CIACHU - CIACHU - CIACH
Janicku, Janicku,
cóz to mas na licku?
- Cerwone lelije.
- Podarujze mi je.
Śpiewa sobie pasterka Justysia. Śpiewa idąc za gąskami. A tych gąsek gromada, bo to i swoje, i sąsiadowe.
- E, czerwonej lelii to mi nie trzeba. Mam swoją na liczku. Ale co ładna spódniczyna, a kaftanik, a zapaska - to by mi się zdały.
Oj, zdałyby się!
Bo ta Justysi kiecuszka to na rosach zaszargana, na cierniach podarta, na rżysku wystrzępiona, a i od słońca spłowiała. Deszcz z barwistości do ostatka ją wyprał. Szary, szareńki kurz się w nią nabił.
A tu na świecie tyle różności kolorów - co cud!
Patrzy pasterka na niebo, a niebo jest modrzyste i obłoki po nim płyną srebrem obrzeżone albo i złotą nicią obdziergane. A pod zniżające się słonko ścielą się chmury czerwono-promienne; szparami tu i tam wyziera niebo to niebieskie, to zielone, to szmaragdowe, to mieniące się jak perły.
Jak te perły na jarmarcznych straganach w Szczercowie.
- Hej, takie ci mieć obleczenie!
Idzie Justysia za gąskami po pastwisku nad rzeką. Młoda wiosna jest to dopiero. Ale że słonko już od miesiąca mocno grzeje, a nocami ciepłe deszcze przechodzą - to i trawy podrosły wysoko, stokrocie się już bielą, a tej drobnej żywizny pełno po ziemi biega, w powietrzu bzyka i furkoce.
Idzie pasterka brzegiem rzeki, o tych modrościach, o tej czerwieni na niebie myśli, aż tu widzi - po trawie lezie rak. Wielkie raczysko. Lezie i nożycami tnie: ciachu-ciach-ciach.
A z tym rakiem to tak było: Żył on sobie w rzece, norę tam miał w gliniastym brzegu. Wielkie to było raczysko, to i szczypce miał wielkie. I wciąż przednie łapska z nory do rzeki wysuwał, i wciąż nożycami ciachał: ciach, ciach, ciach...
Gniewało to rzekę, że ją tak nożycami kraje a kraje.
I tak - raz nocą chce sobie woda śpiewać potoczysto, drobnofalisto.
"Jeden miesiączek na niebie,
drugi miesiączek na wodzie,
na wodzie.
Oj, przypatrz ty się, noceńko,
mojej srebrzystej urodzie,
urodzie!..."
A tu rak jej piosenkę szczypcami kraje i kraje na kawałki. Ani z tego zrozumienia, ani z tego śpiewu. Jedno drugiego się nie trzyma:
"Je... bul-bul-bul... den... bul-bul-bul... miesią... bul-bul-bul... czek-czekczek..."
E, do licha z tym krajaczem!
Rozgniewała się woda i jak tylko rak wylazł z nory, chwyciła go, zakołysała i fyrt! wyrzuciła na brzeg:
- Siedźże se tam, nie psoć mi dłużej!
I tu go Justysia ujrzała. A gdy go ujrzała, mówi:
- Raku, krajesz a krajesz nożycami po próżnicy. Ukrajałbyś mi tej zachodowej czerwieni na spódniczkę, a tej niebieskości na kaftanik, a tej, zieloniutkiej gładzizny na zapaskę. I żeby sreberko było na okolenie, i żeby złote cekiny były na naszycie... Oj, to bym cię za to kochała!
A rak mówi:
- Czemu nie! Moje nożyce potrafią wszystko naciąć. Idźże sobie za gąskami, a ja ci tu tych kolorów naszykuję.
Poszła Justysia gąsek pilnować.
Rak właśnie dopiero co dojrzał nieżywego kreta i chciał zabrać się do uczty - ale trudno. Mógł nie obiecywać. Ale jak obiecał, to musi zrobić. Musi Justysi naciąć.
Wyciągnął więc nożyce ku zachodowi... ale gdzie tam! Do barwiczek na zachodzie dostać nie może.
- Wlezę na tę górkę, to z wierzchołka, ani chybi, do nieba dosięgnę. Lezie raczysko po raczemu tyłem, tyłem się cofa pod górę, pod górę... Lazł całą godzinę, no i wreszcie wlazł na wierzchołek. Wyciągnął nożyce ku zachodowi.
- Eeee... gdzie tam!
Wspiął się na pazurki.
- Ani myśleć, ani myśleć, żeby dostać.
Złazi raczysko w dół, złazi po raczemu tyłem, tyłem i myśli:
"Co też tam się dzieje z moim kretem? Czy go aby kto nie porwał? Czy go kto nie zjadł? Czy go żuki grabarze w ziemi nie zagrzebały?"
O Justysi zapomniał.
Ale zaledwie swymi oczyskami, na słupkach, zakręcił w lewo i w prawo, dojrzał Justysię, że już gąski z pastwiska spędza.
Przystanął, zadumał się, o krecie zapomniał.
- Obiecałem, a nie nakrajałem. Co jej powiem? Co powiem?... Aha!
A Justysia już go dopadła.
- Nakrajałeś, raku, dla mnie kolorów?
- Nakrajałem, a jakże, nakrajałem. Niebieskiego na kaftanik, zielonego na zapaskę i jeszcze srebra na dziergotkę, i jeszcze złota na centusie.
- Ojejej!... - skacze Justysia z radości. - A gdzież to masz?
- A no, widzisz... zobaczyły ważki (co to je jeszcze nazywają panny albo świtezianki), żem nakrajał tych barwistych płatków, przyleciały i porwały mi wszystko dla siebie na sukienki.
- A nie kłamiesz ty, raku?
- Prawdę szczerą mówię. Jak mi nie wierzysz, to pobiegnij tam, gdzie się trzciny kołyszą, popatrz.
Pobiegła Justysia i widzi... prawdziwie! Latają tam ważki, świtezianki, panny. Te modro przybrane, te - złociście, te - niebiesko. A wszystkie mają skrzydełka srebrne.
- Czemuście mi kolory zabrały? To było dla mnie! - krzyknęła Justysia.
Ale ważki, świtezianki i panny kołysały się dalej spokojnie na trzcinach i nic a nic sobie nie robiły z Justysinego krzyku.
Przypomniała sobie pasterka o spódniczce, więc biegnie z powrotem do raka i pyta:
- A czerwieni mi nakrajałeś?
- A jakże. A jakże.
- To gdzież ona jest?
- A no, widzisz... jak zobaczyły tę czerwień kowaliki, to zaraz przybiegły i zabrały ją na swe żupany.
- A nie kłamiesz ty, raku?
- Szczerą prawdę mówię. Jak nie wierzysz, to pobiegnij do olszowego zagajnika, popatrz.
Pobiegła Justysia i widzi... Po olszowych pniach łażą do góry i na dół, do góry i na dół kowaliki, a każdy w czerwonym żupaniku, każdy wygląda jak koralik żywy.
- Czemuście mi zabrały, co rak nakrajał? To było dla mnie na spódniczkę! - krzyknęła Justysia.
Ale kowaliki ani przystanęły; wciąż to pięły się po pniu w górę, to zbiegały w dół. Nic sobie z Justysinego krzyku nie robiły.
A tymczasem... słonko już zaszło niebo już zszarzało, chmury już spopielały.
Mrok snuje się ziemią, snuje się niebem - do reszty kolory ugasza.
Wraca Justysia do raka, a zła, aż czerwona.
Przeląkł się rak. O krecie już wcale nie myśli. Pragnie już tylko Justysię ułagodzić.
- Jak chcesz, to ci nakraję...
- Co? Tych szarości, tych mroczysków? Oszukałeś mnie! Kłamcą jesteś!
Rak chciał zawołać:
- Nie jestem kłamcą! Do nieba nie mogłem dostać! A że o tych pannach, o tych kowalikach - to co? Dziś jest przecież pierwszy kwietnia, prima aprilis, to wolno zwodzić.
Chciał tak zawołać, ale me zdążył.
Chwyciła go Justysia, podniosła w górę i machnęła.
Rak poleciał w górę, jakby miał skrzydła. Od tego bystrego a niespodziewanego pędu wszystko, co chciał powiedzieć, poplątało się biedakowi w jego skorupiastej głowie. Więc krzyknął tylko:
- Do nieba prima aprilis!
I plums! wpadł do rzeki.
Zaburzyła się woda, rozeszły się po niej koła, zakołysały się trzciny.
Rak oparł się o dno rzeczne.
Jasność dnia zagasła. Zatliła się jasność nocy. Wielki, pyzaty księżyc wysunął się zza lasu i dźwignął się w górę, i srebrniał, i drżał.
Przeszedł przez oziminę, przez podorywkę, zamigotał w okienku Wojtaszkowej chałupy, przelazł przez chruśniak i powędrował orosiałym pastwiskiem ku wodzie.
Jak olbrzymi ze szczerego srebra ukuty talar położył się na rzece.
Rzeka zapląsała z radości i chciała zaśpiewać:
"Jeden miesiączek na niebie,
drugi miesiączek na wodzie,
na wodzie.
A przypatrz ty się, noceńko,
mojej srebrzystej urodzie,
urodzie!..."
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.