Bajki - Jean de la Fontaine

Kup ebooka

8.30 zł
7.14 zł (8,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DO JEGO KRÓLEWSKIEJ WYSOKOŚCI KSIĘCIA DELFINA.

 

Bohaterów Ezopa chcę opiewać dzieje;

Bajeczne są, a przecież prawda z nich jaśnieje,

I pod lekką zasłoną czczej napozór treści,

Zbawienna i głęboka nauka się mieści.

Wszystkim istotom ludzkiej użyczając mowy,

Tchnąłem w swe dzieło ogień Prometeuszowy;

 

A jeśli czyn tak śmiały naganę obudzi,

Powiem, żem użył zwierząt, aby kształcić ludzi.

Książe, wielkiego Króla potomku dostojny!

Gdy zwycięzkie Rodzica nęcą ciebie wojny,

Gdy pragniesz, przyszły władco potężnej krainy,

Rozpamiętywać przodków bohaterskie czyny,

Niech inny, udolniejszy głos drogę ci wskaże,

Jak dla Cnoty i Chwały budować ołtarze.

Skromniejszy w żądzach, takiej nie szukałem sławy;

Podaję ci naukę pod szatą zabawy:

Choćbym celu nie dopiął, chluba mi zostanie,

Żem najpierwszy tak trudne przedsięwziął zadanie.

 

 

ŻYCIORYS JANA DE LA FONTAINE.

 

Są pisarze, o których nigdy nie powiedziano wszystkiego, bo ich życie jest nieprzebranym skarbcem dla badacza. Do ich liczby należy La Fontaine: żaden poeta nie był tak często i przez tylu znamienitych krytyków wysławiany, a jednakże nastąpią po nas inni krytycy, inni biografowie i z równym jak my zapałem pracować będą nad życiorysem La Fontaine'a, wolni od obawy, że ich w czemkolwiek uprzedzono. La Fontaine bowiem, to odwieczny a wierny przyjaciel młodych pokoleń, którego wspomina się z nowem zawsze upodobaniem, a zawsze z jednakiem uwielbieniem.

La Fontaine urodził się 8 Lipca 1621 roku, w Château-Thierry, małem miasteczku Szampanii, gdzie jego ojciec, Karol de La Fontaine, sprawował urząd królewskiego nadzorcy wód i lasów; matka, Franciszka Pidoux, była córką sędziego z Coulommiers. Jan La Fontaine od dzieciństwa okazywał wielką słodycz charakteru, lecz był przytem ociężały, gnuśny, mało przykładał się do nauk i przez czas bardzo długi, geniusz jego nie objawił się żadnym błyskiem, żadną iskierką. Doszedłszy lat dwudziestu, przeczytał kilka dzieł treści religijnej i zdało mu się, że ma powołanie do stanu duchownego; wstąpił więc do seminaryum w Saint-Magloire, razem ze swym bratem, Klaudyuszem, który wytrwał w obranym zawodzie, podczas gdy Jan, po rocznym pobycie, opuścił seminaryum i wróciwszy do domu rodzicielskiego, rozpoczął, wzorem większej części ówczesnej młodzieży szlacheckiej, życie bezczynne i bezcelowe, zabawom tylko i rozkoszy oddane. Rodzice, pragnąc rozbudzić w nim poczucie obowiązku i zamiłowanie do pracy, nakłonili go do ożenienia, a ojciec przeznaczył go na swego następcę w urzędowaniu. La Fontaine miał wówczas dwadzieścia sześć lat, ale nie myślał jeszcze o swej przyszłości i nie przeczuwał jej wcale.

Oda poety Malherbe, którą posłyszał przypadkiem, rozbudziła w jego duszy zamiłowanie do poezyi. Z gorączkowym zapałem przeczytał wszystkie utwory Malherbe'a i zaczął go naśladować; wszelako liryzm i elegijny nastrój tego poety, byłyby talent La Fontaine'a na błędne skierowały drogi, gdyby dwaj przyjaciele przyszłego bajkopisarza, Pintrel i Maucroix, nie zachęcili go do szukania innych, doskonalszych wzorów. Wtedy to La Fontaine zwrócił się do Platona i Plutarcha, odczytywał ich dzieła w tłumaczeniach, bowiem nie umiał po grecku; zachwycał się Horacym, Wirgilim i Terencyuszem, a z autorów francuzkich upodobał sobie Marot'a, Rabelais'go, Des Periers'a, Regnier'a i Urfé'go, twórcę poematu Astrea, który to poemat do końca życia nazywał arcydziełem natchnienia i sztuki.

Związek małżeński nie sprowadził oczekiwanej zmiany w jego usposobieniu. Marya Héricart, z którą się połączył w r. 1647, była piękną i wykształconą kobietą, lecz nie posiadała stanowczości charakteru i zamiłowania do pracy, owych zalet niezbędnych i rzeczywistych, za pomocą których mogłaby była podbić i trwale przywiązać do siebie męża. Podczas gdy dnie całe trawiła na czytaniu romansów, La Fontaine szukał rozrywek poza domem, lub marzył o utworach swoich ulubionych poetów. Na majątku młodego stadła zaciężyły długi; ojciec La Fontaine'a zostawił po swojej śmierci interesa powikłane: nowe pożyczki, zaciągnięte dla zaspokojenia dawnych, stały się źródłem uciążliwych kłopotów, tak, że łatwo pojąć jakim sposobem poeta, nienawykły do oszczędności i nieumiejący dać sobie rady w życiu praktycznem, przejadł, jak sam powiada, kapitał wraz z procentami, tak dalece, że po upływie lat kilku nie miał ani procentów, ani kapitału.

W sprawowaniu urzędu nadzorcy wód i lasów, La Fontaine prawdopodobnie niewiele zadawał sobie trudu. Czynność jego ograniczała się bezwątpienia na długich przechadzkach i marzeniach w cieniu lasów lub nad brzegami szemrzących strumieni. Mamy prawo tak mniemać, gdyż wiadomo że doszedłszy późnej starości, La Fontaine jeszcze nie rozumiał wyrazów technicznych, zwykle używanych w leśnictwie. Natomiast coraz pilniej zajmował się poezyą; pisał z początku wierszyki okolicznościowe, które zyskiwały sławę w Château-Thierry, i wreszcie odważył się na komedyę: w braku pomysłu oryginalnego wziął treść z Terencyusza; zmienił nazwiska osób działających, i w tłumaczeniu odstąpił w niektórych miejscach od oryginału. Jednakże nie kusił się nawet o wystawienie swego dzieła; ogłosił je tylko drukiem, i za pomocą tej komedyi, miernej lecz dość gładkim wierszem napisanej, postawił pierwszy krok na drodze sławy. Zaczynał wówczas trzydziesty trzeci rok życia.

Wkrótce potem krewny La Fontaine'a, J. Jannart, radca królewski, przedstawił go Fouquet'owi. Nadintendent był rzeczywiście mecenasem literatury: lubił poetów i hojnie ich wynagradzał. Wśród królewskiego przepychu jakim się otaczał, ludzie tacy jak Moli?re, Racine, La Fontaine, byli nie dodatkiem podrzędnym, lecz pożądaną i wysoko cenioną ozdobą towarzystwa. Fouquet mianował La Fontaine'a swoim poetą nadwornym z płacą tysiąca liwrów. Wtedy to rozbudził się umysł i serce, a z niemi i drzemiący dotąd geniusz przyszłego następcy Ezopa. Natchnęła go najprzód wdzięczność: Sen w Vaux nie był tylko apoteozą Fouquet'a, lecz pierwszym objawem rzeczywistej zdolności poetyckiej La Fontaine'a; przecudna Elegia do nimf w Vaux, napisana po uwięzieniu nadintendenta, postawiła autora w rzędzie najcelniejszych mistrzów. La Fontaine był dotychczas tylko miłym i zręcznym wierszopisem: dopiero boleść po utracie opiekuna i przyjaciela podniosła go na wyżyny prawdziwej poezyi, i wspomniana elegia zawsze liczyć się będzie do arcydzieł literatury francuzkiej. Żal jego nie był powierzchownym ani krótkotrwałym: w kilka lat potem, przejeżdżając przez Amboise, zapragnął zobaczyć pokój, który był pierwszem więzieniem Fouquet'a; nie otrzymawszy pozwolenia wejścia, zatrzymał się na progu gorzko płacząc, i - jak sam powiada - dopiero z nadejściem nocy zdołano oderwać go z tego miejsca.

Gdybyśmy dawali zupełną wiarę opowiadaniom o naiwności i roztargnieniu La Fontaine'a, to trudno byłoby zrozumieć jego powodzenie wśród tylu rzeczywistych talentów, z jakich składało się otoczenie Fouquet'a. Nie przeczymy że La Fontaine, jak każdy marzyciel, był roztargnionym i łatwowiernym; ale zaszczytne przyjęcie jakiego wszędzie doznawał, jest jawnym dowodem że gdy chciał, potrafił być rozmownym, miłym i towarzyskim. Roztargnienie było dla niego puklerzem przeciw natrętom: udzielał się tylko tym, których towarzystwa pożądał; i wtedy to występował na jaw cały jego dowcip, delikatna, subtelna ironia i głęboki dar spostrzegawczy, pokryty maską dobroduszności.

Z upadkiem Fouquet'a, La Fontaine powrócił na łono życia rodzinnego, równie jak przedtem niezdolny do poświęcenia się obowiązkom męża i ojca. Miał już wówczas syna; ale to ogniwo zamiast łączyć, odstręczało go raczej od domu; bowiem nienawidził dzieci i wstręt swój przy każdej sposobności objawiał. Ten mały ludek, jak się wyraża poeta, posiada istotnie przywar niemało: dzieci - biorąc w ogóle - są natrętne, wymagające, hałaśliwe, żądne pieszczot i pochlebstwa; zresztą, były one, z natury rzeczy, współzawodnikami La Fontaine'a, który wszędzie chciał być i był rzeczywiście dzieckiem domu, dzieckiem rozpieszczonem, mającem wszystkich i wszystko na swoje rozkazy. Jego życie upłynęło w dziecięctwie; wzrósł, posiwiał i zestarzał się, nie przestawszy na chwilę być dzieckiem. Tylko z tego punktu można pojąć i sądzić La Fontaine'a; to tylko wyjaśnia i po części usprawiedliwia zaniedbanie obowiązków, zasługujące - wedle zasad ścisłej moralności - na surową naganę.

Przy takiem usposobieniu, La Fontaine z radością pochwycił sposobność opuszczenia rodziny i Château-Thierry, które to miejsce, po pobycie u Fouquet'a, wydawało mu się grobem. Jannart, wygnany rozkazem królewskim do Limoges, zawiadywał majątkiem pani Fouquet i powołał La Fontaine'a do siebie. Poeta opisał tę podróż w listach do żony, pełnych dowcipu i przeplatanych zgrabnemi wierszykami. Krótko jednak bawił w Limoges i udał się do Paryża. Odtąd przebywał kolejno w Paryżu i w Château-Thierry, to sam, to z żoną. Takie ustawiczne przejażdżki coraz bardziej wikłały jego interesa; lecz mało tem się troszczył, tembardziej, że tracił tylko swój własny majątek, bowiem posag żony był prawnie zabezpieczony. Powiedzmy także mimochodem, że nie zapomniał o swoim synu i zajmował się jego losem do czasu, w którym prokurator jeneralny, de Harlay, wspaniałomyślnie podjął się zastępować go w tej powinności.

W tym czasie rozpoczęła się znajomość La Fontaine'a z Racine'm, prawdopodobnie za pośrednictwem Moli?re'a, z którym La Fontaine zawiązał był ścisłe stosunki na dworze Fouquet'a. Do tego towarzystwa przyłączyli się: Boileau, wprowadzony przez Racine'a, i Chapelle, wprowadzony przez Moli?re'a. Chapelle, był to Anakreon wiecznie podchmielony, niezmordowany wynalazca okazyj do hulanki i zawsze walczący przeciw rozsądkowi przyjaciół, zwłaszcza pod koniec wieczerzy. Surowy Boileau napominał często biesiadników, ale bezskutecznie, a nawet pewnego razu sam uległ pokusie wśród nader zabawnych okoliczności, gdyż Chapelle spoił go podczas kazania o trzeźwości, które satyryk improwizował w ciągu biesiady. To życie hulaszcze omal że nie zakończyło się tragicznie. Podchmieliwszy sobie w Auteuil, czterej biesiadnicy postanowili utopić w Sekwanie wszystkie zawody i smutki tego życia, i byliby dokonali zamiaru, gdyby nie wniosek Moli?re'a, że ten czyn, odłożony do dnia następnego, będzie jeszcze bardziej bohaterski.

Dla przywrócenia jakiejkolwiek równowagi pomiędzy wydatkami i dochodami, La Fontaine jeździł dość często do Château-Thierry, aby sprzedać jakąś cząstkę swej majętności, i nieraz zabierał z sobą Boileau i Racine'a, a do nich przyłączał się Maucroix, który następnie ciągnął La Fontaine'a do Reims, gdzie następował ciąg dalszy uczt i zabaw. Nasz poeta nie pragnął niczego więcej, bowiem sam powiada:

 

Nad wszystkie nasze miasta Reims mi się podoba;

Jest to Francyi zarazem chwała i ozdoba.

 

Pani La Fontaine zniechęciła się tem życiem rozrzutnem i przestała towarzyszyć małżonkowi w wycieczkach do Paryża: rozdział nastąpił nie bez burzy, lecz przynajmniej bez procesu. Racine niejednokrotnie zachęcał swego przyjaciela do zgody; ulegając namowom, La Fontaine pojechał do Château-Thierry i wrócił w dwa dni potem, nie zobaczywszy się z żoną. "I cóż? - pytano - odwiedziłeś żonę? pogodziliście się? - Pojechałem do niej, ale była na nieszporach." Co za naiwność! wołają biografowie, jaki rys prześliczny roztargnienia i dobroduszności! - Niestety! tego nie możemy powiedzieć. La Fontaine wiedział co czynił: przedsięwziął podróż niechętnie, dla zadośćuczynienia życzeniom przyjaciół; nie zastawszy żony w domu, odjechał co prędzej, szczęśliwy że dotrzymał słowa i uniknął zarazem niemiłej rozmowy; a powróciwszy do Paryża, odpowiedział swym doradcom wymówką dziecinną, z której śmiał się razem ze wszystkiemi.

Tak żyjąc, La Fontaine doszedł lat czterdziestu, i z wyjątkiem miernej komedyi naśladowanej z Terencyusza, jakoteż prześlicznej elegii o Fouquet'cie, nie stworzył nic takiego, coby mu nadawało godność wyższą nad miano salonowego poety. W tym czasie został dworzaninem księżnej Orleańskiej, wdowy po Gastonie, bracie Ludwika XIII. Księżna de Bouillon również zajmowała się losem poety: nakłoniła go, aby naśladował swawolne opowieści miłosne, które Ariosto i Boccacio zapożyczyli od trubadurów francuzkich. La Fontaine z zapałem usłuchał tej rady i utworzył Joconde, pierwszą ze swoich słynnych powiastek, których główną zaletą jest, że odkryły drzemiący w nim dotąd talent do apologu. Jednakże, na tę część sławy La Fontaine'a musimy rzucić zasłonę; dobroduszny poeta dziwił się wprawdzie, iż za pięć czy sześć niedorzecznych baśni obwiniano go o szerzenie niemoralności, lecz ten zarzut ma aż nadto rzeczywistą podstawę.

Ustalona sława La Fontaine'a byłaby mu niewątpliwie zjednała względy Ludwika XIV, który miernym nawet talentom nie odmawiał wsparcia i opieki; lecz lekkomyślne życie poety, a zwłaszcza wspomniany wyżej zwrot jego ku poezyi erotycznej, wpływały zarówno na niechętne usposobienie monarchy, jak i surowego Colbert'a, szafarza łask królewskich. Przyczyną tej obojętności nie mogły być stosunki, wiążące niegdyś La Fontaine'a z Fouquet'em, gdyż w tym samym czasie Pélisson, wymowny obrońca nadintendenta, był w największej łasce u dworu.

Wiedział nasz poeta o powodach niechęci króla i przedsięwziął okupić swe błędy gorliwą i poważniejszą pracą literacką. Z własnego popędu powziął zamiar pośredniego współdziałania w wychowaniu Delfina, zaczynającego wówczas nauki. Oddawna ujęty prostotą Ezopa i wdziękiem Fedra, zaczął ich naśladować; a lubo był mistrzem w sztuce opowiadania i kreślenia żywych i trafnych obrazów, nie przypuszczał wcale że może doścignąć, a nawet zaćmić swoich poprzedników. Z całą naiwnością uznawał się niższym od Fedra, co dało Fontenelle'owi powód do dowcipnego powiedzenia, że La Fontaine tak mówi "z głupoty." Była to wszakże tylko szczera i może przesadna cześć dla imion, otoczonych aureolą ustalonej sławy. Wrodzona prostota chroniła La Fontaine'a od próżności i wzbraniała mu uznać swój talent; dopiero głos ogółu oznajmił zdumionemu poecie, że godzien jest stanąć obok najpierwszych mistrzów słowa.

Pierwszy zbiór bajek, z sześciu ksiąg złożony, ukazał się w r. 1668, pod skromnym tytułem: Bajki Ezopa, ułożone wierszem przez Jana de La Fontaine. Zbiór ten był poświęcony Delfinowi, i ta okoliczność zdradza wymienione wyżej, tajemne dążenie poety, który później, za pośrednictwem Fenelon'a, jeszcze czynniejszy brał udział w wychowaniu wnuka Ludwika XIV. Zanim wypowiemy swoje zdanie o tych nieporównanych utworach, zwracamy uwagę na dziwnie powolny rozwój talentu La Fontaine'a: ileż to lat upłynęło, zanim umysł ten dojrzał i wydawać zaczął owoce! Ileż dni przepędził poeta w lekkomyślnych zabawach i bezczynności! Dopiero gdy - jak sam powiada - przejadł procent wraz z kapitałem, gdy całą utracił ojcowiznę, wtedy dopiero duch jego ocknął się z uśpienia; możnaby powiedzieć, że w miarę znikania zasobów materyalnych, rósł i potężniał kapitał duchowy poety i ten przyniósł mu zysk największy, sławę, która sowitą za wszystkie straty była mu nagrodą.

Powiedzmy jednak, że nieprzezorność La Fontaine'a w sprawach majątkowych podsycana była przez poświęcenie przyjaciół, w które wierzył i które istotnie nie zawiodło go nigdy. Skoro ze śmiercią księżnej Orleańskiej utracił stanowisko i opiekę, natychmiast przyjęła go w swój dom pani de La Sabli?re, wspaniałomyślna opiekunka uczonych i literatów, których szczodrą wspierała ręką. La Fontaine do siedemdziesiątego drugiego roku życia, to jest przez lat dwadzieścia, mieszkał w pałacu pani de La Sabli?re, z początku jako współtowarzysz wielu innych codziennych gości, a później jako zastępca gospodyni, która, pod koniec swego życia w modlitwie szukając pociechy, rzadko kiedy ukazywała się gościom i obowiązek przyjmowania ich zdała na La Fontaine'a.

Tym więc sposobem los bajkopisarza został zapewniony; wolny od troski o jutro, domownik pani de La Sabli?re mógł ze swobodnym umysłem rzucić się w objęcia Poezyi, która coraz to obszerniejszy i wspanialszy widokrąg odkrywała przed jego okiem. Pierwszy zbiór bajek powitano z zapałem; zabrał się przeto do dalszej pracy i - szczęśliwszy w tem od wielu poetów - nie zeszedł z raz zajętej wyżyny. Nie same jednak bajki zatrudniały La Fontaine'a: w chwilach wytchnienia napisał kilka komedyj i romans pod tytułem: Psyche. Utwór ten podobał się publiczności, a może najbardziej samemu autorowi, który tworzył go z zamiłowaniem, jako rozrywkę po pracy najważniejszej, to jest po bajkach, do których z coraz większym powracał zapałem. Mniejszego powodzenia doznał Sen w Vaux; może pamięć o Fouquet'cie, smutne w więzieniu wiodącym życie, przeszkodziła czytelnikom powitać z zapałem utwór, będący niejako odą pochwalną upadłej wielkości. Przytem, przepych niedawno ukończonego Wersalu zaćmił blask uroczej siedziby nadintendenta, i niebawem La Fontaine obrał za przedmiot do nowego romansu opis królewskiego pałacu, osnuty na kanwie allegorycznej. Romans ten, napisany wytworną prozą i przeplatany udatnemi wierszami, ukazał się wkrótce po pierwszym zbiorze bajek. Publiczność przyklasnęła autorowi, a Moli?re, Corneille i Quinault przerobili to dzieło na operę, do której Lulli napisał muzykę.

Mniej szczęśliwym był La Fontaine na polu dramatycznem, lubo Fureti?re niewątpliwie wpada w przesadę, mówiąc, że aktorowie ograniczali się zawsze na jednem przedstawieniu komedyj La Fontaine'a, z obawy, aby na drugiem publiczność ich nie ukamienowała. Bądź co bądź, teatr, a więcej jeszcze towarzystwo aktorów, nęciły zawsze La Fontaine'a: wspomnieliśmy już o jego zażyłości z Moli?re'm; w latach późniejszych poeta opuszczał nieraz salon pani de La Sabli?re i przepędzał długie godziny u aktorki Champmeslé, tworząc do spółki z jej mężem komedye, nie wznoszące się nad poziom mierności, tak, że wątpić można, czy współpracownictwo jego było bardzo gorliwem. W jednej tylko, krótkiej komedyjce pod tytułem: Florentczyk, zawierającej parę scen godnych Moli?re'a, udział La Fontaine'a jest widoczny. Pomimo niepowodzeń teatralnych, bajkopisarz powziął zamiar napisania tragedyi, podobno z namowy Racine'a, który niejednokrotnie lubił zażartować z przyjaciół. Wszelako La Fontaine wczas się opamiętał i zaniechał tej pracy, wcale nieodpowiedniej rodzajowi jego talentu.

Wycieczki poetyczne La Fontaine'a poza granice apologu w niczem nie czynią ujmy jego sławie; nikną one w obec zasług bajkopisarza, który, pomimo wielu prób mniej udatnych na polu dramatu i liryki, nie przestał być godnym następcą Ezopa i jak on, po wszystkie czasy nieśmiertelnym zostanie. Bo też bajka, uszlachetniona i wydoskonalona przez La Fontaine'a, należy do najszczęśliwszych płodów ducha ludzkiego. W ciasnych ramach umiał autor zamknąć i zjednoczyć wszystkie zasoby poezyi: bajki jego przypominają epopeję nastrojem stylu; przypominają dramat odwzorowaniem charakterów i ruchliwością wprowadzonych na widownię aktorów; od liryki zapożyczają wdzięku, a pędzla od poezyi dydaktycznej. Wszystko tam tryska życiem, prostotą i swobodą; urok, pod którego wpływem tworzył poeta, udziela się i czytelnikowi. Ze wszystkich poetów jeden tylko Homer w równym stopniu posiadał też same zalety. Można bez przesady powiedzieć, że pod ręką La Fontaine'a pióro przekształca się w pędzel: nie czyta się jego bajek, lecz ogląda, jak obraz biegłą dłonią na płótno rzucony.

Nie sądźmy atoli, że La Fontaine był twórcą apologu we Francyi; na wiele wieków przedtem używali tej formy trubadurowie, czego dowód mamy w Historyi Lisa, w której zwierzęta przedstawiają ówczesne spółeczeństwo feudalne. Ale nasz poeta nie czerpał z tego źródła i nie wiedział również, że w trzynastym wieku, Marya, księżna Francyi, naśladowała Ezopa, nadając swym utworom ową cechę naiwności, którą La Fontaine podniósł i udoskonalił. Oprócz Maryi, kilku poetów współczesnych i późniejszych trudniło się naśladowaniem Ezopa, i La Fontaine, nie wiedząc o tem, kilkakrotnie zapożyczył od nich rymu i budowy wiersza. Pewną jednakże jest rzeczą iż czerpni wprost ze źródeł greckich i łacińskich; wzorami jego byli: Ezop, Fedr i Bidpaj; zaś między poetami francuzkiemi trzej tylko poprzednicy mogli mu ukazać drogę do tej doskonałości, jaką on jeden tylko osiągnął. Byli to: Blanchet, który w swej komedyi Adwokat Świętoszek, zamieścił bajkę: Kruk i Lis; Marot, który z bajki Szczur i Lew, stworzył dramacik pełen wdzięku, i Régnier, który, odmieniwszy tytuł, bajkę p. t. Koń i Wilk przerobił na dowcipną satyrę. Tych tylko trzech poetów znał La Fontaine i nie naśladował ich wcale; pomimo pewnych podobieństw, które prawdopodobnie odgadł intuicyą, był zawsze na wskróś samoistnym i oryginalnym. Ta samoistność widoczną jest nietylko w układzie treści, lecz i w formie, w nieporównanych zwrotach i wyrażeniach. Język jego jest zawsze czysty i poprawny, pomimo przestarzałych wyrazów i zwrotów, którym szczęśliwie umiał nadać nowożytne piętno i odmłodzić je niejako, odejmując im pleśń klasyczną, wytwór przesady, właściwej piętnastemu i szesnastemu stuleciu.

La Fontaine uzyskał wreszcie pozwolenie przedłożenia drugiego zbioru swych bajek Ludwikowi XIV i otrzymał na owe czasy nader zaszczytny przywilej, gdyż w pozwoleniu na druk dzieła, wydanem przez króla, pomieszczoną była i pochwała dla autora. Poeta tymczasem, przez wzgląd na swoją opiekunkę, panią de La Sabli?re, zaczął stateczniejsze wieść życie. Miał on przytem cel inny: pragnął zostać członkiem Akademii. Kołysany tą nadzieją, przezwyciężył tak dalece samego siebie, że napisał wiersz na cześć Colbert'a, który był głównem i namiętnem narzędziem zguby Fouquet'a. Należy jednak powiedzieć, że członkowie Akademii sami zapraszali La Fontaine'a do swego grona i wzywali go, aby swojem postępowaniem ułatwił im zadanie; bowiem wybór członka musiał być zatwierdzony przez samego króla. Stronnicy poety w Akademii byli tak dalece czynni, że po śmierci Colbert'a wybrano rzeczywiście La Fontaine'a na członka Akademii, pomimo że Boileau miał za sobą dwór cały i samego Ludwika XIV. Ale bajkopisarz nie odrazu wszedł do grona wybranych; król ani zatwierdził, ani odrzucił jego wybór; zwlekano tylko dopóty, aż zgon innego członka opróżnił drugie miejsce w uczonem zgromadzeniu i wtedy dopiero obaj poeci dopięli celu swych życzeń, lubo La Fontaine musiał czekać jeszcze przez rok cały, podczas gdy Boileau, otrzymawszy zatwierdzenie królewskie, bez żadnej zwłoki mógł zasiąść w krześle akademickiem.

Od tej chwili Akademia zajęła cały umysł i wszystkie myśli La Fontaine'a. Ciągnęło go do niej zamiłowanie literatury zarówno jak i przyjaźń kolegów; nie opuszczał żadnego posiedzenia i punktualność jego pod tym względem znaną była powszechnie. Ta okoliczność nasuwa nam pod pióro fakt nader charakterystyczny: wedle ustawy Akademii, członkowie przybywający na posiedzenie, otrzymywali od kontrolera znak obecności (jeton de présence), za który następnie kassa wypłacała honoraryum; atoli spóźniający się o minut piętnaście lub więcej, nie dostawali już znaku obecności, a więc i płacy. Pewnego dnia, La Fontaine spóźnił się; koledzy, wiedząc, że "znak obecności" jest prawie jedynym jego dochodem, podnieśli głosy, aby na ten raz pominąć surową ustawę. Ale La Fontaine oparł się temu i znaku nie przyjął. Pomimo tego, Fureti?re, podczas swoich zatargów z Akademią, zelżył La Fontaine'a, nazywając go "myśliwcem na znaki obecności." Powodem nienawiści Fureti?ra było to, że gdy w skutek żółciowych swoich wycieczek przeciwko kolegom został wykluczony z Akademii, La Fontaine, czy to przez zwykłe roztargnienie, czy też przez poczucie obowiązku łączności z kolegami, złożył do urny głos wykluczający. Od tej pory Fureti?re smagał go nielitościwie w swoich broszurach, bardziej obelżywych aniżeli dowcipnych, i dobroduszny poeta wycierpiał niemało od zawziętego przeciwnika. Tej jednej tylko krzywdy w tym rodzaju doznał w ciągu całego życia.

Dopóki baczne, macierzyńskie oko pani de La Sabli?re czuwało nad La Fontaine'em, dopóty wiódł życie przykładne; lecz gdy szlachetna ta opiekunka oddzieliła się od świata kratą klasztorną, poeta, jak dziecko zostawione bez dozoru, zaczął używać i nadużył swobody. Książęta Vendôme zapraszali go na swoje uczty: La Fontaine, oszołomiony zbytkiem i rozkoszą, nie miał pamięci na wiek swój podeszły, niestosowny do biesiad i wybryków wszelkiego rodzaju. Nie wahamy się wspomnieć o tych słabostkach, gdyż żal szczery zgładził przewinę starca.

Ciężka choroba oznajmiła La Fontaine'owi, iż powinien przygotować się do chrześciańskiego zakończenia żywota. Błądził i grzeszył nasz bajkopisarz, lecz, pomimo licznych usterek, przechował w duszy świętą wiarę, ową nić niewidzialną, łączącą człowieka z Niebem. Przyznajemy, że La Fontaine późno, dopiero przy schyłku życia, pełnić począł obowiązki chrześcianina; ale nawrócenie jego było zupełne, natchnione tym samym świętym zapałem, jaki objawiał, gdy w młodych latach swoich zamierzał oblec sukienkę duchowną. Racine, oddawna już nawrócony z błędów młodości, czuwał nad przyjacielem podczas choroby i przyczynił się do pojednania go z Bogiem. On to przywiódł spowiednika do łoża poety, on wspomagał i pocieszał La Fontaine'a. Sędziwy poeta przyjął z rąk wikarego kościoła świętego Rocha ostatnie Sakramenta, a uniesiony pragnieniem pokuty za przeszłość, przyrzekł solennie, że jeśli łaska Boża zdrowie mu powróci, to poświęci resztę dni swoich na tworzenie dzieł treści moralnej i religijnej. Szczerem było to nawrócenie i głośnem tak dalece, że gdy w Paryżu rozeszła się wieść, iż La Fontaine zakończył życie, powszechnie mówiono, że umarł jak święty.

Pogłoski o śmierci La Fontaine'a były jednakże bezzasadne; podniósł się wkrótce z łoża boleści i dowiódł następnem swojem życiem, że szczerze wierzył i szczerą czynił pokutę. W modlitwach i skupieniu ducha przepędził ostatek żywota, zajęty jedynie zbawieniem swojej duszy.

W tymże samym czasie, kiedy La Fontaine powracał do zdrowia, pani de La Sabli?re kończyła dni swoje w klasztorze. Poeta musiał opuścić schronienie, w którem przez dwadzieścia dwa lat przemieszkiwał; wychodząc z pałacu, spotkał pana d'Hervart, który przybywał, aby poecie ofiarować u siebie schronienie. "Właśnie szedłem do ciebie" odparł La Fontaine. Rzadki i rzewny dowód przyjaźni z jednej, wiary w przyjaźń z drugiej strony!

W mieszkaniu margrabiego d'Hervart przepędził La Fontaine dwa ostatnie lata swego życia. Uczęszczał jeszcze na posiedzenia Akademii, ale częściej bywał w kościele: przekładał wierszem psalmy Dawida, ujął w ramy przecudownej poezyi hymn: Dies irae, a niekiedy, odzyskując natchnienie i zapał młodzieńczy, tworzył nowe bajki. W ten to sposób Fénélon używał go za współpracownika w wychowaniu księcia Burgundyi; nauczyciel i uczeń otaczali troskliwą opieką miłego starca, który prawie do końca życia nie postradał ani wrodzonej dobroduszności, ani zalet umysłowych. Dzięki tej troskliwej opiece, dzięki przyjaźni i pociechom religijnym, można o zgonie poety wyrzec:

 

Zstąpił Anioł, co duszę z ciała wyswobodzi:

Zgasł wieszcz, jak gaśnie słońce, gdy wieczór nadchodzi.

 

Po kilku miesiącach wielkiego osłabienia, La Fontaine zakończył życie w dniu 13 Lutego 1695 roku. Szczerze opłakiwał go Racine; a Fénélon, natchniony boleścią, uczcił bajkopisarza przemową, której ostatnie wyrazy przytaczamy:

"Czytajcie go i powiedzcie, czy można znaleźć większy wdzięk w żartach Anakreona? czy Horacy przybrał moralność i filozofię w ponętniejsze ozdoby? czy Terencyusz odwzorowywał prawdziwiej i naturalniej ludzi i obyczaje? czy Wirgili wreszcie posiadał więcej rzewności i harmonii?"

Nie szukajmy innych wyrazów dla oddania czci należnej geniuszowi La Fontaine'a; w tem zaś, co dotyczy jego charakteru, objaśni nas dokument, nieznany dotąd biografom. Maucroix, dowiedziawszy się o zgonie La Fontaine'a, skreślił wyrazy następne: "Ukochany i wierny przyjacielu, La Fontaine zakończył życie. Żyliśmy z sobą w przyjaźni przez lat przeszło pięćdziesiąt, i dziękuję Bogu, że pozwolił mi dochować tę przyjaźń aż do kresu życia, bez zmiany i bez przerwy; gdyż mogę powiedzieć, że w ostatnim dniu jego żywota kochałem go tak samo jak w pierwszym. Oby Bóg przyjął go do swej łaski i udzielić raczył wieczny spoczynek jego duszy! Był to umysł szczery i niewinny: równego mu nie znałem nigdy. Nie wierzę, aby skłamał raz jeden w całem życiu." Nie wątpimy, że prośba Maucroix została wysłuchaną i że Bóg miłosierny przyjął sędziwego wieszcza i pokutnika do swojej chwały.

 

 

PRZEDMOWA.

 

Pobłażanie, z jakiem niektóre moje bajki przyjęte zostały, napełnia mnie nadzieją, że i zbiór niniejszy równej życzliwości dozna. Wprawdzie jeden z naszych mistrzów wymowy zganił zamiar przyoblekania bajek w rymy: mniemał on, że brak wszelkiej ozdoby jest właśnie ich ozdobą największą, a przytem, że pęta poezyi w połączeniu z trudnościami naszego języka, będą mnie krępować w wielu miejscach i staną na przeszkodzie zwięzłości, którą można nazwać duszą bajki, ponieważ bez tego przymiotu musi słabnąć żywość opowiadania. Zdanie takie mógł wypowiedzieć tylko człowiek wytwornego smaku; pragnąłbym jednak, aby choć trochę odeń odstąpiwszy, zechciał uwierzyć, że wdzięk lacedemoński nie jest tak zaciętym wrogiem muzy francuzkiej, aby nie mógł nigdy iść z nią ręka w rękę.

Zresztą, mój zamiar poparły przykłady, nie powiem starożytnych, bo te nie są dla mnie obowiązującemi, ale nowszych pisarzy. Po wszystkie czasy i u wszystkich ludów uprawiających niwę poezyi, bajki były i są udziałem Parnasu. Zaledwie przypisywane Ezopowi opowieści ujrzały światło dzienne, a już Sokrates uznał za rzecz stosowną odziać je w szatę Muzy. Wzmianka jaką o tem czyni Platon, jest tak powabną, że bez wahania ją zamieszczam, jako ozdobę niniejszej przedmowy. Platon powiada, że gdy Sokrates został na śmierć skazany, musiano spełnienie wyroku odłożyć z powodu nadchodzących uroczystości. W dzień ostatni, Cebes przyszedł odwiedzić filozofa. Sokrates rzekł do niego, iż kilkakrotnie otrzymał był we śnie wezwanie od Bogów, aby przed zgonem przykładał się do muzyki. Z początku nie mógł zrozumieć znaczenia tego snu, bo na cóż zda się poświęcać muzyce, gdy ona nie czyni człowieka lepszym? Widocznie więc była w tem jakaś tajemnica, jakaś rzecz nieodgadniona, tembardziej, że Bogowie nie przestawali go zachęcać. Nawet już w dniach uroczystości otrzymał we śnie ponowne zawezwanie. Zastanawiając się przeto, czegoby od niego żądali bogowie, wpadł na myśl, że między muzyką i poezyą tak ścisły istnieje związek, iż może rada Bogów dotyczyła poezyi. Niema dobrej poezyi bez harmonijności, ale niema jej także bez urojenia; a Sokrates tylko prawdę mówić umiał. Nareszcie znalazł drogę właściwą: wybrał baśnie, zawierające w sobie prawdę, co jest właśnie cechą opowieści Ezopa, i ostatnie dni swego życia poświęcił na nadanie im formy poetycznej.

Nie sam tylko Sokrates poczytywał poezyę i bajki za siostrzyce: Fedr dowiódł, ze podziela to zdanie, a doskonałość jego utworów daje nam możność sądzenia o wzmiankowanej pracy księcia filozofów. Po Fedrze, Avienus zajmował się bajkami. Wreszcie, nowożytni pisarze poszli ich śladem: widzimy tego przykłady nietylko u nas, ale i u cudzoziemców. Trzeba wyznać, że w owym czasie, kiedy nasi poeci zatrudniali się tym przedmiotem, język francuzki tak dalece różnił się od dzisiejszego, że można tych bajkopisarzy uważać za cudzoziemców. To wszystko nie odstręczyło mnie od przedsięwzięcia: przeciwnie, pochlebiałem sobie, że jeśli nie wyjdę zwycięzcą ze szranek, to przynajmniej zostanie mi chwała, iż pierwszy ukazałem tę drogę naszym poetom.

Być może, iż praca moja zrodzi w innych chęć pójścia dalej w wytkniętym kierunku. Przedmiot nie jest wcale wyczerpany i można wiele bajek, opuszczonych przezemnie, w poetyczne odziać kształty. Ja wybrałem najlepsze, to jest te, które w rozumieniu mojem były najlepszemi; może pomyliłem się w wyborze, ale nawet tym które przełożyłem, nietrudno będzie nadać inną formę; a im krótszą takowa będzie, tem większe zyska pochwały. Bądź co bądź, zyskałem prawo do względności, czy to dla tego, że śmiałość moja cel osiągnęła i że nie zboczyłem z drogi właściwej, czy też dla tego, że zachęciłem innych, aby lepiej odemnie dokonali dzieła.

Sądzę, że dostatecznie usprawiedliwiłem dążność moją i zamiary: co do wykonania, niechaj publiczność orzecze. Niema w bajkach moich wdzięku ani zwięzłości Fedra; są to przymioty, którym zadość uczynić nie potrafię. Ale nie mogąc go naśladować w tym kierunku, starałem się natomiast urozmaicić treść bardziej, aniżeli on to uczynił. Nie zamyślam przeto ganić jego dosadności: język łaciński nie wymaga więcej, a baczny czytelnik odszuka w tym autorze piętno właściwe talentowi Terencyusza. Wspaniałą jest prostota tych wielkich ludzi: ja, nie posiadając tak udoskonalonego języka jak oni, nie mogę wznieść się do tej wyżyny. Musiałem więc ten niedostatek w inny sposób zastąpić, a czyniłem to tem śmielej, że już Quintylian wyrzekł, iż nawet nadmiar ożywienia nie czyni ujmy opowieści. Nie chodzi tutaj o przytaczanie jakichkolwiek argumentów: dość, że Quintylian tak powiedział. Zastanowiłem się jednak nad tem, że gdy bajki niniejsze będą wszędzie czytane, to nie zaszkodzi, jeśli nadam im cechę nowości za pomocą pewnych wydatnych zarysów. Tego dziś powszechnie żądamy: wesołości i nowości. Nie nazywam wesołością tego, co śmiech pobudza, lecz pewien wdzięk, pewien powab nieokreślony, który można nadać nawet najpoważniejszym przedmiotom.

Wszelako, miarą udatności mojego dzieła powinna być nietyle forma, ile treść i jej użyteczność; bo w apologu znajdujemy wszystko, co stanowi rzeczywistą wartość płodów ludzkiego ducha. Jest to prawda tak niezbita, że wielu starożytnych przyznawało Sokratesowi część znaczną dzieł Ezopa, twierdząc, że z pomiędzy śmiertelników ten tylko mógł być ich twórcą, kto najwięcej miał styczności z Bogami. Nie pojmuję zaiste, dla czego Bogowie sami nie zesłali tych bajek z Nieba, i dla czego nie wyznaczyli osobnego bóstwa, któreby opiekowało się zarówno apologiem, jak poezyą i wymową. To, co tutaj wypowiadam, nie jest pozbawione zasady; ponieważ - jeśli wolno łączyć nasze pojęcia o rzeczach najświętszych z błędami bałwochwalstwa - widzimy wszędzie, że prawda przemawiała do ludzi za pośrednictwem porównań, paraboli; a parabola nie jest niczem innem, jak tylko apologiem, czyli przykładem opartym na baśni, tem łatwiej zrozumiałym i tem bardziej skutecznym, im więcej jest pospolitym i swojskim. Ktoby zażądał, abyśmy naśladowali wyłącznie samych tylko mistrzów mądrości, dla tego mamy gotowe wytłumaczenie: nie potrzeba mędrców, skoro to, czego od nas żądacie, pszczoły i mrówki zdolne są wypełnić.

Dla tych to powodów Platon, wygnawszy ze swej "rzeczypospolitej" Homera, nadał w niej Ezopowi nader zaszczytne miejsce. Pragnie on, aby niemowlęta ssały z piersi matki, wraz z mlekiem, bajki Ezopa: aby niańki opowiadały je dzieciom, ponieważ należy jak najwcześniej nabywać mądrość i cnotę. Zamiast poprawiać obyczaje, trzeba je kierować na dobrą drogę wtedy, gdy umysł jest zarówno na złe i dobre obojętny. Pytam więc, czy do osiągnięcia tego celu może cokolwiek bardziej się przyczynić, aniżeli bajki? Powiedzcie dziecku, że Crassus, wypowiedziawszy wojnę Partom, zapuścił się w ich krainę nie bacząc jak z niej wyjść zdoła, i że w skutek tego, pomimo wysileń, zginął z całem wojskiem. Powiedzcie temu samemu dziecku, że Lis i Kozioł spuścili się do studni aby zaspokoić pragnienie; że Lis wydobył się, wyłażąc po grzbiecie i rogach towarzysza jak po drabinie, a Kozioł został w studni, bo niebył tyle oględnym i roztropnym jak Lis; i że dla tego, kto rzecz jaką przedsięweźmie, powinien patrzeć końca. Zapytuję, który z tych dwóch przykładów większe na dziecku zrobi wrażenie? Zaprawdę ostatni, jako bardziej odpowiedni nierozwiniętemu umysłowi dziecka. Niechaj nikt mi nie zarzuca, że myśli dziecka są same z siebie dziecinne i że nie potrzeba karmić ich nowemi błahostkami. Te błahostki są tylko pozorne; bo w gruncie rzeczy zawierają głęboką prawdę. Jak przez określenie punktu, linii, powierzchni i za pomocą innych prawd ogólnych, dochodzimy do nauki, dozwalającej nam wymierzyć ziemię i niebo, tak samo za pomocą wniosków, których dostarczają bajki, możemy udoskonalić poglądy, poprawić obyczaje i stać się zdolnemi do wielkich czynów.

Zaleta bajek nie ogranicza się na moralności: z nich czerpiemy pojęcia o usposobieniu i przyrodzie zwierząt, a tem samem i o naszej, bowiem my sami jesteśmy streszczeniem tego, co jest złem i dobrem w stworzeniach bezrozumnych. Prometeusz, zamierzywszy stworzyć człowieka, wziął z każdego zwierzęcia cechę najgłówniejszą i z tych różnorodnych danych zestawił rodzaj ludzki; dokonał owego dzieła, które nosi nazwę Małego Świata. Tak i bajki są obrazem, w którym każdy z nas widzi się odmalowanym. Ich treść utwierdza osoby dojrzałe w wiedzy nabytej doświadczeniem, a dzieci uczy tego, co im wiedzieć należy. Albowiem dzieci, jako nieoddawna żyjące na świecie, nie znają jego mieszkańców ani samych siebie; tę niewiadomość powinno się usuwać jak najwcześniej; trzeba im wyjaśnić co jest Lew, Lis i tak dalej, i dla czego niekiedy przyrównywa się człowieka do owego Lwa lub Lisa. Tego zadania dopełniają bajki: one wpajają w młodociane umysły pierwsze o tych rzeczach pojęcia.

Przekroczyłem już zwykłe i właściwe przedmowom rozmiary, a jednakże nie zdałem jeszcze sprawy z zasady, przewodniczącej mi w wykonaniu niniejszego dzieła.

Apolog składa się z dwóch części, z których jednę możnaby nazwać duszą, a drugą ciałem. Bajka jest ciałem; duszą sens moralny. Arystoteles wyłącza z bajki ludzi i rośliny, i tylko zwierzęta wprowadzać do niej pozwala. To prawidło jest raczej dowolnem, aniżeli koniecznem, bo nie zachowywał go ani Fedr, ani Ezop, ani żaden inny bajkopisarz, podczas gdy każdy zamieszczał sens moralny jako rzecz nieodzowną. Jeżeli przeto zdarzyło mi się pominąć sens moralny, to tylko w takich miejscach, gdzie nie można go było podać bez zepsucia wdzięku całości, i gdzie sam czytelnik łatwo ten niedostatek wypełnić może. We Francyi to tylko ma wartość, co się podoba: oto prawidło główne i - rzec można - jedyne. Nie sądziłem przeto, aby grzechem było przełamanie dawnych zwyczajów, jeżeli nie można ich zastosować bez ujmy dla nichże samych. Za czasów Ezopa, tok opowiadania w bajce odznaczał się prostotą, a sens moralny stanowił niejako część oddzielną i był zamieszczany zawsze na końcu. Fedr nie poddał się temu zwyczajowi: upiększył samo opowiadanie, a sens moralny przenosił często z końca na początek. Jeżeli zaś przyjmiemy zasadę, że w ogóle umieszczanie sensu moralnego jest rzeczą niezbędną, to uchybiam tej zasadzie wtedy tylko, gdy potrzebuję trzymać się innej, niemniej ważnej, podanej przez Horacyusza. Zaleca on, aby piszący nie upierał się w walce z obranym przedmiotom i z własnym umysłem, skoro rzecz jaka przechodzi zakres jego zdolności; nigdy (jak twierdzi Horacy) nie czyni tego człowiek pragnący zyskać powodzenie: porzuca on dobrowolnie przedmioty, których należycie zużytkować nie potrafi.

 

.... Et qu?

Desperat tractata nitescere posse relinquit.

 

Tak i ja postąpiłem kilkakrotnie w kwestyi sensu moralnego, widząc, że nie mogę mieć nadziei powodzenia.

Pozostaje mi jeszcze wspomnieć o życiu Ezopa. O ile mogę sądzić, życiorys skreślony przez Planudiusa jest powszechnie poczytywany za bajeczny. Zwolennicy tego poglądu twierdzą, że autor przypisał swemu bohaterowi charakter i przygody, odpowiednie jego bajkom. Z początku uległem temu zdaniu, ale potem przekonałem się, iż nie ma ono gruntownej podstawy. Krytyka opiera się w części na zdarzeniach zachodzących pomiędzy Ksantusem i Ezopem, i znajduje w nich wiele dzieciństwa. Ale gdzież jest mędrzec, któremu nigdy nic podobnego się nie przytrafiło? Nawet życie Sokratesa nie było zawsze i wyłącznie poważnem. Mniemanie moje potwierdza ta okoliczność, że charakter Ezopa, opisany przez Planudiusa, podobny jest do tego, jaki mu nadał Plutarch w swojej Biesiadzie siedmiu Mędrców, gdzie ojca bajkopisarzy przedstawia jako człowieka niezmiernie bystrego, posiadającego dar spostrzegawczy w nader wysokim stopniu. Można na to zrobić zarzut, że i Biesiada siedmiu Mędrców jest utworem wyobraźni. Łatwą jest rzeczą powątpiewać o wszystkiem: co do mnie, nie widzę dla czegoby Plutarch w tem dziele chciał łudzić potomność, on, który wszędzie indziej jest pisarzem wiarogodnym, i każdej kreślonej przez siebie postaci właściwy charakter zostawia. Gdyby jednakże tak było, to pisząc, popełniłbym kłamstwo; oparte na zdaniu cudzem: czy mniejszą zyskam wtedy wiarę, aniżeli gdybym opierał się na swojem? Nie mógłbym bowiem zrobić nic innego, jak tylko zebrać w całość swoje własne przypuszczenia i tej całości dać tytuł: Życie Ezopa. Choćbym taką pracę odział we wszelkie cechy prawdopodobieństwa, nikt jednakże nie uzna jej za prawdę; a wybierając między dwiema baśniami, czytelnik zawsze milej witać będzie baśń Planudiusa, aniżeli moją.

 

KSIĘGA PIERWSZA.

 

BAJKA  I. KONIK POLNY I MRÓWKA.

 

Niepomny jutra, płochy i swawolny,

Przez cało lato śpiewał Konik polny.

Lecz przyszła zima, śniegi, zawieruchy,

Gorzko zapłakał biedaczek.

"Gdybyż choć jaki robaczek,

Gdyby choć skrzydełko muchy

Wpadło mi w łapki... miałbym bal nielada!"

 

To myśląc, głodny, zbiera sił ostatki,

Idzie do Mrówki sąsiadki

I tak powiada:

"Pożycz mi, proszę, kilka ziarn żyta;

Da Bóg doczekać przyszłego zbioru,

Oddam z procentem: słowo honoru!"

Lecz Mrówka skąpa i nieużyta

(Jest to najmniejsza jej wada)

Pyta sąsiada:

"Cóżeś porabiał przez lato,

Gdy żebrzesz w zimowej porze?

- Śpiewałem sobie. - Więc za to,

Tańcujże teraz, nieboże!"

 

BAJKA  II. KRUK I LIS.

 

Bywa często zwiedzionym,

Kto lubi być chwalonym.

Kruk miał w pysku ser ogromny:

Lis niby skromny

Przyszedł do niego i rzekł: "Miły bracie,

Nie mogę się nacieszyć, kiedy patrzę na cię.

Cóż to za oczy!

Ich blask aż mroczy!

 

Czyż można dostać

Takową postać?

A pióra jakie!

Lśniące, jednakie;

A jeśli nie jestem w błędzie,

Pewnie i głos śliczny będzie."

Więc Kruk w kantaty: skoro pysk rozdziawił,

Ser wypadł, Lis go porwał i Kruka zostawił.

 

Krasicki.

 

BAJKA  III. ŻABA NADĘTA.

 

Powtórzę wam, co Ezop powiedział dla Greków,

Bo świat zawsze jednaki, mimo zmiany wieków.

Widząc rosłego Wołu jedna Żabka mała,

Koniecznie zrównać wielkością mu chciała.

Więc się jak mogła nadęła, podniosła,

I pyta swoich, czy już go dorosła?

"A! gdzież tam, jeszcze daleko!"

Wszyscy jej rzeką.

 

"No, a teraz? - Żadnego podobieństwa niema.

- No, a teraz? - O! jeszcze daleko jesteście."

Więc kiedy coraz bardziej się nadyma,

Pękła nareszcie.

 

Codzień widzimy podobne przykłady:

Ten i ów dmie się, nos w górę zadziera,

Mieszka w pałacach, wydaje biesiady,

A potem - nieraz w szpitalu umiera.

 

BAJKA  IV. DWA MUŁY.

 

Drogą wśród lasu, ociężałym krokiem,

Szły objuczone dwa Muły.

Jeden niósł wory z obrokiem,

Drugi z pieniędzmi szkatuły.

Dumny, że złoto dźwiga na swym grzbiecie,

Chociaż się srodze umęczył,

Nie przystałby za nic w świecie

By go kolega wyręczył.

 

Wtem, z głębi lasu, zbójców gromada

Na Muła wpada

I do pieniędzy! Muł wierzga i bryka,

Lecz wkrótce, mimo walecznej obrony,

Upadł, śmiertelnym ciosem ugodzony.

"Dla czegoż - jęknął - los ten mnie spotyka?

Takąż mych zasług nagrodę odbieram?

Ten, z worem owsa, swobodnie umyka,

A ja umieram!

- Braciszku, rzekł kolega, nieraz tak się zdarza

Tym, co wysokie piastują godności:

Gdybyś był służył, jak ja, u młynarza,

I ty dotychczas miałbyś całe kości."

 

BAJKA  V. PIES I WILK.

 

Jeden bardzo mizerny Wilk, skóra i kości,

Myszkując po zamrozkach, kiedy w łapy dmucha,

Zdybie przypadkiem Brysia jegomości,

Bernardyńskiego karku, sędziowskiego brzucha;

Szerść na nim błyszczy gdyby szmelcowana,

Podgardle tłuste, zwisłe do kolana.

"A! witaj, panie kumie! witaj, panie Brychu!

Już od lat kopy o was ni widu, ni słychu.

 

Wtedyś mały był kundlik: ale kto nie z postem,

Prędko zmienia figurę! Jakże służy zdrowie?

- Niczego, "Brysio odpowie

I za grzeczność kiwnął chwostem.

"Oj! oj!... niczego! widać ze wzrostu i tuszy!

Co to za łeb, mój Boże! choć walić obuchem!

A kark jaki! a brzuch jaki!

Brzuch! niech mnie porwą sobaki

Jeżeli, uczciwszy uszy,

Wieprza widziałem kiedy z takim brzuchem!

- Żartuj zdrów, kumie Wilku; lecz, mówiąc bez żartu,

Jeśli chcesz, możesz sobie równie wypchać boki...

- A to jak, kiedyś łaskaw? - Ot tak: bez odwłoki,

Bory i nory oddawszy czartu,

I łajdackich po polu wyrzekłszy się świstań,

Idź między ludzi - i na służbę przystań!

- Lecz w tej służbie co robić? Wilk znowu zapyta.

- Co robić?... dziecko jesteś! Służba wyśmienita:

Ot, jedno z drugiem, nic a nic!

Dziedzińca pilnować granic,

Przybycie gości szczekaniem ogłosić,

Na dziada warknąć, żyda potarmosić,

Panom pochlebiać ukłonem,

Sługom wachlować ogonem;

A za toż, bracie, niczego nie braknie:

Od panów, paniątek, dziewek,

Okruszyn, kostek, polewek,

Słowem, czego dusza łaknie."

 

Pies mówił, a Wilk słuchał uchem, gębą, nosem,

Nie stracił słówka; połknął dyskurs cały,

I nad smacznej przyszłości medytując losem,

Już obiecane wietrzył specyały.

Wtem patrzy... "A to co? - Gdzież? - Ot tu, na karku?

- Eh, błazeństwo!... - Cóż przecie? - Oto, widzisz, troszkę

Przyczesano... bo na noc kładą mi obróżkę,

Ażebym lepiej pilnował folwarku!

- Czy tak? pięknąś wiadomość schował na ostatku!...

- I cóż, Wilku, nie idziesz? - Co to, to nie, bratku!

Lepszy w wolności kąsek ladajaki,

Niźli w niewoli przysmaki."

Rzekł, i drapnąwszy co miał skoku w łapie,

Aż dotąd drapie.

 

Mickiewicz.

 

BAJKA  VI. PRZYMIERZE ZE LWEM.

 

Owca, Koza, Jałówka, trzy przemądre głowy,

Zawarły z Lwem sąsiadem kontrakt tej osnowy:

Że odtąd, na rzecz spółki trudniąc się obławą,

Każdy wspólnik do zysków jednakie ma prawo.

Wkrótce potem, w sieć Kozy sarna się złowiła.

Wierna umowie, po swych towarzyszy

Koza natychmiast posyła.

Przybyli. Lew jegomość, wśród ogólnej ciszy,

 

Policzył na pazurach i rzekł: "Jest nas czworo

I wszyscy równą część biorą;

A więc się dzielmy." Rozćwiertował sarnę

I rzecze znowu: "Pierwszą część zagarnę

Jako Lew i wasz prezes; a z równą zasługą,

Prawem najmocniejszego zabieram i drugą.

Część trzecią mi zapewnia męztwo znane w świecie;

A czwartą... jeżeli chcecie,

Bierzcie; lecz przestrzedz was muszę,

Że kto jej dotknie, wnet wyzionie duszę."

 

BAJKA  VII. JOWISZ, LUDZIE I ZWIERZĘTA.

 

Niegdyś Jowisz obwieścił taki rozkaz światu:

"Niech u podnóża mego majestatu...............................

PRZYPISANIE. DO JEGO KRÓLEWSKIEJ WYSOKOŚCI KSIĘCIA DELFINA

 

Miłościwy Książe,

Jeżeli w dziedzinie piśmiennictwa czyj pomysł nazwać wieszczym się godzi, to zaiste sposób, w jaki Ezop wygłaszał swoje nauki moralne. Pragnąłbym szczerze aby inne, nie moje dłonie, przyozdobiły je w szatę poezyi, skoro największy mędrzec starożytności wyrzekł, że ta ozdoba nie byłaby zbyteczną. Ośmielam się, Miłościwy Książe, przedłożyć niniejszem W. K. Mości kilka próbek w tym rodzaju. Będzie to zabawa odpowiednia młodemu wiekowi W. K. Mości. Jesteś, Mości Książe, w tych latach, w których zabawy i rozrywki dozwolone są potomkom królów; lecz winieneś zarazem skłaniać swoje myśli ku poważnej rozwadze. Jedno i drugie znajdziesz w bajkach, które zawdzięczamy Ezopowi. Są one błahe napozór, wyznaję; lecz ta lekka zasłona wiele prawd głębokich pokrywa.

Nie wątpię, Mości Książe, iż przychylnem spojrzysz okiem na rzecz tak pożyteczną a zarazem tyle powabną: czy można żądać czegoś więcej nad te dwa warunki? One to ku naukom skierowały umysł ludzki. Ezop posiadał dar niezrównany umiejętnego łączenia obu: czytanie jego utworów zasiewa nieznacznie ziarna cnoty w duszę, uczy ją poznawać siebie, a dopełnia tego niepostrzeżenie, podczas gdy człowiek mniema, iż wcale czem innem się zatrudnia. Tego samego sposobu używa ten, którego wybrało oko Monarchy na twego nauczyciela, Mości Książe. Pod jego kierownictwem nabywasz bez trudu, a raczej z przyjemnością, wszystkich wiadomości potrzebnych synowi królewskiemu. Wielkie na tem zakładamy nadzieje. Ale, mówiąc szczerze, inne względy lepszą jeszcze napełniają nas otuchą: są to, Mości Książe, te przymioty, które nasz zwycięzki monarcha przekazał tobie przy twojem narodzeniu, jest to przykład, jaki każdodziennie tobie daje. Gdy widzisz jego olbrzymie przedsięwzięcia, gdy podziwiasz spokój, z jakim patrzy na wzburzoną Europę i na jej wybiegi, których używa aby go odwieść od zamierzonych celów; gdy jednym krokiem dosięga wnętrza prowincyi, w której co chwila spotyka niezwalczone przeszkody; gdy w ciągu tygodnia podbija inną, i to w porze najnieprzyjaźniejszej do prowadzenia wojny, wówczas kiedy na dworach innych książąt panują zabawy i spoczynek; gdy zwalcza nietylko ludzi ale i żywioły, i gdy widzisz, że powróciwszy z wyprawy, w której zwyciężył jak Aleksander, rządzi swoim ludem jak August: przyznaj, Mości Książe, iż pomimo lat młodych, tak jak on tęsknisz do Sławy i z niecierpliwością oczekujesz chwili, w której będziesz mógł nazwać się jego współzawodnikiem w miłości ku tej niebiance. Na tę chwilę nie czekasz, Mości Książe: uprzedzasz ją. Świadczą o tem szlachetne porywy, żywość, zapał, dowody rozumu, odwagi i podniosłości duszy, jakie składasz co chwila. Jest to zaiste wielka radość dla naszego Monarchy, a zarazem jest to błoga nadzieja dla całego świata, patrzącego na wzrost młodej rośliny, która kiedyś ocieniać będzie tyle krajów i ludów.

Powinienbym obszerniej mówić o tym przedmiocie; ale ponieważ mój zamiar, dostarczenia rozrywki W. K. Mości, bardziej aniżeli kreślenie pochwał jest odpowiedni moim siłom, pospieszam przeto zwrócić się do bajek; a do prawd, które wyraziłem, dodam jeszcze tylko jednę, tę mianowicie, że jestem, Mości Książe, z najgłębszą czcią i szacunkiem,

 

Waszej Książęcej Mości

najpokorniejszym, najposłuszniejszym

i najwierniejszym sługą,

 

DE LA FONTAINE.

 

 

OD TŁUMACZA.

 

Wyszły już ze zwyczaju długie przedmowy, jakiemi niegdyś autorowie poprzedzali swoje dzieła, bądź to w celu wyspowiadania się przed czytelnikami dla czego w tę a nie inną sukienkę myśli swoje oblekli, bądź to dla zaskarbienia łaski zoilów, których nigdy nie brakowało i nigdy brakować nie będzie, a zawsze w jednej i tej samej nadziei: pozyskania względów publiczności.

W chwili poddania niniejszego przekładu bajek La Fontaine'a pod sąd ogółu, widzę się zniewolonym zwyczaj ten wskrzesić i zająć na chwilę Czytelników tem właśnie, czem jak najmniej zatrudniaćbym ich pragnął, to jest: sobą. Ważne względy skłaniają mnie do tego.

Na niwie, z której tak obfity plon zebrał Krasicki, którą, lubo tylko dorywczo, lecz z tak świetnem powodzeniem uprawiał Trembecki a następnie Mickiewicz, trudno zaiste komukolwiek pracować z nadzieją, że zdoła pozyskać choć jeden listek z wieńców, okalających skronie tych trzech genialnych, a tak różnych od siebie bajkopisarzy. Przystępując przeto do pracy, nie łudziłem się pod tym względem żadnemi marzeniami; wiedziałem, iż przedsiębiorę zadanie wielce trudne i może przechodzące moje siły; i dla tego też, pomimo wielostronnej zachęty, abym wszystkie bez wyjątku bajki La Fontaine'a przełożył, umieściłem w niniejszym zbiorze prawie wszystkie tłumaczenia, a nawet naśladowania, dokonane przez wymienionych wyżej poetów, jakoteż kilka bajek Kniaźnina i innych pisarzy, woląc poświęcić jednolitość dzieła, aniżeli ściągnąć na siebie zarzut przeceniania sił własnych i kusić się bezpożytecznie o to, czego nie potrafiłbym osiągnąć: bowiem bajki wspomniane tak nęcą mistrzowstwem słowa, tak są powszechnie znane i tak przeszły w krew i ducha czytelników polskich, że niczyj już przekład wyrugować ich ztamtąd, ani zastąpić, ani też doścignąć nie zdoła.

Atoli, zgromadziwszy z dawniejszych przekładów około trzydziestu bajek, stanowiących rzeczywistą ozdobę naszej literatury, pozostałą, większą część pracy musiałem przyjąć na siebie; być może, iż istnieją jeszcze inne źródła, równie cenne jak tamte, lecz, mimo usilnych starań, odszukać ich nie mogłem; te zaś, z których próbowałem zaczerpnąć, wydały mi się nieodpowiedniemi. Tak naprzykład, tłumaczenie sześciu pierwszych ksiąg bajek La Fontaine'a, dokonane przez jenerała Jakubowskiego, posiada formę surową, niewyrobioną i zwroty językowe takie, jakich nawet najpobłażliwsza krytyka, przy obecnem wydoskonaleniu naszej mowy, usprawiedliwićby nie mogła.

Pozostaje mi jeszcze nadmienić o punkcie nader ważnym w pracy tego rodzaju, a mianowicie: o wierności przekładu. La Fontaine pisał bajki swoje lat temu dwieście i pisał je dla spółeczności francuzkiej: swoboda wyrażeń, powszechnie wówczas panująca, niemile dziś raziłaby ucho czytelnika. Treść niektórych bajek, pewne ich zwroty, dość często i sens moralny, ściągają się wyłącznie do narodu francuzkiego i do jego ówczesnych wyobrażeń i stosunków spółecznych; sądziłem przeto, że lepiej uczynię, gdy zamiast podawać te bajki w pierwotnej, dziś już przestarzałej i francuzkiego kroju sukience, zastosuję ich treść do pojęć tegoczesnych i nadam cechę ogólno-ludzką, a gdzie przedmiot na to zezwolił, swojską.

Przekład mój zatem, lubo nie jest tylko swobodnem naśladowaniem, nie zyska może u niektórych krytyków pochwały za wierność: jednakże, choć w żadnym może kraju autor nie potrzebuje tak dalece jak w naszym oglądać się na zdanie miejscowej krytyki, inny, wyższy wzgląd piórem mojem kierował: ten mianowicie, że jak za czasów Ezopa, tak i obecnie, każde spółeczeństwo potrzebuje apologu, zwierciadła, w którem wierny swój obraz zobaczyć może; ten to powód skłonił mnie do przekładu bajek La Fontaine'a, i ten powód również zniewolił mnie do wzmiankowanych zboczeń od oryginału; bajka bowiem, przeznaczona dla publiczności polskiej, o tyle tylko osiągnie cel swój główny: pożyteczność, o ile nie będzie tylko bladem echem obcych wyobrażeń i obyczajów.

Mniemałem zresztą, że w bajce wierność przekładu zależy na trafnem schwyceniu myśli głównej, na dokładnem zbadaniu i wyrażeniu intencyi autora; szczegóły zaś i koloryt oryginału muszą nieraz uledz pewnym zmianom, w obec wyrażonej wyżej zasady, że bajka powinna być zastosowaną do pojęć i stosunków tego spółeczeństwa, które ją czytać będzie. Starałem się przeto tłumaczyć nie wyrazy, lecz myśli, dosłowność przekładu stawiając tylko wtedy na pierwszem miejscu, gdy mi się wydało, iż dodanie lub uronienie jakiego wyrazu skrzywi i upośledzi ducha rzeczy; być może, iż przez to ściągnę na siebie zarzut, że zamiast wiernie kopiować La Fontaine'owską, nadałem jego utworom inną, a tem samem mniej wdzięczną, mniej odpowiednią, mniej gładką formę; lecz, mając do wyboru między formą i treścią, chętnie poświęcę zawsze pierwszą dla drugiej, jeśli za szczupły zasób sił moich nie pozwala obudwóm równocześnie zadość uczynić. Winienem jednakże dodać, iż przekształcenia treści, niezbędne w niniejszym przekładzie (dla wymienionych dopiero co powodów), są nieliczne i - mojem zdaniem - podrzędnego znaczenia. Czy są zaś trafne i właściwie zastosowane, wyrok o tem do łaskawych Czytelników należy.

 

Władysław Noskowski.

 

ŻYCIE EZOPA FRYGIJCZYKA.

 

Nie posiadamy żadnej pewnej wiadomości o narodzeniu Homera i Ezopa: zaledwie doszły nas wspomnienia o głównych przygodach ich życia. Można się temu dziwić, bowiem historya nie pomija wielu rzeczy daleko mniej ponętnych i pożytecznych. Iluż to tępicieli narodów, ilu władców bez żadnej zalety znalazło dziejopisów, którzy nam przekazali nawet najdrobniejsze szczegóły ich istnienia; a nie wiemy nic prawie o Homerze i Ezopie, to jest o dwóch ludziach, którzy najlepiej zasłużyli się potomności. Albowiem Homer jest nietylko ojcem Bogów, ale i wieszczów; co do Ezopa, sądzę, że należałoby go pomieścić w rzędzie mędrców będących chlubą Grecyi; gdyż uczył on prawdziwej mądrości, a uczył daleko kunsztowniej aniżeli ci, którzy podają jej określenia i prawidła. Napisano wprawdzie życiorysy obu tych wielkich mężów, ale większość uczonych zowie je bajecznemi, zwłaszcza życie Ezopa, skreślone przez Planudiusa. Co do mnie, nie podzielam tego zdania: Planudius żył w tych czasach, kiedy pamięć przygód Ezopa nie mogła jeszcze była wygasnąć; mniemam więc, że przekazał nam to, o czem wiedział z tradycyi. Z tej wychodząc zasady, zamierzyłem iść za Planudiusem, usuwając tylko z jego opisu niektóre zbyt błahe szczegóły.

Ezop pochodził z miasteczka frygijskiego, zwanego Amorium. Urodził się około pięćdziesiątej siódmej olimpiady, mniej więcej w dwieście lat po założeniu Rzymu. Trudno wyrzec, czy miał dziękować przyrodzie, czy żalić się na nią; obdarzywszy go bowiem rozumem niepospolitym, stworzyła go ułomnym, brzydkim, zaledwie podobnym do człowieka, a na domiar wszystkiego takim jąkałą, że prawie wcale mówić nie umiał. Przy tylu wadach fizycznych, gdyby nawet był się narodził w wolnym stanie, byłby jednak niewątpliwie został niewolnikiem. Zresztą, duch jego pozostał zawsze wolny, niezawisły od przemian losu.

Pierwszy właściciel Ezopa przeznaczył go do uprawy roli; może chciał usunąć sobie z przed oczu widok tak brzydkiego człowieka, a może nie sądził go zdolnym do innych zatrudnień. Pewnego razu, gdy ów właściciel przybył do swej posiadłości wiejskiej, jakiś kmiotek ofiarował mu figi: były one bardzo piękne i właściciel, udający się właśnie do kąpieli, rozkazał schować je, zaleciwszy swemu szafarzowi, zwanemu Agathopus, aby mu je przyniósł po powrocie z kąpieli. Przypadek zrządził, że pod ten czas Ezop wszedł za czemś do domu; zobaczywszy go, Agathopus skorzystał ze sposobności i zjadł figi wspólnie z kilkoma towarzyszami, poczem złożyli winę na Ezopa, gdyż tak się jąkał i wydawał się tak dalece głupowatym, ze mniemali iż nie będzie w stanie się usprawiedliwić. W starożytności srodze karano niewolników, a przewinienie było wielkiem na owe czasy: biedny Ezop padł do nóg swemu panu i siląc się na mowę dał do zrozumienia, że nie żąda innej łaski, jak tylko żeby wstrzymano na chwilę wykonanie wyroku. Uzyskawszy zwłokę, przyniósł letniej wody, wypił ją w przytomności swego pana, włożył palec do ust i... skutek nastąpił, a czysta woda dowiodła niewinności Ezopa. Wtedy dał na migi do zrozumienia, aby i innych zniewolono do tej samej próby. Zdumieli się wszyscy: nikt bowiem nie przypuszczał, aby Ezop był zdolny do takiego pomysłu. Agathopus i jego wspólnicy nie opierali się bynajmniej: wypili letnią wodę za przykładem Ezopa i powkładali palce do ust, ale dając baczenie, aby ich zanadto nie zagłębić. Jednakże, pomimo tej ostrożności, woda letnia podziałała jak zwykle i uwidoczniła figi, jeszcze świeże i niepozbawione zwykłej barwy. Tym sposobem Ezop ocalał, a jego oskarżyciele ponieśli karę podwójną, za łakomstwo i złośliwość. Nazajutrz, po odjeździe pana, gdy Ezop udał się do zwykłych swoich zatrudnień, jacyś zabłąkani podróżni (byli to, jak niektórzy twierdzą, kapłani Dyany) spotkawszy go, prosili w imię Jowisza, aby im wskazał drogę wiodąca do miasta. Ezop usadowił ich w cieniu dla wypoczynku, ofiarował posiłek, a następnie przeprowadził aż do miejsca, zkąd już bez zabłądzenia mogli dojść do celu podróży. Wtedy kapłani wznieśli dłonie do nieba, błagając Jowisza, aby tego szlachetnego postępku nie zostawił bez nagrody. Skoro odeszli, Ezop, znużony drogą i skwarem, zasnął i podczas snu miał widzenie, że Fortuna stanąwszy przed nim, rozwiązywała mu język i zarazem udzielała dar apologu, którego, rzec można, stał się twórcą. Przepełniony radością, zbudził się nagle: "Więc to prawda! zawołał; mogę mówić swobodnie, wymawiam wszystkie wyrazy: pług, grabie; słowem, co zechcę." To dziwne zdarzenie było powodem, że przeszedł w ręce innego właściciela. Stało się to w sposób następujący: Niejaki Zenas, zarządca owej posiadłości, srogo wychłostać kazał jednego niewolnika za nader małe przewinienie. Ezop ujął się za pokrzywdzonym i zagroził rządcy, że uwiadomi pana o jego okrucieństwach. Zenas, aby go uprzedzić i zemścić się zarazem, pospieszył donieść właścicielowi, że Frygijczyk cudem pozyskał mowę, ale że daru tego używał na bluźnierstwa i potwarze przeciwko swemu panu. Uwierzył właściciel, i uniesiony gniewem, podarował Ezopa Zenasowi, mówiąc że może z nim zrobić, co mu się podoba. Wracając na wieś, spotkał Zenas kupca, który go zapytał, czy nie ma jakiego bydlęcia jucznego na sprzedaż. "Nie wolno mi sprzedawać zwierząt mojego pana, odparł Zenas, ale, jeśli chcesz, mogę ci sprzedać jednego z naszych niewolników." Skoro Ezop przywołany zjawił się, rzekł kupiec: "Drwisz chyba ze mnie, jeśli sądzisz, że kupiłbym tego człowieka: toż on wygląda jak wór skórzany." I oddalił się wpół gniewny, wpół rozśmieszony widokiem takiego potworu. Lecz Ezop przywołał go i rzekł: "Kup mnie bez obawy, bo mogę ci być przydatnym. Jeśli masz dzieci wrzaskliwe i niegrzeczne, to mój widok je uciszy: będziesz mógł straszyć je moją postacią, jak dzikiem zwierzęciem." Ten żart spodobał się kupcowi: nabył Frygijczyka za trzy obole i rzekł śmiejąc się: "Dzięki niech będą Bogom! zrobiłem wprawdzie nieszczególny nabytek, ale i niewiele wydałem pieniędzy."

Oprócz handlu towarami, ów kupiec trudnił się także sprzedażą niewolników: gdy wybierał się w tym celu w podróż do Efezu, rozdzielono między niewolników, wedle ich sił i wieku, przybory i zapasy podróżne, które każdy miał dźwigać przez całą drogę. Ezop prosił, aby miano wzgląd na jego wątłe siły, dodając, że jako nowoprzybyły, zasługiwał na niejakie względy. "Możesz nic nie nieść, skoro nie chcesz," odparli towarzysze. Ubodło to Ezopa i oświadczył, że żąda przypadającej na niego części ciężaru. Pozwolono mu wybrać co zechce: wziął więc kosz z chlebem, brzemię najcięższe ze wszystkich. Myślano, że zrobił to przez głupotę; ale w porze obiadowej kosz został napoczęty, i o tyleż ciężar się zmniejszył; tak samo wieczorem i nazajutrz: dość, że po dwóch dniach Ezop niósł pusty koszyk. Wtedy uznali towarzysze rozum i dowcip Frygijczyka.

Kupiec sprzedał w Efezie wszystkich niewolników, z wyjątkiem trzech: śpiewaka, grammatyka i Ezopa, i tych poprowadził na sprzedaż do Samos. Przed wystawieniem ich na plac targowy, dał dwóm pierwszym przyzwoite, a nawet kosztowne szaty, aby zachęcić kupujących; między niemi zaś, dla dodania im świetności, postawił Ezopa, przyodzianego w prosty worek. Nadeszło kilku nabywców, między innemi filozof Ksantus. Ten zapytał śpiewaka i gramatyka, co umieją. "Wszystko," odrzekli. Na to Ezop roześmiał się: łatwo sobie wyobrazić, jak przytem wyglądał. Planudius powiada, że o mało wszyscy nie uciekli, tak szkaradnie wśród śmiechu twarz przekrzywiał. Kupiec żądał za śpiewaka tysiąc obolów, za grammatyka trzy tysiące, a temu, ktoby jednego z nich kupił, chciał dać Ezopa w dodatku. Wysoka cena jednego i drugiego odstręczyła Ksantusa. Nie chciał wszelako wracać do domu z próżnemi rękami; uczniowie poradzili mu, aby kupił tego maleńkiego człowieczka, który śmiał się tak szkaradnie, bo mógłby służyć ludziom za zabawkę i straszydło zarazem. Ksantus dał się namówić i kupił Ezopa za sześćdziesiąt obolów. Przed przybiciem targu zapytał go, tak jak poprzednio tamtych, co umie: "Nic, odparł Ezop, bo moi towarzysze wszystko zagarnęli dla siebie."

Ksantus miał żonę wielce wybredną, którą mało kto ująć sobie potrafił: wiedział przeto filozof, że przedstawiając jej nowego niewolnika, rozgniewać ją może i narazić się na zarzut, że chce z niej szydzić. Zamierzył przeto rzecz całą w żart obrócić i przyszedłszy do domu powiedział, że kupił młodego i cudnie pięknego niewolnika. Na tę wieść, omal że nie przyszło do bitwy między służebnicami jego żony, bo każda chciała, aby ów młodzian jej był oddany na służącego; lecz tem większe było zdumienie, skoro Ezop się ukazał. Wszystkie uciekły z krzykiem i zasłaniając oczy. Żona Ksantusa rzekła, iż przyprowadzając takie straszydło, mąż chciał chyba ją wygnać z domu; że oddawna spostrzega, iż mu się naprzykrzyła; od słowa do słowa, sprzeczka zaogniła się tak dalece, że kobieta zażądała zwrotu swego majątku, mówiąc, że powróci do rodziców. Ksantus tyle dokazał cierpliwością, a Ezop dowcipem, że ułagodzili rozgniewaną niewiastę. Przestała mówić o rozwodzie, a może przyzwyczajenie, zacierając w części brzydotę nowego niewolnika, dokonało reszty.

Pomijam wiele szczegółów, dowodzących bystrości umysłu Ezopa: są one zbyt małoznaczne, aby zasługiwały na pamięć potomnych. Przytoczę wszelako jedną próbkę jego rozsądku. Pewnego razu, Ksantus poszedł do ogrodnika, chcąc kupić nieco świeżej sałaty. Załatwiwszy tę sprawę, ogrodnik poprosił filozofa, aby mu wyjaśnił rzecz pewną, dotyczącą zarówno ogrodnictwa jak filozofii: dla czego mianowicie rośliny uprawiane z wielkim trudem, daleko są gorsze od tych, które ziemia sama wydaje bez uprawy i nawozu. Ksantus zdał wszystko na Opatrzność, jak to zwykle czynią ludzie, nie wiedzący co odpowiedzieć. Ezop roześmiał się i odprowadziwszy swego pana na stronę, poradził mu, aby rzekł ogrodnikowi, iż dla tego dał mu odpowiedź tak ogólnikową, ponieważ samo zapytanie jest zbyt błahem dla jego umysłu; lecz że zostawia mu swego niewolnika, który tę rzecz wyjaśni. Ksantus odszedł, a Ezop, pozostawszy sam z ogrodnikiem, wyjaśnił mu to zagadnienie w następujący sposób: porównał ziemię do kobiety, która, mając dzieci, zaślubiłaby człowieka, również mającego potomstwo z innej żony; otóż, taka kobieta niezawodnie znienawidzi swoich pasierbów i skąpiąc im pożywienia, oddawać wszystko będzie swoim własnym dzieciom. Tak samo i ziemia niechętnie karmi płody uprawy i pracy ludzkiej, a dobrodziejstwa swoje zachowuje dla tych, które sama wydaje; względem pierwszych jest macochą, a tkliwą matką względem drugich. Ta odpowiedź tak zadowolniła ogrodnika, że ofiarował Ezopowi wszystko co miał w ogrodzie.

Wkrótce potem filozof poróżnił się z żoną, z następującego powodu: Będąc na uczcie, odłożył na stronę rozmaite przysmaki i rzekł do Ezopa: "Zanieś to mojej pieszczotce." Ezop spełnił polecenie w ten sposób, że oddał wszystko ulubionej suczce swojego pana. Ksantus, wróciwszy do domu, zapytał żonę, czy otrzymała jego podarunek. Nastąpiło nieporozumienie; wreszcie przywołano Ezopa. Ksantus, który szukał sposobności aby skarcić niewolnika, zapytał go, jak się wywiązał z polecenia, skoro otrzymał wyraźny rozkaz: "Zanieś te przysmaczki mojej pieszczotce." Ezop odparł, że w jego rozumieniu tą pieszczotką nie mogła być żona, która co chwila groziła rozwodem, lecz że była to niewątpliwie suczka, która cierpliwie znosiła wszystko i nawet otrzymawszy chłostę, nie przestawała się łasić swojemu panu. Filozof, jak to mówią, zapomniał języka w gębie; ale jego małżonka rozgniewała się tak dalece, że opuściwszy dom mężowski, powróciła do swoich rodziców. Ksantus błagał, wysyłał krewnych, ale ani błagania, ani przedstawienia nie odnosiły skutku. Wtedy Ezop uciekł się do podstępu. Zakupił wielką ilość zwierzyny i wszelakich zapasów, jakoby na gody weselne, i dopóty słaniał się po mieście, dopóki nie napotkał służącego swej pani. Ten zapytał Frygijczyka, co znaczą te wszystkie przybory. Ezop odrzekł, że Ksantus, nie mogąc nakłonić żony do zgody, postanowił zaślubić inną kobietę. Skoro tylko małżonka dowiedziała się o tem, natychmiast powróciła do domu filozofa, czy to przez zazdrość, czy też przez ducha sprzeciwieństwa. Nie przebaczyła jednak niewolnikowi, który codzień nowe figle płatał swojemu panu i codzień dowcipem wykręcał się od kary, tak, że filozof nie mógł go na niczem schwytać.

Pewnego dnia, Ksantus, zamierzając wydać ucztę dla przyjaciół, zalecił Ezopowi, aby zakupił to tylko, co znajdzie najlepszego, ale nic więcej. "Nauczę cię, pomyślał Ezop, abyś dokładnie mówił czego żądasz, i nie zdawał się na rozum niewolnika." Nakupił przeto ozorów, i kazał przyrządzić je w najrozmaitszy sposób, tak, że wszystkie potrawy składały się z samych ozorów. Goście chwalili z początku, ale w końcu sprzykrzyła im się ta jednostajność. "Wszakże rozkazałem, rzekł Ksantus, abyś kupił co jest najlepszego? - A cóż może być lepszego nad język? odparł Ezop. Jest to węzeł życia społecznego, klucz wszelkiej wiedzy, narzędzie rozumu i prawdy; z jego pomocą wznoszą się i cywilizują miasta; z jego pomocą uczymy, przekonywamy, rządzimy i spełniamy najświętszy obowiązek, to jest: chwalimy Bogów. - Kiedy tak, rzekł Ksantus, pragnący niewolnika w kłopot wprowadzić, to na jutro zakup mi to tylko, co jest najgorszego: będę miał u siebie tych samych gości i radbym urozmaicić biesiadę."

Nazajutrz, Ezop znowu kazał zgotować potrawy z samych ozorów, twierdząc, że język jest najgorszą rzeczą w świecie: "On to, rzekł, jest ojcem wszelkich kłótni, powodem procesów, źródłem niesnasek i wojen. Jeśli jest narzędziem prawdy, to zarówno i błędu, a co gorsza, oszczerstwa i potwarzy. On burzy miasta, on do złego nakłania. On wielbi Bogów, ale i bluźni ich potędze." Jeden z gości rzekł na to Ksantusowi, iż ten niewolnik wielce mu jest potrzebny, gdyż umie jak nikt w świecie, wystawiać na próbę cierpliwość filozofa; a gdy Ksantus okazywał niezadowolenie: "O cóż się troskasz? zagadnął Ezop. - Znajdźże mi człowieka, który się o nic nie troszczy," odparł Ksantus.

Ezop poszedł nazajutrz na rynek, i zobaczywszy wieśniaka, który spoglądał dokoła siebie, zimny i obojętny na wszystko jak posąg, zabrał go z sobą do domu. "Oto jest, rzekł Ksantusowi, człowiek jakiego żądałeś." Ksantus dał swojej żonie polecenie, aby nalała ciepłej wody do miednicy i umyła nogi gościowi. Wieśniak obojętnie ten dowód czci przyjął, lubo wiedział że na nią nie zasłużył; ale myślał w głębi duszy, że może jest to zwyczaj powszechny w miastach, któremu poddać się należy. Posadzono go na pierwszem miejscu przy stole: zasiadł bez ceremonii. Podczas biesiady, Ksantus bez przerwy ganił kucharza i z niczego nie był zadowolony; o potrawie słodkiej mówił, że jest przesolona, a o słonej, że zanadto słodka. Tymczasem "człowiek bez troski" puszczał jego gderanie mimo uszu i jadł za trzech. Przy końcu uczty przyniesiono ciasto, które żona Ksantusa sama upiekła: było ono wyborne, ale filozof udawał, że mu wcale nie smakuje. "Nigdy w życiu nie jadłem tak złego pieczywa, rzekł; warto spalić kucharkę, co je upiekła, bo nigdy nic porządnie nie zrobi: przygotujcie drzewo do stosu. - Poczekaj, zawołał wieśniak; pójdę po swoją żonę: jeden stos dla obu wystarczy." To przemówienie zbiło z tropu filozofa; stracił nadzieję, aby mógł kiedykolwiek przezwyciężyć bystry umysł swego niewolnika.

Lecz Ezop nietylko przeciw swojemu panu bronił się dowcipem i bystrością umysłu. Pewnego dnia, wysłany za interesem, spotkał w drodze sędziego, który go zapytał, dokąd idzie. Ezop, czy to przez roztargnienie, czy z jakiej innej przyczyny odparł, że sam tego nie wie. Urzędnik, poczytując tę odpowiedź za dowód lekceważenia i pogardy, rozkazał zaprowadzić go do więzienia. Gdy spełniano ten rozkaz, Ezop zawołał: "Nie miałemże słuszności? Czyż mogłem wiedzieć że pójdę tam, dokąd mnie teraz wiodą?" Na te słowa, urzędnik rozkazał go uwolnić i winszował Ksantusowi, że tak rozsądnego niewolnika posiada.

Ksantus ze swej strony widział jasno, ile Ezop zaszczytu mu przynosi i dla tego nie chciał go wyzwolić. Pewnego dnia, gdy filozof ucztował ze swemi uczniami, Ezop, pełniący służbę przy biesiadzie, zauważał, że wszyscy zaczynali przebierać miarę. "Nadużycie wina, rzekł, przez trzy stopnie przechodzi: rozkoszy, odurzenia i szaleństwa." Wyśmiano go i dalej wypróżniano kielichy. Ksantus nareszcie podchmielił sobie tak dalece, że zaczął mówić, iż całe morze wypić potrafi, a rozjątrzony śmiechem współbiesiadników, uparł się przy swojem, postawił dom swój w zakład i jako rękojmię złożył pierścień, który miał na palcu.

Nazajutrz, wytrzeźwiwszy się, Ksantus ku wielkiemu swemu zdumieniu spostrzegł, iż nie ma pierścienia, do którego wielką przywiązywał wartość. Ezop wtedy opowiedział mu, co zaszło dnia poprzedniego, i że nietylko pierścień, ale dom cały ów nieszczęsny zakład pochłonie. Zatrwożył się filozof i prosił Ezopa o radę. Ten wymyślił wybieg następujący. Gdy w dniu naznaczonym na rozstrzygnięcie zakładu, cała ludność Samos zebrała się na brzegu morskim, sądząc że będzie świadkiem zawstydzenia filozofa, i gdy ów jego uczeń, który trzymał zakład, już zawczasu cieszył się zwycięztwem, Ksantus, stanąwszy wśród zgromadzenia, odezwał się w te słowa: "Założyłem się istotnie, że wypiję całe morze co do kropli; ale nie było wcale mowy o rzekach, które doń wpływają; niechże więc ten, kto się ze mną założył, odwróci wszystkie rzeki, a wówczas spełnię, co zapowiedziałem." Powszechnem było podziwienie nad tak mądrym wybiegiem, który wybawił Ksantusa z wielce kłopotliwego położenia. Uczeń uznał się za zwyciężonego i przeprosił swego mistrza, a ludność odprowadziła Ksantusa w tryumfie do domu.

W nagrodę, Ezop zażądał wolności. Ksantus odparł, że pora wyzwolenia go jeszcze nie nadeszła; że wszelako, jeśli Bogowie objawią swoją wolę, nie będzie się opierał; zalecił przeto Ezopowi, aby dał baczenie na pierwszą wróżbę, jaką ujrzy wyszedłszy z domu: jeżeli wróżba będzie przychylną, jeżeli naprzykład Ezop zobaczy dwie wrony odrazu, to pozyska wolność; jeżeli zaś ujrzy tylko jednę, to powinien bez szemrania pozostać nadal w dotychczasowym stanie. Ezop wyszedł natychmiast z domu i w tejże chwili spostrzegł dwie wrony siedzące na wierzchołku drzewa. Pobiegł z tą wieścią do swojego pana, lecz zanim ten nadszedł, jedna z wron odleciała. "Czy mniemasz, że mnie zawsze oszukiwać można? zawołał Ksantus do Ezopa. Hej, wychłostać zuchwalca!" Wyrok spełniono niezwłocznie; podczas gdy biedny Ezop odbierał niezasłużone cięgi, przysłano Ksantusowi zaproszenie na biesiadę: filozof przyrzekł, iż uczyni zadość wezwaniu. "Niestety! zawołał Ezop, jak to wróżby łudzą i zawodzą! Ja, com widział dwie wrony, odbieram plagi; a mój pan, co widział tylko jednę, dostaje zaproszenie na biesiadę!" To dowcipne zdanie tak się podobało Ksantusowi, że rozkazał przestać batożyć Ezopa; ale nie chciał obdarzyć go wolnością, pomimo kilkakrotnie ponawianej obietnicy.

Pewnego dnia przechadzali się obadwaj wśród starożytnych pomników, odczytując z upodobaniem umieszczone na nich napisy. Pomiędzy temi napisami Ksantus zobaczył jeden, którego nie mógł odgadnąć. Były to początkowe litery jakichś wyrazów. Filozof uznał, że ta zagadka przechodzi jego pojęcie. "Gdybym za pomocą tych liter dopomógł tobie znaleźć skarb, jaką otrzymam nagrodę?" zagadnął Ezop. Ksantus obiecał mu połowę skarbu i wolność. "Te litery, rzekł Ezop, znaczą, że o cztery kroki od tego pomnika skarb jest zakopany." Jakoż rzeczywiście znaleźli go niebawem. Ezop żądał spełnienia obietnicy, ale filozof się wzdragał. "Nie wyzwolę cię, rzekł, dopóki mi nie wyjaśnisz znaczenia tych liter; będzie to dla mnie większym skarbem nad tem, któryśmy znaleźli. - Są to, odparł Ezop, pierwsze litery wyrazów: Skoro cofniesz się o cztery kroki i kopać będziesz, skarb pozyskasz. - Ponieważ jesteś tak bystry, rzekł Ksantus, zbłądziłbym, pozbywając się ciebie; nie łudź się przeto nadzieją, abym cię wyzwolił. - A ja, odpowiedział Ezop, oskarżę cię przed królem Dyonizyuszem, bowiem ten skarb do niego należy; litery wyryte na pomniku zaczynają, oprócz tamtych, inne jeszcze wyrazy, mające to znaczenie." Zatrwożony filozof ponownie przyrzekł Frygijczykowi połowę skarbu, prosząc, aby nikomu nie wspomniał ani słowa o tem zdarzeniu. Ezop odparł na to, że nie poczuwa się wcale do wdzięczności, ponieważ też same litery zaczynają trzeci szereg wyrazów, tworzących zdanie następne: "Odchodząc, podzielcie między siebie skarb znaleziony." Za powrotem do domu, Ksantus rozkazał zakuć Ezopa w kajdany i wtrącić do więzienia, z obawy, aby nie rozgłosił tajemnicy. "Niestety! zawołał Ezop, więc to w taki sposób filozofowie dopełniają przyrzeczeń? Ale czyń co zechcesz, nadejdzie pora, w której będziesz zmuszony mnie wyzwolić."

Jakoż wkrótce spełniła się ta przepowiednia. Nadzwyczajne wydarzenie rzuciło postrach na mieszkańców miasta Samos: Orzeł porwał pierścień publiczny (była to prawdopodobnie pieczęć, którą wyciskano na uchwałach rady miejskiej) i upuścił go na płaszcz jakiemuś niewolnikowi. Wezwano Ksantusa, aby wyraził swoje zdanie w tym względzie, jako filozof i jeden z najwyższych dostojników rzeczypospolitej. Ksantus prosił o czas do namysłu i uciekł się do swojej zwykłej wyroczni, to jest: do Ezopa. "Postaw mnie przed ludem, rzekł Ezop, i dozwól, abym ja sam rzecz tę wyjaśnił; bowiem, jeżeli zgadnę, to chwała niemniej przeto spadnie na ciebie, jako na mojego pana; jeśli zaś pobłądzę, mnie tylko ganić będą." Ksantus usłuchał tej rady i wprowadził Ezopa na trybunę. Zobaczywszy go, wszyscy parsknęli śmiechem; nikt nie przypuszczał, aby taki potwór mógł rozsądnie przemówić. Ezop rzekł, iż nie należy zwracać uwagi na kształt naczynia, lecz na napój w niem zawarty. Wtedy lud wykrzyknął, aby bez obawy wypowiedział, co myśli o zaszłem wydarzeniu. Ezop wymówił się, iż nie śmie tego uczynić. "Fortuna, rzekł, roznieciła między panem i niewolnikiem walkę o wyższość i sławę; jeśli niewolnik pobłądzi, otrzyma chłostę; okaże się mędrszym od pana, to znowu chłostę otrzyma." Wtedy zaczęto nalegać na Ksantusa, aby go wyzwolił. Filozof długo się wzbraniał, ale rządca miasta zagroził, że wyzwoli Ezopa na mocy swego urzędu, i w końcu Ksantus musiał uledz. Wówczas Ezop oznajmił, że owo zdarzenie zwiastuje Samijczykom niewolę; że orzeł porywający pierścień, oznacza króla, który pragnie ich kraj zawojować.

Wkrótce potem Krezus, król Lidyi, wyprawił do Samos poselstwo, wzywając mieszkańców, aby się uznali jego hołdownikami; w razie odmowy groził, że orężem zmusi ich do tego. Większość była zdania, że należy się poddać. Ezop wtedy powiedział, że Fortuna dwie drogi ukazuje ludziom: jedną jest droga swobody, z początku stroma i ciernista, ale potem wygodna i miła; drugą zaś droga niewoli, z początku równa i gładka, ale potem bardzo uciążliwa. Była to dość wyraźna przestroga dla Samijczyków, i posła Krezusa odprawiono z niczem.

Krezus wyruszył na wojnę. Poseł, który był w Samos, rzekł królowi, iż trudno będzie nakłonić Samijczyków do uległości, dopóki Ezop wśród nich przebywa, bowiem wszyscy wielkie w jego rozumie pokładają zaufanie. Krezus zażądał wtedy wydania Ezopa, przyrzekając w zamian, że zostawi mieszkańców w spokoju. Naczelnicy miasta uznali ten warunek za nader korzystny, w mniemaniu, że poświęcając Ezopa, tanim kosztem okupią swobodę. Frygijczyk atoli zniewolił ich do zmiany zdania, mówiąc, że gdy wilki zawarły z owcami przymierze, owce oddały im swoje psy na zakładników, a wtedy wilki bez przeszkody podusiły owce. Ta przypowieść odniosła skutek: Samijczykowie uradzili, aby nie wydać Ezopa. Wszelako Ezop z własnej woli postanowił udać się do Krezusa, mówiąc Samijczykom, iż w ten sposób większe zdoła im oddać usługi, aniżeli gdyby pozostał w mieście.

Krezus, ujrzawszy Ezopa, zdumiał się, że tyle nędzna istota była zdolną stawiać tak wielkie przeszkody jego potędze. "Jakto? zawołał, więc to jest ów człowiek który sprawia, że Samijczykowie opierają się mojej woli?" Ezop padł do nóg królowi, mówiąc: "Pewien człowiek chwytał szarańcze; świerszcz polny wpadł mu przypadkiem w ręce. Człowiek chciał go zabić, tak jak zabijał szarańcze. "Cóż ci przewiniłem? rzekł świerszcz; nie zjadam twego zboża i żadnej nie czynię szkody; głos tylko posiadam, a głosem nie potrafię wyrządzić ci żadnej krzywdy." Potężny królu! jestem jako ów świerszczyk: głos tylko posiadam i nie używałem go z ujmą dla ciebie." Krezus, zdjęty podziwem i politowaniem, nietylko przebaczył Ezopowi, ale, przez wzgląd na niego, odstąpił od Samos.

W owym czasie Ezop, przebywając na dworze Krezusa, napisał bajki, które złożył w darze królowi; a wysłany następnie przez tegoż do Samos, został nader zaszczytnie przyjęty przez współobywateli. Potem zaczął podróżować po różnych krajach i obcować z mędrcami i filozofami. Wreszcie pozyskał wielkie łaski u Lycerusa, króla Babilonu. Królowie ówcześni posyłali sobie wzajemnie rozmaite zagadnienia do rozwiązywania, zobowiązując się, w razie przegranej, do płacenia pewnej znacznej kwoty. Lycerus, przy pomocy Ezopa, wygrywał zawsze i pozyskał sławę zarówno w zadawaniu zagadnień, jak i w rozwiązywaniu.

Podczas pobytu na dworze Lycerusa, Ezop ożenił się; a nie mając potomstwa, przyjął za syna pewnego młodzieńca dobrego rodu, imieniem Ennus. Ten wszelako wypłacił się swemu dobroczyńcy niewdzięcznością, za co Ezop wygnał go ze swego domu. Ennus, uniesiony żądzą zemsty, sfałszował listy, świadczące, jakoby Ezop był w porozumieniu z królami, ubiegającemi się o wygranę przeciw Lycerusowi. Król, spojrzawszy na podpisy i pieczęcie, nie szukał innych dowodów winy i przywoławszy oficera swej straży, Hermippusa, rozkazał mu zgładzić natychmiast Ezopa ze świata. Hermippus, będący przyjacielem Frygijczyka, ocalił mu życie; ukrył go bowiem w grobowcu i żywił przez czas długi. Tymczasem, gdy wieść o śmierci Ezopa rozeszła się, król Egiptu, Nectenabo, przesłał Lycerusowi zagadnienie, w nadziei, że tą razą go zwycięży. Zażądał mianowicie, aby Lycerus przysłał mu budowniczych, którzyby umieli wystawić wieżę w powietrzu, a razem z niemi takiego człowieka, który wszelkie zagadnienia rozwiązywać potrafi. Lycerus, przeczytawszy listy, wezwał do narady najmędrszych ludzi ze swego kraju, ale nikt nie wiedział, co począć; wtedy Hermippus, zobaczywszy że król żałuje śmierci Ezopa, wyznał, jakim sposobem go ocalił. Na wezwanie Lycerusa, Ezop wrócił do dworu, dowiódł swej niewinności i przebaczył Ennusowi. Przeczytawszy zaś list króla Egiptu, roześmiał się i poradził Lycerusowi, aby uwiadomił swego współzawodnika, iż z nadejściem wiosny przyśle mu to, czego żądał. Lycerus zwrócił Ezopowi majątek i wydał mu Ennusa, aby z nim postąpił wedle swojej woli. Ezop przyjął winowajcę jak syna: za całą karę zalecił mu, aby szanował Bogów i króla, był strasznym dla wrogów a wyrozumiałym i ludzkim dla wszystkich; aby niewiele mówił i wypędzał od siebie plotkarzy, nie tracił odwagi w nieszczęściu, był dbałym o jutro, bo lepiej po śmierci zbogacić nieprzyjaciół, niżeli być za życia ciężarem przyjaciołom; zwłaszcza zaś, aby nikomu nie zazdrościł szczęścia i cnoty, bo tem krzywdziłby siebie samego. Dobroć i przestrogi Ezopa przeszyły, jakoby grot śmiertelny, serce Ennusa: bowiem wkrótce potem zakończył życie.

Powróćmy do żądań króla Nectenabo. Ezop schwytał młode orły i dokonał rzeczy, zaiste trudnej do uwierzenia: wyuczył je unosić w powietrze koszyki, z których każdy mieścił w sobie małe dziecię. Gdy wiosna nadeszła, odjechał do Egiptu z tym całym taborem, wzbudzając wszędzie podziw i oczekiwanie. Nectenabo, który jedynie ze względu na pogłoskę o śmierci Ezopa posłał owo zagadnienie, powitał go z nietajonem zdumieniem i zapytał, czyli przywiózł ze sobą budowniczych i człowieka, odpowiadającego na wszelkie zapytania. Ezop odrzekł, że tym człowiekiem jest on sam, a budowniczych okaże królowi na miejscu przeznaczonem do budowy. Udali się zatem na pole i Ezop wypuścił swoje orły, które porwawszy koszyki z dziećmi, uniosły je w górę, a dzieci tymczasem wołały, aby im dano wapna, kamieni i drzewa. "Królu, rzekł wówczas Ezop, oto są robotnicy: dostarczże im materyału do budowy." Nectenabo uznał, że jest zwyciężonym, ale wnet zagadnął Ezopa: "Mam tu w Egipcie klacze, które dostają źrebiąt, słysząc rżenie koni w Babilonie; jakże mi to wyjaśnisz?" Ezop odłożył odpowiedź do dnia następnego, i wróciwszy do swego mieszkania, rozkazał dzieciom, aby złapały kota i bijąc go, chodziły po ulicach miasta. Egipcyanie czcili te zwierzęta jako bóstwa; zgorszeni przeto widokiem chłostanego kota, wyrwali go z rąk dzieci i zanieśli skargę do króla. Wezwano natychmiast Ezopa do dworu. "Czy nie wiesz, rzekł Nectenabo, że kot jest bogiem naszym? Jak śmiałeś tak z nim postąpić? - Skarciłem go za przestępstwo, jakiego się dopuścił względem Lycerusa, odparł Ezop, bo dzisiejszej nocy zadusił mu ulubionego koguta, który wybornie swojem pianiem zwiastował godziny. - Jesteś kłamcą, król zawołał; jakimże sposobem kot mógłby przez jednę noc przebyć tak daleką drogę? - A jakimże sposobem, podchwycił Ezop, twoje klacze mogą z tak daleka słyszeć rżenie naszych koni?"

Nectenabo, nie dając jeszcze za wygranę, sprowadził z Heliopolis kilku uczonych, biegłych w sztuce zadawania zagadek i wydał dla nich ucztę, na którą i Frygijczyka zaprosił. Podczas biesiady, uczeni przedkładali Ezopowi różne zagadnienia, a między innemi następujące: "Stoi wielka świątynia, wsparta na kolumnie, którą miast dwanaście otacza, każde z tych miast posiada trzydzieści filarów, dokoła których chodzą jedna za drugą dwie niewiasty: pierwsza w białej a druga w czarnej szacie. - W naszym kraju daje się dzieciom takie zagadki, odparł Ezop. Świat jest świątynią, rok kolumną, miesiące miastami a filary dniami, dokoła których kolejno Dzień i Noc krążą."

Nazajutrz, Nectenabo zawezwał do siebie wszystkich swoich powierników. "Zdołacież spokojnie przenieść, rzekł, aby potwór, ledwie na miano człowieka zasługujący, przechylał zwycięztwo na stronę Lycerusa i mnie wstydem okrywał?" Jeden z dworzan dał wówczas radę następną: zażądać od Ezopa, aby powiedział rzecz taką, o której nigdy nie słyszeli. Ezop napisał rewers, mocą którego Nectenabo zeznawał, że jest winien dwa tysiące talentów Lycerusowi, i zapieczętowawszy, wręczył rewers królowi. Zanim tenże otworzył pismo, dworzanie wyrzekli, że rzecz w niem zawarta jest im znaną. Nectenabo odpieczętował i przeczytawszy, zawołał: "To kłamstwo bezczelne! biorę was wszystkich na świadków. - W samej rzeczy, potwierdzili dworzanie, nie słyszeliśmy nigdy o tym długu. - A więc spełniłem wasze żądanie," rzek Ezop. Wtedy Nectenabo przyznał Lycerusowi zwycięztwo i hojnie obdarzywszy Ezopa, odesłał go do Babilonu.

Zdaje się, że ten pobyt w Egipcie dał niektórym pisarzom powód do mniemania, jakoby Ezop był tamże niewolnikiem wspólnie ze słynną Rhodope, która swoim kosztem wystawiła jednę z trzech istniejących piramid; dzieło to słusznie wzbudza podziw podróżników, bowiem piramida Rhodopy, lubo najmniejsza, jest wszelako najkunsztowniej zbudowaną.

Ezop, za powrotem do Babilonu, został powitany przez Lycerusa z oznakami najżywszej radości i przyjaźni: monarcha wystawił pomnik swemu ulubieńcowi. Atoli Frygijczyk, trawiony żądzą wiedzy, wyrzekł się wszystkich zaszczytów i opuścił Lycerusa, udając się do Grecyi, którą jeszcze raz w życiu pragnął odwiedzić. Z żalem pożegnał go Lycerus, związawszy przysięgą, iż powróci i przy jego boku reszty dni swoich dokona.

Ezop, zwiedzając miasta Grecyi, zatrzymał się i w Delfach. Delfijczycy chętnie słuchali jego przypowieści, lecz nie składali mu żadnych oznak poszanowania. Urażony tem lekceważeniem, Ezop przyrównał ich do drągów pływających po wodzie: zdaleka wydają się czemś nadzwyczajnem, a zblizka przekonywamy się, że to jedno nic. Tę przypowieść drogo zapłacił. Delfijczycy, lękając się aby nie ośmieszył ich przed światem, znienawidzili Ezopa i przez zemstę postanowili odjąć mu życie. W tym celu ukryli między jego rzeczy czarę ofiarną ze świątyni, aby tym sposobem dowieść mu kradzieży i świętokradztwa, i na śmierć skazać.

Zaledwie Ezop opuścił Delfy drogą wiodącą do Focydy, gdy dogonili go Delfijczycy, oskarżając o kradzież naczynia; Ezop przysięgą upewniał o swojej niewinności, ale Delfijczycy, nie zważając na to, przetrzęśli jego rzeczy i, jak łatwo się domyśleć, znaleźli czarę. Daremne były zaklęcia Ezopa: obciążonego kajdanami, jak nikczemnego zbrodniarza, odprowadzono napowrót do Delf i wtrącono do więzienia; poczem zapadł wyrok, skazujący go na strącenie ze skały. Napróżno bronił się zwykłym swoim orężem; Delfijczykowie szydzili z jego przypowieści.

"Żaba, mówił Ezop, zaprosiła szczura w odwiedziny. Aby mu dopomódz w podróży przez fale, przywiązała go sobie do nogi. Dostawszy się na wodę, chciała pociągnąć szczura na dno, aby go utopić i pożreć. Nieszczęsny szczur bronił się z całej siły; podczas gdy się szamotał na powierzchni wody, zoczył go ptak drapieżny; wpadł nań z góry, porwał razem z żabą, która nie miała czasu się odczepić, i zjadł oboje. Okrutni Delfijczycy! i mnie pomści ktoś potężniejszy od was: zginę, ale i wy zginiecie."

Gdy go wiedziono na miejsce kaźni, zdołał się wymknąć i schronić do kaplicy, poświęconej Apollinowi. Wyrwali go ztamtąd Delfijczycy. "Gwałcicie to święte schronienie, rzekł; podajecie za powód, że to nie jest świątynia, tylko mała kapliczka; ale przyjdzie czas, kiedy wasza złośliwość nie znajdzie i w świątyniach bezpiecznego schronienia. Doświadczycie tego samego, czego doświadczył ów orzeł, co pomimo prośb jelonka, porwał z jego gniazda zająca, który tam szukał ocalenia. Nawet na łonie Jowisza potomstwo orła odniosło karę za ten postępek." Nie wzruszyło to Delfijczyków, i wyrok został spełniony.

Wkrótce po śmierci Ezopa, morowe powietrze nawiedziło Delfy. Mieszkańcy udali się do wyroczni, zapytując, jakim sposobem mogliby przebłagać gniew Bogów. Wyrocznia rzekła, iż powinni zgładzić swoją zbrodnię, oddając cześć cieniom Ezopa. Natychmiast wzniesiono mu pomnik. Lecz nietylko Bogowie potępili ten czyn niegodny: ludzie również pomścili zgon mędrca. Cała Grecya wysłała urzędników dla zbadania tej sprawy, i przestępcy ponieśli surową, lecz zasłużoną karę.

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Gustave Doré (1832-1883), Słońce i żaby,

licencja public domain, źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:PL_Jean_de_La_Fontaine_Bajki_1876_808.png

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

 

Tekst wg edycji:

Jean de La Fontaine

Bajki

tłum. Władysław Noskowski i inni.

Wyd. Jan Noskowski

Warszawa 1876

Zachowano oryginalną pisownię.

 

? Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-920-1