Bajki dla dorosłych - Grażyna Bąkiewicz

Reflow text when sidebars are open.
Mignął mi na zakręcie.
Jechałam dość szybko. Prawdę mówiąc, niemal dwukrotnie przekraczałam dozwoloną prędkość, ale uszanowałam znak ostrzegający przed podwójnym zakrętem i zwolniłam. Nie za dużo, tyle tylko, by nie wylecieć z drogi i nie wylądować w rowie. Właśnie wtedy zza kępy zarośli na ułamek sekundy wyłoniła się bryła pięknego starego domu. Nie domu, a raczej dworu i to takiego, od którego aż biła uroczysta dostojność. Za podwójnym zakrętem od razu przyspieszyłam, ale z jakiegoś powodu dostrzeżony obraz nie chciał zniknąć. Miałam go w polu widzenia zaledwie ułamek sekundy; tylko tyle i aż tyle. Jechałam dalej, a on zamiast zniknąć, tkwił uparcie w centralnym punkcie mózgu. I co gorsza, z każdym kilometrem stawał się bardziej wyrazisty. Wizerunek dworu wyostrzał się i w którymś momencie stał się realny do tego stopnia, że widziałam nawet, jak wygląda w środku. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie minęłam obojętnie miejsca, które z jakiegoś powodu powinnam znać. Może spędziłam tu któreś wakacje albo mieszkał w nim ktoś znajomy? Albo to zabytek znany z podręcznika historii? Ale nie, chyba nie.
Żadne rozsądne wytłumaczenie nie przychodziło mi do głowy.
Minęłam dużą wieś, a właściwie małe miasteczko, potem pola, las, przydrożną kapliczkę i znowu pola. Okolica z niczym mi się nie kojarzyła. Z pewnością nigdy tu nie byłam. Jednak obraz nie znikał. Wręcz przeciwnie. W miarę oddalania się, pulsował przed oczami z coraz większą mocą, w końcu zaczął przesłaniać widoczność. Nie miałam pojęcia, co się dzieje i o co chodzi, ale wewnętrzny niepokój nie pozwalał jechać dalej. Opanowało mnie przeświadczenie, że z tamtym miejscem na zakręcie coś mnie łączy co powstrzymuje przed ucieczką. Zupełnie jakbym była przywiązana gumową liną, która wkrótce straci możliwość dalszego rozciągania. Uczucie było całkowicie irracjonalne, niemniej jednak jechać dalej nie mogłam. Skończyła się moja wolność.
Zatrzymałam się na przystanku autobusowym, by pomyśleć, co robić dalej.
Nie doszłam do żadnego wniosku poza jednym: powinnam zawrócić.
I zawróciłam.
Musiałam to zrobić.
Nie rozumiałam dlaczego, ale musiałam.
Zaczęło mżyć. Byłam na siebie zła o ten powrót. To bez sensu. Powinnam jechać dalej, by dotrzeć do domu, nim pogoda zepsuje się na dobre. Chciałam to zrobić, ale przymus, by zawrócić, był silniejszy. Dwór przyciągał mnie niczym magnes.
Teraz w odwrotnej kolejności mijałam pola, kapliczkę przy drodze, znowu pola i las, ni to miasteczko, ni wieś, a potem znak ostrzegający przed podwójnym zakrętem. Zwolniłam na maksa i, jadąc w żółwim tempie, wypatrzyłam między jednym a drugim zakolem wąską przecinkę wśród drzew. Zarośnięta wysoką trawą nie dawała gwarancji, czy nie wpakuję się do rowu. Ale skoro specjalnie się cofnęłam, nie miałam co dłużej kombinować. Z duszą na ramieniu skręciłam niemal pod kątem prostym, ale wbrew obawom nie wpadłam do rowu. Koła od razu trafiły na utwardzony grunt. Okazało się, że od samej szosy wiódł brukowany trakt, zupełnie niewidoczny od strony drogi. Wysokość trawy wskazywała, że nikt z niego od dawna nie korzystał. Może dlatego, że znajdował się w dość niebezpiecznym miejscu. Niewykluczone też, że do dworu wiodła inna, lepsza droga, ale skoro wjechałam w tę, parłam dzielnie do przodu. Zresztą trakt z każdą chwilą poszerzał się. W szczelinach między kocimi łbami rosła, co prawda, wysoka trawa, ale krzaki, obrastające pobocza, i rzędy starych lip wytyczały wyraźny szlak, którym dało się jechać w miarę pewnie. Jednak po kilkudziesięciu metrach drzewa pojawiły się tuż przede mną, uniemożliwiając dalszą jazdę. Dopiero wtedy opuściła mnie odwaga. Zahamowałam. Silnik jeszcze pracował, ale gdy przekręciłam kluczyk, otoczyła mnie cisza. Przez chwilę siedziałam bez ruchu, w końcu wysiadłam. Musiałam zobaczyć, co jest dalej, i sprawdzić, czy utwardzony kamieniami trakt ma ciąg dalszy. Nie chciałam wpaść w pułapkę, z której nie będę się mogła wygrzebać. Wyciąganie samochodu z jakiejś dziury w środku lasu to niezbyt zabawna perspektywa. Okazało się jednak, że droga była w porządku, tylko zakręcała i stąd to złudzenie, że wjeżdżam w las. Nie wróciłam jednak do samochodu. Zostawiłam go i ruszyłam dalej pieszo. Okazało się, że jestem już niemal na miejscu. Wystarczyło przejść kilkadziesiąt kroków, a trafiłam na żeliwne ogrodzenie. Za bramą w głębi parku widoczne były dworskie zabudowania. Na ich widok z piersi wyrwał mi się głęboki oddech ulgi. Takie ukojenie pojawia się zwykle po powrocie do domu po długiej nieobecności. Właśnie tak się poczułam; jakbym przyjechała do siebie.
Brama była uchylona lekko, zapraszająco.
Zaczął padać deszcz. Padał wprawdzie cały czas, ale dopiero teraz zaczęło mi to przeszkadzać. Mogłam wrócić do samochodu i poczekać, aż przestanie, albo iść dalej i od razu sprawdzić, po co właściwie zawróciłam.
Wybrałam tę drugą opcję.
Przecisnęłam się przez bramę i wtedy rozpadało się na dobre.
Trudno nazwać to, co rozpętało się w tamtej chwili, deszczem. Było to istne oberwanie chmury. Niebiosa bez żadnego ostrzeżenia rozwarły się i w jednej chwili zrzuciły na ziemię cały ocean. Spadająca woda tworzyła jednolitą ścianę. Przedzierałam się, czując jej ciężar na ramionach, karku, głowie. Dosłownie wbijała mnie w ziemię. Nie sposób było myśleć o czymkolwiek poza jednym: by jak najszybciej znaleźć schronienie. Nie widziałam przed sobą dosłownie nic. Wyciągnęłam ramiona i posuwałam się po omacku, ryjąc tunel w gęstej jednolitej masie wody. W pewnym momencie otarłam się dłonią o coś bardziej stabilnego. Kamień. Poruszałam dłonią w górę, w dół i na boki, póki nie natrafiłam na wystający fragment, którego mogłam się przytrzymać, by nie utonąć. Uchwyciłam się tego czegoś jak przysłowiowej deski ratunku i przysunęłam bliżej. Całym ciałem przywarłam do muru i skulona, czekałam, aż ulewa pofolguje. Chwilowo byłam uratowana. W każdym razie utrzymałam się na powierzchni.
Po jakimś czasie zapasy wody w niebie zaczęły się wyczerpywać i, choć nadal potężnie lało, przynajmniej mogłam złapać oddech. Przetarłam oczy palcami wolnej ręki i zorientowałam się, że stoję przed kamiennym posągiem jakiegoś Amora i trzymam go za palec u nogi. Sama się do siebie śmiałam, myśląc, że byłoby zabawniej, gdybym była nieco wyższa. Tuż obok zaczynały się schody z białego marmuru. Widziałam zaledwie jeden wyszczerbiony stopień, ale dalej były pewnie następne i wiodły ku wejściu, czyli schronieniu. Okazało się, że stałam tuż przed frontowym wejściem do dworu. Niewiele myśląc, dałam nura głową w ścianę wody i, rozgarniając ją ramionami, dotarłam kraulem do pierwszego stopnia. Jeden, dwa, trzy... Gdy byłam na czwartym, dostrzegłam kolumnę podtrzymującą ganek, z boku drugą, a po środku wielkie, solidne, dębowe drzwi.
Piąty stopień był ostatnim.
Znalazłam się pod dachem. Woda przestała lać mi się na głowę.
Co za ulga.
Odetchnęłam głęboko i już bezpieczna mogłam popatrzeć na potop. Wokół było dosłownie biało od lejącej się wody, ale tutaj miałam sucho. Pod ścianą stała ława, więc nie pozostało mi nic innego, jak usiąść i zaczekać, aż nawałnica minie. Nawet ucieszyłam się, że oberwanie chmury nie zastało mnie w trasie, bo w takich warunkach nietrudno o wypadek.
Ulewa powoli słabła.
Teraz, gdy nie stałam w wodzie, zaczęłam odczuwać przenikliwe zimno. Przemokłam do suchej nitki. Zamarzyłam o tym, żeby się przebrać i wypić coś, co mnie rozgrzeje. W bagażniku miałam zapasowe dżinsy i sweter. Woziłam je na wszelki wypadek. Na taki wypadek właśnie, jak ten. Miałam też koc i termos z gorącą kawą, ale na razie nie mogłam nawet marzyć o dostaniu się do auta. Musiałam jeszcze trochę poczekać.
Żeby się rozgrzać, zaczęłam przechadzać się po werandzie, w tę i z powrotem.
Właściwie nie wiem, dlaczego nacisnęłam klamkę.
Pewnie dlatego, że taka ładna, w kształcie lwa. Byłam przyzwyczajona do klamek prostych i funkcjonalnych, a ta wydawała się udziwniona, bardziej do oglądania niż do używania. Dlatego jej dotknęłam. Chciałam przekonać się, czy pasuje do dłoni. Pasowała jak ulał. Była wypolerowana i miła w dotyku. Metal momentalnie nagrzał się i sekundę później była już ciepła. Emanowała z niej przyjazna energia. Zwykle gdy dotykam starych przedmiotów, myślę o tych wszystkich, którzy dotykali ich wcześniej. I tak samo było z klamką. Zacisnęłam dłoń, wyobrażając sobie ludzi używających jej tak po prostu, do otwierania drzwi, by wejść do środka domu. Nacisnęłam. Po to tylko, by sprawdzić, czy działa.
Zrobiłam to bez żadnej konkretnej myśli, chociaż nie była to jedynie kwestia ciekawości. Tak naprawdę poczułam coś w rodzaju irytacji. Po diabła tu sterczę? - pomyślałam. Skoro zawróciłam, to chyba nie po to, by stać w nieskończoność pod drzwiami. Ulewa słabła i jeszcze trochę, a będę mogła przedrzeć się do samochodu, by spróbować wydostać na drogę. I z tej złości, że niepotrzebnie traciłam czas, nabijając sobie głowę jakimiś irracjonalnymi dyrdymałami, nacisnęłam.
Klamka poruszyła się lekko, bez najmniejszego zgrzytu.
Z nadspodziewaną łatwością docisnęłam do końca, aż poczułam opór. Przytrzymałam jeszcze moment i wtedy usłyszałam lekki trzask, jak we wszystkich zapadkowych zamkach. Mechanizm zadziałał i jedno skrzydło uchyliło się.
Ogarnęło mnie zdumienie, jakby fakt otwarcia drzwi przy użyciu klamki stanowił nie wiadomo jaką sensację. A przecież była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Nacisnęłam, więc się otworzyły. Nie były zamknięte na klucz. Powinnam założyć, że tak właśnie się stanie, ale w tamtym momencie dosłownie zbaraniałam. Skarciłam się w myślach za głupotę i jedno, co wpadło mi do głowy, to zatrzasnąć drzwi i zwiewać.
Ale nie wykonałam żadnego ruchu. Patrzyłam, jak prawe skrzydło drzwi uchyla się lekko, coraz szerzej i szerzej. Potem zatrzymało się bezszelestnie, zapraszająco, zupełnie jak wcześniej brama.
Westchnęłam głęboko i stwierdziłam, że niepotrzebnie się denerwuję. Może to jest jakieś muzeum, izba pamięci czy coś w tym stylu, w każdym razie obiekt użyteczności publicznej, do którego wejść może każdy. Ale w takim razie zachowuję się głupio i niepotrzebnie sterczę na werandzie, skoro już dawno mogłam wejść i sprawdzić, co tu się mieści.
Nabrałam odwagi i zerknęłam do środka. Myśl sprzed sekundy sprawiła, że nastawiłam się na widok muzealnego holu z kasą, gdzie uiszcza się opłatę za zwiedzanie. Jednak niczego takiego nie dostrzegłam. Zobaczyłam za to stare linoleum, którym pokryta była podłoga, a dalej stolik, szafkę i buty. Cofnęłam się. To nie było muzeum. Tu ktoś mieszkał. Nie chciałam, by pomyślał sobie o mnie nie wiadomo co. Nie miałam przecież złych zamiarów.
Ale uchylone drzwi zapraszały: "Wchodź pod dach, nie stój na deszczu, w środku jest sucho i ciepło, zajrzyj".
No nie. Przecież nie mogłam tak po prostu wejść do czyjegoś domu.
Zapukałam. Najpierw palcami, ale odgłos był głuchy, zupełnie niesłyszalny. Potem całą dłonią, ale słychać było tylko plask. Dopiero wtedy dostrzegłam kółko zamocowane pośrodku drzwi, to nim należało stukać. Stuknęłam. Potem jeszcze raz i jeszcze trzy razy. Jeśli ktoś był w środku, z pewnością to słyszał. Wyobraziłam sobie służącą w białym fartuszku zbiegającą po schodach albo kamerdynera w pasiastej kamizelce kroczącego dostojnie od strony pokojów, ale nikt się nie pojawił. Poza szumem wody nie słychać było żadnego innego odgłosu. Raczej zdumiewała cisza, charakterystyczna dla opuszczonego domostwa.
Może ktoś mieszka na piętrze i nie słyszy?
Huk wody spływającej z dachu i bulgoczącej w rynnach był tak donośny, że moje stukanie mogło ujść uwadze mieszkańców. Nasłuchiwałam jeszcze kilka sekund, a potem otworzyłam szerzej i wślizgnęłam się do środka.
- Dzień dobry - zawołałam. - Jest tam kto?
Odpowiedziała mi cisza.
Stojąc w progu i czekając na odpowiedź, spoglądałam w głąb holu, gdzie widać było schody prowadzące na piętro. Ciągle spodziewałam się, że lada moment ujrzę kogoś schodzącego po nich. Ale nic. Cisza.
- Halo, halo, czy mogę wejść i przeczekać deszcz? - zawołałam pełnym głosem, aż echo rozeszło się po wszystkich pomieszczeniach.
Wstrzymałam oddech.
Nikogo. Pusto.
- Hej, hej - wołałam, już pewna, że nikomu i tak to nie przeszkadza.
Woda ściekała ze mnie i w miejscu, gdzie stałam, zrobiła się kałuża. Stare linoleum pokryte było grubą warstwą kurzu i piasku. Pomyślałam, że gdyby ktoś tu mieszkał, nie pozwoliłby na nagromadzenie takiej ilości brudu tuż przy wejściu. Wystarczyło trochę wody i zrobiło się z błoto. Weszłam dalej, zostawiając za sobą mokre ślady. Oprócz echa moich kroków i deszczu padającego na zewnątrz panowała idealna cisza. Jeśli ktoś tu był, to zastygł w oczekiwaniu na to, co zrobię. Takie właśnie miałam wrażenie. Ktoś mnie obserwował.
Poczułam się jak mucha fruwająca tuż nad pajęczą siecią. Jeśli coś mi się stanie, to sama będę sobie winna.
Nie. Nie bałam się. Gdyby tak było, pewnie, nie oglądając się na deszcz, wzięłabym nogi za pas i zwiałabym, gdzie pieprz rośnie. Nic mnie tu przecież nie trzymało. Jeszcze nie. Drzwi stały otworem, więc mogłam wyjść i przez strugi wody dostać się do samochodu. Ale nie chciałam. To miejsce podobało mi się.
Przeszłam na palcach przez hol. Zajrzałam do jednego pokoju, potem do drugiego i jeszcze jednego. Następny kwadrans poświęciłam na rekonesans. Po lewej stronie było jeszcze kilka pokoi, a po prawej wielka kuchnia ze spiżarnią. Piec, garnki, talerze w szafkach. Dziesiątki fajansowych talerzy i aluminiowych łyżek. Wszędzie znajdowały się ślady po lokatorach. Byłych lokatorach. Szafki, rysunki, połamane kredki, fragmenty zabawek. Wyglądało na to, że w starym dworze jeszcze niedawno mieściło się przedszkole.
Wróciłam do głównej sali, gdzie wcześniej moją uwagę przyciągnął kominek z piękną rzeźbą lwa szykującego się do skoku. I witraże w górnych częściach okien, a wszędzie rzeźbione drzwi i sufity pełne ozdób. W holu marmurowe schody i balustrada z mosiężnymi elementami. I ogromny mosiężny żyrandol. Aż dziwne, że nikt go nie ukradł. Widocznie przedszkole wyniosło się niedawno, a dwór nadal pozostawał pod czyimś nadzorem.
Nagle przestraszyłam się, że jeśli ktoś mnie tu zastanie, uzna za złodziejkę. Na moją korzyść działał jedynie opłakany stan, w jakim byłam. Wyglądałam po prostu na zmokniętą turystkę, którą ulewa przygnała pod dach i która teraz z otwartą buzią ogląda porzucone cuda.
Wyjrzałam przez okno.
Deszcz przestał padać równie szybko, jak zaczął. Nawet nie zauważyłam, kiedy.
Mogłam już iść.
Pobiegłam do samochodu.
Stał tam, gdzie go zostawiłam. Sprawdziłam i doszłam do wniosku, że nie powinnam mieć problemu z wyjazdem. Wyjęłam z bagażnika suche spodnie i sweter i wróciłam do dworu, żeby się przebrać. Mogłam oczywiście zrobić to w samochodzie, ale przekonałam sama siebie, że w domu będzie mi wygodniej. Wątpię, bym kiedykolwiek jeszcze miała okazję tu zajrzeć. A skoro nadal byłam, nie było powodu, by gimnastykować się z przebieraniem w aucie. Skorzystam z okazji i pobędę jeszcze trochę w pięknym, starym dworze. Na co dzień zajmuję dwupokojowe mieszkanie w bloku na osiedlu, na którym mieszka nad sobą, pod sobą i obok siebie dwadzieścia tysięcy ludzi. O czymś takim, jak ten dom, mogłam jedynie pomarzyć. Mój zawód polegał na pisaniu bajek, a to jeszcze nikomu nie dało szansy na zostanie milionerem. No może z wyjątkiem angielskiej mamy Harry'ego Pottera. Wątpię, by któraś z moich książek stała się takim bestsellerem. Nie zamierzam jednak przekwalifikować się, bo moje życie całkowicie mi odpowiada. Ale za każdy życiowy wybór czymś się płaci. Ja płacę ciągłym brakiem czasu. No, ale bez przesady; skoro przeczekałam tu deszcz, to nic się nie stanie, gdy podaruję sobie odrobinę przyjemności i przebiorę się bez pośpiechu.
Wróciłam do dworu.
Tym razem weszłam, jak do siebie.
Na szczęście nie było nikogo, kto dałby mi do zrozumienia, że mam spadać.
Postanowiłam podarować sobie więcej niż odrobinę przyjemności. Była dopiero trzecia, nic się nie stanie, jeśli zabawię tu jeszcze z pół godziny, nim ruszę dalej. Może nawet całą godzinę.
Po ulewie słońce grzało jak szalone. Mokre ubrania powiesiłam na werandzie, by trochę obeschły, a przynajmniej ociekły z wody. A potem odważyłam się wejść po marmurowych schodach, by z okna na półpiętrze popatrzeć na okolicę.
Dwór otoczony był parkiem, a wszystko opasywał żeliwny parkan, w niektórych miejscach zdrowo pogruchotany przez czas. Wokół rosło mnóstwo drzew, wśród nich potężne lipy, które były pewnie tak samo stare jak dwór. Między nimi rosło mnóstwo samosiejek i zwykłych krzaków, których nikt nie wycinał. To przez nie miejsce sprawiało wrażenie odizolowanego od reszty świata. W rzeczywistości znajdowałam się mniej więcej pośrodku drogi między jeziorem a miasteczkiem albo wsią, czymkolwiek to było. Chyba jednak wsią, bo na łąkach pasło się bydło, a dalej widać było pola.
Droga, którą się tu dostałam, była odnogą tej, która prowadziła do wsi.
Powinnam była już jechać, ale nadal nie chciało mi się ruszać. Zanim ubrania nie przeschną, mogłam coś zjeść. W bagażniku miałam chleb i kawałki smażonego kurczaka. Zostały z wczorajszego obiadu, a zabrałam je, by posilić się w trasie. Planowałam zatrzymać się na popas na jakimś przydrożnym parkingu, ale to miejsce było sto razy lepsze od każdego innego. Powędrowałam więc jeszcze raz do samochodu po jedzenie i kawę.
Słońce grzało, ziemia parowała, nad trawą i drzewami unosiła się lekka mgiełka. Czuć było zapach słodkich truskawek. Było tak pięknie i wonnie, że wyniosłam krzesło z holu na werandę. Posłużyło mi za stół. Pewna siebie, usadowiłam się wygodnie na ławie. Rozkoszowałam się zapachem parującej ziemi. Nie ma to jak posiłek na świeżym powietrzu, na werandzie pięknego domu, pośród zieleni. Doznałam uczucia wyzwolenia od wszystkich trosk. Co za przyjemność. Po prostu raj.
- W holu jest stolik, trzeba było go sobie wynieść - usłyszałam.
Było to tak niespodziewane, że omal nie zadławiłam się kawałkiem chleba. W drzwiach, które miałam teraz za plecami, ktoś stał. Byłam nieostrożna, siadając do nich tyłem. Odwróciłam się powoli, by nie wzbudzić strachu u osoby, która stała za mną.
Stara kobieta w ciemnej sukni.
Światło padające z okna na półpiętrze przeświecało przez nią i tworzyło wrażenie przejrzystości. Dlatego w pierwszej chwili pomyślałam, że to duch. W drugiej chwili nadal tak myślałam. Ale potem nastąpiła chwila trzecia i zaczęłam rozumować trzeźwiej. Duchów przecież nie ma. Zarysy postaci zdążyły wypełnić się konkretną barwą, a światło prześwitywało tylko przez włosy, tworząc wokół głowy świetlistą aureolę. Ale wystarczyło, że kobieta zrobiła krok w moją stronę, a złudzenie przezroczystości całkowicie zniknęło. Ulżyło mi.
Wyglądała staro i dostojnie, jak jakaś hrabina.
Wstałam i skłoniłam się niezdarnie.
- Dzień dobry pani. Przepraszam, że tak się rozgościłam, ale pukałam i nikt nie odpowiedział. Schroniłam się na werandzie przed deszczem.
Niepotrzebnie się wysilałam. Ślady stóp były widoczne w całym domu. Boże, jaki wstyd. Nigdy wcześniej nie właziłam bez zaproszenia do niczyjego domu.
- Było pusto... - jąkałam się coraz bardziej. - To bardzo ładny dom...
- To rzeczywiście zupełnie normalne, że podczas deszczu wchodzi się do cudzego domu, by czuć się jak u siebie - zauważyła oschle.
Omal nie umarłam ze wstydu. Gdybym mogła zapaść się pod ziemię, tak właśnie by się stało.
- Przepraszam, to rzeczywiście okropne z mojej strony. Niewyobrażalnie głupie. Niewybaczalne. Nie mam nic na swoją obronę. Może tylko to, że coś mnie tu przyciągnęło, nie mogłam się oprzeć. Byłam już daleko stąd i zawróciłam. I wtedy złapał mnie deszcz. Schroniłam się na werandzie, by przeczekać ulewę. Potem pomyślałam, że to jakieś muzeum i dlatego weszłam... Jest tu tak pięknie, że nie mogłam się oprzeć.
Tłumaczenie było prawdziwe, choć brzmiało głupio.
Niepotrzebnie w ogóle mówiłam. Wikłałam się w szczegóły, które nie mogły jej niczego wyjaśnić ani mnie usprawiedliwić. Wystarczyło przeprosić, spakować się, pożegnać i uciec. Co za okropność. Jeszcze nigdy nie postawiłam sama siebie w tak dwuznacznej sytuacji. Jak mogłam w ogóle pomyśleć, że dwór jest opuszczony. Przestraszyłam tę starą kobietę. Pewnie cały czas siedziała na górze i bała się zejść, gdy kręciłam się po domu. Skąd mogła wiedzieć, że nie jestem włamywaczką. Założyła pewnie najgorsze. Nic dziwnego, że nie odpowiadała na moje wołania.
Zaczęłam pospiesznie wkładać chleb i resztę jedzenia do pojemnika. Trzęsły mi się ręce. Czułam się niezręcznie.
- Nie, nie, nie - zawołała. - Niech pani spokojnie zje. Na ucieczkę zawsze jest czas. Nie mam pani za złe tego najścia. To miejsce przyciąga wielu ludzi. A ja mam mocny sen. Gdy zasypiam, to zupełnie jakbym umierała. Obawiam się, że kiedyś w ten sposób zasnę na dobre. Na wszelki wypadek nie zamykam drzwi, by znajomi w każdej chwili mogli się dostać do środka. Chociaż zdaje się, że powinnam być bardziej ostrożna, bo ludzie sądzą, że jestem bogata i że mogą znaleźć tu skarby.
Patrzyła takim wzrokiem, że nie miałam wątpliwości, kogo konkretnie ma na myśli.
Kontynuowałam pakowanie. Gotowa byłam do odwrotu.
- Niech pani siada i kończy swój obiad - zarządziła stanowczym głosem.
Ton przez nią użyty musiał być narzędziem odziedziczonym po pokoleniach szlacheckich i magnackich przodków, bo zmuszał do podporządkowania się jej rozkazom. Usiadłam posłusznie.
Podobało mi się, że nie była na mnie zła. Ale trochę bałam się tego, co będzie dalej.
- Heniek, Heniek - zawołała nagle na kogoś, kogo wypatrzyła na drodze. - Podjedź tutaj.
Zdrętwiałam. Czułam się jak mucha w pajęczej sieci. Jeszcze przytomna, ale bez możliwości ruchu.
Chwilę później pojawił się chłopak na rowerze. Jak ona go wypatrzyła? Miał z piętnaście lat, farbowane włosy i kolczyk w uchu. Zatrzymał się przy bramie.
- Pojedź do sklepu i przywieź to, co zwykle - rozkazała. - Poczekaj chwilę, pójdę zadzwonić, żeby pani Bronia wiedziała, co ma naszykować.
Odniosłam wrażenie, że chłopak przygląda mi się uważnie. Skinął głową, więc odpowiedziałam mu tym samym. Oparł rower o ogrodzenie, otworzył furtkę i podszedł bliżej. Nie całkiem blisko. Zatrzymał się w odległości kilku metrów i skupił na mnie całą uwagę. Pewnie kobieta kazała mu mieć na mnie oko.
- To pani samochód stoi w lesie? - spytał.
Skinęłam głową.
- Pani jest krewną jaśnie pani hrabiny? - indagował dalej.
Pewnie czuł potrzebę wzbudzenia we mnie respektu, żebym nie pomyślała, że mam do czynienia z jakimś zwykłym chłystkiem, który bez szemrania słucha wydawanych przez starą kobietę rozkazów.
- Jaśnie pani hrabiny? - zdumiałam się.
Ta forma nie mieściła mi się w głowie. A w ustach chłopaka z farbowanymi włosami i kolczykiem w uchu brzmiała co najmniej dziwnie.
Nie wiedział, czy pytam z ciekawości, czy kpię.
- Hrabina była moją nauczycielką - powiedział.
Kiwnęłam głową, że rozumiem.
- Ale dlaczego jaśnie pani?
- To prawdziwa hrabina, z domu Czartoryska. Była nauczycielką i dyrektorką przedszkola, ale gdy przenieśli je do nowego budynku, odzyskała dwór. Więc to jaśnie pani, no nie? - wyjaśnił zaczepnie.
Skinęłam głową ze zrozumieniem.
- Niech pani wprowadzi samochód na podjazd - poradził. - A na drugi raz lepiej jechać asfaltówką przez wieś. Wjeżdża się w nią zaraz za przystankiem autobusowym.
Przerwał, bo kobieta wróciła. Widocznie często robił jej zakupy, bo o nic więcej nie pytał. Skłonił się, zabrał rower i odjechał.
- Co on pani nagadał? - spytała, gdy zniknął.
- Że jest pani hrabiną. Jak na takiego wyrostka wyrażał się z prawdziwym podziwem i szacunkiem - powiedziałam.
Wzruszyła ramionami. I jednocześnie gwałtownym strzepnięciem rozwinęła obrus, który trzymała w dłoni.
- W holu stoi wiklinowy stół, nie jest zbyt ciężki, proszę go tu przynieść.
Nawet nie przyszło mi do głowy, by odmówić. Wykonałam polecenie bez szemrania. Przyciągnęłam stolik, rozłożyłam na nim podany obrus. Przeniosłam z krzesła moje wiktuały i termos z kawą i zaprosiłam, by usiadła ze mną.
Nie odmówiła, gdy poczęstowałam ją kanapką z kurczakiem.
Zrobiłam więc jeszcze kurs do kuchni po talerzyki i filiżanki. Powiedziała, gdzie je znajdę. Znalazłam.
Potem długo nic nie mówiłyśmy. Mnie już nie smakowało, ale ona jadła z apetytem. Pokroiła swoją kanapkę na maciupeńkie kawałeczki i delikatnym ruchem niosła każdą do ust. Potem gryzła wolno, z namaszczeniem. Miała piękne dłonie, zupełnie jak młoda kobieta, ale, sądząc po innych oznakach, musiała liczyć jakieś siedemdziesiąt lat. Gdyby jednak oceniać wiek tylko po dłoniach, można by jej dać dużo mniej.
Byłam ciekawa, więc zapytałam, czy rzeczywiście jest hrabiną.
- Owszem - skinęła głową. - Stuprocentową, z dziada pradziada. Miałam piętnaście lat, jak przyszła komuna i zabrała dom wraz z ziemią. Ojciec tego nie przeżył. Mama też wkrótce umarła. Zostałam z ciotką, a ta miała dość rozumu, by zapisać się do partii i zostać aktywistką. Dzięki posiadanym wpływom ocaliła zarówno mnie, jak i dwór. Przekonała władze, że dom doskonale nadaje się na siedzibę miejscowej szkoły. Dzięki temu zyskał stałych lokatorów i opiekę władz. Mieszkałyśmy z ciotką na strychu, w dawnym pokoju służby, jednak u siebie. Pracowałam w szkole jako pomoc kucharki i stróża, ale przynajmniej mogłam się uczyć. Jako pańskie dziecko byłam tak zwanym elementem klasowo obcym i miałam zakaz wstępu na studia. Ciotka jednak wykorzystała swoje wpływy i wystarała się dla mnie o miejsce w kolegium nauczycielskim. Zostałam nauczycielką, a gdy komuna się przewaliła, byłam nawet przez kilka lat dyrektorem przedszkola. W zeszłym roku przenieśli je do miasteczka, a ja po sześćdziesięciu latach odzyskałam prawo do własnego domu.
- Oddali bez problemu?
- To przecież mój dom. Mieszkały w nim pokolenia przodków. Nawet specjalnie nie musiałam się starać. Miałam setki świadków, że to moja własność. Gdy przyszedł czas, sami spytali, czy chcę go odzyskać. Chciałam, czemu nie. Bo gdzie miałabym iść na starość? Tyle, że nie mam siły, by się nim zajmować. Nie mam też dzieci. Mąż zmarł. Oboje nie posiadaliśmy dalszej rodziny. Podejrzewam, że ci, którzy z taką chęcią oddali mi dom, sami mają na niego chrapkę. Miejscowi decydenci już czynią na niego zakusy. Pewnie wezmą go wkrótce za psie pieniądze na przetargu, który zorganizują sami dla siebie. Ale ja ich jeszcze urządzę.
Zaśmiała się, ale bardziej z nutką wesołości niż gniewu.
Mimo wszystko zrobiło mi się żal starej kobiety.
- Proszę mnie nie żałować. Mnie nie jest siebie żal - powiedziała, jakby w odpowiedzi na myśli, jakie pojawiły się w mojej głowie. - Dawno pogodziłam się z utratą majątku, i tak miałam dużo szczęścia, bo mogłam przez całe życie mieszkać we własnym domu i każdego dnia cieszyć się z tego, że jestem tutaj, a nie muszę błąkać się po obcych. Dbałam o dobry stan budynków i bez względu na okoliczności czułam się panią na włościach.
Wrócił chłopak. Zakupy wniósł chyba innym wejściem, wprost do kuchni, bo tylko stał, przyglądając nam się z uwagą, jakby sprawdzał, czy wszystko jest w porządku. Hrabina skinęła mu głową, on odpowiedział tym samym. W każdym razie miałam świadomość, że w mojej obecności przeprowadzili rozmowę bez słów i zostałam zaakceptowana.
Chłopak postał jeszcze chwilę przy ogrodzeniu, a potem wsiadł na rower i odjechał. Nim zniknął, uniósł rękę do góry. Był to jakiś znak, ale nie do końca zrozumiałam jego znaczenie. Coś w rodzaju, że jest w pobliżu i będzie miał mnie na oku.
Gdy wreszcie zniknął nam z pola widzenia, hrabina przyniosła dwa kieliszki i kryształową karafkę do połowy napełnioną złotym płynem.
- To naleweczka z pigwy według receptury mojej babki Teodozji. Napijmy się.
Nalewka była pyszna. Hrabina wlała w siebie jeden i zaraz potem drugi kieliszeczek. Wcale nieźle jak na staruszkę. Przy trzecim spytała, czy się brzydzę pić z resztek kryształowej zastawy świętej pamięci babki Teodozji z domu Zabłockiej. Myśl o świętej pamięci prababce wywołała w mojej głowie dreszcz grozy, ale ponieważ hrabina czekała, wypiłam więc za zdrowie dawno zmarłej prababki. Dopiero, gdy zaszczypało mnie w gardle, uświadomiłam sobie, że muszę przecież jechać.
- Nic się nie stanie, jak przez jeden wieczór dotrzyma pani towarzystwa starej hrabinie. Niech pani zadzwoni do domu i powie, że zostaje w gościnie w starym dworze.
Tak zrobiłam.
Specjalnie się nawet nie opierałam.
Dobrze nam się gadało. Opowiadałam o sobie, swoich dzieciach i książkach, które pisałam; ona o ciotkach, wujach, babkach, pradziadkach zarówno po mieczu, jak i po kądzieli.
Zanim zapadł zmierzch, wybrałyśmy się na przechadzkę wokół dworu. Wysoka trawa kołysała się nad kamiennymi ozdobami. Różnobarwne kwiaty upodobniły to miejsce do wiejskiego pastwiska. Miałam ogromną chęć rzucić się na kolana i natychmiast zabrać za wyrywanie chwastów, ale byłoby to niestosowne. Wyobraziłam sobie ogród, jaki tu niegdyś był i jakim mógł być, gdyby ktoś o niego zadbał. Rozrośnięte cisy wręcz dopominały się o przycięcie. Musiałam odejść, żeby nie rozbudzać wyobraźni, co mogłabym z nimi zrobić, gdyby dano mi taką szansę. Oprowadzając mnie, hrabina nadal snuła opowieści o ludziach, którzy tu mieszkali, i o wydarzeniach z jakiegoś powodu wartych zapamiętania. Większość budynków zachowała się w niezłym stanie, ale dwór był nie do przebicia. Duży, solidny, wart wiele, nie miałam pojęcia ile, ale z pewnością dużo. Nie mogłam dosłownie oderwać od niego wzroku. Pochodził z osiemnastego wieku, a w dziewiętnastym i dwudziestym był rozbudowany. Otaczał go park ze starymi lipami, dębami, miłorzębami i trzema ogromnymi platanami. Była nawet kaplica i grobowiec dziadka Anzelma. Na szczęście pusty, bo władza zaraz po wojnie nakazała przenieść szczątki dziadka na gminny cmentarz. Niemniej wrażenie pozostało niesamowite. Dwór zasługiwał na coś więcej niż popadanie w ruinę. Wyobraziłam sobie to miejsce jako pensjonat dla takich jak ja, autorów książek, którym wydawcy nie płacą zbyt wiele.
Tylko westchnęłam, ale hrabina pokiwała głową ze zrozumieniem, jakby słyszała moje myśli i akceptowała je. Wkrótce zmęczyła się i wróciła do domu, a ja powędrowałam dalej. Zeszłam ze ścieżki, przelazłam przez dziurę w płocie i obejrzałam pozostałości po folwarcznych zabudowaniach: czworakach, stajniach, powozowni. Zwiedziłam cały park i okolice. W drodze powrotnej spotkałam sklepową. Że właśnie sklepową, domyśliłam się po tym, że zamykała sklep. Podeszła do mnie jakby mnie znała.
- Podoba się pani tutaj? - spytała z lekkim niepokojem.
- Jest pięknie.
Skinęła głową uspokojona.
Wytłumaczyłam sobie, że chłopak musiał wszystkim w okolicy opowiedzieć o mnie. A skoro byłam gościem hrabiny, to każdy czuł się w obowiązku towarzyszyć mi choć przez chwilę i zabawiać rozmową.
- Tu zawsze mieszkali hrabiowie. Ostatnia właścicielka to też prawdziwa hrabina. Nikt się do niej inaczej nie zwracał jak: "jaśnie pani hrabino". Nie dla śmiechu, broń Boże, ale przez szacunek. Jej ród zrobił wiele dobrego dla tych stron. W dzień świętego Marcina chłopi składali we dworze czynsz dzierżawny w lipowej miseczce na bochenku żytniego chleba. Po wojnie komuna ziemię rozdała chłopom, ale skoro nie została przez nich zakupiona, tylko przejęta, traktowali to jako formę dzierżawy. Kolejne pokolenia składały symboliczny czynsz za użytkowanie ziemi, sto groszy polskich. Bo własność to rzecz święta.
- Sto groszy, czyli złotówkę? - zdziwiłam się.
Popatrzyła na mnie z niepokojem.
- Dawniej sto groszy było uczciwą zapłatą - wyjaśniła pospiesznie. - Hrabina nie podniosła czynszu przez ponad pięćdziesiąt lat. Liczymy, że tak zostanie. Mieszkańcy wsi wyrównują rachunki, płacąc usługami. Mogą sprzątać, robić zakupy, reperować dach albo co tam się zepsuje, przetkać rynny, strzyc trawniki. Z pewnością zachowają się zgodnie z tradycją.
Skinęłam głową ze zrozumieniem.
Ucieszyła się.
Zauważyłam, że bardzo jej zależało, bym zaakceptowała zastany stan rzeczy, jednak nie poświęciłam temu spostrzeżeniu tyle uwagi, ile należało. Przyjęłam jej monolog naturalnie, bez zdziwienia.
Z jej relacji wynikało, że między dworem a wsią panowała zażyłość. Hrabina imponowała urodzeniem, pracowitością, ujmującym sposobem bycia, który był równocześnie i skromny, i pański.
- Była prawdziwą nauczycielką. Taką z powołania. I nawet gdyby nie wojna ze wszystkimi jej konsekwencjami, to i tak pewnie wzięłaby sobie oświatę za program życia.
Kobieta odprowadziła mnie aż pod samą bramę. Wątpię, by miała po drodze, raczej zrobiła to specjalnie, by sprawdzić, czy nie zrobiłam ich ukochanej hrabinie krzywdy. Hrabina na szczęście stała na werandzie jako żywy dowód, że wszystko jest w najlepszym porządku.
- Inni po takich przejściach kundleją - powiedziała na pożegnanie przyciszonym głosem. - Ona mimo wszystkich trudności pozostała hrabiną.
Skłoniła się i odeszła.
Hrabina czekała na mnie na ganku.
- Chodź na górę, to coś ci pokażę
Weszłyśmy po marmurowych schodach na piętro. Ona z trudem, sapiąc, ja lekko, niemal frunąc. Po takich schodach mogłabym iść do samego nieba. Ich piękno przyprawiało o zawrót głowy.
W pokoju, który służył jej za sypialnię, był niewielki kominek. Obok niego stał zwykły stolik, taki stołówkowy; płyta paździerzowa na metalowych nogach. Odsunęła go i okazało się, że w ścianie za nim była skrytka. Otworzyła ją i wyjęła stamtąd zegar. Właściwie ja go wyjęłam, bo ważył sporo i sama nie mogła sobie poradzić. Był z pozłacanego brązu, ze złotym cyferblatem i złotymi figurkami, z jednej strony panna, z drugiej kawaler. Wokół nich i nad nimi baldachim z delikatnie rzeźbionych w złocie liści. Cudo.
- To stary angielski zegar z osiemnastego wieku. Któryś z prapradziadów przywiózł go z Anglii. Stał u dziadka Anzelma w gabinecie, a potem zaginął, tak jak wszystko w czasie wojny. Myślałam, że go ukradli albo został zamieniony na chleb i kartofle. Ale jakiś czas temu odkryłam ten schowek. Chyba dziadek ukrył go i zapomniał. Albo wcale nie zapomniał, tylko zostawił z myślą o czasach, które nastaną. Liczył, że odnajdą go ci, którzy powinni. Jakiś czas temu przyśniło mi się, gdzie powinnam zajrzeć. Słowo daję, to był niezwykły sen. Dziadek Anzelm przyszedł do mnie w nocy i postukał laską w ścianę obok kominka. Ściana odpowiedziała głucho. Sen był tak wyrazisty, że rano, ledwo wstałam, poszłam sprawdzić, czy i na jawie odgłos będzie głuchy. I co? Był. Przyniosłam kilof i walnęłam. Trafiłam w dziesiątkę. Za ścianą znajdowała się skrytka, a w niej zegar i sporo innych drobiazgów, wraz z dokumentami na temat ich pochodzenia. Kilka z nich sprzedałam, by mieć pieniądze na niezbędne remonty. Resztę trzymam nadal w tym samym miejscu w obawie przed złodziejami. Ten zegar to prawdziwa lokata kapitału. Wart jest majątek. To jedyny w całej Europie egzemplarz osiemnastowiecznego mechanizmu kotwicowego. Muzea w Niemczech i Anglii oferują za niego fortunę. Jest też kilku prywatnych kolekcjonerów zainteresowanych zakupem. Nawiązałam z nimi kontakty i, gdy tylko zdecyduję się na sprzedaż, zostanie zorganizowana aukcja. Kilku zbieraczy już nie może doczekać się tej chwili. Ich wizytówki leżą na dolnej półce po lewej stronie.
Rzeczywiście leżały. Tak samo jak i gruby plik banknotów.
Hrabina nakręciła zegar i w ciszy wieczoru popłynęły metaliczne dźwięki poloneza. Panna i kawaler szli ku sobie, kłaniali się, podawali dłonie, a potem oddalali, a wszystko w rytmie melodii.
Nieprędko poszłyśmy spać.
Hrabina spragniona towarzystwa, raczyła mnie opowieściami. Lubię słuchać rodzinnych historii, ale przesyt może być bolesny. Szczególnie, gdy idzie w parze z nadmiarem alkoholu. Wypiłyśmy nalewkę z pigwy i poprawiłyśmy wiśniową nalewką sporządzoną według receptury babki Teodozji. Obie były niesamowicie dobre, a gospodyni nad wyraz życzliwa.
- No to na drugą nóżkę - zachęcała niezmordowanie.
Siedziałyśmy, póki nie zastała nas noc. Pod koniec miała już nieźle w czubie. Chyba dlatego wyciągnęła z sejfu dokumenty, których nie chciałam oglądać, ale uparła się, by mi je pokazać i udowodnić, że jest panią tego wszystkiego.
- Potem nie będzie na to czasu - oznajmiła.
Twarz miała przybladłą i skupioną, gdy patrzyła na mnie. Coś knuła i miała z tego powodu masę radości.
Sama się sobie dziwiłam, że przyjmowałam wszystko, co się działo w sposób naturalny. Chyba się upiłam, bo niczego jej nie zazdrościłam.
Na koniec wypiłyśmy jeszcze po kubku herbaty z rumem i poszłyśmy spać. Pomogłam jej wdrapać się na piętro i sama też się położyłam. Dostałam własny pokój z wygodnym łóżkiem, ale pewnie z powodu nadmiaru alkoholu noc miałam rozdygotaną.
Budziłam się i znów zapadałam w sen.
A gdy w końcu zasnęłam, wydawało mi się, że ktoś wszedł do mojego pokoju. Było ciemno, ale wydawało mi się, że nachyla się nade mną czyjaś twarz. Dziadek Anzelm? Nie poruszyłam się. Byłam sparaliżowana strachem. Chciałam dać mu znak, że to nie hrabina, tylko ja. Słyszałam, jak przewraca moje rzeczy, grzebie w torebce, ale chyba właśnie wtedy na dobre zasnęłam. Nad ranem śniło mi się, że zamieniłam się z hrabiną miejscami; ona wsiadła w mój samochód i odjechała, a ja zostałam, by czekać na kolejną ofiarę, która przypadkiem zawita w progi starego dworu. Ona czekała wystarczająco długo, teraz miałam ją zastąpić i zostać tu na wieczność, na zatracenie. Starałam się odejść, ale gdziekolwiek szłam, trafiałam tu wciąż na nowo, bo droga, którą uciekałam, prowadziła prosto do dworu.
Obudziłam się zmęczona, dosłownie skatowana.
Pierwsze, co zrobiłam, to wyjrzałam przez okno, by sprawdzić, czy mój samochód nadal stoi. Stał. Hrabina nie odjechała w siną dal. Gdy rozbudziłam się na dobre, śmiałam się sama z siebie. Hrabina była za stara, żeby mieć prawo jazdy. Zresztą jak mogłaby zostawić tak piękny dom i uciec. To niemożliwe.
W domu panowała cisza. Hrabina jeszcze spała.
Postanowiłam poczekać aż wstanie, by się pożegnać i dopiero wtedy wyruszyć w drogę. Poszłam się przejść. Był ciepły, pachnący rosą poranek. Dotarłam aż do rzeki. Woda pieniła się i kołowała.
Roztrząsałam w myślach szczegóły, które doprowadziły mnie do dworu i znajomości z hrabiną. Właściwie powinnam żałować, że znalazłam to cudne miejsce. Będzie mi żal odjeżdżać.
No cóż. Pora ruszać. Już czas.
Wróciłam, ale hrabina nadal była na górze i nic nie wskazywało na to, by miała zamiar zejść. Powoli wzbierała we mnie niecierpliwość. Nie odjadę przecież bez pożegnania. Wypadało podziękować za gościnę. Wystarczyło, że zawitałam bez zaproszenia.
No trudno, zachowam się mało kulturalnie, ale obudzę ją.
Weszłam na górę. Na półpiętrze zatrzymałam się i jeszcze raz popatrzyłam na okolicę. Teraz wszystko wydawało się znajome, przyjazne, swojskie. Postanowiłam, że będę odwiedzała hrabinę za każdym razem, gdy znajdę się w tych stronach. Ale teraz musiałam już jechać.
Zapukałam.
Odpowiedziała cisza.
Nacisnęłam klamkę i weszłam.
Hrabina wyglądała jak umarła. Stałam w drzwiach, mijał czas, a ona ani drgnęła.
Miałam wrażenie, że nie oddycha.
Bo nie oddychała. Od pierwszej chwili nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Na kilkanaście długich sekund moje serce sparaliżował strach. W głowie pieniło mi się i kotłowało jak w tej wodzie przy brzegu. Powietrze stało się ciężkie, naładowane grozą sytuacji, nie nadawało się do oddychania. Miałam ochotę uciec, ale nie mogłam się ruszyć.
Patrzyłam, jak słoneczna smuga wędruje po kołdrze.
Sama omal nie umarłam.
W końcu strach ustąpił miejsca współczuciu. Biedna hrabina. Podeszłam i wzięłam ją za rękę. Była zimna. Serce nadal waliło mi jak oszalałe. Ale się wpakowałam w kabałę. Wiedziałam, co powinnam zrobić, ale też przeczuwałam, co mnie czeka. Przypomniałam sobie wczorajsze nalewki i przestraszyłam się, że oskarżą mnie o spowodowanie śmierci starej kobiety.
No cóż, jedyna pociecha w tym, że miała przyjemny odjazd.
Zamknęłam oczy i pomodliłam się za jej duszę. Potem rozejrzałam się po pokoju.
Na stole stała od wczoraj nie tylko pusta karafka, był także zegar i dokumentny. Niczego nie schowała. Pomyślałam, że dobrze byłoby uprzątnąć wszystko, zanim zjawi się tłum ludzi. Przełknęłam ślinę, odetchnęłam głęboko, a potem wzięłam się w garść i wepchnęłam zegar wraz z dokumentami do skrytki, tak jak zrobiłaby to sama, gdyby żyła. Uznałam, że dziadek Anzelm da sobie radę ze wskazaniem właściwej osobie miejsca ukrycia skarbów. Stolik przysunęłam do ściany i dopiero wtedy sięgnęłam po telefon, by zadzwonić po policję, pogotowie i kogo tam jeszcze...
- Jeszcze obrus.
Boże!
Omal nie zeszłam z tego świata.
- Połóż obrus, żeby nie było widać ściany.
Ona żyła.
Siedziała na łóżku i patrzyła na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem.
- Jezu! Myślałam, że pani...
- Wiem, co myślałaś, ale nic mi nie jest. Mówiłam, że gdy zasypiam, to zapadam w taki stan, z którego nie mogę się rozbudzić. Pomóż mi wstać, a potem możesz już sobie jechać.
Godzinę później pożegnałam ją i odjechałam. Całą drogę towarzyszyło mi uczucie niesamowitej wprost radości. Cieszyłam się i sama nie wiem, z czego bardziej: czy z tego, że tam byłam, czy raczej, że hrabina nadal żyła, gdy opuszczałam dwór.
Miesiąc później dostałam list. Od adwokata. Z zaproszeniem do kancelarii w małym miasteczku. Nazwa miasteczka nic mi nie mówiła. Zadzwoniłam i dowiedziałam się, że rozmowa ma związek z moją wizytą u pani Z. Nazwisko też mi nic nie mówiło. Adwokat był niezwykle tajemniczy i jedyne, co od niego wydobyłam, to wyjaśnienie, że owa pani Z. to moja hrabina.
Pojechałam z duszą na ramieniu. Czyżby coś się stało? O coś zostałam posądzona? Może hrabinie zginął jakiś skarb i wniosła oskarżenie? Boże. Jestem niewinna. Ale fakt, byłam tam, a odciski moich palców są w skrytce i na dokumentach. Rety. Jeśli coś zginęło, to nie wywinę się od kłopotów. I bądź tu człowieku uczynny.
Sprawa okazała się o wiele poważniejsza.
To, co usłyszałam, niemal zbiło mnie z nóg.
Po wstępnych prezentacjach adwokat oznajmił, że w testamencie hrabiny zostałam wskazana jako spadkobierczyni całego jej majątku. Brzmiało to jak żart.
- To chyba jakaś pomyłka - powiedziałam i dopiero potem dotarło do mnie najważniejsze:
- Czy hrabina nie żyje?
Skinął głową, a mnie zrobiło się przykro, bo gdybym wiedziała, przyjechałabym na jej pogrzeb. Powiedziałam mu to.
- Zgodnie z wolą hrabiny testament został otwarty kilka dni temu i odczytany w obecności świadków. Dopiero tam znaleźliśmy pani dane. Proszę sprawdzić, czy dobrze odczytaliśmy, że chodzi właśnie o panią.
Sprawdziłam. Było tam moje nazwisko, pesel, adres, numer dowodu, numer rejestracyjny samochodu, numer konta w banku, numer karty bibliotecznej, telefony do córek i znajomych. Wszystko się zgadzało. Chodziło o mnie. W tym momencie zrozumiałam, co działo się w moim pokoju tamtej nocy. Hrabina spiła mnie swoimi nalewkami i gdy myślała, że zasnęłam, zakradła się, by przejrzeć moją torebkę i spisać dane z dokumentów, notesów i wszystkiego, co tam miałam.
- To czysty absurd - stwierdziłam, przytomniejąc po doznanym szoku.
- Możliwe, ale czyż świat nie jest pełen szaleństwa? W sumie lepiej znaleźć niż zgubić, nieprawdaż? - adwokat zadawał pytania, na które mogłam tylko odpowiadać potakiwaniami. - Ja w każdym razie wykonuję tylko swoją pracę, a zostałem zatrudniony przez hrabinę w celu przekazania pani tej nowiny i dopilnowania, by testament nie został przez nikogo postronnego podważony. Zgodnie z jej wolą pani jest jedyną spadkobierczynią, chyba że pani odmówi przyjęcia spadku i przekaże go na rzecz gminy.
Z pewnością nigdy nie przeżyję drugiej takiej chwili. Nic, co mi się jeszcze w życiu zdarzy, nie będzie mogło się równać temu skokowi adrenaliny, gdy czytałam dokumenty stwierdzające, że jestem właścicielką dworu i ziemi wokół niego, a także całego wyposażenia domu i zabudowań dworskich. Przez cały czas mrugałam gwałtownie oczami, by zapanować nad emocjami i przyzwyczaić świadomość do nowej sytuacji. Neurony pospiesznie wytwarzały nowe połączenia nerwowe między pojęciami: ja - dwór - własność.
- Kiedy hrabina zmarła? - spytałam, by skupić myśli na czymś konkretnym.
- Pół roku temu.
Dosłownie zaparło mi dech w piersiach.
Pół roku?
- Tu jeszcze jest osobisty list hrabiny do pani. - Adwokat wskazał mi kopertę.
- Pół roku temu?
- Tak.
Pół roku???
Ze zdumieniem kręciłam głową. Nie do wiary. Zawodowo zajmuję się wymyślaniem bajek, ale nigdy nie wymyśliłabym czegoś takiego.
Wszystko to jednak było niczym w porównaniu z szokiem, jakiego doznałam, gdy przeczytałam list.
"Okazałaś się najlepsza ze wszystkich kandydatów, których ściągnęłam do dworu. Przepraszam za to paskudne oberwanie chmury, ale musiałam cię jakoś zatrzymać. Co prawda od pierwszej chwili wiedziałam, że ty to ty, ale musiałam cię sprawdzić".
Nagle zrozumiałam, skąd to uczucie ściągania mnie z drogi, wtedy gdy przejeżdżałam tamtędy pierwszy raz.
W tej sytuacji mogłam zrobić tylko jedno. Przyjąć dar.
Dwór był mój.
- Jest tylko jeden problem - rzekł smutnym głosem adwokat. - Otóż przejęcie takiego majątku wiąże się ze znacznymi kwotami na opłacenie spraw spadkowych i podatku od wzbogacenia. Czy dysponuje pani takimi pieniędzmi? Bo jeśli nie, to tutejszy bank jest gotów udzielić kredytu.
No cóż, akurat o to hrabina zadbała. Jestem przekonana, że pieniądze są tam, gdzie sama je schowałam.
- O to proszę się nie martwić - uspokoiłam go.
Gdy podpisywałam dokumenty, zapachniało świeżymi truskawkami, a w ustach poczułam smak wiśniowej naleweczki.
No to na zdrowie, pani hrabino!
I mam nadzieję, że będzie mnie pani odwiedzać.
Szukaliśmy Anny Marii, koleżanki szkolnej Damiana.
Damian to mój mąż. Anna Maria to jego dawna miłość.
Wiedziałam o niej tyle, ile się wie o dawnych fascynacjach kogoś bliskiego. Czyli niewiele.
Nie znałam jej, bo chociaż chodziliśmy wszyscy do tej samej szkoły, byłam trzy lata młodsza, a w wieku licealnym trzy lata to różnica niemal całego pokolenia; nawet Damiana wtedy nie znałam. Owszem, widywałam ją na korytarzu i boisku, ale nie zwracała na mnie uwagi. Była w maturalnej klasie, gdy ja zaledwie w pierwszej. Jeśli ją kojarzyłam, to jedynie z powodu owego podwójnego imienia. Nie żadna tam Ania, Anka, Maryśka, tylko Anna Maria. Zarówno koledzy, jak i nauczyciele zwracali się do niej w wołaczu: Anno Mario, co brzmiało sztucznie i jakoś snobistycznie, niemal odpychająco.
Z Damianem poznaliśmy się dopiero na studiach w jakimś klubie muzycznym. Wówczas różnica wieku działała na moją korzyść. Chłopaki ze starszych lat więcej uwagi poświęcali młodszym koleżankom niż równolatkom. Anny Marii wtedy już nie było w jego życiu. Zdziwił się, gdy o niej wspomniałam. Był w ogóle zdumiony, że kończyliśmy to samo liceum. Nie pamiętał mnie.
Postarałam się to zmienić.
Od dwudziestu lat jesteśmy małżeństwem.
Był czas, gdy opowiadaliśmy sobie o przeżytych miłościach. W każdym związku jest taki okres wyznań. Trwa z reguły krótko, bo wspominanie bywa czasami bolesne. Damian powiedział mi o Annie Marii, o swoim zauroczeniu jej mroczną duszą, ale coś z dawnego uczucia nie pozwalało mu na swobodę w relacjonowaniu tego, co ich łączyło. Śmiał się, gdy wracał pamięcią do licealnych lat, ale też nie zagłębiał się we wspominki, a ja go nie zachęcałam, bo wcale nie pragnęłam niczego o niej wiedzieć. I poza tym jednym razem, nigdy więcej nie wracaliśmy do tematu jego szkolnej miłości. Jedynie z urywkowych relacji wspólnych znajomych wiedziałam o Annie Marii więcej. Nie była lubiana, chociaż w zasadzie była normalna, taka jak inni. Miała w sobie dużo wrażliwości, dumy, inteligencji, chętna do podejmowania działań, choć bez nadmiernej ofiarności. Ta charakterystyka pasowała jak ulał do większości z nas, również do mnie, więc nie tu kryły się powody antypatii, jaką darzyło ją wielu. Wynikało to z czego innego. Otóż Anna Maria była ładna, nawet bardzo ładna. Miała urodę z rodzaju takich, co przyciągają wzrok i ludzie gapią się dla samej przyjemności patrzenia na piękno. Ale ona czuła się z tym źle. Uważała podobno, że z racji urody jest niedoceniana intelektualnie. Podkreślała to na każdym kroku. Trudno zrozumieć, że można cierpieć z powodu bycia pięknym, ale w jej przypadku tak właśnie się dzało. Złe samopoczucie Anny Marii przenosiło się na tych, którzy mimowolnie zatrzymywali na niej wzrok. W ten sposób wszyscy znajdujący się w jej pobliżu doznawali nieprzyjemnego poczucia winy, czegoś w rodzaju zasysania powietrza, którym się oddycha. Nie wiedząc dlaczego, czuli się skrępowani, a to dość niemiłe wrażenie, gdy zdajemy sobie sprawę, że samą swoją obecnością sprawiamy komuś przykrość. W zasadzie był to jedyny powód, dla którego koledzy stronili od niej. Niby nic wielkiego, ale jednak. Nikt nie lubi czuć się winny bez powodu. Jedynie Damian nic sobie z tego nie robił. Niemal przez całe liceum był nią zauroczony, ona widocznie mniej, bo ich drogi rozeszły się jeszcze przed maturą. Z tego, co znajomi wiedzieli, Anna Maria wyjechała do innego miasta. Nie wiadomo do jakiego, bo nikt się tym specjalnie nie interesował i tak naprawdę nikt za nią nie tęsknił.
Damian też chyba nie. Miał mnie, dzieci, swoją pracę, dom i setki spraw toczących się wokół tego wszystkiego.
I lepiej gdyby tak zostało.
Nie mniej Anna Maria była częścią jego przeszłości i w jakiś sposób nadal istniała; tkwiła w myślach niczym drzazga. Przez wszystkie lata, jakie przeżyłam z Damianem, byłam tego świadoma. Nie, nie stała między nami. Nie mogę nawet powiedzieć, że przeszkadzała, bo tak nie było. Nie miałam powodu być o nią zazdrosna, ale to, że wlokła się gdzieś po poboczach naszego życia i nie chciała zniknąć, był denerwujący. Jeśli czegoś w związku z nią się obawiałam, to jedynie, że któregoś dnia się zjawi i nastąpi konfrontacja. Damian, chcąc nie chcąc, będzie nas porównywał.
Nie cierpię być porównywana. Szczególnie z nią. Bo nie jestem piękna. Może i nie ostatnia, ale porównania z Anną Marią z pewnością bym nie wytrzymała. I chociaż starałam się o tym nie myśleć, swędziła mnie jakaś podskórna pewność, że kiedyś to nastąpi i będę zmuszona stawić temu czoła.
I tak się stało.
Jakoś na początku 2007 roku rozpoczęło się szaleństwo z portalem nasza-klasa.pl. Oczywiście rozdzwoniły się telefony i, odnalezieni po latach, zorganizowaliśmy spotkanie. Było miło; wspominki o szkolnych wygłupach, nauczycielach i o tych spośród nas, którzy się nie odliczyli. W pewnym momencie ktoś powiedział okropną rzecz, właściwie powtórzył plotkę, która od jakiegoś czasu krążyła wśród znajomych:
- Podobno Anna Maria siedziała w więzieniu, bo zabiła swojego męża. Ale tylko podobno, bo nikt tak naprawdę niczego nie wie.
Zapadła cisza.
Niemoc, jaka w jednej chwili ogarnęła grupę, była niesamowita.
Gdy ktoś znajomy robi coś takiego, to cień pada na wszystkich, którzy mu towarzyszyli w dowolnym momencie jego życia. To tak, jakby w jakiś sposób przyczynili się do popełnionej zbrodni. Założę się, że w tym momencie każdy analizował swój stosunek do Anny Marii w czasach, gdy się znali. Analizowali, czym mogli zawinić, czym sprawić, że przybliżyła się bodaj o krok do tego, co się stało wiele lat później. I każdy odnalazł w sobie jakąś wobec niej przewinę. I każdy poczuł się pośrednio odpowiedzialny. To nieprzyjemne i krępujące doznanie. Zupełnie jakby Anna Maria zjawiła się osobiście w naszym gronie i wskazywała palcem; to przez ciebie i przez ciebie, i przez ciebie też. Sama myśl o tym sprawiała, że wielu odczuło emanujący skądś chłód. Trzeba było wypić po kilka kieliszków wódki, żeby się rozgrzać.
Damian potraktował sprawę tak, jak na to zasługiwała: z dreszczem podniecenia, lekkiego przestrachu i ulgi, że to nie on był tym mężem. W moich odczuciach dominowała satysfakcja. Dobrze, że się z nią nie ożeniłeś, miałam ochotę powiedzieć, ale ugryzłam się w język.
- Skąd wiesz? - spytano tego, który wspomniał o Annie Marii.
- Nie mówię, że wiem. Słyszałem, że podobno. Przecież nikt jej nie widział od lat.
Żeby rozładować emocje ktoś powiedział, że podobno odsiedziała już wyrok i tak samo podobno opuściła więzienie. Ktoś ją widział w głuszy, na mazurskiej wsi, ale czy to była ona, to ten kto ją widział, nie dałby głowy. W sumie wszystkie te informacje wyglądały na mocno naciągane. Tak naprawdę nikt niczego pewnego nie wiedział. Ostatecznie nie tylko Anna Maria nie kontaktowała się ze szkolnymi znajomymi od lat. To samo dotyczyło dziewięćdziesięciu procent wszystkich pozostałych. Zaczynali pracę, żenili się, przenosili gdzie indziej, wyjeżdżali za granicę albo na sąsiednią ulicę i na całe lata ślad po nich ginął. Pewne było jedynie to, że skończyła architekturę i wyszła za mąż za jakiegoś biznesmena. I kropka, koniec tematu.
Niby impreza rozkręcała się i było całkiem fajnie, ale nasze myśli krążyły wokół jednej osoby. Anny Marii. Informacja o niej odbiła się nam czkawką. Nic już nie było takie jak przedtem. Takich rzeczy nie zapomina się w pięć minut po ich wypowiedzeniu. Nie zapamiętaliśmy, kto kim teraz jest, gdzie pracuje, ile ma dzieci, ile domów, ile samochodów, ale to, że Anna Maria zamordowała człowieka, zapadło głęboko w pamięć.
Do domu wracaliśmy dziwnie przygnębieni.
Damian nie miał ochoty o tym rozmawiać, ale wiedziałam, że przeżył to gorzej niż z początku wyglądało. I jeśli miałam nadzieję, że teraz na dobre zapomni o szkolnej miłości, to grubo się myliłam.
Ciągle o niej myślał. Dopiero teraz naprawdę o niej myślał.
Poznawałam to po tym, że stał się bardziej czuły. Przebywał myślami przy niej, a jednocześnie miał wyrzuty sumienia względem mnie, co owocowało tym, że był bardziej opiekuńczy i tak naprawdę zawdzięczałam Annie Marii wiele przyjemnych chwil.
- Nie mogę o tym zapomnieć - przyznał którejś nocy.
"O tym" - powiedział.
Nie o niej, tylko o tym, co zrobiła.
To wyznanie uspokoiło mnie.
Nie na długo.
Gdy nadszedł czas planowania urlopu, Damian zasugerował Mazury. Niby nic nadzwyczajnego; zawsze spędzaliśmy tam przynajmniej dwa tygodnie, to było moje ulubione miejsce wypoczynku. Damian wolał dalekie wyprawy samochodem w nieznane i za każdym razem, gdy zmuszałam go do pływania kajakiem po jeziorach, był niepocieszony. Chętniej spędziłby ten czas w samochodzie, mknąc po niebezpiecznych drogach Chorwacji, Serbii albo Czarnogóry. Zawsze musieliśmy tak dzielić czas, by urlop wystarczył nam na obie przyjemności. Tym razem sam zaproponował Mazury, przedkładając je nawet nad od dawna planowaną wyprawę na południe Włoch.
Ucieszyłam się, ale jednocześnie poczułam ukłucie niepokoju.
Coś mi nie grało.
Oczywiście ucieszyłam się, bo w końcu Mazury to Mazury. Tydzień w kajaku ładował moje akumulatory na cały rok. Wyposażona w taki zapas energii mogłam potem przetrzymać jazdę górskimi drogami, bez poboczy, z chwiejnymi głazami osypującymi się ze stoków wprost na drogę, sypkimi kamieniami wypryskującymi spod kół i spadającymi w bezdenne przepaście. W porównaniu z tymi emocjami, cisza i spokój mazurskich jezior była balsamem na duszę. Ale żeby Damian tak sam? Z własnej woli? Bez kilkutygodniowej walki o uszczknięcie bodaj dwóch dni na rzecz łykania kurzu na bezdrożach Europy?
Natychmiast nabrałam podejrzeń.
Z pewnością coś się za tym kryło.
Nie musiałam się nawet specjalnie wysilać, by przypomnieć sobie tamto spotkanie i rzuconą od niechcenia czyjąś uwagę, że Anna Maria po wyjściu z więzienia osiedliła się w jakiejś mazurskiej wsi.
To mi w zupełności wystarczyło.
Czyżbyśmy wyruszali na poszukiwania Anny Marii? Czy to o nią chodziło? Nie dałabym sobie ręki uciąć, ale jakoś jedno z drugim układało się w całość.
Nie chciałam wywoływać wilka z lasu, więc nie spytałam, czy moje podejrzenia są słuszne. Damian mógłby się zaprzeć i dla świętego spokoju wszystko odwołać, a potem rozpocząć poszukiwania na własną rękę. Wolałam udać niczego nieświadomą i poczekać, co z tego wyniknie. Mazury odpowiadały mi z wiadomych względów, a trasa jaką proponował, była tą, o jakiej od dawna marzyłam. Kajakiem, szlakiem rzeki Łyny. To trudna i ryzykowna trasa. Damian nigdy nie chciał się na nią zgodzić, a teraz sam ją wytyczył i z błyskiem w oku sprawdzał, co ja na to. Byłam jak najbardziej za i nie miałam zamiaru zbędnym komentarzem burzyć takich cudnych planów. Szczerze mówiąc, sprawił mi ogromną przyjemność. A co z tego wyniknie, zobaczymy.
Dałam mu wolną rękę. Niech mnie zwodzi.
Ufałam mu. Kochaliśmy się, łączyło nas nie tylko uczucie, ale i wspólna praca, zainteresowania, prawie dorosłe dzieci. Pewnie gdyby zwyczajnie i po prostu powiedział, że chce odnaleźć Annę Marię i porozmawiać z nią, zaaprobowałabym jego plany. Może nie z nadmierną gorliwością, ale jednak. Skoro wybrała Mazury jako miejsce osiedlenia, stała mi się nawet w pewien sposób bliska. Wyobraziłam sobie ogród, w nim chałupę, a wewnątrz opartą łokciami o parapet przedwcześnie postarzałą, zgorzkniałą piękność. Miałam nadzieję, że po tylu latach nie stanowi już dla mnie zagrożenia.
Niepokój wzbudzała, owszem, ale też intrygowała i to z wielu powodów. Po pierwsze, jak wygląda kobieta, w której kochał się mój mąż? Po drugie, czy naprawdę zrobiła to, o czym krążyły plotki? Po trzecie, jak wygląda morderczyni? Po czwarte, dlaczego zrobiła to, co zrobiła. Po piąte...
Nie, bez przesady. Aż tak bardzo nie pragnęłam tego spotkania. Może Damian miał rację, nie każąc mi podejmować żadnej decyzji. Bo tak naprawdę nie wiem, czy dałabym radę wziąć udział w przygotowaniach konfrontacji z rywalką. Cały czas targały mną wątpliwości i, szczerze mówiąc, z odgrywania roli detektywa śledzącego tok myśli swojego męża czerpałam wystarczającą dawkę satysfakcji.
Nie do końca rozumiałam pobudki, jakimi się kierował. Niewykluczone, że tak jak wszyscy obarczał się jakąś winą, może nawet większą niż inni, i pragnął sprawdzić, na ile przyczynił się do późniejszych wydarzeń. Albo o jak cienki włos uniknął losu tamtego człowieka. To przecież straszne, gdy ktoś, kto był ci bliski, popełnia zbrodnię. Człowieka dręczy niepewność, czy mógł coś zrobić, by temu zapobiec. Nie mogłam stanąć na przeszkodzie w wyjaśnieniu spędzających Damianowi sen z oczu wątpliwości. Takie rzeczy same nie mijają. Siedzą w człowieku jak drzazga i bolą, ropieją, doprowadzają do stanu zapalnego. Nie chciałam tego dla swojego męża. Wolałam, by upewnił się, że wybór jakiego dokonał, był dobry.
Nie zdziwiło mnie, że ustalanie szczegółowej trasy Damian wziął na siebie.
Pasja, z jaką się do tego zabrał, wywoływała we mnie dreszcz podniecenia. Dużo mailował, poprzez internetowe kontakty szukał ciekawych szlaków, obiektów do zwiedzania, bezpiecznych przepływów, niebezpiecznych rozgałęzień, grzęzawisk, wypływających strug. Wielu miejsc nie było na mapie, ale można je było nanieść, prowadząc rozmowy z tymi, którzy już przebyli te trasy. Informacje uzyskiwane od wodnych włóczęgów są nieocenione. A te, wydobywane od tubylców, są już prawdziwym skarbem. Bywa, że zależy od nich zdrowie i życie. Dobrze opracowana trasa to podstawa udanej wyprawy. Zawsze trzeba wiedzieć, że jest gdzieś w okolicy ktoś, do kogo można zawitać, by odpocząć, ogrzać się, przenocować. Damian rozrysowywał mapy i zaznaczał szczegóły, o których się dowiedział. Zwykle to moja robota, ale skoro tak się zapalił i tak bardzo go wciągnęła organizacyjna strona kajakowej wędrówki, nie wtrącałam się.
Owszem, dyskutowałam, wprowadzałam poprawki, proponowałam własne miejsca, ale w gruncie rzeczy dałam mu wolną rękę. I po dyskusjach ulegałam i przytakiwałam, godząc się na te punkty na mapie, które wskazał. Nie wiem, czy miał jakieś informacje o miejscu pobytu Anny Marii, czy liczył na łut szczęścia. Nie pytałam. I jestem szczera, twierdząc, że w najmniejszy sposób nie drażniła mnie ta sytuacja. No bo cóż by to dało, gdybym wyśmiała jego starania. A gdybym przyznała, że wiem, co mu chodzi po głowie, przygotowania dałyby nam obojgu zdecydowanie mniej satysfakcji.
Byłam tylko ciekawa, kiedy mi powie, jaki jest prawdziwy cel tej eskapady.
I czy w ogóle powie.
Czekałam.
Powiedział mi dopiero trzeciego dnia wyprawy.
Płynęliśmy cały dzień. Najpierw, sunąc przetartym przez kogoś w trzcinie szlakiem, trafiliśmy na jeziorko kwitnące na różowo. Widzieliśmy czarne żurawie i kołującego nad nami bielika. Potem zaczął się las trzcin. Dobre dwie godziny przedzieraliśmy się przez nie mające końca, zarośnięte trzciną żerowiska bobrów. Jak okiem sięgnąć nic tylko trzcina i trzcina. Trzask przygniatanej przez kajak trawy płoszył ptactwo. Kaczki zrywały się przed nami, pojedynczo, parami albo całą chmarą. Dopiero pod wieczór udało nam się stamtąd wydostać. Trafiliśmy na krętą rzeczkę, ale po kilometrze zniknęła bez śladu. Na szczęcie wyprowadziła nas na otwartą wodę. Zapadał zmierzch, kiedy wylądowaliśmy na brzegu, wśród potężnych dębów i ogromnych sosen. Słońce opadało za jezioro, a nad taflą wody opalizował różowy pył. Jego blask był tak przenikliwy, że niepodobna było patrzeć. Nurt wydawał się ciężki, a woda tak gęsta, że wiosła z trudem mieszały gęstą maź.
Dobiliśmy do brzegu potwornie zmęczeni.
Namiot rozbijaliśmy w zapadającej ciemności. Z trudem udało nam się znaleźć trochę gałęzi na ognisko.
Zrobiliśmy sobie kolację, a potem już można było rozkoszować się ciszą i niesamowitą wprost bliskością nieba. Gdzieś niedaleko stał podobno drewniany kościółek zbudowany pięćset lat temu przy użyciu tylko siekiery; żadnych pił, żadnych gwoździ, jedynie ręce rzemieślnika.
- Popłyniemy tam z samego rana - powiedział Damian.
Obserwowałam jego twarz skierowaną w stronę ogniska.
Wyczuł mój wzrok.
Westchnął raz i drugi.
Tajemnica ciążyła mu niczym kamień.
Westchnął jeszcze raz i wreszcie mi powiedział.
- Pewnie się domyślasz, że szukam Anny Marii. Wiem, że sprawiam ci przykrość, ale nie mogę opędzić się od myśli o niej. Muszę z nią porozmawiać.
Starał się mówić obojętnym tonem, ale drżenie głosu zdradzało napięcie. Nie umiał ukryć emocji. To silenie się na lekki ton sprawiło mi niemożliwą udrękę. Nie sądziłam, że tak to przeżyję. Dobrze, że było ciemno. Jednak jemu najwyraźniej ulżyło, że mógł wreszcie wypowiedzieć to na głos. Jeśli czekał na słowa wyrzutu, to mu ich oszczędziłam.
- Wiem - powiedziałam.
Wolałam wstrzymać się od komentarzy, pozwalając, by się wyciszył.
Na drugi dzień wstaliśmy skoro świt, ale wypłynęliśmy dopiero koło południa.
- To tam - powiedział, kierując kajak w stronę widocznego od strony jeziora komina.
Jeszcze od wczoraj bolały mnie ręce i to, że nie ruszyłam nawet wiosłem, było zrozumiałe, ale też symboliczne. Damian wiosłował sam. Też się nie spieszył. Sprawiał wrażenie, jakby pragnął tego spotkania i jednocześnie robił wszystko, by go uniknąć. Ja przebierałam palcami w wodzie, chłodząc zanurzone dłonie, choć w gruncie rzeczy studziłam rozpaloną duszę. Wcześniej obejrzeliśmy drewniany kościółek, ale oboje byliśmy myślami gdzie indziej.
Nadszedł czas. Nie dało się dłużej zwlekać.
Zacumowaliśmy przy niewielkim pomoście.
Damian poszedł w stronę domu, ja zostałam przy kajaku.
Dom był dokładnie taki, jak w mojej wyobraźni. Nie nowy, ale dobrze utrzymany, przerobiony ze starej rybackiej chaty. Do tego lipy, klomby, przycięta trawa, czysto, pięknie. Nawet te szczegóły zgadzały się z moimi wyobrażeniami i dlatego postanowiłam nastawić się pozytywnie. W głębi widać było zabudowania gospodarcze, między innymi coś w rodzaju obory z dużymi drewnianymi wrotami, tyle że z wielkim kominem. Zaciekawił mnie ten budynek. Poszłam sprawdzić. Wrota były uchylone, więc zajrzałam. W środku nie było zwierząt, tylko coś w rodzaju pieca z wielkimi, żelaznymi drzwiami. Poczułam się jak Jaś z Małgosią z wizytą u czarownicy. Po pozytywnych emocjach nie zostało nawet śladu, z miejsca pojawił się niepokój. Pomyślałam o tym zabitym mężu. Mąż i tajemniczy piec. Czy nie istnieje między nimi jakiś związek? Włosy stanęły mi dęba, a ciarki przeszły po plecach. Niemal czułam swąd palących się zwłok.
O mój Boże.
Uciekłam na zewnątrz.
Dopiero tam uświadomiłam sobie, że Anna Maria mieszkała z mężem gdzie indziej, a tu osiedliła się dopiero po wyjściu z więzienia.
Nie zdążyłam ochłonąć, gdy na mojej drodze stanęła kobieta. Była bardzo wysoka, koścista i szeroka w ramionach.
- Kim pani jest i co pani tu robi? - spytała ostrym tonem.
Mrużyła oczy, chroniąc je przed oślepiającym blaskiem południowego słońca. Miała męskie, ostre rysy twarzy i taki sam głos; wzbudzający respekt.
- Nazywam się Weronika Poręba i jestem żoną Damiana - powiedziałam, czerwieniąc się jak nastolatka.
Zmarszczyła brwi, szukając w pamięci nazwiska. Chyba nie pamiętała Damiana. Podniosło mnie to na duchu. Będziemy mogli szybciej stąd odejść. A potem zdałam sobie sprawę, że to przecież nie ona. Szkoda.
- Skąd się pani wzięła? - agresja w jej głosie nie zmniejszała się. - Nie widziałam, żeby ktoś nadjeżdżał.
Była oschła, wręcz odstręczająca i gdyby jednak miała okazać się Anną Marią, byłoby idealnie.
- Przypłynęliśmy kajakiem - wyjaśniłam, wskazując brodą miejsce, gdzie przycumowany był nasz kajak. Widać stąd było chorągiewkę.
- My, czyli kto? - przesłuchiwała mnie podniesionym głosem.
Ruchem ręki odpędziłam rój muszek.
- Ja i mój mąż.
Wskazałam głową w kierunku domu. Damian nadal stał pod drzwiami domu i bezradnie rozglądał się za kimś, kto mógłby udzielić mu informacji. Nie widząc nas, skierował się w stronę drogi w nadziei, że tam kogoś spotka.
- Skąd państwo przybyli? - indagowała dalej.
- Z Łodzi, to znaczy mieszkamy w Łodzi, a wyruszyliśmy z... - jąkałam się, plątałam w zeznaniach. - Przepraszam, że tak wtargnęliśmy, ale szukamy koleżanki, która gdzieś tutaj mieszka.
- A kogo konkretnie państwo szukają?
- Anny Marii...
W tym momencie uświadomiłam sobie, że nie znam nazwiska. Ani tego szkolnego, ani po mężu. Ale niepotrzebnie się denerwowałam, bo wystarczyło samo imię, to znaczy imiona. Moja rozmówczyni wiedziała, o kogo chodzi. Uniosła ramiona w geście zaskoczenia.
- Jak państwo ją tu znaleźli?
Czyżby zakładała, że ten dom jest nie do odszukania?
Wzruszyłam ramionami, bo nie potrafiłam udzielić odpowiedzieć na to pytanie. Jedynie Damian mógłby to wyjaśnić. Już na szczęście nadchodził. Nie spotkał nikogo, a słysząc głosy, skierował się w ich stronę. Dostrzegł nas. Zatrzymał wzrok na kobiecie, ale z miejsca zorientował się, że to nie ta, której szukał. Jego zawiedziona mina sprawiła mi przykrość.
Kobieta patrzyła na niego długo i oceniająco, aż dziwne zimno przykleiło mi się do szyi.
- Anny Marii nie ma teraz w domu - powiedziała, gdy Damian dołączył do nas. - Będzie dopiero pod wieczór.
Nie pytała o przyczynę najścia.
Nie zaprosiła do pozostania.
Lustrowała nas zaczepnym spojrzeniem, nie okazując cienia sympatii. Z rękoma splecionymi na brzuchu czekała na odejście. Swoją postawą wręcz nakazywała odwrót.
Obiecaliśmy, że zajrzymy przed wieczorem, by spotkać się z Anną Marią, i ruszyliśmy ku pomostowi,
Odczułam ulgę, że mogę uciec.
- To chyba jakaś policjantka - mruknęłam cicho.
- Baba stróż - szepnął Damian i rozchichotaliśmy się.
Poganiani jej zirytowanym wzrokiem, zapakowaliśmy się do kajaka i odpłynęliśmy. Ulżyło mi dopiero, gdy znalazłam się na wodzie. Cały czas miałam w pamięci ogromny piec, do którego mógł z łatwością zmieścić się cały wół. Albo dwoje ludzi. W milczeniu rozgrzebywaliśmy wiosłami rzęśle i grzybienie. Nie wiem, o czym myślał Damian, ale ja skupiałam uwagę na zieloności przybrzeżnych wierzb, na stromiźnie piaszczystych urwisk, na sczerniałych korzeniach sosen wystających z wody. W oddali naliczyłam sześć przybrzeżnych gospodarstw. Ale dopiero na środku jeziora zaczęłam znajdować przyjemność w przyglądaniu się brzegowi.
Zacumowaliśmy po drugiej stronie jeziora.
Dziadek, który od dłuższego czasu nas obserwował, machał teraz zapraszająco. Miał na sobie gumowe buty i rybacki kapelusz, a w ustach fajkę. Z ulgą wyszliśmy na ląd. Byliśmy trochę zmachani i potrzebowaliśmy odpoczynku.
Nieopodal pasły się trzy kozy, dwie stare i jedna malutka.
- Zapraszam na poczęstunek, na świeże bułeczki z masłem - zawołał dziadek, przesuwając fajkę w drugi kącik ust. - Nałapałem dużo ryb i potrzebuję gości.
Przyjęliśmy zaproszenie z wdzięcznością. Podczas gdy zabezpieczaliśmy kajak, gospodarz żwawo krzątał się, szykując poczęstunek. Nakrył stół w ogrodzie pod rozłożystym wiązem. Na białym obrusie haftowanym w niebieskie kwiatki znalazły się talerze z parującymi bułeczkami i miseczka z masłem. Z kuchni dochodził zapach smażonych ryb. Po suchym prowiancie, którym żywiliśmy się od kilku dni, to była prawdziwa uczta.
Zrobiło mi się raźniej na duszy.
Rybak wypytywał o przebytą drogę. Interesował się naszym sprzętem, opowiedział o ciekawych miejscach, jakie możemy napotkać w okolicy. Naszą rozmowę cechowała powaga ludzi rozumiejących, że prawdziwą frajdę daje wysiłek i ciężka praca. Opowiedzieliśmy o nieżyczliwym odprawieniu nas z przystani na przeciwległym brzegu.
Zaśmiał się.
- Żandarm się żeni. Tak o niej mówimy. Nazywa się Augustyna Wilk i to nazwisko pasuje do niej jak ulał. Ale to nie jest zła kobieta. Wiele w życiu przeszła i dlatego jest nieufna wobec obcych. W rzeczywistości to dobry człowiek. Robi coś niezwykłego. Przyjmuje pod swój dach byłych przestępców. Ludzi, którzy odsiedzieli wyroki za zbrodnie albo są na warunkowym zwolnieniu i przed powrotem do cywilizacji, pragną pobyć w odosobnieniu, choć już na wolności. To dla nich taki okres przejściowy. Pomaga oswoić się z rzeczywistością. Odważna kobieta. Mieszkali u niej i mężczyźni, i kobiety. Jedni krócej, inni dłużej. Po jakimś czasie mają dość głuszy i wracają do swoich gniazd. I z tego, co wiem, jedni stają się uczciwi, inni nie. Jak to z ludźmi, nie wiadomo, co w kim drzemie. Ja tam nie mam nic przeciwko temu, co Augustyna robi, ale inni owszem. Ludzie boją się jej podopiecznych i Augustyna na każdym kroku odczuwa niechęć sąsiadów. Dlatego jest nieufna, gdy pojawiają się obcy. Więcej nie powiem, bo to moja sąsiadka, a sąsiad tu jest jak rodzina. Ale kiedy będziecie słuchać gadania, pamiętajcie, że ludzkie przywary dane są nie skądinąd, ale od samego Boga.
- A co to za piec, który stoi u niej na podwórku? - spytałam. - Wygląda jak te z krematorium.
- To piec do wypalania ceramiki. Augustyna tym się zajmuje. Kiedyś jej świętej pamięci ojciec, a potem mąż wypalali cegły. Ona robi miski, dzbany, zabawki z gliny, zdobi je tutejszymi motywami i sprzedaje na targu. Z tego żyje. Z tego się utrzymuje razem ze swoimi podopiecznymi. Uczy ich tego rzemiosła. Jednemu tak się spodobało, że założył firmę wyrabiającą kafle do starych pieców. Sprzedaje je na cały świat i zarabia kupę forsy. Wspiera swoją opiekunkę, daje pieniądze na tutejszą szkołę i kościół. Dzięki temu ludzie tak bardzo się jej nie czepiają.
- A teraz kto z nią mieszka?
To ja zadałam pytanie. Damian siedział jak kołek.
- Kobieta, która zabiła męża. Już wcześniej tu była i jak ją wypuścili, wróciła. Powinna przenieść się gdzie indziej i spróbować od nowa, ale sęk w tym, że jest tu uwiązana.
- Jak to uwiązana? Nie rozumiem.
- Ja też nie za bardzo, ale niektórych rzeczy nie da się zrozumieć. Niektórzy ludzie noszą powróz w sobie.
Trzy godziny później wróciliśmy do Augustyny Wilk.
Już z daleka widziałam unoszący się z wysokiego komina pióropusz dymu. Wyglądał złowieszczo. Zaszczypało mnie pod powiekami, jakby ten odległy dym dostał się do oczu. Musiałam pomrugać, żeby nie zaszły łzami. Kogoś było mi żal, ale jeszcze nie wiedziałam, kogo.
"Żandarm" widocznie powiedziała o naszej wizycie, bo tym razem dwie kobiety stały na podwórzu i z dłońmi przysłaniającymi oczy przed słońcem wypatrywały nas. Jedną z nich była zapewne Anna Maria.
Byliśmy oczekiwani.
Jedna ruszyła ku nam, gdy cumowaliśmy kajak przy pomoście. Poznałam ją po chodzie. Minęło sporo czasu, a poruszała się zupełnie tak samo, jak dawniej, gdy przemierzała szkolne korytarze. Damian bezwiednie uniósł się w kajaku, aż zachybotaliśmy się niebezpiecznie. Już sama nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, pozwalając na to spotkanie. I czy nie byłoby rozsądniej dać się wywrócić kajakowi, by choć na moment odwlec wizytę. Nie, to głupie. Było już za późno na jakiekolwiek korekty. Zmoczenie się w jeziorze i tak nic by nie dało.
Dotknęłam pleców Damiana, by siedział spokojnie, bo jeszcze sto metrów do brzegu.
Zrozumiał i opanował się.
Przełknęłam ślinę.
Była gorzka.
- To już dwadzieścia dwa lata - powitała Damiana. - Co za niespodzianka. A to twoja żona?
Głos Anny Marii brzmiał miło, ale było w nim coś, co kazało mieć się na baczności. Poczułam gęsią skórkę na plecach. A może tylko tak mi się wydawało.
Wyciągnęła do mnie rękę.
- Pamiętam cię. Byłaś w klasie profesora Gala. Nie miałyśmy ze sobą wiele wspólnego, ale zapamiętałam cię, jak przyszywałaś tarczę po drodze do szkoły, bo ulicami szła wieść, że nie wpuszczają tych, co nie mają przyszytych. Pożyczyłaś mi igłę i nici.
Byłam zdziwiona. Żadne takie zdarzenie nie utkwiło mi w pamięci. Pewnie pomyliła mnie z kimś innym, ale może rzeczywiście coś takiego miało miejsce. Wtedy wszyscy nosiliśmy przy sobie igłę i nici. Odrywaliśmy tarcze, wychodząc ze szkoły, i przyszywaliśmy je w drodze do. Ale tak naprawdę wątpiłam, by mnie zapamiętała z jakiegokolwiek powodu. Chciała być po prostu miła.
Z Damianem przywitała się serdecznie, ale po koleżeńsku, bez śladu owej podskórnej nuty intymności, jaka pojawia się między ludźmi, którzy byli ze sobą blisko. On spodziewał się czegoś więcej, jakiejś iskry, w każdym razie czegoś bardziej osobistego od zwykłego przytulenia z poklepaniem. Nic takiego nie nastąpiło, żadna iskra nie przeskoczyła. Zdawałam sobie sprawę, że Damian poczuł się skonsternowany, wręcz upokorzony faktem, że Anna Maria nie zapamiętała go jako kochanka. Wychwyciłam jego żal. Chłód był zdaje się normalnym stanem tej kobiety. To spostrzeżenie z miejsca przywróciło mi dobry humor. Wolałam nie brać pod uwagę możliwości, że jedynie moja obecność przyczyniła się do owej obojętności. Chociaż takie iskrzenie pojawia się albo nie, bez względu na okoliczności i obecność osób trzecich.
W twarzy Anny Marii nie było też nic, co kazałoby się domyślać dramatu, jaki miał miejsce w jej życiu. To, co się dostrzegało, to urodę w szczytowym okresie wieku dojrzałego, jednak całkowicie wyjałowioną z powabu. Owszem, chciałoby się na nią patrzeć i tylko na tym poprzestać. Tkwiło w niej coś ostrzegawczego: "Uwaga, nie zbliżać się, grozi niebezpieczeństwem". Chociaż równie dobrze mogła być to jedynie gra mojej wyobraźni.
- Macie bagaże? - spytała. - Wnieście je do domu. Mam nadzieję, że zostaniecie na noc.
Nie planowaliśmy tego.
Ja nie planowałam. Damian też chyba nie. Taką przynajmniej miałam nadzieję.
Wyjaśniliśmy, że mamy wszystko w kajaku i, jak zajdzie taka potrzeba, to rozpakowanie zajmie nam chwilę.
Niespiesznie, krokiem zwiedzających przeszliśmy przez obszerną sień i wyszliśmy na werandę po drugiej stronie domu. Jezioro stąd było niewidoczne, za to otwierał się widok na ogród, w nim zastawiony stół, dalej sad, pola i las.
Czekały na nas z obiadem.
Był wyśmienity. Smakował mi i przestałam skupiać uwagę na Annie Marii. Interesowała mnie bardziej ta druga.
Damian jadł w roztargnieniu, a Anna Maria odzywała się tylko z konieczności, chociaż w tym niemówieniu nie było żadnej nieuprzejmości. Rozmawiała z nami głównie Augustyna. Wypytywała o drogę, jak się nam płynęło, dokąd zmierzamy. Rozgadała się. Miałam wrażenie, że chciała zrównoważyć milczenie tamtych dwojga. W każdym razie opowiadała ciekawie o wypalaniu ceramiki.
- Chce pani zobaczyć proces wypalania? - spytała, zwracając się konkretnie do mnie.
Jasne, że chciałam i ledwie skończyłam jeść, zgarnęła mnie i zabrała do pracowni. Damian nie był zainteresowany. Wolał zostać przy stole razem z Anną Marią.
- Dajmy im czas, niech pogadają - szepnęła. - Bez obawy.
A więc wiedziała.
A więc było coś, co musieli sobie wyjaśnić.
"Bez obawy" - dodała.
No cóż. Trudno w takiej sytuacji nie mieć obaw, ale teraz nie było co się buntować. A proces produkcji ceramiki naprawdę mnie zainteresował.
Augustyna pokazała mi kafle przygotowane do wypalania. Malowane były we wzory charakterystyczne dla tych rejonów, z elementami jeszcze starszych, pogańskich kultur sięgających czasów Jaćwingów.
- Turyści przepadają za takimi pamiątkami. Myślą, że wraz z kawałkiem gliny nabywają tajemne formuły gwarantujące im pomyślność i wieczne życie. Ledwo nadążamy z dostawami. Mamy zamówienia na dwa razy więcej, ale nie dajemy rady.
Pokazała mi, jak działa piec, jak układa się mokre kafle, dzbany, misy, gwizdki i inne duperelki.
Samo załadowanie pieca zajęło nam dobrą godzinę. To ciężka praca i do jej wykonania potrzebne były dwie osoby, a skoro Anna Maria zajęta była moim mężem, więc pomogłam Augustynie Wilk. Gdy chciała, potrafiła być miła.
Trochę się zmachałam, nim wreszcie wszystko znalazło się w piecu, ale taki wysiłek był mi potrzebny; pozwolił odpocząć myślom.
Wreszcie zaryglowała drzwi i skinęła głową, że fajrant.
Otarłam spoconą twarz.
Należał mi się odpoczynek. I zapłata.
Zapłatą mogła być odpowiedź na pytania, które chodziły mi po głowie. Zaczęłam od mniej ważnych.
- Wiem od pana Stargałły, rybaka, u którego się zatrzymaliśmy, że opiekuje się pani byłymi więźniami. Czy wydam się pani nadmiernie wścibska, jeśli spytam, czemu pani to robi?
Uniosła jedną brew, jakby była niechętna takim pytaniom albo jakby się dziwiła, czy rzeczywiście mnie to interesuje. Jednak rozumiała, że mam prawo oczekiwać rekompensaty za wykonaną pracę i udzieliła mi odpowiedzi:
- Przez wiele lat pracowałam w więziennictwie, zrezygnowałam dopiero, gdy mój mąż zachorował. Brakowało nam pieniędzy i żeby dorobić, wynajmowałam pokoje na lato. Ale gdy kilka lat temu mąż zmarł, postanowiłam, że wrócę do tego, co robiłam dawniej, tylko w innej formie. Zgłosiłam pomysł resocjalizacji i kupili go. Podesłali na próbę chłopaka, który spędził w więzieniu większość życia. Mieszkał u mnie dwa lata, zanim zdecydował się iść na swoje. Ożenił się, jest teraz szefem dużej firmy, ma dwóch synów. Udał mi się. I od tej pory zawsze ktoś u mnie mieszka.
- Odmienia ich pani?
Spytałam tylko o to, do czego zmierzała jej relacja; że jest cudotwórczynią. Nie zamierzałam kpić, ale wbrew intencji, w moim głosie zadźwięczało niedowierzanie, ironia, sama nie wiem co.
Przestraszyłam się, że się obrazi. Nie chciałam tego.
Nie obraziła się. Potaknęła z powagą.
- W jakiś sposób, owszem. Może nie ja, ale otoczenie, które pozwala na wyciszenie i rozmowę z własną duszą. Tutaj mają możliwość dowiedzieć się, kim naprawdę są i czego pragną. Dla wielu to pierwsza taka okazja w życiu. Jeśli z niej skorzystają, czuję się usatysfakcjonowana.
- A Anna Maria? Co takiego zrobiła? Przepraszam, że pytam, ale naprawdę nie wiem. Jesteśmy tu, bo mój mąż nie może spokojnie zasnąć, odkąd poznał krążące o niej plotki. W czasach licealnych łączyło ich uczucie, potem minęło, ale on w jakiś sposób czuje się odpowiedzialny za jej los. Tak to odbieram. Sądzę, że to poczucie winy jest bezsensowne, ale kocham go i dlatego tu jestem. Chciałabym wiedzieć, co się stało, by zrozumieć jego wątpliwości. Jedynie pani może mi pomóc.
Zamilkłam zdumiona własną bezpośredniością.
Spodziewałam się odmowy, zasłonięciem się tajemnicą służbową i takimi tam. I znów się zdziwiłam. Mój głos jeszcze obijał się o ściany, gdy odpowiedziała, prosto z mostu, bezceremonialnie:
- Zabiła męża, bo zabrał jej dziecko.
Zabrzmiało to jak usprawiedliwienie.
Wstrząsnął mną dreszcz.
- Jak to?
I tym razem zareagowała natychmiast:
- Wbiła mu nóż i dostała dziesięć lat. Odsiedziała i jest wolna.
Czułam się przytłoczona tym, co usłyszałam, ale skoro odpowiadała bez żadnych oporów, zadałam kolejne pytanie. Czułam, że wręcz na nie czekała. Chciała, bym spytała.
Spytałam.
- Czemu to zrobiła?
- Odeszła od niego, a on nie chciał pozwolić, by zabrała dziecko. Zrobił wszystko, by uniemożliwić jej kontakty z córką. Była pod wpływem emocji, gdy chwyciła za nóż.
Mówiąc, przyglądała się mojej twarzy, a że wyczytała w niej ciekawość, mówiła więcej i więcej. Przedstawiała rodzinny dramat ze szczegółami, z wyżyn człowieka rozumiejącego motywy ludzkiego działania. Słuchałam, a ona mówiła chętnie, rozkręcała się i wyrzucała słowa z prędkością karabinu maszynowego. Prezentując postać męża, sugerowała otwarcie, że należał mu się taki los.. W jej opowieści była jakaś zajadłość, pobrzmiewająca osobistą urazą, niemal mściwością. Słuchając, miałam wrażenie, że wszystko wokół chwieje się i wynaturza, a w duszy ćmi, jakby coś wymykało się z rąk.
Zdumiała mnie szczerze, zszokowała, przestraszyła.
Próbowałam doszukać się racji w podsuwanych mi obrazach, ale nie umiałam sobie z tym poradzić. Jej sposób rozumowania zupełnie mi nie odpowiadał. Czułam się zdezorientowana i niepewna.
W pewnym momencie słuchanie jej stało się nie do wytrzymania.
- Z tego, co pani twierdzi, wynika, że Anna Maria postąpiła słusznie - podsumowałam jej tyradę.
- Tak właśnie twierdzę - kiwnęła głową na znak, że rozumie się to samo przez się.
Wariatka, pomyślałam.
Na usta cisnęły mi się słowa dezaprobaty, ale trochę jej się bałam. Stała przy rozpalonym do czerwoności piecu jak Baba Jaga. Jednak nie zdołałam powstrzymać się przed wyrażeniem wątpliwości:
- Nic nie usprawiedliwia zabójstwa, bez względu na powody.
Przekrzywiła głowę i patrzyła na mnie chmurnie. Już nie wyglądała na zadowoloną. Wiedziałam, że to koniec naszej krótkiej przyjaźni. Augustyna Wilk nie była osobą, która dopuszcza inny punkt widzenia.
- Wolno mieć pani własne zdanie - stwierdziła jadowicie.
Nie zabrzmiało to dobrze. Źle zrobiłam, pozwalając sobie na sceptycyzm.
Zapadła cisza.
Piec huczał złowieszczo za moimi plecami.
Skoro nie miała mi już nic do pokazania w kwestii techniki wypalania gliny, zdecydowałam się podziękować i wyjść. Bałam się, że zastąpi mi drogę. Ale nie.
Odetchnęłam świeżym powietrzem. Damian i Anna Maria nadal siedzieli przy stole w ogrodzie. Ciągle rozmawiali.
W głowie nadal rozbrzmiewał mi głos Augustyny Wilk. Potrzebowałam czegoś bardziej optymistycznego.
Ruszyłam drogą w stronę wsi, bo tam był sklep. Skoro i tak nie miałam tu nic do roboty, postanowiłam załatwić zakupy. Spacer przywrócił mi jako taką równowagę ducha.
Sklepowa nudziła się w pustym sklepie. Stała w drzwiach i patrzyła, jak nadchodzę.
- Pani idzie od Augustyny? - spytała, patrząc na mnie kosym okiem.
Z miejsca zrozumiałam, co ma na myśli.
- Tak, ale jesteśmy tylko turystami - zaprzeczyłam z miejsca jej przypuszczeniom. - Płyniemy z mężem kajakiem i zatrzymaliśmy się przy jej pomoście. Zaprosiła nas na obiad i pokazała proces produkcji ceramiki.
Sklepowa pokręciła głową, jakby moja opowieść o gościnności stała w sprzeczności z jej opiniami na temat Augustyny.
W zasadzie mówiłam prawdę. Może nie całą, ale nie jestem pasjonatką spowiadania się ze wszystkiego człowiekowi pierwszy raz napotkanemu na swojej drodze. Za to sklepowa owszem. Wystarczyło, że kupiłam kilka konserw, a wyjawiła mi, co sądzi o sąsiadce zza miedzy:
- Lepiej uważajcie, bo to dziwna kobieta. Tak jak inni przygarniają bezpańskie psy, tak ona przygarnia wszelkiego asortymentu wykolejeńców. Zawsze u niej mieszka jakiś świr, który dopiero co wyszedł z więzienia. Augustyna twierdzi, że pomaga im odnaleźć sens życia. Może i tak. Są tacy, których wzrusza to, co ona robi, innych irytuje, u jeszcze innych wzbudza strach.
- Dlaczego?
Wzruszyła ramionami.
- Moim zdaniem, ona jest szalona i tym szaleństwem zaraża swoich podopiecznych. Utwierdza ich w przeświadczeniu, że nie zrobili niczego złego, usuwając z drogi tych, którzy byli przeszkodą w realizacji ich pasji. Myślę, że tak nie wolno. Tym ludziom niepotrzebne są takie nauki. Oni swoje kary odbyli i lepiej, żeby je zaakceptowali, a resztę życia wykorzystali do naprawy zła, które wyrządzili. Choćby ta kobieta, która teraz z nią mieszka. Nie wiem, jaka była wcześniej, ale gdy przyjechała tu pierwszy raz, miała męża i dziecko. Może już wtedy była nieszczęśliwa, kto wie, ale tragedia, która potem nastąpiła, tutaj miała swój początek. Mieli pecha, że wynajęli pokój właśnie u Augustyny.
Nadstawiłam ucha. To coś nowego.
Byłam ciekawa, na czym polegał ów pech i jaki związek miał wakacyjny pobyt Anny Marii u Augustyny z tragedią, jaka nastąpiła kilka miesięcy później. Dokupiłam jeszcze cukierków, a wraz z nimi dalszy ciąg opowieści.
- Pokłócili się. On zabrał dziecko i wyjechał, ona została. Została na dobre, jakby ją kto tu uwiązał. Augustyna ją zaakceptowała i przygarnęła. Tamta wyjechała stąd tylko raz, po dziecko, ale mąż nie chciał go oddać, więc zabiła męża.
- A co ją tu zatrzymało? - zdziwiłam się. - Rozumiem, że jeziora, że przyroda i w ogóle, ale po to są urlopy, żeby wracać.
Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. Ktoś przyszedł i nic więcej nie chciała mi już powiedzieć.
Wracałam wolnym krokiem, jakbym szła za niewidzialnym konduktem. Miałam nadzieję, że gdy dotrę na miejsce, będzie już po rozmowie i zaczniemy się zbierać. Wolałam nie dopuszczać do siebie myśli, że Damian zechce zostać tu dłużej. Opowieść sklepowej trochę mnie rozstroiła.
Stół był już uprzątnięty.
Anna Maria kręciła się po werandzie. Wydawała się jakaś nieswoja, przejęta. Udała, że mnie nie zauważyła i zniknęła w głębi domu. No i dobrze. Też nie miałam ochoty znaleźć się z nią sam na sam. Jednak coś w tej ucieczce wydało mi się dziwne. Rozejrzałam się, czy gdzieś w pobliżu nie ma Damiana, ale nigdzie go nie było. Nie bardzo wiedziałam, co o tym myśleć i co ze sobą zrobić. Może powinnam tam wejść i zażądać natychmiastowego zwrotu mojego męża, ale wydało mi się to głupie.
Postanowiłam jeszcze poczekać.
Zeszłam na brzeg, by upchnąć zakupy w zakamarkach naszego ruchomego domu. Kajak tkwił pod pomostem tak, jak go zostawiliśmy. Poza szumem trzcin i pluskiem wody panowała cisza. Nie wiem dlaczego, ale narastało we mnie wrażenie, że znalazłam się w pułapce. Ktoś na mnie czyhał.
Szczerze mówiąc, zaczęłam się trochę bać.
Mijał czas, a ja nie mogłam zdecydować się, co robić.
Zaczęłam się niepokoić. Najpierw wyobraziłam sobie Damiana leżącego w wodzie z nożem w sercu. Potem w piecu razem z kaflami. Ale prawdziwe dławienie w gardle poczułam, gdy na miejscu Damiana zobaczyłam siebie. No nie.
- Dość tego - powiedziałam rybom.
Wstałam i ruszyłam w stronę zabudowań, by odszukać swojego męża i zmusić go do opuszczenia tego miejsca, nim będzie zbyt późno. Za nic w świecie nie chciałabym zostać tu na noc. Ale nim się ruszyłam, niespodziewanie w polu mojego widzenia pojawiła się Augustyna. Weszła do oświetlonego budynku z piecem. Chyba nadszedł czas na wygaszenie.
Znieruchomiałam.
Stałam w cieniu i byłam dla niej niewidoczna. Chwilę potem zjawiła się Anna Maria. Wynurzyła się spomiędzy drzew i, podobnie jak ja, stanęła w cieniu. Ona mnie nie widziała, ja ją tak. Wyglądała, jakby czekała na coś. Albo na kogoś. Niecierpliwiła się. Czułam napięcie, wstrząsało nią raz po raz. Nie radziła sobie z nim.
Zesztywniałam.
Poczułam zimny dreszcz grozy w sercu i podbrzuszu.
Owładnęło mną poczucie krzywdy.
Do diabła, do diabła, czemu się zgodziłam na tę wyprawę?
Ale jej nie chodziło o Damiana. Patrzyła na Augustynę. Chłonęła ją wzrokiem. Rozejrzała się jeszcze raz i weszła do środka. Podeszła do tamtej i objęła jej biodra. Ten gest powiedział mi wszystko. W jednej chwili rozumiałam, co miała na myśli sklepowa i wcześniej rybak. Powróz, którym Anna Maria była związana, nosiła w sobie. To prawda. Obie były szalone i w tym szaleństwie szczęśliwe. Stały w świetle, jak na scenie, nie zwracając uwagi na nic. Istniały tylko dla siebie. Były bezwstydne w tej miłości. Nie wiedziałam, gdzie podziać zakłopotane spojrzenie.
W głowie mi łomotało.
Wycofałam się.
Usiadłam na pomoście. Zanurzyłam nogi w wodzie, obserwowałam rozchodzące się fale i czekałam na Damiana. Pragnęłam, by już dołączył do mnie, byśmy mogli odpłynąć. Robiło mi się gorąco na myśl, że zostalibyśmy tu na noc, a Damian mógłby to zobaczyć. Żeby odpędzić tę zmorę, schyliłam się, nabrałam wody i obmyłam twarz. Pozwoliłam kroplom ściekać w dół. Potem pomoczyłam twarz jeszcze raz. Potem już tylko patrzyłam na spokojną powierzchnię wody. Chciałam już stąd odjechać, opuścić to miejsce i te kobiety zakochane w sobie, szalone.
Kaczory darły się w przybrzeżnym sitowiu. Nie usłyszałam zbliżających się kroków.
Poczułam dłoń na ramieniu. Na szyi.
Zadrżałam.
- Chciałbym już wyjechać - powiedział Damian. - Nic tu po nas.
- Jestem gotowa. Czekałam na ciebie.
- Ruszajmy od razu, żebyśmy nie błądzili po ciemku. Przenocujemy u rybaka. Pewnie czeka na nas z kolacją.
Nie spytałam, czy wie.
O niektóre rzeczy lepiej nie pytać.
Słońce opadało za las. Na falującym rozlewisku ostatni brzask zachodu odbijał się od wody. Na drugim brzegu jeziora ciągnął się sosnowy las. Pobrzeżną ścieżką szła sarna.
Było pięknie.