Bajki i Baśnie tom I - III - Bracia Grimm

Kup ebooka

18.49 zł
15.16 zł (14,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

BIAŁOŚNIEŻKA I RÓŻANKA

Pewna uboga wdowa mieszkała w samotnej chatce, a przed tą chatką był ogródek, w którym rosły dwa krzaki róż: jedne róże białe, drugie czerwone. Wdowa miała dwie córeczki, podobne do obu krzaków róż. Jedna zwała się Białośnieżką, a druga Różanką. Dziewczątka były tak pobożne i dobre, tak pracowite i roztropne, że chyba drugich takich dzieci nie było na świecie, ale Białośnieżka była łagodniejszą niż Różanka. Różanka wolała skakać po łąkach i polach, rwała kwiatki i goniła ptaszyny leśne; a Białośnieżka siadywała w domu przy matce, pomagała jej w gospodarstwie, albo czytywała jej książki, gdy nic innego nie było do roboty. Obie dziewczynki tak bardzo się kochały, że zawsze, idąc razem, trzymały się za rączki, a gdy Białośnieżka mówiła: - "My się nigdy nie rozstaniemy", Różanka odpowiadała: "Tem, co ma jedna, musi się i druga podzielić"! Nieraz biegały same po lesie i zbierały czerwone jagody; żadne zwierzę nie robiło im nic złego, ale przychodziły do nich z całem zaufaniem: zajączek jadł z ich rąk kapustę, sarna skubała trawkę tuż przy nich, jeleń wysoko wyskakiwał obok, ptaki zostawały na gałęziach i wyśpiewywały wszystkie swoje trele. Dziewczęta nie miewały żadnych przygód; jeżeli się zapóźniły w lesie, a noc je zaskoczyła, to kładły się jedna przy drugiej na murawie i zasypiały aż do ranka, a matka wiedziała o tem i nie trwożyła się o nie. Pewnego razu, gdy nocowały w lesie, a świt różany je zbudził, spostrzegły śliczne dziecko w białej, błyszczącej sukieneczce, siedzące przy ich posłaniu, i spoglądające na nie bardzo życzliwie. Nic nie mówiąc, odeszło potem w głąb lasu, a gdy się obejrzały, zauważyły, że leżą tuż nad głęboką przepaścią, że gdyby były w ciemnościach i stąpiły jeszcze parę kroków, to byłyby w tę przepaść wpadły. A matka im powiedziała, że musiał to być Anioł Stróż, który czuwa nad dobremi dziećmi. Białośnieżka i Różanka utrzymywały chatkę matki, tak czysto, że było prawdziwą przyjemnością wejść do nich. W lecie, Różanka pilnowała domu i co rano stawiała przy łóżku matki bukiet kwiatków, a w bukiecie było zawsze po jednej róży z każdego krzaka. W zimie, Białośnieżka rozniecała ogień i stawiała kociołek na blasze, kociołek mosiężny, ale błyszczący jak złoto, tak był ślicznie wyczyszczony. Wieczorem, gdy mrok zapadł, mówiła matka: - Idźno, Białośnieżko i zasuń rygle, - a potem siadały przy ogniu, matka wkładała okulary i czytała z wielkiej księgi, a obie dziewczynki, przędząc, słuchały. Obok nich leżało jagniątko na podłodze, a poza niemi, na drążku, siedział biały gołąbek z łebkiem, ukrytym w skrzydełkach. Pewnego wieczoru, gdy tak spokojnie siedziały sobie, ktoś zastukał do drzwi. Matka rzekła: - Prędko, Różanko, otwórz, to pewno jakiś wędrowiec, szukający przytułku. Różanka poszła, odsunęła zasuwę i myślała, że to będzie jakiś ubogi człowiek; ale to nie był człowiek, lecz niedźwiedź, który wsadził we drzwi swą grubą czarną paszczę. Różanka krzyknęła głośno, odskoczyła, jagniątko zabeczało, gołąbek zatrząsł się, a Białośnieżka schowała się za łóżko matki. Ale niedźwiedź spokojnie rzekł: - Nie bójcie się, nic wam złego nie zrobię; jestem zmarznięty i chciałbym się trochę ogrzać u was. - Biedny niedźwiedziu, - rzekła matka, - połóż się przy ogniu, tylko uważaj, żeby ci się futro nie zapaliło. Poczem zawołała: - Białośnieżko, Różanko, pójdźcie do mnie, niedźwiedź nic wam złego nie zrobi, dziecinki, on mówi uczciwie. Obie więc podeszły, a stopniowo przybliżyło się i jagniątko i gołąbek, i nikt się nie bał niedźwiedzia. On zaś rzecze: - Dzieci, otrząśnijcie mi trochę śniegu z futra. Dziewczątka przyniosły miotłę i oczyściły niedźwiedzia futro ze śniegu, on zaś rozłożył się przed ogniem i mruczał bardzo zadowolony. Niebawem, znajomość z niemiłym gościem stała się zażyłą, dzieci głaskały go po futrze rękoma, opierały nogi na jego plecach, obracały nim tam i napowrót, albo brały pręt, biły go, a gdy mruczał, śmiały się. Niedźwiedziowi wszystko to się podobało, tylko, gdy mu dokuczały za bardzo, wołał: - Darujcie mi życie, dzieciaki! "Niechaj każda z was pamięta, Że zabija konkurenta." Gdy przyszedł czas na spoczynek, matka rzekła do niedźwiedzia: - Zostań sobie w imię Boże przy piecu, to cię ochroni od zimna i zamieci śnieżnej. Ledwie dzień zaczął świtać, dzieci wypuściły go na dwór, on zaś powlókł się po śniegu do lasu. Odtąd niedźwiedź przychodził do nich co wieczór o tej samej porze, kładł się przed piecem i pozwalał dzieciom bawić się ze sobą, ile tylko zachciały, a one tak się z nim oswoiły, że nawet nie zamykały drzwi na zasuwę, dopóki się nie zjawił. Gdy nadeszła wiosna i wszystko się zazieleniło, rzekł niedźwiedź pewnego ranka do Białośnieżki: - No, teraz muszę odejść i nie pokażę się u was przez całe lato. - Dokąd że pójdziesz, kochany niedźwiedziu? - spytała Białośnieżka. - Pójdę do lasu, bo muszę strzedz swoich skarbów przed złym karłem; w zimie, gdy ziemia jest zmarzniętą, karły siedzą pod ziemią i nie mogą wydobyć się na wierzch, ale teraz, gdy słońce ziemię rozgrzało, krasnoludki wychodzą na wierzch, szukają i kradną; a co wpadnie im w ręce i do ich kryjówek, to nie wraca już łatwo na światło dzienne. Białośnieżce bardzo było żal niedźwiedzia, ale odryglowała drzwi, a gdy niedźwiedź wchodził, zaczepił się futrem o hak, rozdarł sobie kawałek skóry, a Białośnieżce wydało się, że z poza niej błysnęło coś złotego; pewna jednak tego nie była. Niedźwiedź szybko wybiegł i wkrótce znikł za drzwiami. Po niejakimś czasie matka posłała dzieci do lasu po chróst. Natknęły się one tam na wielkie drzewo, które leżało na ziemi, a przy jego pniu coś skakało po trawie tam i napowrót. Ale nie mogły odróżnić, co to było takiego. Gdy podeszły bliżej, zobaczyły karła o starej pomarszczonej twarzy, z białą parołokciowej długości brodą. Koniec brody dostał się pod drzewo, a karzeł skakał jak piesek na linie i nie umiał sobie poradzić. Zmierzył dziewczynki swemi czerwonemi, płonącemi oczyma i krzyknął: - No i czego stoicie? Nie możecie się zbliżyć i pomódz mi? - A cóż ci się stało, mały człowieczku? spytała Różanka. - Głupia, ciekawa gęś! - odparł karzeł. - Chciałem sobie urąbać drzewo na ogień do kuchni. Rozszczepiłem już szczęśliwie kawał pnia, ale gdy wbiłem klin, ażeby go rozłupić do reszty, ten okazał się za gładki i bestja wyskoczył tak nagle, że drzewo się przekręciło i przygniotło mi koniec mojej pięknej brody; teraz i wyciągnąć jej nie mogę. Broda siedzi pod drzewem, a ja jestem jak przykuty. A głupie blade gęby śmieją się z tego, pfuj, wstrętne dziewuchy! Dzieci przypadły do drzewa i chciały je poruszyć dla wydobycia brody, ale nie dały rady. - Pójdę i ludzi sprowadzę na pomoc! rzekła Różanka. - Warjatka, barania głowa! - burknął karzeł. - Ona mi chce jeszcze ludzi sprowadzić; was dwie i to dla mnie za wiele! Nic wam mądrzejszego do głowy nie przyjdzie? - Nie bądźże tylko taki niecierpliwy, rzekła Białośnieżka: - ja już coś poradzę. Wyjęła maleńkie nożyczki z kieszeni i odcięła koniec brody. Jak tylko karzeł uczuł, że jest wolny, schwycił za worek, leżący pomiędzy korzeniami drzewa, a napełniony złotem i pomruknął do siebie: - Paskudny dzieciak! Obciąć dziś taką wspaniałą brodę! Niech wam kukułka zapłaci! Z temi słowy, zarzucił worek na plecy i odszedł, ani się obejrzawszy nawet na dzieci. Zdarzyło się tak, że wkrótce potem matka posłała obie dziewczynki do miasta po nici, igły, sznury i tasiemki. Droga prowadziła przez pustkowie, na którem tu i owdzie wznosiły się potężne głazy skalne. Dziewczynki spostrzegły w powietrzu wielkiego ptaka, który wolno krążył nad niemi, opuszczając się coraz niżej, aż nareszcie spadł nieopodal przy jednym z głazów. Bezpośrednio potem usłyszały przenikliwy i przejmujący krzyk. Biegną w tę stronę i widzą ze zgrozą, że orzeł wpadł na znanego im karła i chce go porwać. Poczciwe dzieci uchwyciły się karła i dopóty broniły go od napaści ptaka, aż ten w końcu puścił swoją ofiarę. Gdy karzeł ochłonął z przestrachu, krzyknął swoim cienkim głosikiem: - Nie mogłyście się delikatniej obejść ze mną? Takeście mi podarły mój cienki kaftan, że jest teraz pełen dziur i strzępów! Paskudne, niezdarne dziewczyny! Co rzekłszy, podniósł worek z klejnotami, leżący opodal, i poszedł pomiędzy skałami do swojej jaskini. Dziewczątka były już przyzwyczajone do jego niewdzięczności, więc poszły w dalszą drogę i załatwiły swoje sprawunki w mieście. Gdy za powrotem znowu znalazły się na pustkowiu, zaskoczyły znienacka karła, który na pewnym placyku wypróżniał swój worek klejnotów i nie przypuszczał, że ktoś będzie jeszcze tędy przechodził o tak spóźnionej porze. Zachodzące słońce oświetlało kamienie, które połyskiwały świetnie różnemi kolorami i dzieci olśnione, stanęły i wpatrywały się w nie z zachwytem. - Czegóż tak sterczycie jak mumje? - zawołał karzeł, a jego zmarszczona twarz aż pożółkła z gniewu. Chciał jeszcze dłużej wymyślać, gdy nagle z lasu wyszedł czarny niedźwiedź. Karzeł zerwał się z przestrachu, ale nie mógł już uciec, bo niedźwiedź, zagrodził mu drogę. Wtedy zawołał z trwogą: - Najdroższy panie niedźwiedziu, miej litość nademną! Oddam ci wszystkie swoje skarby, najpiękniejsze klejnoty, które tu oto leżą. Daruj mi życie! I co ci zależy na mnie, chudym, nędznym człowieku? Ani na jeden ząb ci nie starczę; ale oto spojrzyj na te dwie tłuściochy; tych zakosztuj, to są smaczne kęski, lepsze od młodych sarenek; spożyj je sobie w imię Boże! Ale niedźwiedź nie dbał o jego słowa, zamachnął się tęgo łapą, raz tylko uderzył nią po głowie karła i krasnoludek runął bez życia. Dziewczynki odskoczyły, ale niedźwiedź zawołał na nie po imieniu. - Białośnieżko, Różanko! nie bójcie się, zaczekajcie, pójdę z wami! Po tym głosie poznały go i stanęły, a gdy niedźwiedź znalazł się przy nich, opadła nagle skóra niedźwiedzia i stanął przed niemi w postaci pięknego mężczyzny, mającego na sobie wspaniały strój złocisty. - Jestem synem królewskim, - rzekł do nich i zostałem zaczarowany w dzikiego niedźwiedzia przez tego krasnoludka, który mi ukradł moje skarby. Teraz z jego śmiercią nie mam potrzeby włóczyć się po lesie, gdyż zwolniłem się z zaklęcia, on zaś otrzymał zasłużoną karę. Białośnieżka wyszła za mąż za królewicza, a z Różanką jego brat się ożenił. Wielkie skarby, nagromadzone przez karła w jego jaskini, zostały podzielone na dwie równe części pomiędzy obie pary nowożeńców. Stara matka żyła jeszcze długie lata spokojnie i szczęśliwie przy swoich dzieciach. Ale dwa krzaki różane wzięła z sobą i posadziła je przed swojem oknem, gdzie potem corocznie rozkwitały śliczne róże białe i czerwone.

CHATA W LESIE

Pewien biedny drwal mieszkał z żoną i trzema córkami w maleńkiej chatce tuż przy brzegu samotnego lasu. Jednego poranku, gdy chciał odejść do roboty, rzecze do żony:

- Przyślij mi obiad przez najstarszą dziewczynę do lasu, bo inaczej nie zdążę wykończyć wszystkiego. Ażeby nie zmyliła drogi, - dodał - wezmę z sobą worek prosa i będę sypał ziarno po drodze. Gdy słońce stanęło nad środkiem lasu, dziewczyna z garnkiem pełnym zupy, puściła się w drogę. Ale wróble polne i leśne, skowronki, zięby i czyżyki wydziobały już oddawna proso i dziewczę trafić na żaden ślad nie mogło. Szło więc na los szczęścia ciągle przed siebie, dopóki słońce nie zaszło i nie zapadła noc. Drzewa szumiały w ciemnościach, sowy hukały i strach zaczynał dziewczynę ogarniać. Aż oto spostrzegła w oddali światło błyszczące pomiędzy drzewami. Muszą tam ludzie mieszkać... pomyślała sobie i poszła w kierunku światła, sądząc, że ją tam zatrzymają na noc. Niebawem zbliżyła się do chaty, w której okna były oświetlone. Zastukała, a głos ochrypły zawołał ze środka: - Proszę wejść! Dziewczę wstąpiło na ciemny próg i drzwi otwarło ostrożnie. - Śmiało! - zawołał tenże głos, a gdy otworzyła drzwi szeroko, spostrzegła, że siedzi tam przy stole stary, siwiuteńki człowiek, z twarzą opartą na obu dłoniach, a jego biała broda rozpościera się po całym stole, prawie aż do samej ziemi. Pod piecem leżały trzy istoty żywe: kogucik, kurka i pstrokata krowa. Dziewczę opowiedziało staremu swoją przygodę, i prosiło o nocleg. Człowiek odrzekł:

Kurko, kogutku, A i ty krowo, Co odpowiecie Na takie słowo?

- Duks! - odpowiadało wszystko troje, a miało to znaczyć: - Zgoda, my przystajemy.

Starzec zagadał znowu: - Tu jest chata bogata. Idź do pieca i zgotuj nam wieczerzę. Dziewczyna znalazła przy piecu obfitość wszelkich zasobów i przyrządziła dobrą strawę. Ale nie pomyślała o inwentarzu chaty. Zaniosła pełną misę do stołu, przysiadła się do starca, zaczęła jeść i nasyciła się do woli. Gdy już miała dość, spytała: - Mój ojcze, jestem zmęczona, gdzie jest łóżko, na którem mogłabym się położyć i wyspać? Członkowie zapomnianego inwentarza odrzekli:

Bez nas jadłaś ze starym, Bez nas piłaś do syta, Idźże sobie na pole, Tam twój nocleg - i kwita.

Ale stary rzecze: - Wyjdź tylko na schody, gdy je miniesz, trafisz tam na pokój z dwoma łóżkami, wzrusz sienniki i pokryj je świeżemi prześcieradłami, to i ja przyjdę się tam położyć. Dziewczyna weszła na górę, a gdy sienniki wzruszyła, łóżka świeżo posłała, legła na jednem z nich, nie czekając wcale na starca. Ale po niejakiej chwili, przyszedł staruszek, oświetlił dziewczynę latarką i pokręcił głową. A gdy spostrzegł, że twardo zasnęła, otworzył drzwi w podłodze i wpuścił ją do piwnicy. Drwal, wrócił późnym wieczorem do domu, i zaczął robić żonie wymówki, że go na cały dzień pozostawiła o głodzie. - Jam wcale nie winna, - odparła żona - dziewczyna poszła ze strawą i musiała pewno zabłądzić, ale jutro wróci. O świcie drwal wstał i miał się znowu udać do lasu, zażądał przeto, ażeby żona wysłała mu obiad przez drugą córkę. - Wezmę tym razem worek soczewicy. Jej ziarnka są większe, niż ziarnka prosa i dlatego łatwiej je spostrzeże i drogi nie zmyli. W południe, dziewczyna poszła do lasu ze strawą, ptaki leśne wybrały wszystkie ziarnka co do jednego i nie zostawiły z nich ani śladu. Dziewczyna błąkała się po lesie aż do późnej nocy i znowu trafiła na chatę starca, którego poprosiła o przytułek nocny. Starzec o białej brodzie, zwrócił się znowu do inwentarza pod piecem i pyta:

Kurko, kogutku, A i ty krowo, Co odpowiecie Na takie słowo?

- Duks! - odparły znowu, i wszystko stało się tak samo, jak dnia poprzedniego. Dziewczyna sporządziła dobrą strawę, jadła i piła ze starym, ale nie dała nic zwierzętom. A gdy się zapytała, gdzie ma się przespać, usłyszała taką odpowiedź z ich strony:

Bez nas jadłaś ze starym, Bez nas piłaś do syta, Idźże sobie na pole, Tam twój nocleg i kwita.

Ale stary wskazał jej nocleg na górze. Gdy zasnęła, przyszedł stary, popatrzył na nią, pokręcił głową i wrzucił ją do piwnicy. Na trzeci dzień mówi drwal do żony: - Przyślij mi obiad przez trzecie dziecko, które było zawsze dobre i posłuszne; z pewnością wytrwa na dobrej drodze i nie pójdzie śladem sióstr swoich. Matka nie chciała zgodzić się i rzekła: - Mam więc stracić najukochańsze dziecko? - Nie bój się... - odrzekł drwal. - Dziewczyna nie zabłądzi, ma ona dość sprytu i rozsądku. Wezmę z sobą groch, to przecie ziarno większe jest od prosa i od soczewicy. Ono wskaże jej drogę. Ale gdy dziewczyna wyszła z koszem na ręce, gołębie leśne już dawno powybierały ziarnka grochu i biedaczka nie wiedziała, dokąd się ma udać. Bardzo ją to zmartwiło, bo ciągle myślała, że ojciec będzie głodny, matka niepokoić się zacznie, gdy ona długo nie wróci. W końcu, gdy mrok zapadł, spostrzegła światło i przyszła do chaty w lesie. Poprosiła bardzo uprzejmie, ażeby ją przyjęto na noc, a starzec o długiej, siwej brodzie zwrócił się znowu do zwierząt swoich pod piecem:

Kurko i kogutku, I ty, piękna krowo, Co mi odpowiecie Na dziewczyny słowo?

- Duks! odrzekły. Dziewczyna przystąpiła do pieca, przy którym leżały zwierzęta, popieściła się z kurką i kogucikiem, głaszcząc je po gładkich piórkach; pstrokatą krowę podrapała między rogami. A gdy na polecenie starca, przyrządziła doskonałą zupę i postawiła misę na stole, rzekła: - Mam ja jeść sama, a te dobre zwierzęta nic nie mają dostać? Na dworzu jest wszystkiego w bród, muszę się wpierw o strawę dla nich postarać. Poszła, przyniosła jęczmienia dla kurki i kogutka, a krowie dała soczystego siana. - Jedzcie ze smakiem, kochane zwierzątka, - rzekła - a jeżeli macie pragnienie, to dostaniecie także świeżej wody. Co rzekłszy, przyniosła kubeł wody, a kogucik i kurka wskoczyły na brzeg kubła, piły wodę dziubkami i podnosiły łebki do góry, jak to ptaki piją, a i pstrokata krowa wciągnęła w siebie łyk potężny. Po nakarmieniu zwierząt, dziewczyna usiadła do stołu i zjadła to, co jej stary zostawił. Niebawem kogucik i kurka, wtuliły łebki pomiędzy skrzydełka, a pstrokata krowa mrużyła tylko ślepie. Wtedy dziewczyna spytała: - Czy my nie pójdziemy spać?

Kogutku, kurko, Krowo, kochanie, Co odpowiecie, Na to pytanie?

- Duks! odpowiedziały zwierzęta.

Z nami jadłaś, z nami piłaś, A że dla nas dobrą byłaś, Więc gdy szukasz tu pomocy, My ci życzym, dobrej nocy.

Więc poszła dziewczyna po schodach na górę, wzruszyła sienniki i poduszki, dała świeżą bieliznę, a gdy już było wszystko gotowe, przyszedł stary, położył się na jednem z łóżek, a wielka broda sięgała mu aż do stóp. Dziewczyna położyła się na drugiem łóżku, zmówiła pacierz i zasnęła. Spała spokojnie aż do północy. Wtem, wszczął się taki hałas w domu, że się obudziła. Wszystko zaczęło dygotać, drzwi rozwarły się z trzaskiem i uderzyły o ścianę, ganek zachwiał się, schody zatrzeszczały, aż nareszcie zrobił się taki huk, jak gdyby się cały dach zapadł. Ponieważ jednak wkrótce uspokoiło się wszystko i dziewczynie nie stało się nic złego, leżała więc spokojnie i zasnęła znowu. Gdy nazajutrz przebudziła się, był dzień jasny, ale cóż ujrzała!? Leżała w wielkiej sali i wszystko dokoła tchnęło królewskim przepychem. Na ścianach rosły na zielonem tle złote kwiaty. Łóżko było z kości słoniowej, kołdra z czerwonego aksamitu, a na krześle obok, stały pantofelki wspaniałe, wyhaftowane perłami. Dziewczyna myślała, że to sen, ale weszło trzech służących, bogato ubranych, którzy spytali o rozkazy. - Wyjdźcie sobie tylko, - odrzekła dziewczyna. - Ja zaraz wstanę i nagotuję zupy dla wszystkich i nakarmię śliczną kurkę, ślicznego kogutka i śliczną pstrokatą krówkę. Myślała, że starzec już wstał i spojrzała na jego łóżko, ale zamiast niego, ujrzała tam obcego mężczyznę. Gdy mu się bardziej przyjrzała, zauważyła, że był młody i piękny. Człowiek ten obudził się, podniósł głowę i rzekł: - Jestem synem królewskim i byłem zaczarowany przez pewną wiedźmę, w starego, siwiuteńkiego staruszka w lesie. Nikogo nie mogłem mieć przy sobie oprócz trojga ze służby, zmienionych w koguta, kurę i krowę. Zaklęcie miało być zdjęte nie wcześniej, aż zjawi się u nas dziewczyna tak dobrego serca, że nie tylko okaże swą życzliwość ludziom, ale i zwierzętom. Tą dziewczyną ty jesteś! Dziś o północy, zostaliśmy zwolnieni z czarów przez ciebie, a stara chata w lesie zamieniła się znowu w mój pałac królewski. Gdy oboje wstali, syn króla powiedział teraz lokajom, że mają przywieźć ojca i matkę dziewczyny na uroczystość jej zaślubin. - Ale gdzie są moje dwie siostry? - spytało dziewczę. - Zamknąłem je w piwnicy, a jutro mają być wyprowadzone do lasu, i mają służyć u węglarza dopóty za proste dziewki, dopóki się nie poprawią i nie nauczą miłosierdzia dla biednych zwierząt.

BIEDNY MŁYNARCZYK I KOTEK

Był raz młynarz, który nie miał ani żony, ani dzieci, ale za to trzech uczniów.

Gdy ci ostatni przebyli u niego po lat kilka, rzekł do nich: - Jestem stary i pójdę sobie za piec; wy idźcie w świat, a który z was przyprowadzi do domu najlepszego konia, temu oddam młyn, a on za to będzie mnie żywił do samej śmierci. Trzeci z tych uczniów, był najmłodszy, a dwaj starsi mieli go za głupca i twierdzili, że się do młyna nie nadaje; on też go nie chciał później! Wyszli tedy wszyscy trzej razem, a gdy się znaleźli już za wsią, dwaj starsi mówią do głupiego Bartka: - Ty możesz tu zostać, bo póki życia żadnej szkapy nie zdobędziesz. Jednakże Bartek poszedł z nimi, a gdy noc zapadła, wleźli do jakiejś groty i ułożyli się do snu. Dwaj starsi wyczekiwali, dopóki Bartek nie zaśnie, poczem wstali i wyszli, zostawiając go samego, pewni że dobrze robią. A jednak źle im się przytrafiło. Gdy słońce zaszło i Bartek się obudził, rozejrzał się w koło i zawołał: - Boże, gdzie jestem! Poczem wstał na czworakach, wyszedł z groty do lasu i myśli sobie: "Jestem teraz zupełnie sam, opuszczony i jakże mogę dojść do posiadania szkapy?" I gdy idzie dalej zamyślony, spotyka małego pstrego kotka, który odezwał się doń łaskawie: - A dokąd to idziesz Bartku? - Ach, czy nie możesz mi pomódz? - Wiem czego pragniesz, - odparł kotek, - chcesz mieć ładnego konia, pójdź ze mną, a jeżeli przez siedem lat będziesz mi służył wiernie, to dam ci konia, tak pięknego, jakiegoś jeszcze w życiu nie widział. "A to jakiś osobliwy kot - pomyślał Bartek, - co mi to szkodzi spróbować czy on prawdę mówi?" Kotek zaprowadził Bartka do swego pałacyku, gdzie mu posługiwały same koty, skacząc po schodach tam i z powrotem. Koty te spełniały swą czynność bardzo zręcznie i wesoło. Wieczorem, gdy siadano do stołu, dwóch z nich musiało przygrywać; jeden grał na basie, a drugi na trąbce, a dmuchał tak, że o mało mu faworyty nie poodpadały. Po zjedzeniu posiłku, stół uprzątnięto, a kot rzecze: - No Bartku, pójdź tańczyć ze mną! - A daj mi spokój! - odrzekł Bartek. - Ja z takim kocurem nie tańczę, tegom jeszcze nigdy nie robił. - No, to zaprowadźcie go do łóżka, rzekł kot do służby. I oto jeden oświecił mu sypialnię, drugi kot ściągnął mu buty, inny skarpetki i w końcu jeden zgasił światło. Na drugi dzień zrana zjawili się znowu i pomagali mu przy wstawaniu z łóżka; jeden wciągnął mu skarpetki, drugi wiązał trzewiki, inny przyniósł buty, jeszcze inny, umył go, a inny, obtarł mu twarz ogonkiem. - - To dosyć przyjemnie... rzekł Bartek. Ale i on musiał służyć kotom i rąbać im drzewo codziennie; dano mu do tego srebrną siekierę, a także srebrną piłę, a za to pień był miedziany. No i rąbał drzewo na drobniutkie kawałki, siedział sobie w domu, miał dobre jedzenie i picie, nie widział jednak nikogo jak tylko kota i jego służbę. Pewnego razu kotek rzecze doń: - Idź no na łąkę, skoś mi ją i wysusz trawę. Co rzekłszy, dał mu srebrną kosę i złotą osełkę, ale kazał mu je odnieść z powrotem. Poszedł Bartek i robi to, co mu polecono. Po skończeniu roboty, odniósł kosę, osełkę i siano, i pyta, czy kot nie dałby mu już jego wynagrodzenia. - Nie odparł kotek, - musisz mi jeszcze zrobić coś nie coś. - Masz oto budulec srebrny, siekierę ciesielską, okierkę i wogóle co potrzeba, wszystko ze srebra. Musisz mi z tego wybudować mały domek. Bartek postawił żądany domek i oświadczył, że wszystko już zrobił, a dotąd jeszcze nie ma konia. Siedem lat zleciało mu prędzej, jak niecałe pół roku. Kotek zapytał, czy chciałby zobaczyć konia? - Chciałbym - odrzekł Bartek! Na to kotek otworzył domek, a gdy drzwi się roztwarły, Bartek patrzy, a tam stoi dwanaście koni. Ach co to były za pyszne ogiery! Jeden w drugiego! aż mu się serce rozradowało. Kotek dał mu jeść i pić i rzecze: - Wracaj do domu, konia ci nie dam wziąć z sobą, ale za trzy dni sam się zjawię i przyprowadzę ci go. Bartek zebrał się w drogę, a kotek wskazał kierunek, którym ma iść do młyna. Ale kotek nie dał mu nowego ubrania. Bartek musiał wracać w starej, podartej kurtce, jaką miał przed siedmiu laty na sobie i z której, oczywiście wyrósł. Za powrotem do domu, zastał dwóch starszych uczniów u młynarza; każdy z nich przyprowadził wprawdzie ze sobą konia, ale jeden był ślepy, a drugi kulawy. Pytają go tedy: - Bartku, gdzież twój koń? - Przyprowadzą mi go za trzy dni: - No, Bartku, jak tobie tu przyprowadzą konia, to będzie coś wspaniałego! Wszedł Bartek do izby, ale stary mówi, ażeby się nie zbliżał do stołu, bo był tak obdarty, w takich łachmanach, że wstyd by mu było, gdyby kto wszedł niespodzianie. Wyniesiono mu trochę posiłku na dwór, a wieczorem, idąc na spoczynek, żaden z dwóch starszych nie chciał go wpuścić do łóżka, więc musiał się umieścić przy gęsiach w obórce, gdzie się rzucił na garść twardej słomy. Nazajutrz gdy wstał zrana, już trzy dni minęły i oto nadjeżdża kareta w sześć koni, ale jakich świetnych koni, aż lubo patrzeć było! A przytem służący z siódmym koniem, który był przeznaczony dla biednego Bartka. Z karety wysiadła wspaniała córka królewska i udała się do młynarza. A tą córką królewską, był mały pstry kotek, któremu Bartek wysługiwał się przez lat siedm. Królewna spytała młynarza, gdzie jest najmłodszy z jego uczniów? Na to odrzekł młynarz. - Nie możemy go trzymać we młynie, bo jest tak obdarty, że musiał nocować w obórce przy gęsiach. Królewna rozkazała, ażeby go zaraz przyprowadzono. Przyprowadzono go tedy, a biedak musiał się bardzo kurczyć, ażeby się osłonić jako tako. Służący podał mu nową odzież, a tak piękną i wspaniałą, że gdy się umył i ubrał, żaden królewicz nie mógł ładniej wyglądać. Teraz królewna chciała się przyjrzeć koniom, które przyprowadziło dwóch starszych młynarczyków, a jak wiadomo, jeden z tych koni, był ślepy, a drugi kulawy. Obejrzawszy je, kazała służącemu przyprowadzić siódmego konia. Gdy go młynarz ujrzał, oświadczył, że nigdy jeszcze tak piękny rumak nie stawał przed jego domem. - A jest to właśnie koń dla trzeciego ucznia pańskiego, rzekła królewna. - No, to on w takim razie młyn obejmie! - zawołał młynarz. Ale królewna odparła, że może sobie i konia i młyn zatrzymać, wzięła biednego Bartka z sobą, posadziła go do karety i odjechała z nim razem. Udali się naprzód do małego domku, postawionego przezeń za pomocą srebrnych narzędzi. Patrzy Bartek, aż tu stoi wielki pałac, a wszystko w nim ze złota i srebra. Wkrótce potem królewna wyszła za niego za mąż i uczyniła go bogatym, tak bogatym, że mu starczyło na całe życie. Z tego wynika, że nie zawsze da się powiedzieć, iż głupi nie może się zdobyć na nic mądrego.

DZIEWCZYNKA I LALKA

Pamiętam czworokątny dziedziniec dużej kamienicy, wiecznie i nieruchomo wpatrzonej oknami w jeden punkt. Pamiętam za temi oknami przechodzące cienie i sylwetki cudzego życia; zieloną lampę, jakiegoś wiecznie piszącego starca na trzeciem piętrze, różową latarkę u młodej pani na drugiem, wiszącą matową lampę w jadalni pierwszego piętra, płomyki w kuchniach. Wszystkiemu temu przypatrywałam się często, wszedłszy na okno, gdy gęsty zmrok ogarniał dziedziniec, a tu i ówdzie zapalały się światła w oknach.

Ale najlepiej pamiętam w oknie trzeciego piętra jasną główkę dziewczynki, która ukazała się tam jakoś w dzień, spostrzegła mnie i od tego czasu często wdrapywała się na okno, ażeby patrzeć na mnie, przycisnąwszy do szyby wesoły nosek. Nasze dwie główki przyciągały jedna drugą do siebie niepowstrzymanem uczuciem sympatji dziecinnej i ciekawości. I pomiędzy córeczką poważnego urzędnika i córką ubogiej szwaczki, utworzył się telegraf z początku ruchami rąk, uśmiechami, znakami, aż nakoniec, pewnego pięknego dnia, zjawiły się arkusze papieru, na których z jej strony ogromnemi literami wymalowanemi pendzelkiem, umaczanym w czarnej farbie, wyczytałam: "Pokaż mi swoje zabawki". Z mojej zaś, wypisane węglem: "Nie mam żadnych". W odpowiedzi na to spostrzegłam wyraz nadzwyczajnego zdziwienia; potem jasnowłosa dziewczynka szybko zniknęła z okna, a w dziesięć minut potem zjawiła się u nas pokojówka z prośbą do mamy, ażeby mi pozwoliła pójść pobawić się z ich panienką. W ten sposób zawiązała się przyjaźń, dzięki której poczułam po raz pierwszy nadzwyczajny pociąg do... lalki, tak, do cudownej lalki, należącej do Maryni, a noszącej poetyczne imię "Aldona". Dziewczynki mają zadziwiające przywiązanie do lalek. Małe serduszka widzą w lalkach coś żywego, coś, co je rozumie. Dziewczynki boso wstają z łóżeczek w nocy, ażeby zajrzeć, czy lalce nie zimno; opowiadają im one o swoich zmartwieniach i radościach szczycą się niemi jedna przez drugą, uczą je, każą im przeżywać wszystko, co same przeżywają, widzą, słyszą, uczą się na nich żyć, a głównie - kochać je, kochać instynktownie. Tak ja pokochałam Aldonę. Spoglądałam z czcią pełną zachwytu na jej piękność, lękałam się dotknięcia jej sukni. Łagodna Marynia, ulegająca zwykle w zabawach mojej fantazji, mogła ze mną zrobić wszystko, co chciała, jednem zdaniem: "Nie dam ci się bawić z Aldoną". O, z jakiemże biciem serca wyczekiwałam na tę chwilę, w której Aldona znajdzie się w moich rękach! A gdy ta chwila nadchodziła - jakież szczęście! Przyciskałam do siebie faworytkę, pocichutku całowałam ją, nadając jej najmilsze nazwy, jakie tylko umiałam, rozmawiałam z nią jak z żywą, opowiadałam jej wszystko, co robiłam i o czem wiedziałam. A gdy trzeba było odchodzić i po mnie zjawiała się moja biedna mateczka, w swej szarej chustce, i czekała na mnie w kuchni, a ja przez całe pół godziny żegnałam się z Aldoną, rozstając się z nią z jakimś bólem; nasze ubogie komórki wydawały mi się ciemniejsze niż dawniej. W nocy mówiłam przez sen o Aldonie i widziałam ją we śnie. Rozłąka z tem kochaniem mojem sprawiała mi cierpienie, jak rozłąka z żywą istotą. I oto nadszedł dzień, który mi przyniósł najwyższą radość i najdotkliwszą niedolę mojego dzieciństwa. Wracałam do domu sama. Niańka wyszła pocoś z kuchni, a Marynia wybiegła odprowadzić mnie. Aldonę trzymała w ręku. - Kociu! Kociu! odezwała się do mnie szybko i ze wzruszeniem: chcę ci zrobić niespodziankę. Tylko nie mów nikomu. - Nie powiem. Cóż takiego? - Weź Aldonę, daję ci ją! Nie wierzyłam własnym uszom. - Darujesz mi ją? Mnie? - zawołałam, czując, jak wszystko cierpnie we mnie. - No tak, tobie! - Ty kochasz ją więcej odemnie. Czy myślisz że ja tego nie widzę? Ja widzę. Ciocia Zosia wzięła na wychowanie Józię, a ja tobie daję na wychowanie Aldonę. O małom się nie zatchnęła z szalonego zachwytu. Przyciągnęłam Aldonę do piersi i rozpłakałam się. Nie pomyślałam o tem nawet, że miłą dzieweczkę będą strofować za mnie, ani, że może nie pozwolonoby jej tego zrobić. Pojmowałam jedno jedynie; że Aldona jest moją, że marzenie moje zeszło na ziemię i że mam w ręku szczęście! Wyszłam jak obłąkana, zapomniawszy nawet podziękować Maryni, a w domu aż przestraszyłam mamę. - Mamo! Mamusiu! Aldona jest moją! Ona będzie u nas mieszkała, będzie spała ze mną, jeść będzie ze mną, matuchno! Gdzie moja chusteczka jedwabna, muszę ją owinąć! Położę ją na łóżeczku, a sama prześpię się na kanapie, dobrze, mamusiu? Uszyjesz jej jutro taką suknię, jak u tej pięknej damy na obrazku, prawda, mateczko? I drżałam jak w gorączce, i śmiałam się i płakałam. Mama wypytywała mnie, skąd mam lalkę, ja nie mogłam związać słów, jąkając Bóg wie co, a mama patrzyła na mnie ze smutnym uśmiechem. Nagle roztworzyły się drzwi i weszła niania Maryni. - Ładnie się pani córka sprawuje! - brutalnie zwróciła się do mamy: - mojej panience ściągnęła lalkę! - Co? zerwała się mama, blednąc. I ja zrozumiałam. - Ja nie brałam! Marynia mi ją podarowała! - A juści, podarowała! Marysieńka moja, aniołek najmilszy, sama przyjmuje to złe na siebie. "Ja, powiada, podarowałam jej lalkę!" Darowała? Ale i niania nie ślepa. Czy widziane to rzeczy, ażeby darmo dawać komu takie kosztowne przedmioty? - Kobieto, wy się mylicie! - wyrzekła mama, drżąc na całem ciele: - moja Kocia nie weźmie nic cudzego. - Pani naturalnie wypada jej bronić - nieprzyjaźnie odparła służąca. - Jak i co było, to rzecz nasza, a lalkę proszę oddać. Mama wzięła lalkę z moich rąk i w milczeniu oddała ją niani. Ta wyrwała ją i trzasnąwszy drzwiami, wyszła. Nastąpiło milczenie. Mama spoglądała na mnie oczyma łez pełnemi, a potem spytała pocichu: - Kociu... - Ja nie brałam, nie brałam, mamusiu! - zachłyśnięta rozpaczliwem łkaniem krzyknęłam, rzucając się ku niej. Mnie Marynia dała ją na wychowanie, matuniu! - No dosyć, wierzę ci, kochaneczko moja! I mama pieściła i całowała mnie, ja zaś płakałam na jej kolanach, dopóki nie zasnęłam. Do Maryni już mnie później nie zapraszano. Raz czy dwa razy jasna główka ukazała się w oknie z Aldoną... Aldoną! i posyła całusy, ale zaraz pokazywała się niańka i odciągała ją. Wkrótce potem, dla jakichś powodów, jej rodzice wyprowadzili się z tego domu i w znajomym oknie dawnego dziecinnego pokoju ukazały się głowy uczennic modnej krawcowej. Ja w to okno nie patrzałam nadal. Gwiazdka. - Mama za ostatni grosz kupiła mi za kilka marek nietłukącą się lalkę. Podziękowałam, ale nie bawiłam się tą lalką. Na szarem tle moich wspomnień dziecinnych, jak plama jasna, występuje obraz cudownej mojej Aldony.