili dla sie­bie, ani jed­nej godziny relaksu. Zasta­na­wia­łem się też, bo wie­dzia­łem, jaki plan ma Nate. Od kiedy wró­ci­li­śmy z Bali, prze­łą­czył się na sys­tem auto­de­struk­cji, co zna­czyło, że będzie bez­na­dziejny, cią­gle pijany, będzie zaba­wiać się z kolej­nymi dziew­czy­nami, czyli to wszystko, na co ja jesz­cze nie byłem gotowy, bo w gło­wie mia­łem Nikki.

- Przyjdź, chło­pie! Kilka głęb­szych i wcze­śnie wró­cisz do domu, obie­cuję - nale­gał.

Zasta­na­wia­łem się, bo wie­dzia­łem, że jeśli zostanę, to będę jadł kola­cję z obra­żoną nasto­latką. Osta­tecz­nie posta­no­wi­łem przy­jąć zapro­sze­nie Nate'a.

Wysze­dłem z biura i na chwilę zatrzy­ma­łem się przy scho­dach. Nie mogłem wyjść, nic nie mówiąc Lilii. Wcho­dzi­łem na górę ze ści­śnię­tym żołąd­kiem.

Drzwi jej pokoju były na końcu kory­ta­rza... Deko­ra­to­rowi wnętrz powie­dzia­łem, żeby w tej czę­ści domu przy­go­to­wał pokój dla jede­na­sto­let­niej dziew­czynki. Stąd był ładny widok na ogród. Zatrzy­ma­łem się pod jej drzwiami i ostroż­nie zapu­ka­łem. Nikt nie odpo­wie­dział i deli­kat­nie otwo­rzy­łem drzwi. Lilia sie­działa przy oknie, z któ­rego widać było ogród. Miała nogi pod­kur­czone, kolana przy­ci­śnięte do klatki pier­sio­wej. Deko­ra­tor wyko­nał łóżko z małym bal­da­chi­mem, poma­lo­wał ściany na ładne paste­lowe kolory: żółty i tro­chę różu; przy­pusz­czam, że chciał tro­chę roz­świe­tlić miej­sce, do któ­rego przez okno rzadko docie­rało świa­tło słońca.

W pokoju stało biurko z nowym Makiem, półki z książ­kami, któ­rych Lilia nie przy­wio­zła, ale ja kaza­łem umie­ścić w jej pokoju. Było tam kilka kla­sy­ków, takich jak Jane Austen, Lewis Car­rol czy Tho­mas Hardy, oraz kolek­cje, które fascy­no­wały mnie w dzie­ciń­stwie, jak Harry Pot­ter czy Powie­ści z tysiąca i jed­nej nocy.

Naprawdę sta­ra­łem się, żeby poczuła się wygod­nie i dostat­nio...

Lilia odwró­ciła wzrok od okna i spoj­rzała na mnie.

Miała oczy czer­wone od pła­czu, a ja nie mogłem nie czuć się winny.

- Przy­sze­dłem, żeby powie­dzieć ci, że wyjdę na tro­chę.

Znów odwró­ciła się w kie­runku okna, nie mówiąc ani słowa.

Cią­gle była ubrana w mun­du­rek szkolny. Jedyne, co zmie­niło się w jej ubio­rze, to to, że nie miała na sobie mary­narki ani kra­wata, a koszula była luźno wycią­gnięta ze spód­nicy. To przy­po­mniało mi uro­czy­stość mojej mamy i zorien­to­wa­łem się, że być może Lilia nie ma stroju, któ­rego z pew­no­ścią ocze­kują moi rodzice i chcą zoba­czyć na swo­jej jedy­nej wnuczce.

- Czy chcia­ła­byś jutro wyjść na zakupy? - zapy­ta­łem tro­chę nie­chęt­nie, myśląc, że będę z nią sam przez nie­skoń­cze­nie długi czas. Tylko ona i ja... i nikt wię­cej.

Ponow­nie sku­piła wzrok na mnie, tym razem nieco zain­te­re­so­wana.

- Na zakupy? - zapy­tała z waha­niem.

Pomy­śla­łem, że już samo to, że odpo­wie­działa mi bez marsz­cze­nia brwi, było kro­kiem naprzód. Sko­rzy­sta­łem z oka­zji, żeby jej się tro­chę przy­po­do­bać.

- Możemy pójść do Har­rodsa; jeśli się nie mylę, dziew­czyny to uwiel­biają. Możemy tam zjeść obiad, kupić ci to, czego potrze­bu­jesz, i przy oka­zji wybie­rzemy sukienkę, którą wło­żysz na uro­dziny mojej matki.

- Co to jest Har­rods? - zapy­tała cicho.

- Bar­dzo duże i bar­dzo luk­su­sowe cen­trum han­dlowe - odpo­wie­dzia­łem.

Obser­wo­wała mnie przez chwilę, a ja czu­łem się, jakby mnie prze­świe­tlała rent­ge­nem.

- Dla­czego nie pój­dziemy do Zary? Tam są fajne ubra­nia - spy­tała ponow­nie.

Zara... No, nie­źle. Moja matka nie zaapro­bo­wa­łaby niczego z tego sklepu.

- Z pew­no­ścią w Har­rod­sie są takie rze­czy, nie martw się.

Lekki uśmiech poja­wił się na jej twa­rzy.

- Zgoda - powie­działa z nadzieją i tro­chę mniej obra­żona.

No dobrze... Jest jakiś postęp.

- Han­nah przy­go­tuje ci coś na kola­cję. Jeśli będzie­cie chciały, to może obej­rzyj­cie sobie na dole jakiś film. Ja nie wrócę bar­dzo późno.

Przy­tak­nęła w mil­cze­niu. Zro­bi­łem to samo i zamkną­łem za sobą drzwi.

No dobrze, nie było tak strasz­nie.

Wysze­dłem z domu, wsia­dłem do samo­chodu i poje­cha­łem do Sky Gar­den. Wola­łem inne, mniej tury­styczne miej­sca do picia drin­ków, ale dziew­czyny uwiel­biały ten rodzaj lokali, ze względu na to, że za oknami roz­po­ście­rały się piękne widoki i można było robić sobie fajne foty na Insta. Zapo­mnia­łem rów­nież, co zna­czyło wyj­ście na imprezkę, na któ­rej dziew­czyna auto­ma­tycz­nie nie wyj­muje tele­fonu za każ­dym razem, gdy podają nam jakieś jedze­nie.

Nie­na­wi­dzi­łem tego zwy­czaju.

Wsze­dłem na ostat­nie pię­tro budynku, poka­zu­jąc moją kartę wstępu, i zna­la­złem się w parku na wyso­ko­ści stu sześć­dzie­się­ciu metrów. Było tu pięk­nie, ale nie lepiej niż w set­kach innych lokali, gdzie można było miło spę­dzić czas.

W czę­ści baro­wej szu­ka­łem wzro­kiem Nate'a i zna­la­złem go przy sto­liku z czte­rema innymi oso­bami. Oczy­wi­ste było, że Nate już wypił za dużo, bo stał, wyma­chu­jąc ramio­nami, opo­wia­da­jąc jakąś histo­rię, którą, jak sądzę, tylko on sam uwa­żał za wesołą i cie­kawą. Wszy­scy pozo­stali śmiali się, a nawet nie­któ­rzy bili brawo. Widać było, że Nate już jakiś czas temu prze­kro­czył gra­nicę, zza któ­rej nie miał powrotu, i będzie chciał, żeby wie­czór trwał moż­li­wie naj­dłu­żej. Nie obwi­nia­łem go, ja sam towa­rzy­szy­łem mu pod­czas wielu tego rodzaju imprez, bar­dzo mocno zakra­pia­nych, już nie wspo­mnę tych z jesz­cze daw­niej­szej prze­szło­ści. Zro­zu­mia­łem, że być może moją misją tego wie­czoru jest sto­no­wać nieco prze­bieg wyda­rzeń. Pozo­stali byli już tak nakrę­ceni, że nie zda­wali sobie z niczego sprawy.

Pod­sze­dłem do nich i w tym momen­cie zasko­czył mnie widok blon­dynki sie­dzą­cej na fotelu. Miała dłu­gie nogi, zało­żone jedna na drugą, i ubrana była w ele­gancką, krótką sukienkę przy­le­ga­jącą do ciała. To Amanda. Do dia­bła. Moja eks. Cho­lera.

3

NIKKI

Dni mijały i już nie mia­łam siły dalej igno­ro­wać wiel­kiej prawdy, któ­rej tak bar­dzo się bałam.

Musia­łam dowie­dzieć się wię­cej. Wię­cej o mojej rodzi­nie. Wię­cej o moim wujku. Wię­cej o śmierci moich rodzi­ców. Co naj­waż­niej­sze: pra­gnę­łam ponow­nie spo­tkać się z Ale­xem. Byłam tchó­rzem, tak, ale przy­naj­mniej nie nego­wa­łam tego, co w końcu wypa­dało zaak­cep­to­wać. Oka­zało się, że teraz to wszystko już nie było mi tak zupeł­nie obo­jętne. Tak obo­jętne, jak zawsze sta­rano się, żeby było. Chciano, abym myślała podob­nie jak ci, któ­rzy mnie ota­czali i tro­chę znali moją histo­rię.

To był krok naprzód, jak sądzę. Rów­nież to, że zde­cy­do­wa­łam się na udział w kur­sie poko­ny­wa­nia lęku przed lata­niem samo­lo­tami, o co, bar­dzo nale­ga­jąc, popro­siła mnie Mar­got.

Pomimo mojej nie­chęci i braku wiary, że kurs mi pomoże, musia­łam przy­znać, że teraz pomysł, że w ogóle wejdę do samo­lotu, już nie wyda­wał mi się tak abs­trak­cyjny jak daw­niej... Jesz­cze wpa­da­łam w panikę na samą myśl, że mia­ła­bym to zro­bić, ale przy­naj­mniej byłam w sta­nie wyobra­zić sobie sie­bie przy­jeż­dża­jącą na lot­ni­sko. To już coś.

Krzą­ta­łam się teraz w kli­nice wete­ry­na­ryj­nej, sprzą­ta­łam, zmy­wa­łam krew jed­nego z pie­sków, któ­rego musia­łam ope­ro­wać. To nie było łatwe. Ni­gdy nie byłam w sta­nie zebrać potrzeb­nej kwoty na stwo­rze­nie wła­ści­wych warun­ków ste­ryl­no­ści miej­sca pracy. Jed­nak robi­łam wszystko, żeby kli­nika jakoś funk­cjo­no­wała: pies wyszedł z tego żywy, odpo­czy­wał w jed­nej z kla­tek, w któ­rych zosta­wia­łam pie­ski na rekon­wa­le­scen­cję po znie­czu­le­niu albo po takiej chi­rur­gicz­nej ope­ra­cji jak ta.

Ope­ro­wa­łam za darmo, pie­nią­dze na potrzebne mate­riały i leki pocho­dziły wyłącz­nie z moich oszczęd­no­ści, które coraz bar­dziej top­niały. Było mi trudno dotrwać do końca mie­siąca, bo wszyst­kie ceny poszły w górę z powodu infla­cji, a tylko cze­kać, jak opłata za wyna­jem lokalu na kli­nikę dosto­suje się do ogól­nej fali pod­wy­żek.

Moja sytu­acja była coraz bar­dziej nie­pewna. W ostat­nich tygo­dniach, nie tylko z powodu żałoby po śmierci mojego wujka, nie uda­wało mi się zara­biać tyle co wcze­śniej. Na­dal pro­wa­dzi­łam lek­cje jogi, poma­ga­łam w hotelu, ale nie byłam w sta­nie nur­ko­wać i być prze­wod­ni­kiem dla nur­ku­ją­cych tury­stów. Gdy zro­bi­łam to ostat­nim razem, poczu­łam tak silny dys­kom­fort jak ni­gdy wcze­śniej. Ten sport był moją pasją, a teraz odczu­wa­łam jakiś para­li­żu­jący lęk. Zda­niem Mar­got to sku­tek stresu. Na doda­tek nie dzwo­nili do mnie ze spa, nie chcieli już korzy­stać z moich usług. Wia­domo, to po tej afe­rze z Ale­xem.

Musia­łam szybko wymy­ślić jakiś nowy plan.

- Twoja rodzina to mul­ti­mi­lio­ne­rzy, Nikki - pró­bo­wała uzmy­sło­wić mi Mar­got, gdy tylko dowie­działa się o wszyst­kim, co opo­wie­dział mi Alex i co potem zyskało potwier­dze­nie w liście.

- Widzisz! Musisz wsiąść do samo­lotu i doma­gać się tego, co ci się należy.

- Nie inte­re­suje mnie bycie milio­nerką, Mar­got. Zawsze zado­wa­la­łam się tym, co mam. Bogac­two to nie moja bajka.

- Jed­nak mogła­byś wszystko robić, mając tak dużo pie­nię­dzy, Nikki! Mogła­byś otwo­rzyć praw­dziwą kli­nikę wete­ry­na­ryjną, mogła­byś zatrud­nić wykwa­li­fi­ko­wa­nych ludzi, któ­rzy by ci poma­gali! Nie musia­ła­byś mieć pię­ciu prac, zasu­wać od świtu do nocy, nie musia­ła­byś patrzeć na ceny zawsze, gdy wcho­dzisz do sklepu, a co naj­waż­niej­sze, droga przy­ja­ciółko, mia­ła­byś wię­cej czasu, żeby go spę­dzać z nami. Pra­wie się nie widu­jemy! Zawsze jesteś w biegu.

- Już, prze­stań! Prze­cież muszę zara­biać na życie, dzię­kuję za uwagę.

- Nikki, jeśli wszystko, co mówisz, jest prawdą, to ozna­cza, że mają­tek, który odzie­dzi­czył twój angiel­ski wujek, w rze­czy­wi­sto­ści powi­nien nale­żeć do cie­bie. A przy­naj­mniej znaczna jego część. Przed­się­bior­stwo było prze­cież wła­sno­ścią two­jego ojca. Pro­blem polega na tym, że nikt nie wie o ist­nie­niu jego córki, spad­ko­bier­czyni.

Te słowa spra­wiły, że zaczę­łam myśleć o moim bra­cie, który zgi­nął razem z moimi rodzi­cami w tam­tym wypadku. Alex powie­dział mi i mogłam to potwier­dzić w inter­ne­cie, że mój brat miał na imię Adam. Był blon­dy­nem o zie­lo­nych oczach, czego dowie­dzia­łam się dzięki zdję­ciom zna­le­zio­nym w sieci. Gdy­bym wcze­śniej wie­działa, że część życio­rysu mojego ojca była opu­bli­ko­wana w necie...

Były tam jego foto­gra­fie, jak węd­ko­wał z waż­nymi oso­bi­sto­ściami, nomen omen "gru­bymi rybami" z wiel­kich przed­się­biorstw. Było nawet jego zdję­cie z pre­mie­rem Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa. Były foto­gra­fie z imprez, na któ­rych bywał, ubrany ele­gancko, a piękna blon­dynka trzy­mała go pod rękę... Czy to była matka Adama? Z pew­no­ścią tak, bo zawsze była na foto­gra­fiach, na któ­rych wid­nieli także oni. Jak się zdaje, rodzice zabie­rali brata wszę­dzie tam, dokąd jechali.

Jedna kon­kretna foto­gra­fia zwró­ciła moją uwagę. Zro­biono ją na chwilę przed wej­ściem na pokład pry­wat­nego samo­lotu. Mój ojciec z malut­kim Ada­mem na ręku, obok uśmiech­nięta matka. Towa­rzy­szył im męż­czy­zna star­szy od ojca, szpa­ko­waty, około czter­dzie­sto­letni. Też się uśmie­chał i trzy­mał za rękę około pię­cio­let­niego chłopca.

Cała zadrża­łam, gdy zda­łam sobie sprawę, że tym małym chłop­cem był Alex. Na samo­lo­cie z łatwo­ścią można było odczy­tać napis "Lenox Exe­cu­tive Avia­tion"; z pew­no­ścią jego ojciec przy­jaź­nił się z moim. Sam Alex powie­dział mi, że mój ojciec był jed­nym z naj­lep­szych klien­tów jego taty.

Gdy zyska­łam pew­ność, że wszystko, o czym mi powie­dział, to prawda, poczu­łam wielką ochotę, by zadzwo­nić do niego. Przy­znaję jed­nak, że było mi bar­dzo wstyd z powodu tego, jak go potrak­to­wa­łam, że byłam na niego obra­żona, gdy wyjeż­dżał. A prze­cież zawi­nił tylko tym, że opowie­dział mi całą prawdę.

Prawdą było także to, co mówił o oskar­że­niach wobec jego przed­się­bior­stwa i poda­wa­niu w wąt­pli­wość spraw­no­ści samo­lo­tów nale­żą­cych do firmy, w związku z kata­strofą, w któ­rej zgi­nęli moi rodzice. To oczy­wi­ste, że ta wia­do­mość poja­wiła się w wielu nagłów­kach; oczy­wi­ste było też, że wsz­częto śledz­two. Prawdą było rów­nież, że z powodu braku dowo­dów został unie­win­niony; prawdą było, że do tej pory jesz­cze nikt nie zapła­cił za śmierć mojej matki, mojego ojca, mojego brata i załogi tam­tego samo­lotu, który ni­gdy nie powi­nien był wystar­to­wać z Amster­damu. Jed­nak były pewne rze­czy, które mi nie paso­wały.

Według Alexa zna­le­ziono czarną skrzynkę. Z odsłu­cha­nego nagra­nia wyni­kało, że samo­lot miał poważne pro­blemy tech­niczne, któ­rych piloci nie byli w sta­nie wykryć wcze­śniej ani zapa­no­wać nad nimi. Alex bro­nił wer­sji, że był to wypa­dek spro­wo­ko­wany, że ktoś coś uszko­dził, by samo­lot spadł... To mogła być prawda, tak, ale mogła też to być despe­racka obrona jego firmy, próba odsu­nię­cia podej­rzeń od pra­cow­ni­ków przed­się­bior­stwa, któ­rzy mogli coś prze­oczyć, cze­goś nie dopil­no­wać.

Nie bro­ni­łam Alexa, ale go rozu­mia­łam. Rozu­mia­łam jego rodzinę i chęć oczysz­cze­nia się z zarzu­tów, które bez wąt­pie­nia mogły wykoń­czyć fami­lijny biz­nes. Wpa­dłam w furię, gdy mi to powie­dział w zaufa­niu, ale teraz już byłam zdolna rozu­mieć go, pomimo że błąd, jaki popeł­niła jego rodzina, zakoń­czył się śmier­cią mojej rodziny.

Takie myśli krą­żyły mi po gło­wie, gdy ktoś zapu­kał do drzwi kli­niki wete­ry­na­ryj­nej.

- Pro­szę wejść - rzu­ci­łam gło­śno, myjąc ręce w małej umy­walce w rogu pomiesz­cze­nia.

- Wresz­cie cię zna­la­złem - powie­dział Gus, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

- A gdzie, jak nie tutaj mia­ła­bym być? - odpo­wie­dzia­łam, osu­sza­jąc ręce tro­chę brud­nym ręcz­ni­kiem.

- Mag­gie i Mal­colm zerwali ze sobą - oznaj­mił. Sły­sząc to, ska­mie­nia­łam.

- Co takiego?!

- Wła­śnie byłem świad­kiem, jak krzy­czeli na sie­bie, kłó­cąc się w Mola Mola. Ależ to było przed­sta­wie­nie! Naj­gor­sze, że musia­łem inter­we­nio­wać. Mal­colm prze­stał być sobą, bo to Mag­gie go zosta­wiła, a nie on ją, jak chyba chciał zro­bić. Ten straszny imbe­cyl zła­pał piwo i cisnął nim o pod­łogę. Kawa­łek szkła zra­nił Mag­gie w stopę...

- Co takiego?! - powtó­rzy­łam w szoku, nie mogąc uwie­rzyć.

- Prze­pra­szał od razu i chciał poma­gać, ale Eko i ja natych­miast wypro­wa­dzi­li­śmy go stam­tąd. Wszystko mi jedno, czy chciał, czy nie chciał jej fizycz­nie zra­nić. Zro­bił to!

Przy­tak­nę­łam, zasła­nia­jąc usta dło­nią.

- Jak się czuje Mag­gie?

- Możesz wie­rzyć lub nie, ale ona jest bar­dziej obra­żona niż smutna.

To tro­chę mnie uspo­ko­iło, cho­ciaż za wcze­śnie było na ana­lizę uczuć mojej przy­ja­ciółki. W końcu ona zerwała ze swoim mężem... Nie bar­dzo mnie to dzi­wiło. Od kiedy Mal­colm dowie­dział się, że Mag­gie poszła do łóżka z Nate'em, a ona dowie­działa się, że Mal­colm od roku wszyst­kich okła­my­wał, ich rela­cja prze­ro­dziła się w totalną kata­strofę. Żadne z nich nie ufało dru­giej stro­nie i widać było, że zbliża się zerwa­nie... Cho­ciaż ni­gdy bym nie przy­pusz­czała, że moja przy­ja­ciółka wyj­dzie z tego ranna.

Ależ z niego imbe­cyl!

- Czy skoń­czy­łaś już dzi­siaj pracę? Myślę, że dobrze jej zrobi spo­tka­nie z tobą.

Rozej­rza­łam się wokół. Chcia­ła­bym jesz­cze dokoń­czyć sprzą­ta­nie, szcze­gól­nie że jeśli w tej chwili tego nie zro­bię, będę musiała posprzą­tać następ­nego dnia przed pierw­szą lek­cją jogi. Musia­ła­bym wstać bar­dzo wcze­śnie. Jed­nak przy­ja­ciółka mnie potrze­bo­wała, a to było dużo waż­niej­sze.

- Idziemy - zde­cy­do­wa­łam, kie­ru­jąc się do drzwi.

Zje­cha­li­śmy z pagórka na moto­cy­klach jak sza­leni. Batú biegł obok mnie. Od śmierci mojego wujka nie odstę­po­wał mnie ani na krok. Jakby wie­dział, że jestem smutna, i chciał mnie pocie­szyć swoim sta­łym towa­rzy­stwem. Byłam mu za to wdzięczna, bo jego obec­ność zawsze spra­wiała, że na mojej twa­rzy poja­wiał się uśmiech.

Spoj­rza­łam na niego w lusterku wstecz­nym i nie mogłam powstrzy­mać uśmie­chu, widząc, jak ener­gicz­nie bie­gnie, z wywie­szo­nym języ­kiem i szczeka szczę­śliwy.

Poje­cha­li­śmy do Mag­gie. Miesz­kała obok willi dla tury­stów, w małym apar­ta­men­cie, który jej rodzice zbu­do­wali dla osoby kie­ru­ją­cej hote­lem.

Gdy zapu­ka­li­śmy do drzwi, męski głos krzyk­nął, żeby­śmy zacze­kali.

To był Eko.

- Jak ona się czuje? - zapy­ta­łam zamiast powi­ta­nia, gdy otwo­rzył nam drzwi.

- Narzeka - odpo­wie­dział, a ja natych­miast zmarsz­czy­łam brwi.

Weszłam do przed­po­koju, a następ­nie do prze­stron­nego salonu, któ­rego wystrój opie­rał się głów­nie na kon­tra­ście bia­łego kamie­nia z kolo­ro­wymi podusz­kami. W jed­nym kącie paliło się kadzi­dełko, spo­wi­ja­jąc całe pomiesz­cze­nie tak dobrze nam zna­nym aro­ma­tem. W dru­gim kącie stała dość duża rzeźba Buddy, obser­wu­ją­cego nas nie­wzru­szo­nym spoj­rze­niem. Pogu­bi­łam się w obli­cze­niach, ile reli­gii posta­no­wiła prak­ty­ko­wać Mag­gie i do ilu bogów modliła się każ­dej nocy. Jej zda­niem czuła powo­ła­nie w naj­mniej ocze­ki­wa­nych momen­tach, a kiedy się modliła, deko­ra­cja jej wnę­trza dosto­so­wy­wała się do danych zwy­cza­jów.

Mag­gie leżała na sofie, z głową w miej­scu, gdzie powinny spo­czy­wać stopy i ze sto­pami na opar­ciu.

- Cześć - powi­ta­łam ją, nieco pogu­biona. Zauwa­ży­łam, że miała zakrwa­wioną stopę.

Odwró­ciła głowę do tyłu, żeby lepiej mnie widzieć.

- Już się dowie­dzia­łaś? - zapy­tała. Zoba­czy­łam, że kilka łez spływa po jej twa­rzy w nie­ty­po­wym kie­runku. Łzy zmie­szały się z wło­sami, zamiast spły­nąć po policz­kach.

Przy­tak­nę­łam w mil­cze­niu.

- Czemu uło­ży­łaś się w ten spo­sób? - zapy­ta­łam, patrząc na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Jest idiotką - odpo­wie­dział Eko w jej imie­niu. - Myśli, że w ten spo­sób zatrzyma krwa­wie­nie.

- Pozwa­lam, żeby zadzia­łała gra­wi­ta­cja - powie­działa Mag­gie.

Posta­wi­łam torbę na sto­liczku i usia­dłam obok niej, pod­czas gdy Eko, sto­jąc za kanapą, sta­rał się oczy­ścić jej ranę gazą.

- Czy rana jest głę­boka? - zapy­ta­łam Eko, oglą­da­jąc ska­le­cze­nie.

Zaprze­czył ruchem głowy.

- Na szczę­ście dla tego imbe­cyla Mal­colma, nie. Nie jest głę­boka - powie­dział, bio­rąc ban­daż i gazę i zaczy­na­jąc ban­dażowanie.

- Zosta­wi­łam go - powie­działa Mag­gie, cho­ciaż już to wie­dzia­łam. - Już nie mogłam go znieść: kłót­nie, krzyki... Nie byli­śmy w sta­nie wró­cić do sie­bie po tym... Już wiesz - powie­działa, patrząc na mnie wzro­kiem win­nej. - Roz­pie­przam wszyst­kie moje rela­cje... Nie wiem, jak ja to robię, ale wszy­scy męż­czyźni, któ­rych kocham, odcho­dzą ode mnie.

Zanim zdo­ła­łam coś powie­dzieć, Eko klep­nął ją po nodze.

- Ock­nij się, Mag­gie! - powie­dział. - Nie odcho­dzą od cie­bie, tylko ty ich odsu­wasz, bo żaden z nich nie jest na twoim pozio­mie.

- Piękny spo­sób widze­nia pro­blemu, ale wszy­scy wiemy, że to nie tak - powie­działa, a ja zauwa­ży­łam, że Gus siada z dru­giej strony sofy, patrzy na nią i kręci głową w mil­cze­niu.

- Powin­naś sku­pić się na tym, co poszło źle, i sta­rać się wycią­gnąć z tego wnio­ski... żeby następ­nym razem poszło dobrze.

- Następ­nym razem? - powie­działa Mag­gie, sia­da­jąc wypro­sto­wana, gdy Eko skoń­czył ban­da­żo­wać jej stopę. Byłam wdzięczna, że widzę ją w pozy­cji pio­no­wej. - Koń­czę. Zamie­rzam przejść na duchową eme­ry­turę, stanę się les­bijką albo coś w tym stylu, ale już ni­gdy nie wejdę w kolejną rela­cję z męż­czy­zną.

- Kobieta nie może nagle stać się les­bijką, Mag­gie. Nią się jest albo nie.

- Zapew­niam cię, że gdy­bym była z jakąś kobietą, wszystko szłoby dosko­nale.

- Żebyś mogła być z jakąś kobietą, to naj­pierw musia­łyby podo­bać ci się kobiety.

- Podo­bają mi się, wiesz? Kręcą mnie Beyoncé i Dua Lipa...

- Nas wszyst­kich kręcą Beyoncé i Dua Lipa, ale to nie zna­czy, że...

- Czy możesz mi pozwo­lić być z jakąś kobietą? - zapy­tała zrzę­dli­wie.

Posta­no­wi­łam inter­we­nio­wać, zanim zacie­trze­wią się w tej bez­sen­sow­nej dys­ku­sji.

- W tym wszyst­kim ważne jest to, że to ty posta­no­wi­łaś go zosta­wić, Maggs. Jeśli to zro­bi­łaś, to zna­czy, że to wystar­cza­jąco prze­my­śla­łaś. Znam cię i wiem, że nie zro­bi­ła­byś cze­goś takiego, jeśli nie prze­my­śla­ła­byś tego dokład­nie.

Mag­gie zamil­kła i roz­tar­gniona obser­wo­wała swoje paznok­cie.

- Nie byli­śmy szczę­śliwi... W naszej rela­cji było wiele wybo­jów, Mal­colm wie­dział... A może to ja odczu­wa­łam... Nie zapo­mnia­łam o Nacie. To był ten prze­klęty pro­blem.

Eko, Gus i ja spoj­rze­li­śmy na sie­bie jak współ­wi­no­wajcy.

Chyba histo­ria Nate'a i Mag­gie nie miała końca i pra­wie prze­ra­dzała się w obse­sję.

- Szczę­śli­wie Nate jest daleko stąd i ma się dobrze - powie­dział Eko, sta­ra­jąc się zamknąć temat, ale twarz mojej przy­ja­ciółki przy­brała taki wygląd, że wszy­scy troje ponow­nie wymie­ni­li­śmy spoj­rze­nia.

- Jest coś, o czym muszę wam powie­dzieć... - stwier­dziła tak, że wszy­scy w napię­ciu usie­dli­śmy na sofie.

- Do cho­lery, nie chcesz mi powie­dzieć, że zamie­rzasz wró­cić do Nate'a? - powie­dział Eko z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie możesz, Mag­gie, on nie zasłu­guje na cie­bie! - wygło­sił swoje zda­nie Gus.

Ja mil­cza­łam.

Zupeł­nie nie podo­bała mi się twarz mojej przy­ja­ciółki...

- Co musisz nam powie­dzieć? - zapy­tał Eko po chwili mil­cze­nia.

Mag­gie pocią­gnęła nosem i spoj­rzała na mnie, zanim zaczęła mówić.

- Jestem w ciąży.