Bal wszystkich nieświętych - Alek Rogoziński

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Postaci

Mariusz "Mario" Kosek - szef agen­cji PR "360 stopni", sta­ra­jący się w cza­sie balu pozy­skać bar­dzo cen­nego klienta.

Domi­nika "Miśka" Szu­stek - współ­wła­ści­cielka "360 stopni", bez spe­cjal­nego prze­ko­na­nia towa­rzy­sząca Mario w jego misji.

Anna Kar­po­wicz - popu­larna aktorka, która przy­jęła tajem­ni­cze zapro­sze­nie na bal i póź­niej bar­dzo tego żało­wała.

Ignacy Bursz­ty­no­wicz - spad­ko­bierca ucho­dzą­cego za mul­ti­mi­lio­nera ojca, pró­bu­jący wszel­kimi siłami ukryć fakt, że tak naprawdę nie było czego po nim dzie­dzi­czyć.

Maria Bursz­ty­no­wicz - mama Igna­cego, prze­ko­nana, że żadna kobieta na pla­ne­cie nie jest godna zosta­nia jej synową.

Euge­nia Kra­sucka - bab­cia Igna­cego, uwa­ża­jąca, że nie ma lep­szego lekar­stwa na wszel­kie bóle niż "papie­ro­sek z rana i kie­li­sze­czek koniaczku na wie­czór".

Lucyna Gąs­sow­ska - wła­ści­cielka sieci kli­nik medy­cyny este­tycz­nej, w swoim prze­ko­na­niu będąca naj­lep­szą wizy­tówką jako­ści pro­po­no­wa­nych tam usług, a zda­niem innych pre­zen­tu­jąca się tak, jakby ją stwo­rzył dok­tor Fran­ken­stein.

Mar­cin Pru­sik - wscho­dząca gwiazda kina, przy­stojny, młody gen­tle­man uzna­wany za bożysz­cze nasto­la­tek.

Karina Mro­zow­ska - znana z udziału w wielu pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych tan­cerka, a od nie­dawna też i narze­czona Mar­cina.

Julian Zamir­ski - znany youtu­ber, przy­ja­ciel Mar­cina, szcze­rze nie­na­wi­dzący jego narze­czo­nej.

Kata­rzyna "Gol­den Girl" Maru­sik - influ­en­cerka, prze­chwa­la­jąca się milio­nem fanów na Insta­gra­mie i skrzęt­nie kamu­flu­jąca fakt, że lwią część z nich zaku­piła na stro­nie "Fol­lo­wersi za gro­sik".

Manuel Kłos - pisarz spra­wia­jący wra­że­nie, jakby na Zie­mię pod­rzu­cił go sta­tek kosmiczny. I to dość nie­dawno.

Jakub Wel­l­man - były kapi­tan pol­skiej repre­zen­ta­cji w piłce noż­nej, od nie­dawna mini­ster sportu.

Patry­cja Wel­l­man - żona Jakuba, przy oka­zji też jego agentka, uzna­wana powszech­nie za rein­kar­na­cję Ksan­typy.

San­dra Klej­nocka - spad­ko­bier­czyni jed­nego z naj­bo­gat­szych ludzi w Pol­sce, mająca nie­ba­wem sta­nąć na czele zało­żo­nej przez swo­jego tatę firmy XXL.

Pierre Tour­neur - robiący zaska­ku­jąco zawrotną karierę szef kuchni i autor kilku ksią­żek kuli­nar­nych.

Mał­go­rzata Jaro­sła­wo­wicz - pre­zen­terka tele­wi­zyjna, mająca wyjąt­kowy talent do robie­nia sobie z ludzi wro­gów.

Tomasz Gar­liń­ski - orga­ni­za­tor balu, usi­łu­jący zapa­no­wać nad cha­osem, w jaki prze­ro­dziła się nie­win­nie zapo­wia­da­jąca się impreza dla VIP-ów.

Teresa Mach­nik - współ­pra­cow­nica Toma­sza, prze­ko­nana, że róż­nych ludzi w życiu widziała, ale takich świ­rów jak teraz, to jesz­cze ni­gdy.

Jaro­mir Maj­cher - archi­tekt, który odku­pił zruj­no­wany XIX-wieczny pałac i pró­bo­wał zro­bić z niego perełkę, zanim mu go pod­stę­pem ode­brano.

Krzysz­tof Dar­ski - komi­sarz poli­cji, mający prze­czu­cie, że w miej­scu, gdzie zgro­ma­dziło się tylu cele­bry­tów, musi zda­rzyć się coś złego i, nie­stety, nie­my­lący się ani tyci, tyci.

Dariusz Bart­nicki - pro­ku­ra­tor, który posta­wił sobie za punkt honoru zaim­po­no­wa­nie naj­więk­szej gwieź­dzie poli­cji i poka­za­nie, że "na pro­win­cji też dają radę".

Prolog

Dźwięki walca wie­deń­skiego gra­nego przez sto­ją­cych na sce­nie muzy­ków mie­szały się z odgło­sem kro­ków na par­kie­cie. Sześć par wiro­wało w nie­wiel­kiej sali balo­wej pałacu w Kle­pa­czo­wi­cach. Domi­nika Szu­stek, zwana przez wszyst­kich Miśką, obser­wo­wała tan­ce­rzy uważ­nie. Miała wra­że­nie, że nie patrzy na ludzi, ale na wiru­jące por­ce­la­nowe figurki na wieczku nakrę­co­nej wcze­śniej przez kogoś pozy­tywki.

"To nie bal. To cyrk!", pomy­ślała z lek­kim nie­sma­kiem, wspo­mi­na­jąc to, co działo się w tym miej­scu przez ostat­nich kil­ka­dzie­siąt godzin. Nikt by nie odgadł, że tak zgod­nie teraz uzu­peł­nia­jący się i współ­pra­cu­jący w tańcu ludzie życzą sobie wszyst­kiego naj­gor­szego i gotowi są w każ­dej chwili rzu­cić się sobie do gar­deł. Gdyby o tym, co się tutaj wyda­rzyło, ktoś jej tylko opo­wie­dział, Miśka, patrząc teraz na par­kiet, z pew­no­ścią nie uwie­rzy­łaby w ani jedno słowo. Ponie­waż jed­nak była naocz­nym świad­kiem tych zda­rzeń, czuła jedy­nie nie­smaczny podziw dla hipo­kry­zji pra­wie wszyst­kich tan­ce­rzy, z wyjąt­kiem dwóch osób, para­dok­sal­nie two­rzą­cych teraz parę na par­kie­cie.

Poda­jący wła­śnie rękę swo­jej part­nerce jej przy­ja­ciel Mario zna­lazł się tutaj przez przy­pa­dek. Podob­nie zresztą jak i ona sama. A tań­cząca z nim Anna Kar­po­wicz wyda­wała się rów­nie zasko­czona ostat­nimi godzi­nami, co i oni. Tak jakby została tu zapro­szona w wyniku pomyłki. Nato­miast cała reszta...

"Doprawdy, trzeba było się nie­źle nagłów­ko­wać, żeby zgro­ma­dzić w jed­nym miej­scu tyle osób, które miały powody, aby szcze­rze się nie­na­wi­dzić!", zasko­czona tą myślą Szu­stek nagle prze­stała zwra­cać uwagę na par­kiet. A co, jeśli ktoś naprawdę zro­bił to z pre­me­dy­ta­cją? Jeśli to nie przy­pa­dek zde­cy­do­wał, że w tym zapo­mnia­nym przez Boga i ludzi miej­scu wła­śnie w tym momen­cie skrzy­żo­wały się losy tych wszyst­kich cele­bry­tów, tak bar­dzo kocha­nych przez fanów i tak skrzęt­nie skry­wa­ją­cych za uśmie­chami i na pozór dobrymi manie­rami okru­cień­stwo, mega­lo­ma­nię, zawiść, chci­wość i dzie­siątki innych cech, do któ­rych posia­da­nia mało kto jest skłonny otwar­cie się przy­znać.

Miśka wyło­wiła wzro­kiem gospo­da­rza imprezy. Ignacy Bursz­ty­no­wicz tań­czył walca tak bez­błęd­nie, że gdyby wystę­po­wał w "Tańcu z Gwiaz­dami", to nawet Iwona Pavlo­vić musia­łaby go nagro­dzić naj­wyż­szą notą, choć z reguły miało się wra­że­nie, że trzyma ją tylko na wypa­dek, gdyby znie­nacka w tele­wi­zyj­nym show poja­wił się duch Freda Aste­ire'a. Trzeba jed­nak przy­znać, że part­nerka biz­nes­mena w pełni dotrzy­my­wała mu kroku. O wła­ści­cielce sieci gabi­ne­tów medy­cyny este­tycz­nej, Lucy­nie Gąs­sow­skiej, można było wyra­zić wiele nie­po­chleb­nych opi­nii, zwłasz­cza kiedy wzięło się pod lupę styl, w jakim doro­biła się swo­jego wie­lo­mi­lio­no­wego majątku, ale nie dało się jej odmó­wić gra­cji i szyku, które aku­rat dla walca są rów­nie cenne co dia­menty dla każ­dej praw­dzi­wej kobiety.

Miśka nie poświę­ciła jed­nak Gąs­sow­skiej zbyt wiele uwagi. Bar­dziej intry­go­wał ją Ignacy. Zresztą nie tylko ją. Cała Pol­ska - zwłasz­cza czy­tel­nicy plot­kar­skich por­tali i gazet - od kil­ku­na­stu mie­sięcy z cie­ka­wo­ścią śle­dzili jego zawrotną karierę.

Odzie­dzi­czyw­szy po swoim ojcu sieć hur­towni far­ma­ceu­tycz­nych, obda­rzony przez matkę naturę apa­ry­cją hol­ly­wo­odz­kiego play­boya, sta­ran­nie wykształ­cony, bły­sko­tliwy trzy­dzie­sto­dwu­la­tek usil­nie dbał o to, aby sku­pić na sobie jak naj­wię­cej uwagi roda­ków. Naj­pierw wdał się w romans z popu­larną i dopiero co roz­wie­dzioną pio­sen­karką Martą Raj. Ponie­waż gwiazda była od niego star­sza o dwa­dzie­ścia osiem lat, wspólne poja­wie­nie się na ścian­kach, a następ­nie zro­bione przez papa­razzi foty z ich wyjazdu na Sycy­lię szybko stały się sen­sa­cją. Pła­wiący się w bla­sku sławy, zapra­szany do tele­wi­zyj­nych śnia­da­nió­wek, obda­rzony tytu­łem "naj­sek­sow­niej­szego pol­skiego kawa­lera" Ignacy uznał, że Marta speł­niła swoje zada­nie i led­wie po paru tygo­dniach zerwał ich zwią­zek, aby już kilka dni póź­niej poja­wić się na gali por­talu Sen­sa­tek razem z super­mo­delką, Patry­cją Strzałą.

Prze­ko­naw­szy się, że kto­kol­wiek by stał obok niego na ściance, zapew­nia mu kolejny arty­kuł w pra­sie tak papie­ro­wej, jak i elek­tro­nicz­nej, oraz zapro­sze­nia do tele­wi­zji, Bursz­ty­no­wicz dbał, aby dostar­czać mediom jak naj­wię­cej żeru. Lista jego part­ne­rek rosła w tem­pie wręcz prze­ra­ża­ją­cym, a wraz z nią zwięk­szała się także liczba poświę­co­nych mu publi­ka­cji, o fol­lo­wer­sach na Insta­gra­mie już nawet nie wspo­mi­na­jąc. Po pew­nym cza­sie stało się jasne, że show-biz­nes poko­chał Igna­cego wielką i odwza­jem­nioną miło­ścią. Nic więc dziw­nego, że wia­do­mość, iż młody biz­nesmen zaku­pił pałac w Kle­pa­czo­wi­cach i wydaje tam bal dla cele­bry­tów, też roz­pa­liła cie­ka­wość wszyst­kich do czer­wo­no­ści. Co jed­nak zaska­ku­jące, tym razem Bursz­ty­no­wicz nie zapro­sił na imprezę wielu redak­cji, a ogra­ni­czył się jedy­nie do udzie­le­nia akre­dy­ta­cji dzien­ni­karce wspie­ra­ją­cego go na każ­dym kroku dwu­ty­go­dnika "Kok­tajl" i repor­te­rowi naj­więk­szej sta­cji Tele-Pol, któ­rzy stali teraz vis-a-vis Miśki po dru­giej stro­nie sali i podob­nie jak ona uważ­nie obser­wo­wali tań­czące gwiazdy. Żad­nych innych żur­na­li­stów i, co naj­dziw­niej­sze, zero papa­razzi!

Odpo­wiedź na pyta­nie, po co Igna­cemu była ta cała sta­ro­świecka szopka, skoro naj­wy­raź­niej nie pla­no­wał jej wyko­rzy­stać do zro­bie­nia sobie kolej­nej reklamy i zapew­nie­nia szumu wokół wła­snej osoby, pozo­sta­wała dla Szu­stek nie­od­gad­nioną zagadką.

Walc trwał w naj­lep­sze. Mario znad ramie­nia swo­jej part­nerki posłał Miśce spoj­rze­nie mówiące: "Jesz­cze jeden obrót i dostanę świra", ale dziel­nie tań­czył dalej. Dokład­nie w chwili, kiedy sub­telna zamiana w aran­ża­cji dała znać, że walc zbliża się do końca, gdzieś w oddali roz­legł się prze­raź­liwy kobiecy krzyk.

Zdzi­wiony Ignacy prze­rwał taniec i mach­nię­ciem dło­nią dał znać zespo­łowi, aby prze­stał grać. Zapa­dła cisza. Nagle prze­rwał ją kolejny krzyk, po któ­rym dało się usły­szeć stu­kot pospiesz­nych kro­ków.

Ktoś biegł pała­co­wym kory­ta­rzem w stronę drzwi wio­dą­cych do sali balo­wej. Sto­jący przy nich dzien­ni­karz Tele-Polu, Miłosz Plu­ciń­ski, odru­chowo naci­snął klamkę, po czym otwo­rzył je na oścież. Nie minęło kilka sekund, kiedy w ich progu sta­nęła współ­or­ga­ni­za­torka imprezy. Zdy­szana i pur­pu­rowa na twa­rzy Teresa Mach­nik, odszu­kaw­szy wzro­kiem Igna­cego, zro­biła w jego stronę kilka kro­ków.

- Mor­der­stwo! - wychry­piała prze­ra­żo­nym gło­sem. - W altance! Zwłoki... Mor­der... - W poło­wie słowa runęła na posadzkę tuż u stóp swo­jego pra­co­dawcy.

Miśka poczuła, że robi jej się w środku lodo­wato.

- Mówi­łem ci, że to się źle skoń­czy. - Usły­szała szept Mario, który nie wia­domo jakim spo­so­bem zna­lazł się tuż obok niej. - I, jak zawsze, mia­łem rację!

- Naprawdę uwa­żasz, że to ide­alny moment, żeby upra­wiać auto­pro­mo­cję? - spy­tała Szu­stek z wyrzu­tem.

- Jestem tylko cie­kawy jed­nego... - Przy­ja­ciel zigno­ro­wał jej uwagę.

- Czego? - zacie­ka­wiła się mimo­wol­nie Miśka.

- To chyba oczy­wi­ste. - Mario poto­czył wzro­kiem po sali. - Kto jest ofiarą?

Rozdział I

Tydzień wcze­śniej

Anna Kar­po­wicz wyko­nała ostatni ukłon przed wiwa­tu­jącą publicz­no­ścią, po czym prze­szła do gar­de­roby, po dro­dze z nie­kła­maną ulgą pozby­wa­jąc się kolej­nych ele­men­tów swo­jego sce­nicz­nego kostiumu.

- Czy mogła­byś mi jesz­cze raz wytłu­ma­czyć, dla­czego Kry­spin do roli Anty­gony każe mi wkła­dać zbroję? Czy on aby nie pomy­lił Anty­gony z Ateną? - zapy­tała Janinę, nie­wielką, szczu­plutką gar­de­ro­bianą, wrę­cza­jąc jej bez mała tonę żela­stwa, które już zdą­żyła z sie­bie zrzu­cić po dro­dze, i zdej­mu­jąc ostat­nie ele­menty owego dzi­wa­dła. - Czuję się w tym wszyst­kim tak, jak­bym miała popro­wa­dzić woj­ska grec­kie na wojnę z Per­sją. Gdy pierw­szy raz to zało­ży­łam, odru­chowo rozej­rza­łam się za koniem i sztan­da­rem. Skąd on bie­rze takie pomy­sły?!

- Sama nie wiem... - Gar­de­ro­biana wes­tchnęła, w ostat­niej chwili hamu­jąc się przed wygło­sze­niem opi­nii o umy­sło­wo­ści reży­sera spek­ta­klu, zamy­ka­ją­cej się w krót­kim, reto­rycz­nym pyta­niu: "Bo jest pier­dol­nięty?". - Chyba taką miał wizję...

- Nic dziw­nego, że moja poprzed­niczka poszła na wycho­waw­czy, korzy­sta­jąc z faktu, że go ostat­nio prze­dłu­żyli pra­wie do matury dziecka - skwi­to­wała Anna, sia­da­jąc przy toa­letce i się­ga­jąc po chu­s­teczki do dema­ki­jażu. - Sama się zasta­na­wiam, jak stąd nawiać. Myśl, że będę musiała się wbi­jać w to narzę­dzie tor­tur przez kolejny mie­siąc, tro­chę mnie prze­raża.

- Może zardze­wieje. Na nową zbroję na pewno nas nie stać. Wszę­dzie teraz tylko cię­cia i oszczęd­no­ści - pocie­szyła ją Janina, wrzu­ca­jąc z wyraź­nym obrzy­dze­niem ele­menty kostiumu do spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nego dla niego kon­te­nera. - Na osłodę mam dla cie­bie kilka pre­zen­tów od wiel­bi­cieli. Kwiaty od razu prze­trans­por­to­wa­łam ci do domu, bo aku­rat Wie­sio jechał w tym kie­runku. Będą cze­kały jak zawsze w lobby przy recep­cji. A tu masz kore­spon­den­cję... - Podała Kar­po­wicz kilka kopert.

Anna nie była zdzi­wiona. Dosko­nale znała panu­jący w tym teatrze zwy­czaj pisa­nia akto­rom kom­ple­men­tów na spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych do tego celu kart­kach, które umiesz­czano w koper­tach z nazwi­skiem adre­sata. Przy czym okre­śle­nie "kom­ple­menty" nale­żało trak­to­wać bar­dzo meta­fo­rycz­nie, zwa­żyw­szy na fakt, że aktor gra­jący w spek­ta­klu jej ojca prze­czy­tał kie­dyś w takim liściku, że powi­nien "iść na eme­ry­turę, zanim się na sce­nie roz­pad­nie ze sta­ro­ści", a ona sama otrzy­my­wała co i rusz nie­wy­bredne pro­po­zy­cje natury ero­tycz­nej, co w sumie dawało się jakoś pod­cią­gnąć pod pochleb­stwo, tyle że nie­ko­niecz­nie takie, jakiego ocze­ki­wa­łaby od fanów teatru. Mimo swo­jego znie­chę­ce­nia do tego typu formy komu­ni­ka­cji z widzami Anna otwo­rzyła teraz kilka kopert i prze­czy­tała wia­do­mo­ści. Już miała odło­żyć wszystko na toa­letkę, kiedy ze zdzi­wie­niem odno­to­wała, że jedna koperta wyróż­nia się spo­śród innych. Była bar­dziej ele­gancka i bez wąt­pie­nia nie­po­cho­dząca z teatral­nych zapa­sów.

- A! To... - Gar­de­ro­biana wyła­pała zdu­mione spoj­rze­nie aktorki. - Ten liścik zosta­wił bar­dzo przy­stojny młody czło­wiek. Mam wra­że­nie, że kie­dyś już go gdzieś widzia­łam, ale nijak nie umiem sobie przy­po­mnieć gdzie. Może w teatrze, może w tele­wi­zji... Albo w inter­ne­cie, ale tam to już mi się wszy­scy mylą. To pew­nie kwe­stia wieku.

- Na pocie­chę powiem ci, że to nie ma nic wspól­nego z wie­kiem, bo mnie też się wszy­scy mie­szają. Za dużo ich i za szybko się zmie­niają, a już powody ich cele­bryc­twa pozo­stają dla mnie głę­boko uta­jone - mówiąc to, Anna otwo­rzyła kopertę i wyjęła z niej kartkę ozdob­nego papieru sta­no­wią­cego z nią kom­plet. Szybko prze­bie­gła wzro­kiem jej zawar­tość, po czym zmarsz­czyła brwi. - Inte­re­su­jące... - szep­nęła z lek­kim nie­do­wie­rza­niem.

- Coś złego? - Janina nawet nie pró­bo­wała kamu­flo­wać swo­jej cie­ka­wo­ści. - Czy znowu jakieś nie­mo­ralne pro­po­zy­cje?

- Znowu? Prze­cież żad­nych jak dotąd nie dosta­łam! - Anna odru­chowo wyparła się wszyst­kich wcze­śniej­szych zbe­reź­nych liści­ków, choć przez myśl prze­bie­gło jej podej­rze­nie, że gar­de­ro­biana mogła je prze­cież czy­tać za jej ple­cami.

- Ty nie - Janina zgo­dziła się bez mru­gnię­cia okiem - ale inni tak. Woj­te­czek na przy­kład dostał jedną nie dalej jak wczo­raj. I to, wyobraź sobie, od męż­czy­zny! Nie pierw­szy raz!

- Gdyby Woj­te­czek był bar­dziej ostrożny z wrzu­ca­niem swo­ich fotek na Insta­gram, to dosta­wałby takich rze­czy o wiele mniej - zawy­ro­ko­wała z pew­no­ścią w gło­sie Kar­po­wicz, która, prze­glą­da­jąc nie­dawno pro­fil swo­jego kolegi z teatru, doszła do wnio­sku, że jedyne, czego tam jesz­cze nie zoba­czyła, to jego zdję­cia rent­ge­now­skie. - Sam pro­wo­kuje, to niech się potem nie dziwi, że ma takie efekty!

- Co racja, to racja - potak­nęła kobie­cina. - Acz­kol­wiek jemu to chyba jakoś spe­cjal­nie nie prze­szka­dzało, bo od razu zadzwo­nił pod numer, który mu ten męż­czy­zna zosta­wił na kartce, i umó­wił się z nim na kawę. Naprawdę, myślę, że czasy apo­ka­lipsy są już bli­skie - wes­tchnęła ciężko, wzno­sząc oczy, jakby chciała uciec się pod opiekę Naj­wyż­szego przed nad­cią­ga­jącą Sodomą i Gomorą.

- Yhm - mruk­nęła aktorka, posta­na­wia­jąc nie docie­kać, jakim cudem w umy­śle jej roz­mów­czyni randka mię­dzy dwoma face­tami łączy się ze spo­dzie­wa­nym koń­cem świata. Jak by nie patrzeć, w światku teatral­nym aku­rat róż­no­rodne zain­te­re­so­wa­nia natury ero­tycz­nej były tak bar­dzo na porządku dzien­nym, że gar­de­ro­biana już dawno powinna się do nich przy­zwy­czaić. - Na­dal jed­nak nie rozu­miem tego, co tu dosta­łam...

- Ano wła­śnie! - ock­nęła się ze stanu wewnętrz­nego roz­mo­dle­nia gar­de­ro­biana. - Mia­łaś mi powie­dzieć, co tam jest...

"Nie mia­łam", pomy­ślała Anna, ale gło­śno odpo­wie­działa:

- Zapro­sze­nie na bal.

- Słu­cham? - Jej roz­mów­czyni zro­biła wiel­kie oczy. - Jaki znowu bal?!

- Cha­ry­ta­tywny - wyja­śniła z zakło­po­ta­niem Kar­po­wicz. - Tu jest napi­sane, że ma się on roz­po­cząć od czę­ści zapo­znaw­czej. Nie za bar­dzo rozu­miem, co to ozna­cza...

- Gdy byłam ostat­nio w sana­to­rium, to mie­li­śmy pierw­szego dnia wie­czo­rek zapo­znaw­czy, który poszedł tak dobrze, że po tygo­dniu u połowy kura­cju­szy zdia­gno­zo­wano chla­my­dię. - Janina wes­tchnęła z pogardą, dając jed­no­znacz­nie do zro­zu­mie­nia, że jej ta intymna przy­pa­dłość oczy­wi­ście nie doty­czyła. - Ale o balu zapo­znaw­czym ni­gdy jesz­cze nie sły­sza­łam. A od kogo to zapro­sze­nie?

- Od Igna­cego Bursz­ty­no­wi­cza - odczy­tała z liściku Anna. - Coś mi się chyba obiło o uszy...

- Aaa!!! - Gar­de­ro­biana wyglą­dała, jakby nagle doznała olśnie­nia. - No tak! Chyba fak­tycz­nie powoli zaczy­nam mieć objawy demen­cji! Oczy­wi­ście, że to był on!

- Ten przy­stoj­niak, który zosta­wił ten list? - upew­niła się Kar­po­wicz.

- Dokład­nie! Czy­ta­łam o nim ostat­nio arty­kuł w "Kok­tajlu". Odzie­dzi­czył for­tunę po swoim ojcu. Hur­tow­nie z lekami. Wielki, wielki mają­tek. Już nawet nie pamię­tam, jak ogromny, ale jego ojciec nale­żał do naj­bo­gat­szych ludzi w Pol­sce, wystar­czy więc, żeby on sam nie robił nic do końca świata, a i tak będzie pła­wił się w luk­su­sie. Arty­kuł jed­nak nie był tak do końca o tym, co o jego naj­now­szym zaku­pie. Jakimś pałacu...

- W Kle­pa­czo­wi­cach.

- Skąd wiesz?

- Bo wła­śnie tam ma się odbyć ten bal...

- Naprawdę?! - dopy­tała wyraź­nie zasko­czona gar­de­ro­biana. - Dziwne...

- Dla­czego?

- W arty­kule zasta­na­wiano się, czy on kupił ten pałac dla sie­bie, czy na wyna­jem, i raczej skła­niano się ku tej dru­giej wer­sji, ale i tak prze­wi­dy­wano, że będzie miał z tym pro­blem, bo to miej­sce podobno jest... Jak by to powie­dzieć...

- Nawie­dzone? - pod­su­nęła Anna.

- Skąd wiesz?! - Janina popa­trzyła na nią z jesz­cze więk­szym zdu­mie­niem.

- Strze­li­łam - zaśmiała się szcze­rze Kar­po­wicz. - Stra­szy tam biała dama? Po ogro­dzie prze­cha­dza się ścięty rycerz ze swoją głową pod pachą? Czy też w ścia­nie gabi­netu znaj­duje się tajemny por­tal do innego wymiaru?

- Nic takiego. - Gar­de­ro­biana rzu­ciła jej spoj­rze­nie pełne poli­to­wa­nia, jeśli nie wręcz obu­rze­nia. - Cho­dzi o coś fak­tycz­nie poważ­nego. O klą­twę.

- Nie żar­tuj! - prych­nęła Anna. - Wie­rzysz w takie rze­czy?!

- Sama nie wiem... - Janina wyglą­dała na tak zakło­po­taną, że Kar­po­wicz z miej­sca nabrała podej­rzeń, że jedy­nie obawa przed ośmie­sze­niem się w jej oczach powstrzy­mała kobietę przed odpo­wie­dzią jed­no­znacz­nie twier­dzącą. - Gdy prze­czy­ta­łam histo­rię tego pałacu, to sobie pomy­śla­łam, że fak­tycz­nie zbyt dużo wyda­rzyło się tam dziw­nych rze­czy, żeby mogły to być tylko zbiegi oko­licz­no­ści...

- Niby co takiego? - zacie­ka­wiła się mimo­wol­nie aktorka.

- Wybu­do­wano go, o ile dobrze pamię­tam, w latach dwu­dzie­stych dzie­więt­na­stego wieku. I jesz­cze przed koń­cem robót poja­wiły się pro­blemy. Pierw­szy wła­ści­ciel przy­je­chał tam z córką, kiedy jesz­cze nie wszystko było gotowe. Ta córka była ponoć prze­ra­ża­jąco anty­pa­tyczna i strasz­nie kapry­siła. Kolor pałacu jej nie odpo­wia­dał, tapety w środku też nie, ogród uznała za badziewny. Cho­dziła, stę­kała i kwę­kała, aż wszy­scy w duchu zaczęli jej życzyć, żeby ją tra­fiła jakaś cho­lera. No i wresz­cie pod koniec dnia te życze­nia się speł­niły. Uparła się bowiem, że nie będzie noco­wała w takiej szpe­to­cie, zapa­ko­wano ją więc w karocę razem z jej cio­tecz­nym bra­tem, hra­bią, ale że było ciemno, to woź­nica pomy­lił drogę i zamiast na trakt do sto­licy wje­chał w oko­liczne mokra­dła. Sam się ura­to­wał, konie też zdo­łał oca­lić, hra­bia w ostat­nim momen­cie resztką sił jakoś wylazł z bagna, i tylko tę córkę wcią­gnęło. Razem z karetą. To jest wer­sja ofi­cjalna. Moim zda­niem to ona gde­rała temu kuzy­nowi tak, że ją w końcu udu­sił, żeby mieć święty spo­kój, i razem z woź­nicą upo­zo­ro­wał wypa­dek. Ale teraz to już nikt tego nie udo­wodni. Tak czy siak, to była pierw­sza ofiara pałacu. Drugą był ten tatuś. Ledwo co ze trzy lata pogo­spo­da­rzył w swoim nowym lokum, i to robiąc tam różne hocki-klocki, aż tu któ­re­goś ranka zna­le­ziono go mar­twego w sypialni. Lekarz uznał, że był to atak serca, ale służba roz­po­wia­dała, że kiedy go zna­le­ziono, miał oczy sze­roko otwarte i twarz z takim prze­ra­żo­nym wyra­zem, jakby zoba­czył upiora. Moim zda­niem mogła go odwie­dzić córu­nia. Pomy­ślał, że znów będzie musiał zno­sić jej fochy, i ze stra­chu wykor­ko­wał.

- Jakoś bar­dzo fry­wol­nie to wszystko opo­wia­dasz - zauwa­żyła Anna z prze­ką­sem.

- Bo w takim duchu to było wszystko opi­sane w "Kok­tajlu" - wytłu­ma­czyła gar­de­ro­biana.

- Rozu­miem. - Aktorka poki­wała głową. - A jakie to hocki-klocki wypra­wiał ten tatuś?

- No wła­śnie! - Głos jej roz­mów­czyni zabrzmiał tym razem zło­wiesz­czo. - Otóż ten pałac został wybu­do­wany na pla­nie trój­kąta!

Ponie­waż wypo­wie­działa to takim tonem, jakby ta figura geo­me­tryczna była zna­kiem sza­tań­skim, Anna zapy­tała ostroż­nie:

- I co z tego?

- Na pla­nie trój­kąta budo­wano sie­dziby masoń­skie - wyja­śniła gar­de­ro­biana tonem już iście gro­bo­wym.

- To zna­czy, że moja mama też mieszka w sie­dzi­bie masoń­skiej - mruk­nęła Anna z poli­to­wa­niem.

- Jak to?

- Prze­pro­wa­dziła się nie­dawno ze sto­licy do Pia­stowa, do Rezy­den­cji War­szaw­skiej, czyli bloku zbu­do­wa­nego wła­śnie na pla­nie trój­kąta. Będę się musiała zain­te­re­so­wać, czy nie upra­wia tam wol­no­mu­lar­stwa...

- No, może teraz coś się zmie­niło, ale kie­dyś na pla­nie trój­kąta budo­wano z reguły sie­dziby maso­nów. I jakby tego było mało, to ten aku­rat pałac posta­wiono na takiej sztucz­nie usy­pa­nej wyspie w kształ­cie pię­cio­kąta, co nawią­zy­wało do kolej­nego sym­bolu maso­nów, czyli pen­ta­gramu. Dodat­kowo w środku znaj­duje się też wiele sal trój­kąt­nych i pię­cio­kąt­nych, a pod­zie­mia pałacu to praw­dziwy labi­rynt, w któ­rym zgu­biłby się nawet Teze­usz. I to z nicią Ariadny w zębach.

- Mito­lo­gia grecka zali­czona. - Anna znów się uśmiech­nęła.

- Nie samą Anty­goną czło­wiek żyje, kochana. W każ­dym razie pierw­szy wła­ści­ciel był maso­nem i pod jego auspi­cjami dzia­łała tam lokalna loża. Po jego śmierci pałac prze­szedł we wła­da­nie jego sio­stry, ale ona trzy­mała się od tego miej­sca z daleka. Szybko je zresztą sprze­dała któ­re­muś z naszych rodzi­mych ary­sto­kra­tów. Już nie pamię­tam któ­remu. Ale i on ni­gdy w nim nie bywał, posia­dłość więc powoli, ale nie­ubła­ga­nie nisz­czała. Po powsta­niu stycz­nio­wym ist­niała w pałacu jakiś ochronka czy coś podob­nego, ale w sumie nie­wiele się tam działo. Dopiero kiedy wybu­chła pierw­sza wojna świa­towa, prze­kształ­cono go w szpi­tal, a pod­czas dru­giej zade­ko­wał się tam jakiś bogaty nie­miecki ary­sto­krata, któ­rego zabili żoł­nie­rze armii sowiec­kiej, kiedy odbi­jali te tereny. W dobie PRL-u wszystko obró­ciło się już w kom­pletną ruinę i dopiero kilka lat temu o kupno tego miej­sca zaczął się sta­rać jakiś archi­tekt... Zaraz, zaraz, jak on się nazy­wał...

- Czy to takie ważne? - Anna poczuła, że ta przy­dłu­gawa opo­wieść, zbyt nasy­cona histo­rycz­nymi szcze­gó­łami, zaczyna ją nudzić.

- To był podobno ktoś bar­dzo znany... - Janina jesz­cze przez moment szu­kała w pamięci nazwi­ska, ale potem mach­nęła na nie ręką. - Nie przy­po­mnę sobie. W każ­dym razie nie­źle się naciął.

- To zna­czy?

- Pałac osta­tecz­nie stał się wła­sno­ścią Skarbu Pań­stwa i tak powie­dziano archi­tek­towi. Przez nie­uwagę przez te wszyst­kie lata nie wpi­sano go nawet do reje­stru zabyt­ków. Ot, po pro­stu uznano go za nic nie­wartą kupę kamieni. Dzięki temu archi­tekt doga­dał się w mgnie­niu oka z lokal­nymi wła­dzami, które poparły jego sta­ra­nia o kupie­nie tego obiektu. Pałac sprze­dano, bez niczy­jego pro­te­stu, podobno za cenę wiej­skiej sto­doły. Archi­tekt zabrał się do jego reno­wa­cji. Zro­bił ją ze sma­kiem, nie szczę­dząc przy tym środ­ków. Wyszła mu praw­dziwa perełka. Wieść o tym budo­wal­nym zmar­twych­wsta­niu dotarła do jakie­goś bran­żo­wego pisma, które napi­sało do niego prośbę, aby pozwo­lił im poro­bić zdję­cia. Archi­tekt się nie zgo­dził, ale dzien­ni­karz i foto­graf tego pisma i tak przy­je­chali, cyk­nęli fotki zza płotu, a potem napi­sali arty­kuł, że to skan­dal, iż tak cenne obiekty, które powinny być udo­stęp­nione zwie­dza­ją­cym, tra­fiają u nas w pry­watne ręce, a ponie­waż archi­tekt ma żonę Niemkę, to opu­bli­ko­wano go pod hasłem: "Jak długo Niemcy będą bez­kar­nie roz­kra­dać nasz kraj?". Tekst prze­dru­ko­wał któ­ryś z bru­kow­ców, który dał mu wręcz wielki tytuł: "Jakby im było mało dru­giej wojny świa­to­wej!". Afera zro­biła się z tego potężna, jakieś oszo­łomy zaczęły wysy­łać pety­cje do Mini­ster­stwa Kul­tury i Dzie­dzic­twa Naro­do­wego. Archi­tektowi zesłano na łeb niby to eks­pertkę - kom­pletną kre­tynkę, która miała za zada­nie zna­leźć jaki­kol­wiek powód, aby można było się wyco­fać z umowy sprze­daży, a jakby tego jesz­cze było mało, nagle obja­wił się ktoś, kto oświad­czył, że ma prawa do tego obiektu.

- Kto? - zdzi­wiła się Anna, którą aku­rat ta część opo­wie­ści zain­te­re­so­wała o wiele bar­dziej, bo miała w rodzi­nie podobny przy­pa­dek, tyle że mniej­szego kali­bru.

Jej bab­cia chciała mia­no­wi­cie kie­dyś ściąć wiel­kie, zasła­nia­jące pół domu stare drzewo, rosnące czę­ściowo na kawałku jej pose­sji, a czę­ściowo na nale­żą­cej do jej sąsiada. Ten był jed­nak wyjąt­kowo pra­wo­rządny i zamiast chwy­cić za piłę, pole­ciał do urzędu gminy, aby popro­sić o zgodę. Tam tra­fił na jakie­goś wariata, który na wieść o pla­no­wa­nej wycince dostał ataku furii, zażą­dał pięć­dzie­się­ciu pię­ciu eks­per­tyz, które zro­bili tacy sami oszo­łomi jak on. Wyni­kało z nich, że drzewo to zaby­tek, bez mała taki, jak dąb Bar­tek, sie­dział pod nim kie­dyś Wła­dy­sław Łokie­tek, zasa­dził go oso­bi­ście Bole­sław Chro­bry, a kto wie, czy Naj­święt­sza Panienka Czę­sto­chow­ska nie powiła pod nim Dzie­ciątka. W tym ostat­nim nie było w sumie nic dziw­nego, zwa­żyw­szy na opo­wieść cio­tecz­nego brata Anny, prze­wod­nika, który zadał kie­dyś opro­wa­dza­nym przez sie­bie po Czę­sto­cho­wie tury­stom pyta­nie, jakiej naro­do­wo­ści był Jezus, i w odpo­wie­dzi usły­szał, że pol­skiej, bo prze­cież jego matka pocho­dzi z mia­sta, po któ­rym wła­śnie spa­ce­rują. I że to prze­cież oczy­wi­ste. A kiedy zapy­tał, czy sły­szeli o Matce Boskiej Fatim­skiej, a także tej z Betle­jem, która ucie­kła z Dzie­ciąt­kiem przed rze­zią nie­wi­nią­tek z Izra­ela do Egiptu, i czy to ozna­cza, że żyło ich kilka i teraz robią sobie w nie­bie coroczny zlot Mary­jek, to tury­ści strasz­nie się nadęli, a jedna star­sza pani nazwała go Bel­ze­bu­bem.

- Ten, co się obja­wił? - dopy­tała gar­de­ro­biana, prze­ry­wa­jąc wewnętrzne roz­wa­ża­nia Anny na temat świę­to­ści róż­nych drzew w Pol­sce, i na potwier­dza­jące ski­nie­nie głową aktorki kon­ty­nu­owała z coraz wyraź­niej­szymi wypie­kami na twa­rzy. - Fran­cuz. Pra­wie trzy­dzie­sto­la­tek. Podobno poto­mek tej córki, która się uto­piła w bagnie.

- To ona miała dzieci? - zdu­miała się szcze­rze Anna. - Odnio­słam wra­że­nie, że była bar­dzo młoda. Choć sama nie wiem, skąd mi się to wzięło.

- Bo była - potak­nęła jej uświa­do­miona histo­rycz­nie roz­mów­czyni. - Ale nie na tyle, żeby nie mieć już potom­stwa. Kie­dyś rodziło się o wiele wcze­śniej niż teraz...

- Fakt - zgo­dziła się Kar­po­wicz. - Kobieta w moim wieku byłaby już starą panną ska­zaną na samot­ność do końca życia. I co? Ten poto­mek był praw­dziwy czy fał­szywy?

- Podobno praw­dziwy - gar­de­ro­biana powie­działa to takim tonem, jakby miała co do tego spore wąt­pli­wo­ści. - Przed­sta­wił jakieś doku­menty, z któ­rych wyni­kało, że sio­stra pierw­szego wła­ści­ciela, sprze­da­jąc pałac, wpro­wa­dziła do umowy kupna punkt mówiący o tym, że jeśli nowy nabywca nie będzie miał swo­jego potom­stwa, wtedy pałac wraca do jej rodziny. Doku­menty pod­dano eks­per­ty­zie, która wyka­zała, że istot­nie pocho­dzą z pierw­szej ćwierci dzie­więt­na­stego wieku i sygno­wane są praw­dziwym pod­pi­sem owej sio­stry, który porów­nano z jej zacho­wa­nymi listami. W tej sytu­acji naka­zano archi­tek­towi zwrot pałacu pra­wo­wi­temu wła­ści­cie­lowi i oddano mu pie­nią­dze. Tyle tylko, że po jego zmia­nach pałac wart był o wiele, wiele wię­cej niż w chwili, kiedy go kupo­wał. Archi­tekt zło­żył sprawę w sądzie, ale wia­domo, w jakim tem­pie one u nas dzia­łają... Jesz­cze nawet nie wyzna­czono daty pierw­szej roz­prawy, choć minął już ponad rok.

- A co ma do tego Bursz­ty­no­wicz? - dopy­tała Anna, bo gar­de­ro­biana spra­wiała takie wra­że­nie, jakby zakoń­czyła już opo­wia­dać tę zawiłą histo­rię.

- No, wła­śnie! - Głos jej roz­mów­czyni znów zabrzmiał zło­wiesz­czo. - Mie­siąc po odzy­ska­niu pałacu fran­cu­ski poto­mek córki, który wła­śnie w tym samym cza­sie zaczął u nas robić karierę jako spec od kuchni i nawet wydał już jedną książkę kuli­narną, scho­dząc z pię­tra pałacu, potknął się, i to na samej górze, zle­ciał i zła­mał sobie krę­go­słup. Leka­rze twier­dzili, że to cud, iż w ogóle prze­żył. Prze­szedł kilka skom­pli­ko­wa­nych ope­ra­cji, przez parę mie­sięcy się inten­syw­nie reha­bi­li­to­wał w roz­ma­itych pry­wat­nych sana­to­riach i osta­tecz­nie wró­cił do formy, ale sporo go to kosz­to­wało. Kiedy prze­by­wał w szpi­talu, ktoś doniósł mu o legen­dzie, jaką obro­sła ta posia­dłość.

- Czyli o tej niby-klą­twie? - upew­niła się Anna.

- Dokład­nie - potwier­dziła Janina.

- I co? Uwie­rzył?

- Ewi­dent­nie, bo po wyj­ściu ze szpi­tala szybko sprze­dał pałac Bursz­ty­no­wi­czowi...

- A czemu nie z powro­tem archi­tek­towi?

- Bo ten nie miał już pie­nię­dzy. Wydał więk­szość oszczęd­no­ści na remont pałacu, podobno potem coś tam źle zain­we­sto­wał, no i przede wszyst­kim przez cały czas miał nadzieję, że sąd każe potom­kowi oddać mu ten obiekt albo zwró­cić tę forsę, którą w niego wsa­dził.

- A ten cały Bursz­ty­no­wicz klą­twy się nie bał?

- Ma pew­nie do niej ta samo scep­tyczne podej­ście jak ty. - Gar­de­ro­biana wes­tchnęła cicho nad przy­szłym losem nie­wier­nych Toma­szów. - Pew­nie uwie­rzy dopiero, gdy już będzie za późno. Zresztą z arty­kułu wyni­kało, że on uwiel­bia ryzyko. Pisano tam, że upra­wia jakieś nie­bez­pieczne sporty, a jako nasto­la­tek był oskar­żany o różne wykro­cze­nia, tylko za każ­dym razem z opre­sji rato­wał go tata, a wła­ści­wie jego pie­nią­dze... Ogól­nie, ten cały Bursz­ty­no­wicz wydaje się takim typem spod ciem­nej gwiazdy. Ale gdy się ma tyle szmalu, to wtedy nie nazywa się tego pato­lo­gią, tylko eks­cen­try­zmem.

- Hmm... - Anna ponow­nie wzięła zapro­sze­nie do ręki. - Mia­łam zamiar zlek­ce­wa­żyć ten bal. Ale po tym, co wła­śnie od cie­bie usły­sza­łam, kusi mnie, żeby jed­nak poje­chać do tego nawie­dzo­nego pałacu.

- Jesteś tak samo nie­nor­malna jak Bursz­ty­no­wicz - zawy­ro­ko­wała z nie­sma­kiem gar­de­ro­biana.

- Eks­cen­tryczna. - Anna uśmiech­nęła się zło­śli­wie. - Z arty­stami jest tak, jak z boga­czami. Nie są nie­nor­malni, tylko eks­cen­tryczni.

- Niech ci będzie - mruk­nęła Janina, cho­wa­jąc ostatni ele­ment stroju Anty­gony. - Ja na twoim miej­scu trzy­ma­ła­bym się jed­nak od tego pałacu z daleka.

- Wiem - rze­kła Kar­po­wicz w zamy­śle­niu. - Ale ty to ty, a ja to ja...

Rozdział II

Mariusz Kosek, zwany przez wszyst­kich zna­jo­mych Mario, szef agen­cji PR-owej "360 stopni", tra­dy­cyj­nie w cza­sie roz­mowy ze swoją asy­stentką Iwką zajęty był głów­nie wyobra­ża­niem sobie w duchu, w jaki spo­sób ją uka­tru­pia. Ponie­waż przez przy­pa­dek poprzed­niego wie­czora natknął się na kilka odcin­ków pro­gramu "1000 spo­so­bów na śmierć", w tym ten, w cza­sie któ­rego jakiś Japoń­czyk zaj­rzał do szybu windy, żeby zoba­czyć, czy kabina nie utknęła mię­dzy pię­trami, a ta aku­rat zjeż­dżała z góry i obcięła mu głowę, jego wyobraź­nia pra­co­wała teraz na zwięk­szo­nych obro­tach. Oczy­wi­ście nie bez­pod­staw­nie. Przy­czyną jej krwio­żer­czo­ści był mono­log, który wygła­szała zupeł­nie nie­świa­doma jego uczuć pod­władna.

- Te raki, które przy­szły na sesję okład­kową do książki Pepe, wyda­wały mi się jakieś takie blade - pero­ro­wała Iwka, krę­cąc ledwo co trzy­ma­ją­cym się na wystrzę­pio­nej nitce guzi­kiem swo­jego wie­lo­barw­nego sur­duta, który dwa dni wcze­śniej nabyła w swoim ulu­bio­nym second-han­dzie "Świr-ciuch". - A gdy je ugo­to­wa­li­śmy, to już w ogóle nabrały barwy ścier­ko­wa­tej. A prze­cież sam mówi­łeś, że na tej sesji wszystko musi być tip-top, więc pobie­głam do sklepu z far­bami, kupi­łam taką zaje­bi­ście czer­woną i po cichu, kiedy nikt nie widział, poma­lo­wa­łam je. Wyglą­dały prze­ślicz­nie! Nawet foto­graf był zachwy­cony, a prze­cież wiesz, jak trudno go zado­wo­lić! Nie mogłam prze­wi­dzieć, że gdy oni wszy­scy sobie wyjdą na kawkę, to Pepe wpad­nie do głowy, żeby zro­bić degu­sta­cję dla ekipy. Aż dziwne, że tak się wszy­scy zatruli, bo prze­cież z tych raków je się tylko tro­chę mięsa i to ze środka...

Mario, który wła­śnie doszedł w swo­jej wyobraźni do sceny, w któ­rej trzyma w rękach odciętą przez windę głowę Iwki niczym Ham­let czaszkę w cza­sie wygła­sza­nia słyn­nego mono­logu, wydał z sie­bie nie­ar­ty­ku­ło­wany jęk.

- Czy zda­jesz sobie sprawę z tego, że chwila, w któ­rej Pepe wymio­tuje na patel­nię z grzan­kami w maśle czosn­ko­wym pięć sekund po tym, jak powie­dział, że "sło­wami nie da się opi­sać, jak są pyszne", została uwiecz­niona i jakimś cudem prze­do­stała się na Tik­Toka? - rzekł gar­dło­wym gło­sem, jakby wła­śnie ktoś mu zaci­snął pętlę na szyi. - I że teraz chce nas pozwać na grube miliony za zruj­no­wa­nie mu repu­ta­cji? Podob­nie jak pięć innych osób, które razem z rakami skon­su­mo­wały tę twoją zaje­bi­stą farbkę?!

- Czemu nas? - zdzi­wiła się szcze­rze Iwka, wyba­łu­sza­jąc oczy tak, że Mario kolejny raz zaczął dumać, czy aby nie jest ona chora na jakąś skom­pli­ko­waną cho­robę psy­chiczną i czy w związku z tym nie powi­nien wystą­pić do PFRON-u o dopłatę do jej pen­sji. - A nie sklep z far­bami? Prze­cież nie było na nich napi­sane, że nie nadają się do spo­ży­cia!

- Bo nikomu nie wpa­dłoby do głowy malo­wać nimi jedze­nia! - jęk­nął. - Tylko ty mogłaś coś takiego spo­wo­do­wać!

- Serio? - W gło­sie Iwki pobrzmie­wał, być może mimo­wolny, samo­za­chwyt.

- Ale to jesz­cze nie wszystko. - Kosek spoj­rzał na ekran kom­pu­tera. - Mogła­byś mi powie­dzieć, co ozna­cza mail od Mal­winy Pacz­kow­skiej, zaczy­na­jący się od zda­nia: "Wisisz mi perukę", w któ­rego dal­szej czę­ści tytu­łuje cię uprzej­mym mia­nem "roso­cha­tej suki"?

- Zabawna histo­ria. - Iwka prze­stała się bawić guzi­kiem i prze­rzu­ciła się na poły swo­jej bluzy z ogrom­nym żabo­tem, który teraz zaczęła ugnia­tać. - Orga­ni­zo­wa­li­śmy, jak pamię­tasz, krę­ce­nie z nią reklamy her­baty. W Łazien­kach. Przez cały czas wyda­wało mi się, że wygląda jakoś tak za mało gwiaz­dor­sko. Pora­dzi­łam więc jej fry­zjerce, żeby może jej zro­bić fale, to wtedy będzie miała więk­szą głowę. Zapa­mię­ta­łam, że kie­dyś mówi­łeś, że jakaś woka­listka stwier­dziła, że im więk­sza głowa, tym bar­dziej spek­ta­ku­larny suk­ces. Nie pamię­tam, jak się nazy­wała...

- Ałła Puga­czowa - mruk­nął Mario, będący wiel­kim fanem nie­na­wi­dzą­cej Putina rosyj­skiej mega­gwiazdy. - Co jed­nak wcale nie tłu­ma­czy...

- Pocze­kaj! - prze­rwała mu Iwka. - Ta fry­zjerka zro­biła jakąś taką dziwną minę i wcale nie kwa­piła się do sko­rzy­sta­nia z mojej rady. No więc pocze­ka­łam na moment, kiedy sobie gdzieś poszła, a Mal­wina przy­snęła na fotelu, i tro­chę jej te włosy pofa­lo­wa­łam spe­cjal­nym pre­pa­ra­tem. Od razu było lepiej! Kto mógł wie­dzieć, że tam jest jakiś skład­nik, który uwiel­biają gołę­bie? Moim zda­niem w ich oto­cze­niu Mal­wina wyglą­dała bar­dzo ory­gi­nal­nie i gdyby tylko nie popsuła efektu, ścią­ga­jąc te włosy i wrzu­ca­jąc je do kok­sow­nika, to wyszłaby nam naj­lep­sza reklama w histo­rii świata! Z baje­ranc­kim nawią­za­niem do "Kevina w Nowym Jorku"!

- Daj mi, Panie, siły - wes­tchnął Mario bez­rad­nie. - Zda­jesz sobie sprawę, że Łazienki to nie Cen­tral Park, a Mal­wina jest gwiazdą estrady, a nie bez­domną wariatką?!

- Ona wcale nie była wariatką - zapro­te­sto­wała Iwka.

- Kto?

- Ta babka z gołę­biami z "Kevina"...

- Nie­ważne - jęk­nął Kosek z roz­pa­czą. - Waż­niej­sze, że teraz muszę zwró­cić Mal­wi­nie pięt­na­ście tysięcy za włosy...

- Ile?! - zdu­miała się Iwka.

- Pięt­na­ście tysięcy - powtó­rzył Mario. - Na szczę­ście zło­tych. Bo ta jej peruka wyko­nana była z... - zer­k­nął na ekran - ...nie­mo­dy­fi­ko­wa­nych dzie­wi­czych wło­sów sło­wiań­skich typu "Raw Cut". Cokol­wiek by to zna­czyło.

- Bio­rąc pod uwagę cenę, to chyba tyle, że zostały ścięte pierw­szym Pia­stom w cza­sie postrzy­żyn - roz­legł się od drzwi do gabi­netu Mario głos jego wspól­niczki Domi­niki Szu­stek, nazy­wa­nej powszech­nie Miśką - i teraz mają war­tość histo­ryczną.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki