MAJ 2014
Mail przychodzi, kiedy siedzę na kanapie i karmię. To w zasadzie jedyne, co teraz robię. Karmię - siedzę tak nieruchomo, jak to tylko możliwe, ze śpiącym dzieckiem na rękach, przerażona, że się obudzi i znowu zacznie krzyczeć. Karmię jeszcze trochę, znowu siedzę w bezruchu, próbuję odłożyć śpiące dziecko i wziąć prysznic albo coś zjeść, nie udaje mi się, wracam na sofę, karmię. Codziennie to samo. Kiedy przychodzi mail, Ivan ma niecałe trzy miesiące. Ty wróciłeś do którejś ze swoich prac, nie mam pojęcia, do której, bo tak rzadko o nich wspominasz. Firmy producenckie zajmujące się reklamami albo reżyserzy wolni strzelcy z tej samej branży korzystają z twoich umiejętności technicznych. Gdy pytam, jak ci minął dzień, odpowiadasz: to nic ciekawego i tak nie dałabyś rady słuchać. Dawniej nalegałam, ale już tego nie robię. Sam decyduj, czy mówić o pracy, czy nie.
Karmię. W drodze do domu wysyłasz mi esemes z pytaniem, co kupić na kolację. Sam wykonujesz teraz większość obowiązków: pracujesz, robisz zakupy, gotujesz, sprzątasz, bawisz się z naszą kotką, którą zaniedbaliśmy, kiedy pojawił się Ivan. Z treningów na razie zrezygnowałeś. Ja karmię i karmię. Aż tu nagle, w pewien czwartek na początku maja, tuż po trzynastej, dostaję od ciebie maila:
Od: Aksel
Do: Carolina
8 maja 2014, godz. 13:05
Temat: Gdybym umarł
Dobrze to mieć na wypadek, gdybym się przekręcił.
Hasło do mojego komputera: ivan2014
Szczegółowa lista znajduje się w Dokumenty/Gdybym umarł.rtf
Bądźmy dobrej myśli!
Aksel
Czytam maila trzy razy z rzędu. Na początku nie rozumiem, potem czytam jeszcze raz i ogarnia mnie niepokój. Po trzecim przeczytaniu czuję złość. Cały ty. Nikt inny nie jest tak zimny, odarty z jakichkolwiek sentymentów, wręcz kompulsywnie przyziemny, jak ty. Z tym swoim skrajnie oschłym tonem w mailach i esemesach. Wiecznie robiący kopie zapasowe komputera i telefonu. Regularnie zmieniający hasła - w każdym są małe i wielkie litery, cyfry i znaki specjalne. Ty, mówiący, że po śmierci nie chcesz zostać pogrzebany, lecz rozsypany na wietrze w miejscu, do którego nikt nie poczuje się zmuszony jechać z kwiatami i zniczami. Nikt inny prócz ciebie nie wysłałby czegoś takiego, w środku dnia, z pracy, do dziewczyny, która siedzi na kanapie i karmi piersią. Ale ty to zrobiłeś.
Nie odpisuję. Pytam cię wieczorem, przy kolacji, o co chodziło, a ty dokładnie tak, jak się spodziewałam, odpowiadasz, że to był nagły impuls, że bezpieczeństwa nigdy za wiele. Że dobrze, bym wiedziała, gdyby coś się stało. Nigdy więcej nie rozmawiamy o tym mailu.
2009-2014
PAŹDZIERNIK 2014
Jest październikowa niedziela. Jesteśmy zmęczeni i niezbyt mili dla siebie. Spałam zbyt krótko, bo Ivan przez kolejną noc chciał tylko jeść i jeść. Nie udało mi się jeszcze nauczyć zasypiania pomiędzy ciągłymi pobudkami, a ponieważ Ivan wkrótce skończy osiem miesięcy, przyszłość nie wygląda różowo. Zawsze jestem zmęczona. Dziś jestem zdenerwowana i użalam się nad sobą. Ty jesteś zestresowany i próbujesz ze wszystkim zdążyć. Nie poinformowałeś zleceniodawców, że już za tydzień z powodu urlopu rodzicielskiego zaczniesz pracować na pół etatu. Często się o to kłócimy. Chcę, żebyś był mniej obciążony i dzięki temu zdążył - i dał radę - zająć się naszym życiem, naszym dzieckiem, naszym światem. Ty tego nie chcesz. A dokładniej: mówisz, że chcesz, ale nie możesz. Tłumaczysz, że praca freelancera tak nie wygląda. W długim czasie wypracowałeś sobie krąg klientów i jeśli znikniesz na pół roku albo dłużej, zostaniesz zastąpiony kimś innym. Wymieniony. Ty też jesteś zmęczony. Kiedy się odprężasz, wyglądasz na smutnego. Nie jesteś w stanie myśleć o okresie, który wkrótce się zacznie - kiedy pół dnia będziesz spędzał z Ivanem w domu, a drugie pół pracował. Ja też jestem zestresowana. Nadąsana. Zaniepokojona. Nasza rodzina nie funkcjonuje tak, jak sobie wyobrażałam. Mówisz, że wiedziałam, w co się pakuję, kiedy postanowiłam mieć z tobą dziecko. Odpowiadam, że miałam nadzieję, iż będzie inaczej. Każde z nas stara się nie robić przykrości drugiemu. W ostatnim czasie wydaje się to coraz trudniejszym zadaniem. Ale walczymy.
Trzy tygodnie temu się przeprowadziliśmy - była to przeprowadzka, z którą wprawdzie nie zdążyliśmy, ale i tak to zrobiliśmy. Pakowaliśmy się nocami, w krótkich odcinkach, kiedy Ivan nie potrzebował nikogo, żeby spać. Robiliśmy to w milczeniu, nie mieliśmy tematów do rozmów, które by nas zrelaksowały, nie sprawiałyby bólu ani nie kończyły się kłótnią. Pakowaliśmy się. Tak samo wyglądała przeprowadzka. Już prawie zdążyliśmy wszystko rozpakować. Dziś musieliśmy zrobić przerwę, bo nasz samochód zaczął szwankować. Musimy pojechać do twoich rodziców, żeby tata na niego spojrzał. Ładujemy Ivana do fotelika z tyłu, ty siedzisz obok niego, a ja prowadzę. Nie mogę się powstrzymać i po raz setny - radosnym tonem, który nikogo nie oszuka - oznajmiam, że byłoby wspaniale, gdybyśmy oboje mieli prawo jazdy. Zaciskasz zęby i mówisz, że niedługo się do tego zabierzesz. Nie pytam, kiedy. Nie mam siły na kolejną kłótnię. I dręczą mnie wyrzuty sumienia z powodu mojego komentarza. W samochodzie zapada cisza. Ivan jest wesoły, a ty zajmujesz go wydawaniem odgłosów i zabawkami, żeby tak pozostało. Staję się kiepskim kierowcą, gdy Ivan płacze, a nikt nie potrafi go rozśmieszyć tak jak ty. Kiedy słyszę, jak się bawicie na tylnym siedzeniu, a Nynäsvägen przechodzi w Tyresövägen i prowadzi na Vendelsö, jesteśmy coraz bliżej twoich rodziców, myślę, że mimo wszystko naprawdę kocham swoją rodzinę. Po prostu przechodzimy trochę trudny okres.
Pomagasz tacie naprawić samochód. Ja siedzę z twoją mamą, pijemy herbatę. Mama dyskretnie i z szacunkiem wypytuje, jak nam się wiedzie. Odpowiadam, mniej dyskretnie, ale też z szacunkiem, że mamy teraz dużo na głowie. Nie śpimy zbyt długo, a ty jesteś zestresowany. Przeprowadzka była trudna, Ivan ma koszmary, a nocami chce jeść. Mówię, że przeważnie nie mamy czasu na odczuwanie czegokolwiek, ale to kłamstwo.
Pod dom zajeżdża twój starszy brat. Nie zapowiadał wizyty - przez okno w kuchni widzę, jak obaj z tatą jesteście zdziwieni na jego widok. Przytulacie się roześmiani. On mocno klepie cię w plecy, wyglądasz, jakbyś znikał w jego ramionach. Zawsze był od ciebie o wiele większy. Niższy, ale szerszy, silniejszy. Rozjaśniasz się, kiedy mówi coś zabawnego, śmiejesz się w drodze do domu. Stawiasz szybkie kroki na schodach, śpieszy ci się na górę do kuchni, chcesz pokazać Ivana. Starszy brat widział go wcześniej tylko raz. Jakoś się nie złożyło, wszyscy ostatnio byli zajęci. Brat zabawia Ivana, mówi, że wyrósł i jest do ciebie bardzo podobny. Nazywa cię "młodym". Dużymi łykami wypija kawę. Ty nalewasz sobie do szklanki colę. Potem wracacie do samochodu. Ja idę się przespacerować przed domem. Ivan siedzi w szelkach na moim brzuchu, wyjmuję z kieszeni komórkę i robię wam zdjęcie, gdy stoicie przy naszym samochodzie. Coś jest nie tak z wycieraczkami. Nie udaje wam się ich naprawić. Na zdjęciu stoicie odwróceni plecami do aparatu, jeden z was drapie się po głowie. Dwaj bracia i tata. Jeszcze nie wiecie, że to wasze ostatnie spotkanie.
KWIECIEŃ 2009
Jest wieczór przed świętem Walpurgii w roku dwa tysiące dziewiątym, mam pojechać na imprezę w starym budynku szkoły na Adelsö, wynajętym i przerobionym na letni raj przez kilkoro moich przyjaciół. Ich imprezy zawsze są fajne. Zapraszają kilkaset osób, a ci, którzy zdążą zgarnąć bilety, zanim się skończą, dostają w pakiecie przejazd autobusem. W pachnącej drewnem auli szkoły, z wysokim sufitem i skrzypiącą podłogą, sprzedają piwo i wino za tyle, za ile je kupili. Są muzykami i ludźmi kultury, więc na imprezach często występują na żywo muzycy i zespoły, które lubię. To ma być mój czwarty lub piąty raz na takiej imprezie. Jestem podekscytowana.
Mam trzydzieści lat i moje życie erotyczne w dalszym ciągu nie jest uporządkowane. Kilka dni wcześniej zakończyłam krótki romans z pewnym Norrlandczykiem, o którym kiedyś myślałam, że mógłby być tym jedynym, ale szybko się przekonałam, że tak nie jest. Postąpiłam, jak to mam w zwyczaju. Wyplątałam się z tego pisemnie: mailem, w którym tłumaczyłam, że to absolutnie nie jego wina, ale nie jestem obecnie na właściwym etapie życia. Nie wiem, dlaczego zawsze mam takie trudności z powiedzeniem "nie". Ogarnia mnie panika na samą myśl, że kogoś zranię i wmawiam sobie, że niszczę nie tylko ich dni i tygodnie, ale też samoocenę i radość życia. Doświadczam tak silnego poczucia winy, gdy kończę związek - aby nie kontynuować czegoś, co wywołuje u mnie lęk - że kilkakrotnie zostałam o wiele za długo. Obiecałam sobie i swojej terapeutce, że z tym skończę, więc teraz zrywam szybciej niż kiedyś. Jednak z takim samym lękiem jak zawsze. Byłam taka, odkąd pamiętam. Teraz znów to zrobiłam.
Tym razem poszło całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że spotykaliśmy się tylko przez kilka tygodni i może dlatego, że on też nie był we mnie szczególnie zakochany. Poszło dobrze do tego stopnia, że postanowił zatrzymać bilet na imprezę - kupiony, bo nalegałam, by pojechał ze mną - i mimo wszystko się pojawić. Z przyjaciółką. Jako przyjaciel.
Czuję się zakłopotana, gdy widzę go w autobusie, ale się witam, przytulam go i udaję, że wszystko jest jak należy. Że nie można mi nic zarzucić. Jako uwolnionej kobiecie, która wie, czego chce. Prawda oczywiście jest taka, że nie mam pojęcia. Od dawna. Mętne życzenie, by przestać się miotać i znaleźć kogoś, z kim będzie mi dobrze, w praktyce nie wystarczy jako podstawa do tego, by rzeczywiście było dobrze. Taki bałagan trwa już od kilku lat. Norrlandczyk nie musi jednak o tym wiedzieć. I tak nie będziemy ze sobą żyć. Piję wino w autobusie i w miarę jak szklanka się opróżnia, a odległość między mną a Sztokholmem rośnie, sytuacja ulega powolnej poprawie. Wszystko, przynajmniej w przybliżeniu, jest takie, jak powinno.
Tańczę i tańczę, nogi nie chcą przestać tańczyć. Usta nie chcą przestać czuć smaku wina. Podciągam się i staję w głębokiej wnęce okiennej w auli dawnej szkoły, tańczę samotnie i rozkoszuję się uczuciem, że choć przyciągam kilka spojrzeń, nikt nie może mnie dosięgnąć. Wśród przyjaciół zyskałam sławę jako ta, która zawsze wdrapuje się na meble, bary, krzesła, głośniki, sceny, parapety i tańczy. Najchętniej sama. Zrobiło się z tego coś w rodzaju punktu programu. Więc robię to również dzisiejszego wieczoru. Na zmianę tańczę na parkiecie, w wysokim oknie, wbiegam do kabiny didżejskiej i wyję razem z przyjaciółmi, którzy odtwarzają płyty. Kiedy kolejka do toalety jest za długa, sikam w lesie. Co jakiś czas dostrzegam go w tłumie i za każdym razem patrzy prosto na mnie. Kiwa głową i pozdrawia, ale wzrok ma smutny. Moi przyjaciele zaczynają go nazywać Smutne Psie Oko. Wybucham śmiechem. Jesteśmy złośliwi, ale nic sobie z tego nie robię. Zamierzam tańczyć, jestem pijana i wszystko jest takie, jakie musi być.
A potem nagle pojawiasz się ty. Nie widziałam cię wcześniej, na pewno nie jechałeś tym samym autobusem. Twój kolega, a jednocześnie mój znajomy, mówi, że przedstawi mnie człowiekowi, który "mnie kocha". Obok stoisz ty. Wyszczerzony. Jesteś wysoki i chudy, ale twój uśmiech przypomina leżący trójkąt. Uśmiechasz się jak kowboj ze starego filmu. Krzywo i szczerze. Uśmiech rozciąga się na całą twoją twarz. Przychodzi mi do głowy, że byłbyś bardzo fajną karykaturą - taką, z której ludzie się cieszą. Masz na głowie czapkę. Muszę odchylić głowę, żeby na ciebie spojrzeć. Nie słyszałeś, jakimi słowami przedstawił cię nasz wspólny znajomy, ale to nie szkodzi. I tak nie wyglądasz na kogoś, kto by się tym przejął.
Mam nieelegancki zwyczaj przejmowania dowodzenia, kiedy się upiję. W ramach czegoś w rodzaju ochrony przed odrzuceniem wykorzystuję okazję, gdy tylko się pojawi, a tego wieczoru okazją jesteś ty. Tak wybrałam, bo uważam cię za atrakcyjnego. Jesteś wysoki, masz przekrzywione usta, no i jeszcze ten uśmiech. I gigantyczne oczy. Naprawdę fajnie byłoby cię narysować. Łapię cię za rękę, nie protestujesz, i wychodzę z tobą na dziedziniec. Na dworze wciąż jest jasno, na pewno nie minęła dwudziesta pierwsza, ale kto by pilnował takich przyziemnych spraw. Na pewno nie ja i ty. W świetle widzę, że twoje oczy są wręcz nieprawdopodobnie błękitne. Postanawiam, że cię zapytam, czy masz soczewki. Ale jeszcze nie teraz.
Na dziedzińcu sprzedają kiełbasę na gorąco z okienka w budynku, w którym dawniej był chlew. Stajemy w kolejce, a ty mocno trzymasz mnie za rękę. Wyglądasz na gotowego do pocałowania mnie, jeśli tylko dam znak. Powstrzymuję się przed tym. Pytam, ile masz lat, a ty odpowiadasz, że dwadzieścia osiem. Czuję ulgę, bo myślałam, że znacznie mniej. Pytam, gdzie pracujesz, a ty odpowiadasz, że w mediach. Przygotowuję się na analizę twojej reakcji, kiedy mówię, że pracuję w branży muzycznej przy dużych imprezach, ale nie zadajesz żadnych pytań. Nie wydajesz się zdziwiony ani moim wiekiem, ani zawodem. Wyglądasz, jakbyś chciał mnie wycałować, masz zaraźliwy uśmiech, więc postanawiam, że już wystarczy. Mam już dość informacji, wyciągam cię z kolejki po kiełbasę, idziemy za budynek szkoły i docieramy do brzozy na niewielkiej łące. Zaledwie godzinę wcześniej sikałam tu niedaleko. Z dyskoteki w budynku za nami dobiega dudnienie basów. Całuję cię. A może to ty mnie całujesz.
Całuję ciebie, a ty mnie, czuję twoje dłonie przytrzymujące mi twarz i jest cudownie. Kocham, jak mnie całujesz, kocham twoje dłonie, to, że jesteś wysoki, kocham te twoje krzywe usta, z których nigdy nie znika szeroki uśmiech, nawet kiedy się całujemy. Robimy to pod brzozą jak para nastolatków, a kiedy przywierasz do mnie i przyciskasz mnie do brzozy, do swetra przyczepia mi się mnóstwo kawałków kory. Gdybym miała zgrabniejszą figurę, oderwałabym się od ziemi i objęła cię nogami, ale tego nie robię. Stoimy tylko przyciśnięci do siebie i do brzozy jak para napalonych czternastolatków.
Mówię do ciebie, że powinniśmy to kontynuować, ale nie w środku przy wszystkich. Mówię, że jest tam ktoś smutny i nie wiem, czy chcę w ten sposób się pochwalić, wykazuję troskę, a może chcę wyjść na troskliwą w twoich oczach. Wszystko jest rozmazane i dzieje się pod wpływem impulsu. Kontynuujemy wieczór, na zmianę tańcząc z przyjaciółmi i wybiegając na spotkania przy brzozie, gdzie dalej się całujemy. Tym bardziej intensywnie, im późniejszy robi się wieczór. W pewnym momencie wymieniamy się numerami. To upraszcza proces decyzji, kiedy nadchodzi czas na kolejne spotkanie pod brzozą.
O pierwszej impreza się kończy i dwa autobusy odwożą wszystkich uczestników z powrotem do Sztokholmu. Siadamy z przodu w jednym z nich. Upewniłam się, że Smutne Psie Oko jedzie tym drugim i dzięki temu mogę sobie pozwolić na nieskrępowane całowanie cię w ciemności. Ludzie siedzący z tyłu wyją. Pomiędzy pocałunkami zmuszasz mnie do słuchania AC/DC przez jedną z twoich słuchawek. Mówię, że moim zdaniem nie jest to zbyt dobry zespół i wspominam, tak zblazowanym tonem, na jaki tylko mnie stać, że pracowałam z nimi kilka razy. Ta informacja najwyraźniej ci nie imponuje, mówisz tylko: "tak, posłuchaj teraz, posłuchaj tego", a potem znów mnie całujesz. Podnosisz i sadzasz sobie na kolanach. Kocham, kiedy mnie podnosisz i kocham siedzieć ci na kolanach. Wreszcie oplatam cię nogami.
Kiedy autobus godzinę później wjeżdża na Medborgarplatsen, na brodzie i policzkach mam czerwone plamy od twojego zarostu. Już dawno się tak nie całowałam. Wysiadamy z autobusu, a ty chcesz mnie odprowadzić do domu. Nie pozwalam na to. Powtarzasz pytanie i dostajesz drugą odmowę. Proponujesz, żebym w takim razie poszła z tobą do domu. "No weź", mówisz, "chcę z tobą spać". "Nie", odpowiadam, "będę spać sama". Chyba chcę wyjść na osobę, która nie idzie z facetem do łóżka pierwszego wieczoru. Gdybyśmy poszli do domu razem, doszłoby do tego. Nie chcę, żeby do tego doszło. Chcę, żeby do tego doszło. Chcę dalszego ciągu. Rozdzielamy się. Widzę, jak twoja głowa podskakuje w rytm muzyki, a plecy znikają na Folkungagatan. Zanim zasypiam, przychodzi esemes od ciebie. Piszesz, że jestem ładna i że chcesz znów się spotkać.
PAŹDZIERNIK 2014
Jest dopiero wpół do siódmej, kiedy się budzę u boku Ivana. Stwierdzam, że spaliśmy całkiem dobrze. Powiedzmy, w końcu wszystko jest względne, ale dla nas to całkiem dobry sen. Ivan wkrótce będzie miał dziewięć miesięcy, a trzy tygodnie temu, po przeprowadzce do nowego mieszkania, dostał swój pokój. Zaczął mieć napady lęków nocnych i codziennie je z piersi między trzecią a szóstą nad ranem. Przez to najczęściej śpię na materacu w jego pokoju, choć zamysł był taki, że będziemy znów sypiali sami, tylko we dwoje. Kiedy wczoraj go kołysałam i próbowałam uspokoić między dziesiątą a jedenastą, a potem zaczęłam karmić i wydawało mi się, że nigdy nie skończę, wysłałam ci esemesa, bo pracowałeś w kuchni. Napisałam, że znów zostanę na noc z Ivanem, a ty odpisałeś: "okej, dobranoc". Krótko potem usłyszałam, jak się przemieszczasz między łazienką a dużym pokojem. Pogasiłeś wszystkie światła, umyłeś zęby i też przygotowywałeś się do snu.
Ja nie zasnęłam od razu. Zamiast spać, zaczęłam szukać informacji w telefonie na temat "lęków nocnych u małych dzieci". Podczytywałam trochę porady na V?rguiden, artykuły w internetowych wydaniach gazet i wątki na forum Familjeliv. Po przeczytaniu sporej liczby artykułów i gruntownym przemyśleniu, czy Ivan już w tym wieku może mieć lęki nocne - bo zwykle występują u nieco starszych dzieci - nabrałam przekonania. Ivan nabawił się lęków nocnych i dlatego spał tak niespokojnie. Prawie zawsze występowały nieco ponad godzinę po zaśnięciu. Zgadzało się to z opisami, które znalazłam w sieci. Zrobiłam zrzut ekranu jednego z nich i wysłałam ci kolejnego esemesa. "Myślę, że to, co ma Ivan, to lęki nocne" i dołączyłam zdjęcie. Nie odpisałeś. W sypialni panowała cisza. Pomyślałam, że może zdążyłeś zasnąć, albo leżysz i coś czytasz, dlatego nie możesz odpisać. Zaraz potem zasnęłam.
Kiedy się budzimy, jestem prawie wypoczęta. Kotka nie zawodziła za drzwiami pokoju Ivana, jak jej się czasem zdarzało, a Ivan jadł tylko dwa razy od czasu napadu tuż przed północą. Jest w dobrym humorze, chce się wygramolić z tymczasowego łóżka na podłodze i przeżywać przygody w mieszkaniu. Podnoszę go i mówię, że idziemy obudzić tatusia. Kiedy otwieramy drzwi, wychodzi do nas kotka i przez krótką chwilę daje się głaskać, też niedawno się obudziła. Potem idziemy do sypialni, w której leżysz.
Kładę Ivana na łóżku, żeby mógł do ciebie podpełznąć i być pierwszym, co zobaczysz po otwarciu oczu. Mówię "dzień dobry, tatusiu" tonem, którego używam, kiedy rozmawiam z Ivanem, ale adresuję słowa do kogoś dorosłego. Najczęściej do ciebie. Ivan obiera sobie za cel czubek twojej głowy, ale ledwo zaczyna raczkować, dostrzegam, że coś jest nie tak. Leżysz inaczej niż zwykle, kiedy śpisz. Poskręcany, na boku, wygięty do przodu, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Odcień skóry też jest inny. Jaśniejszy niż zwykle. Martwy.
Nie mam odwagi dotknąć twojej kostki wystającej spod kołdry w nogach łóżka, gdzie stoję. Ale jednak to robię. Skóra jest chłodna. Jasna. Twarda w dotyku. Wewnątrz nie płynie krew. Już cię nie ma tam w środku. Umarłeś.
Dalsze wydarzenia następują automatycznie. Podnoszę Ivana i trzymam go jedną ręką, mózg odłącza wszystkie uczucia i zaczynam działać racjonalnie, bardziej racjonalnie niż kiedykolwiek przedtem. Dzwonię na pogotowie, a kiedy odbiera kobieta, mówię na jednym oddechu, co się stało, jak się nazywam, jak ty się nazywasz, gdzie mieszkamy, jaki jest kod do drzwi. "Musicie przyjechać szybko, natychmiast, nie mogę tu dłużej być", kończę. Ivan wyciąga ręce do łóżka, a ja mocno, trochę za mocno, trzymam go na biodrze.
Kobieta w słuchawce prosi, żeby mówiła wolniej i sprawdziła twój puls na szyi. Odpowiadam, że to nie ma sensu, ale i tak sprawdzam. Z Ivanem na biodrze i telefonem wciśniętym między drugi bark a ucho, szukam wolną ręką pulsu. Szyja jest zimna. Nie ma w niej życia. Mówię do kobiety: "nie da się, nikogo tam nie ma, on nie żyje".
Nie wiem, dlaczego to robię, ale chwytam cię za ramię. Obracam, choć wiem, że nie żyjesz. Jesteś ciężki, prawie tracę równowagę i na ciebie upadam, kiedy odwracam twoją twarz ku górze. Lewy policzek odrywa się od poduszki, skórka jest jasnożółta i pomarszczona od materiału, na którym leżałeś. Oko - to, które było przyciśnięte do poduszki - jest lekko otwarte. Nie tak błękitne jak przedtem. Jest szare i już nigdy nie spojrzy na mnie ani na naszego syna. Puszczam ramię, a twoje ciało opada z powrotem i przyjmuje pozycję, z której je wyrwałam. Jesteś tak martwy, jak to tylko możliwe i czuję, że już nie dam rady dłużej przebywać w tym samym pokoju.
Mówię to kobiecie z dyspozytorni, a potem się rozłączam. Przykrywam Ivana kocem, zakładam nosidełko na szelkach, umieszczam go w środku, narzucam na siebie sweterek. Zamykam kotkę na klucz w sypialni, wcześniej zostawiwszy jej jedzenie i wodę. Wiem, że następną osobą, która wejdzie do mieszkania, nie będę ja. Kotka nie może uciec.
Wychodzę z mieszkania. Zjeżdżam windą na parter, wychodzę do przedsionka, siadam na ławce. Czekam na karetkę. Na dworze robi się widno.
Zanim przyjeżdża, mija dobre pół godziny. To kłamstwo. Mija kilka minut, ale dla mnie są jak pół godziny. Kiedy siedzimy w przedsionku, ja w piżamie i sweterku, Ivan w nosidełku, okryty kocem, patrzą na nas sąsiedzi mijający nas w drodze do pracy i do przedszkola z dziećmi. Nikt się nie odzywa. Ktoś odwraca wzrok, ktoś inny kiwa głową na powitanie, a dopiero potem odwraca wzrok. Odpowiadam skinieniem. Przychodzi mi do głowy, że powinnam do kogoś zadzwonić. Nie wiem, do kogo. Dzwonię do twojego starszego brata. Nadjeżdża karetka.
MAJ 2009
"Nigdy nie będę niewierny", mówisz i patrzysz na mnie z odległości dziesięciu centymetrów w łóżku. Zastanawiam się, czy chodzi konkretnie o mnie, czy też właśnie podzieliłeś się ze mną swoim ogólnym kompasem moralnym. Nie wiadomo. Często tak z tobą jest. Mówisz coś bez owijania w bawełnę, rzucasz stwierdzenie, które brzmi prosto, ale rodzi we mnie pytania, których jeszcze nie mam odwagi zadać. Ekscytuje mnie to. Jesteś niezwykłym człowiekiem, lubię cię. I to bardzo.
Leżymy nadzy w łóżku w twoim surowym, prawie pozbawionym mebli mieszkaniu przy L?ngholmsgatan w Hornstull. Jest potwornie gorąco, bo okna wychodzą na jedną stronę i nie można zrobić przeciągu. Żadne zasłonki nie zapewniają cienia, słońce przygrzewa praktycznie przez całe dnie. Jesteśmy jednak u ciebie, bo tu się czujesz najlepiej. A ja raczej nie narzekam. Ostatnio często spędzamy tu czas. W twoim mieszkaniu, w twoim łóżku, nadzy.
Następnego dnia, po naszym pierwszym wieczorze, znaleźliśmy się tutaj. Było to po kolejnej imprezie, którą również spędziliśmy wtuleni w siebie, tym razem pod kocem, na kanapie, w ogródku restauracji. Dalsze odsuwanie tej chwili wydawało się niemożliwe, wystarczyła mi doba, żeby udowodnić, cokolwiek miałam do udowodnienia. Najwyraźniej tobie również tyle wystarczyło. Teraz leżymy, a ty mówisz, że nigdy nie będziesz niewierny. Mamroczę "aha, to dobrze" i myślę o tych chwilach, kiedy sama bywałam niewierna. Dochodzę do wniosku, że trudno obiecać coś takiego, ale podoba mi się to podejście. Coś o tobie mówi. Znam cię od dwóch tygodni. Jestem ciebie niezmiernie ciekawa, ale się powstrzymuję. Próbuję nie zadawać ci więcej pytań, niż ty zadajesz mnie na mój temat. A nie pytasz zbyt często. Więc ja też się hamuję.
Kiedy przyszłam do ciebie po raz pierwszy, zapytałam, czy wprowadziłeś się niedawno. Było tak mało mebli. Pusty przedpokój, salon z sofą, telewizorem i małym biurkiem w rogu. Na biurku stał komputer, na którym i z którego pracujesz, były też samoprzylepne karteczki z małymi notatkami. Masz piękny charakter pisma, małe literki, nawet wersaliki są małe. Wtedy nie zrozumiałam, że nazwy na karteczkach oznaczają firmy producenckie, które są twoimi klientami. Backup Callboy - brzmiał napis na jednej. Naprawić maila Annelie - na drugiej. Serwer Camp David - na trzeciej. Na kolejnej po prostu zapisałeś wersalikami: NIGDY WIĘCEJ. Kiedy zapytałam, co to znaczy, odpowiedziałeś, że to przypomnienie dla siebie samego, żeby nie brać tyle pracy, ile wziąłeś rok wcześniej. Że wtedy prawie się wykończyłeś. Pracowałeś dwadzieścia cztery godziny na dobę i ubyło ci mnóstwo kilogramów. Nigdy więcej nie zamierzałeś tego sobie zrobić. Odparłam, że coś wiem o intensywnej pracy i wspomniałam, że u mnie oznacza to wiele wieczorów i nocy. Odpowiedziałeś "to się stamtąd zwolnij", jakby to była najprostsza rzecz pod słońcem. Jakby moja praca w ogóle ci nie imponowała. Wtedy chyba jeszcze bardziej się w tobie zakochałam.
W sypialni: łóżko i ławeczka do ćwiczeń. Kropka. Żadnych dywanów, żadnych firanek, prawie puste ściany, jeśli nie liczyć wydruku drapacza chmur z samotną chmurą obok.
Kiedy zapytałam, czy dopiero się wprowadziłeś, sprawiałeś wrażenie, jakbyś zupełnie nie rozumiał, dlaczego pytam. Odparłeś, że mieszkasz tu od ośmiu lat. Dla ciebie to była odpowiednia liczba przedmiotów. Wspomniałeś, że dorastałeś otoczony szpargałami i nie chcesz mieć ich u siebie. Że panikujesz na samą myśl o gromadzeniu, mnóstwie przedmiotów i kurzu. Pomyślałam, że chyba przeniosłeś tę niechęć na ekstremalny poziom i zastanawiałam się, czy naprawdę regularnie korzystasz z ławeczki. Uznałam, że osobliwa z ciebie postać. A przez to ciekawa.
Teraz z mebli wystarczy nam w zasadzie tylko łóżko. To w nim spędzamy wieczory, noce, przedpołudnia i części weekendów. Kiedy mamy ochotę na jedzenie, wychodzimy, a wtedy dużo spacerujemy. Obejmujesz mnie, a ja jestem zakochana w twoim pokaźnym wzroście. Lubię czuć twoją rękę w talii i skrycie liczę na to, że spotkamy moich znajomych. Przechadzamy się wzdłuż zatoki ?rstaviken między Skanstull, gdzie mieszkam, a Hornstull, gdzie mieszkasz ty. Chcę być widziana w twoim towarzystwie. Chcę, żeby moi przyjaciele i znajomi natykali się na nas przypadkiem. Żeby odchodząc, szeptali: "Oj, a kto to był? Ale ładna z nich para". Tak właśnie to sobie wyobrażam. "Jaki wysoki i przystojny mężczyzna". Jestem dumna, że do ciebie należę i choć jeszcze o tym nie rozmawiamy, tak właśnie jest. Należę do ciebie.
Odkąd się zobaczyliśmy po raz pierwszy, spotykamy się mniej więcej co drugi dzień, a kiedy się nie widzimy, utrzymujemy intensywny kontakt przez czat i esemesy. Już się dowiedziałam kilku rzeczy na twój temat. Nie lubisz rozmawiać przez telefon. Na piśmie i w rzeczywistości jesteś jak dwie różne osoby. Kiedy piszesz, wydajesz się surowy, chcesz szybko dojść do sedna, a potem skończyć. Gdy się spotykamy, jesteś ciepły, troskliwy, zabawny, lubisz dotyk i łatwo cię rozśmieszyć. Lubisz się całować i trzymać mnie za rękę, nawet jeśli nie leżymy w łóżku. Poza tym rzeczywiście masz soczewki. Podkreślają błękitny kolor oczu, bo są dość grube. Bez nich naprawdę kiepsko widzisz. Kiedy wieczorami jesteś sam w domu, wyjmujesz soczewki i używasz okularów, których nie cierpisz, ale ja je kocham. Są krzywe i bardzo dobrze dopełniają twój uśmiech. Wszystko w tobie jest trochę krzywe. Wszystko w tobie jest naprawdę piękne.
Kiedy się rozstajemy rankiem, rzadko masz ochotę planować kolejne spotkanie. Mówisz "do usłyszenia", a ja nie mam odwagi zapytać kiedy. Sam nigdy mnie nie pytasz, jakie mam plany i kiedy o nich opowiadam, czuję, że się narzucam. Fascynuje mnie twoja podwójność. Jesteś złożony i pełen paradoksów. Nieobecny i obecny jednocześnie. Na przemian jesteś tak blisko i tak daleko. Myślę o tobie właściwie przez cały czas, kiedy się nie widzimy. Czekam, aż się odezwiesz i uważam, że godziny poprzedzające tę chwilę są nie do wytrzymania.
Ale się odzywasz. Zawsze. Po kilku godzinach oczekiwania wiem, że zaraz wrócisz. Zaczynam się uczyć twojego tempa. Zaczynam się uczyć egzystować w twoim świecie. Jestem już w tobie zakochana. Zajęło to dwa tygodnie albo dwie doby, trudno określić dokładnie.
PAŹDZIERNIK 2014
Przyjechała karetka i sympatyczny mężczyzna, który z niej wysiadł, spędził w naszym mieszkaniu kilka minut. Schodzi później do mnie i Ivana, czekających na ławce na klatce schodowej i mówi, że miałam rację, mój partner nie żyje. Dodaje, że jeśli to jakieś pocieszenie, wygląda na to, że nie cierpiał, tylko odszedł spokojnie we śnie. To żadne pocieszenie.
Chce, żebym poszła z nim z powrotem na górę, do mieszkania. Wiem, że powinnam to zrobić, że przynajmniej powinnam zmienić Ivanowi pieluchę, ale nie mogę się ruszyć. Nie chcę tam nigdy wracać.
Zadzwoniłam do twojego brata, a on zawiadomił rodziców. Dzwoniłam do macochy i wszyscy są w drodze, na złamanie karku pędzą z miejsc, w których jeszcze niedawno rozpoczęli zupełnie zwyczajny poniedziałkowy ranek. Mówię sanitariuszowi, że chcę zostać na klatce i poczekać, aż przyjedzie ktoś znajomy. Sanitariusz się zgadza. Mówi, że policja już jedzie i podkreśla, że to standardowa procedura, gdy ktoś młody umiera nagle. Żebym nie myślała, że jestem podejrzana albo doszło do przestępstwa, po prostu muszą tak zrobić. Mówi jeszcze inne rzeczy, ale ich nie rejestruję, bo widzę, że po schodach schodzi sąsiadka. Dziecko, które jej towarzyszy, gapi się na nas siedzących na ławce przy skrzynce na listy. Ja jestem w piżamie, Ivan w nosidełku, sanitariusz w jaskrawożółtej kamizelce narzuconej na ciemnozielony kombinezon. Dziecko patrzy z zaciekawieniem i pyta mamy, kim jesteśmy, co się stało, jak się nazywamy. Nie odpowiadam. Sąsiadka milczy. Tak samo jak sanitariusz. Sąsiadka przyśpiesza kroku, bierze dziecko na ręce, ucisza jego pytania i szybko wychodzi na ulicę. Patrzę na szarą betonową podłogę klatki schodowej. Czuję się, jakbym już nie miała domu.
Policjantki przyjeżdżają równocześnie z twoim bratem. Nie wiem, jak to robi, ale jakimś sposobem przejmuje dowodzenie nad sytuacją. Prowadzi mnie do mieszkania, mocno ściskając za ramiona. Mówię, że już nigdy nie wejdę do sypialni. Odpowiada, że nie muszę tam wchodzić, zostanę w kuchni. Policjantki chcą mi tam zadać kilka krótkich pytań.
W kuchni zaczęli już przeglądać naszą szafkę z lekami. Słyszę, jak jedna policjantka mówi do drugiej, że nie wie, od czego zacząć, bo tyle tego jest. Patrzy na moje amerykańskie tabletki nasenne bez recepty i pyta, do kogo należą. Mówię, że do mnie i robi mi się wstyd, że przez lata nazbierałam tyle opakowań. Że musiałam zbierać akurat opakowania tabletek ze Stanów. I właściwie nigdy nie wzięłam ani jednej, tylko kupowałam nowe za każdym razem, gdy byłam w Nowym Jorku. Nie brzmi to rozsądnie, kiedy próbuje się wytłumaczyć to policjantkom. Raczej jak coś, co mógłby robić wariat. Policjantka kiwa głową i kontynuuje poszukiwania. Patrzy na twoje leki i pyta, czy ostatnio zauważyłam coś nietypowego w twoim zachowaniu. Odpowiadam, że nie. Policjantka pyta, dlaczego mamy w domu tabletki nasenne wydawane na receptę. Mówię, że przepisał mi je lekarz, żebym dała radę zasnąć po wielu bezsennych nocach z rzędu spędzonych przy Ivanie. Opowiadam o nocnym karmieniu i lękach, tłumaczę, że mam trudności z ponownym zaśnięciem między jedną serią a drugą. Proszę policjantkę, by otworzyła opakowanie i sprawdziła, że żadnej nie wzięłam, że nie brakuje ani jednej tabletki. Zależy mi, żeby to zobaczyła. Kiedy otwiera opakowanie, ogarnia mnie nagły strach. A jeśli jest puste? Jeśli popełniłeś samobójstwo? Po raz pierwszy przychodzi mi to do głowy. Palce policjantki pracują jakby w zwolnionym tempie, gdy otwiera małe kartonowe opakowanie z czerwonym trójkątem ostrzegawczym na krótszym boku. Listek z tabletkami jest pełny.
Policjantka robi notatkę i wykłada jedno opakowanie po drugim na stół w kuchni. Pytam, kiedy skończą, a ona, już łagodniejszym głosem, odpowiada: "Wkrótce, tylko najpierw musimy się tym zająć. To standardowa procedura".
Do kuchni wchodzi moja macocha. Przed godziną z kawałkiem, zaraz po zakończeniu rozmowy, wskoczyła do samochodu i przyjechała z Uppsali. Jest kobietą czynu, odkąd ją znam, czyli prawie od trzydziestu lat. Obejmuje mnie przy stole w kuchni w obecności policjantek, a ja po raz pierwszy tego dnia wybucham płaczem. Macocha też płacze. Wyślizguję się z jej silnych ramion i mówię, że musi przejąć Ivana - nie jadł śniadania, trzeba mu zmienić pieluchę, jeszcze nie dałam rady tego zrobić. Ona wykazuje zrozumienie i robi to, czego w tej chwili najbardziej mi potrzeba. Kiedy wyjmuje mi Ivana z rąk, zauważam, że trzymałam go w kurczowym uścisku. Moje ręce nie wiedzą, co robić, kiedy nie mam go przed sobą. Jest mi niedobrze. Macocha kołysze Ivana, kiedy ten płacze, zmienia mu pieluchę, bawi się z nim w rogu stołu niezajętym przez policjantki i opakowania leków, oznajmia, że moja mama też już jest w drodze. Kiedy siadam na kanapie w salonie, słyszę, że Ivan się śmieje i widzę kątem oka, jak macocha przeciska się obok policjantki, żeby wyjąć z lodówki słoiczek z jedzeniem. Ivan ma opiekę, więc próbuję się odprężyć i pozbierać myśli. Na próżno. Już nigdy więcej nie wejdę do tej sypialni, myślę. Nigdy, przenigdy. Poza tym mam pustkę w głowie.
MAJ 2009
Jutro masz urodziny i nie chcesz rozmawiać na ten temat. Mówisz, że urodziny są dla ciebie nieważne i żebym pod żadnym pozorem nie kupowała ci prezentu. Tłumaczysz, że urodziny budzą w tobie lęk, bo przypominają o upływie czasu, a ty nie uważasz, żebyś zrobił coś szczególnie doniosłego w ciągu ostatnich lat. Mówisz, że urodziny, jako wyznaczniki czasu, są kłopotliwym przypomnieniem o twoich niedoskonałościach. Pytam, jakie niedoskonałości masz na myśli, ale robi ci się nieprzyjemnie i chcesz zakończyć rozmowę. Odpowiadasz, że pracowałeś nad tym samym, mieszkałeś pod tym samym adresem, robiłeś mniej więcej te same rzeczy od stanowczo zbyt wielu lat. Myślę, ale nie mówię na głos, że jesteś dziwny. Większość ludzi, których znam, tak nie ma. Obchodzą urodziny. Poza tym poznałeś mnie. Chyba jesteśmy razem? Jeśli to nie jest nowa, wielka rzecz, to co nią jest? Zastanawiam się, dlaczego tak tego nie traktujesz.
Poznaliśmy się prawie cztery tygodnie temu, a ja jestem zestresowana, bo nie wiem, co ci kupić w prezencie urodzinowym. Dziwnie chyba rozpoczynać związek i nie dawać sobie prezentów na urodziny. Dochodzę do wniosku, że coś przecież musisz dostać, ale nie wiem, na jaki poziom wejść w przypadku człowieka, który z jednej strony mówi, że nie chce być fetowany, a z drugiej jest najwspanialszym, co mi się przydarzyło w życiu w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Takie balansowanie jest trudne, więc próbuję znaleźć wskazówki, które pomogłyby mi ustalić, z czego mógłbyś się ucieszyć, czego ci brakuje, co jest ci potrzebne. Szukam czegoś w sam raz.
Twoje mieszkanie nijak nie podpowiada, czego potrzebujesz ani czego ewentualnie mógłbyś chcieć. Wydaje się, że lubisz żyć skromnie. Nie odważę się kupić żadnego obrazu. Ani mebli, to chyba zbyt poważne po kilku tygodniach razem. Może jakieś narzędzie kuchenne? Ale to nieprawdopodobnie nudne. Cześć, to ja, moja miłość i... żeliwna patelnia. Odpada. Zastanawiam się nad ubraniami, ale podejrzewam, że jesteś wybredny i oddałbyś je do sklepu, gdybym źle wybrała. Ja bym potraktowała to osobiście, poczuła się urażona. Twoja garderoba jest prawie tak skromna jak mieszkanie - odkąd się poznaliśmy, miałeś trzy kraciaste koszule, kilka białych T-shirtów, granatową bluzę z kapturem i od jednej do trzech par dżinsów. Często myślę, że twoje nogi są wprost stworzone do dżinsów. Fantastyczne, najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek widziałam. Zastanawiam się, dlaczego z takimi nogami nie jesteś modelem dżinsów. Odlatuję myślami.
Postanawiam zaczekać z ubraniami do czasu, aż cię lepiej poznam.
Ukradkiem zaglądam do twojej szafki w łazience i bez większego zaskoczenia zauważam, że jest prawie pusta. Buteleczka perfum przeciwnie - jest prawie pełna. Patrzę na szampony i mydła - nic szczególnego. Zatrzymuję się na dłużej w twojej łazience. Spędzasz tu wiele czasu.
Uwielbiasz kąpać się pod prysznicem i robisz to kilka razy dziennie. Mówisz, że to doskonale wpływa na twoje samopoczucie. Pod prysznicem rozwiązujesz problemy służbowe i inne, bardziej egzystencjalne. Potrafisz powiedzieć "czas na prysznic" i dwie sekundy później zniknąć w łazience - zostawiasz mnie siedzącą, leżącą w łóżku albo na sofie, gdy na moim ciele jeszcze jest ślad twojego. Nigdy nie poprosiłeś, żebym do ciebie dołączyła, a ja nie chciałam się narzucać. Któregoś razu uchyliłam drzwi łazienki i patrzyłam, jak tam stoisz, odwrócony, nagi. Patrzyłam na twoje długie i moim zdaniem doskonałe nogi, zwrócone w moją stronę pośladki, strumień wody wymierzony w klatkę piersiową i spojrzenie utkwione w białych kafelkach na ścianie. Nie widziałeś mnie, kiedy po cichutku się stamtąd wymknęłam, wróciłam na swoje miejsce na kanapie i z utęsknieniem czekałam. W roztargnieniu przeglądałam książkę albo patrzyłam w telefon, żeby po twoim powrocie nie robić wrażenia zbyt zdesperowanej. Przychodzi mi do głowy, że może przydałaby ci się zasłonka prysznicowa. Albo drogie i luksusowe mydło. Szybko odrzucam swoje pomysły, wszystkie uznaję za bezwartościowe.
Tuż przed twoimi urodzinami jest czwartek i długi weekend - zbliża się święto Wniebowstąpienia Pańskiego. Budzimy się po nocy obfitej w alkohol, jak zwykle wtuleni w siebie. Ubrania z poprzedniego dnia leżą w nogach łóżka, tworząc wymięte stosy. Wczoraj mieliśmy jedno z pierwszych wspólnych spotkań na mieście. Po przebudzeniu zaczęłam wyliczać w myślach imiona ludzi, którzy nas widzieli. Jestem dumna, że do ciebie należę, że jestem kobietą, którą ty - dawniej zadeklarowany samotnik - decydujesz się obejmować w miejscach publicznych. Którą całujesz, z którą się śmiejesz. Mam wrażenie, że oboje promieniejemy. Oboje jesteśmy wysocy i chudzi, raczej nietypowej urody niż klasycznie piękni. Tłumaczę sobie, że wyróżniamy się z tłumu, a kiedy to sobie uświadamiam, przechodzi mnie przyjemny dreszcz.
Nadal śpisz, kiedy się zakradam do twojej kuchni, robię kilka kanapek i nalewam soku do szklanki. Nie znajduję żadnej tacy, więc dochodzę do wniosku, że to mógłby być dobry prezent. Kupiłam jednak formę do piekarnika. Kiedyś mówiłeś, że pieczesz fantastyczny jabłecznik i jeśli któregoś dnia mi go zrobisz, chyba odlecę. W końcu nie wymyśliłam nic lepszego. Kupiłam kieszonkowe wydanie książki - lekkiej historii o rzeczach, które powinno się znać ze szkoły średniej, ale pewnie się zapomniało, a do tego formę do piekarnika. Wstydzę się swoich prezentów, ale już tu leżą, obok szklanki soku pomarańczowego i dwóch kanapek. Robię, co mogę, żeby nie zwracać uwagi na wstyd, biorę głęboki wdech, idę do sypialni i zaczynam śpiewać.
PAŹDZIERNIK 2014
Policjanci pojechali, a sanitariusz oddał pałeczkę, czyli nas, lekarzowi medycyny sądowej, który przyszedł potwierdzić przyczynę śmierci. Przynajmniej wydaje mi się, że taki jest powód jego wizyty. Przyswajam tylko fragmenty wypowiadanych do mnie zdań - słowa latają gdzieś poza moją głową i jakkolwiek próbuję słuchać i rozumieć, po prostu nie daję rady. Lekarz jest jednak na miejscu, wszedł do twojego pokoju, będzie badał twoje ciało i sprawdzi, kiedy umarłeś. Dlaczego umarłeś.
Są u nas teraz twoja mama, tata, starszy brat i bratanek. Moja macocha jest w pobliżu z Ivanem, wciąż gotowa wkroczyć, gdybym jej potrzebowała. W przerwach płacze - straciła mojego tatę, kiedy moja młodsza siostra była w wieku Ivana, i pamięta, jak to jest. Mimo to, a może właśnie dlatego, jest teraz operatywna i konkretna. Robi to, co najbardziej potrzebne.
Skupia się na Ivanie. Na czynnościach, które wszystko mi ułatwiają. Bawi się z nim, pilnuje, żeby był najedzony i miał sucho. Oddaje mi go, kiedy jest głodny. Potem zabiera z powrotem i kontynuuje swoją cichą pracę.
Twój tata czasami zaczyna wyć, wybucha płaczem prosto z trzewi. Poza tym mówi, ględzi, chodzi tam i z powrotem po pokoju, a jego głos dominuje. Siada, znowu wstaje i idzie dalej, usiłuje zrozumieć. Chciałabym wyłączyć i jego, i głos. "To niepojęte", powtarza raz za razem. "Kompletnie niepojęte". Ja pragnę ciszy. Twoja mama milczy. Ma nieobecne spojrzenie. Tak jak ja. Zatrzymuję wzrok na różnych punktach w pokoju, ale żaden z nich nic mi nie mówi. Nie rejestruję niczego. Twój brat przejął rolę lidera i działa jako mój obrońca. Obejmuje mnie, rozmawia ze mną szeptem, który nie rani uszu, pilnuje, żebym piła wodę. Z twojej sypialni, naszej sypialni, wychodzi lekarz. Chce mi się wymiotować, nie mam najmniejszej ochoty słuchać, co ma do powiedzenia. Syczę do twojego brata, że nie wejdę do sypialni. Wiem, że lekarz będzie tego ode mnie chciał.
I rzeczywiście. Siada obok mnie i zaczyna wolno mówić. Jakby przemawiał do dziecka, do głuchego albo kogoś, kto nie rozumie. Wyraźnie wymawia słowa i rozumiem, że próbuje się wedrzeć w to wszystko, co odłączyłam. Robił to już wielokrotnie wcześniej.
"Carolino, posłuchaj, teraz opowiem tyle, ile mogę o tym, co się stało. Słyszysz mnie? Możesz zadawać pytania, jakie tylko chcesz, a ja będę próbował odpowiadać tak, żebyś zrozumiała. Aksel umarł we śnie dziś w nocy, prawdopodobnie zaledwie godzinę przed tym, jak weszłaś do pokoju. Nie mogę dziś przedstawić pewnej przyczyny śmierci. Ciało niczego nie podpowiada. Pewnie serce się poddało. Musimy zrobić więcej badań, żeby ustalić przyczynę. Ale posłuchaj, umarł bez bólu, słyszysz, Carolino? Nic go nie bolało, kiedy umierał. To się zdarzyło we śnie, spał tak samo jak każdej nocy. Ważne, żebyś mnie teraz posłuchała, zwykle lepiej mieć tę wiedzę po pewnym czasie, kiedy wszystkie emocje już się ułożą. Umarł bezboleśnie i pewnie nawet się nie obudził. Chcę, żebyś teraz zrozumiała, Carolino: nic by to nie zmieniło, gdybyś była wtedy w pokoju. I tak nie dałabyś rady go uratować. Kiedy serce staje tak jak u Aksela, najczęściej nic nie możemy zrobić. Nawet jeśli pacjenci leżą akurat w szpitalu, wcale nie jest pewne, czy zostaną uratowani. Nie mogę ci dzisiaj powiedzieć, dlaczego serce stanęło, ale czasem tak się zdarza. Nazywa się to nagłym zatrzymaniem krążenia. Nie widać po Akselu, by cierpiał. A ty nie mogłabyś nic zrobić, nawet gdybyś leżała obok albo wcześniej zadzwoniła po karetkę. Wkrótce przyjedzie samochód, który zawiezie ciało Aksela do Instytutu Medycyny Sądowej w Solnie, nie będzie to dla ciebie zbyt przyjemny widok. Uważam, że za chwilę powinniście stąd wyjechać. W Instytucie lekarze przeprowadzą sekcję zwłok i wykonają badania, żeby ustalić dokładną przyczynę śmierci. Dostaniesz kontakt do kogoś z policji i będziesz mogła dzwonić z pytaniami. Rozumiem, że dużo tego wszystkiego. Ale zanim przeniesiemy ciało Aksela, chcę, żebyś weszła do sypialni i się z nim pożegnała, to zwykle pozwala poczuć..."
Nie.
Nie.
Nie.
Nie dam rady.
Wybudzam się z mgły bierności, przez którą musiałam wykonywać nadludzki wysiłek, żeby słyszeć lekarza i rozumieć, co mówi. Dotarł do momentu, którego się obawiałam. Nie chcę tam wchodzić. Nie potrzebuję tego. Mówię, że sobie nie poradzę. Zrobiłam to po śmierci taty i po śmierci babci, ale teraz nie dam rady. To niemożliwe.
Załamuję się. Zaczynam płakać i dygotać, cieknie mi z nosa, z ust leci ślina, brudzę koszulę twojego starszego brata, kiedy mocno mnie przytula. Znikam w jego ramionach i nigdy nie chcę z nich wyjść. "Dasz sobie radę", mówi, szepcze mi do ucha, smarki pewnie też tam napłynęły, ale on nadal szepcze i mocno mnie trzyma. "Wejdziemy razem", mówi. "Tak zrobimy. To ważne".
Nie wiem, jak długo tak stoimy. Jednak jakimś sposobem wszyscy zdążyli już do ciebie wejść: twoi rodzice, moja macocha i Ivan. Dołączają do nas, obejmują nas w nieporadnym uścisku, który prawie mnie dusi, nie mogę zaczerpnąć powietrza, ich ręce są wszędzie, nie mogę oddychać. Mówią, że za drzwiami jest przyjemnie, że wyglądasz na spokojnego i wejście tam dobrze mi zrobi.
Kapituluję. Muszę się wydostać z uścisku, znów oddychać samodzielnie, a nie oswobodzę się, jeśli nie wejdę do ciebie po raz ostatni. Twój starszy brat mocno mnie trzyma i wchodzimy razem na ostatnie pożegnanie. Kiedy przestępujemy próg, mocno zaciskam powieki.
MAJ 2009
Spacerowaliśmy cały dzień, a tuż po lunchu powiedziałeś, że to były najlepsze urodziny, jakie pamiętasz. W parku Tantolunden zrobiliśmy sobie piknik i trzymałeś mnie za rękę. Wtedy po raz pierwszy zauważyłeś, że obgryzam paznokcie. Patrzyłeś na nie - część ciała, której najbardziej się wstydzę, bo zdradza moje nerwowe usposobienie i brak samokontroli - ale nie było widać po tobie obrzydzenia. Oglądałeś, całowałeś, gładziłeś tępe krawędzie i po chwili bardziej tonem stwierdzenia niż potępienia stwierdziłeś, że mam palce gitarzystki. Serce łomotało mi ze wstydu i czułam, że się czerwienię. Nie cierpię, gdy ktoś ogląda z bliska moje palce, ale to byłeś ty i nie miałam wyboru. Zamierzam uczynić z siebie i swoich palców powracający element twojego życia. Tak naprawdę chcę, żeby od tej chwili palce były w kontakcie z twoim ciałem bez chwili przerwy.
Jest południe i nagle zmienia ci się nastrój. Nie rozumiem, co się dzieje. Już się nie śmiejesz z moich żartów i coraz częściej zawieszasz wzrok w powietrzu. Zawieszasz też głos, kiedy wtrącasz coś do naszych rozmów. Wyglądasz, jakbyś nad czymś się zastanawiał. Przestałeś mnie obejmować w czasie spaceru. Staram się zachowywać swobodnie, mówię więcej niż wcześniej, więcej żartuję, ale ciebie już ze mną nie ma. Próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją i resztą dnia, proponuję, żebyśmy poszli zjeść kolację i wypić drinki w ogródku nocnego klubu, który oboje lubimy. Tego wieczoru gra zespół, w którym wokalistą jest mój znajomy. Mam nadzieję, że go polubisz. Zaczynam opowiadać o jego fantastycznym głosie, robię odniesienie do Neila Younga, dzielę się pikantnymi anegdotami z jego życia prywatnego. Spoglądasz na mnie, nagle obecny, i przerywasz mój słowotok.
"Jeżeli nie masz nic przeciwko, chciałbym chyba pójść do domu i spędzić wieczór samotnie", mówisz.
Odpowiadam, że, jasne, okej, oczywiście, jak najbardziej. Trochę zbyt entuzjastycznie. Nie jestem szczera.
Potem wszystko idzie szybko, finał wieczoru jest już przesądzony, postanowiliśmy, że się rozejdziemy, dlaczego więc nie zrobić tego od razu. Chyba tak rozumujesz. Wydaje mi się, że czujesz ulgę. Na Hornsgatspuckeln dostaję szybki pocałunek w policzek, a potem widzę twoje plecy i długie, idealne do dżinsów nogi, poruszające się w dziarskim tempie w drodze do domu. Widzę, jak wkładasz słuchawki do uszu, a potem w biegu naciągasz na głowę kaptur bluzy. Wmawiam sobie, że twój krok jest teraz lżejszy, plecy wyglądają wręcz na szczęśliwe. Zostaję w miejscu i patrzę za tobą, gotowa pomachać, gdybyś się odwrócił. Nie odwracasz się. Twoja sylwetka znika na Hornsgatan, a kiedy jesteś tak malutki, że zasłaniają cię ludzie idący chodnikiem, ja też się odwracam. Nie mam pojęcia, co się właśnie stało i zadaję sobie pytanie, kiedy znów się usłyszymy.
Wychodzę i świętuję twoje urodziny bez ciebie. Spotykam kilku przyjaciół w ogródku, przez resztę wieczoru i nocy nie jestem w stanie myśleć o niczym innym. Mój dobry humor znika jak ręką odjął. Już nie bawię się dobrze bez ciebie u boku. A teraz jesteś w domu. Tak myślę. Wydawałeś się szczęśliwy, że idziesz do domu, zostawiasz mnie za sobą. Czuję, że się odezwiesz dopiero jutro. To boli.
PAŹDZIERNIK 2014
Głaszczę cię po policzku, kiedy leżysz w łóżku. Czuję się tak, jakbyś to nie był ty. To ciało, twoje ciało, ale ciebie już w nim nie ma. Lekarz chyba wyrównał odcień skóry, może masz warstwę pudru na policzkach. Twoje oczy są teraz zamknięte, a ciało leży pod kołdrą. Stopa nie wystaje już przy nogach łóżka. Leżysz tam i jesteś martwy, a ja rozumiem, że chodzi o to, by moje ostatnie wspomnienie było przyjemne, miałam zobaczyć, że spokojnie odpoczywasz. Wiem też, że nigdy tak nie będzie. Jesteś teraz tylko ciałem. Ciałem podretuszowanym przez lekarza, żeby dało nam możliwość pożegnania.
Nie wyglądasz już jak ty. Wyglądasz jak wszyscy inni umarli, których widziałam. Tak samo jak mój tata i moja babcia po śmierci. Leżysz gładki i nieruchomy. Przyszykowany, zimny, blady i... nieobecny. Jeszcze zanim otworzyłam oczy, kiedy twój brat zaprowadził mnie do łóżka, wiedziałam, że będziesz wyglądał właśnie tak. I wiem, że nie tak cię zapamiętam jako umarłego. Już zdążyłam cię zobaczyć po śmierci. Byliśmy wtedy tylko ty, ja i Ivan.
Tęsknię za tym, jak wyglądałeś wcześniej tego ranka. Za twoim pomarszczonym policzkiem, uchylonym okiem, zimną kostką i dziwną pozycją, gdy leżałeś wtulony w poduszkę. Tęsknię za tym, jak wyglądałeś jeszcze niedawno. Za twoją ostatnią chwilą prywatności, za ostatnią chwilą, kiedy byliśmy tylko my.
Głaszczę cię po policzku i szeptem wypowiadam pożegnanie. Kiedy to robię, widzę siebie z zewnątrz i jest mi wstyd, że nie płaczę mocniej. Twój brat właśnie płacze, po raz pierwszy odkąd przyszedł, po policzkach spływają mu łzy. Tłumi płacz, kiedy z tobą rozmawia, ale i tak ma zduszony głos. Pochyla się nad tobą. "Żegnaj, braciszku", mówi. Całuje cię w czoło. "Mój braciszek", szepcze. Ostrożnie cię przytula, nie unosząc kołdry ani nie dotykając twoich ramion. Zakopuje twarz w poduszce obok twojej. Słyszę dobiegające stamtąd słowa: "mój kochany braciszek".
Odwracam wzrok, czuję się, jakbym przeszkadzała. Jak mimowolny intruz w intymnej chwili. Chcę, żebyśmy wyszli. Wiedziałam, że będę się tak czuła. Zrobiłam to z poczucia obowiązku. Teraz jest już po wszystkim. Brat po raz ostatni gładzi cię po policzku. Wychodzimy z pokoju i już więcej cię nie zobaczę.
CZERWIEC 2009
Idziemy po łące i mijamy pastwisko dla koni. Można się poczuć jak na wsi, a przecież jechaliśmy autobusem tylko osiemnaście minut z Gullmarsplan. Chcesz mi pokazać swój dom z dzieciństwa i opowiadasz z entuzjazmem o każdej małej połaci trawy, każdym rowie i pagórku, które mijamy. "W tym domu, kiedy byliśmy mali, mieszkał podejrzany typek", mówisz i wskazujesz walącą się chałupę na wzniesieniu. "Tam kiedyś się położyłem i zasnąłem w drodze do domu z imprezy", mówisz i wskazujesz pobocze obok głębokiego rowu. Po drugiej stronie jest pastwisko dla koni. Zatrzymuję się, przeskakuję rów, staję przy ogrodzeniu pod napięciem i próbuję przywabić jednego z koni pasących się kawałek dalej. Jest początek czerwca i trawa na pastwisku ma jasnozielony kolor. Żaden koń najwyraźniej nie widzi powodu, aby się zbliżać do ogrodzenia pod napięciem, przy którym stoję i krzyczę. Jestem rozczarowana. Byłoby miło wciągnąć w nozdrza zapach końskiego pyska, a poza tym chcę odetchnąć i jak najbardziej przedłużyć ostatnią tego dnia chwilę sam na sam. Wkrótce po raz pierwszy spotkam twoich rodziców. Trochę się denerwuję.
Zdziwiło mnie, że zapytałeś, czy chcę tu z tobą przyjechać. Spotykamy się raczej od niedawna. O ile wiem, jeszcze nie nazywasz siebie moim chłopakiem. Ani mnie swoją dziewczyną. Zrozumiałam, że jestem kimś, z kim się "spotykasz". "Lubisz" mnie. A jednak chcesz mnie zaprosić do rodziców, przedstawić. To mnie zadziwia. Trudno mi powiedzieć, jak wiele w to zainwestowałeś. Skąpisz epitetów, ale rodziców mam poznać od razu. Rachunek mi się nie zgadza i nie wiem, na czym stoję. Podejrzewam, że przez to jestem w tobie jeszcze mocniej zakochana.
Poza tym nie mówisz zbyt wiele o swoich rodzicach. Wcześnie zadeklarowałeś, że nie masz żadnych traum, że twoje dzieciństwo nie miało w sobie nic szczególnego. Odruchowo pomyślałam, że zazwyczaj mówią tak ludzie, którzy przeżyli największe traumy. Uważam, że sama mam ich cały komplet. Moi rodzice się rozwiedli, kiedy miałam osiem lat. Byłam zdruzgotana, gdy mama przeprowadziła się z naszego domu do mieszkania nieopodal. Tata zakochał się w mamie mojej korespondencyjnej koleżanki, kiedy miałam dziewięć lat - to też dało mi w kość. Kiedy miałam dwanaście lat, w nowej konstelacji rodzinnej wyjechaliśmy ze Sztokholmu i przenieśliśmy się do wiejskiego gospodarstwa w Västmanland. Jako nastolatka coraz bardziej oddalałam się od mamy. Tata zachorował na raka, gdy miałam siedemnaście lat i zmarł, gdy miałam osiemnaście. Bez kokieterii prezentowałam swoje traumy z okresu dorastania niczym szwedzki stół, kiedy tylko ktoś pytał. Noszę je niczym drobne ozdoby i zastanawiam się, dlaczego ty nie robisz tego samego. Czyżbyś naprawdę nie miał żadnych traum?
Od tego czasu próbowałam coś wyłuskać. Skąd pochodzisz? Kim są twoi rodzice? Czy naprawdę zamieszkali ze sobą, kiedy byli nastolatkami, mają czworo dzieci, a między pierwszym a ostatnim są dwadzieścia cztery lata różnicy? Jak wyglądał twój nastoletni bunt? W ogóle nie nastąpił? Jak spędzałeś czas wolny? Co robiłeś w szkole podstawowej i średniej? Kogo z rodzeństwa lubisz najbardziej i dlaczego? Kto po raz pierwszy złamał ci serce? Kto cię wychował, skąd pochodzisz, o czym rozmawialiście przy kolacji? Jak stałeś się tym, kim jesteś?
Dzięki coraz częstszej fizycznej obecności przy tobie w ciągu ostatnich tygodni wyciągnęłam wniosek, że najbliższa jest ci mama. Często rozmawiacie przez telefon, prawie codziennie. Nierzadko rozmawiasz zdawkowo, wręcz w nieprzyjemny sposób. Mówisz, żeby przestała palić, kiedy rozmawia z tobą przez telefon, żeby przeszła do rzeczy i że już wiesz o tym, co chce ci powiedzieć. Czasami zachowujesz się tak, jakby ci przeszkadzała, choć sam do niej zadzwoniłeś. Kilka razy słyszałam, jak dzwonisz i w ciągu minuty zaczynasz na nią warczeć. Zawsze jednak kończysz rozmowę słowem "całuję", a czasami nawet mówisz "kocham cię", zanim się rozłączycie. Zdarza się, że zaraz po rozmowie dzwonisz znowu i przepraszasz za swój nadąsany głos. To wszystko mnie zadziwia. Jestem bardzo ciekawa twoich rodziców. Niedługo wszystkiego się dowiem, lecz nagle czuję, że chciałabym zachować tę chwilę na później.
Po piętnastominutowym spacerze jesteśmy na miejscu. Skręcamy z wąskiej leśnej drogi i widzimy przed sobą mały, brązowy, czworokątny dom na samym końcu dużego ogrodu. Dom jest zniszczony, na fasadzie widać plamy, a na dachówkach rośnie mech. Do budynku prowadzi żwirowa ścieżka, po obu jej stronach rośnie trawa. Po jednej stronie jabłonki. Po drugiej ogromne zarośla malin, najdłuższe, jakie kiedykolwiek widziałam. Liczę pięć rzędów, każdy długi na ponad dziesięć metrów, i widzę krzewy wyższe od ciebie. Z pewnością mają co najmniej dwa metry. Puszczasz moją dłoń i wchodzisz w zarośla, żeby im się przyjrzeć z bliska. Ja stoję obok, powtarzam "oj" i "łał". Nagle pojawia się twój tata.
Z rozwichrzonymi włosami, krzywym nosem, okularami na bakier, w poplamionym ubraniu roboczym, z brudem pod paznokciami i basowym głosem, który w żaden sposób nie przypomina twojego wysokiego i delikatnego, robi wrażenie dokładnie tego, kim jest: nauczyciela. Nauczyciela techniki. Jego błękitne oczy patrzą prosto na mnie, nie ucieka wzrokiem, jest zaciekawiony i wyciąga rękę. Ma mocny uścisk, moja dłoń jest przy jego jak dłoń dziecka. Trochę mnie boli, kiedy ją ściska. Długo trzyma. Próbuję odpowiedzieć uściskiem, ale mi to nie wychodzi. Dłoń zupełnie zwiotczała tam w środku.
Po powitaniu tata dołącza do ciebie w zaroślach i obserwuje tegoroczne krzaki. Potem wygłasza długi wykład na temat policzonych plonów z tego roku. "Nasze maliny widać na Google Earth", oznajmia z dumą w głosie. Opowiada o malinach. Tłumaczy, jak pogoda zimą i wiosną wpływa na zbiory każdego roku. Jak nawozi krzaki. Mówi, że w zły rok malin wystarczy tylko na zimę, a powinnam wiedzieć, że jecie maliny do naleśników na śniadanie przez cały tydzień. Tata pyta, czy opowiadałeś, że przez cały okres dorastania jadłeś na śniadanie maliny. Zapewniam, że tak. Gorliwie utwierdzam twojego tatę w dumie z malin i ogromnych krzaków. Pieje z zachwytu, nie przestaje mówić, opowiada jak nakręcony. "Nie ma lepszych malin niż nasze", chwali się. "Wkrótce sama ich spróbujesz", obiecuje.
Stoimy tam dobrą chwilę. Entuzjazm twojego taty i potok słów dają mi poczucie bezpieczeństwa. On lubi opowiadać, a ja lubię słuchać. Wczuwać się. Taka dynamika idealnie mi pasuje. Twój tata ma szczere, ciepłe oczy, jak dziecko. Kiedy się z nim droczysz, potrafi się z siebie śmiać. Myślę, że nie będzie żadnych problemów. I że chyba rozumiem, skąd masz tę szczerą, wielkoduszną umiejętność nieowijania w bawełnę i mówienia prosto z mostu, nawet jeśli to niewygodne.
Wycieczka z przewodnikiem po krzewach dobiega końca, kiedy przerywasz tacie i mówisz, że czas już wchodzić. Twój tata pyta, czy piję kawę, a coś w jego oczach mówi mi, że to pytanie jest ważne. Kiedy odpowiadam, że oczywiście, rozpromienia się jak słońce, mówi: "wreszcie ktoś w tym domu chce się ze mną napić kawy", bierze mnie pod rękę i idziemy razem w stronę domu.
PAŹDZIERNIK 2014
Jest dopiero przedpołudnie, ale mam wrażenie, że się obudziłam całe wieki temu. Piętnaście po jedenastej lekarz każe nam wyjść z mieszkania, żebyśmy nie oglądali, jak samochód do przewozu zwłok zabiera twoje ciało i odjeżdża z nim do Instytutu Medycyny Sądowej. Wkrótce masz zostać poddany obdukcji. Chcą ustalić przyczynę śmierci. Wykluczyć wszystkie poza naturalnymi. O ile w takiej sytuacji może być mowa o naturalnej śmierci. Nie jestem pewna. Rozumiem jednak, że w twojej sprawie toczy się teraz policyjne śledztwo, jak zawsze, kiedy młody człowiek umiera nagle i w niewytłumaczalny sposób - policyjne śledztwo to standardowa procedura, służąca również ochronie zmarłego i jego krewnych. Chodzi o zyskanie pewności. To zaś może potrwać miesiące. Może ja też jestem elementem policyjnego śledztwa? Może w związku z twoją śmiercią jestem główną podejrzaną o popełnienie zbrodni? Nie wiem. Nie rozumiem. Nie jestem w stanie o tym myśleć.
Powoli i niezdarnie chodzimy po mieszkaniu: twoja mama, tata, starszy brat i ja. Próbujemy zrozumieć, dokąd powinniśmy się udać. Niezdolni do wybiegania myślami w przyszłość, chyba że chodzi o najbliższe godziny, zgodnie postanawiamy zebrać się w willi twojego brata - oddalonej o piętnaście minut drogi samochodem. Musimy tylko wymyślić, jak się tam dostać. Czy twój brat i tata mogą prowadzić? Czy się odważę zabrać z którymś z nich z Ivanem? Jaki mam wybór? Jazda metrem albo autobusem mnie przerasta. Zaczynam pakować torbę.
Pieluchy Ivana. Kilka słoiczków z obiadami. Jeden komplet na zmianę dla mnie, drugi dla Ivana. Nie mam pojęcia, gdzie będę spała tej nocy. Jestem okropnie otępiała i patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń, grzęznę w pokojach, pomiędzy którymi się poruszam. Sypialnię omijam. Ivan nadal gaworzy z moją macochą, a ta wykonuje jeden telefon za drugim, żeby załatwić nowy fotelik do samochodu - dochodzi bowiem do wniosku, że od teraz będzie takiego potrzebowała, a nigdy nie należała do osób, które się zastanawiają, zanim przystąpią do działania. Moje dwie przyjaciółki już jadą na dobrze zaopatrzoną stację benzynową, żeby jej taki kupić. Słyszę fragmenty rozmów telefonicznych i zdania skierowane do mnie, ale nie mogę ułożyć całości. Czuję się zestresowana tym, że kierowcy samochodu do przewozu zwłok wejdą do naszego przedpokoju. Nie chcę ich widzieć, nie chcę widzieć samochodu, próbuję się pośpieszyć.
CZERWIEC 2009
Twoja mama jest piękna i na tle ekscentrycznego taty wydaje się zimna. Tak samo jak u ciebie i twojej siostry, jej lśniące oczy są przejrzyste i błękitne. Przyłapuję się na myśli, czy właśnie to w sobie zobaczyli, kiedy się spotkali po raz pierwszy jako nastolatkowie. Dwa zestawy błyszczących błękitnych oczu, które natrafiły na siebie gdzieś na początku lat sześćdziesiątych. Przyjemny obrazek, gdy sobie to wyobrazić.
Twoja mama ma wysokie kości policzkowe, czerwone usta, kruczoczarne włosy ułożone w wysoką fryzurę i długie bordowe paznokcie. Ma szczupłe ciało i zdążyłam jeszcze pomyśleć, że wygląda, jak kobieta w moim wieku, a nie prawie-emerytka, która urodziła czworo dzieci. Ma czarną sukienkę i ciemnoszary sweter sięgający do łydek. Jest naprawdę elegancka. Czuję się przy niej jak włóczęga. W porównaniu z twoim tatą wydaje się opanowana i dostojna, dyskretnie obserwująca. Ona też mi się przygląda, ale z większą dyskrecją niż twój tata i jestem zmuszona wyjść z roli pasywnego gościa, który sam obserwuje. Podczas spotkania z twoją mamą chcę dać coś od siebie. Pokazać, co potrafię. Cokolwiek to jest. Może na przykład bycie godną jej syna.
Atmosfera w kuchni, gdy twój tata krząta się przy kawie, mama prowadzi uprzejmą konwersację, a ty krążysz niespokojnie między stołem a lodówką, podpowiada mi, że po raz pierwszy zaprosiłeś swoją dziewczynę. Albo kogoś, z kim się "spotykasz", jeśli mamy mówić twoim językiem. Wszyscy chodzą wokół siebie na paluszkach, chyba najbardziej wokół mnie. Czasami zapada cisza, a kiedy ktoś - najczęściej twój tata - nagle zaczyna mówić, przerywa komuś innemu - najczęściej twojej mamie - kto właśnie nabierał powietrza, żeby samemu przełamać ciszę. "Ty mów". "Nie, ty mów, moje i tak nie było ważne". Śmiech.
Rozchodzimy się z kuchni na zwiedzanie domu i wysłuchuję całej historii o tym, jak się tu wprowadziliście, kiedy miałeś sześć lub siedem lat. Przedtem mieszkaliście w fantastycznym domu, wielkim kolektywie nad jeziorem. Jednak w latach osiemdziesiątych gmina chciała odzyskać dom i ziemię, a wy dostaliście ten. Był wystarczający. Tata podkreśla, że nie ma nic przeciwko kolektywowi ani ogromnej posiadłości nad morzem, ale zostaliście tutaj. Tu mimo wszystko żyje się całkiem dobrze.
Okna są zasłonięte przez setki roślin w doniczkach, przez które ściany wyglądają jak dżungla. Półki biblioteczki są wypełnione do granic i ściany w salonie wyglądają, jakby składały się wyłącznie z książek. Po pokojach nonszalancko przechadza się sześć kotów - wskakują na meble i z nich zeskakują, odpoczywają na sofie i używają okna w kuchni jako wyjścia najpierw na balkon, a potem do ogrodu. Twoi rodzice omawiają ich imiona i charaktery i mimo że to z góry skazane na porażkę, bo jestem beznadziejna w imionach, próbuję je zapamiętać. Widać wyraźnie, że twoi rodzice kochają te koty. Opisują ich charaktery, jakby mówili o własnych dzieciach.
Poza tym, jeśli sądzić po ścianach, kochają literaturę. Zerkam na półki i znajduję imponujący zbiór tysięcy grzbietów. Mieszczą się tam powieści obyczajowe, kryminały, pamiętniki historyczne, biografie i moje ulubione: książki psychologiczne. Macie dużo książek o psychologii. Pewnie dlatego, że twoja mama pracuje jako terapeutka. Zaczynam przeglądać jedną z nich, a twój tata znika w kuchni i kontynuuje przygotowywanie kawy. Idziesz za nim. Słyszę, że zaczynacie rozmawiać o polityce. Mówicie o Perze Albinie Hanssonie i koncepcji Domu Ludowego. "Volksgemeischaft", mówi twój tata, przekrzykując czajnik w kuchni, a potem słyszę fragmenty dalszej rozmowy, wzmianki o Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników. Zauważyłam twoje zainteresowanie polityką i historią, poczułam się niewykształcona i głupia, więc zmieniałam temat, kiedy zostawaliśmy sami. Ty i twój tata debatujecie w kuchni. Ja zostaję na chwilę przy książkach psychologicznych.
Twoja mama też zostaje. Zaczynamy rozmawiać o książce, którą trzymam w ręku. Pyta, czy ten temat mnie interesuje, a ja odpowiadam, że tak. Zdradzam, że marzę o studiach psychologicznych. Mama kiwa głową z zainteresowaniem, zadaje pytania o to, nad czym obecnie pracuję. Zdaję krótkie sprawozdanie z dotychczasowego życia zawodowego, opowiadam o latach w księgarni i krótkim epizodzie w branży produkcji filmowej, o gazetach, do których pisałam i o tym, że pracuję w branży muzycznej przy organizacji koncertów. Pyta, co to oznacza w praktyce, a ja opowiadam. Długie wieczory i dużo pracy. Słyszę, jak mówię, że nie wyobrażam sobie zestarzenia się w tej branży i dochodzę do wniosku, że to prawda. Już zaczynamy wzajemne zwierzenia. Wracamy do początku rozmowy i pytam, czym konkretnie się zajmuje w ramach psychiatrii. Wyjaśnia. Rozmowa płynie swobodniej, kiedy jesteśmy tylko we dnie, dostrajamy się do siebie, gdy was już nie ma w pokoju. Jest dobrą słuchaczką, opowiada powoli i wkrótce zaczyna ostrożnie wypytywać, jak się poznaliśmy. Mam poczucie, że już zna odpowiedź, ale i tak odpowiadam. Mówię o imprezie, o naszych wspólnych znajomych i o tym, od jak dawna się spotykamy. Twoja mama słucha, kiwa głową. Zastanawiam się, czy ma zamiar mnie zaakceptować. Mam wrażenie, że tak.
Przy kolacji kilka godzin później twój tata robi to, co będzie robił wiele razy w kolejnych latach. Wyrzuca z siebie pytanie, nad którym się zastanawiał, ale nie zdążył go do końca przefiltrować ani sformułować. Wydaje się, że pada, niezredagowane, równocześnie z tym, jak się rodzi w jego głowie. Jest w połowie pytaniem, a w połowie nieumyślną zniewagą.
"No więc, Carro. Właśnie, możemy ci mówić Carro? Co ty właściwie widzisz w tym naszym... dziwnym synu? Z takim nieokrzesanym samotnikiem chyba nie żyje się zbyt łatwo? Coś przecież musiałaś znaleźć?".
Za stołem zalega nagła cisza. Twoja mama wybucha śmiechem, żeby zamaskować to nazbyt bezpośrednie pytanie. Zerka na ciebie, ja też, ale nie wyglądasz, jakbyś uznał to pytanie za szczególnie dziwne. Jesz dalej, wpatrując się w talerz - sałatkę, frytki i antrykot, chwilę wcześniej upieczony przez twojego tatę na balkonowym grillu. Zdaję sobie sprawę, że to na mnie wszyscy czekają i postanawiam odpowiedzieć na pytanie równie szczerze, jak twój tata je zadał. To się wydaje najprostsze. Patrzę mu w oczy.
"Jest najlepszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam".
Znów zapada cisza. Trwa sekundę, może dwie. Zawstydzam się własnymi słowami. Nie rozmawiałam jeszcze z tobą tak szczerze, nie dawaliśmy sobie nawzajem takich wyrazów czułości, a teraz zrobiłam to przed twoimi rodzicami. Czuję, że się rumienię. Nie mam odwagi spojrzeć w twoją stronę, więc nie spuszczam wzroku z twojego taty. Kiwa głową i wydaje się zadowolony z mojej odpowiedzi. Ty nie patrzysz mi w oczy, ale widzę, że się uśmiechasz do talerza. Wygląda na to, że moje słowa cię ucieszyły.
Jemy dalej, rozmowa kręci się wokół lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych i po raz pierwszy, ale nie ostatni, wysłuchuję historii o poznaniu się twoich rodziców, duchu czasów, ich własnych rodzicach, pochodach demonstracyjnych, wiązach w parku Kungsträdg?rden, słucham przezabawnych anegdot z lat spędzonych w kolektywie. To zabawna opowieść. Wygląda na to, że mieli długie, obfitujące w zdarzenia życie. Rozluźniam się, kiedy przestaję być w świetle jupiterów. Wydaje się, że dalsze wypytywanie o mnie i moje zamiary wobec ciebie nie figuruje w menu na wieczór. Nie ma tam również dociekań, kim jestem i jaką mam przeszłość. Wkrótce podziękujemy za miły wieczór i pojedziemy autobusem z powrotem do miasta.
Kiedy wracamy, jestem raczej pewna, że zdobyłam aprobatę twoich rodziców. Czułam to, gdy mnie przytulali w korytarzu i mówili, żebyśmy wkrótce odwiedzili ich znowu. Czułam to w spojrzeniu twojej mamy, kiedy wcześniej tego wieczoru mówiłam, co w tobie zobaczyłam i kiedy twój tata zaczął mówić o planach na wspólną letnią wycieczkę za kilka tygodni. Jestem prawie pewna, że twoi rodzice są w mojej drużynie, w teamie "Ty i ja", i czuję się z tego powodu bardzo dobrze. Jest nas coraz więcej. Wkrótce stworzymy małą armię. I może tylko ty będziesz jeszcze miał wątpliwości. Chyba mi się uda cię przekonać.
PAŹDZIERNIK 2014
U twojego brata wielu z nas puszczają nerwy. Na zmianę mamy ataki płaczu. Mój pierwszy nastąpił przy stole w kuchni. Nie mogę się powstrzymać i płaczę głośno jak małe dziecko. Tłumaczę zebranym - dołączyli twój młodszy brat, moja mama i dwójka moich najbliższych przyjaciół - jakim beznadziejnym człowiekiem i partnerką byłam w ostatnim czasie. Jestem pewna, że to ja cię zabiłam. To moja wina, jeśli nie bezpośrednia, to przynajmniej pośrednia. Twoje serce nie wytrzymało życia ze mną. Nie potrafiłam przestać cię poganiać batem w tempie, w którym nie czułeś się dobrze. Kilkakrotnie sygnalizowałeś, że jesteś wyczerpany. Ja nie przestawałam. Twoje serce pękło, bo ja do tego doprowadziłam. Dosłownie. To wszystko moja wina. Nigdy sobie tego nie wybaczę. Zabiłam człowieka. Zabiłam Ivanowi tatę. Nie będzie już mógł dorastać z dwojgiem rodziców. Wszystko przeze mnie.
Twój tata mi przerywa, przekrzykuje mnie: "Przestań już, Carro, nie wolno ci tak myśleć". Mówi, że jestem najlepszym, co ci się w życiu przytrafiło, że teraz trudno mi to zrozumieć, ale znają swojego syna od trzydziestu czterech lat i bez urazy, ale wiedzą, o czym mówią. "Widzieliśmy, że przy tobie odżył", mówi twój tata. "Był z tobą szczęśliwy. To nie ulega żadnej wątpliwości. Aksel żył dzięki tobie, razem z Ivanem nadaliście jego życiu sens. Tak więc skończ z tym, co teraz wyprawiasz", mówi twój tata, ale głos mu się załamuje, teraz jego kolej na płacz. Milknę. Czuję nagły ból głowy. Moje włosy są przetłuszczone, a twarz pokrywa błyszcząca warstwa łez i potu. Mówię, że chcę wziąć prysznic, ale kiedy się pakowałam, zapomniałam o ubraniach na zmianę. Żona twojego brata, jeszcze do niedawna moja szwagierka, ale teraz nie wiadomo kto, pomaga mi wejść na piętro, daje parę czystych skarpetek i ręcznik. Mówi, że kiedy skończę, mogę się położyć w ich łóżku i chwilę odpocząć. Zajmą się Ivanem. Daje mi słowo, że dziecko jest pod dobrą opieką. Orientuję się, że już od dobrej chwili nie myślałam o Ivanie. Gdzie on w ogóle jest? Jak się czuje? Gdzie jest moja macocha?
Znajduję ich w salonie. Ivan raczkuje po podłodze, a ona siedzi obok. Pytam, kiedy ostatnio jadł, nie pamiętam żadnych szczegółów tego dnia. Macocha przypomina mi, że karmiłam tuż przed tym, jak wyszliśmy z mieszkania i przyjechaliśmy tutaj. Liczymy, że od tamtego czasu minęły ze dwie godziny. Biorę Ivana na ręce i karmię go znowu. Je łapczywie. Patrzę na jego małe policzki, kiedy wysysa moje mleko, które jeszcze się nie skończyło, ale może się skończyć w ciągu najbliższego tygodnia. Wiem, że to typowa reakcja na szok i traumę. Moja macocha straciła pokarm w dniu śmierci taty. Nie dam rady nadal patrzeć na Ivana. Na jego niewinną twarz, uszy, które są dokładną kopią twoich. Leży tam nieświadomy, przez co właśnie przeszedł. Co zmieni jego życie na zawsze. Jeszcze nie wie, że będzie dorastał bez tatusia i prawdopodobnie, najprawdopodobniej, tatuś zmarł z winy mamy. Je, mlaska, ściska mój sweter, który się skłębił pod pachą, kiedy go podciągnęłam do karmienia. Czuję, że zalatuje ode mnie potem.
Muszę odejść. Raptownie kończę karmienie, wychodzę z pokoju, po raz kolejny zapłakana. Macocha przejmuje pałeczkę, wraca do robienia tego, co zwykle. Nadal chroni Ivana. Ja wchodzę po schodach w domu twojego brata. Na ścianach wiszą portrety członków jego rodziny. Jeden z nich przedstawia ciebie. Masz siedem albo osiem lat. Zdjęcie jest czarno-białe. Śmiejesz się do obiektywu. Odwracam wzrok, już dłużej nie mogę. Muszę spać.
CZERWIEC 2009
Zaczęłam się złościć na ciebie i twój dystans. Spotykamy się od dwóch miesięcy, a ty nie chcesz układać ze mną planów. Bardzo pilnujesz, żeby mieć czas dla siebie i mówisz, że jest ci potrzebny. Miałeś niewyraźne plany na midsommar i mówiłeś, że może coś wymyślimy. Może. Ja nie ułożyłam żadnych planów. Chcę być z tobą. Dziś jednak zmieniłeś zdanie. Pada deszcz, a ty mówisz, że nie chcesz robić nic, masz trochę pracy, z którą musisz się uporać i najchętniej zostałbyś sam w domu.
Jestem dziś na ciebie wściekła. Muszę się pozbyć złości i żądam, żebyś mi pozwolił wpaść w południe. I tak jesteś w domu. A ja nie mam żadnych planów. Mówię, że musimy porozmawiać. Odpowiadasz: "jasne, wpadaj", a w autobusie, jadąc z jednego mieszkania do drugiego, zaczynam się zastanawiać, co właściwie chcę powiedzieć. Przecież w zasadzie nie zrobiłeś nic złego. Czy moja złość to tylko sztuczka mózgu, służąca wciśnięciu się do ciebie, wejściu głębiej w twoją przestrzeń? Czy to, co nazywam wściekłością, tak naprawdę jest czymś innym? Nie wiem, ale autobus dotarł już na miejsce. To wszystko jest coraz bardziej żenujące.
Kiedy dzwonię do drzwi twojego mieszkania, nie jestem już zła i muszę się wysilać, żeby nie gruchać jak gołąbek, kiedy mnie przytulasz, prowadzisz do salonu i chwytasz za rękę na sofie. Pytasz, o czym chciałam porozmawiać, a mnie przyśpiesza puls. Dziwna sprawa. Biorę głęboki oddech i próbuję być odważna. Staram się ci powiedzieć, że chcę się spotykać częściej niż teraz, że trudno mi znieść twój dystans i okresy, kiedy nie dopuszczasz mnie do siebie. Słuchasz, kiwasz głową i mówisz, że rozumiesz, o co mi chodzi, ale taki już jesteś. I zawsze byłeś. Mówisz, że bardzo mnie lubisz, a moja irytacja znów się budzi do życia. Dlaczego mówisz, że mnie lubisz i nic więcej? - myślę, ale nie pytam wprost. Jaki dorosły mówi drugiemu, że go lubi? Dlaczego tylko lubisz? Dlaczego nie jesteś tak szaleńczo zakochany jak ja?
Z braku odwagi do skrytykowania cię za dobór słów, milczę. Udaję, że rozumiem i kiwam głową, kiedy mówisz, bo stawka nagle zaczyna się wydawać wysoka. Rozmowa staje się kanciasta, ciężka, zdawkowa, a kiedy cię zostawiam i idę na imprezę kilka przecznic dalej, próbuję sobie wmówić, że poszło dobrze, że była to nasza pierwsza naprawdę poważna rozmowa. Przy odrobinie dobrej woli można to wręcz nazwać naszą pierwszą kłótnią. Chociaż nikt się nie kłócił. Mimo że prawie nie byłam zła. Ale to chyba dobrze, myślę. Pokazałam, co czuję i kim jestem, a ty, ty... powiedziałeś stop.
W nocy przysyłasz mi esemesa, w którym piszesz, że mogę u ciebie przenocować. Chcę być dumna, odpisać: "dzięki, ale nie", lecz nie daję rady. Zjawiam się za każdym razem, kiedy mnie wzywasz, a robisz to stanowczo za rzadko.
PAŹDZIERNIK 2014
Pod koniec dnia znalazłam się u macochy w Uppsali. I oto jestem. Ponownie z Ivanem, w ciemności, w pożyczonym łóżku, i nie mogę zasnąć. Może być ósma albo dwunasta, nie mam pojęcia.
Dowiedziałam się, że moje przyjaciółki i brat przebywają tego wieczoru u nas w mieszkaniu. Razem zajmują się tym, co akurat im się przypomni i jednocześnie pilnują naszego spragnionego towarzystwa kota. Kot jest kolejnym elementem, o którym nie jestem w stanie myśleć, ale i tak przychodzi mi do głowy, kiedy leżę w ciemności. Jak mam się zajmować Ivanem i kotem po czymś takim? Jak mam sobie poradzić? Jak się zatroszczyć choćby o siebie?
W Enskede robią przemeblowanie i na moją prośbę znieśli twoje łóżko do kontenera na odpady wielkogabarytowe przed domem. Nie miałam odwagi zapytać, czy było zaplamione moczem i odchodami. Gdzieś przeczytałam, że w chwili śmierci ludzie często się obsikują, więc wolałam dmuchać na zimne. Poprosiłam, żeby wyrzucili łóżko i wszystko, co w nim było, kiedy umarłeś: materace, kołdry i poduszki. Nigdy więcej nie chcę ich oglądać. Moje przyjaciółki były w salonie meblowym i kupiły nową pościel. Z esemesów dowiedziałam się, że teraz sprzątają i wszystko dopieszczają, żeby było mi trochę milej, kiedy wrócę do domu. Kiedykolwiek to nastąpi. Nie wiem, kiedy następnym razem przestąpię próg domu. Nie wiem nawet, gdzie jest mój dom.
W ciemności obok Ivana biorę do ręki telefon, po raz pierwszy od kilku godzin. Są tam setki esemesów, których nie jestem w stanie otworzyć, nie mówiąc już o odpisywaniu, ale na podstawie początków orientuję się, że są podobnie sformułowane. Roi się w nich od serduszek - całych i złamanych. Na początku dnia sama wysłałam kilka esemesów i doczekałam się zróżnicowanych odpowiedzi. Niektórzy znajomi, prawdopodobnie również w szoku, odpisali "żartujesz?". Początkowo zadawałam sobie trud i odpisywałam "nie". Inne odpowiedzi wypełniały cały ekran słowami - wyznaniami miłości do mnie i zapewnieniami, że nadawca zawsze będzie przy mnie i Ivanie. Część wiadomości zawierała próby pocieszenia i pewność, że dam sobie radę, że mam wszystko, co jest do tego potrzebne i że nigdy więcej nie będę sama, chyba że tak postanowię. Mniej więcej w porze lunchu przestałam czytać. Pogłoska się rozeszła, a liczba nieprzeczytanych wiadomości świadczyła o tym, że nie było już nikogo, kto by nie wiedział, co się stało. Odezwali się koledzy z przedszkola. A także odlegli znajomi. Twoi koledzy, moi koledzy, ludzie, z którymi imprezowałam w innych czasach. Na liście nadawców migają mi nawet nazwiska ludzi, z którymi szłam do łóżka, kiedy przed poznaniem ciebie wiodłam żywot singielki. Najwyraźniej złe wieści szybko się rozchodzą.
Zamykam wiadomości i przez chwilę patrzę na świecący niebieskim światłem ekran, ryzykując, że obudzę śpiącego obok mnie Ivana. Nie wiem, co robić. Jest mi niedobrze. Czuję ucisk w gardle, a serce łomocze za szybko. Ikonki w telefonie wyglądają groźnie, za każdą czai się fala reakcji ludzi, z którymi nie jestem w stanie się skonfrontować. Nie chcę z nikim rozmawiać. Żałuję, że w ogóle to napisałam.
LISTOPAD 2009
Pewnego letniego dnia wysłałeś mi esemesa z pytaniem, czy chcę pojechać z tobą w listopadzie na Islandię. Napisałeś, że w Rejkiawiku będzie festiwal muzyczny, zagra twój przyjaciel, może być fajnie. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam wiadomość, dokonałam szybkich obliczeń: podróż miała się odbyć za cztery miesiące - oznaczało to, że zamierzałeś być ze mną przynajmniej tak długo. Tak się ucieszyłam, że zaczęłam skakać z radości. Zadzwoniłam do ciebie i powiedziałam, że to świetny pomysł, oczywiście, że chcę jechać. W twoim głosie też słyszałam entuzjazm. Powiedziałeś, że możesz się zająć rezerwacją lotów i hotelu.
Po zakończeniu rozmowy byłam tak podekscytowana, że nie mogłam się powstrzymać i natychmiast znalazłam idealny hotel w Rejkiawiku. Choć byłam służbowo w Göteborgu i właściwie powinnam pracować, a ty zaproponowałeś, że zajmiesz się rezerwacjami, może z przekonania, że to będzie fajne. W swoim entuzjazmie nie mogłam się jednak powstrzymać.
Pomyślałam, że to takie nietypowe: nasze pierwsze wspólne wakacje spędzimy na Islandii. Ale super. Kąpiele i opalanie to nie dla nas. My jedziemy na Islandię, wybieramy się na festiwal, może wynajmiemy samochód, może wejdziemy na jakąś górę, wykąpiemy się w jeziorze, zobaczymy wodospad, pojeździmy na islandzkim koniu. To takie doskonałe, takie nasze.
Niecałe pół godziny po rozmowie wysłałam ci linki do idealnych połączeń - porównałam ceny i godziny odlotów we wszystkich liniach - i idealnego hotelu: dokładnie wypytałam na czacie kolegę, który pochodzi z Islandii. Napisałam, że tu i tu masz wszystko, czego potrzebujesz, nie musisz nawet sprawdzać sam, bo wszystko sprawdziłam dwa razy. Możesz rezerwować. Ja za chwilkę przeleję ci pieniądze.
Odpisałeś: "ok, okej" i postanowiłam, że zinterpretuję twoją odpowiedź jako "ojej, zaimponowałaś mi i jestem wdzięczny, że zajęłaś się rezerwacjami", a nie na przykład: "ojej, co prawda myślałem, że fajnie będzie to posprawdzać samemu, ale okej, już to zrobiłaś, w porządku".
Teraz siedzimy na lotnisku Arlanda. Twoi koledzy, którzy mają zagrać na festiwalu, również tu są. Zarezerwowali ten sam lot co my. Kiedy rano wyjeżdżaliśmy ze Sztokholmu, byłam w wyśmienitym humorze, ale teraz zaczyna mnie opuszczać. Czuję się wykluczona. Znacie się od dwudziestu lat, macie setki wspólnych zabawnych wspomnień, do których teraz wracacie. Nikt na mnie nie patrzy, nikt mnie o nic nie pyta, zapominasz włączyć mnie do rozmowy i nie streszczasz genezy waszych hermetycznych żartów. Mówię coraz mniej. Pijecie piwo.
Wpatruję się w swój sok pomarańczowy za czterdzieści pięć koron. Do wejścia na pokład samolotu pozostało pół godziny. Jest dziesiąta rano. Rozmawiacie i wybuchacie śmiechem. Dobrze się bawisz, wyglądasz na szczęśliwego. Z przyjaciółmi zawsze promieniejesz, żartujesz sobie z nich, a oni zdają się czerpać z tego przyjemność. Jesteś w centrum uwagi, choć z moimi przyjaciółmi rzadko ci się to zdarza. To mnie martwi, ale jeszcze nie udało mi się odgadnąć przyczyny.
Obserwuję za to twoje piwo. Ono też mnie martwi. U ciebie zostało mniej niż u wszystkich twoich kolegów, szklanka jest prawie pusta, choć dopiero składałeś zamówienie. Łyki, które wypijasz, wyglądają na dwa razy większe niż te, które biorą pozostali. Właśnie się śmieją z twojego żartu - przywołałeś scenę z przeszłości, w której nie uczestniczyłam, dlatego trudno mi dostrzec komizm. Kiedy próbuję śmiać się z wami, mój śmiech brzmi sztucznie i znika zagłuszony przez szczery śmiech twoich przyjaciół. Unosisz szklankę do ust i w jednej chwili piwo znika. Czuję się niezręcznie. Jeszcze ci nie powiedziałam, że mam problem z alkoholem w odniesieniu do ludzi, których kocham. Nadal nie wiem, czy za moją fasadą imprezowego życia i przesyconych alkoholem nocy jestem paskudnym człowiekiem, który liczy szklanki i łyki piwa, zaczyna się niepokoić i chce wracać do domu, jeśli partner traci kontrolę albo się upija. Ten aspekt mnie jest niezgodny z pozostałymi, więc zachowuję go dla siebie. O tych traumach jeszcze nie opowiadałam.
Dwadzieścia pięć minut do otwarcia bramki. Mój umysł szybko analizuje problem alkoholowy, tak jak to robił, odkąd pamiętam. Skrupulatnie kalkuluję: czy zamówisz więcej piwa w samolocie? A może jeszcze jedno teraz, przed pójściem do bramki? Czy widzę po tobie, że wypiłeś piwo? Chyba trochę plącze ci się język, kiedy mówisz? Będziesz pijany, zanim wylądujemy na Islandii? Czuję supeł w żołądku. Próbuję sobie powtarzać to, co słuszne: nie zepsuj tego teraz. Nie bądź tą, która zanudza. Odłóż na bok swoje zadawnione problemy i odpuść. Uznaję, że najlepszą obroną jest atak. Pytam, czy masz ochotę na piwo, zanim pójdziemy do bramki. Mówię, że zamierzałam zamówić kieliszek wina. Twoi koledzy patrzą na mnie, są pod wrażeniem. Zerkają na zegarek i zauważają, że bramka zostanie otwarta za dwadzieścia minut. "Zdążymy", mówię, uśmiecham się i próbuję robić wrażenie naprawdę odprężonej. "Kto ma ochotę na jeszcze jedną kolejkę? Ja stawiam".
Kiedy pół godziny później wchodzimy do samolotu, mam w żołądku kieliszek kwaśnego białego wina za ponad sto koron i lekko szumi mi w głowie. Wmawiam sobie, że będziemy mieli fantastyczne wakacje i muszę przestać być taką ciotką moralizatorką. Samolot startuje, a kiedy pojawiają się stewardessy z wózkami, zamawiamy wino, piwo i whiskey. W końcu są wakacje.
PAŹDZIERNIK 2014
Siedzę w samochodzie w drodze z Uppsali do domu. Ivan zasnął w odwróconym foteliku na przednim siedzeniu obok mojej macochy i będę mu za to dozgonnie wdzięczna. Nie bardzo teraz wiem, jak być mamą. Nie udaje mi się być obecną, kiedy płacze, nie udaje mi się go rozbawić ani uspokoić, najwyraźniej jedyne, z czym sobie radzę, to karmienie. A potem oddawanie go z powrotem macosze.
Ivan płakał wyjątkowo mało przez ostatnią dobę. Zastanawiam się dlaczego. Ma osiem miesięcy, więc nie rozumie ogromu tego, co właśnie się stało. Może mimo to przeżywa powagę sytuacji? Może przy babci czuje się tak bezpiecznie, że nie znajduje zbyt wielu powodów do płaczu? Zawsze dobrze się z nią czuł. Zawsze dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Pokochała go od chwili, gdy wbiegła na oddział noworodków, wskoczyła na łóżko, na którym siedziałam obolała po porodzie i wzięła go na ręce, a z oczu popłynęły jej łzy. Nazywa go Małym Księciem. Nie podoba mi się ten przydomek, ale nie protestuję. Jej miłość do Ivana jest dla niego ważna. Dla mnie też. Teraz chyba ważniejsza niż kiedykolwiek.
Chcę, żeby dzień, w którym będzie musiała wracać do domu, do swojego życia, nigdy nie nastąpił. Chciałabym, żebyśmy od teraz zamieszkały razem na stałe, żeby w ciągu dnia mogła się zajmować Ivanem. Przynajmniej dopóki się nie nauczę znowu wstawać, nie zacznę funkcjonować psychicznie i fizycznie. Teraz wszystko jest wyłączone. Myśli toczą się ociężale i nie znajdują rozwiązania.
W samochodzie jest cicho, wpatruję się w krajobraz za szybą i próbuję nie myśleć o niczym. Telefon nadal wibruje mi w kieszeni. Dostaję kilka esemesów na minutę. Przejrzałam większość, ale nie jestem w stanie odpisywać. Postanowiłam napisać automatyczną odpowiedź - podziękowania za troskę, dopisek, że usłyszymy się później i na końcu serduszko. Myślę, że powinnam kogoś poprosić, żeby wysyłał te wszystkie odpowiedzi. Zajmę się tym później.
W domu w Enskede czekają brat i szwagierka. Razem z kilkorgiem moich najlepszych przyjaciół zrobili przemeblowanie i posprzątali. Zabrali twoje kurtki z przedpokoju, schowali twoje buty, odłożyli książkę na nocny stolik i zmienili pościel na świeżą. Niechcący kupili taką samą pościel jak ta, którą mieliśmy przedtem i w której umarłeś ponad dobę wcześniej. Podsłuchałam, jak mój brat dyskutuje na ten temat z macochą i mówi, że wszystko okej, to nie ma znaczenia. Niech będą takie same. Bez różnicy.
Ja z kolei chcę zdjąć z wieszaków twoje ubrania już dziś wieczorem. Popakować je do worków na śmieci albo kartonów i wynieść na strych. Nie zniosę tego, jeśli będę musiała natykać się na nie w domu. W otoczeniu, gdzie każdy milimetr jest wołaniem za tobą i znakiem twojej nieobecności, nie potrzebuję dodatkowo takich przedmiotów. Mam już tego wystarczająco dużo w środku. W mieszkaniu. Ściany były też twoje. Sofa - twoja i moja. Noże w kuchni sam kupiłeś i ostrzyłeś. Drzwi były nasze. Słuchawkę prysznicową kupiliśmy w zeszłym tygodniu. Garderoba była wspólna. Twoje ubrania wisiały po lewej stronie, moje po prawej. Teraz trzeba je spakować. Nie wiem, czy dam radę to zrobić sama, ale jakoś to załatwię. Rzeczy, które leżą na wierzchu, należy usunąć natychmiast.
Kiedy wjeżdżamy na parking i widzę, jak nasz wielki, brzydki dom wznosi się w zasięgu wzroku, myślę o sąsiadach, którzy mijali nas wczoraj rano, kiedy czekaliśmy na karetkę. Zastanawiam się, jak wielu z nich połączyło fakty. Zastanawiam się, czy część z tych, którzy nas widzieli, widziała również karawan zabierający twoje ciało po południu. A może nawet ktoś jechał windą z facetami - bo wyobrażam sobie, że to byli mężczyźni - którzy wynosili twoje ciało. Zastanawiam się, na czym leżało, jak je opakowali. Wyobrażam sobie czarne worki na śmieci. Parę nagich stóp wystających na końcu. Robi mi się niedobrze. Myślę o twoim wzroście i zadaję sobie pytanie, jak się zmieścisz do windy w pozycji horyzontalnej. Momenty z wczorajszego dnia znów się odtwarzają w mojej głowie, narastają, inscenizacja zostaje przyprawiona przez moją wyobraźnię niczym w przerażającym teatrze. Czuję obrzydzenie, przechodzi mnie dreszcz, ale nie daję nic po sobie poznać. Samochód stanął, a macocha zaczęła rozpinać pas Ivana. Zagaduje do niego, gdy Ivan się budzi. Wita ją szerokim uśmiechem, jak zawsze szczęśliwy w jej obecności.
Wysiadam z samochodu i razem idziemy do drzwi. Mijamy ławkę, na której wczoraj siedzieliśmy. Skrzynkę pocztową obok windy. Myślę tylko o tym, że nie chcę spotkać żadnego sąsiada, niczyjego spojrzenia. Proszę, pozwólcie nam wejść do mieszkania bez żadnych spotkań. Jeśli się uda, to wszystko inne też.
GRUDZIEŃ 2009
Wkrótce minie pół roku, odkąd się z tobą skonfrontowałam i powiedziałam: "Halo, tak ci tylko uświadomię, że jesteśmy ze sobą. Jestem twoją dziewczyną. A ty moim chłopakiem. Wszyscy o tym wiedzą, więc może ty też zrozum, że tak to wygląda".
Powiedziałam to pół żartem, pół serio. Znajdowaliśmy się za kulisami na festiwalu w Dalarnie. Było już tak późno, że całą okolicę spowijał mrok. Może jedenasta, może dwunasta. Nie byliśmy trzeźwi. Siedzieliśmy na trawniku z przyjaciółmi, piliśmy drogie piwo z plastikowych butelek, kiedy nagle wstałeś, poprosiłeś naszych przyjaciół o uwagę i oznajmiłeś, że chcesz coś zakomunikować. "Ja i Carro jesteśmy razem", ogłosiłeś oficjalnym tonem. Nasi przyjaciele popatrzyli pytająco najpierw na ciebie, potem na mnie, potem znów na ciebie. Ktoś się roześmiał. Ktoś powiedział "tak" ze znakiem zapytania. Tak? Powiedz coś, o czym jeszcze nie wiemy. Powtórzyłeś, wydawało się, że smakujesz słowa i czujesz, że mimo wszystko całkiem dobrze brzmią w twoich ustach. Usiadłeś z powrotem. Pocałowałeś mnie. Nazwałeś swoją dziewczyną. Zamilkłeś i wyglądało na to, że nad czymś się zastanawiasz. Dodałeś: "Ale zawsze będę chciał spędzać Boże Narodzenie u moich rodziców. Tak tylko mówię, żebyś wiedziała. Żeby nie było problemów. Nigdy nie będę chciał spędzać świąt gdzie indziej. Po prostu".
Jest wigilia, wczoraj wieczorem, cały w skowronkach, pojechałeś do rodziców. Wypytywałam o wasze tradycje i dowiedziałam się, że nie są tak bardzo odmienne od tych w większości rodzin. Może z wyjątkiem prezentów - zrezygnowaliście z nich, odkąd ty i troje rodzeństwa weszliście w dorosłość. Poza tym większość wygląda znajomo. Wieczorem przed wigilią pieczesz szafranowe bułeczki. Mama ubiera choinkę, którą tata ukradł, dostał albo kupił - nie mam pewności co do szczegółów - w lasach wokół domu. Grillujecie szynkę, późnym wieczorem zjadacie jej trochę wraz z odrobiną wędzonej jagnięciny i odrobiną świątecznego piwa. Śpisz na sofie w salonie, czasem z jednym lub wieloma kotami na nogach. Tata zasypia pierwszy. Mama kładzie się ostatnia, zazwyczaj jest na nogach aż do wczesnych godzin porannych. W wigilijny poranek jecie naleśniki z rozmrożonymi malinami z tegorocznych zbiorów. W którymś momencie dołącza twój młodszy brat. Nie bardzo wiem, co się dzieje potem, pewnie przygotowujecie jedzenie i wcinacie. Wieczorem siedzicie razem, rozmawiacie i gracie w gry. Potem jest pierwszy dzień świąt. Wygląda tak samo, tylko że odwiedzają was twój starszy brat z rodziną, dobrzy przyjaciele twoich rodziców i ciotka. W drugi dzień świąt wracasz do miasta. Tak to mniej więcej zrozumiałam. Rozumiem też, że Boże Narodzenie, przy całej swojej niepozorności, jest dla ciebie ważnym świętem.
Dla mnie samej Boże Narodzenie już od dawna nie było szczególnie cudowne. Po tym, jak moi rodzice się rozwiedli - w latach osiemdziesiątych - a tata zmarł na raka - w latach dziewięćdziesiątych - oznaczały konieczność odhaczania pokaźnej liczby połówek rodzin i niekończące się przystanki do zaliczenia we względnie krótkim czasie. Jeden dzień z mamą i młodszym bratem. Jeden z rodziną mamy. Jeden z macochą, moją siostrą przyrodnią, młodszą ode mnie, i jej dziećmi. I jeszcze, od tego roku, dzień z twoją rodziną. Nie za bardzo można odpocząć. Nie chcę jednak wyjść na niewdzięczną, więc robię, co mogę, żeby okazywać przedświąteczną radość. Twój tata odbiera mnie z autobusu, kiedy przyjeżdżam w pierwszy dzień świąt. Również tryska wyśmienitym humorem i myślę, że akurat on jest w tym szczery.
Wieczorem gramy w Monopol i ty wygrywasz; miażdżysz mnie powoli z tak wielką satysfakcją, że raz nawet syczę "zamknij już tę gębę", a twoja mama to słyszy. Nauczyłam się, że wygrywasz w bardzo kiepskim stylu i nigdy nie potrafisz się powstrzymać przed wbiciem ostrza w przeciwnika i przekręceniem go kilka razy. Ja sama w bardzo kiepskim stylu przegrywam i nienawidzę Monopolu, żadna gra tak bardzo nie upokarza przegranego. Przegrywanie w Monopol trwa całe godziny. Kiedy mówię przy twojej mamie, że masz zamknąć gębę, zaczynasz się śmiać i chwytasz mnie za rękę przy stole. Jestem tak zła, że ją wyrywam, ale robi mi się wstyd przed twoją mamą, chwytam cię ponownie i zmuszam się do śmiechu, który ma brzmieć uroczo, ale bardziej przypomina skrzeczenie wiedźmy.
Kiedy się kładziemy, już nie jestem zła z powodu porażki, a ty nie obracasz ostrza. Pytam cię szeptem, czy twoja mama się nie obraziła, że na ciebie naskoczyłam. Mówisz, że mam już sobie tym nie zaprzątać głowy. Uważasz, że jeśli w ogóle cokolwiek pomyślała, to tylko tyle, że to zabawne. Że słusznie zrobiłaś. Postanawiam przestać o tym myśleć, mówimy sobie dobranoc w ciemności, daję ci buziaka, a buziak zamienia się w pocałunek, potem się kochamy, aż wreszcie zasypiamy, a po przebudzeniu jest już drugi dzień świąt i końcówka długiego weekendu. Nareszcie.
PAŹDZIERNIK 2014
W przedpokoju unosi się zapach kawy, mój kochany brat i najlepszy przyjaciel wita mnie uściskiem. Na chwilę znikam w jego ramionach, zamykam oczy, płaczę, prycham, pociągam nosem, nie chcę wyjść z uścisku. W końcu to robię, choć niechętnie, i spostrzegam za nim moją szwagierkę. Wszyscy mnie obejmują i przemawiają łagodnie, próbują nie przeszkadzać, chcą mi wszystko ułatwić, ale nie bardzo wiedzą, jak to zrobić. Jest mi słabo. Może będę wymiotowała. Brat wkłada mi w rękę filiżankę kawy. Wskazuje kuchnię - przygotowano tam świeży chleb, ser, łakocie i bułeczki. Przewraca mi się w żołądku. Muszę odwrócić wzrok. Rozglądam się po naszym domu - od teraz moim i Ivana.
Mieszkanie rzeczywiście jest świeżo wysprzątane. Podłoga lśni. Żadne szpargały nie leżą na wierzchu, a w przedpokoju nie widać żadnych śladów twojej obecności - ekipa pozabierała twoje kurtki, czapki i buty, które jeszcze wczoraj tu były. Dowiaduję się, że zapakowali ubrania do kartonów, ale zostawili je w naszej garderobie i czekają na informację ode mnie, co chcę z nimi zrobić. Nie wiem. Nie potrafię zająć stanowiska w sprawie ubrań, wiem tylko, że nie chcę ich widzieć. Zaczynam zdanie i nie mogę go dokończyć. Chodzi mi mniej więcej o to, że mają zniknąć, ale tylko na jakiś czas. Mój brat kiwa głową i zaczyna wynosić pudła na strych, zanim udaje mi się choć zerknąć do garderoby. Chcę zajrzeć do sypialni, w której umarłeś.
Ruszam w tamtą stronę. Drzwi są uchylone i z pokoju do korytarza sączy się światło - najwyraźniej słońce jest teraz na wysokości balkonu. Chcę wejść do środka, ale nie mam odwagi. Chcę się odważyć przebywać w tym pokoju, dochodzę do wniosku, że muszę go odzyskać. Obraz twojego ciała w łóżku, kostki wystającej spod kołdry, uparcie pulsuje mi pod powiekami. Serce wali w tym samym rytmie. Wchodzę. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej nadal leżałeś w tym miejscu. Kiedy cię już nie ma, odczuwam głuchą pustkę.
Dziś pokój wygląda inaczej. Został przemeblowany. Połowa podwójnego łóżka stoi teraz przy innej ścianie, a tam, gdzie była wcześniej, znajdują się fotel i lampka do czytania. Pod fotelem leży nowy dywan, a na podłokietnikach wisi koc. W oknach są nowe zasłony. To ten sam pokój, co wczoraj, a jednak inny. Wzruszam się na myśl o tym, jak się napracowali. Ludzie, którzy mnie kochają i wychodzą ze skóry, żeby życie znów stało się dla mnie znośne. Zaczynam płakać z wdzięczności. I dlatego, że właśnie tutaj tak niedawno umarłeś.
Myślę, że muszę tu spać, jeszcze tej nocy. Od teraz to sypialnia moja i Ivana, jakoś sobie poradzimy. Musimy sobie poradzić.
LIPIEC 2010
Spotykamy się już od ponad roku. Zdążyłam zmienić pracę, odejść z branży muzycznej i zacząć pracować w branży wydawniczej. Rzadko już pracuję wieczorami i w weekendy. Teraz spędzamy razem prawie każdy dzień. Tego właśnie chcę. I mam nadzieję, że ty również.
Minęły trzy miesiące, zanim się zgodziłeś nazywać siebie moim chłopakiem, a mnie twoją dziewczyną. Choć nie mówisz tego zbyt często. Nie lubisz etykietek. Nadal, gdy okazujesz mi czułość, uparcie oznajmiasz, że mnie "lubisz" - już się do tego przyzwyczaiłam. Zdecydowałam, że będzie to znaczyło to, co sama zechcę. Po prostu jesteś bardziej oszczędny w słowach niż większość ludzi.
Teraz jestem twoją dziewczyną, a ty moim chłopakiem. Często wychodzimy - do knajp, barów, klubów i na koncerty. Nauczyłam się, co zamawiasz w restauracji - kawał mięsa i frytki albo klopsiki z purée ziemniaczanym i musem z brusznicy. Wiem, jaką muzykę włączasz w domu, kiedy chcesz poprawić sobie nastrój. Wiem, że masz koszmary, kiedy śpisz pod zbyt grubymi kołdrami, i nauczyłam się, które autobusy jadą do domu twoich rodziców. Wiem, co cię śmieszy, jakie filmy ci się podobają, co najbardziej lubisz robić w weekendy i jakie seriale lubimy oboje. Wiem, że rzadko się zgadzamy, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy obejrzany w kinie film był dobry, czy zły, i nauczyłam się, że nie kłamiesz, kiedy mówisz, że nie masz nic przeciwko moim wyjściom z przyjaciółmi. Wiem, jak pachniesz tuż po obudzeniu, a ty nauczyłeś się schodzić mi z drogi, kiedy mam zespół napięcia przedmiesiączkowego. Prawie wszystko robimy teraz razem, a nasze życie jest spokojne i proste. Dziwię się, że życie z kimś może być tak nieskomplikowane, i jestem szczęśliwa, że dałam radę wcisnąć się pod twoją skorupę, choć na początku byłeś niepewny. Ty też chyba się cieszysz, ale nie mówisz tego wprost. Niektórych rzeczy muszę się domyślać, ale teraz już jestem w tym dobra. Nie wszystko trzeba mówić głośno.
Latem jeździmy z jednego festiwalu muzycznego na drugi. Często się spotykamy z przyjaciółmi. Częściej z moimi niż z twoimi. Mam ich więcej i częściej się z nimi umawiam niż ty ze swoimi. Poza tym nie jesteś zbyt wybredny. Uważasz, że większość jest spoko. Nie masz nic przeciwko wychodzeniu z nami. Dobrze się wtedy bawimy. Śmiejemy się z tych samych żartów. I, co jeszcze lepsze, ty śmiejesz się z moich. Potrafisz zareagować głośnym, niepohamowanym śmiechem na mój żart, kocham cię za to. Nigdy nie czujesz się sprowokowany w sytuacjach, w których zwracam na siebie uwagę. Kiedy wychodzimy ze znajomymi, nigdy nie jesteś zazdrosny i nie pokazujesz, że masz do mnie prawo. Moi eks cię nie obchodzą. Lubisz na mnie patrzeć, kiedy tańczę, sam nigdy nie tańczysz, ale dobrze się czujesz u mojego boku i z bezdyskusyjną pewnością trzymasz dłoń na moim biodrze, kiedy wykonujemy ruchy obok siebie. Jestem w tobie bardzo zakochana. Kocham każdy milimetr twojego prawie dwumetrowego, nieco tyczkowatego ciała. Uważam, że jesteś piękny pod każdym kątem i o każdej porze doby.
Kilka razy się kłóciliśmy, bo uważam, że za bardzo się upijasz. Jak na ironię dzieje się to najczęściej, gdy sama piję, co trochę umniejsza mój autorytet w tej mierze. Kiedy z biegiem nocy opróżniam kieliszek za kieliszkiem, zaczynam równocześnie coraz baczniej cię obserwować. Robię się zazdrosna i niespokojna. Uważam, że rozmawiasz zbyt poufale z innymi kobietami. Zauważam, jeśli plącze ci się język albo tracisz kontrolę nad sobą, i coraz wyraźniej daję do zrozumienia, że powinieneś wrzucić na luz i zrobić sobie przerwę. Wracam z baru ze szklanką wody dla ciebie, gdy tak naprawdę zostałam wysłana po jeszcze jedną kolejkę. Ty z kolei uważasz, że robię się nudna, zaczynam cię kontrolować, i kwitujesz to stwierdzeniem, że nie umiem się wyłączyć. Mówisz, że nie podobają ci się moje spojrzenia, gdy zamawiasz piwo w barze albo wypijasz je za szybko. Próbuję odpuścić, ale to trudne. Już we wczesnej młodości nauczyłam się liczyć, robię to siłą rozpędu. Najpierw jest liczenie, potem spojrzenia, a potem szpile. Na koniec kłócimy się. Tego lata więcej niż raz wróciliśmy do domu z imprezy, bo zaczęliśmy się kłócić. To nie jest duży problem, ale zaczynam dostrzegać pewien schemat. Rozpoznaję go z wcześniejszych związków i mam świadomość, że największy problem z tą kwestią mam ja sama, ale to nie pomaga. Kiedy już zacznę tego pilnować, nie mogę przestać. A niestety zaczęłam.
Po wytrzeźwieniu próbujemy rozwiązać konflikty. Staram się wytłumaczyć, że to pozostałość po dzieciństwie. Że trudno wyłączyć liczenie i uszczypliwości. Że mam problem ze zmianą osobowości, która w tobie zachodzi pod koniec wieczoru. Mówisz, że rozumiesz, że w zasadzie też nie lubisz być pijany, że wszystko okej, ale ostrożnie zaznaczasz, że alkohol we krwi powoduje zmianę osobowości u każdego. Nawet u mnie. "No jasne, ale mimo wszystko", mówię. "Rozumiem", odpowiadasz. A potem się godzimy. Nie mamy siły ględzić o pierdołach i pozwalamy sobie na pizzę w niedzielę. Tydzień upływa w harmonii. A potem znowu nadchodzi weekend, najczęściej znów wychodzimy, ty znowu się upijasz, ja cię pilnuję, znowu posyłam ci znaczące spojrzenia, a moje towarzystwo jest dla ciebie z każdą chwilą mniej przyjemne. Znowu.
Dziś byliśmy na koncercie na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie. Tańczyliśmy w tłumie, wyliśmy, wznosiliśmy toasty, a w końcu znaleźliśmy się w ogródku restauracji. Było tam kilkoro przyjaciół. Wznoszenie toastów trwa w najlepsze. Nagle przerywasz rozmowę, patrzysz na mnie i tonem, który jak na ciebie jest uroczysty, oznajmiasz: "Wiesz, jestem w tobie zakochany". Wydajesz się szczęśliwy, kiedy to mówisz. Dumny. Jakbyś dawał mi prezent.
Przestaję rozumieć twój komentarz i nie wiem, co odpowiedzieć. Mam wręcz nadzieję, że nasi przyjaciele nie słyszeli, co właśnie powiedziałeś. Nie ulega wątpliwości, że zrobiłeś to po raz pierwszy. Nie wiem, jak to skomentować. "Jak miło, dziękuję", mówię w końcu. Całuję cię szybko w usta i powtarzam: "jak miło, bardzo miło". Nie wiem, czy naprawdę tak myślę, ale nie chcę ci odbierać tej chwili, więc odgrywam oszołomioną i wdzięczną za twój słowny podarunek. Spotykamy się już od piętnastu miesięcy. Prawie codziennie. Równie długo jestem w tobie zakochana. Niewątpliwie zakochana, otwarcie, oficjalnie zakochana. Za to ty zakochałeś się we mnie dziś wieczorem. Nie chciałabym, żeby to brzmiało jak szyderstwo, ale tak brzmi. Szyderstwo albo potwierdzenie, że jestem nie dość dobra, sama nie wiem.
Coś jest nie tak z tempem każdego z nas, myślę, kiedy siedzimy w taksówce w drodze do twojego domu. Właśnie po raz pierwszy powiedziałeś, że jesteś we mnie zakochany, a ja po raz pierwszy o tym myślę. Po powrocie do domu chcesz iść ze mną do łóżka, ale mówię, że jestem zbyt zmęczona, kładę się plecami do ciebie i udaję, że śpię. Obejmujesz mnie, twoje ciało ma idealny kształt do spania na łyżeczkę. Wkrótce zaczynasz ciężko oddychać.
PAŹDZIERNIK 2014
Nie mogę spać. Moje ciało nie wie, jak się odprężyć. Po wieczorze, który mimo wszystko był stosunkowo przyjemny - nie za duża i nie za mała grupa przyjaciół i członków rodziny pomagała gotować, nakrywać do stołu, podawać i zbierać naczynia po kolacji - zostałam w końcu sama, a teraz mam dreszcze mimo podwójnej kołdry. W pokoju jest ciemno. Ivan jest wrażliwy na światło i dźwięki, a ja próbuję leżeć w absolutnym bezruchu, żeby mógł spać dalej. Czasem wystarczy szelest kołdry, żeby go obudzić. Właśnie zasnął po raz drugi tego wieczoru, tym razem po dłuższym wybudzeniu połączonym z karmieniem i zmianą pieluchy. W pokoju obok, w którym śpią moja macocha i młodsza siostra, zrobiło się cicho. Brat i szwagierka pojechali do domu około dziesiątej wieczorem. Obiecali, że wrócą nazajutrz po śniadaniu. Jutro wieczorem moją macochę zmieni twoja mama. Dalszych planów nie znam.
Zaczęły już spływać kwiaty. Tego dnia dobrych dziesięć bukietów. Nie liczyłam, ale stoją właściwie wszędzie. Nie mam tylu wazonów, żeby je pomieścić, zastąpiłam je karafkami z wodą, a wkrótce wystawię wiadro od mopa. Twoi koledzy przysyłają kwiaty. Twoi przyjaciele przysyłają kwiaty. Moi przyjaciele przysyłają kwiaty. Koledzy, byli koledzy, bliscy przyjaciele i bardziej odlegli znajomi też przysyłają kwiaty. Kiedy dzwoni telefon i widzę nieznany numer, wiem już, że to kurier z kwiatami, którego zatrzymał szwankujący domofon. Nie jestem w stanie odebrać, robi to ktoś inny, a po kilku minutach pojawia się kolejny bukiet. Wiele z nich pochodzi z kwiaciarni zaledwie kilkaset metrów stąd, ale część również z innych sieci dalej na przedmieściach i w centrum. Wszystkie mają wetknięte karteczki z przepełnionymi miłością pozdrowieniami rozmaitej długości. Mój brat umieszcza je w teczce. Jeden z przyjaciół zaczął sporządzać plan dyżurów dla krewnych i przyjaciół, którzy będą przy mnie w ciągu najbliższych tygodni. Wcześniej tego wieczoru czułam się wzruszona i bezpieczna, niekiedy nawet pełna nadziei na przyszłość. Nie muszę przechodzić przez to sama, myślałam. Nie jestem pozostawiona sama sobie. Przysłowie mówi, że potrzeba całej wioski, by wychować dziecko. My jesteśmy wioską. I to całkiem liczną, myślałam, więc może mimo wszystko się uda.
Potem jednak nadeszła noc. I zrobiło się cicho. A teraz tu leżę i nie czuję już takiej nadziei. Trzęsę się, Ivan śpi, nie wiem, co ze sobą zrobić. Nie wiem, co się dzieje wewnątrz mnie. Jak sprawić, by ta noc minęła. Powinnam kogoś teraz obudzić? Wypłakać mu się w rękaw? Nie wiem. Nie chcę płakać w niczyje rękawy, chcę spać. Chcę, żeby Ivan mógł spać. Nie wiem, co miałabym powiedzieć, gdybym kogoś teraz obudziła. Leżę w łóżku. Czuję ucisk w klatce piersiowej, drżenie stawów, kołatanie serca i myślę, że właśnie tak wygląda prawdziwy napad lękowy. Teraz już wiem, jak to jest.
PAŹDZIERNIK 2010
Któregoś dnia poczułam, że mam już dosyć mieszkania pod dwoma adresami, zadzwoniłam do pośrednika nieruchomości, a potem wszystko się potoczyło bardzo szybko. Nieco ponad miesiąc później moje mieszkanie było sprzedane, a dokumenty były podpisane. Po południu do twojego domu ma przyjechać niewielka ciężarówka do przeprowadzek. Pakowałam się z pozbawionym sentymentów nastawieniem do przedmiotów, które zostało mi po wakacjach. Oczyszczałam. Usuwałam. Z wyjątkiem kilku dzienników i albumów ze zdjęciami, wyrzucałam do śmieci, selekcjonowałam, oddawałam do recyklingu i przekazywałam Czerwonemu Krzyżowi. Zrobiłeś mi miejsce w szafie w swoim wciąż surowym mieszkaniu w Hornstull. Wprowadzenie się do ciebie jest dziwnie pozbawione dramatyzmu, jakby było ruchem taktycznym albo międzylądowaniem przed prawdziwą przeprowadzką - ta czeka nas później. Niedługo. Kiedy będziesz gotowy. W ostatnich miesiącach byłeś bardzo zajęty pracą. Nie jesteś jeszcze w stanie zająć się przyszłością. Na początek zrobimy więc w ten sposób.
Dziś wieczorem, kiedy idziemy spać, nie musimy się zastanawiać, gdzie wstawiliśmy ostatnie zakupy albo gdzie akurat tego wieczoru jest twój płyn do soczewek. Nigdy więcej nie będziemy musieli się sprzeczać, u kogo akurat śpimy ani posługiwać się cyframi i statystyką w dyskusji, kto najbardziej zasługuje na spanie u siebie. Od teraz będziemy mieszkali pod jednym adresem. Powiedzieliśmy sobie, że niedługo, ale jeszcze nie teraz, znajdziemy coś wspólnego. Do tego czasu będę mieszkała u ciebie. Takie rozwiązanie jest chyba najprostsze. Niezbyt się przejmuję szczegółami.
Dziś źle się czujesz. Ja też nie jestem zbyt świeża. Wczoraj świętowaliśmy trzydzieste urodziny przyjaciółki i impreza potrwała do wczesnych godzin porannych. Mam niewyraźne wspomnienie sprzeczki w drodze do domu: pokłóciliśmy się przy 7-Eleven na rogu mojej ulicy, ale po przebudzeniu nie mogliśmy sobie przypomnieć, o co poszło, więc odpuściliśmy. Teraz próbujemy się skupić na przeprowadzce, ale idzie opornie. Mamy mało sił. Musimy coś zjeść, zanim będziemy mogli dźwigać. Idziemy do kafejki i zamawiamy po brunchu. Rozmowa toczy się ciężko i żadne z nas nie jest szczególnie podekscytowane przeprowadzką.
Przy jedzeniu omawiamy imprezę z poprzedniego wieczoru, plotkujemy na temat wspólnych znajomych. Kto najbardziej się upił, którzy się całowali, kto nie przyszedł, a kto jest świeżo upieczonym singlem i rzucał pożądliwe spojrzenia w czyim kierunku. Ty się denerwujesz, że wszyscy moi przyjaciele mają takie same poglądy polityczne i reagują agresją, kiedy się je kwestionuje, nie potrafią prowadzić dyskusji z szacunkiem dla innych. Uważasz, że w moich kręgach panuje konsensus, a konsensusy są groźne. Słyszałam to już setki razy. Nie jestem w stanie rozmawiać o tym ponownie. Zmieniam temat tak płynnie, jak tylko potrafię w moim skacowanym stanie. Sam mnie o to prosisz. Wybuchasz śmiechem, kiedy powtarzam wymianę zdań z poprzedniego dnia. Cierpliwie i z pozornym zainteresowaniem słuchasz mojego nieco przydługiego wywodu o jakiejś drobnostce. Przesadzam i przejaskrawiam, żeby cię rozśmieszyć. Śmiejesz się i nie kwestionujesz procentu prawdy w mojej opowieści. Jesteś dla mnie miły i kocham cię za to. Tego wieczoru zostajemy konkubentami - nie naprawdę, ale też nie w żartach. Całkiem nieźle nam to pasuje. Tak sobie wmawiam.
PAŹDZIERNIK 2014
Moje przeczucie, że to dopiero początek dostaw kwiatów, okazuje się słuszne. Tuż po dziesiątej znów zaczęło się dzwonienie. Z powodu szwankującego domofonu niezliczoną liczbę razy trzeba zbiegać po pięciu schodkach, żeby ich wpuścić. Znów rozszalała się powódź kwiatów i bilecików. W nocy nie mogłam spać i powitałam nowy dzień w strasznym stanie.
Przez całą noc myślałam o chwili twojej śmierci. Obracałam ją na wszystkie strony, wyobrażałam sobie, jak to mogło wyglądać, nie rozumiałam, dlaczego się nie obudziłam, dlaczego nawet kot nie zareagował i nie obudził nas w pokoju obok. Uznałam, że to musiało przebiegać spokojnie. Ale przecież leżałeś w takiej dziwnej pozycji. Jakby w skurczu, pochylony, na boku, z głową wciśniętą w poduszkę. Dlaczego? Czy miałeś skurcze? Czy czułeś ból?
Chcę, żeby to oznaczało, że wszystko poszło szybko, spokojnie, że nie było ani jednej chwili, w której pomyślałbyś: "teraz umieram". Nie mogę znieść myśli, że w chwili śmierci byłeś sam, i muszę sobie wmawiać, że spałeś wtedy spokojnie i wszystko wydarzyło się bez twojej wiedzy. Gdybym tylko leżała obok, gdybyś mógł trzymać mnie za rękę. Gdybym z tobą była. A jednocześnie: boję się samej myśli, że mogłabym leżeć obok ciebie, kiedy to się stało. Jak bym wtedy zareagowała? Czy próbowałabym cię uratować - bez skutku? Usiłowałabym wykonać resuscytację krążeniowo-oddechową, gdy obok leżałby płaczący Ivan? Może by mi się udało? A jeśli nie? Jak miałabym się z tego otrząsnąć?
W czasie tych godzin drugiej nocy ważna była dla mnie myśl, że mogłeś nie mieć świadomości umierania. Żałowałam, że nie mogłam nic zrobić, nikomu zapłacić, żeby mi to zagwarantował. Jeśli tylko się dowiem, że o niczym nie wiedziałeś, wszystko stanie się trochę bardziej znośne, myślałam. Może wówczas dam radę przeżyć. Okaże się, że nie musiałeś leżeć i umierać zupełnie sam. Zastanawiałam się, czy sekcja zwłok może udzielić odpowiedzi na takie pytania. I kiedy dostaniemy wyniki. Czy też lekarz nie mówił, że czasem trwa to kilka miesięcy? Jak może tyle trwać?
Druga noc płynęła powoli. Godziny mijały, myśli kręciły się w kółko, potem nadszedł świt i niepokój nieco zelżał. Wkrótce będzie nowy dzień, światło, towarzystwo, pomoc przy Ivanie i sprowadzeniu mnie z powrotem do pionu. Powoli, ale do przodu. Powtarzam sobie to i inne tego rodzaju hasła.
LIPIEC 2011
Mieszkamy razem od pół roku, nadal w twoim mieszkaniu z oszczędnym zestawem mebli i maciupeńką kuchnią, a ja mam wrażenie, że w końcu zapocę się na śmierć. Rozpłynę. Nad Sztokholmem wisi żar. Wypełnia wszystko promieniami słońca, przygniatającym upałem, dusznymi nocami i lepkimi ciałami. Nagłówki kolorowych gazet krzyczą wielkimi literami na zmianę o rekordowych upałach i rosyjskich wyżach. Media społecznościowe są pełne wakacyjnych prognoz pogody. Ludzie się kąpią, czytają książki, dzieci pluskają się przy brzegu w pomarańczowych rękawkach na pulchnych rękach, dorosłe kości odpoczywają na leżakach i w hamakach. Ludzie chwalą się czytanymi książkami i kieliszkami wina, zaparowanymi w wyniku różnicy między upałem a chłodem. To jeden z tych sezonów letnich. Nie ma w nim nic nietypowego. Poza tym, że źle się czuję.
Tego lata nigdzie nie wyjechaliśmy. Nasze luźne plany wakacyjne spełzły na niczym i teraz tylko siedzimy spoceni w strefie wysokiego ciśnienia znad Rosji. Nienawidzę upałów, niczego bardziej nie pragnę niż chmur, cienia, choćby malutkiego zimnego frontu, ale nie nadchodzi. Kolejne dni też są upalne. Noce również. Z braku władzy nad bogami aury wyładowuję złość i frustrację na tobie i twoim mieszkaniu.
Jak mieszkanie może być aż tak gorące, nie chce się wierzyć, że to w ogóle możliwe, narzekam wieczorami. Ty wzdychasz, wstajesz od biurka, za którym siedziałeś, próbując pracować przy komputerze. Starasz się mnie zabezpieczyć przed upałem, głównie dlatego, że nie jesteś w stanie słuchać moich narzekań. Od kilku tygodni powtarzam to w kółko. Otwierasz szeroko wszystkie okna i wielki huk z L?ngholmsgatan nagle przybiera na sile - jakbyśmy siedzieli na skrzyżowaniu. Krzywię się z niezadowoleniem, ale nie mam odwagi dalej się skarżyć. Wkładasz grubą książkę do otworu na listy w drzwiach, wychodzisz, słyszę, jak otwierasz balkon na klatce schodowej. Próbujesz zrobić przeciąg. Wchodzisz z powrotem. Widzisz moje zmarszczone brwi - dowód, że się ze sobą cackam. Patrzysz na mnie takim wzrokiem, jakbyś mówił: "No i co ja mam zrobić? Nie mogę nic więcej na to poradzić. Weź się w końcu w garść i przestań".
Już nic nie mówię, ale nie przestaję narzekać w duchu. Wcale nie robi się chłodniej. To mieszkanie jest dla nas nieodpowiednie. Poza tym wygląda brzydko. Ma takie brzydkie tapety. Tak małą kuchnię, że nie da się w niej gotować. Użalając się nad sobą, nie biorę pod uwagę, że właściwie nigdy nie gotuję, bez względu na rozmiar kuchni, ale ta i tak jest nieodpowiednia. Naprawdę powinniśmy wkrótce się wyprowadzić z tego mieszkania. Do jakiegoś lepszego miejsca, w którym da się oddychać w nocy. Które byłoby twoje i moje. A nie wyłącznie twoje ze mną jako kimś, kto tylko się wprowadził. Przecież tak ustaliliśmy na początku, dlaczego tego nie realizujemy, tylko nadal mieszkamy tutaj? Znam odpowiedź i ty też ją znasz. Oboje wiemy, że w mojej złości na twoje mieszkanie tak naprawdę chodzi o coś innego. Coś, o czym nie mamy siły rozmawiać codziennie. I co czasami najprościej rozwiązać próbą zrobienia przeciągu.
Za moimi skargami drzemie narastający niepokój, chęć, by się ruszyć, ruszyć nas, przenieść się gdzieś, zrobić coś nowego, zaangażować się we wspólny projekt, pracować w drużynie. Za twoimi westchnieniami drzemie konflikt interesów: nie chcesz tego, najchętniej byś tu został, jeszcze krótką chwilę, a może i długą.
Znów pojawia się sprawa niedobranego tempa.
Kiedy co jakiś czas mimo wszystko o tym rozmawiamy, wiercisz się niespokojnie na krześle, uciekasz wzrokiem, chcesz jak najszybciej zakończyć rozmowę. Proszącym tonem powtarzasz: "Już niedługo, ale nie teraz, ten moment nie jest odpowiedni. Mam akurat bardzo dużo pracy. Nie zdążę pomyśleć o przeprowadzce. Przecież mimo wszystko całkiem dobrze nam się tu mieszka". Odpowiadam, że wcale nie. To mieszkanie nie jest nasze. I nie nadaje się ze stu różnych powodów. Jest gorąco. Łóżko przyprawia mnie o lumbago. Na ulicy za oknem panuje wściekły ruch. Sąsiedzi z góry to wariaci. Sąsiad z dołu tak samo. W kuchni nie da się gotować.
Już wiesz, co sądzę o twoim mieszkaniu. Słyszałeś to stanowczo zbyt wiele razy. Nagle zdaję sobie z tego sprawę i milknę. Ogarniają mnie wyrzuty sumienia. Wstydzę się, że powiedziałam tak o miejscu, które od dziesięciu lat nazywasz domem, którego wcale nie nienawidzisz i nie uważasz za najgorsze mieszkanie w całym mieście. Wstydzę się swojego wybuchowego temperamentu, nieprzejednania, uporu i egoizmu. To nie jest okej, myślę. Nie chcę taka być. Niczym sobie na to nie zasłużyłeś. Muszę się ogarnąć. Natychmiast. Muszę znowu być miła. Przestać zrzędzić. Okazać cierpliwość.
W końcu przestajemy rozmawiać o mieszkaniach i się godzimy, wspólnie postanawiamy już w przyszły weekend kupić nowe łóżko. Nie licząc wyrzutów sumienia, czuję się świetnie przez kilka dni, aż w końcu nie mogę się powstrzymać i stara śpiewka zaczyna się od nowa.
PAŹDZIERNIK 2014
Trzeciego dnia wstaję, choć nie pamiętam, bym spała, i zadaję sobie pytanie, jak długo organizm może być pozbawiony snu, żeby nie stanowiło to zagrożenia. Zaczęłam sobie przypominać czasy bezpośrednio po porodzie - jak leżałam bezsennie przez cztery noce z rzędu i patrzyłam na Ivana, wypełniona paniką i adrenaliną. A może to jedno i to samo? Po prostu inny rodzaj adrenaliny. Inny rodzaj paniki.
O świcie postanowiłam pozbyć się kotki. Po kolejnej nocy, gdy chodziła po mieszkaniu i przerywała ciszę nawoływaniem ciebie, uznałam, że to nie ma sensu. Nie wytrzymam jednocześnie z nią, z Ivanem i ze sobą. Czuję, że z czegoś trzeba zrezygnować. Wybór musi paść na kotkę. Twoją kotkę.
Zaczyna się od myśli, myśl prowadzi do decyzji, decyzja kończy się wysłaniem esemesa do znajomej, esemes zaś skutkuje dobrą wiadomością. Znajoma chętnie się zaopiekuje naszą kotką, przynajmniej teraz, w najgorszym dla mnie okresie. Może nawet dłużej. Może przyjechać po nią już dziś wieczorem.
Wizyty moich przyjaciółek nigdy się nie kończą. Przychodzą w czteroosobowych grupach, zgodnie z planem przyjaciółki obdarzonej zdolnościami przywódczymi, które naprawdę się przydają. Każda wizyta trwa najwyżej czterdzieści pięć minut. Pomiędzy nimi mam zaplanowane przerwy na odpoczynek. Jednak nigdy nie udaje mi się odpocząć. W każdej chwili mogę krzyknąć, że czas na przerwę w odwiedzinach, bo nie mam już siły. W takim wypadku przyjaciółka odwoła kolejną wizytę i wyjaśni mi, że nie ma w tym nic dziwnego. Na razie jednak pozwalam im przychodzić. Każdej po kolei, jednej czwórce za drugą.
W pewnym sensie ten ciągły strumień przyjaciółek jest wspaniały. Obejmujemy się, płaczemy, rozmawiamy i już wkrótce będę miała za sobą pierwsze spotkanie prawie ze wszystkimi. Pierwsze wydaje się najtrudniejsze. Próbuję sobie wyobrazić przyszłość: gdy nie jestem już ofiarą, na widok której wszyscy przekrzywiają głowy, potrzebującą specjalnej opieki, ale czuję, że to jeszcze długo nie nastąpi, więc przerywam ten eksperyment myślowy i wracam do spotkań z przyjaciółkami.
Ich odwiedziny, nasze rozmowy, słowa, które powtarzam raz za razem i ich reakcje spełniają także inną funkcję. Przyjaciółki same nie zdają sobie sprawy, że przemawiają mi do rozumu za każdym razem, gdy zahaczam o myśli, którymi w zasadzie nie mam odwagi się dzielić: że jestem winna twojej śmierci. Za każdym razem, gdy sugeruję, że nie wiemy, na co umarłeś, że pewnie pękło ci serce, że nie da się powiedzieć, od jak dawna chorowałeś, przerywają mi. Kiedy się zbliżam do konkluzji, że wywierałam na ciebie zbyt dużą presję, nigdy nie pozwalałam ci odpoczywać, ciągle parłam do przodu i dlatego być może - kto wie - byłam jedną z przyczyn twojej śmierci, wybijają mi to z głowy. Przynajmniej na chwilę. "Przecież nie mogłaś wiedzieć", mówią i mnie przytulają. "Trzeba traktować żywych jak żywych", mówi ktoś inny i te słowa zapadają mi w pamięć. Nie wolno mi o nich zapomnieć. Traktowałam cię jak żywego, na tych samych warunkach. Czy mimo wszystko mogę ponosić winę za to, że stało się, jak się stało? Że, przynajmniej w części, spowodowałam to, że Ivan jest pozbawiony ojca? Nie wiem. Ale przyjaciółki nie chcą o tym słyszeć. Godziny mijają również tego dnia.
Historię o tym, jak znalazłam cię martwego w naszej wspólnej sypialni, opowiadałam już tyle razy, że kiedy nastaje wieczór, zaczynam używać tych samych sformułowań. Za każdym razem, gdy opisuję tę chwilę, wydaje się odleglejsza. Bardziej przypomina zmyśloną historię niż dokładnie zrekonstruowane wspomnienie. Nie wiem, czy to moje zmęczenie, czy efekt tych słów, ale w końcu nie mam poczucia, że opowiadam z pamięci. Recytuję opowiadanie. Powtarzam słowa lekarza, jakbym sama była ich autorką.
Ostatnie przyjaciółki idą do domu tuż przed kolacją i znów zostaje tylko niewielka grupka podstawowa. Niedługo kolejny dzień przejdzie do historii. Mam nadzieję, że tej nocy przyjdzie sen.
MARZEC 2012
Ty i ja nie robimy zbyt wiele w weekendy. Rzadko mamy konkretne plany, za to często spędzamy te dni w pobliżu domu - wciąż jest nim twoje mieszkanie. Czasami wychodzimy na długi spacer. Albo jemy brunch z przyjaciółmi. Bywa, że pijemy z nimi wino lub piwo. A niekiedy przyjaciele zapraszają nas do siebie na kolację. Sami rzadko kogoś zapraszamy. Chodzi o kuchnię. I mieszkanie. Niezbyt dobrze się nadaje do urządzania kolacji.
W niedzielne przedpołudnia jeżdżę konno w szkole w Enskede i czasem odprowadzasz mnie do stajni. Nie żeby była to dla ciebie szczególna frajda, po prostu suszyłam ci głowę, aż nie byłeś już w stanie odmówić. Jest ci zimno, kiedy w czasie mojej lekcji siedzisz na trybunach, a gdy podnoszę wzrok, żeby spojrzeć ci w oczy z końskiego grzbietu, najczęściej są utkwione w świecącym wyświetlaczu telefonu. Masz okres wytężonej pracy, nierzadko również wieczorami i w weekendy. Ja sama wieczory w dni powszednie poświęcam na oglądanie głupich telenowel dokumentalnych w telewizji i siedzenie na czacie z przyjaciółmi.
Dziś w nocy w Sztokholmie padał śnieg i kiedy się budzimy, na zewnątrz jest kilka stopni poniżej zera. Namówiłam ciebie i jedną z przyjaciółek, żebyśmy poszli wszyscy razem do stajni, potem, tylko dla zabawy, obejrzeli mieszkanie na Gamla Enskede, a następnie wstąpili na kawę do piekarni Gamla Enskede Bageri. Mieszkanie w budynku, na który często patrzyłam, jest na sprzedaż. Cena za małe trzypokojowe lokum wynosi mniej więcej tyle, ile dostałam za kawalerkę na Söder, kiedy ją sprzedawałam prawie rok temu. Właściwie nie zamierzam opuszczać Södermalmu, żeby się przenieść na przedmieścia, choćby i do Gamla Enskede, ale ciekawość przyciąga mnie akurat do tego budynku. Chcę obejrzeć mieszkanie, poczuć, jak się do niego wchodzi, zastanowić się, dlaczego mieszkanie tej samej wielkości w centrum kosztuje prawie dwa razy tyle, i zobaczyć, co się kryje za żółtopomarańczową fasadą. Budynek z dwuspadowym dachem łamanym leży przy ruchliwej Nynäsvägen i wyznacza granicę obszaru, który na tyłach obiektu przechodzi w dzielnicę willową Gamla Enskede. Kręte drogi wiją się tam pomiędzy drewnianymi willami, z których żadna nie przypomina innej, a wąskie piesze ścieżki pozwalają zajrzeć do bujnych ogrodów obfitujących w drzewa owocowe, hamaki i drewniane werandy. Przy Margaretaparken mieszczą się angielskie szeregowce, koło których tak wiele razy przechodziłam po treningu. Byłam zadziwiona. I pomyśleć, że taka okolica w ogóle istnieje. Jak by to było dorastać w tym miejscu? Wydaje się, że wszyscy żyją tu w harmonii. Tutaj nie mieszkają żadne nieszczęścia, myślałam i miałam gdzieś, że to naiwne z mojej strony. Sąsiedzi są dobrymi przyjaciółmi, witają się ponad żywopłotami, górą pożyczają sobie cukier i mleko, wystawiają przy krawędzi chodnika kartony jabłek z napisem: proszę się częstować.
Jak tylko wchodzę do mieszkania, uświadamiam sobie, że umówienie się na oględziny było błędem. Widzę skrzypiącą podłogę i dziwne kąty. Długie korytarze, głębokie otwory okienne i dwie małe łazienki. Niedawno odnowioną kuchnię z zachowaną spiżarnią. Kiedy wkraczam do korytarza, który łączy salon z sypialnią - leżącą oddzielnie, z oknem na małą łąkę i drewniane wille w Gamla Enskede na tyłach budynku - czuję, że muszę zamieszkać w tym miejscu. Nie ma innej możliwości. Muszę spać w tej sypialni. Muszę mieć taki widok, kiedy będę mówiła dobranoc i wstawała rankiem. Ta mała łąka musi być moja. To mieszkanie musi być moje. Nasze. Tutaj zaczniemy od nowa, ty i ja.
Idę do salonu, znajduję ciebie i przyjaciółkę pochylonych do przodu i wyglądających przez głębokie okno. Rozmawiacie z pośrednikiem o głośności ruchu ulicznego na Nynäsvägen. Moja przyjaciółka kwestionuje wiedzę pośrednika na temat decybeli i hałasu. Pracuje przy koncertach i szybko zbija jego argumenty o tym, jaki poziom dźwięku uchodzi za niski, a jaki już przeszkadza. Pośrednik nie wie, co powiedzieć, obiecuje, że następnego dnia przedstawi odpowiedzi na jej pytania, a ona daje mu swoją wizytówkę. Patrzę na ciebie, próbuję wybadać, czy to mieszkanie wzbudziło w tobie pozytywne uczucia. Twoja twarz niczego nie wyraża. Postanawiam śpieszyć się powoli, nie zdradzać od razu, do czego doszłam w sypialni. Uważam, że oboje na tym skorzystamy, jeśli zrobię krok ku przyszłości, naszej przyszłości w tym mieszkaniu, w ostrożnym tempie. Pozwolę ci possać tę landrynkę, a dopiero potem zaatakuję. Jednocześnie wiem, że czas nagli. Składanie ofert zacznie się prawdopodobnie już jutro.
Kiedy idziemy na kawę w starej piekarni położonej po sąsiedzku z żółtopomarańczowym budynkiem, o którym zaczęłam myśleć jako o "naszym domu", przeglądamy ulotkę, którą dostaliśmy, i nabijamy się z niekompetencji pośrednika. Trudno było nie zauważyć, że kłamie, kiedy mówił, że pewna para dyrektorów generalnych "z Göteborga" jest zdecydowana "kupić mieszkanie jutro". Jego odpowiedzi na pytania mojej przyjaciółki dotyczące decybeli i hałasu siłą rzeczy były nieporadne, niekompetentne. Wydawał się tak nastawiony na szybką sprzedaż, że całkiem możliwe, iż udałoby się spuścić jakieś dwieście tysięcy z ustalonej ceny.
W końcu pytam cię najbardziej nonszalanckim tonem, na jaki mnie stać, co sądzisz o mieszkaniu. Odpowiadasz: "Cóż, było całkiem ładne". Pytam, czy potrafiłbyś sobie wyobrazić, że tam mieszkasz, a ty mówisz: "Tak, może i tak, nie ma się do czego przyczepić". Czekam tak długo, jak mogę, zanim zdradzam swoje prawdziwe uczucia, ale kiedy to robię, milkniesz. Mówię, że stać mnie, żeby je kupić za swoje pieniądze, naprawdę chcę mieć to mieszkanie, moim zdaniem jest dla nas idealne i jeśli nie masz ekstremalnie dobrych argumentów na to, bym zrezygnowała, to następnego dnia podejmę próbę zakupu.
Wpatrujesz się w filiżankę. Jestem raczej pewna, że rozwój wydarzeń tego popołudnia nie budzi u ciebie wielkiego entuzjazmu. Jednocześnie nie mam wątpliwości, że to mieszkanie pociągnie za sobą tak pozytywną zmianę w naszym życiu, iż jest tego warte, wynagrodzi ci cały stres i negatywne uczucia. Już wyobrażam sobie nas wieczorną porą, spacerujących krętymi uliczkami pomiędzy drewnianymi willami. Widzę w wyobraźni, jak kupujemy mały samochód i w weekendy robimy sobie wycieczki. Jak gotujemy w dużej otwartej kuchni tego domu, jak zapraszamy przyjaciół na zupę i świeżo upieczony chleb. Widzę, jak w trzecim pokoju urządzisz gabinet, w którym będziesz mógł spokojnie pracować. Widzę, jak nasza przyszłość zmienia się z czegoś dusznego i spoconego, ciasnego i łososiowego w piękną, wręcz magiczną baśń. To wszystko wydarzy się tutaj, w Gamla Enskede. Po prostu jeszcze to do ciebie nie dotarło.
Dzień później dzwonię najpierw do mojego banku, potem do niekompetentnego pośrednika: mówię, że mogę mu zaoferować dwieście tysięcy koron mniej od ceny wywoławczej, jeśli tego samego wieczoru podpisze ze mną dokumenty. Odpowiada, że musi to uzgodnić ze sprzedającymi, oddzwania pięć minut później z pozytywną wiadomością. Jadę tam zaraz po pracy. Podpisuję kilka papierów, znów robię rundkę po mieszkaniu, dochodzę do wniosku, że posunięcie było jak najbardziej słuszne, i to zamyka sprawę. Jestem właścicielką naszego mieszkania marzeń i możemy się do niego wprowadzić, w każdej chwili, bo kiedy je kupiliśmy, stało puste i było świeżo po remoncie. A raczej kiedy ja je kupiłam, jeśli mamy być precyzyjni. Wyobrażam sobie jednak, że wkrótce będziesz chciał się włączyć, zaproponujesz pokrycie połowy kosztów, żebyśmy byli współwłaścicielami. Myślę, że to kwestia czasu, zanim dojdziesz do tego samego wniosku co ja. Wszystko się rozwiąże. Teraz mamy ważniejsze rzeczy na głowie. Na przykład musimy zacząć się pakować, wynająć przyczepę, pożyczyć samochód. Poprosić przyjaciół o pomoc przy przeprowadzce. Podpisać umowę z dostawcą prądu i założyć internet. Obejrzeć używane samochody na stronie Blocket. Kiedy dogłębnie analizuję swoje uczucia, gnębi mnie nieprzyjemne wrażenie, że wykonałam ten skok, nie czekając na ciebie, ale nie mam teraz na to zbyt wiele czasu. Mamy przeprowadzkę do załatwienia, życie do przeżycia.
PAŹDZIERNIK 2014
Kolejna noc. Nadal odliczam minuty i godziny od chwili, kiedy umarłeś. Lekarz mówił: "o świcie" i doszłam do wniosku, że była mniej więcej piąta rano. Za trzy godziny miną trzy doby. Za trzy godziny i cztery doby minie tydzień. Chcę, żeby minął tydzień. Chcę, żeby minęło pół roku. Żeby minął rok. Tak rozpaczliwie tęsknię za czasem, za dniem, gdy nie będzie to już tak świeże. Gdy znajdę odpowiedź na pytanie, jak mam żyć dalej. Jak sobie poradzę z Ivanem, kiedy znów poczuję, że mam normalne życie, a nie jakiś naprawdę kiepski, smutny żart.
Wciąż nie spałam od twojej śmierci. Zamieszanie z ostatniej doby nie pozostało bez wpływu na Ivana, śpi wyłącznie wtedy, gdy jestem przy nim ciałem. Może to jego sposób na przetrwanie nagłej nieobecności twojej i mojej w ciągu dnia. Jestem tam, blisko niego, a jednak mnie nie ma. Moja macocha karmi i zmienia pieluchy. Ja trzymam go na rękach, karmię, próbuję się z nim bawić, a kiedy spaceruję po dzielnicy z przyjaciółkami, jest przy mnie, w nosidełku. Owijam nas oboje płaszczem. Ivan gaworzy i się śmieje. Potrzebuję jednak częstych przerw. Wtedy znów się zjawia macocha. Nocami jesteśmy tylko my dwoje. Ivan je przez cały czas. Kiedy próbuję się wymknąć, budzi się i płacze. Zasypia z powrotem dopiero, gdy ma pomiędzy wargami którąś z moich piersi. Ja nie śpię w ogóle. Jest już środa lub czwartek, zależy jak liczyć.
Tak samo jak wczoraj w nocy i przedwczoraj, myśli kotłują się bez przerwy. W odróżnieniu od pierwszej nocy, nie posuwam się dalej w rozmyślaniach. Nie zdarzają mi się równie częste blokady, nie zamarzam w bryłę lodu, jak to było w ciągu pierwszej doby. Nigdy jednak nie udaje mi się skończyć. Myśli biegną równolegle i równocześnie, przeplatają się bez ładu i składu. Wiele z nich ma na końcu wykrzyknik. Umarłeś! Umarłeś! Nie mogę pojąć, że umarłeś! Po prostu umarłeś! Zupełnie nagle umarłeś! Umarłeś!
Podejrzewam, że w ten sposób odczuwam pulsującą w cielę adrenalinę. Migotanie serca przeplata się z mdłościami i swoistym bólem w górnych partiach klatki piersiowej. Mam trudności z oddychaniem głęboko. Czuję się, jakby ciało kazało mi uciekać, ale raz za razem napotykało na umysł, który nie wie, dokąd. Nie wiem, dokąd uciec. Nie potrafię opanować sytuacji. Przystaję więc na chwilę w ciemnościach pokoju Ivana. Krzyczę w duchu.
Trzeciej nocy nachodzą mnie myśli o Ivanie. O jego przyszłości. Mojej przyszłości. I naszej. Gdzie będziemy mieszkali? Jak później dam radę pracować na cały etat jako samotna matka z małym dzieckiem? Czy będę mogła sobie pozwolić na pracę jedynie na część etatu? Czy powinnam się przenieść do mniejszego mieszkania? Zatrudnić nianię? Czy będzie mnie na to stać, jeśli zignoruję wszystko inne, na co wcześniej przeznaczałam pieniądze? Czy powinnam się przeprowadzić do Uppsali, żeby mieszkać bliżej macochy i mamy? Czy w takim razie mam dojeżdżać do pracy w Sztokholmie, czy złożyć wypowiedzenie? Czy jeśli się tam przeprowadzę, zdobędę nowych przyjaciół? A może powinnam zostać bliżej dotychczasowych, ale dalej od swojej niewielkiej rodziny? Jakie dzieciństwo będzie miał Ivan? Jak mogę je uczynić dobrym w tak beznadziejnej sytuacji? Jak mam zdążyć zaleczyć rany, żeby jego dzieciństwo nie było pełne smutku i nieprzepracowanych traum? Wyliczam w głowie zdarzenia, próbuję je uporządkować.
Poza tym sporządzam listy. Wypisuję, kiedy coś robiliśmy lub mówiliśmy po raz ostatni. Myślę o naszej ostatniej kłótni. Naszych ostatnich wakacjach. Ostatniej wycieczce samochodem. Ostatniej kolacji. Myślę o ostatnim esemesie i zastanawiam się, dlaczego mi nie odpisałeś. Nawet sobie nie potrafię tego wyjaśnić, ale to, że napisałam ostatnia, sprawia mi ból. Nie usunęłam jeszcze konwersacji, ale niedługo to zrobię. Tak czuję. Teraz jeszcze istnieje, na końcu zostaję sama, nie odpowiadasz.
Myślę o naszych ostatnich słowach wieczorem przed twoją śmiercią. Nie pamiętam, czy się pocałowaliśmy, mówiąc sobie dobranoc. Nie daje mi to spokoju. Kiedy miał miejsce nasz ostatni pocałunek? Dlaczego go nie pamiętam? Dlaczego uznałam go za oczywistość? Zastanawiam się, jakie były twoje ostatnie myśli przed zaśnięciem i czy czułeś się wtedy nieszczęśliwy. Rozmyślam, po raz kolejny, czy tuż przed śmiercią się obudziłeś. Czy czułeś ból.
W ciemnościach pokoju mój wzrok wciąż wędruje do punktu, w którym przedtem stało podwójne łóżko. Tam, gdzie wystawała twoja kostka. Gdzie leżała twoja twarz, zatopiona w poduszce. Półotwarte oko. Zastanawiam się, czy rzeczywiście powinnam leżeć tutaj, w tej sypialni, skoro mamy jeszcze jedną. Jest przecież jeszcze sypialnia Ivana. Mogłabym się tam z powrotem przenieść. Byłoby to jednak jak porażka. Czułabym się pokonana. Jakbym nie odzyskała pokoju, a więc i życia. Postanawiam podjąć decyzję jutro. Wytrzymam jeszcze jedną noc bez snu, po urodzeniu Ivana nie spałam prawie pięć dób. Dochodzi piąta. Prawie trzy pełne doby. Wkrótce nastanie świt.
Kolejna myśl w dalszym ciągu o sobie przypomina. Zaczęłam słyszeć wewnętrzny szept pogardy do samej siebie. Surowy głos mówi, że to ja jestem winna. Sama tak sobie pościeliłam, więc muszę teraz spać we własnym nieszczęściu, w tym pokoju, pośród echa śmierci i poczucia winy. Jak najbardziej zasłużenie. To wszystko przeze mnie. Może poświęcę resztę życia na próby odpokutowania za grzechy. Ivan już nigdy nie będzie miał taty. Wciąż tobą pomiatałam i w końcu nie wytrzymałeś. Ja to spowodowałam. Teraz muszę w tym tkwić. Nie mam wyboru.
KWIECIEŃ 2012
Jest wtorek, a ty bardzo źle się czujesz. Masz skurcze żołądka i nie jesteś w stanie utrzymać w nim jedzenia. Nie możesz pracować, leżysz plackiem na sofie, nie masz apetytu. Co chwilę biegasz do toalety. Jesteś blady. Mieszkamy w nowym lokum od niecałego tygodnia, zaraz po przeprowadzce twój stan się pogorszył. Martwię się o ciebie. Proszę, żebyś poszedł do lekarza i sprawdził, co się dzieje. Już za kilka dni mamy jechać do Tokio. A jeśli do tego czasu ci się nie poprawi? Jeśli to coś groźnego? Na początku uznałeś, że to bakteria i chciałeś przeczekać, ale teraz zgadzasz się na wizytę u lekarza. Sprawdzam, gdzie mieści się nasza nowa przychodnia i w jakich godzinach przyjmuje pacjentów nieumówionych wcześniej. Wysyłam cię od razu po śniadaniu, którego nie utrzymałeś w żołądku. Wychodzisz, a ja niespokojnie snuję się po mieszkaniu.
Niepokój z powodu twojego żołądka i ogólnego stanu położył się cieniem na atmosferze w całym domu, nie przeżyłam nawet śladu spodziewanej radości po wreszcie zrealizowanej przeprowadzce. Czułam przede wszystkim stres. Metro do centrum nie jeździ tu tak często jak myślałam. Stałam na peronie na przedmieściach, których jeszcze nie uczyniłam swoimi, marzłam i zachodziłam w głowę, co właściwie tu robię. I teraz jeszcze twój żołądek. W czasie przeprowadzki zacisnąłeś zęby, wciągałeś po schodach karton po kartonie, pracowałeś z zaciętą miną, cicho i efektywnie. Kiedy kupiłam pizzę i piwo przyjaciołom, którzy pomagali nam w noszeniu, nie mogłeś jeść ani pić. Poszedłeś do sypialni się położyć. Nie wychodziłeś przez resztę wieczoru, jeśli nie liczyć krótkich wyjść do toalety. Poczułam się niezręcznie, w końcu odesłałam gości do domu. Niespokojnie krążyłam wśród kartonów i zaczęłam je sama rozpakowywać. Od tamtego czasu minęło pięć dni.
Kolejny esemes piszesz do mnie dopiero po kilku godzinach. Przychodnia odesłała cię do szpitala Söder. Zrobili ci badania i musiałeś czekać w oddzielnym pokoju. Zasnąłeś na szpitalnym łóżku, a potem się obudziłeś. Nadeszły wyniki i dowiedziałeś się, że nie masz żadnej bakterii. Teoria lekarza zakładała nieżyt żołądka wywołany stresem. Zalecił odpoczynek, czekanie, ostrożne jedzenie i delikatne obchodzenie się z żołądkiem, zakup leków bez recepty na nerwicę żołądka i kazał się zgłosić, jeśli poprawa nie nastąpi w ciągu dwóch tygodni.
Pytam cię esemesowo, czy sądzisz, że dasz radę pojechać do Tokio w tym stanie. Odpisujesz od razu, że jak najbardziej, jedziemy, może do tego czasu ci przejdzie. Dodajesz, że nie możesz się doczekać wyjazdu, ostatnio dużo się działo, będzie bardzo miło wyskoczyć ze mną na drugi koniec świata. Żartujesz, że idealnie się składa, że lecimy akurat do Japonii, z tymi wszystkimi bidetami w tamtejszych toaletach. Kończysz esemes buziakiem i tak rzadko padającymi u nas słowami: "kocham cię". Prawie nigdy tego nie piszesz.
Kiedy odbieram twojego esemesa, spływają ze mnie wszystkie nieprzyjemne uczucia. Też nie mogę się doczekać, aż z tobą wyjadę. Polecimy do Japonii! Nasza wspólna przyszłość właśnie się zaczęła. Jesteśmy najlepszą parą na świecie. Tak bardzo cię kocham. Nie ma nikogo lepszego od ciebie.
Wróć już do domu, żebym mogła się tobą opiekować - odpisuję, wyjmuję dużą walizkę i zaczynam pakowanie.
PAŹDZIERNIK 2014
Uwaga na drzwi. Drzwi zamykają się. Słyszę, jak się zamykają, ale mój wzrok jest utkwiony w szarej nakrapianej posadzce wagonu metra. Ciemię Ivana, centralny punkt mojego pola widzenia, gdy siedzi spokojnie w nosidełku u mnie na brzuchu, porusza się z zaciekawieniem, Ivan podąża wzrokiem za dźwiękami. Ja patrzę w posadzkę. I na moje dziecko. Ściskam dłońmi jego małe stópki odziane w skarpetki, które wydziergała moja mama. Stopy Ivana emanują swoistym spokojem, zajmują mi ręce, gdy tak gorączkowo majtają do rytmu wyznaczanego przez podskoki i dyndanie w szelkach.
Opuszczam dzielnicę po raz pierwszy od powrotu do domu po twojej śmierci. Dziś jadą ze mną metrem mama i brat, a naszym celem jest stacja Farsta Centrum. Czuję się tak, jakby w wypełnionym do połowy wagonie wszyscy patrzyli na mnie. Niedługo będziemy na miejscu. Jeszcze kawałek. Zostały tylko Tallkrogen, Gubbängen, Hökarängen. Posadzka jest szara. Zachwycony Ivan wybucha śmiechem, kiedy mój brat bawi się z nim w a kuku. Minuty płyną powoli. Jakby metro jechało w zwolnionym tempie.
Dziś mam się spotkać z psycholożką - tą samą, która mi pomagała na początku z Ivanem, kiedy krzyczał wniebogłosy przy domniemanych atakach kolki każdego wieczoru przez sześć tygodni i sama zobaczyłam, że jestem bardziej neurotycznym rodzicem, niż mi się wydawało. Psycholożka ma tyle lat, co ja, i uważam, że jest cudowna. Już bardzo mi pomogła. Plan jest taki, by pomogła mi również teraz.
Jedna z moich przyjaciółek - ta, która stworzyła ruchomy schemat odwiedzin w domu - zadzwoniła do niej w dniu twojej śmierci. Zasięgnęła jej rady, jako znającej nas ekspertki od więzi małych dzieci z rodzicami, co powinniśmy teraz zrobić. Wspólnie rozważały, jaki rodzaj pomocy kryzysowej będzie dla mnie najbardziej odpowiedni, i doszły do wniosku, że próg minimum to powrót do niej, mimo że niedawno zakończyłyśmy terapię. Zrobiła porządek w planie i chce mnie dzisiaj przyjąć. Mojej przyjaciółce wyjaśniła, że to ważne, bym pojawiła się szybko. Oznajmiła, że jeśli będę chciała, może się ze mną spotykać tak długo, jak będę tego potrzebowała.
Lubię moją psycholożkę bardziej niż jakiegokolwiek psychologa, z którym miałam do czynienia. Mówi więcej niż większość pozostałych. Informuje, kiedy się ze mną nie zgadza, i bawią ją moje żarty. Pomogła mi jako matce Ivana w pierwszym burzliwym półroczu, gdy słuchałam jego płaczu i nie udawało mi się go uspokoić, pomogła z odruchową chęcią zrzucenia odpowiedzialności na kogoś innego, bardziej godnego ode mnie. Pokazała mi, jakie niepowtarzalne dziecko urodziłam i jak kompetentnym rodzicem jestem czy mogę być, jeśli tylko spróbuję. Odkąd ją poznałam, zrobiłam wielkie postępy i ufam jej. Myślę, że jeśli ktoś może mi pomóc dojść do ładu z myślami, to tylko ona.
Wreszcie jestem na miejscu. Przekazuję wózek z moim akurat śpiącym dzieckiem mamie i bratu, którzy czekają za drzwiami budynku Farstaterrassen. Ściskają mnie i mówią: "do zobaczenia wkrótce, powodzenia". Mamroczę coś, co ma być podziękowaniem, ale tego nie słyszą. Delikatnie głaszczę Ivana po policzku. W jesiennym chłodzie koniuszek jego nosa jest czerwony.
Przez ostatnie doby czułam się raczej wyłączona. Miałam jedynie krótkie epizody płaczu, zawsze kiedy wiedziałam, że Ivan śpi i nie będzie tego widział ani słyszał. Drugiego dnia płakałam pod prysznicem. Próbowałam wyszeptać twoje imię i powiedzieć "przepraszam". Na początku to było trudne. Patrzyłam na siebie z zewnątrz i to, co widziałam, wprawiało mnie w zawstydzenie i napełniało pogardą do samej siebie. Wydrążone ciało, szara kwadratowa twarz z wielkimi workami pod oczami, naga kobieta pod prysznicem, wypowiadająca szeptem imię człowieka, którego tam nie ma. Głos się załamywał, choć był ledwo słyszalny, i można było odnieść wrażenie, że odbija się echem od ścian łazienki. Brzmiał głupio, nie był wcale piękny i miałam głęboką nadzieję, że żadna z dyżurujących przy mnie pomocnych dłoni nie przechodzi akurat zbyt blisko drzwi.
Przepraszam, Aksel. Przepraszam, że tak się stało. Przepraszam za to, kim byłam pod koniec naszego związku. Przepraszam, że zgubiliśmy siebie nawzajem. Przepraszam, że ja zgubiłam ciebie. Przepraszam, że nie potrafiłam cię uszczęśliwić. Przepraszam, że nie mówiłam zbyt często, że cię kocham. Przepraszam, jeśli czułeś się niedoceniony. Przepraszam, jeśli przeze mnie czułeś się bezwartościowy jako człowiek. Przepraszam, że cię stresowałam. Przepraszam, że zawsze chciałam o wszystkim decydować. Przepraszam, że nigdy na ciebie nie czekałam. Przepraszam, że nie było tak, jak chciałeś. Przepraszam, że zrzędziłam. Przepraszam, że umarłeś. Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Dobry kwadrans stałam pod prysznicem i prosiłam cię o wybaczenie. Choć to było bez sensu - nigdy bowiem go nie otrzymam ani nie będę wiedziała, czy go potrzebuję - słowa zadziałały jak wyzwalacz płaczu, ciągłego płaczu. Szepty zostały zastąpione przez prawdziwe chlipnięcia, te zaś wytworzyły prawdziwe łzy i eskalowały prawdziwym płaczem, pierwszym od dnia, w którym zniknąłeś. Po wszystkim nie czułam ulgi ani oczyszczenia, ale pomyślałam, że płacz dobrze mi zrobił. Tym bardziej, że płakałam akurat w czasie przedpołudniowej drzemki Ivana.
Psycholożka odbiera mnie w poczekalni i wchodzimy do jej gabinetu. Staje naprzeciwko mnie, mówi, że nie wie, czy uda jej się nie rozpłakać w czasie naszej rozmowy, i z góry mnie przeprasza. Podchodzi, obejmuje mnie ramionami, długo to trwa i czuję, jak otacza mnie zapach jej perfum. Udaje mi się pomyśleć, że jest znacznie niższa niż ja, i zacząć się zastanawiać, czy psychologom wolno obejmować pacjentów w wyjątkowych sytuacjach. Uświadamiam też sobie, że chyba wiem, jakiego szamponu używa, a zaraz potem przestaję myśleć w ogóle i wybucham niepohamowanym płaczem na jej ramieniu.
"To kurewsko nienormalne, tak kurewsko nienormalne, co ja mam zrobić, co teraz będzie, to nienormalne", szlocham. Moja psycholożka też płacze i mówi: "Tak, to prawda. To nienormalne. I brutalne, niesprawiedliwe i niepojęte".
Właściwie mam tylko czterdzieści pięć minut, ale przedłużamy wizytę o kwadrans. Wylewają się ze mnie słowa, o których istnieniu nawet nie wiedziałam, a ona słucha i podaje mi chusteczkę za chusteczką. Tak samo jak przyjaciółki, nie zgadza się zaakceptować mojej teorii, że mam swój udział w tym, co się stało, że przynajmniej częściowo sama ponoszę winę za twoją śmierć. "Nie mogłaś wiedzieć", mówi. "To i tak by się stało", mówi. Nie odpowiadam, ale myślę, że ona też nie wie. Wie równie mało, jak ja, więc dlaczego jest taka pewna, że nie ma w tym mojej winy? Dlaczego wszyscy są tego tacy pewni? To nielogiczne. Powinniśmy przynajmniej się otworzyć na możliwość, że cię zabiłam. Że cię stresowałam i poddawałam presji, aż w końcu nie wytrzymałeś. Moja psycholożka się na to nie zgadza.
Mówi za to, że jest gotowa służyć mi pomocą. Mogę się z nią spotykać tak często, jak chcę, dostanę numer bezpośrednio do niej, będę mogła zadzwonić i nagrać wiadomość na automatyczną sekretarkę, a ona oddzwoni, gdy tylko będzie miała możliwość. Zapisuje numer telefonu na wizytówce, a ja rozumiem z tego, że zazwyczaj nie da się zadzwonić bezpośrednio do psychologa, z pominięciem centrali. Mówi też, że jeśli chcę, to na początku możemy się spotykać bez Ivana. To również nie jest standardowe. W końcu jest psycholożką dziecięcą, wyspecjalizowaną w najmłodszych dzieciach. "Pomogę ci przez to przejść", mówi i pobudza mnie do jeszcze większego płaczu, tym razem jest to płacz ulgi. Zdaję sobie sprawę, że potrzebuję psychologa, i sama się za to nienawidzę. Nie chcę już potrzebować kolejnych ludzi. Chcę poradzić sobie sama. Muszę się tego nauczyć. I w końcu nauczyć się być sama.
Pod koniec naszego spotkania ogarnia mnie nagła żądza rewanżu. Postanawiam być najmądrzejszą osobą, jakiej kiedykolwiek pomagała poradzić sobie ze stratą. Będę w tym brylowała. Zajrzę pod każdy kamień, byle tylko niczego nie ukrywać, uporać się ze smutkiem równie szybko, co skutecznie, nauczyć się żyć tak, by to się udało. Musi tak być. Dam sobie radę. Zrobię to nie dla siebie, lecz dla Ivana. To ostatnie, co mogę ci dać, teraz, gdy wszystko inne zostało już utracone, gdy wszystko zniszczyłam. Budzi się we mnie instynkt współzawodnictwa i nie jestem w stanie się zastanawiać dlaczego. Nagle jestem taka zmęczona. Może to z powodu łez. Albo dlatego, że nie spałam prawie cztery doby. Czas się skończył i psycholożka musi mnie poprosić, żebym już poszła. Umawiamy się na kolejne spotkanie za tydzień. Pożegnalnego uścisku nie ma.
Kiedy widzę mamę, brata i Ivana przed tymi samymi drzwiami, przed którymi zostawiłam ich godzinę wcześniej, nie mogę przestać myśleć o tym, że w ciągu naszej wspólnej godziny psycholożka kilkakrotnie stwierdziła, iż nadal jestem w szoku. Po czasie czuję upokorzenie, kiedy przypominam sobie te słowa, widocznie poniosłam porażkę, jestem powolna i ociężała, nie pracuję tak szybko, jak sobie założyłam. Nie chcę być w szoku, chcę się już znaleźć w następnej fazie. Cokolwiek nią jest.
Postanawiam poczytać o poszczególnych fazach żałoby i przy następnym spotkaniu być już w innej. Następnej albo jeszcze kolejnej. Muszę tylko najpierw się dowiedzieć, jakie to fazy.
W drodze do domu deklaruję mamie i bratu, że jutro pojedziemy na jeszcze jedną wycieczkę. Do biblioteki w centrum handlowym Sickla Köpkvarter. Zamierzam wypożyczyć wszystkie dostępne książki na temat żałoby i jej przepracowywania. Przeczytam je, nauczę się, czego tylko można i dzięki tym informacjom wyjdę z kryzysu. Nie można podejść do tego w inny sposób. Winą zajmę się później.
Zauważam, że mama i brat zerkają na siebie, kiedy myślą, że tego nie widzę. Brat kiwa głową mamie i wyraźnie postanawiają czegoś nie mówić. Tym samym decyzja zostaje podjęta - jutro jedziemy na wycieczkę. Drugą od czasu twojej śmierci.
LIPIEC 2012
To nasze pierwsze lato w Enskede i w porównaniu z poprzednim jest przyjemnie. W tym roku w naszym życiu panuje spokojne zadowolenie. Rzadko się kłócimy. Często wybuchamy śmiechem. Po raz pierwszy od dawna regularniej uprawiamy seks. Podchodzimy do naszych wzajemnych różnic z chęcią kompromisu zamiast drażliwości, powściąganego gniewu i źle ukrytych szpil. Nie potrafię stwierdzić, co dokładnie się stało, ale podejrzewam, że ma to związek z naszą wspólną przeprowadzką. Zarówno w sensie praktycznym, jak i emocjonalnym.
W tym roku mamy mieszkanie, w którym da się zrobić przeciąg, a w sypialni jest chłodno mimo upału na dworze. W tym roku na tyłach domu jest parking i mały samochód, który zabiera nas na jedną wycieczkę po drugiej. W tym roku daliśmy radę ułożyć plany na lato, w wyniku czego oboje żeglowaliśmy, odwiedziliśmy przyjaciół na wsi i kilka kąpielisk na obrzeżach Sztokholmu - tych, do których tylko zmotoryzowani mogą dotrzeć, nie tracąc dobrego humoru. Miałeś udaną wiosnę i zarobiłeś dużo pieniędzy. Ja mam wakacyjną pensję. Nie żałujemy na wydatki. Pozwalamy sobie na kolacje w restauracji, rezerwujemy pokoje hotelowe w okolicznych miastach, pomiędzy jedną wycieczką a drugą siedzimy w domu i oglądamy filmy, czytamy książki, możemy trochę odetchnąć. Wieczorami zacząłeś biegać. Robisz sobie rundkę wokół cmentarza Skogskyrkog?rden, wracasz z zaróżowionymi policzkami i w przepoconym T-shircie, i pokazujesz w aplikacji, którą trasą biegłeś tego dnia. Jesteś dumny z tego, że biegasz. A ja jestem dumna z ciebie. Sama zbyt dużo nie biegam, ale i tak jestem zadowolona z życia. Chcę, żeby wakacje tak wyglądały. Właśnie tak.
Nasze życie jest tak przyjemne, że w ostatnim czasie coraz częściej fantazjowałam, że zmieści się u nas jeszcze jedna istota. Nabrałam wielkiej ochoty, żebyśmy mieli zwierzę. Najchętniej psa, ale kot też może być. O ile będzie przypominał z charakteru psa. Z kolei dla ciebie pies jest wykluczony, nie lubisz psów i już od dawna dawałeś mi do zrozumienia, że nigdy byś się nim nie zajmował. Jeśli kupię psa, to będzie tylko mój. Porzuciłam tę myśl, przynajmniej na jakiś czas, ale teraz w wolnej chwili poruszam temat kota. Mówisz, że kota mógłbyś mieć. Ewentualnie. Kiedyś, w przyszłości. Myślę, że ta przyszłość mogłaby być całkiem niedaleka. Może nadejść już jesienią.
Czasami wieczorem zabawiamy się dyskusją, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy mieli kota. Zgadzamy się co do miejsca ustawienia kuwety i nie wydajesz się specjalnie niezadowolony na myśl, że przy pracy w domu miałbyś na kolanach kota. Zaczęłam czytać w sieci opisy ras i znalazłam jedną, która wygląda mi na to, czego szukamy. Pokazuję ci zdjęcia i choć najpierw mówisz, że są brzydkie, mają za mało sierści i za duże uszy, to jednak jesteś trochę rozbawiony, a nawet skuszony myślą o dołączeniu zwierzęcia do naszego obecnie całkiem harmonijnego życia w Enskede.
A więc pozwalam sobie na nawiązanie kontaktu z kilkoma hodowcami. Kiedy ty wieczorami biegasz, piszę maile. Pytam o temperament tej rasy. Chcę wiedzieć, czy mogą żyć w pojedynkę, czy lepiej, żeby w sąsiedztwie był kolega. Korzystając z okazji, pytam też, czy nie mają przypadkiem zaplanowanego miotu na najbliższe miesiące. Nie mogę się powstrzymać, skoro już nawiązujemy kontakt. Kilku hodowców odpisuje, że na razie nie, inni że owszem, ale wszystkie kocięta zostały już zarezerwowane, a nawet jest kolejka.
W końcu jednak trafiam na hodowcę z głębi Norrlandii, małej miejscowości Mal?, sto trzydzieści kilometrów od Skellefte?, który przekazuje mi inną wiadomość. Akurat miał miot i jedno z kociąt nie jest zarezerwowane. Samiczka, biała, gotowa do dostarczenia za dwanaście tygodni. Wysyła dwa zdjęcia samiczki i jedno mamy. Kiedy je przeglądam, czuję trzepotanie w dołku. W tej samej chwili otwierają się drzwi i wracasz z przebieżki. Zamykam pokrywę laptopa i wychodzę ci na spotkanie do przedpokoju. Patrzę na twój telefon i cię chwalę, że biegasz coraz szybciej. Idziesz wziąć prysznic. Ja wracam do sypialni i swojego komputera.
Po przeczytaniu maila i jeszcze kilkakrotnym obejrzeniu zdjęć krzyczę do ciebie. "Aksel, chodź! Popatrz na to!". Przychodzisz do mnie, włosy nadal masz mokre po prysznicu, patrzysz na mnie półleżącą w łóżku, z komputerem na brzuchu. "Popatrz na tego kotka", mówię. Pokazuję ci zdjęcie. "Słodki, a co z nim?", odpowiadasz. Wyjaśniam, że jest wolny i możemy go zarezerwować, kosztuje tylko siedem tysięcy koron, czyli o cały tysiąc mniej niż większość pozostałych, które widziałam, sprawdzając tę rasę.
Najostrożniej jak mogę, pytam, czy nie powinniśmy zadziałać, kotek jest gotowy do wydania za dwanaście tygodni, polecę do Norrlandii i po prostu go przywiozę. Obiecuję, że nie ma żadnego problemu. Patrzysz najpierw na mnie, potem na zdjęcie w moim komputerze i znowu na mnie. Wydajesz się oszołomiony, nie wyobrażałeś sobie, że nasze fantazje o posiadaniu kota spełnią się tak szybko. Wciąż jesteś czerwony na twarzy po bieganiu. Jesteś mokry na klatce piersiowej. Wycieram dłonią kilka kropel z twojego ramienia. Znów patrzysz na ekran. Jestem gotowa usłyszeć, jak się nie zgadzasz, mówisz, że powinniśmy trochę poczekać i pomyśleć o tym jeszcze przez jakiś czas. Odruchowo zaczynam gromadzić argumenty na to, że pomysł jest bardzo dobry. Zamierzam dać ci słowo, że będzie super. Patrzysz na ekran, a potem na mnie. Badawczo. Chyba się zastanawiasz, czy mówię poważnie. Potem coś się dzieje w kąciku twojego oka, nie potrafię tego zinterpretować. Czy chcesz westchnąć? Zdenerwować się na mnie? Powiedzieć, że nigdy nie potrafię się zadowolić tym, co mam, nawet jeśli wszystko jest dobrze?
Nagle jednak zaczynasz się uśmiechać. Najpierw oczami, potem ustami, a wreszcie całą twarzą. "Jasne" - mówisz. "Zróbmy to. Zarezerwujmy tego kociaka, jestem za. Ale nie zamierzam lecieć po niego do Norrlandii, ty będziesz musiała się tym zająć. Umowa stoi?".
Pytanie! Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek zawarła lepszą. Podskakuję na łóżku, krzyczę jak nastolatka przy barierkach na koncercie, rzucam się na ciebie i całuję cię po całej zaróżowionej twarzy. Wiem, że to lato trafi do księgi rekordów jako najdoskonalsze w całym stuleciu.
LISTOPAD 2014
Nie mogłam się zdecydować, czy iść dziś do stajni i pojeździć, czy nie, więc nie odwołałam obecności na zajęciach w grupie jeździeckiej, z którą ćwiczę w każdą niedzielę już od kilku lat. Po porodzie do tego wróciłam, ale nagle umarłeś. Cieszyłam się, że jestem z powrotem na grzbiecie konia. Uwielbiałam ból po treningu. Przede wszystkim zaś ten szczególny stan, w który wprawia mnie jazda konna - inni chyba osiągają go, zajmując się sztuką, medytując, uprawiając seks albo ćwicząc jogę. Na końskim grzbiecie wchodzę w stan, w którym wszelki nastrój zostaje zneutralizowany, istnieje tylko tu i teraz, a myśli o problemach, przyszłości i świecie zewnętrznym jakby... znikają. Bez względu na to, jak zła, smutna czy zaniepokojona jestem w drodze do stajni, opuszczam ją z obniżonym tętnem i większym dystansem do tego, co mi ciążyło. Tak właśnie wpływa na mnie jazda konna i wpływała, odkąd pamiętam. Dlatego po rozważeniu za i przeciw postanawiam tam dotrzeć również dzisiaj. Chociaż od twojej śmierci minęło dopiero sześć dni i nie jestem nawet pewna, czy uda mi się tam dojść na piechotę. Wkładam spodnie do jazdy konnej, zauważam, że są luźniejsze niż zwykle i nawet wysokie buty nie opinają łydek tak jak zazwyczaj. Mimo wszystko muszą wystarczyć. Idę. Niech się dzieje, co chce.
W stajni nikt nie wie, co spotkało mnie i moją rodzinę. Przynajmniej tak sądzę. Koledzy z grupy witają się ze mną jak zwykle, pytają, co słychać. Nie podnoszę wzroku, udaję, że jestem bardzo zajęta przygotowywaniem konia do zajęć. W ramach odpowiedzi na pytania zadane wprost, mamroczę, że wszystko w porządku, ale sama o nic nie pytam, tylko kontynuuję szczotkowanie przydzielonego mi na ten dzień konia. Szczotkuję go i siodłam, zakładam uzdę i czyszczę kopyta kopystką. Czuję, że to również w pewnym stopniu mnie uspokaja. Za trzy jedenasta idę z koniem do ujeżdżalni, w której nasza nauczycielka właśnie zakończyła zajęcia z poprzednią grupą. Na mój widok radośnie się wita i jak na dany znak po tym powitaniu zmieniam kierunek i zamiast ku środkowi dużej ujeżdżalni, skręcam i ruszam na róg, do niej. Koń mnie słucha. Pytam: "Czy mogę z tobą szybko porozmawiać?". Nauczycielka odpowiada: "Oczywiście" i patrzy na mnie wyczekująco. Czuję, że już przy pierwszej sylabie łamie mi się głos, ale i tak kontynuuję: "A więc, mój partner, to znaczy Aksel, był tu ze mną kilka razy, no więc... zmarł sześć dni temu, we śnie, tak po prostu i nie wiemy co się stało, a ja nie wiem, czy to dobry pomysł, że przyjechałam, ale pomyślałam, że chyba dobrze mi zrobi, jeśli trochę pojeżdżę. Ale może nie będę umiała. Może nie wyjdzie za dobrze. Chciałabym tylko trochę popróbować. Mam nadzieję, że to nie problem".
Milknę, z ulgą, że udało mi się wyrzucić z siebie słowa w jako tako zrozumiałym porządku. Nauczycielka słuchała ze zmarszczonymi brwiami. "Co ty mówisz, co ty mówisz, Carolino?", odpowiada. Potem i ona milknie. Wyciąga ręce, mocno mnie przytula, a mnie kończą się słowa, zaczynam płakać w jej brudną kurtkę nauczycielki jazdy konnej, bo mam poczucie, że to najbardziej neutralne, co mogę zrobić. Niech to szlag. Nie chciałam płakać w szkole. Nie chciałam, żeby ktoś się dowiedział. Nie chciałam robić sceny. Chciałam mieć arenę, na której mogłabym nadal udawać, że jestem sobą, tą wcześniejszą Caroliną. Wszystko się spieprzyło. Teraz ściągamy na siebie uwagę grupy, stojąc i płacząc razem w kącie. Koleżanki z grupy zerkają w naszą stronę, ale nie pytają, co się stało. Może już słyszały, może pogłoska dotarła już aż do szkoły jeździeckiej, może dopiero w tej chwili dotarło do nich, że coś jest ze mną nie w porządku. Przez chwilę się wypłakuję w kurtkę instruktorki, szepczę, że to takie straszne. Ona mówi, że mogę jeździć, ile chcę, a jeśli będę potrzebowała przerwy, mam ją sobie zrobić. Kiedy mnie puszcza, widzę, że tusz do rzęs spłynął jej po policzkach. Zastanawiam się, czy powinnam jej o tym powiedzieć, ale nie mam odwagi i odpuszczam. Zamiast tego idę z moim koniem na środek ujeżdżalni, wsiadam i zaczynam jeździć. Nie patrzę nikomu w oczy.
Przez resztę lekcji nauczycielka nie daje mi żadnych wskazówek. Nie krzyczy jak zwykle, że nie siedzę prosto, nie każe mi obrócić dłoni, jak również ma w zwyczaju. Za to między jedną rundką a drugą pyta mnie, czy wszystko okej, czy dobrze się czuję, a ja kiwam głową. Walczę z przydzielonym mi koniem, staram się nadążyć podczas ćwiczeń, koncentruję się na nich, na ile to możliwe. Jestem spocona z wysiłku. Ciało wydaje się zmęczone, jestem słaba, ale siedzenie w siodle to wspaniałe uczucie. Kiedy lekcja dobiega końca, czuję dziwny spokój. Na chwilę odłączyłam rzeczywistość. Skupiłam się na tym, co tu i teraz. Jazda konna podziałała na mnie jak zawsze.
Po rozsiodłaniu koni, kiedy odwieszam uzdę i siodło w ciepłej i wilgotnej siodlarni, podchodzą do mnie koleżanki z grupy. Patrzę na ich szyk, kiedy idą - jest nienaturalnie ścieśniony, a nerwowe ruchy zdradzają, że wiedzą, co się stało i chcą do mnie podejść. Kiedy docierają do celu, czyli do mnie, jedna z nich przerywa ciszę pytaniem, czy możemy się przytulić. Mówi, że słyszała, co się stało. Odpowiadam, że tak, chociaż chciałabym mieć odwagę powiedzieć nie. Nie chcę już więcej płakać tego dnia. Nie chcę płakać w ramionach ludzi, których znam tylko z imienia. Nie chcę stać zamknięta w grupowym uścisku, w zakurzonej siodlarni, w której nastolatki co chwilę otwierają i zamykają drzwi, i płakać w ramionach dorosłych kobiet. Ale pozwalam na to. Po raz drugi tej doby robię to, co w danej chwili wydaje się najbardziej neutralne. Mówię "dziękuję" i klepię je po plecach. Zauważam różnicę w uściskach różnych dziewczyn - któraś robi to tak mocno, jakby mnie dusiła, inne delikatnie, jakby to była pieszczota. Nie wypływają już ze mnie żadne łzy.
Chcę iść do domu. Tęsknię za Ivanem. Zastanawiam się, jak sobie beze mnie poradził przez prawie dwie godziny. Czuję głód. Po powrocie do domu zjem pierwszy prawdziwy posiłek, odkąd umarłeś. Nasz grupowy uścisk się rozluźnia, wracamy do przygotowania koni na pastwiska. Potem idę do domu. Myślę, że przyjście do stajni było dobrym pomysłem, mimo uścisków i łez. Wkrótce to powtórzę. Jazda konna mi służy.
GRUDZIEŃ 2012
Zjawiła się w sam raz na moje urodziny - norrlandzka biała kotka rasy devon rex, której przezwiskiem w domu wkrótce zostaje Groszek. To było dwa miesiące temu, ale nadal się trzęsę na wspomnienie lotu, w czasie którego wyła histerycznie w torbie u moich stóp i chwilami myślałam, że umrze z przerażenia. Nie umarła. Przestała zawodzić w chwili, gdy została wypuszczona w naszym mieszkaniu. Przez dwie kolejne doby chowała się najgłębiej, jak mogła, pod naszym łóżkiem, by trzeciego dnia wyjrzeć i z zaciekawieniem zacząć badać nowe otoczenie.
Od tego czasu stała się kolejnym członkiem rodziny i bardzo ją kocham, choć równie wyraźnie, co regularnie zaznacza, kto jest jej ulubionym domownikiem: ty. Teraz naturalnym elementem naszego dnia jest dyskusja, kto ma "stymulować kota" na pół godziny przed pójściem spać. Jeśli to robimy, może się zdarzyć, że w nagrodę otrzymamy możliwość spokojnego snu w nocy. Jeśli to zaniedbamy, możemy się liczyć na obudzenie przed świtem. Nasza kotka okazała się równie bezduszna, co wygadana. Nagle nasza rodzina przestaje się składać tylko z naszej dwójki. Uważam, że to nam dobrze robi. Kotka zapewnia nowy temat codziennych rozmów - możemy o niej rozmawiać w nieskończoność. Nie da się nie zauważyć, jak bardzo ją kochasz. Rozśmiesza cię, bawisz się z nią godzinami, w miarę jak tygodnie mijają, a jesień przechodzi w zimę. Kilka razy dziennie składasz raporty w postaci zdjęć i krótkich filmików. Wszystkie są dla mnie mile widzianą przerwą w pracy biurowej. Kiedy dochodzi piąta, pędzę do domu, żeby ponownie się z wami spotkać.
Już za parę tygodni wyruszamy do Zanzibaru i oprócz kotki jest to obecnie ulubiony temat naszych wieczornych rozmów. Czytamy na temat wyspy i jej historii. Fantazjujemy, jakie książki będziemy czytali i jakie seriale oglądali w czasie długiego lotu. Czytamy blogi podróżnicze, zapisujemy wskazówki dotyczące plaż i restauracji, których nie wolno przegapić. Dyskutujemy, czy powinniśmy zainwestować czas i pieniądze w dwudniowe safari w części lądowej. Skłaniasz się ku temu. Ja wolałabym przez całe wakacje zostać na wyspie. Mamy polecieć z sześciorgiem przyjaciół. Mieszkać w różnych hotelach w stolicy wyspy przez pierwszych pięć dni, a w drugiej połowie razem ze wszystkimi w wielkim domu. Jesteśmy bardzo podekscytowani zbliżającym się dniem podróży. Nigdy nie wybraliśmy się razem tak daleko. Czujemy się dumni, jesteśmy nieustraszeni i światowi, zarezerwowaliśmy wyjazd. Wyruszamy w drugi dzień świąt. Jeszcze przez rok - czwarty odkąd się poznaliśmy - będziemy spędzać święta osobno. Ty jak zwykle u rodziców, a ja po raz pierwszy w naszym domu, bo nie mamy nikogo do opieki nad kotką. Moja mama, brat i szwagierka przyjadą u nas zamieszkać. Po raz pierwszy od dawna nie mogę się doczekać wigilii. Zaczynam się czuć, jakbym miała małą rodzinę. Ty, ja i kotka, zgrana ekipa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki