Bajdurki - Janina Porazinska

Kup ebooka

7.99 zł
6.39 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CIACHU - CIACHU - CIACH

Janicku, Janicku,

cóz to mas na licku?

- Cerwone lelije.

- Podarujze mi je.

Śpiewa sobie pasterka Justysia. Śpiewa idąc za gąskami. A tych gąsek gromada, bo to i swoje, i sąsiadowe.

- E, czerwonej lelii to mi nie trzeba. Mam swoją na liczku. Ale co ładna spódniczyna, a kaftanik, a zapaska - to by mi się zdały.

Oj, zdałyby się!

Bo ta Justysi kiecuszka to na rosach zaszargana, na cierniach podarta, na rżysku wystrzępiona, a i od słońca spłowiała. Deszcz z barwistości do ostatka ją wyprał. Szary, szareńki kurz się w nią nabił.

A tu na świecie tyle różności kolorów - co cud!

Patrzy pasterka na niebo, a niebo jest modrzyste i obłoki po nim płyną srebrem obrzeżone albo i złotą nicią obdziergane. A pod zniżające się słonko ścielą się chmury czerwono-promienne; szparami tu i tam wyziera niebo to niebieskie, to zielone, to szmaragdowe, to mieniące się jak perły.

Jak te perły na jarmarcznych straganach w Szczercowie.

- Hej, takie ci mieć obleczenie!

Idzie Justysia za gąskami po pastwisku nad rzeką. Młoda wiosna jest to dopiero. Ale że słonko już od miesiąca mocno grzeje, a nocami ciepłe deszcze przechodzą - to i trawy podrosły wysoko, stokrocie się już bielą, a tej drobnej żywizny pełno po ziemi biega, w powietrzu bzyka i furkoce.

Idzie pasterka brzegiem rzeki, o tych modrościach, o tej czerwieni na niebie myśli, aż tu widzi - po trawie lezie rak. Wielkie raczysko. Lezie i nożycami tnie: ciachu-ciach-ciach.

A z tym rakiem to tak było: Żył on sobie w rzece, norę tam miał w gliniastym brzegu. Wielkie to było raczysko, to i szczypce miał wielkie. I wciąż przednie łapska z nory do rzeki wysuwał, i wciąż nożycami ciachał: ciach, ciach, ciach...

Gniewało to rzekę, że ją tak nożycami kraje a kraje.

I tak - raz nocą chce sobie woda śpiewać potoczysto, drobnofalisto.

"Jeden miesiączek na niebie,

drugi miesiączek na wodzie,

na wodzie.

Oj, przypatrz ty się, noceńko,

mojej srebrzystej urodzie,

urodzie!..."

A tu rak jej piosenkę szczypcami kraje i kraje na kawałki. Ani z tego zrozumienia, ani z tego śpiewu. Jedno drugiego się nie trzyma:

"Je... bul-bul-bul... den... bul-bul-bul... miesią... bul-bul-bul... czek-czekczek..."

E, do licha z tym krajaczem!

Rozgniewała się woda i jak tylko rak wylazł z nory, chwyciła go, zakołysała i fyrt! wyrzuciła na brzeg:

- Siedźże se tam, nie psoć mi dłużej!

I tu go Justysia ujrzała. A gdy go ujrzała, mówi:

- Raku, krajesz a krajesz nożycami po próżnicy. Ukrajałbyś mi tej zachodowej czerwieni na spódniczkę, a tej niebieskości na kaftanik, a tej, zieloniutkiej gładzizny na zapaskę. I żeby sreberko było na okolenie, i żeby złote cekiny były na naszycie... Oj, to bym cię za to kochała!

A rak mówi:

- Czemu nie! Moje nożyce potrafią wszystko naciąć. Idźże sobie za gąskami, a ja ci tu tych kolorów naszykuję.

Poszła Justysia gąsek pilnować.

Rak właśnie dopiero co dojrzał nieżywego kreta i chciał zabrać się do uczty - ale trudno. Mógł nie obiecywać. Ale jak obiecał, to musi zrobić. Musi Justysi naciąć.

Wyciągnął więc nożyce ku zachodowi... ale gdzie tam! Do barwiczek na zachodzie dostać nie może.

- Wlezę na tę górkę, to z wierzchołka, ani chybi, do nieba dosięgnę. Lezie raczysko po raczemu tyłem, tyłem się cofa pod górę, pod górę... Lazł całą godzinę, no i wreszcie wlazł na wierzchołek. Wyciągnął nożyce ku zachodowi.

- Eeee... gdzie tam!

Wspiął się na pazurki.

- Ani myśleć, ani myśleć, żeby dostać.

Złazi raczysko w dół, złazi po raczemu tyłem, tyłem i myśli:

"Co też tam się dzieje z moim kretem? Czy go aby kto nie porwał? Czy go kto nie zjadł? Czy go żuki grabarze w ziemi nie zagrzebały?"

O Justysi zapomniał.

Ale zaledwie swymi oczyskami, na słupkach, zakręcił w lewo i w prawo, dojrzał Justysię, że już gąski z pastwiska spędza.

Przystanął, zadumał się, o krecie zapomniał.

- Obiecałem, a nie nakrajałem. Co jej powiem? Co powiem?... Aha!

A Justysia już go dopadła.

- Nakrajałeś, raku, dla mnie kolorów?

- Nakrajałem, a jakże, nakrajałem. Niebieskiego na kaftanik, zielonego na zapaskę i jeszcze srebra na dziergotkę, i jeszcze złota na centusie.

- Ojejej!... - skacze Justysia z radości. - A gdzież to masz?

- A no, widzisz... zobaczyły ważki (co to je jeszcze nazywają panny albo świtezianki), żem nakrajał tych barwistych płatków, przyleciały i porwały mi wszystko dla siebie na sukienki.

- A nie kłamiesz ty, raku?

- Prawdę szczerą mówię. Jak mi nie wierzysz, to pobiegnij tam, gdzie się trzciny kołyszą, popatrz.

Pobiegła Justysia i widzi... prawdziwie! Latają tam ważki, świtezianki, panny. Te modro przybrane, te - złociście, te - niebiesko. A wszystkie mają skrzydełka srebrne.

- Czemuście mi kolory zabrały? To było dla mnie! - krzyknęła Justysia.

Ale ważki, świtezianki i panny kołysały się dalej spokojnie na trzcinach i nic a nic sobie nie robiły z Justysinego krzyku.

Przypomniała sobie pasterka o spódniczce, więc biegnie z powrotem do raka i pyta:

- A czerwieni mi nakrajałeś?

- A jakże. A jakże.

- To gdzież ona jest?

- A no, widzisz... jak zobaczyły tę czerwień kowaliki, to zaraz przybiegły i zabrały ją na swe żupany.

- A nie kłamiesz ty, raku?

- Szczerą prawdę mówię. Jak nie wierzysz, to pobiegnij do olszowego zagajnika, popatrz.

Pobiegła Justysia i widzi... Po olszowych pniach łażą do góry i na dół, do góry i na dół kowaliki, a każdy w czerwonym żupaniku, każdy wygląda jak koralik żywy.

- Czemuście mi zabrały, co rak nakrajał? To było dla mnie na spódniczkę! - krzyknęła Justysia.

Ale kowaliki ani przystanęły; wciąż to pięły się po pniu w górę, to zbiegały w dół. Nic sobie z Justysinego krzyku nie robiły.

A tymczasem... słonko już zaszło niebo już zszarzało, chmury już spopielały.

Mrok snuje się ziemią, snuje się niebem - do reszty kolory ugasza.

Wraca Justysia do raka, a zła, aż czerwona.

Przeląkł się rak. O krecie już wcale nie myśli. Pragnie już tylko Justysię ułagodzić.

- Jak chcesz, to ci nakraję...

- Co? Tych szarości, tych mroczysków? Oszukałeś mnie! Kłamcą jesteś!

Rak chciał zawołać:

- Nie jestem kłamcą! Do nieba nie mogłem dostać! A że o tych pannach, o tych kowalikach - to co? Dziś jest przecież pierwszy kwietnia, prima aprilis, to wolno zwodzić.

Chciał tak zawołać, ale me zdążył.

Chwyciła go Justysia, podniosła w górę i machnęła.

Rak poleciał w górę, jakby miał skrzydła. Od tego bystrego a niespodziewanego pędu wszystko, co chciał powiedzieć, poplątało się biedakowi w jego skorupiastej głowie. Więc krzyknął tylko:

- Do nieba prima aprilis!

I plums! wpadł do rzeki.

Zaburzyła się woda, rozeszły się po niej koła, zakołysały się trzciny.

Rak oparł się o dno rzeczne.

Jasność dnia zagasła. Zatliła się jasność nocy. Wielki, pyzaty księżyc wysunął się zza lasu i dźwignął się w górę, i srebrniał, i drżał.

Przeszedł przez oziminę, przez podorywkę, zamigotał w okienku Wojtaszkowej chałupy, przelazł przez chruśniak i powędrował orosiałym pastwiskiem ku wodzie.

Jak olbrzymi ze szczerego srebra ukuty talar położył się na rzece.

Rzeka zapląsała z radości i chciała zaśpiewać:

"Jeden miesiączek na niebie,

drugi miesiączek na wodzie,

na wodzie.

A przypatrz ty się, noceńko,

mojej srebrzystej urodzie,

urodzie!..."

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.