W przededniu Czerwonej Nawały
Cichą monotonię spokojnego nurtu Horynia zakłócała jedynie praca
parowego napędu starego holownika ,,Wilno" z Flotylli Pińskiej. Jego
mozolnie obracające się w płytkiej wodzie koła łopatkowe sprawiały, że
ciągnięta przez niego barka, obładowana wozami taborowymi i skrzyniami
pełnymi dokumentów, mogła w żółwim tempie przesuwać się w górę rzeki ku
majaczącym w oddali zabudowaniom Dawidgródka. Na jej pokładzie, nieco
znużony już tą stukilometrową podróżą pośród dziewiczych poleskich
ostępów, stał oparty o barierkę, wpatrując się w nurt, pułkownik Ludwik
Bittner. Wczesnopopołudniowe słońce 16 dnia września prażyło równie
mocno jak w poprzednich tygodniach. Zastępca dowódcy Korpusu Ochrony
Pogranicza (KOP) myślami odleciał chwilowo od powierzonej jego pieczy
kancelarii w przeszłość.
19 lat wcześniej, tyle że 3 sierpnia, dowodzony przez niego 34 pułk
piechoty pod Jabłonką w pobliżu Łomży został otoczony i doszczętnie
rozbity przez dwie bolszewickie dywizje. Oddział stracił 70% stanu
osobowego, a on sam na czele 400 ludzi ledwo uniknął niewoli lub
śmierci, gdzieś pod Wyszkowem dołączając szczęśliwie do odchodzących w nieopisanym nieładzie kolumn taborowych. Ówczesny major Bittner został
następnie skierowany na odtworzenie jednostki do Pabianic -?na głębokich
tyłach przyglądał się więc bezsilnie decydującym zmaganiom pod Warszawą,
trapiony obawą, czy stolica wytrzyma. W pamięci wróciło to cudowne
uczucie, gdy najpierw przyszły pierwsze, wyglądające na fantasmagoryczne
plotki, pogłoski o genialnym manewrze znad Wieprza i pogromie czerwonych
hord, a następnie sytuację rozjaśniły już triumfalne komunikaty
Naczelnego Dowództwa, a za nim gazety. Jak błyskawica na intensywnej
pracy organizacyjnej upłynął kolejny miesiąc i na początku października
major Bittner znów prowadził 34 pułk piechoty w polu, tym razem w składzie 4 Armii pod generałem Jungiem, jednak w całkiem innych
okolicznościach niż poprzednio -?wśród brawurowych działań pościgowych
przez lasy nad Szczawą i dalej na miasteczko Mir, zagarniając do niewoli
bolszewików całymi setkami.
Odtwarzając w myślach przeżyte przed prawie dwiema już dekadami, zmienne
niczym w kalejdoskopie, koleje tamtej wojny, płk Bittner zadawał sobie
uporczywe pytanie, czy i tym razem, po paśmie błyskawicznych klęsk
zadawanych przez Wehrmacht, wydarzy się coś, co gwałtownie odmieni
kaprysy Bellony i pozwoli odwrócić koleje tej tak niefortunnie zaczętej
kampanii.
Nagle przeciągły dźwięk sygnalizatora na holowniku wrócił go gwałtownie
do rzeczywistości. Kapitan barki zameldował, że dochodzą do celu podróży
-?portu rzecznego w Dawidgródku. Wydano serię zarządzeń regulujących
rozładunek przewożonej kancelarii dowództwa KOP-u. W niewielkiej
przystani zawrzała praca. Pułkownik natychmiast po zejściu na ląd
pospieszył zameldować się swemu zwierzchnikowi -?generałowi brygady
Wilhelmowi Orlikowi-Rückemannowi. Dowódca KOP już od wczoraj z niecierpliwością oczekiwał przybycia swojego zastępcy, którego wysłał z przepełnionego ewakuowanymi instytucjami wojskowymi i cywilnymi Pińska,
drogą wodną, ponieważ całego dowództwa Korpusu nie można było pomieścić
w pociągu i na nielicznych ciężarówkach, tym bardziej że oficerom od 5
września, to jest momentu ewakuacji z Warszawy, towarzyszyły też ich
rodziny.
Orlika łączyła z Bittnerem więź przyjaźni od lat nastoletnich. Byli
niemal rówieśnikami, pierwszy był lwowiakiem, zaś drugi pochodził ze
Stanisławowa. Obaj działali przed I wojną światową w ruchu zarzewiackim
oraz w Związku Walki Czynnej, cementowały ich nadto wspólne przeżycia ze
szlaku bojowego Legionów Polskich, gdzie obaj się wyróżniali bitnością i talentem taktyczno-organizacyjnym. Toteż kiedy Bittner zjawił się w drzwiach improwizowanej kwatery Rückemanna, ten drugi nie dał mu nawet
dokończyć formalnego meldunku o przybyciu drugiego rzutu sztabu KOP,
wyszedł zza biurka i, ściskając dłoń, zapytał kolegę:
-?Czy kancelaria już rozładowana z barki?
-?Tak jest, chłopcy uwinęli się z tym sprawnie.
-?No cóż -?zamyślił się, podchodząc do okna generał -?skoro ani Naczelne
Dowództwo, ani ministerstwo nie przydzieliły dowództwu KOP dotąd żadnych
konkretnych zadań odnośnie tego, co wypada nam robić w przypadku wojny z Niemcami, musimy sami sobie narzucić pewne działania, jakie w obecnych
okolicznościach pomogą, być może, innym.
-?Wilhelm, a biorąc rzecz bardziej ogólnie -?ostrożnie zagaił pułkownik
o niewygodny, acz uporczywie narzucający się temat, na który obaj
odczuwali jakąś potrzebę choć krótkiej wymiany myśli -?sądzisz, że
zdołamy się utrzymać do przełamania przez Francuzów Linii Zygfryda? W radio podawali, że wkroczyli do Zagłębia Saary i toczą się tam, jakoby,
jakieś walki...
-?Szczerze mówiąc, o Francuzach wiem tyle co i ty. Może tam potoczyć się
różnie, słyszałem na przykład, że nad Renem od miesiąca panuje pogoda
odwrotna niż u nas. Ma tam ciągle padać, co, ma się rozumieć, utrudnia
działania alianckiego lotnictwa i możliwości przeprawowe wojsk lądowych.
-?Niemniej nikt nie zaprzeczy, że wojnę prowadzimy w składzie koalicji z dwiema potęgami, które wystąpiły w naszej obronie wraz z całymi swymi
potencjałami imperiów kolonialnych.
-?Jak wiesz, osiem lat służby poświęciłem czołgom. Niemiecka doktryna
ich użycia biegunowo odbiega od tej przyjętej przez sojuszników.
Cokolwiek nastąpi, ze strony Francuzów nie możemy spodziewać się
czegokolwiek lepszego niż bitwy metodycznej.
-?Masz jakieś świeże wiadomości, jak idzie naszym wojskom? -?zmienił
temat Bittner. -?Prasa miejscowa to ostatnio moje główne źródło
informacji, a z niej wynika, jakobyśmy byli o krok od zwycięstwa.
Czytałem niedawno w jakiejś gazecie nawet historyjkę o tym, jak
niemiecki lotnik, lecąc tuż nad ziemią, podmuchem śmigła rozwalił kopiec
siana, a stojący na polu chłop tak się rozsierdził, że cisnął w niego
widłami niczym trójzębem, przebijając kokpit i samego pilota.
-?W gazetach zawsze wypisują brednie -?parsknął generał, reagując na
anegdotę szczerym śmiechem. Była to bodaj pierwsza chwila wesołości na
jego twarzy od początku miesiąca, lecz zaraz potem spochmurniał. Wzrok
zatrzymał mu się na zawieszonej na ścianie prowizorycznego gabinetu
mapie Polski. -?Taaak... wszystko to maluje się w bardzo nieciekawych
barwach -?dodał przyciszonym, ponurym tonem. -?Wczoraj, zanim
ewakuowałem się z Pińska, spotkałem się jeszcze z Kleebergiem, który,
jak wiesz, przyjechał tam z dowództwa okręgu korpusu w Brześciu. On ma
wprawdzie słaby, ale mimo wszystko nieporównanie lepszy kontakt z resztą
wojsk niż my. Całość nosi znamiona katastrofy całego państwa.
-?Słyszałem wiele podobnych relacji od rozbitków z różnych formacji,
które ściągnęły do Pińska. Przypomnij sobie dwudziesty rok -?przed
manewrem znad Wieprza nastroje były niemal identyczne, a jednak jakoś
wyszliśmy z tego obronną ręką.
-?Ludek, tylko że wtedy ani uzbrojeniem, ani liczebnością nie
ustępowaliśmy bolszewikom. Poza tym nie od dziś wiadomo, że wojsko
niemieckie jest przeciwnikiem znacznie trudniejszym niż rosyjskie. U nich wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Nikomu innemu bym tego
w takich okolicznościach nie powiedział, ale między przyjaciółmi nie
powinno być zasłaniania się hurapatriotycznymi frazesami. Z informacji,
które przekazał mi Kleeberg, i z komunikatów wroga wychwytywanych przez
radio, wyłania się obraz wyjątkowo ponury. -?Podchodząc do mapy, generał
na chwilę umilkł, po czym podjął: -?Położenie strategiczno-operacyjne
należy uznać za skrajnie ciężkie. Twierdza w Brześciu, choć przed wojną
przez długie lata pozostawiona sama sobie, wciąż się trzyma i tylko temu
zawdzięczamy, że na tych błotach nie musimy jeszcze mierzyć się
bezpośrednio z nieprzyjacielem. Jak długo zdoła wytrwać, tego Kleeberg
nie potrafił określić, był jednak wyraźnie pesymistycznie nastawiony do
możliwości dalszego oporu w nadchodzących dniach.
-?Brześciem dowodzi Plisowski, więc tanio skóry nie sprzeda, znam go
dobrze -?wciął się zadziornie Bittner, jakby w swoim umyśle życzeniowo
stawiając czynniki moralne ponad chłodną militarną arytmetykę. -?Zresztą
-?ożywił się wyraźnie zastępca dowódcy KOP -?oprócz tego, co pod osłoną
twierdzy formuje Kleeberg, istnieją i inne, silniejsze zgrupowania.
Linia Narwi wprawdzie przepadła, lecz wojska, które jej broniły, nie
zostały przecież okrążone, a zatem muszą spłynąć gdzieś na południe i tam połączyć się z tym, co po pogromie w Kieleckiem zdołało przeprawić
się przez Wisłę, jak również z cofającą się ze Śląska Armią "Kraków",
która w celu zawiązania nowego frontu w centrum kraju odbiła znad Sanu
na północ, by scalić się z jednymi i drugimi. To wynika z samej
geografii.
-?Przeciwnik już dwunastego szturmował Lwów, a więc i bariera Sanu musi
być stracona. Całe szczęście moje rodzinne miasto to nie Kraków, który
wróg zajął bez wystrzału, i twardo się ono broni -?zripostował generał.
-?Niestety, Przemyśl prawdopodobnie padł wczoraj.
-?Na Lwów przeprowadzono rajd zmotoryzowany z terytorium Słowacji. Z natury rzeczy nie mogły to być zbyt duże siły. Poza tym Kutrzeba z Bortnowskim pod Kutnem gniotą szwabów jak się patrzy! Tam pułki
wielkopolskie potrafią Niemca bić. Obaj wiemy, że przy wszystkich wadach
charakteru poznaniak już w dwudziestym roku pokazał, co znaczy
połączenie ducha bojowego z dyscypliną.
-?Tak, Kutrzeba to umysł absolutnie wybitny. Oby tylko pogłoski, jakoby
Niemcy nad Bzurą już okrzepli, ściągnęli odwody i lotnictwo bombowe,
przechodząc do kontrofensywy, nie okazały się prawdziwe. O tym Kleeberg,
rzecz jasna, miał wiedzę jedynie ogólnikową, opartą raczej na domysłach.
Wróg ewidentnie dąży do odcięcia Warszawy i Modlina od połączeń z resztą
kraju -?tego możemy być pewni... Na godzinę dziewiętnastą zwołałem odprawę
sztabu u mnie w gabinecie; omówimy sprawy bezpośrednio dotyczące naszych
zadań -?dodał Rückemann.
-?Czy mogę się już odmeldować?
-?Tak. Zajmij się przygotowaniem spalenia części przywiezionych akt.
Zamierzałem zrobić to jeszcze w Pińsku, lecz w tym ścisku nie było jak,
a papierów mamy zbyt wiele. Trzeba zwłaszcza dokończyć niszczenie akt
mobilizacyjnych, którego nie zdążyliśmy przeprowadzić w Warszawie. Zaraz
wydam stosowny rozkaz na piśmie. Nie będziemy taszczyć przez te błota
całej biblioteki, a czuję, że jeszcze przyjdzie nam powojować...
Krótka przyjacielska pogawędka była chwilą wytchnienia, jakiej obaj
wyżsi oficerowie potrzebowali w natłoku piętrzących się problemów
organizacyjno-administracyjnych. Pozwoliła im choć na kilka minut
oderwać się od tej koniecznej, lecz nużącej pracy i powrócić do rozważań
stricte operacyjnych -?owego cr?me de la cr?me wojskowości. W chwili
wybuchu wojny dowództwo KOP w istocie pozostało niejako osierocone, gdyż
władze zwierzchnie, pochłonięte innymi sprawami, całkowicie zignorowały
istnienie tego organu. Podjęte przez Orlika jeszcze w stolicy, 5
września, osobiste próby uzyskania decyzji, bądź chociaż ogólnych
wytycznych co do charakteru użycia KOP-u w wojnie z Niemcami nie
przyniosły żadnych rezultatów ani w Naczelnym Dowództwie, ani w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Jedynie od szefa resortu spraw
wewnętrznych, gen. Sławoja-Składkowskiego, udało się uzyskać zgodę na
ewakuację dowództwa KOP z Warszawy do Pińska. Było to konieczne wobec
stale szwankującej łączności i groźby okrążenia miasta. Pozostanie w stolicy całkowicie pozbawiłoby ten organ wpływu na podległe mu jednostki
rozmieszczone wzdłuż granicy wschodniej.
Generał Rückemann, próbując złożyć ze strzępków informacji obraz
ogólnego położenia na froncie, niestety się nie mylił. Szesnastego
września działania Wehrmachtu ogniskowały się już zasadniczo w dwóch
obszarach, gdzie Wojsko Polskie nadal stawiało zorganizowany, zażarty
opór: w centrum kraju -?w pasie od Łowicza po warszawsko-modliński węzeł
obrony -?oraz na południu, od Wieprza przez Zamość i Lwów po rubież
górnego Dniestru. Tam, pod wpływem trzeźwych uwag gen. Sosnkowskiego,
Naczelne Dowództwo przyjęło koncepcję obrony na tzw. przedmościu
rumuńskim i od pewnego czasu przekierowywało linie odwrotowe wielkich
jednostek, by nie odchodziły wprost na wschód ku ZSRR, lecz na
południowy wschód, gdzie -?mając zabezpieczone tyły terytorium dwóch
zaprzyjaźnionych państw -?spodziewano się doczekać poważniejszych dostaw
uzbrojenia od sojuszników.
Pancerno-zmotoryzowane czołówki Wehrmachtu parły szybko naprzód,
najczęściej omijając bądź rozpraszając improwizowane punkty oporu
napotykane w głębi kraju. Z tego powodu do 17 września niemieckie straże
przednie osiągnęły rubież Sokółka -?Kobryń -?przedpola Włodzimierza
Wołyńskiego -?Lwów -?rejon Stryja. Zwrot zaczepny Armii "Poznań" i "Pomorze" odciągnął jednak większość związków taktycznych oraz Luftwaffe
od działań na Lubelszczyźnie i w Małopolsce, gdzie również toczyły się
boje. W ugrupowaniu najeźdźcy powstały luki, a napór głównych sił w kierunku Kresów Wschodnich wyraźnie osłabł. Obszar kraju na wschód od
linii wysuniętych niemieckich placówek, aż po granicę sowiecką -
przeciętnie na głębokości około dwustu kilometrów -?zyskał chwilę
względnego spokoju i czas na lepsze przygotowanie obrony.
Coraz wyraźniej rysująca się koncepcja zniwelowania niekorzystnego
stosunku sił własnych do nieprzyjacielskich poprzez radykalne skrócenie
frontu pozostawiała w istocie ziemie północno-wschodnie Rzeczpospolitej
własnemu losowi, niemal całkowicie ogołocone z wojska. Tymczasem
Polesiu, od początku drugiej dekady wojny, zaczęła przypadać rola dotąd
zupełnie nieprzewidywana: stworzenia bariery przeciw wrogowi nie tylko
od strony środkowego Bugu, lecz przede wszystkim frontem ku północy -?od
Brześcia i Kobrynia, wzdłuż Prypeci i jej licznych dopływów,
równoleżnikowo aż po granicę ZSRR. Zadanie obrony tego
dwustupięćdziesięciokilometrowego odcinka powierzono gen. Kleebergowi.
Aby móc wykonać rozkaz zamknięcia wszystkich przejść przez bagna
Polesia, przy zachowaniu taktycznych norm szerokości pasów obrony,
potrzebował on co najmniej tuzina pułków piechoty, i to pod warunkiem,
że manewr nieprzyjaciela na południowy wschód będzie miał jedynie
charakter pomocniczo-wiążący. Guderian, korzystając z upalnego lata i niskich stanów wód, z pewnością spróbuje przebić się tędy na Wołyń,
głęboko oskrzydlając wojska gorączkowo organizujące opór w południowo-wschodniej części kraju.
Grupa Operacyjna "Polesie" nie była jeszcze wówczas tak rozbudowana jak
podczas październikowej bitwy pod Kockiem. Jej trzon stanowiły zaledwie
cztery pułki piechoty, niemal całkowicie pozbawione kawalerii, a zapas
broni przekazanej z Głównej Składnicy Uzbrojenia w Stawach okazał się
alarmująco skromny: 5350 karabinów powtarzalnych, 550 karabinków
kawaleryjskich, 121 erkaemów i 36 cekaemów. Arsenał ten tylko w niewielkim stopniu powiększały opustoszałe magazyny rezerwowych dywizji
50 i 60, mobilizowanych już po wybuchu wojny.
W tej sytuacji, pozbawiony jakichkolwiek wytycznych z góry, gen.
Rückemann zaproponował Kleebergowi swoją pomoc w realizacji zadania
obrony na linii Muchawca, Prypeci i Piny. Dowódca GO "Polesie" zamierzał
nie dopuścić Niemców poza barierę dwóch ostatnich rzek, przygotowując
pozycje na północ od nich, a na południe od szosy Brześć -?Słuck, leżący
już na terytorium ZSRR. Kopiści objęli najdalszy odcinek tego
niedoszłego frontu, rozciągający się na przestrzeni osiemdziesięciu
kilometrów -?od Jeziora Wyganowskiego na wschód aż po granicę sowiecką.
Do obsadzenia tej rubieży wygospodarowano zaledwie cztery kompanie,
dysponujące bardzo skromną liczbą cekaemów, które w dniach 13-14
września zajęły pozycje przy dwóch głównych traktach przebiegających
przez ten rejon, możliwych do wykorzystania przez oddziały zmotoryzowane
przeciwnika. Odpowiedzialność za ten odcinek powierzono Brygadzie KOP
"Polesie".
Na zegarze zbliżała się godzina dziewiętnasta. W kwaterze generała
Orlika stopniowo meldowali się członkowie sztabu KOP oraz dowódcy
oddziałów granicznych. Pułkownik Bittner zreferował krótko ponure
położenie ogólne, kończąc jednak nutą umiarkowanego optymizmu: dla
Polesia kluczowe jest to, że Brześć wciąż się broni. To daje nam czas na
lepsze przygotowanie. Poza tym wkrótce nadejdą jesienne słoty, a te -
jak wszyscy doskonale wiecie -?co najmniej potroją walory taktyczne
tutejszego terenu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki