Baldur. Tom I Wyspy Białego Słońca - Piotr Mikołajczak, Berenika Lenard

-
Proszę czekać

IIslandia 2019(21 czerwca)

Z tyłu autobusu rozległ się nagle głos imama nawołującego do modlitwy. Jezu, dopiero zasnąłem. Otworzyłem oczy, spojrzałem na szybę. Ciężkie krople uderzały w nią jak pociski. Deszcz. Dlaczego mnie to, kurwa, nie dziwi. Siedzący obok czarnoskóry mężczyzna z kolorowymi włosami odwrócił głowę, by sprawdzić, kto włączył nagranie, i krzyknął coś po arabsku. Po ostrej wymianie zdań imam z YouTube'a umilkł. Pojazd ponownie pogrążył się w ciszy. Niezbyt przytomny po rozbudzeniu nie zrozumiałem, co zaszło, ale w gruncie rzeczy mało mnie to obchodziło. Spojrzałem za okno. Księżycowy krajobraz rozmywał się jak kiepska abstrakcja. Kraina lawy, mchu i deszczu. Turyści mówią czasem po lądowaniu w Keflavíku, że Reykjanes wygląda jak inna planeta. Dawniej też tak myślałem. A dziś mam po prostu wrażenie, że tu, gdzie kiedyś mieszkałem, prawie zawsze padało.

Ostatni raz jechałem tą linią piętnaście lat temu. Pozornie nic się nie zmieniło, w autobusie zimno jak cholera, siedzenia pokryte tandetnym obiciem. W tamtym czasie jednak wśród pasażerów było dwóch, może trzech obcokrajowców, teraz zaś proporcje się odwróciły. Pięćdziesiątka piątka jadąca na Reykjanesb?r wiozła Somalijczyków, Litwinów, Polaków i kilku Azjatów z siatkami pełnymi zakupów. Dwadzieścia lat temu to było nie do pomyślenia. Dwadzieścia lat temu wiele rzeczy na wyspie było nie do pomyślenia. Jedna z nich spowodowała, że zmierzałem teraz w kierunku przerobionej na osiedle mieszkalne dawnej amerykańskiej bazy wojskowej.

Choć nazwa Ásbrú oznaczała dosłownie "most bogów", z mitycznym Asgardem miała niewiele wspólnego. W powszechnym przekonaniu trafiali tam przede wszystkim ci, których nie było stać na mieszkanie w Reykjavíku: emigranci, niepełne rodziny, młode małżeństwa lub nowi na wyspie, uchodźcy wysłani tu przez rząd. Byli tam też tacy, którym po prostu nie zależało na szczególnej lokalizacji - ważne, by w ogóle mieli gdzie mieszkać. Bloki o trzy i czterocyfrowych numerach przeznaczone były również dla pracowników lotniska w Keflavíku. Ásbrú dość szybko się rozwijało, ale nie miało perspektyw na przeobrażenie się w prestiżową miejscówkę. Poza tym pola lawy, wiatr i nijakie widoki.

Gdy ostatnio byłem w Ásbrú, spotkałem parę starych ćpunów - Júlíusa i Míę. W dawnych czasach napędzali wszystkie imprezy w stolicy. Znał ich każdy, kogo kręciły międzygalaktyczne tripy. Nie liczyło się dla nich nic prócz dobrej zabawy, towarzystwa i dragów. Zdziwiłem się, że jeszcze żyją. Długie włosy Júlíusa posiwiały i przerzedziły się, Mia przybrała na wadze i jej smutna twarz przypominała teraz księżyc w pełni. Wyglądali dużo lepiej niż za czasów, gdy wegetowali przy Hlemmurze1. Zagadałem do nich, ale chyba mnie nie poznali. Nic dziwnego, byłem tylko jednym z setek gówniarzy, którzy biegali za pierwszymi dragami po Laugavegur. Szybko z tym skończyłem, choć jeszcze od czasu do czasu kupowałem towar u znajomego Polaka, żeby się wyluzować.

Kierowca autobusu, młody chłopak, może w moim wieku, krótko ostrzyżony i w niewyprasowanej koszuli, opowiadał przez telefon o incydencie sprzed kilku minut. Docierały do mnie tylko strzępy relacji: koniec Islandii, jaką znamy, kraj przejęty przez brudnych imigrantów, wartości upadają, trzeba coś z tym zrobić. Typowa narracja części tego społeczeństwa. Rasizm na wyspie ma się dobrze. Wielu Islandczyków traktuje imigrantów - szczególnie tych z Europy Wschodniej - z pogardą, w najlepszym razie jak tanią siłę roboczą, często łamiąc prawa pracownicze. Najchętniej w ogóle pozbawiliby ich benefitów. Przyjechali tu na chwilę, więc niech robią, co do nich należy i wracają do swojego biednego kraiku z portfelem napchanym islandzkimi koronami. Kierowca zarzekał się, że za kilka lat wyprowadzi się z tej przeklętej wyspy i osiądzie tam, gdzie życie jest może cięższe, ale bardziej interesujące.

Z tym ostatnim mógłbym się nawet zgodzić. Życie tu nie było zbyt ciekawe. Przypomniałem sobie czasy, gdy jeździłem po całej Islandii z paczką artystycznie pokręconych przyjaciół. Nazwaliśmy się Vinstra Auga2. Chcieliśmy w ten sposób nawiązać do mitologii nordyckiej: historii Odyna, który swoje lewe oko oddał Mimirowi - strażnikowi magicznej studni mądrości. Mieliśmy wyczucie do łapania w kadrze najlepszych islandzkich krajobrazów i nieźle się przy tym bawiliśmy. Kręciliśmy klipy dla lokalnych i zagranicznych kapel, spoty wyborcze, krótkie historie ludzi mieszkających na islandzkim zadupiu, ale przede wszystkim reklamy dla firm turystycznych, przy okazji zarabiając niezłą kasę. O nią właśnie zaczęły się kłótnie, w konsekwencji ekipa się rozpadła i każdy odpłynął w swoją stronę. Ostatnio rzadko przyjmowałem podobne zlecenia.

Byłem przede wszystkim fotografem i droniarzem, choć złośliwi mówili, że na Islandii jest nim każdy, kto ma odpowiedni sprzęt, nawet byle jaki. Gówno prawda, ale po kilku latach na rynku musiałem przyznać - zaczęło się robić ciasno. Teraz każdy dzieciak z dronem i MacBookiem potrafił skleić film w pół dnia. Co z tego, że bez historii, bez feelingu. Przy zmniejszającej się liczbie zleceń postanowiłem zaryzykować i zainwestowałem całe oszczędności w - jak mi się, kurwa, wydawało - obiecujący startup. Zdesperowany, od kilku tygodni dorabiałem też, pisząc dla nowego tabloidu "ÉG", założonego przez bankiera, który po odsiadce za kryzys z 2008 roku doił na nowo kasę z turystyki.

Jako początkującemu zlecano mi same bzdety. Grzebałem w plotkach, pisałem o remontach dróg i chodziłem na koncerty, by nabazgrać kilka słów o tym, jak nołnejm ze Stykkishólmur oczarował jakieś stare wydry listą przebojów z lat pięćdziesiątych. Tak, drodzy czytelnicy "ÉG", dom starców huczał jak Carnegie Hall na Zappie w siedemdziesiątym pierwszym. Błagałem o coś ciekawszego, ale byłem nowy i choć odbyłem staż w "Morgunbla?i?" oraz pracowałem chwilę dla Visira, dostawałem "kotki na drzewie". Tak o mniej ważnych tematach mówił Hvalur - naczelny "ÉG" i największy psychopata, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Profesjonalny cynik. Wymagający od podwładnych maksymalnego poświęcenia. Wyznawca kultury zapierdolu. W dobry dzień był do rany przyłóż, gdy jednak coś go wkurwiło, wpadał w szał, rzucał czym popadnie, wrzeszczał na pracowników, wywalał z roboty tych, którzy mu podpadli. Gdy już się rozkręcił, nie dało się go zatrzymać. Połowa firmy pociła się przy nim ze stresu, ja miałem na niego jednak sposób. Od początku tej roboty stosowałem strategię szczerego karalucha. Mówiłem, co czuję, ale tylko gdy Hvalur pytał. Nie wychylałem się jak pozostali, a dzięki temu, że unikałem sporów, otrzymywałem to, czego reszta nie miała - względny spokój. W pewnym momencie nawet gościa polubiłem.

Dziś wreszcie dostałem coś ciekawego. Hvalur dopadł mnie w boksie redakcyjnym przed jedenastą. Miałem pojechać pod Keflavík. Jakiś pomyleniec zamknął dziecko sąsiadów w swoim mieszkaniu w dawnych blokach wojskowych w Ásbrú. Twierdził, że siedmiolatek jest demonem, i groził, że napoi go kwasem z akumulatora. Wcześniej na jednym z forów internetowych wypisywał o kolekcji kwasów, jakie uzbierał po szrotach, groził, że wpuści je do wodociągów, a na koniec podłoży bomby pod kilka instytucji publicznych w Reykjavíku. Chciał załatwić wszystkich Islandczyków, by wyspa ponownie znalazła się pod wyłącznym władaniem natury. Coś się zaczyna dziać, pomyślałem. Jak na Islandię to rzeczywiście anomalia. Nareszcie nie będę strzępić klawiatury na brednie, których nikt nie czyta.

Na parkingu niedaleko siedziby redakcji na Skólavör?ustígur czekała mnie niemiła niespodzianka. Okazało się, że ktoś przebił opony w moim dwunastoletnim pajero. Nie pocieszyło mnie, że trzy samochody zaparkowane obok również miały pochlastane gumy. Szlag, cholerne dzieciaki! Zaczynają odwalać takie rzeczy już od samego rana? No nic, pewnie nudzą się na wakacjach. Nie miałem zapasówek, bo kto normalny wozi ze sobą dwa koła ekstra? Wyjąłem telefon i rzuciłem okiem na apkę Straetó z rozkładem jazdy autobusów. Szybko skalkulowałem, że najlepiej złapać pięćdziesiątkę piątkę obok ratusza. Będę na miejscu po dwunastej. Musiałem biec. Spocony i zdyszany ledwo zdążyłem na przystanek. Trzeba było, gościu, wcześniej rzucić palenie. Sprawność po dawnych treningach gdzieś tam się jeszcze tliła, ale nie byłem pewien, czy mam czas i siłę, by wrócić do porannego biegania.

Wybrałem stare miejsce w środku pojazdu. Z tyłu i z przodu ludzie gadali, strefa ciszy znajdowała się pomiędzy nimi. Przed laty, gdy ojciec nie miał auta, autobus był jedynym miejscem, gdzie w jako takim spokoju można było poczytać. Odruchowo wyjąłem z plecaka książkę, lecz nie mogłem się skupić na lekturze i na moment przysnąłem. Nie zdarzyło mi się to nigdy wcześniej. Zwłaszcza przed południem. W ostatnim czasie lubiłem pobyć z własnymi myślami sam na sam, bez rozpraszaczy. Przez kilka lat zasypiałem z głośną muzyką w słuchawkach. Wpatrywałem się w sufit, męczyłem wzrok i w końcu odpływałem tuż przed tym, jak kaseta w walkmanie wydawała dwa charakterystyczne dźwięki: szum, kliknięcie, a potem w uszach dzwoniła cisza. Gdy nadal nie udawało mi się zasnąć, ratowała mnie strona B. Słuchałem do skutku, aż zmęczenie odcinało zasilanie. Kiedy ojciec dowiedział się od mojego przyrodniego brata Grímura, że nocami nieruchomo wpatruję się w sufit, wysłał mnie na terapię. Ponad trzy lata przyjmowałem leki, których nazw nie potrafiłem przeczytać. Ale kochałem te srebrne blistry, bo momentalnie odłączały od świata, koszmarów, dawały poczucie bezpieczeństwa. Kiedy Bryndis z ojcem uznali, że dość faszerowania mnie chemią, problem powrócił. Lecz wtedy już nauczyłem się udawać, że śpię. Gdy wyszedłem z domu, nastała era audiobooków i podcastów. Uwielbiałem gubić się w myślach i historiach innych ludzi, bo w przeciwieństwie do muzyki przy nich mogłem zasypiać już z zamkniętymi oczami.

Po przebudzeniu włączyłem telefon. W rogu ekranu wyskoczyła ikonka z ptakiem dodo - zdjęciem profilowym Siggiego, od dwudziestu lat mojego najlepszego przyjaciela i w całym Reykjavíku jedynej osoby, której ufałem. Siggi uważał, że jest wymierającym gatunkiem podróżnika, który - choć świat został już na wskroś opisany - marzył, by dokonać jeszcze jednego pionierskiego odkrycia. Nie zależało mu na sławie, chodziło o osobistą satysfakcję. Nie udzielał się w mediach społecznościowych, nie dzielił się sukcesami z kimś, kogo nie znał. Byłem jednym z jego ostatnich przyjaciół, którzy nie rozpuścili dawnych znajomości w życiu rodzinnym. Siggi otaczał się ludźmi, w których tlił się jeszcze duch dawnych wędrowców i którzy rozumieli jego pasję.

Wybrał architekturę. W trakcie studiów zrobił sobie, jak wiele islandzkich dzieciaków, gap year w USA. Tam też nauczył się latać helikopterem i awionetkami, a pod koniec pobytu uzyskał uprawnienia płetwonurka. Po powrocie do Europy i obronie dyplomu mógł zdobyte umiejętności wykorzystywać w pracy. Od lat jeździł do krajów nordyckich na zlecenie islandzkiego lub duńskiego rządu czy firm z sektora prywatnego. Oceniał ryzyko zaangażowania kapitału, tworzył plany hipotetycznych inwestycji. Rzetelnie określał, czy coś, co dziś jest już niemal ruiną - niszczejące obiekty industrialne, porzucone gospodarstwa, stare szpitale, wyludnione bazy powojskowe, różne opuszczone miejsca, których na dalekiej Północy nie brakuje - może jeszcze powstać z martwych. Naprawić, co można, albo zostawić w spokoju, by zjadły je czas i natura. Nieraz wymagało to od niego schodzenia pod wodę lub wznoszenia się nad powierzchnię ziemi. Od kilku dni na zlecenie jakiejś międzynarodowej korporacji był na Grenlandii.

Tym razem miał rzucić okiem na Nordafar, dawną stację połowową znajdującą się niecałe dwie godziny rejsu motorówką od Nuuk. Należała po części do Farerów, Norwegów i Grenlandczyków. Opuszczone budynki ściągały turystów z całego świata, a Grenlandia po latach turystycznej posuchy zaczęła się stawać modna. Siggi wspominał, że inwestorzy z Danii i Wysp Owczych chcieli sprawdzić, czy można tam stworzyć nowoczesny kurort, gdzie mieszałyby się czasy - przeszły z teraźniejszym, przy okazji wskrzeszając dawną dumę Farerów, którzy, zdawało się, przez chwilę mieli w tym miejscu nawet zapędy kolonizatorskie.

- Cześć! - Włączyłem pierwszy z kilku filmów, jakie przysłał Siggi. - Jutro jadę do Faeringahavn, a dziś się trochę bawię. Fantastisk vejr! - Rzeczywiście, Siggi był w tłumie ludzi. Świeciło ostre słońce, a on szedł gdzieś w otoczeniu grenlandzkich flag. Jak zwykle, gdy był poza Islandią, jego akcent stawał się twardszy. Wtrącał też wszędzie słowa duńskie, i to z właściwą wymową, co doprowadzało mnie do szału. Wszystko, co mówił, brzmiało tak, jakby przerośnięty gołąb gruchał do kiepskiego mikrofonu. - Tu trochę inaczej obchodzi się święto narodowe. Za chwilę będą polować na foki. Wyobraź sobie, że ten, który wygra, dostaje, kurwa, ponton. Oh, jeg vil gerne vinde en jolle3! - Widziałem Siggiego w takim stanie po raz pierwszy od miesięcy. Śmiał się, żartował, wyglądał na szczęśliwego. - Dziś wieczorem spotykam się jeszcze z Madsem, tym, o którym ci mówiłem. Do roboty płynę dopiero jutro, wynająłem już butlę. Jak oglądam zdjęcia, to wydaje się, że to raczej stracone miejsce, ale nigdy nic nie wiadomo. Zobaczymy, czy będą zadowoleni. Ci ludzie z Bas... - Tu Siggi przerwał i obrócił kamerę. - Zobacz! Ale mają zajebiste stroje. Smukke kvinder4! Zawsze mi się podobały.

Uśmiechnąłem się. Siggi miał osobliwy stosunek do kobiet. Uwielbiał na nie patrzeć, komentować urodę, był niezwykle szarmancki, ale nigdy z żadną się nie związał. Po imprezach, owszem, zdarzało się, że szedł do domu z dziewczyną, ale znajomość nie trwała dłużej niż jedną noc. Niektórzy mężczyźni w związkach - jak mawiał - są niczym składniki na pizzę - mąka, drożdże, woda - są spoiwem, nawilżaczem, dzięki nim ciasto rośnie. Bez nich nie ma dobrej pizzy. Za to ja - twierdził - jestem jak składnik, którego nigdy nie dodajesz: wkręty do drewna, haczyki na ryby, gruz.

Ziewnąłem i przerwałem oglądanie. Na razie wystarczy. Nie miałem teraz głowy, by mu odpisywać. Odpaliłem fejsa. Na grupie Fyndnir Fr?ndur5 znów ktoś wrzucił kilka rasistowskich dowcipów. Nie brakowało też jak zwykle memów szkalujących premier Katrín Jakobsdóttir oraz filmów i komiksów, które najdelikatniej można określić jako seksistowskie. Nigdy nie udzielałem się w tego typu grupach, ale postanowiłem je obserwować. Lubiłem po prostu wiedzieć, co się wokół dzieje. Skrolując, trafiłem na artykuł z "ÉG" o mężczyźnie z Polski, który zaanektował jedną z opuszczonych farm na przedmurzu Fiordów Zachodnich. Temat mógł być mój, ale wzięła go Veronica, dziewczyna w podobnym wieku, która wylądowała w redakcji po kilkuletniej harówce w "Morgunbla?i?". Zaczęła pracę zaledwie dwa miesiące przede mną, ale miała więcej doświadczenia i intuicyjnie wiedziała, jak gadać z takim typem jak Hvalur.

W tym tygodniu musiałem przygotować cztery artykuły. Najważniejszy - czułem to - będzie tekst o szaleńcu z Ásbrú. Drugi - o serii naukowych spotkań w Haskólabio6. Miałem tam znajomego, który w razie czego opowie mi o wszystkim, włączając w to ubiory gości, i porobi zdjęcia. Kolejny tekst miał dotyczyć grupy polskich policjantów, którzy na początku czerwca przyjechali na kilka miesięcy do Keflavíku, by pomóc miejscowym funkcjonariuszom "w lepszym kontakcie z Polonią", jak podawał oficjalny komunikat na stronie policji w Su?urnes. Zacząłem go pisać, ale Hvalur wysłał mnie tutaj. Na koniec zostawiłem sobie wywiad. Nastolatki ze stolicy włamujące się do domków letniskowych niedaleko Selfoss. To wydawało mi się najciekawsze, bo Hvalur wysłał mi adres do rodziców jednego z wandali, którzy zgodzili się, dla większego dobra, by synalek anonimowo opowiedział, dlaczego niszczą cudze mienie. Wypożyczali też auta na fałszywe dokumenty i niszczyli pojazdy na polach lawy, wjeżdżając często do chronionych miejsc. Ciekawe, co gówniarz będzie miał do powiedzenia? My w tym wieku najwyżej kopaliśmy kosze na śmieci, darliśmy mordy pod blokiem, kradliśmy wózki ze sklepów, żeby urządzać wyścigi, albo po prostu udawaliśmy, że jesteśmy świetni.

Pewnie jak większość millenialsów nie rozumiałem problemów dzisiejszej młodzieży, ale to przekroczyło już dawno jakoś tam zdefiniowane granice. Narkotyki były, są i będą, ale niszczenie dla samego niszczenia? Jaki rodzaj mroku trzeba w sobie nosić, żeby dla zabawy podpalić komuś dom letniskowy i nasrać do jacuzzi?

Autobus skręcił na rondzie w stronę Ásbrú. Gdy pojazd znalazł się trochę wyżej, przyszło mi na myśl, że z dawnego wojskowego kompleksu doskonale widać Reykjavík, ale z Reykjavíku nikt nie spogląda na Ásbrú. Jakby nie istniało, było czymś obcym, absolutnie nieislandzkim. Może dlatego mieszkało tam tylu obcokrajowców, którzy o wiele lepiej rozumieli to miejsce?

Z rozmyślań wybiła mnie wibracja telefonu. Spojrzałem na wyświetlacz. Brigit. Nieprzyjemne, kurwa, rozstanie. Pamiętałem, że miałem coś załatwić, ale jakoś wyleciało mi to z głowy. Ostatnio często zapomniałem o różnych sprawach. Jakby brakowało miejsca na karcie pamięci. Postanowiłem udawać głupiego.

- Co tam?

- Gdzie, do cholery, jesteś, Baldi? Miałeś przyjechać po swoje rzeczy - odświeżyła mi pamięć. - Jest południe. Miałeś być rano.

Nie lubiłem, gdy mówiła do mnie w ten sposób. Miałem na imię Baldur Ingvar, choć wystarczało samo Baldur. Irytowały mnie takie zdrobnienia jak Baldi czy Balli.

- Helvítis7, będę jutro. - Zakląłem w duchu. Wiedziałem, co się zaraz stanie. Brigit była narwana. - Auto siadło, jadę autobusem do Ásbrú. Nie mogę teraz. Proszę, potrzymaj to jeszcze jeden dzień. Możesz to dla mnie zrobić?

- Mam to w dupie, Baldi. Jesteś tu za chwilę albo ulica. - Rozłączyła się.

Do wszystkich kłopotów brakowało mi tylko napuszonej Brigit. Trzy miesiące temu na koncercie w Gaukurinn wydawała się idealną połówką jabłka. Była ładna, ironiczna, lubiła seks. Zbudowana z tych samych pragnień i problemów. Przy bliższym poznaniu okazała się jednak tak samo egocentryczna i niedojrzała jak ja przed laty. Nie zniósłbym formowania na nowo tego samego materiału. Z początku było obiecująco, ale już dwa tygodnie później kłóciliśmy się po raz pierwszy. Okej, może byłem trochę zbyt zazdrosny o typa z rudą brodą, który wyszedł z jej mieszkania, gdy ja akurat wchodziłem. Do dziś nie odpowiedziała na proste pytanie: kim był. Nawrzeszczała na mnie, powiedziała, że depczę jej prywatność. A potem wystawiła mnie i nie pojawiła się na umówionej kolacji w ROK. Siedziałem przy stoliku sam jak palec, tracąc czas, hajs i ochotę na wszystko. Brigit zaczęła mieć typowe żale o brudne naczynia, śmierdzącą pościel, ale pod koniec totalnie jej odwaliło. Powodem kłótni mogło być wszystko: że nie zdjąłem butów, źle ułożyłem długopis na biurku, za głośno oddycham. Dobrze, że zostawiłem u niej tylko szczoteczkę, kilka ciuchów, jakieś stare winyle i...

- Kurwa! - rzuciłem głośno w momencie, gdy autobus zatrzymał się na przystanku przy Bogabraut.

Czarnoskóry mężczyzna popatrzył na mnie zdziwiony. Pokazałem mu oczami, że chcę wysiąść. Przepuścił mnie i zajął moje siedzenie przy oknie. Gdy szedłem w stronę bloku, pod którym zgromadziło się kilka radiowozów i spory tłum, zadzwoniłem do Brigit. Nie odebrała, więc wysłałem jej krótką wiadomość: "Ogarnę to! Daj mi czas do wieczora, proszę". Żebym jeszcze musiał się płaszczyć, prosić o zwykłą przysługę kogoś, kto miesiąc temu klepał mnie w kuchni po gołej dupie. Nie zasługiwałem na takie traktowanie. Po prostu do siebie nie pasowaliśmy, ale ona wyraźnie chciała zakończyć to dramą. Szybko i widowiskowo, żeby mieć dobry powód, by wezwać rudego typa. Chrzanić to!

Na parkingu przy trzypiętrowym budynku, otoczony przez tłum, stał starszy policjant z workowatym tyłkiem. Trzymał megafon ustawiony w stronę otwartego okna. Nie miał czapki, przez co widać było jego łysinę. Włączyłem niewielki dyktafon w przedniej kieszeni kurtki i zacząłem się przeciskać przez tłum. Już dawno wyrobiłem sobie nawyk nagrywania wszystkiego, co mogło mi się przydać w pracy, bez znaczenia, gdzie ją wykonywałem. Nie wiadomo, kiedy ktoś powie coś ważnego lub kiedy to mnie wpadnie do łba błyskotliwa myśl. Niedaleko jednego z radiowozów zobaczyłem prawdopodobnie rodziców uwięzionego chłopca. Stali nieruchomo, zapłakani. Było w nich coś przerażająco smutnego. Jakby nie wierzyli w pozytywny obrót sprawy. Przywarli do siebie, niezdarnie wtuleni jak martwe pisklęta w gnieździe.

Policjant nadawał przez megafon:

- Claus! Wiemy, że nie chcesz zrobić nikomu krzywdy. Prosimy cię raz jeszcze, byś otworzył drzwi i wypuścił małego Martynasa. Nic ci się nie stanie. - Funkcjonariusz nabrał powietrza w płuca. - Jego rodzice się martwią, a ty już ogłosiłeś to, co chciałeś. Wierzymy ci we wszystko. Wiemy, że się niepokoisz, ale obiecuję, że nikomu nic się nie stanie. Masz moje słowo.

Popatrzyłem na otwarte okno. Pozostałe szyby Claus zakleił czarnym papierem albo taśmą, jakby nie chciał, by nawet jeden promień słońca dotarł do wnętrza mieszkania. Wyjąłem telefon i zrobiłem kilka zdjęć bloku, okna i radiowozów. Wyglądało na to, że może wyjść z tego niezły tekst. Rozejrzałem się i już miałem ruszyć na tył budynku, gdy ktoś do mnie zagadał.

- Z tyłu jest tak samo. - Nie znałem człowieka, który się odezwał, ale podziękowałem skinieniem głowy. - Facet zakleił wszystkie okna. Już od czterech godzin tu siedzimy. Jakoś od ósmej. Zamontował kamerę przed wejściem do mieszkania i nie ma jak się do niego dostać. Gdy tylko widzi na monitorze, że ktoś wchodzi po schodach, zaraz wystawia łeb przez okno i krzyczy, że ubije małego.

- Ciekawe. Mogę ci zadać kilka pytań? Piszę dla "ÉG". Jesteś sąsiadem tego człowieka? - spytałem.

- Tak i tak. - Gość zmienił nieco postawę i stanął naprzeciwko mnie z założonymi rękami, rozstawiając nogi.

Był mniej więcej w moim wieku. Ciemne włosy, poważna twarz, przystojny. Wrażenie burzyła nieco zbyt kwadratowa szczęka. Włosy zapuścił na modę z lat siedemdziesiątych, przez co wyglądał trochę jak Mick Jagger na okładce Black and Blue.

- Claus to wariat - zaczął. - Policja i prasa brukowa dobrze go znają. Jakiś vloger zrobił z nim nawet wywiad dla beki, ale nikt tego nie traktował poważnie. Odkąd się wprowadził, hałasował, krzyczał na wszystkich, a wieczorami taszczył po schodach tony żelastwa. Raz zemdlał przed własnymi drzwiami, a że były otwarte, to z mężem wnieśliśmy go do domu. Dlatego wiem, co tam jest. Zgłaszaliśmy go setki razy, jednak nic nie można było mu zrobić.

- A co tam jest?

- Chcesz zacytować mnie z nazwiska? Bo jeśli tak, to nic więcej nie powiem. - Zawiesił głos i chwilę się wahał, nim znów zaczął. - Możesz napisać: jeden z sąsiadów?

- Dobrze, oczywiście. Nie martw się o to... - Wyciągnąłem do niego rękę. - Baldur Ingvar.

- Hjalmar, miło mi. - Podał mi dłoń i mocno ścisnął.

Chwilę milczał, patrząc mi w oczy, a ja odwzajemniłem spojrzenie. Cholera, kto to jest? Znam go? Wyglądał znajomo. Może spotykaliśmy się po prostu w markecie w Keflavíku albo na jakichś imprezach? Gdy obaj zakłopotani wycofaliśmy dłonie, Hjalmar zaczął mówić dalej.

- Claus ma w domu kolekcję akumulatorów, narzędzi i taki ogólny pierdolnik. Do tego każde okno zaklejone, wszędzie stare gazety, wiadra z jakimś obrzydlistwem w środku. Cuchnęło u niego strasznie. No i ma też swój monitoring w salonie, gdzie widzi na ekranie, jak ktoś wchodzi na klatkę. W ogóle to mieszkanie ma pecha do wariatów. Żył tu kiedyś, nie wiem czy znasz tę historię, ten amerykański żołnierz, który zabił swoją dziewczynę.

- Nie znam tego, ale dzięki. Sprawdzę. - Wyjąłem telefon i zacząłem wpisywać informację do notatnika, ale przestałem, gdy przypomniałem sobie, że i tak wszystko nagrywam. - Claus ma taką samą opinię u wszystkich sąsiadów czy tylko u was? - spytałem po chwili. Musiałem dziś jeszcze wymienić opony i nie chciałem tracić czasu na przepytywanie innych, zwłaszcza że sprawa i tak zaraz się skończy, a gość trafi pewnie do izolatki w więzieniu Litla Hraun, leżącym niedaleko ?orlákshöfn. Nie wiedziałem też, czy zdążę przeprowadzić wywiad z wandalem od obsranego jacuzzi.

- Prawdę mówiąc, nie znamy wszystkich sąsiadów. To Somalijczycy, Polacy i Litwini, ale też go raczej nie lubią - odparł Hjalmar. - Z ciekawostek z naszego bloku, mogę ci powiedzieć, że Claus nie wyrzuca śmieci. Wszystko magazynuje. Wydrążył sobie korytarze w tym syfie. Ale ma to ładnie poukładane, jak jakieś minimiasto. Zagadam z policją, może cię tam wpuszczą, jak go zawiną. Znam jednego z policjantów, Árniego. To nasz przyjaciel.

- Daj spokój. - Uśmiechnąłem się nerwowo. Hjalmar był zdecydowanie za miły, jakby czegoś chciał. - Pewnie nic się nie stanie. Zobaczymy. Może skorzystam. Jak wygląda ten Claus?

- Uśmiejesz się, ale przypomina bezdomnego Mikołaja. Siwa broda, okulary, łysy. Ciągnie od niego smrodem i zawsze jak jesteśmy na korytarzu, wiemy, kiedy ten knur wychodził i wchodził z powrotem do budynku. Dzieciaki nazywają go Santa Żul. Śmiejemy się z mężem, bo kiedyś... - W tym momencie Hjalmar umilkł. Popatrzył mi prosto w oczy i zapytał: - Nie pamiętasz mnie, prawda?

A jednak. Znamy się. Tylko skąd? Gdy próbowałem sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach spotkałem Hjalmara, nagle w oknie pojawił się Claus. Rzeczywiście, pasował do opisu. Święty menel. Gdybym miał dodać coś jeszcze, wspomniałbym o brakujących siekaczach, brudnym od smaru podkoszulku i niezwykle chudych rękach. Były czerwone i poranione, jakby moczył je w ługu, i nijak nie pasowały do reszty ciała. Gdy zobaczyłem twarz Clausa, od razu zdałem sobie sprawę, że ten człowiek nie pójdzie do więzienia, tylko zostanie nowym klientem psychiatryka w Landspítali. Zacząłem nagrywać film. Znów kropiło. Claus chwilę się rozglądał, a potem ryknął:

- Idźcie do diabła! Zabiję wszystkich, jak nie odejdziecie, skurwysyny. Nie oddam wam mojego demona. Jest mój, złapałem go w pułapkę. Rozdzieliłem jego moc na części. Teraz słucha mnie i nikomu już nie grozi.

Nawet z daleka widziałem krople śliny, jakie bryzgały mu z ust przy każdym zdaniu. Tłum zaczął pomrukiwać, kilka osób głośno prosiło Clausa, by dał już spokój.

- Nie gromadźcie się w jednym miejscu. Nie kumulujcie jego siły! - wrzeszczał dalej szaleniec.

- Claus, wierzymy ci - zapewnił policjant, który negocjował. - Weźmiemy w takim razie Martynasa i wypędzimy z niego demona, tylko pozwól nam się tym zająć. Nie jesteś przecież duchownym.

W tłumie usłyszałem pojedyncze śmiechy, jakby kilka osób naprawdę wyobraziło sobie Clausa w stroju pastora. W oddali rozległo się wycie syren.

- Nic mnie nie obchodzi, co chcecie zrobić. Nikt nie może zobaczyć demona na wysokościach. Zaraz go wam oddam. Złapałem już wszystkie moje diabły. - Claus wskazał palcem na ambulans i dwa nadjeżdżające radiowozy. Kierowcy wyłączyli już syreny, pojazdy dawały znać o swoim przybyciu migającym błękitem. - O tym mówię. Zło nadciąga. Spójrzcie tam!

I wtedy wszystko stało się błyskawicznie. Większość gapiów odwróciła głowy w stronę pojazdów. Jakaś kobieta przenikliwie krzyknęła. Natychmiast wszyscy zwrócili się znów do budynku. Rodzice Martynasa biegli w kierunku niewielkiego trawnika pod blokiem. Czarne okno zamknęło się z hukiem. Dwóch policjantów wbiegło na klatkę z urządzeniem do wyważania drzwi. Za nimi podążało już trzech kolejnych. Ludzie ruszyli. Zostałem przez kogoś potrącony i upadłem. Z ręki omal nie wypadł mi telefon, ale przytrzymałem go mocno. Kurwa, co tam się stało, zakląłem w duchu, ale szybko wstałem i odszedłem na bok.

Zapanował chaos. Ludzie krzyczeli, na piętrze słychać było walenie w drzwi, wszyscy chcieli zobaczyć, co upadło pod blokiem. Po chwili jednak ci, którym udało się podejść, zaczęli się wycofywać, jakby zobaczyli tam coś odpychającego, mrocznego, nieodpowiedniego. Rozpadało się jeszcze mocniej. Zobaczyłem, jak kilka osób kręci z niedowierzaniem głowami. Inni przejęci grozą, bladzi, zakrywali rękoma twarze. Ktoś w tłumie krzyknął po angielsku, że to Martynas. Że na trawniku jest dziecko. Policja wezwała o zrobienie miejsca dla ambulansu, ale nie musieli się wiele trudzić. Tłum sam się rozrzedził. Też odszedłem trochę dalej, włączyłem nagranie na telefonie i przewinąłem do momentu, gdy szaleniec pokazywał palcem pojazdy na sygnale.

Na ekranie mojego samsunga zobaczyłem, jak Claus wyciągnął zza pleców coś sinoróżowego. Wyglądało jak kawałki mięsa połączone drutem. Przywodziło na myśl drewnianą kukiełkę, którą używano jako model do rysowania. Rzecz była wiotka i lekka. Gdy leciała z góry, przypomniał mi się jakiś stary amerykański film, w którym grupa dzieciaków zrzuciła z wiaduktu na autostradę wiecheć słomy okutany we flanelową koszulę i jeansy. Spowodowali olbrzymi karambol. Ktoś zginął, było wielu rannych. Pomyślałem, że tutaj ofiara jest tylko jedna, ale dla tego kraju - nieprzywykłego do takich historii - to zdarzenie będzie miało większe znaczenie niż ta ogromna stłuczka na autostradzie. Długo będzie się o tym pisać, a jeszcze dłużej mówić. Nagle przeszył mnie dreszcz. Już kiedyś, dawno temu, widziałem ciało małego chłopca. Bezwładne, wątłe, nieruchome. Bez życia. Puste i milczące. Podobnie jak ten dzieciak wyglądało jak najgorszy ze snów.

Otrząsnąłem się, raz jeszcze zastopowałem film w momencie, gdy Claus wyrzucał okaleczone ciało Martynasa. Nagi trup chłopca nie miał lewej dłoni. Kurwa, dlaczego musiałem to zobaczyć? Wziąłem głęboki oddech i wysłałem film na wspólny dysk redakcji. Napisałem do Hvalura wiadomość, że sprawa będzie gruba i niech lepiej szykują okładkę. Niech w "ÉG" decydują, co z tym zrobić. Sam biłem się z myślami, bo obraz tego dziecka przywołał to, o czym od dawna usiłowałem zapomnieć. To, co schowałem lata temu w jednej z najgłębszych szuflad mózgu. Jednak mimo wątpliwości, jakie mnie dopadły, niemal odruchowo dodałem znak wodny ze swoimi inicjałami i wrzuciłem wideo na jedną z zamkniętych grup na fejsie. Tym razem nie pozwolę, by mnie pominięto, zwłaszcza gdy nadarza się taka okazja.

Z bloku wyszło dwóch policjantów, prowadząc skutego kajdankami Clausa. Odblokowałem telefon i zacząłem kręcić kolejny film. Uchwyciłem moment, jak jeden z funkcjonariuszy przytrzymywał głowę Clausa, ale ten zdołał ją przekręcić, kiedy przechodzili obok rodziców chłopca. Kobieta powtarzała cały czas kilka słów po litewsku. Mężczyzna łkał wstrząsany spazmami i nie potrafiłem rozróżnić, czy się śmieje czy dziko płacze. Wydawało się, że tak wyją ludzie, którzy stracili wszystko. Claus nagle rzucił wściekle:

- Idźcie do piekła, skąd wygrzebaliście tego bękarta.

Nagle ktoś wyskoczył z tłumu i prawie dobiegł do mordercy. Funkcjonariusze, którzy przyjechali na miejsce, pomogli doprowadzić Clausa do radiowozu i uspokoili ludzi. Mimo wszystko w stronę samochodu poleciało kilka kamieni. Jeden trafił Clausa w nogę, drugim oberwał mundurowy. Policjanci szybko się oddalili. Na sygnale wyjechali w stronę Reykjanesbraut. Deszcz ustał. A ja nie mogłem przestać myśleć o martwym chłopcu.

IIBeskid Niski, 1998

Chłopiec przystanął na chwilę i spojrzał na ciemną plamę na jezdni. Poranna rosa skrząca się na pobliskich łąkach powoli znikała. W powietrzu można było wyczuć zapach koszonej trawy, kurzu i upału, który za kilka godzin będzie nie do zniesienia. Podszedł bliżej. Ostrożnie położył torbę z zakupami na asfalcie i przykucnął. Przez moment miał wrażenie, że widzi jakiś ruch. Wzdrygnął się, ale zamiast wstać i odejść, pochylił tylko głowę. Spojrzał w przekrwione oko, które wypłynęło, przyklejając się do asfaltu. Ktoś w nocy rozjechał, pomyślał chłopiec, i zostawił.

Rozejrzał się dookoła. Na pobliskim przystanku PKS nie było nikogo. W okolicznych domach ludzie pootwierali okna, ktoś wywiesił pierzynę na płocie, w warsztacie mechanika grało radio. Kury sąsiada dziobały w twardej ziemi i przez moment chłopcu było ich żal. Może popada, szepnął do siebie, ale odruchowo zakrył usta ręką. Nie może tak mówić. Rok temu powodzie zabrały ludziom domy, widział to w telewizji, a potem przyszło i do nich. Budynkom we wsi oberwało się mniej niż w innych częściach kraju, ale chłopiec doskonale pamiętał, jak w nocy pomagał dorosłym napełniać worki z piaskiem. Rano zalało im sutereny. Woda sięgała do kolan i bał się w niej brodzić, ale rodzice kazali mu wynosić drobne sprzęty, jakieś teczki, bibeloty. Człapał w brunatnej wodzie, próbując dojść do półek. Miał wrażenie, że podłogę obrosły śliskie glony, wijące się teraz wokół łydki. Bał się, że gdzieś w deskach powstała wyrwa, do której na pewno wpadnie i się utopi. Później kolega powiedział mu, że w tej brązowej cieczy, gdzie spędził tyle czasu, żyje niewyobrażalna ilość bakterii pochodząca z miejsc, do których człowiek nie powinien zaglądać. Że od takiej wody można dostać zatrucia, tasiemca i owsików. Tamtego wieczoru chłopiec po raz pierwszy uświadomił sobie, że kiedyś umrze.

Wstał. Podniósł torbę z rozgrzanego asfaltu i ruszył w kierunku blaszanej wiaty przystanku. Ktoś oderwał rozkład jazdy i narysował w jego miejscu zawieszony na szubienicy napis "1910 Sandecja". Chłopiec wiedział, że autobus szybko nie przyjedzie. Poranny kurs był o szóstej, następny dopiero przed szesnastą. W czasie roku szkolnego busy jeździły jeszcze przed ósmą rano, żeby dzieciaki mieszkające w oddalonych od centrum wsi przysiółkach mogły spokojnie dotrzeć na lekcje.

Położył torbę na drewnianej, obłażącej z farby wąskiej ławeczce i zaczął się przyglądać otoczeniu. Na horyzoncie rozpalone powietrze falowało. Zmrużył oczy. Czuł, że po plecach powoli zaczynają mu spływać strużki potu, musiał na chwilę skryć się w cieniu wiaty. Nie miał zegarka, ale wewnętrzny głos szumiał mu w uszach, dając do zrozumienia, że trzeba się spieszyć.

Za przystankiem rosło kilka krzaków. Ułamał dwie grube, suche gałęzie i ponownie podszedł do plamy. Dotknął ją raz, drugi, trzeci. Nieco podważył. Odskoczył spanikowany, gdy rój czarnych tłustych much podbił się do lotu. Gdy w końcu podniósł kijkami nieruchome ciało, poczuł obezwładniający mdlący fetor i jak najszybciej ruszył w stronę pobocza. Ręce mu się trzęsły. W ostatniej chwili zrzucił ciemne, nieruchome truchło do zarośniętego rowu.

- Wieczneodpoczywanie - wymamrotał na wydechu - temu kotu racz dać panie.

Ściany w przedpokoju były oklejone szarą tapetą z żółtymi prześwitami. Na podłodze buty poukładane noskami do listwy. Na środku wysłużony niebieski ręcznik z wyszywanymi kogucikami, udający chodniczek. Już południe, więc słońce przebijało się przez ciemny osad kurzu na oknie i wypełniało pokój. Siedzieli na łóżku, nogami dotykając stołu. Naprzeciwko, za cienkim blatem stały dwa krzesła. Stamtąd, na wyciągnięcie ręki, tylko zlew i szafki kuchenne. Talerze i suche jedzenie na górze, torba na śmieci u dołu, po lewej łazienka, po prawej plastikowy zegar. Aneks kuchenny, szafka nocna, wersalka z pościelą. Do ściany dostawiony krótki regał, obok wizerunek Najświętszej Panienki w podświetlanej ramie. Zamykane półki wypełnione porcelanowymi figurkami, wycinkami z gazet i wytłoczkami do jajek. Na szybce przy uchwycie lśniący obrazek Jana Pawła z wypłowiałym czołem. Maki z bibuły na cienkich drucikach postawione obok zdjęcia pradziadka, pradziadek na galowo w Krakowie, Kraków w czasie wojny. W kącie pogrzebacz i metalowy nocnik.

- Pójdź no, tam, przynieś. W nakastliku jest, w skrzyneczce. Nie tej, tamtej. Poszukaj głębiej. Czerwona musi być.

- Jest tylko niebieska. Babciu, nada się?

- Pamiętam, że wkładałam czerwoną. Sweter nie może być pstrokaty. Sprawdź jeszcze.

- Nie ma innej włóczki.

- Ty wiesz, że ja niedługo umrę, wnusiu. Ty wiesz, że mi nogi spuchły i nie mogę wstać sama. Czemu się upierasz, że czerwonej nie ma, jak ja pamiętam, że wkładałam. Nikt przecież nie zabrał. Tylko ja na drutach robię, wiesz przecież. Toć ten sweterek to dla ciebie, żebyś we wrześniu paradnie wyglądał.

- Dla mnie niebieski to ładny kolor. Niech babcia użyje niebieskiej.

- Ale to inna grubość, inne sploty. Nierówno będzie. Zawsze to samo, człowiek przed śmiercią chce coś dobrego jeszcze zrobić. Coś bezinteresownie. Dla innych. Oczy swoje zużywa, po nocach ślęczy. I co dostaje w zamian? Pretensje.

Stara kobieta machnęła ręką z dezaprobatą i gwałtownie zmieniła pozycję na wersalce. Chłopiec czuł na sobie jej wzrok. Nie lubił tu przychodzić i za każdym razem, gdy matka wysyłała go do babci, czuł się tak, jakby szedł na najtrudniejszy egzamin, którego wynik był z góry przesądzony. Nie miał z nią szans. Zanim wszedł po schodach prowadzących do domu, w którym mieszkała, postanowił, że tym razem zrobi to szybko.

- Ja niedługo umrę - westchnęła głośno. - Przed śmiercią muszę jeszcze guziki wszyć i kołnierz oblec, żebyś jak fleja nie wyglądał. Nie chcę wstydu. Inne dzieci mają ładne ubrania ze sklepu, nowe, z zagranicy. Nie chcę, żeby mój wnuk odstawał. Ty z dobrego domu jesteś, wiesz? Twoja matka wykształcona, zgrabna kobieta. Szkoda, że marnie za mąż wyszła.

Chłopiec poczuł ukłucie narastającej złości. Następnym razem sprzeciwi się matce. Powie jej, żeby sama zanosiła jajka tej okropnej kobiecie, przy której nie może oddychać. Zresztą i tak rzadko przychodziła do rodzinnego domu, choć to tylko kilka kilometrów. Za pyskowanie dostanę szlaban, pomyślał, patrząc na siatkę z jajkami leżącą na stole. Albo pasem.

- I na pogrzebie Leluchowej nie płakałeś. Mój własny wnuk bez uczuć w tak ważnej chwili. Ludzie mi donieśli. Mówili: "Lusia, on to nawet chusteczki nie wyjął, do mszy pogrzebowej nie służył. Ksiądz proboszcz taką ładną mowę wygłosił, a ten z kolegami tylko pod lipką stał i się gapił". Ja niedługo umrę, wnusiu. Ty musisz po mnie zapłakać.

Na pogrzeb Leluchowej przyszła prawie cała wieś. Dzieciarnia stała pod drzewem i nie płakała, oglądając wszystko z boku. Co jakiś czas ktoś podchodził, bez pytania przytulał albo gładził po głowie. Okropne uczucie, pełne nieświeżych oddechów, śliny i przepoconych, czarnych ubrań. Chłopiec wyobraził sobie, jak wrzuca sweter od babci na trumnę dokładnie w chwili, gdy grabarze będą ją opuszczać. Sweter najpierw wyląduje na wieku, a następnie ześlizgnie się po lakierowanym drewnie prosto w odmęty piekieł, gdzie zostanie przygnieciony aż po kres ludzkości.

W jego oczach zalśniły łzy.

- No już, dobrze. Nie maż się, jeszcze przecież nie umarłam. Nogi mi spuchły, wstać nie mogę. Podajże no laskę. Do ustępu muszę. - Wyciągnęła do niego rękę. - Gdyby dziadek żył, toby cię nauczył. Oj, nauczył. On to i dom zbudować umiał, i studnię wywiercić, i poruchać. - Zaśmiała się ochryple, wstając z łóżka.

Chłopiec patrzył, jak wygnieciona koszula nocna starej kobiety faluje przy kostkach, gdy człapała w stronę łazienki. Nie mógł sobie przypomnieć twarzy dziadka. Ostatnie wspomnienie opowiadane przez matkę było sprzed ośmiu lat. Wynikało z niego, że dziadek poszedł na polowanie i już nie wrócił. Zawał. Podobno jak się ma dwanaście lat, to nie można pamiętać tego, co było, gdy się miało cztery, ale chłopiec czuł, że w tej historii jest drugie dno.

- Babciu, ja będę się już zbierał - powiedział, wstając. Z łazienki dobiegał tylko dźwięk kapiącej wody i ciche sapanie staruszki. - Za te jajka to mama powiedziała, że przy okazji. Jak się spotkacie.

Bez odpowiedzi. Wiedział, że nie może wyjść bez tego, po co tutaj przyszedł. Matka wysłała go po gipsową figurkę Matki Boskiej, którą babcia trzymała dumnie wyeksponowaną w kredensie za grawerowaną szybką. Taka tradycja. Co roku posążek ozdabiał wieniec dożynkowy, który był święcony przed festynem parafialnym. Chłopiec nie wiedział, dlaczego figurka trafiła właśnie do babci i skąd pomysł, żeby co roku wyciągać ją w tym jednym celu. Podejrzewał, że może mieć to związek z faktem, że staruszka uwielbiała, gdy ktoś był jej coś dłużny. W tym wypadku chodziło o całą wieś. Gdyby nie uszczerbiona Matka Boska ludzie mogliby zapomnieć o babci powoli zapadającej się w mroku własnego pokoju, a tak co dwanaście miesięcy cykl rozpoczynał się na nowo.

Otworzył szafkę i bez pytania wyciągnął gipsową podobiznę Maryi. Przez lata mocno się poobijała i teraz wyglądała mało okazale, ale mimo to się przeżegnał. Wolał nie kusić losu, zwłaszcza po tym, jak o poranku znalazł rozjechanego kota. To nigdy nie wróżyło nic dobrego.

Wysunął szufladę i z ciekawością zaczął ją przepatrywać. Babcia nigdy mu na to nie pozwoliła. Ręka ci uschnie, straszyła chłopca za każdym razem, gdy pytał, co w nich jest, i język skołowacieje, bo tak właśnie Jezus karze ciekawskie dzieci. Bóg jest nierychliwy, ale sprawiedliwy. Teraz jednak pojawiła się okazja, być może jedna z tych, które nigdy więcej się nie powtórzą. Zanim babcia wyjdzie z łazienki, zdąży odkryć wszystkie tajemnice, jakie przed nim ukrywała, odkąd pierwszy raz do niej przyszedł.

To, co znalazł, bardzo go rozczarowało. Poza skromnym, składanym ołtarzykiem, na którym docelowo stała figurka, było tam mnóstwo plastikowych kwiatków, fotografia wujka Adriana, kilka świeczek, różaniec, serwetki. Zamknął szufladę. Na jednej z półek kredensu schowana była cukiernica, talerze, z tych lepszych, odświętnych, oraz opłatki bożonarodzeniowe w kolorze żółtym i różowym. Te dla zwierząt zostawiła, przeszło chłopcu przez głowę, strach pomyśleć, co mogłyby jej powiedzieć, gdyby po ich zjedzeniu przemówiły ludzkim głosem. Zachichotał.

Na dole kredensu babcia upchnęła wymaglowane prześcieradła i jeszcze więcej serwetek. Tak sztywnych, że dałoby się nimi rzucać jak dyskiem. W przezroczystym foliowym worku leżały ciemnozielone spodnie, a na nich marynarka z charakterystycznym sznurem. Mundur dziadka. W szafce obok, tuż za srebrnymi paterami, miarkami i łyżkami, które miały przeróżne kształty i wielkości, chłopiec wymacał podłużną skrzynkę.

- Coś mówiłeś? - usłyszał głos z łazienki. - Już idę, to wyniesiemy Maryjkę. Pomożesz mi, bo ciężka jest. Nie wiem, jak twoja matka mogła wysłać ciebie zamiast ojca. Boję się, że ją po drodze upuścisz.

Chłopiec niewiele myśląc, otworzył skrzynkę i zobaczył w niej nóż myśliwski z przepięknie grawerowaną rączką, manierkę na wodę z jeleniem oraz kilka nabojów. Bez zastanowienia zabrał nóż i jeden nabój. Zamknął wieczko, resztę przedmiotów odłożył. Następnie pobiegł do stołu, wyciągnął jajka z siatki i w ich miejsce włożył nóż i nabój. Zamotał ją i wsunął do kieszeni krótkich spodenek, modląc się w duchu, żeby go nie przyłapała. Żeby się nie domyśliła, co zabrał. Postanowił, że nigdy jej tego nie odda. Ona jest mu to winna. Inne dzieci mają normalne babcie, takie, które po kryjomu dają cukierki, kilka złotych i potrafią opieprzyć rodziców, biorąc stronę wnuczka.

- Nie upuszczę, babciu. - Starał się uspokoić oddech. - Doniosę w jednym kawałku. Potem ktoś odwiezie samochodem.

Kobieta pojawiła się jak zjawa w drzwiach łazienki, wycierając dłonie w uda. Podeszła do parapetu, na którym stało radyjko. Wcisnęła przycisk i z pojedynczego głośnika rozległ się Anioł Pański.

- Mam nadzieję, że masz czyste ręce. - Spojrzała na niego uważnie, po czym skierowała wzrok na figurkę, która stała na stole. - Nie wiadomo czegoś dotykał wcześniej, a to święta figura. Nie dla każdego. Pokazuj.

Wyciągnął ręce w jej stronę i dwukrotnie pokazał dłonie, góra - dół, góra - dół. Poczucie upokorzenia nie paliło tak mocno, bo wiedział, że to, co stamtąd wyniesie, jest dla niej dużo cenniejsze od wszystkich Maryjek świata. Gdyby tylko wiedziała..., pomyślał, patrząc na kobietę, która teraz, w jego oczach, jak gdyby skurczyła się w sobie. Jakby w trakcie tej krótkiej wizyty zmalała.

IIIIslandia 2019(21 czerwca)

Stałem przed domem ojca na Bergvegur. Jasny, dwupiętrowy, niedawno odremontowany budynek. Czerwony dach, okna z białymi szprosami i ościeżnicami, świeżo skoszona trawa, która po brzegi wypełniała jeden ze śmietników. Pojemnik wyglądał, jakby kipiała w nim zupa. Przy podjeździe kilkadziesiąt niebieskich, śnieżnych oraz czerwonych tulipanów. Pod budynkiem ławka, na której często czytałem komiksy i paliłem białe marlboro. Całowałem tu też Kiddę, pierwszą w życiu dziewczynę, którą naprawdę pokochałem. To dzięki niej zyskałem nikłe poczucie, czym może być miłość, choć i tak nie pojąłem tego nigdy do końca. W relacjach z kobietami, mimo że trochę się ich przewinęło, panował u mnie od wieków stan zawieszenia. Kidda była chyba najbliżej pokazania mi granicy, za którą mogłem poczuć, co to znaczy być naprawdę, na sto procent dla kogoś, z kimś. Odkryła przede mną świat, którego - zamknięty szczelnie w swojej skorupie - nie znałem, a nawet nie wyobrażałem sobie jego istnienia: ciepła, empatii, wrażliwości, intymnej bliskości. Dzięki niej znalazłem w sobie odwagę, by pokazać publicznie swoje zdjęcia, nie bać się wchodzić w relacje z ludźmi. Opuściło mnie to paskudne, tkwiące we mnie od dziecka uczucie, że umiem tylko psuć.

Spojrzałem na niebo. Deszczowe chmury całkowicie odpłynęły, słońce osuszało lśniące dachy. Zapachy zrobiły się znów wyczuwalne, kolory wyraźniejsze. Pustym wzrokiem spoglądałem na otwarte drzwi. Bryndis pewnie wietrzyła mieszkanie. Byłem rozkojarzony, jakbym właśnie wybudzał się z koszmaru i próbował rozpoznawać rzeczywistość, obmacując ściany w niewielkim, ciemnym pokoju. Gdy ulicą obok przejechał motocykl, wydając z siebie niski pomruk, wstrząsnął mną dreszcz i natychmiast wróciłem do rzeczywistości. Kurwa, co ze mną dziś nie tak?

Po chwili jednak przyszła refleksja, że ostatnio często popadałem w podobne stany zawieszenia, w których musiałem się pozbyć nadmiaru myśli zalegających niczym kurz. Albo - tak jak teraz - krótkotrwałej traumy, czegoś, co trudno mi było zrozumieć. A może to sam dom przeniósł mnie do przeszłości? Sprawił, że zniknąłem ze swojej teraźniejszości, pojawiając się kilkanaście lat wcześniej na własnym podwórku ze wspólnie palonym z Kiddą papierosem.

Przenieśliśmy się tutaj z ojcem, Bryndis i jej dzieciakami piętnaście czy szesnaście lat temu. Dom został kupiony w połowie za zaoszczędzone przez nas pieniądze i w połowie za wkład Bryndis, która sprzedała budynek przy A?algacie. Widać stąd było ocean, który nieżyjący dziadek od strony macochy nazywał pożeraczem myśli. Sam nieraz godzinami wpatrywałem się w te ciemne fale, dopóki codzienność nie przywołała mnie do innych spraw.

Spojrzałem na jedyne brudne okno po prawej stronie od frontu. Pierwsze piętro, mój pokój. Po przeprowadzce do Reykjavíku ojciec nic w nim nie zmieniał, jakby miał nadzieję, że kiedyś wrócę. Bryndis przeciwnie, liczyła, że odejdę z ich życia na zawsze.

Na podjeździe nie było auta. Wiedziałem już, że ojca nie ma w domu. Na pewno był na budowie albo w magazynie, może pojechał po towar. Musiałem zdecydować, czy wejść i narazić się na spotkanie z Bryndis, czy zadzwonić po ojca lub pojechać taksówką kilka kilometrów na nowo powstające osiedle w Njar?víku. Dwunastu pracowników PP Bygg ehf od trzech miesięcy prowadziło roboty wykończeniowe na Dalsbraut. Ojciec był właścicielem firmy ogólnobudowlanej, w której pracowało tylko dwóch Islandczyków. Poza nimi sami obcokrajowcy: Polacy, jeden Litwin i brygadier Christo, grający kiedyś jako bramkarz w bułgarskiej młodzieżówce.

Do Keflavíku podrzucił mnie Hjalmar, w którym w końcu udało mi się rozpoznać kolegę ze szkoły. Zmienił się do tego stopnia, że musiałem na szybko znaleźć jego stare zdjęcia na Facebooku, by rozpoznać w nim chuderlawego, jasnowłosego chłopca z wiecznie zasmuconą twarzą. Hjalmar w niczym już nie przypominał zahukanego, jąkającego się cierpiętnika, bitego i opluwanego przez resztę klasy, na każdej przerwie kryjącego się za śmietnikami albo orbitującego jak satelita wokół dyżurującego nauczyciela. Nawet nie pamiętałem, czy byłem w grupie tych, którzy się nad nim znęcali, ale przeszłość to przeszłość. Pozytywne nastawienie Hjalmara było dowodem, że myślał o mnie raczej dobrze.

- Gdzie cię podwieźć? - spytał, gdy w końcu ludzie się rozeszli, policja przesłuchała świadków i zabrano z trawnika ciało chłopca. - Może do Reykjavíku? Bo tam chyba teraz mieszkasz? I tak mam wolny dzień.

- Nie, Hjalmar, dzięki. - Kończyłem właśnie transfer do redakcji ogólnego artykułu o zdarzeniu w Ásbrú, który zamierzałem oczywiście aktualizować w miarę napływania nowych informacji. - Wolałbym Keflavík, rodzice tam mieszkają na...

- Tak, pamiętam. A?algata... jeden?

- Kiedyś tam mieszkaliśmy, ale przenieśliśmy się lata temu na Bergvegur. Poprowadzę cię. Skręć tutaj - wskazałem ręką w lewo - i dalej prosto. Dzięki, naprawdę. Ratujesz mi dzień. Najpierw samochód, teraz jeszcze ta historia. Muszę po prostu usiąść w domu, w ciszy. Trzeba napisać coś konkretniejszego, a na razie w głowie pustka. Poza artykułami mam jeszcze trochę innych rzeczy do zrobienia. Jak pójdzie źle, będę musiał popracować w powrotnym do Reykjavíku.

Przez chwilę rozmawialiśmy o dawnych czasach, o szkole, nauczycielach i tych, którzy całkowicie zniknęli mi z radaru, coś osiągnęli lub wręcz przeciwnie, stoczyli się na dno. Dowiedziałem się, że nasz nauczyciel duńskiego rozwiódł się z żoną i wyjechał do Mediolanu, gdzie założył szkołę językową. Większość belfrów była już jednak na emeryturze, niewielu ciągle pracowało w zawodzie.

- To chyba należy do twojego starego, prawda? - przerwał wspominki Hjalmar, wskazując na stary magazyn położony w dzielnicy przemysłowej. Pracownicy ojca co rano spotykali się przed wejściem do składu, gdzie przechowywano ciężki sprzęt, narzędzia i zakupione wcześniej materiały budowlane. Z daleka magazyn wyglądał jak siny, przeżarty wiatrem klocek lego.

- Tak, zakupił go dawno temu, kiedy dorobił się większej forsy. Zainwestował i ma teraz własne miejsce do palenia fajek - zaśmiałem się. - W domu zakaz.

- Wygląda na ruinę.

- Z zewnątrz tak, bo to budynek z lat siedemdziesiątych. Ojciec zawsze mówił, by kupować nieruchomości wybudowane przed kryzysem, bo potem każdy oszczędzał na materiałach i budowano słabsze konstrukcje. Dalej prosto, aż do Hotelu Duus.

Zatrzymaliśmy się, Hjalmar wyłączył silnik i głośno westchnął. Milczeliśmy przez chwilę, jakbyśmy chcieli powiedzieć coś ważnego, co podsumuje poranne wydarzenia, ale nie wiedzieliśmy od czego zacząć. Milczenie przerwał Hjalmar.

- Ciągle nie mogę się otrząsnąć - powiedział, wpatrując się w kierownicę. - Jakbym tego nie zobaczył. Jakby mój mózg wmawiał sobie, że tego nie było.

- Wiem, o czym mówisz. - Zaczerpnąłem powietrza. - Nie wyobrażam sobie nawet, co czują rodzice. A najgorsze przed nimi. - Znów przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, trawiąc resztki emocji.

Od litewskiego sąsiada Hjalmara, dowiedzieliśmy się, co krzyczała płacząca matka, gdy ciało dziecka upadło na trawę. "To nie jest mój syn, to nie jest mój syn!" Z początku myśleliśmy, że może kobieta chciała w ten sposób zaprzeczyć oczywistej prawdzie, odepchnąć od siebie napływający koszmar, ale gdy inni sąsiedzi zaczęli potwierdzać, że na trawie nie leży Martynas, sprawa zaczęła robić się dziwna i jeszcze poważniejsza. Matka poprzedniego dnia przed północą zgłosiła zaginięcie i od razu podsunęła policji podejrzanego. Zeznała, że Claus wielokrotnie przyglądał się Martynasowi z okna. Zaczepiał go na klatce schodowej, czasami stawał przed blokiem, gdy wielojęzyczne dzieciaki grały w piłkę i przypatrywał się tylko małemu Litwinowi. Gdy jednak funkcjonariusze wpadli w końcu do mieszkania Clausa, nie znaleźli nic więcej poza tym, o czym wspominał mi Hjalmar: uporządkowany bałagan, śmieci w stosach, mnóstwo wiader wypełnionych niezidentyfikowaną, cuchnącą cieczą. Poza tym dziesiątki akumulatorów, kilogramy metalowych narzędzi, stare gazety ułożone jak wieżowce w papierowej metropolii. Martynas zaginął poprzedniego dnia wieczorem, a Árni, zaprzyjaźniony z Hjalmarem policjant, powiedział, że dzieciak wyrzucony z okna wyglądał, jakby nie żył od dobrych kilku dni. Nikt tak naprawdę nie wie, kim był. Zastanawiało mnie, co miał na myśli Claus, krzycząc, że złapał już wszystkie swoje demony? Czy Martynas był wśród nich? Czy dzieci było więcej? Jeśli tak, to gdzie Claus je ukrył?

- Mam nadzieję, że nikogo więcej tam nie znajdą - odezwał się Hjalmar, jakby czytał mi w myślach. - Wybacz, że nic nie mogłem zdziałać, próbowałem. Árni niestety nie ma aż takiej mocy, żeby w tej sytuacji zrobić wyjątek.

- Spokojnie. Przecież nie wymagam od nikogo, by mnie wpuszczał na miejsce zbrodni i to zaraz po morderstwie. To przecież nie jakiś popieprzony film. - Zaśmiałem się ponuro, wspominając młodego policjanta z tatuażem na szyi.

Gdy Hjalmar poznał mnie z Árnim, od razu się polubiliśmy, przeskoczyła między nami niewidzialna iskra. Właściwie nie do końca wiedziałem, jak to nazwać, ale miewałem takie sytuacje na tyle rzadko, by wiedzieć, że jeśli Árni lub ja będziemy chcieli kontynuować znajomość, policjant może być naprawdę dobrym kumplem. Może nawet przyjacielem? Miał w sobie coś z Siggiego, ale był zdecydowanie grzeczniejszy, bardziej ułożony. Mimo to błysk w oku sugerował rozrywkową naturę.

- Niemniej dziękuję za bezpośredni kontakt. Fajny facet, ten Árni. Mam nadzieję, że pomoże mi nie tylko przy Clausie. Może pewnego dnia umówimy się wszyscy na piwo? Mam jego numer.

- Prawdę mówiąc - Hlajmar na chwilę zawiesił głos - wypiłbym coś mocniejszego już teraz. Wiem, że jest przed południem, ale i tak nic już dziś nie zrobię. Na pewno nie chcesz wziąć wolnego dnia? Możemy pójść gdzieś, powspominać stare czasy? Gdybym był twoim szefem, zrozumiałbym.

A ten, czego, kurwa, chce? Trochę zaniepokoiło mnie, jak szybko i z jaką intensywnością Hjalmar chciał się do mnie zbliżyć. Nigdy nie byliśmy kolegami, ba, nawet dobrymi znajomymi. Spotykaliśmy się w pewnym punkcie w drodze do szkoły, czasami zamieniliśmy dwa słowa o grach czy książkach i tyle. Przecież nie byłem nawet stąd. A kiedy okazało się, że mały blondyn należy do grupy szkolnych popychadeł, szybko odsunąłem się od niego i całej reszty podobnych dzieciaków. Zacząłem chodzić do szkoły inną drogą. Byłem nowy w mieście i nie mogłem sobie pozwolić, by kojarzono mnie z lokalnymi przegrywami. Dopiero po latach zrozumiałem, jak chore było to wszystko. Kiedyś i tak nie było najgorzej. Z roku na rok w islandzkich szkołach jest coraz więcej przemocy wśród uczniów, izolowania słabszych, rzucania wyzwiskami, a ostatnio doszło też do kilku poważnych incydentów, z którymi do tej pory nikt się tu nie mierzył. Tydzień temu pisaliśmy w "ÉG" o grupie trzynastolatków, która skopała i pocięła nożem nowego w szkole dzieciaka. Chłopak dołączył do klasy miesiąc wcześniej. Po powrocie ze szpitala nałykał się tabletek, na szczęście zwymiotował wszystkie, ale do szkoły już nie wrócił.

- Może innym razem, Hjalmar - odparłem. - Jak już wspominałem, mam dużo...

- ...pracy. Wiem, wiem. - Hjalmar uśmiechnął się i podniósł ręce w poddańczym geście. - Ja chyba jednak pojadę do Vínbú?ina i kupię dobrą flaszkę na cały dzień. Męża nie ma do następnego tygodnia, więc nikt mi nie zabroni napić się z lustrem. - Westchnął ciężko.

Spojrzałem na niego z ciekawością, ale też z pewną dozą zniecierpliwienia i niechęci. Zmarszczyłem czoło. Hjalmar lekko się zmieszał i z krzywym uśmiechem szybko dodał:

- Przepraszam, mogłeś to opacznie zrozumieć. Po prostu niecodziennie twój, kurwa, sąsiad okazuje się mordercą. Ale to mieszkanie ma chyba pecha do takich pojebów.

- Na pewno będziemy w kontakcie. - Otworzyłem drzwi, ale zamknąłem je po chwili. Podałem rękę Hjamlarowi i powiedziałem: - Naprawdę, dobrze było cię na nowo poznać, Hjalmar. Zapisz sobie mój numer. - Podałem mu ciąg siedmiu cyfr. - Dziękuję za pomoc.

Hjalmar się uśmiechnął, a ja wysiadłem na szutrową drogę. Spoglądałem przez chwilę na odjeżdżającego passata, a następnie skierowałem wzrok na dom i wyłączyłem się na krótką chwilę. Gdy motocykl obudził mnie z krótkiego letargu, zdecydowałem, że jednak wejdę do środka. Mogłem równie dobrze pójść do restauracji Duus leżącej przy wybrzeżu, gdzie na pewno znalazłbym dla siebie stolik i wolne gniazdko, ale potrzebowałem ciszy. Nie było sensu jechać też na plac budowy. Z ojcem i tak się spotkam, bo zawsze wracał na obiad do domu, nieważne, gdzie pracował. Przed pierwszą trzeba było coś zjeść i koniec. A że plac budowy był niedaleko, miałem pewność, że dziś porozmawiamy. Musieliśmy porozmawiać. Zbierałem się do tego od ponad tygodnia.

Zastukałem w otwarte drzwi, ale nikt nie odpowiedział. We wnętrzu słychać było Radio Saga8, ulubioną stację Bryndis. Przypomniałem sobie, że ten przeklęty, trzeszczący odbiornik wyłączała dopiero przed snem. Jakby chciała, by cały dom karmił się tym, co wypływało z niewielkiego głośnika. Ojciec nie miał nic przeciwko, potrafił się odciąć, łatwo odpływał, ale ja i moje przyrodnie rodzeństwo każdego roku na Boże Narodzenie prosiliśmy o jedno: walkmany, discmany, a na końcu o wielkie, bezprzewodowe słuchawki. Kiedyś, gdy ojciec miał problemy z lewym uchem i leciała mu z niego ropa, lekarz zażartował, że to pewnie przez mimowolne słuchanie w domu Radia Saga. Rozśmieszyło to całą rodzinę, ale od tamtej pory Bryndis kazała mu się leczyć gdzie indziej.

Już od wejścia poczułem zapach pasty do podłóg i gotowanego mięsa. Korytarz wyłożony nowym linoleum imitującym lastryko lśnił, jakby dopiero go umyto. Z jednej strony w podłodze odbijały się wysokie kwiaty i meble stojące w salonie, z drugiej siedząca nieruchomo przy kuchennym stole Bryndis. Obowiązkowo zdjąłem buty. Wchodzenie w nich do domu było surowo zabronione. Wszedłem do środka i ruszyłem do kuchni. Cień macochy poruszył się, zastygł, a potem znów poruszył się jak zjawa, gdy wypowiedziałem na głos swoje imię.

- To ja, Baldur Ingvar.

- Buty - usłyszałem szorstki głos Bryndis.

- Zdjąłem.

- Na stojak, nie na podłogę.

Szlag, pieprzona wiedźma. Zawsze o tym zapominam. Odłożyłem buty, powiesiłem kurtkę i wszedłem do niewielkiego, jasnego pomieszczenia, gdzie na elektrycznej kuchence stały dwa garnki. W jednym gotowała się gęsta zupa, w drugim brukiew. Bryndis siedziała przy stole i obgryzała kości z mięsa. Udkiem kurczaka, trzymanym w tłustych palcach, wskazała na czajnik elektryczny.

- Tak, chętnie się napiję - powiedziałem.

- Zrób herbatę - odparła, nie zwracając na mnie uwagi i dalej patrząc w gazetę oraz talerz, na którym zostały już niemal same obgryzione kości. - Sobie też, jak chcesz.

Posłusznie podszedłem do czajnika i nalałem wody. Nie musiałem pytać, jaką chce Bryndis. Od zawsze piła czarną z czterema łyżeczkami cukru, koniecznie w szklance z koszyczkiem, na spodku, z łyżeczką postawioną obok. Poza Bryndis nikt, kogo znałem, nie pił herbaty w ten sposób. Po chwili w powietrzu pojawiły się nowe zapachy. Napary po przeciwnych stronach stołu dymiły jak dwa ogniska. Bryndis wytarła prawą rękę w papierowy ręcznik i ściszyła radio o pół tonu.

Usiadłem przy oknie z kubkiem zielonej herbaty, słuchając jej mlaskania i nie mogąc pojąć, jak ta dobiegająca sześćdziesiątki, bezrobotna kobieta, która nie była moją matką, potrafiła ustawić mnie w kilka sekund od wejścia do domu. Zniżyć do poziomu sługusa, podnóżka. Sprawić, bym poczuł się jak ponad dwadzieścia lat temu w starym domu, gdy byłem mały, krnąbrny i nieposłuszny. Może sekret tkwił właśnie w dzieciństwie? W tym, o czym zapomniałem, a co od czasu do czasu przebijało się z podświadomości jak uporczywy cierń? Zawsze mi kogoś przypominała, nawet gdy była jeszcze miłą, młodą kobietą, w której zakochał się mój ojciec. Szybko zauważyłem, że Bryndis jest ostra dla każdego, kto się jej sprzeciwia. Nie znosiła buntu, brudu i dzieci innych niż swoje. Choć nawet tego nie można było do końca być pewnym. Raz, zasypiając w swoim pokoju, słyszałem jak mój przyrodni brat Grímur w przypływie czułości podszedł do matki i powiedział, że ją kocha. Ta odparła wtedy tylko, że to dobrze i że się cieszy. Nie znam się na tym, ale gdy dziecko mówi, że kocha, w każdym włącza się automat odpowiadający "ja ciebie też kocham".

Spojrzałem przelotnie na macochę. Od zawsze bałem się jej oczu, zupełnie jakby mogła przyszpilić mnie do podłogi, przytrzymać wzrokiem nagiego i odartego z tajemnic, zrobić ze mną, co zechce. Dostrzegłem, że niedawno ufarbowała włosy na ciemny brąz. Robiła to przynajmniej raz w miesiącu, najczęściej korzystając z pomocy Sylwii, polskiej fryzjerki, która przychodziła na Bergvegur i przy okazji strzygła też resztę rodziny. Od kiedy pamiętam, macocha miała wypuszczoną na czoło kopulastą grzywkę, którą oddzielała od reszty włosów plastikową opaską, przez co czasami z profilu wyglądała jak dziewczynka w przedszkolu. Efekt ten pogłębiały jasne i wielkie oczy, które ciągle wyglądały na młode, choć były też przebiegłe, głębokie i doświadczone. Jednak wysunięta broda, odstające uszy i nos przypominający kształtem gotowaną w garnku brukiew sprawiały, że nie można już było jej uważać za ładną. W przeciwieństwie do Pétura, swojego drugiego męża, a mojego ojca, starzała się gorzej, mniej godnie. Podobnie jak jej rozgłośnia, w której znów leciały jakieś antyimigracyjne brednie starych Islandczyków.

- Co tym razem? - Bryndis była konkretna. Cięła zdania, jakby używała tasaka do mięsa. Gdy nie musiała, nie odzywała się wcale. Wstała i wyrzuciła kości na przygotowaną wcześniej blachę do pieczenia. Pamiętam, że zawsze je piekła, mieliła w blenderze i używała potem jako nawozu do kwiatów. - A może jesteś tak, bez okazji?

- Mam do napisania kilka tekstów. W Ásbrú jakiś szaleniec zabił dziecko.

Bryndis stała przy piekarniku, niewzruszona, co tylko potwierdzało moją teorię o zainteresowaniu jedynie własnym potomstwem. Przekręciła gałkę na dwieście stopni i tradycyjnie czekała, aż rozwinę temat. Niedoczekanie. Rozgryzłem cię lata temu, stara jędzo. Nie odezwałem się, tylko ostentacyjnie wyjąłem telefon i zacząłem przeglądać Facebooka. Nie miałem zamiaru karmić jej ciekawości, być kolejną ogryzioną kością. Poza tym grupa, na którą wrzuciłem film i kilka fotografii z Clausem, oszalała. W ciągu dwóch godzin dostałem kilkaset komentarzy i reakcji. Film latał już po sieci i żył swoim życiem.

- I...? - Bryndis wzięła do ręki szklankę z herbatą, którą jej zrobiłem. Wylała zawartość do zlewu.

- A jak myślisz? Skoro je zabił, dziecko nie żyje. A ja muszę napisać teraz o tym coś sensownego. - Spojrzałem na pustą szklankę. - Dlaczego to wylałaś?

- Za słaba. I nie bądź głupiomądry. Mówili już o tym w radiu. Chcę po prostu znać szczegóły od ciebie.

Miałem dość. Nie chciałem opowiadać Bryndis o niczym, zwłaszcza po użytym przez nią słowie "głupiomądry", które wypluwała zawsze, by mnie sprowokować. Kiedy w przeszłości jej się udawało, to nawet krzycząc, zaczynałem już spowiedź. W ten sposób potrafiła umiejętnie wyciągnąć ze mnie więcej, niż gdybym leżał na torturach. Nieraz zadane mimochodem pytanie prowadziło do całej opowieści, po której zarówno ja, jak i moje przyrodnie rodzeństwo budziliśmy się nagle i zastanawialiśmy, dlaczego tak łatwo wpuściła nas na grząski grunt. Kiedy w młodzieńczym buncie zaczęliśmy się jej stawiać i warczeć, okazało się, że jesteśmy dla niej słabymi przeciwnikami, co Bryndis umiejętnie wykorzystywała. Całą naszą trójkę nazywała szczeniaczkami. Infantylizowała problemy dorastania do tego stopnia, że ze wszystkimi sprawami chodziliśmy w inne miejsca. Przede wszystkim do kumpli, a czasami do ich starych, którzy wydawali się wtedy w porządku. Mój ojciec nie był dla Grímura i Sigrún żadnym autorytetem. Przypałętał się do ich matki, a ta oddała mu całe serce na tacy, nie zostawiając dla dzieci nawet resztek. Upiekła i zmieliła kości po dawnym związku.

Po jednej z kłótni w końcu się wyprowadziłem. Prawie dwa lata unikałem Bryndis, niewiele pisałem do ojca i prawie wcale do przyrodniego rodzeństwa, które i tak niemal zawsze stawało po stronie biologicznej matki. Pracowałem wtedy w Cafe Babalu i w czasie, gdy mieszkałem w Reykjavíku, poznałem wielu nowych, naprawdę fantastycznych ludzi. Oczyściłem się z wpływu, jaki Bryndis miała na moje życie. Zdążyłem zapomnieć o tym, jaka potrafiła dla mnie być, gdy ojciec patrzył w drugą stronę. A gdy w końcu, podczas Bożego Narodzenia się pogodziliśmy, nastała zimna wojna. Staraliśmy się nawzajem nie prowokować i nie denerwować Pétura. Tak było i teraz, kiedy znalazłem się z nią sam na sam w kuchni. Bryndis, widząc na mojej twarzy wyraz kompletnego zdegustowania i hardości, syknęła:

- No, to idź już, idź. Pisz sobie. Na co jeszcze czekasz?

- Doskonale. Skorzystam z gabinetu. - Nie miałem ochoty iść do swojego starego pokoju. Byłem pewien, że nikt tam nie sprzątał i nie wietrzył, odkąd wiele lat temu się wyprowadziłem.

Bryndis nie skomentowała. Podkręciła piekarnik na dwieście dwadzieścia stopni i pogłośniła radio.