Legenda o Białym Jeziorze
Działo się to w czasach, kiedy na tych terenach nikt nie nadawał minionemu nazw. Dziwnych znaków, dla różnych chwil, używali tylko kupcy ciągnący niekiedy między tutejszymi mokradłami w stronę morza po jantar.
Wodnych rozlewisk było tyle, że większość z nich nie posiadała imion. Ot, mówiło się "woda koło starego dębu", albo "woda Wandów" - to od starego Wandy i jego synów, którzy ciągnęli z toni ryby.
Tylko duże wody miały nazwy strzegących je bóstw - Narie, Ewingi i Druzy pilnowały bogactw, z których żyli miejscowi, dopuszczani do wodnego świata po złożeniu zapłaty z darów ziemi dla panów wody.
Niedaleko Zantyra, pośród leśnych ostępów mieszkała w niewielkim siole gromadka bartników. Dobrzy to byli ludzie. Zwierząt nie krzywdzili, więc i one były z nimi w pokoju. Drzew nie spuszczali, a brali tyle z powalonych, ile im było trzeba. Żywili się owocami kniei i tym, co uzyskali od polnych ludzi w zamian miodu.
Była między nimi dziewczynka, na którą wołali Resynka. Śliczne z niej było dziecko i dobre. Szczególnie lubiły ją okoliczne lasy. Zawsze chodziła po zwierzęcych duktach uśmiechnięta i często nuciła wesoło.
Zwierzaki garnęły się do niej, bo i umiała z nimi rozmawiać i wiele razy temu opatrzyła skaleczoną nogę, a innemu wyciągnęła kolec, ptakowi podwiązała skrzydło, a małe włożyła do gniazda. Kochała leśny świat i on o tym wiedział.
Pewnego jesiennego wieczora, gdy zasiedziała się niemal do mroku z zającami, niespodziewanie z gęstwiny wyjechali konno dwaj przedziwnie ubrani na biało jeźdźcy w skrzydlatych hełmach. Nie widziano tu takich nigdy, chociaż różni wędrowali przez tę krainę.
Resynka nagle znalazła się między dwoma białymi ludźmi na potężnych koniach. Przerażona rzuciła się do ucieczki. Jeźdźcy popędzili za nią, jeden nawet próbował schwytać ją na arkan. Resynka biegła szybko chcąc ostrzec bartników. Las jej pomagał. Krzaki odchylały gałęzie, by zamknąć się ścianą, gdy przebiegła. Powoje wtulały się w ziemię, by szarpać po chwili końskie nogi jeźdźców w skrzydlatych szyszakach. Gdy wojownicy dopędzili dziewczynę w pobliżu jeziorka, opodal którego mieszkali bartnicy, pomógł Resynce Stary Dąb, który zrzucił na konnych z wysoka ciężki konar. Biali jeźdźcy razem z rumakami stoczyli się do wody, która natychmiast się nad nimi zamknęła.
Resynka ostrzegła bartników przed obcymi, a i las ochronił swoich przyjaciół i nie wpuścił innych jasnych ludzi w pobliże sioła.
Jeziorko w kniei zaczęto nazywać Wodą Białych Wojów, a z czasem po prostu Białym.
Woda, od zatopionych jeźdźców, przybrała świetlistą barwę. Nawet w pogodne dni ma niepokojąco biały kolor. A wieczorami, gdy opary tulą się do jej powierzchni, niektórzy widzą próbujących wyrwać się z toni białych jeźdźców. Dęby rosnące przy brzegu - potomkowie Starego Drzewa, które pomogło dziewczynce - napinają wówczas swoje gałęzie.
Wstążeczkowe Drzewo
- Po co są bajki?
- Bajki są po to, aby było inaczej.
Chłopiec otworzył książkę, ale wewnątrz strony były idealnie puste. Podobnie było w kolejnej i w następnej. Zdumiony zamarł przy biurku i nie wiedział nawet, co ma o tym myśleć, czy też nie myśleć. Gdy ma się do czynienia z niczym ciężko jest podjąć decyzję.
- Bajki zniknęły - usłyszał głos.
Na wysokości jego głowy, w pewnej odległości, wisiał w powietrzu dziwny kształt. Wyglądał jakby był zrobiony z setek papierowych krążków, które kręciły się w szalonym tempie we wszystkie strony jednocześnie, tworząc coś na kształt pękatego, trochę zwężającego się na końcach, walca. Zresztą ....momentami ruch był tak szybki, że stwór upodabniał się prawie do kuli.
- Kim jesteś? - zapytał Chłopiec.
- Jestem Bzyś - odpowiedział Bzyś - To znaczy, tak naprawdę, jestem zarejestrowany jako Pan Tofelek. Ale ... wolę być Bzysiem. Ale, ... jeśli chcesz, to możesz mówić do mnie ... Królewna Śmieszka.
- Chyba jednak prościej będzie mówić do ciebie ..."Bzyś".
- Niech będzie - zgodził się Bzyś.
- Skąd wiesz Bzysiu, że bajki zniknęły?
- Byłem tu i tam i wszędzie zniknęły.
- Wczoraj w nocy nie mogłem spać i wstałem z łóżka - zaczął opowiadać Chłopiec. - Rozchyliłem zasłony i wyjrzałem na zewnątrz. Normalnie niebo bywało ciemniejsze lub jaśniejsze, ale granatowe - w przeróżnych odcieniach swojej granatowości, lecz ... nie tym razem. Tym razem było jasnozielonkawe. Bez gwiazd i księżyca jednolite, bez jakichkolwiek przebarwień i odcieni. Płaskie i jasnozielonkawe. Na jego tle dziwnie wyglądały drzewa. Pomyślałem, że to zaskakujące, ale wróciłem do łóżka. A dziś ...
- A dziś? - powtórzył Bzyś.
- A dziś książki z bajkami są puste. Ale to nie wszystko. Nadal są tytuły na okładkach, ale ... ja zupełnie nie pamiętam, o czym są te bajki!
- Pamiętasz jakiś tytuł?
- Kopciuszek.
- Kop Ciuszek! - ucieszył się Bzyś. - To może jest bajka o kopaniu ciuszków?
Bardzo się rozbrykał ucieszony swoim pomysłem i zaczął jak szalony latać po całym pokoju.
- No, nie wiem ... - zafrasował się Chłopiec. - Chyba nie o kopaniu ciuszków.
- To o czym?
- Nie pamiętam.
- A inne?
- Także nie pamiętam.
- To musisz po prostu napisać nowe bajki. Gdy napiszesz jakąś, to może przypomną ci się te zaniknione i wtedy wszystko będzie po staremu, a nawet po staremu i po nowemu, bo będziesz miał bajki znane i świeże. Staronowe. Bajanki, bajaneczki i bajadurki.
- I o czym miałbym pisać?
- Napisz, na przykład, o anielskim smoku i siedmiu żołędziach. Albo, albo ... o krasnoludkach i stokrotce Rysia. O MyszoLwie możesz, no i możesz też spróbować opisać przygody Jasia i Małgosi, z tysiąca i jednego dnia, na latającym bałwanie. I o Kocie Bosonogim. I o Królowej bez Śniegu. A najlepiej napisz o zakopalni.
- Co to jest zakopalnia?
- Hmm... Jest kopalnia - kopiesz i wykopujesz. I jest zakopania - kopiesz i zakopujesz.
- A czemu to robię?
- Jeśli chcesz coś wykopać, to owo coś musi być najpierw zakopane. Inaczej kopałbyś bez końca i na próżno. Niczego by tam nie było. Żeby coś było do wykopania, trzeba to coś najpierw zakopać. I do tego służy zakopalnia.
- Aha! - zadziwił się Chłopiec.
- I możesz także ...
- A dlaczego nie lubisz, gdy mówi się na ciebie "Pan Tofelek"? - niespodziewanie zapytał Chłopiec, przerywając tyradę Bzysia o bajkowych możliwościach.
- Bo jestem mały i jakoś dziwnie, gdy ktoś mówi do mnie "Pan". A poza tym, jeszcze ten "Felek".
- Jaki "Felek"?
- Noooo .... Pan ... to .... Felek - Bzyś wycedził przeciągając litery.
- Aha! To faktycznie "Bzyś" jest lepszy.
Chwilę milczeli.
- Od napisania, której bajki zaczniesz - zapytał w końcu Bzyś.
- Może, może ...od Kopciuszka?
- Kop Ciuszek - zakrzyknął radośnie Bzyś i ... roztoczył wokół siebie jasnozielonkawą poświatę.
Chłopcu przez moment zaczęła się rodzić w głowie podejrzliwa myśl, ale poświata zmieniła się w fioletowobrokatową i niedojrzała myśl zniknęła, albo gdzieś odfrunęła.