Bądź zmianą - Marek Kamiński, Joanna Podsadecka

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (31,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dwa bieguny emocji

Joanna Podsadecka: Będziemy rozmawiać o twojej ekologicznej wyprawie No Trace Expedition - z Polski przez Syberię do Japonii i z powrotem. Dlaczego "no trace"?

Marek Kamiński: Nazwałbym to wyprawą technoekologiczną. Ludzie mają skłonność do zawężania znaczenia przymiotnika "ekologiczny" do zdrowej żywności i segregowania śmieci albo do działań, które mają zachować świat takim, jakim był. A ja tą wyprawą chciałem pokazać, jaka Ziemia - dzięki filozofii niezostawiania śladów, czyli właśnie "no trace" - może być w przyszłości. Jak technologia działa w służbie ekologii, a w konsekwencji czyni ten świat lepszym.

Z ideą "no trace" zetknąłem się po raz pierwszy, gdy zostałem zaproszony do Sonoma Mountain Zen Center w San Francisco przez mistrza Jakusho Kwonga - autora książki Bez początku, bez końca. Intymne serce zen, która uświadomiła mi, że medytacja nie pozostaje w sprzeczności z religią chrześcijańską. Poleciałem tam, żeby pomedytować, a nie uczyć się innej obrzędowości (opowiadałem o tym szerzej w naszej pierwszej wspólnej książce: Idź własną drogą). W czasie tych dwóch tygodni odosobnienia, gdy dzień rozpoczynałem o trzeciej albo czwartej, medytowałem przez pracę i tak dalej - obowiązywały mnie rozmaite zasady, a jedną z nich była "leave no trace", czyli niezostawianie po sobie bałaganu, nawet najmniejszego, i niezakłócanie przestrzeni. W­ ­łazience, kuchni, wszędzie były takie napisy.

Uważam, że to pojemna koncepcja. Chodzi o niezostawianie po sobie złych śladów w naturze i ewentualnie zostawianie pozytywnych w świadomości ludzi, których spotykamy na swojej drodze. To też jedna z zasad mojej ostatniej wyprawy. Chciałem udowodnić, że technologia nie musi być przeciwna naturze, że może ją chronić. Owszem, zła technologia, jak na przykład elektrownie węglowe, niszczy naturę, ale dobra - jak samochód elektryczny - sprawia, że mamy mniej zanieczyszczeń.

W tę wyprawę wpisana jest filozofia minimalizmu, prawda?

Tak. Choć oczywiście prawdziwym minimalizmem byłoby dotarcie do Japonii na piechotę. Nadałem jednak tej filozofii nieco inne znaczenie. Samochód musiał stać się moim domem. Szybko zdałem sobie sprawę, że nieniszczenie natury nie polega tylko na tym, żeby zbierać śmieci i wozić je ze sobą, ale raczej na tym, żeby produkować ich jak najmniej. Czyli należało ograniczyć konsumpcję. Tak doszedłem do przekonania, że aby to było "no trace", ­muszę mniej zużywać, czyli stać się minimalistą.

Przed wyruszeniem w drogę mówiłeś, że zamierzasz wozić śmieci ze sobą, testowałeś ubrania, których nie trzeba często prać. Co z tego się sprawdziło?

Na pewno sprawdziły się ubrania z mikrowełny. Poprawianie właściwości tkanin na poziomie molekularnym powoduje, że są bardzo funkcjonalne, odporne na zapachy i zabrudzenia, a także lepiej przepuszczają powietrze. Podkoszulki z mikrowełny zachowują świeżość dłużej niż te normalne, nie trzeba ich tak często prać, a więc oszczędza się dzięki temu wodę. Nanoubrania wystarczy wyprać mniej więcej raz na dwa tygodnie. To wydaje się dziwne, ale dzięki odpowiedniej ­technologii produkcji jest możliwe.

Jeżeli chodzi natomiast o wożenie śmieci ze sobą, to w Japonii, gdzie wszystko jest pakowane kilka razy - woreczek w woreczek w woreczku - sobie odpuściłem. Zapisywałem tylko, co po sobie zostawiam. W Japonii segreguje się śmieci, więc to rozwiązanie też było ekologiczne. Nie chciałem, by to, co robię w trasie, było sztuczne, miałem żyć jak normalny człowiek, który stara się nie dewastować środowiska. Oczywiście mogłem uznać, że jest to wyprawa modelowa, i wieźć ze sobą wielki wór śmieci, ale stwierdziłem, że nie ma to sensu. Zapisywałem to, co skonsumowałem, by uświadomić sobie, ile tego jest, i ograniczać zużycie. Piłem z wielorazowego kubka, jadłem na wielorazowych talerzach. Nigdzie natomiast nie mogłem kupić kawy bez opakowania. U nas też takiej nie ma. Tego się jeszcze nie praktykuje.

Większość wyjściowych założeń No Trace Expedition się sprawdziła. Jechałem samochodem ­ele-ktrycznym bez generatora, nikt nie musiał mnie holować.

Jest w idei tej wyprawy jakaś przewrotność, bo tym niezostawianiem śladów chcesz zostawić ślad, dać do myślenia.

Tak, zostawić pozytywne ślady w świadomości innych ludzi.

Czyli te filozofie nie są rozbieżne?

Nie są. Chodziło o to, żeby nie zostawiać złych śladów, ale dobre jak najbardziej.

Zanim wyprawa doszła do skutku, opowiadałem mojemu przyjacielowi Wojtkowi, że chciałbym pojechać do Japonii samochodem, że mnie ciągnie do tego kraju. On podsunął mi myśl, żeby dotrzeć tam tak, jak docierałem na biegun, kiedy jedynym śladem był ten na śniegu, który zaraz rozwiewał wiatr. Trwalsze ślady zostały w świadomości ludzi śledzących wyprawę. Przypomniałem sobie, jakie to było piękne. Przy bezwietrznej pogodzie przez cały dzień wędrowania widziałem z tyłu taką nitkę, ślad nart i sanek.

Po tej rozmowie zacząłem się zastanawiać, jak mógłbym się dostać do Japonii inaczej niż samolotem. Gdybym jechał dieslem, to zostawiałbym za sobą spaliny. Postawiłem na samochód elektryczny, bo on nie dewastuje środowiska. W tej idei spotkała się inspiracja płynąca ze zdobycia w 1995 roku dwóch biegunów i zasada "leave no trace" - wspomnienie z klasztoru zen, które trwale wyryło się w mojej świadomości. Zacząłem myśleć o tym, czy możliwe jest powtórzenie modelu wyprawy na bieguny. Wtedy wszystkie śmieci ciągnąłem ze sobą. Oczywiście było ich o wiele mniej niż podczas ostatniej podróży. Wyprawa do Japonii miała więc ­podobne założenia jak ta na bieguny.

Jakiś czas temu czytałam wywiad rzekę z pisarką Magdaleną Tulli. Mówiła: "A kto to taki - ja sam? Naczynie, do którego nalało się trochę świata". Ty chyba ­mocniej akcentowałbyś naszą rolę ­sprawczą. Dobra intuicja?

No tak. Ja bym podkreślił, że jednak mamy jakąś misję. Oczywiście nie na wszystko mamy wpływ, ale na więcej, niż zwykle sądzimy. Nawet dzisiaj natknąłem się na tekst o przeznaczeniu. Kłócą się zając z lwem. Lew twierdzi, że ważne jest przeznaczenie, a zając, że istotne jest to, co w nas, wewnętrzna moc. Uważam, że obaj mają rację.

Czytam teraz książkę Nadchodzi osobliwość Raymonda Kurzweila. Autor zastanawia się, kim jest człowiek. Żyjemy w takich czasach, że powoli możemy się stawać cyborgami. To się już dzieje, poprzez protezy, zastawki, rozruszniki serca, endoprotezy, implanty w mózgu. Na pytanie: Kim jest człowiek?, które stawiamy sobie od wieków, dzisiaj odpowiadamy już inaczej. Nam się wydaje, że jesteśmy najdoskonalszym owocem ewolucji, że najistotniejsze procesy już się zakończyły. Jak jednak pokazuje historia, nie musi to być prawda. Niektóre gatunki przetrwają dłużej, inne krócej, wiele już wyginęło. Interesujące jest pytanie o to, co będzie po nas, czy ewolucja stworzy coś doskonalszego od człowieka? Czy coś z nas zostanie? Do jak ścisłego połączenia technologii i człowieka dojdzie? Czy człowiek przeobrazi się w nowy gatunek? Czy jesteśmy siłą sprawczą, czy tylko odbiciem? A może tym, co zaabsorbujemy ze świata? Ale jest również inne interesujące pytanie. Co z ­człowiekiem stanie się dalej?

Na pewno jesteśmy naczyniem, do którego wlewa się świat, ale też jesteśmy naczyniem o określonej strukturze i określonym przeznaczeniu. Przeznaczenie może być rozumiane jako to, co musi się stać, ale i jako misja, którą trzeba wypełnić. Możemy w ogóle nie zrozumieć, że jest nam przypisana, ale również możemy odczytać znaki. Myślę, że istnieją dwie drogi poznania własnego przeznaczenia. Jedna, gdy ono samo daje nam znać, co powinniśmy robić; nie mamy wątpliwości, że to jest najgłębsze z możliwych doznań. Po prostu to wiemy. I druga, gdy musimy być uważni, by nie przegapić znaków i na czas je odczytać. Jeżeli tego nie zrobimy, przeznaczenie pozostaje w nas jak list, który nie został otworzony.

W modelu idealnym odczytujemy znaki i intuicyjnie wychodzimy naprzeciw wszystkiemu, co pozwoliłoby je wypełnić. Podkreślasz często, że mamy moc przeobrażania świata, ale bywa, że brakuje nam odwagi. Myślę teraz o ludziach, którzy zrozumieli, jakie jest ich powołanie, ale w pewnym momencie zwątpili w to, że mogą zmieniać świat. Po samobójstwie jednego z najsłynniejszych polskich fotoreporterów wojennych Krzysztofa Millera została wydana książka Fotografie, które nie zmieniły świata. Album nosi pesymistyczny tytuł. Zastanawiam się jednak, czy aby rzeczywiście fotografie Millera nie zmieniły świata. Czy jego życie, a wreszcie śmierć też niczego nie zmieniły? Czy to, co po człowieku zostaje, daje się łatwo opisać?

Myślę, że każdy człowiek w jakimś stopniu zmienia świat. Nieraz te zmiany są widoczne gołym okiem i spektakularne, a kiedy indziej to jedynie impulsy, dzięki którym mogą się zmienić inni. Taki impuls ma kolosalne znaczenie, ale ktoś, kto go wysłał, nigdy się o tym nie dowie. Niejednokrotnie zapominamy o decydującym bodźcu, o nagłym olśnieniu, o źródle naszej decyzji. Tym źródłem mogła być przecież fotografia, którą się kiedyś widziało. W tym sensie rzeczywiście jesteśmy naczyniem, do którego nalało się trochę świata, ale ­światem są też inni ludzie i bliskie im idee.

Pamiętam wiele fotografii Krzysztofa Millera. Z Afganistanu, Iraku, Czeczenii, Bośni, Rwandy, Bałkanów... Znam album, o którym mówisz. Pamiętam też śmierć Krzysztofa. Jestem pewien, że jego zdjęcia zmieniły świat, ale pewnie nie aż tak, jak by sobie tego życzył. Zmienił rzeczywistość przez swoją wrażliwość, przez to, co zrobił ze swoim przeznaczeniem. Dotknął innych ludzi. To zło, które uwieczniał na fotografiach, by świat nad nim zapłakał, a potem znalazł sposób na jego wykorzenienie, w końcu go osaczyło. Może zabić każdego z nas, jeżeli mu się nie przeciwstawimy. To tak jak z bakteriami. Jeżeli nie mamy sprawnego systemu immunologicznego, to wiele z nich okazuje się groźnych. Bezwzględność również może nas zabić, gdy nie wypracujemy mechanizmów obronnych. Niestety, często najwrażliwsi ludzie nie potrafią uporać się z bolesnymi doświadczeniami, powracającymi obrazami, z pamięcią o krzywdzie.

Coraz więcej osób zmaga się z depresją. Niedawno znów byłem w Japonii, tam samobójstwa nie należą do rzadkości. Wydaje mi się, że najczęściej przyczyną jest brak głębokich relacji z otoczeniem. To nie przypadek, że z falą samobójstw zmagają się kraje bogate, wysoko rozwinięte, w których panuje dobrobyt i powszechne jest używanie nowych technologii do kontaktowania się. W czasach, w których relacje międzyludzkie odgrywają mniejszą rolę niż wcześniej, ­ludzie umierają, bo nie potrafią znaleźć sensu życia.

Umierają, bo nie potrafią znaleźć sensu życia, a z kolei wielu z nas chciałoby doszukać się sensu śmierci. Przypomniała mi się aktorka Ania Przybylska. Była twoją sąsiadką. Piękna, młoda, matka trójki dzieci. Jej śmierć wstrząsnęła Polską.

Czasem robiliśmy razem zakupy wcześnie rano. Mieszkam przy plaży w Gdyni-Orłowie, Ania mieszkała w pobliżu. Obok jest tylko jeden sklep czynny od szóstej, tam się ­widywaliśmy. Nasze dzieci chodzą do tej samej szkoły.

Kiedy umiera ktoś młody, pełen życia, mnożą się pytania o sens, wszyscy zaczynają się zastanawiać nad tym, co istotnego po człowieku zostaje. Myślisz o tym czasem?

Szczerze mówiąc, nie zastanawiam się zbyt często, co po człowieku zostaje. Koncentruję się na tym, by jak najlepiej być tu i teraz. Mam świadomość, że po mnie zostaną może książki. Czytelnicy piszą, że im pomogły. Odkąd przeczytałem parę takich listów, jeszcze częściej myślę o sile książek. Choć od dzieciństwa przecież nie opuszczała mnie wiara w moc lektury. Za każdym razem, gdy ktoś pisze, że moja książka pomogła mu znaleźć siebie, wypowiedzieć najskrytsze marzenie czy wyjść z depresji, robi to na mnie wrażenie. To paradoks, że Moje bieguny pozwoliły przezwyciężyć chorobę dwubiegunową. Także gra słów jest tu fascynująca.

Opowiedz więcej o tym przezwyciężeniu choroby ­dwubiegunowej.

Szedłem do Santiago de Compostela i gdy byłem w Belgii, napisał do mnie na Facebooku nieznajomy z pytaniem, czy może do mnie dołączyć na jeden dzień. Przyszedł, zjedliśmy coś i potem szliśmy razem. Poza Polską niewielu ludzi towarzyszyło mi przez tyle godzin w trasie, spytałem więc, dlaczego zadał sobie taki trud. Opowiedział mi o tym, że cierpi na chorobę dwubiegunową (na którą składają się następujące po sobie okresy depresji i euforii) oraz że jest biznesmenem, który prowadzi z sukcesem firmę i dużo lata po świecie. Mówił, że kiedy nadchodzi atak choroby, to zaczyna czytać książkę Moje bieguny. Uczepił się takiego fragmentu, w którym ­pojawiają się słowa: "jest zimno, ­cieplej nie będzie".

Chodziło w nim o to, że gdy jest minus sześćdziesiąt stopni, to chciałbym, żeby było inaczej, bo fajnie przez godzinę przebywać w tak niskiej temperaturze, to egzotyka, ale gdy trwa to całą dobę, to jest bardzo nieprzyjemnie. Po paru dniach w takiej temperaturze prawie zwątpiłem, że dojdziemy z Wojtkiem Moskalem na biegun. Wtedy właśnie napisałem słowa: "jest zimno, cieplej nie będzie". Pogodziłem się z sytuacją. Myślimy często, że akceptacja jest bezradnością. Wcale nie, akceptacja daje siłę. Nie ma sensu walczyć z czymś, czego nie można zmienić. Należy skupić się na tym, na co mamy wpływ. Mimo że było bardzo zimno, to przecież sam wybrałem cel wyprawy i realizowałem swoje marzenie. To, że jest zimno i cieplej nie będzie, nie znaczy, że mam się źle czuć. Moje samopoczucie nie musiało zależeć od temperatury. Nie chciałem być cierpiętnikiem.

Mężczyźnie, którego poznałem w Belgii, te słowa pomagają, gdy przychodzi atak choroby. I jeżeli to działa, to jestem szczęśliwy. Bieguny, choroba dwubiegunowa... Ciekawią mnie podobieństwa i różnice między tymi pojęciami... Bieguny mają moc. Choroba dwubiegunowa ma moc innego typu. Dwa bieguny na krańcach ziemi i dwa bieguny emocji. Tak, niewątpliwie jest to frapujące.

Przypomniało mi się zdanie z ostatniej powieści Wiesława Myśliwskiego Ucho Igielne: "Świat zmienia się i od słów, nie tylko słowa od świata". Opowiedziana przez ciebie historia potwierdza jego prawdziwość.

Znajomy, który prowadzi wielką firmę, miał jakiś czas temu duże kłopoty i też kazał napisać sobie na ścianie, że "jest zimno, cieplej nie będzie". Kiedy jest ciężko, wszyscy by chcieli, żeby było lżej. A wyjściem z sytuacji nie jest zmiana temperatury, bo to nie od nas zależy, ale zmiana sposobu myślenia. Jeżeli ludzie nie kupują naszych produktów, to znaczy, że należy podjąć jakieś działania. Przecież konsumenci nie będą po nie sięgać, bo my tego chcemy. Musimy zaakceptować to, co jest, i zaproponować nowe rozwiązania, wyjść ze schematu, który nas więzi.

Rozmawiamy krótko po zamordowaniu prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Było mnóstwo dyskusji o tym, jak mowa nienawiści zmienia świat, w którym żyjemy. Czy z bezsensu takich śmierci może ­wypływać jakiś sens?

Na pewno wszystko jest po coś. Mam nadzieję, że nie ma śmierci daremnych, że zdarzenia budzące taki żal muszą coś zmienić. Wierzę, że jest jakiś głębszy sens w śmierci, która tak nami wstrząsnęła. Choć wolałbym żyć w świecie, gdzie takie wydarzenia nie mają miejsca.

Gdańsk nigdy nie kojarzył mi się z przemocą. W dzień finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, 13 stycznia, pobiegłem rano z Gdyni-Orłowa przez Sopot do Gdańska. To dziesięć kilometrów. Znów - jak tysiące razy wcześniej - poczułem podziw dla tego miasta, z którym tyle mnie łączy. Myślałem o tym, jakie Trójmiasto jest wspaniałe, piękne. Kilka godzin później poleciałem do San Francisco. Kiedy dotarłem na miejsce, żona przysłała mi wiadomość, że Pawła ugodzono nożem. Krótko po tym (bo to jednak istotna różnica czasu) dowiedziałem się, że nie żyje. Śledziłem stamtąd wszystko, co działo się w Polsce.

Władze Gdańska, zastępczyni prezydenta Aleksandra Dulkiewicz i ci, którzy z nim pracowali, apelowali, aby to zło przekuć w dobro. Ludzie spontanicznie gromadzili się na placach, by być razem, wykonywali mnóstwo serdecznych gestów. Trudno było w tych dniach nie poczuć, że w Gdańsku znowu wieje wiatr historii i rodzi się solidarność. Zastanawiam się, na jak długo tamten tydzień przeobrazi Polskę, jaki ślad zostawi. Takie wydarzenia przywracają sprawom odpowiednie miary. Szczególnie w kraju, w którym na co dzień jest tyle kłótni o rzeczy nieistotne.

Na pewno ta śmierć wydaje owoce. To jest paradoks. Trzeba było przyznać, że mowa nienawiści mocno się rozpanoszyła. Po zabójstwie zobaczyliśmy inny obraz Pawła niż ten, który przez cały 2018 rok promowały media publiczne. Nie chcę wchodzić w politykę, ale to niesamowite, jak śmierć zmieniła myślenie o prezydencie Adamowiczu, jak dobro, którego dokonał w Gdańsku, wyłoniło się zza tej śmierci.

Poznałem Pawła Adamowicza podczas strajku w 1988 roku. W 1997 roku, gdy był radnym i przewodniczącym Rady Miasta, dostałem Medal św. Wojciecha. Później spotykaliśmy się przy różnych okazjach. To był dobry i bardzo otwarty człowiek, a jednocześnie stanowczy, znający swoją wartość, mający sprecyzowane przekonania. Miał też w sobie naturalność i pokorę. To nie jest częste połączenie u polityków. Nie mam wątpliwości, że zostawił ślady w Gdańsku i w gdańszczanach. Pamięć o nim i wartościach, którym był wierny, żyje w innych, podobnie jak idee, w które wierzył i które promował. W ciszy następującej po cudzej śmierci wiele da się usłyszeć. I zrozumieć. Książka Gdańsk jako wspólnota, którą Paweł napisał krótko przed zabójstwem, może być dziś zupełnie inaczej odczytana.

Wywołałeś kolejny temat, który chciałam poruszyć. W grudniu 2018 roku w Parlamencie Europejskim przemawiał Krzysztof Warlikowski. Jego przemówienie pełne było pesymistycznych prognoz dla kultury, ale nagle pojawiła się nadzieja. Reżyser powiedział: "Wierzę w książki. Można powiedzieć, że kilka książek nie zmieni świata. Ale nasza odpowiedzialność zasadza się na tym, że wierzymy w skuteczność działania sztuki i myśli. Inaczej nic tu po nas. Inaczej oddamy pole konsumpcji, a to jest kraina zero-jedynkowa, w której wszyscy prędzej czy później stają się nieszczęśliwi, bez względu na stan posiadania zaczynają być sfrustrowani i w efekcie nienawidzą demokracji, która kiedyś dała im wybór, ale potem zaniedbała".

Od jakiegoś czasu intelektualiści z różnych krajów przekonują, że - w dużym skrócie - o przyszłości świata nie zadecyduje ekonomia, a głęboko humanistyczne idee. Dlatego postulują, by inwestować w nauki humanistyczne, na których w ostatnich latach oszczędzano. Miałoby to pomóc przezwyciężyć kryzys wartości spowodowany "ekonomizacją", odwróceniem się od rzeczywistości ­niematerialnej. Sądzisz, że to dobry kierunek?

Nie uważam, żeby w którymkolwiek okresie w dziejach ludzkości wyższe idee przestały być ważne.

Mam kłopot ze zdefiniowaniem humanistyki. Bo dla mnie matematyka jest jak najbardziej nauką humanistyczną, choć zwykło się twierdzić inaczej. Nawet Oppenheimerowska idea stworzenia bomby atomowej jest dowodem na potęgę ludzkiej kreatywności. Tego, co jest w stanie wymyślić człowiek. Istotą działań humanistycznych jest kreatywność i to, że człowiek tworzy - czy to abstrakcję, czy przedmioty użytkowe. Wiem, że dziś często za humanistów uznaje się tylko tych, którzy zajmują się sztuką, literaturą, kulturą.

W opozycji do tych, którzy pracują nad słupkami liczb i maksymalizowaniem zysków, stawia się ludzi, którzy myślą, jak sprawić, by ludzkość była bardziej solidarna. Językiem kapitalizmu stał się przede wszystkim język ekonomii. Wydaje się dziś ważne przypominanie, że nie jesteśmy jedynie homo economicus. Zapominamy, że powinniśmy ten świat współtworzyć, współdecydować o nim, a nie tylko go obserwować z pozycji konsumenta.

Są ekonomiści, którzy zajmują się rzeczami odtwórczymi: podliczaniem słupków, operacjami finansowymi, które przyniosą więcej pieniędzy. Ale są też tacy jak Muhammad Junus z Bangladeszu, zwany bankierem biedoty, który otrzymał pokojową Nagrodę Nobla za stworzenie systemu mikropożyczek pomagających najbiedniejszym. Wszystko może być narzędziem zmieniania świata na lepsze - inżynieria, ekonomia, język. Moim zdaniem humanizm objawia się w wartościach, a słowa, pędzel czy słupki liczb to narzędzia, które mogą służyć propagowaniu bliskich nam wartości. Powstanie i rozwój Internetu to zwycięstwo idei połączenia ludzi z różnych części świata, dzielenia się słowami i obrazami. Nie byłoby tego bez naukowców, którzy marzyli o szybkim przepływie informacji.

Człowiek nigdy się nie zatrzymuje, życie nie może się cofać. Trudno jest rezerwować pojęcie "humanizm" tylko do form działania, które znamy, twierdzić, że te nowe humanistyczne nie są. Dla mnie technologia jest przejawem humanizmu. Została stworzona przez człowieka, tak samo jak język. To nas różni od zwierząt, że potrafimy coś takiego wymyślić.

Zgadzam się, że aby kreować idee, które pomogą światu, potrzebne jest rozeznanie w kulturze, rozumienie pewnych mechanizmów, umiejętność przewidywania. Artyści często mają dar zmieniania rzeczywistości swoim talentem. Dzięki ich dziełom dojrzewamy, nazywamy w sobie to, czego do tej pory nie umieliśmy nazwać. I kierujemy się w stronę wartości duchowych. To nie do przecenienia.

Sztuka bywa pogardzana nie tylko w naszych czasach. Zawsze bardziej szanowane było rzemiosło wojenne, kwestie związane z władzą, siłą, konsumpcją. Vincent van Gogh nie sprzedał przecież ani jednego obrazu.

Pamiętam taki moment w swoim życiu, gdy byłem zafascynowany budowaniem firmy i nie doceniałem sztuki. A teraz mam głód doznań artystycznych, wciąż ich szukam. Ta potrzeba pojawiła się nagle. Kiedy byłem niedawno na wystawie van Gogha w Japonii, to oniemiałem. To było inspirujące doświadczenie! Sztuka zmienia świat w sposób zaskakujący, nie wprost i nie od zaraz.

Mam szczególną słabość do malarstwa Edwarda Muncha. Budzi we mnie uczucia o wysokiej temperaturze. Munch miał okresy depresji, alkoholizmu, chyba brakowało mu szczęścia w miłości, walczył z wieloma demonami. Był człowiekiem swoich czasów, rozdartym, niepewnym, zagubionym, szukającym. I to wszystko jest w jego obrazach. Ludzie za czasów Rubensa czy Vermeera oczekiwali od sztuki czegoś innego niż dzisiaj. Niedawno czytałem znakomity norweski komiks o Munchu. Wiesz, że uwielbiam komiksy. Wśród trzech czytanych ostatnio jeden dotyczył Muncha, drugi Pabla Picassa, a trzeci Amedeo Modiglianiego.

Komiksy fascynują cię ze względu na swoją lapidarność?

Po prostu bardzo je lubię. To taka sama forma sztuki jak film i literatura. Kreska i słowo się dopełniają. Papcio Chmiel mocno mnie inspirował w dzieciństwie. Kto wie, może te moje wyprawy na biegun doszły do skutku właśnie dzięki temu, że czytałem o przygodach Tytusa, Romka i A'Tomka? Oni też dotarli na biegun północny. Pamiętam, że po rozłamaniu się góry lodowej Tytus i Romek oddzielili się od A'Tomka i dolecieli do celu wannolotem.

Czyli w tym przypadku metafora Tulli o tym, że jesteśmy naczyniami, do których nalało się trochę ­świata, jest jak najbardziej trafiona.

Może powiem inaczej: jesteśmy pudłem rezonansowym, które wzmacnia dźwięki dostarczane przez świat. To, co nas spotyka, co się w nas nalewa, jest ważne, ale przecież my też coś nalewamy do świata. Poza tym otwieramy krany, przez które ma się ten świat wlewać. Nie jesteśmy bezwolni, choć oczywiście mierzymy się też z sytuacjami, na które nie mamy wpływu, które na nas spadają.

Czy masz ulubione miejsca, w których kupujesz komiksy?

Chyba najczęściej w gdańskiej Sztuce Wyboru, czasem w Centrum Komiksu w Warszawie przy alei Niepodległości.

Komiks ma inny rodzaj narracji niż powieść. Są tacy, którzy zawsze powiedzą, że książka jest lepsza niż film, ale powstały przecież filmy, które pokażą coś, czego nie może pokazać książka. Ja bym nie wartościował rodzajów sztuki, nie rozważał, który jest lepszy. Książki bardzo mnie inspirują, ale komiksy również. Wiesz, że mógłbym o nich rozmawiać godzinami. Patrz, mam przy sobie Tokyo on Foot Florenta Chavoueta. Znakomity!

Niedawno czytałem inny świetny komiks Chavoueta i postanowiłem, że pojadę na wyspę Manabeshima, na której rozgrywa się akcja. Tam nie ma co prawda żadnych hoteli, ale i tak się zdecydowałem. Trzeba było płynąć promem, mijając trzy wyspy. Tego dnia już nie mogłem wrócić. Znalazłem się na przystani, którą znałem z komiksu, a później szedłem trasą w nim opisaną. Miałem go oczywiście przy sobie. Dotarłem do miejsca, w którym mieszkał bohater (zatrzymał się u pewnej rodziny), przez dwa miesiące tworzący komiks. W domu nikogo nie było. Usiadłem i mówię sobie: "Trudno, przynajmniej to zobaczyłem". To była malutka wyspa, przypłynąłem na jeden brzeg, a potem zawędrowałem na drugi. Nagle zauważyłem, że gdzieś daleko na morzu świeci się światło. Przybliżało się do wyspy. Potem dostrzegłem pomost, a na nim dwie postacie. Wyglądały jak bohaterowie komiksu, wręcz identyczne. To było zachwycające. Zapytałem, czy mogę w tym miejscu przenocować, a oni się zgodzili.

Może to była nagroda za to, że w porywie serca ­zdecydowałeś się tam pojechać?

To prawda, zrobiłem to spontanicznie, bez kalkulowania. Bo gdybym zaczął przemyśliwać, tobym się tam nie znalazł.

Kochasz Tokio, miasto, które w latach dwudziestych XX wieku zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi, w czasie drugiej wojny światowej zbombardowane przez Amerykanów, a mimo to wciąż odradzało się jak feniks z popiołów. Bywasz tam wiele razy w roku. Wiem, że w czasie No Trace Expedition wydarzyło się coś, co ­zapadło ci mocno w pamięć. Opowiedz o tym.

Miałem tam konferencję prasową. Sporo mówiłem o energii miejsc, o tym, że jest dla mnie ważna. I że ważna jest medytacja, bo podczas tej wyprawy ­codziennie medytowałem.

Po konferencji z moim znajomym Wojtkiem - Polakiem pracującym na uniwersytecie w Tokio - podeszła kobieta o imieniu Maya, która również jest naukowcem. Powiedziała, że zna miejsca mocy w Tokio i zaczęła mi o nich opowiadać. Poszliśmy na lunch, w czasie którego zaproponowała, że mi je pokaże, a także że możemy razem pomedytować. Miałem spędzić w Tokio jeszcze dwa dni, więc się zgodziłem.

Wysiedliśmy na stacji metra w centrum i Maya poprowadziła mnie do parku przy hotelu Prince. Medytowaliśmy, a później rozmawialiśmy o energii biegunów. Maya przekonywała mnie, że pobyt na biegunach namagnetyzował moje życie, że energia życiowa została wzmocniona przez energię biegunów, które przecież zbudowane są - podobnie jak nasze ciało - z wody (w stanie lodu). I ciało, i bieguny generują wibracje, rezonują. Maya dowodziła, że przejąłem wibrację bieguna, to znaczy woda we mnie ją przejęła, i ona się utrzymuje. Rezonowanie jest zjawiskiem powszechnym, wibracje oddziałują na siebie.

Studiowałem filozofię i fizykę, ale nigdy nie myślałem o biegunie w taki sposób. Były to dla mnie punkt na mapie, droga do celu i wiążąca się z nią podróż wewnętrzna. Fascynujące jest cudze spojrzenie na nasze doświadczenia, poznanie innej perspektywy.

Nie widzę racjonalnego powodu, dla którego to bieguny miałyby zmienić moje życie bardziej niż Gdańsk, Warszawa czy Tokio, ale mimo to często myślę o ich sile, o tym, jak mnie naznaczyły.

Maya nawiązała też do Mount Everestu. Podczas konferencji prasowej opowiedziałem, jak jakiś czas wcześniej byłem z moją córką Polą w naszej ulubionej tokijskiej księgarni, która nosi nazwę Tsutaya. Na ostatnim, ósmym, piętrze znajduje się przytulna kawiarnia. Siedzieliśmy i czytaliśmy. Gdy już schodziliśmy, by wrócić do hotelu, chyba na szóstym piętrze poczułem przemożną potrzebę, by wziąć książkę z półki. Ta, którą wybrałem, okazała się książką himalaisty Nobukazu Kurikiego (zginął w maju 2018 roku, próbując po raz siódmy wejść na Mount Everest). Parę miesięcy wcześniej obejrzałem na pokładzie samolotu do Tokio przejmujący film Everest: The Summit of the Gods w reżyserii Hideyukiego Hirayamy. Potem oglądałem go jeszcze kilka razy. Pomyślałem, że Kuriki, który wybrał najtrudniejszą drogę na Everest, na pewno też go widział.

Mówiłem ci kiedyś, że wciąż do mnie wraca marzenie o Evereście, że ta góra mnie woła... Miałem uczestniczyć w wyprawie w 1996 roku, w której potem zginęli ludzie. O tym też powstał film - Everest. Trudno powiedzieć, dlaczego wtedy zrezygnowałem. Na często zadawane przez dziennikarzy pytanie: po co wchodzić na Everest? odpowiedź jest prosta: dlatego, że jest. W filmie, o którym wspominałem, główny aktor mówi: "Wspinam się, bo ja jestem". Jestem tutaj i to jest moja wola.

Jakiś czas temu oglądałam film dokumentalny o Carlu Gustavie Jungu zatytułowany Istota serca. W wolnych chwilach słynny psychiatra z zapałem kopał dołki w piasku przy rzece. Krótko przed śmiercią zastanawiał się, dlaczego akurat to go relaksowało. Doszedł do wniosku, że przecież całe życie poszukiwał źródła, próbował się do niego dokopać, więc ta czynność była w nim zapisana najgłębiej, ­opowiadała o nim.

Tak właśnie jest. Ciągnie cię do tego, co jest najprawdziwszą odpowiedzią na pytanie: kim jestem? Do marzeń, które może akurat są uśpione, ale jednak wciąż istnieją. Pytałem siebie niejednokrotnie, dlaczego fascynują mnie puste miejsca, takie jak bieguny, oceany, pustynie. Takie, w których trudno zostawić ślad. Oczywiście lubię miasta i twory cywilizacji, ale tym, co najmocniej mnie pociąga, są właśnie puste przestrzenie. Nie wiem dlaczego, ale wciąż ­szukam ­odpowiedzi na to pytanie.

Wracając do mojej ulubionej tokijskiej księgarni, w której wziąłem do ręki książkę Kurikiego. Zastanawiałem się, czy podobał mu się film o Evereście, o którym ci mówiłem. Później miałem spotkanie w Polskim Klubie Biznesu w Tokio i próbowałem zgromadzonym tam słuchaczom powiedzieć, po co robi się takie rzeczy, dlaczego chce się realizować śmiałe marzenia. Opowiadałem o filmie, o Kurikim i książce, którą przypadkiem miałem w rękach. Okazało się, że jeden z obecnych na tym spotkaniu Polaków był przyjacielem himalaisty i pomagał mu zdobyć finanse na ostatnią wyprawę. Od niego dowiedziałem się, że Kuriki lubił wspomniany przeze mnie film. Z tego powodu na późniejszej konferencji prasowej dotyczącej wyprawy No Trace Expedition sporo czasu poświęciłem przeznaczeniu, temu, że czasem się ginie w drodze na szczyt. Ale ginie się, bo podjęło się ryzyko spełnienia swoich marzeń.

Nie opowiedziałeś o wszystkich miejscach mocy, ­które pokazała ci Maya.

Pamiętam z tego szlaku kościół, który kojarzył mi się z arką Noego, mieściło się w nim tysiące osób. Była też dziwna wieża, grób samuraja i mała świątynia, dookoła której stały same wieżowce. Gdy kończyliśmy z Mayą zwiedzać miejsca mocy, była dwudziesta trzecia, a do świątyni wciąż wchodzili ludzie. Podobno wielu bankowców kończy tam dzień modlitwą. Bywałem w Tokio często, ale poznałem je z całkiem innej strony. Ta wycieczka z Mayą potwierdziła, że miasto jest wielopoziomowe, zawiera w sobie wiele światów. Jest mnóstwo wielkich miast: Nowy Jork, Paryż, Londyn, Berlin, ale to właśnie Tokio przyciąga mnie ­najsilniej. Uważam, że ma jakieś dodatkowe wymiary.

Przyznaj, że ta historia z książką Kurikiego jest niesamowita. Przecież tam było dziesiątki tysięcy książek, nieprzebrane ilości na każdym piętrze, a ja wyciągnąłem akurat tę.

Przyznaję. Nie musisz mnie przekonywać, że życie mówi do nas przez przedziwne zbiegi okoliczności. Fascynująca jest chemia przypadku, podskórny rytm tego, co wydaje się nie do wytłumaczenia, a jednak czujesz, że ma ukryty sens.

Jeżeli człowiek nie jest zamknięty na świat, to docierają do niego takie impulsy. Ludzie często nie dostrzegają znaków, bo wydaje im się, że nic takiego nie może im się przydarzyć.

Może jednym z powodów, dla których tak chętnie medytuję, jest to, że dzięki temu staję się uważniejszy. Mistrz w klasztorze zen w San Francisco na moje pytanie, jak długo powinienem medytować, odpowiedział: "Lepiej pięć minut codziennie niż godzinę raz w tygodniu". A gdy spytałem, czy łączyć medytację z jogą albo z qi gong, odpowiedział: "One is enough". To do mnie wraca, bo to lekcja tego, że samoograniczenie pozwala przeżywać wszystko głębiej. ­Czasem mniej znaczy więcej.

Sami dla siebie też jesteśmy do odkrycia

No Trace Expedition poprzedził projekt No Trace Tatra. Tatry były na rozgrzewkę?

Mam przyjaciela mieszkającego w Krakowie, Przemka Powalacza (prezesa Geberitu - firmy konkurującej z moją Inveną), który uwielbia Tatry i przyjaźni się z wieloma zakopiańczykami. Często wyciągał mnie w góry. Uprawialiśmy skitour albo chodziliśmy na wycieczki. I to dzięki niemu znowu Tatry do mnie wróciły. Przypomniałem sobie, że przed biegunami trenowałem także na Morskim Oku, i pomyślałem, że wszyscy się wspinają, a może da się te góry obejść dookoła. Mogłem sprawdzić pomysły, które się pojawiały, gdy planowałem wyprawę bez pozostawiania śladów, a także pokazać, że nie trzeba daleko jeździć, żeby przeżyć przygodę. Stąd właśnie No Trace Tatra. Dzięki temu wiedziałem, jak będzie z panelami słonecznymi i ze sprzętem.

Nie jechałeś samochodem, obchodziłeś góry dookoła. Jakie tu są punkty zbieżne z późniejszą wyprawą?

Chociażby koncepcja, żeby śmieci nieść ze sobą, dzięki czemu myślimy o tym, co się dzieje, gdy się zaśmieca przyrodę. Sprawdzałem, jak bardzo przemierzane tereny są zaśmiecone, ile odpadów ludzie zostawiają w ­Tatrach. Jest ich naprawdę sporo.

Jak się staje pod Kasprowym czy Giewontem, to wydaje się, że góry są nie do przebycia. Dotykamy ich, wchodzimy na jeden czy drugi szczyt, ale wciąż mamy wrażenie, że Tatry ciągną się hen daleko. Kiedy obszedłem je wokoło, to uświadomiłem sobie, jaka to jest malutka wyspa w morzu cywilizacji. I że jest mocno zagrożona. Kiedyś, gdy zabraniano tam cokolwiek robić, wydawało mi się, że to przesada. I nagle dostrzegłem, że na tę małą wyspę człowiek chce się wedrzeć po to, by zmienić jej charakter. Jeżeli to się stanie, zniknie wiele gatunków roślin i zwierząt. W morzu cywilizacji te góry są swoistą enklawą.

Ile czasu potrzebowałeś, żeby je obejść?

Osiem dni. To była piękna przygoda. Podhale, Orawa, Liptów, Spisz... Widziałem po drodze zbieranie kartofli, więc wspomnienia z dzieciństwa we mnie odżyły. W innym miejscu, na granicy polsko-słowackiej, było groźnie, bo zauważyłem świeże ślady niedźwiedzia i usłyszałem sapanie. No ale nic złego się nie stało. Dobrze wspominam wizyty w kościołach i kaplicach. I oczywiście rozmowy z góralami. Pierwszego dnia spotkałem się na Gubałówce z założycielem kapeli Trebunie-Tutki, a potem, na Polanie Szymoszkowej, z gawędziarzem Józefem Pitoniem, który przeżył okupację. To bardzo mądry człowiek. Z wieloma napotkanymi osobami rozmawiałem o zmianie podejścia do ochrony przyrody, o tatrzańskiej roślinności i zwierzynie, tamtejszych stawach, ratownictwie górskim czy wizytach niedźwiedzi w sortowni odpadów w Dolnym Smokowcu. Z Janem Krzeptowskim Sabałą dyskutowałem o filozofii "leave no trace". Na Łysej Polanie czekało na mnie kilku leśniczych, a na Rusinowej Polanie baca Stanisław Rychtarczyk, szef Bukowiańskiego Centrum Kultury "Dom Ludowy" Bartłomiej Koszarek, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego Szymon Ziobrowski i Przemek Powalacz. To już była końcówka. Drogę, która miała swój początek pod siedzibą Tatrzańskiego ­Parku ­Narodowego, ­zakończyłem w Kuźnicach.

Ta wyprawa pozwoliła mi się zbliżyć do Tatr, poznać ich historię i mieszkańców. Poczuć góry i je pokochać. Kiedy wróciłem do Warszawy, to cały wieczór ­spędziłem w ­Empiku, oglądając książki o Tatrach.

W roku poprzedzającym No Trace Expediton wiele razy byłeś w Japonii. Spotykałeś się z księżną Hisako Takamado, nurkowałeś z delfinami, podziwiałeś górę Fudżi, byłeś na wystawie van Gogha w Tokio i widziałeś ­kwitnienie wiśni. Czy wtedy przygotowywałeś się do ­wyprawy albo szlifowałeś język?

Moje wyjazdy do Japonii nie miały związku z No Trace Expedition, jeszcze nie byłem pewny, czy wyprawa dojdzie do skutku. Dopiero w ostatniej chwili rozstrzygnęły się ważne kwestie, między innymi związane z samochodem elektrycznym. Także może trochę się przygotowywałem, ale i bez tego pomysłu ­odwiedzałbym Japonię.

Jeżeli chodzi o wystawę van Gogha, to byłem nią wstrząśnięty. Już o tym wspominałem. Składało się na nią czterdzieści obrazów, w tym autoportret. Nie wiedziałem, że van Gogh był tak zafascynowany Japonią i porównywał tamtejsze krajobrazy z innymi. Inspirował się też tamtejszą sztuką. Nigdy nie był w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale ten nie dawał spokoju jego wyobraźni.

Tą wystawą Japonia oddawała van Goghowi hołd, dziękowała mu za jego miłość. Ustawiały się do niej kolejki. Wyobraź sobie, że zwiedzałem ją pięć razy! Naprawdę ­zrobiła na mnie wrażenie.

Skoro rozmawiamy o Japonii, to powiedz, jak to się stało, że od ponad dwudziestu lat spotykasz się dość regularnie z księżną Hisako Takamado?

Kiedy przygotowywaliśmy się do wyprawy na biegun południowy z Jaśkiem Melą, mój przyjaciel Artur Matys odkrył, że japońska księżna napisała książkę o młodej górze lodowej, która wędrowała na biegun północny oraz południowy, dojrzewając w tym czasie, to znaczy odkrywała, jak ważna w życiu jest przyjaźń, zdolność do poświęceń i pomaganie innym. Artur postanowił znaleźć tę książkę, ilustrowaną przez znanego japońskiego rysownika, żebyśmy ją mogli z Jaśkiem wziąć na biegun. I tak się stało. Potem moja fundacja wydała ją po polsku. Wtedy księżna Japonii zaprosiła mnie do siebie.

Światowa premiera muzycznej wersji Wielkiej podróży Lulie odbyła się w 1998 roku w jednej z najsłynniejszych sal koncertowych na świecie, Carnegie Hall w Nowym Jorku. A kiedy zdobyliśmy z Jaśkiem biegun i wróciliśmy do kraju, w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku miała miejsce europejska premiera baśni muzycznej amerykańskiego kompozytora Jeffreya Stocka inspirowanej opowieścią ­Hisako Takamado. Nosi tytuł Lulie the Iceberg.

Można powiedzieć, że historia opowiedziana przez księżną w pewnym sensie stała się rzeczywistością. I to nawet podwójnie czy potrójnie, bo po pierwsze, przeszliśmy z Jaśkiem opisaną tam drogę, po drugie - wydaliśmy Wielką podróż Lulie po polsku, a po trzecie - wystawiono w Polsce na jej podstawie musical. To jest kolejny przykład na to, jak myśli się materializują.

W czasie naszego pierwszego spotkania księżna powiedziała, że powinienem przeżyć przygodę również w Japonii. Zapytałem: "Ale jaką? Przecież w Japonii już wszystko zostało zrobione". Gdy wiele lat później przyleciałem do niej prosto z Santiago de Compostela, znów zaczęła mnie do tego namawiać. Znała też historię tego hiszpańskiego miasta, bo studiowała archeologię i antropologię w Cambridge, a poza tym ma doktorat ze sztuki. Powiedziała mi o starym szlaku na wyspie Sikoku, i uznała, że powinienem go przejść. Zacząłem o nim myśleć, interesować się nim. Znajduje się tam osiemdziesiąt osiem świątyń ­symbolizujących ­różnorakie żądze.

Jest aż osiemdziesiąt osiem pokus?

Pewnie, tyle może dotyczyć samego jedzenia i picia, co ­dopiero mówić o innych sprawach.

Mało kto jest w stanie przejść cały szlak Sikoku, bo to tysiąc dwieście kilometrów. Postanowiłem to zrobić. To wtedy zacząłem myśleć o wyprawie do Japonii. Chciałem tam dotrzeć samochodem elektrycznym, a następnie pójść szlakiem tych świątyń. Pomyślałem jednak, że łączenie refleksji związanych z pokusami z opowieścią o możliwościach współczesnej technologii nie ma sensu. Sikoku musi być czystym przeżyciem duchowym. Postanowiłem, że przejdę tę drogę w przyszłości.

Wiele razy spotykałem się z księżną, bardzo mnie inspirowała. Odkrywała przede mną głębię japońskiej kultury i zachęcała, żeby eksplorować duchowy wymiar tego kraju. Była jedyną znaną mi osobą z Japonii, która to robiła. Japończycy są na te kwestie dość obojętni. Nie mają w zwyczaju polecać, co warto zrobić czy zobaczyć w ich kraju. Księżna sporo opowiadała mi o religii, o tym, czym się różni shinto od chrześcijaństwa. Żaden ze znanych mi Japończyków nie miał takiej siły oddziaływania jak ta urocza, elegancka kobieta, która poradziła sobie z wieloma przeciwnościami. Jej mąż, syn brata cesarza, umarł młodo i została sama z trzema córkami. Księżna mieszka w rezydencji cesarskiej i czasem się tam spotykamy. W samym środku Tokio jest ogrodzony murem duży park, w którym mają swoje domy członkowie rodziny cesarskiej.

Co przeważyło, kiedy podejmowałeś decyzję, który kraj stanie się celem No Trace Expedition? Dlaczego wybrałeś Japonię?

Po pierwsze, byłem zafascynowany Japonią, a po drugie, to najdalszy kraj, do którego da się dojechać samochodem. Dalej już trzeba płynąć przez ocean. A do Japonii można się dostać promem.

Ile razy byłeś w Japonii?

Nie wiem... Pewnie ze trzydzieści. Gdy miałem trzynaście lat, zakochałem się w Japonce z filmu o inspektorze nazwiskiem Komura. Nosił tytuł Kobra. To był film dla dorosłych, na który nielegalnie wszedłem do kina. Pierwszy raz widziałem wtedy scenę miłosną, może dlatego tak to pamiętam? Uważam, że pierwsze ­doświadczenia nas kształtują, formatują.

Sądzę, że gdybym nie poszedł na biegun z Wojtkiem Moskalem, to miałbym potem inny styl wędrowania po świecie. Wtedy zależało mi, by między nami panowała zgoda, żeby nie było konfliktów, i odpuszczałem, bo on taki był. Gdybym spotkał dyktatora, to kto wie, czy sam bym się nie stał kimś takim.

Moje zainteresowanie Japonią od zawsze było wielopoziomowe. W szkole podstawowej, w liceum i na studiach trenowałem karate. To mi potem bardzo pomogło w zdobyciu biegunów. W tym sporcie, inaczej niż choćby w piłce nożnej, nie liczy się wynik. Tak naprawdę obcujesz z samym sobą, nie ma żadnej walki. Na treningach nie chodzi o to, by być najlepszym, ważna jest praca nad sobą. Coś, co wydaje się walką, jest w istocie przećwiczeniem ruchów z partnerem, sprawdzaniem pewnych sekwencji. Nie porównujesz się z innymi, ale doskonalisz formę. Ten sport był świetnym przygotowaniem do wypraw, podczas których przez całe dnie wykonujesz te same ruchy. Tak jak w karate, gdzie musisz być gotowy na to, by wciąż powtarzać to samo. Przeciwnikiem jest twoja słabość, twój brak poświęcenia, brak uważności. Przeciwnikiem jesteśmy sami dla siebie.

Po tym, jak zakochałem się w Japonce z filmu, nie tylko zacząłem trenować karate, ale też uczyć się japońskiego. Poszedłem do nauczyciela geografii i poprosiłem, by mi doradził, od czego zacząć. Dziś byłoby łatwo, jest Internet, są audiobooki, można się uczyć z YouTube'a albo korzystać z odpowiednich aplikacji. Nauczyciel poradził mi, żebym skontaktował się z japonistyką na Uniwersytecie Warszawskim. Dostałem od nich podręczniki. Podstawy japońskiego poznałem na zajęciach karate, bo większość komend jest w tym języku, a potem uczyłem się z książek. Gdy na początku XXI wieku poznałem księżną Takamado i miałem wykłady w Japonii, uczyłem się też z lektorką Yuki (co po japońsku oznacza Śnieg). Trwało to dosyć długo. Później rozpocząłem lekcje z Kazuko, która do dziś jest moją lektorką.

Polakom japoński wydaje się szczególnie trudny.

Jest trudny, ale nie poddałem się. Poza prywatnymi lekcjami chodziłem też do szkoły językowej i jeździłem do Tokio, by szlifować język. Kiedy byłem w Japonii, chciałem poznać życie ludzi, poczuć puls miejsca. Nie zamierzałem być turystą, ale stać się częścią społeczeństwa. Starałem się żyć tak jak Japończycy. Dziś pomaga w tym aplikacja Meetup, która wskazuje spotkania tematyczne w okolicy. Są meetupy jogowe albo na temat sztucznej inteligencji. W Tokio organizuje się ponad dwa tysiące takich spotkań. Moją przygodę z aplikacją zacząłem od teatru improwizacji. To świetne ćwiczenia aktorskie. Na przykład dwie osoby siedzą na kanapie, powiedzmy, że to mąż i żona, i zastanawiają się, czy wyjść na miasto, czy się kochać. W meetupie uczestniczy sześć osób, każda z nich może w pewnym momencie dotknąć jednego z aktorów i zastąpić go na scenie. Takie ćwiczenia odświeżają nasze zachowania, uczą szybkich reakcji. Aktorstwo to praca z ciałem, z umysłem, z emocjami. Bardzo rozwijająca. Sami dla siebie też jesteśmy do odkrycia. Wielu z nas się wydaje, że aktor jedynie coś odgrywa, podczas gdy on eksploruje siebie, rzeźbi w materii, jaką jest on sam. Podobnie jest z malarstwem czy tworzeniem poezji. Nie musisz pisać wierszy z myślą o ich wydaniu, możesz to robić, by dowiadywać się czegoś o sobie, odkrywać swoje emocje i wyrażać je, niekoniecznie przed innymi.

W Japonii regularnie chodziłem na jogę, qi gong, medytację. Ostatnio, tuż przed sylwestrem, byłem na ciekawym meetupie pod nazwą Design in future w pracowni rozwoju osobistego. Robiliśmy kolaże o tym, jak będzie wyglądał nasz kolejny rok. Lubię takie spotkania, bo pobudzają kreatywność. Zaraz znajdę mój kolaż... Zobacz: tu jest drewniany kubek, którego używałem w czasie wypraw, tu joga, tu duchowe przeżycia, tutaj kosmos, tęcza, sport, zdrowe jedzenie, robot, ogród, aplikacje. A tu dopływam do idei wyprawy. Tyle się w życiu mieści, tyle idei się krzyżuje...

Co różni Japonię od innych odwiedzanych przez ciebie krajów? Co cię w niej fascynuje?

Większość krajów promuje się, podkreślając konkretne walory. W Japonii to niemożliwe, bo w samym Tokio jest tyle światów, że nie da rady tego pokazać. Gdy przyjeżdżasz do Paryża, to napawasz się jego atmosferą. Jest Luwr, są knajpki, mnóstwo atrakcji, ale za chwilę wszystko to będziesz miał zaliczone. Gdy jesteś w Londynie, odwiedzasz galerie, muzea, Big Bena, jeszcze kilka innych miejsc, patrzysz na Tamizę i masz wrażenie, że już znasz to miasto. W Tokio wszystko jest egzotyczne. Nie musisz iść do muzeum, by to poczuć, nie musisz niczego zwiedzać. Jeżeli podróżujesz z dziećmi, to zwykle szukasz im rozrywek. A w Japonii rozrywką jest sama jazda metrem - wszystko jest kolorowe i zaskakujące. Wstajesz z łóżka, dla nas nietypowego, bo bardzo niskiego, często to po prostu futon, czyli japoński materac, jesz śniadanie i już masz mnóstwo egzotyki. Sposób podawania śniadania, siedzenia przy stole to elementy niezwykłe. W Japonii wystarczy po prostu być. Kocham to, ale znam też wielu ludzi, którzy są rozczarowani Japonią, tym, że jest zbyt hermetyczna, że nie można z nikim porozmawiać, bo Japończycy prawie nie mówią po angielsku.

Oczywiście Japonia ma swoje słabe strony. Jej mieszkańcy są zamknięci w sobie, nie okazują uczuć. To nie jest raj na ziemi, ale na pewno fascynująca kraina. Ludzie są niezwykle przyjaźni, ta ich nadmierna życzliwość często wydaje się nawet sztuczna. Nie zdarzyło się, żeby mnie ktoś szturchnął niechcący i odszedł, wzruszając ramionami. Zawsze słyszałem przeprosiny. Wiem, że reakcje Japończyków bywają przez Polaków odbierane jako nieszczere, ale to i tak lepsze od tak częstej na naszych ulicach gburowatości. Wolę sztuczną życzliwość niż prawdziwe chamstwo. Nie rozumiem, dlaczego ludzie uważają, że jeżeli ktoś jest miły, to to na pewno jakaś maska. Japończycy są życzliwi nie dlatego, że cię lubią, ale dlatego, iż wiedzą, że ich też może spotkać podobny problem. Może to jest po prostu handel wymienny, bo człowiek rewanżuje się im uprzejmością, zaczyna postępować jak oni, ustępować miejsca, przepraszać.

Nie chcę Japonii idealizować. Bywa nieprzyjazna dla osób, które chciałyby się zasymilować. Nawet jeżeli świetnie znasz język, to nie staniesz się od razu Japończykiem. To społeczeństwo jest mocno podzielone, a kobiety mają niższy status niż mężczyźni. Na płaszczyźnie zawodowej to jest średniowiecze. Niewiele Japonek jest menadżerkami i dyrektorkami, eksponowane stanowiska zajmują głównie mężczyźni. Role odwracają się w domu, tam rządzą kobiety. Często jest tak, że wydzielają mężom kieszonkowe. Dlatego panowie oszukują żony i zakładają sobie tajne konta.

Jest wiele japońskich filmów pokazujących relacje między mężczyznami a kobietami, zupełnie inne od tych, które można zaobserwować u nas. Na przykład dość powszechne jest to, że gdy przyjdzie na świat dziecko, małżonkowie zaczynają oddzielne życie. Żyją obok siebie, a nie ze sobą.

W tym kraju przeważają niewierzący, prawda?

To ich niewierzenie jest trochę inne niż nasze. Tam widoczny jest szacunek do metafizyki, chociażby w języku. Mam wrażenie, że Japonia ma specyficzną duchowość. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale z moich obserwacji wynika, że Japończycy nawet bez religii są religijni. Myślę, że mają w sobie taką metafizyczną strunę. Zresztą... Nie wiem, czy pamiętasz taki film Martina Scorsese Milczenie. Jest w nim wątek przyjmowania przez Japończyków katolicyzmu w XVII wieku, gdy jezuici zaczęli tam prowadzić działalność misyjną. Ludność była bardzo podatna na nowe idee. Władcy jednak tak się przestraszyli, że Japonia będzie za chwilę całkowicie katolicka, że zaczęły się ­prześladowania katolików.

Wiedziałaś, że Japonią był zafascynowany Maksymilian Kolbe? Czytałem kilka książek o nim, nawet teraz wziąłem jedną do Japonii. To jak u van Gogha. Kolbe uczył się ­japońskiego, jeżdżąc pociągiem.

No Trace Expedition startowała w Zakopanem. Niespodziewanie postanowiłem pojechać do Auschwitz. ­Odwiedziłem wtedy celę śmierci Kolbego.

Kiedy prawie dziesięć lat temu płynąłem kajakiem od źródeł Wisły do jej ujścia, ważną rolę w tej wyprawie odegrał klasztor franciszkanów w Harmężach, gdzie znajduje się Centrum św. Maksymiliana Kolbe. Krótko po rozpoczęciu No Trace Expedition wróciłem do Harmęży, by oddać cześć Kolbemu i Marianowi Kołodziejowi, również więźniowi Auschwitz, który stworzył kilkaset scenografii dla Teatru Wybrzeże w Gdańsku i był twórcą ołtarzy papieskich w gdańskiej Zaspie i sopockim hipodromie w czasie wizyt Jana Pawła II w 1987 i 1999 roku. W Harmężach znajduje się wystawa jego prac. Poznałem go, gdy razem odbieraliśmy od Rady Miasta Gdańska Medale św. Wojciecha. Kiedy zdobyłem bieguny, Marian narysował moją karykaturę i miałem po nią pójść do jego mieszkania na Mariackiej w Gdańsku. Wiele razy się spotykaliśmy od tamtego czasu, nawet w Auschwitz, ale do niego jakoś nie dotarłem. Cały czas mówiłem sobie, że wkrótce to ­zrobię. Nie zdążyłem.

Często myślałem o Marianie Kołodzieju i o tym, jak przetrwał Auschwitz. Przez całe życie wypierał te wspomnienia, zajmował się sztuką, w której nie chciał odwoływać się do swoich mrocznych doświadczeń. Dopiero po wylewie zorganizował niesamowitą wystawę Klisze pamięci. Labirynty. Przejmujące obrazy, w większości czarno-białe, oddające grozę obozu. Dziś ta wystawa znajduje się w Harmężach, gdzie jest też grób Mariana Kołodzieja. Chciał, żeby jego prochy rozsypano nad Auschwitz, ale prawo na to nie pozwala, dlatego pochowano go w podziemiach kościoła Franciszkanów.

Pamiętam, jak w czasie tamtej zimowej wyprawy Wisłą o czwartej czy piątej nad ranem mocowałem linę od kajaka i nagle ona o coś uderzyła. Okazało się, że był to przytwierdzony do brzegu obraz Maksymiliana Kolbego, obwieszczający, że jest patronem tego miejsca. Byłem w szoku, jakbym zrobił coś bardzo złego. Wtedy poczułem, że powinienem się zainteresować tą postacią.

W Polsce patrzy się na niego przez pryzmat tego, co się stało w Auschwitz. Ludzie pamiętają, że wybrał śmierć głodową w zamian za ocalenie współwięźnia Franciszka Gajowniczka, który miał żonę i dzieci. Jego wcześniejsza droga pokazuje, że był człowiekiem niezwykle konsekwentnym. Zrobił doktoraty z filozofii i teologii, ale też interesował się fizyką: w 1915 roku złożył w urzędzie patentowym szkic Eteroplanu, pojazdu międzyplanetarnego wykorzystującego zasadę działania trójczłonowej rakiety nośnej. Założył klasztor Niepokalanów, wydawał kilka pism, interesował się radiofonią. Dostał też zgodę na wyjazd w celach misyjnych do Japonii, gdzie z jego inicjatywy powstał klasztor Mugenzai no Sono (Ogród Niepokalanej). Zdecydował, że będzie stał na stoku jednej z gór otaczających Nagasaki, co kilkanaście lat później, gdy 9 sierpnia 1945 roku Amerykanie zrzucili na miasto bombę atomową, pozwoliło klasztorowi ocaleć. Stok osłonił go przed falą uderzeniową.

Ze wspomnień wielu więźniów Auschwitz, które czytałem, wynika, że pójście Maksymiliana Kolbego na śmierć za Franciszka Gajowniczka paradoksalnie było dla nich promykiem nadziei. Nie chodziło nawet o to, że uratował komuś życie, ale że w ogóle było to możliwe.

Kiedyś kupiłem w Sopocie mieszkanie, które należało do byłego więźnia Auschwitz. Zostawił w nim książkę Zbigniewa Makuszewskiego Od berbecia do rupiecia. Duża część dotyczyła obozu i tej chwili, gdy Maksymilian Kolbe wystąpił z szeregu bez rozkazu. To, że nie został od razu zastrzelony, że ktoś go wysłuchał, dał możliwość ofiarowania życia za kogoś innego, wydawało nie z tamtego, do granic bezwzględnego, świata. Rzeczywistość, w której żyli więźniowie, była tak podła i upokarzająca, że każda próba zamanifestowania ludzkiej godności powinna była zostać natychmiast zdławiona. A jednak nie została. I to na zawsze pozostało w pamięci więźniów. To, że "człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać".

Skoro już podążałem śladami Kolbego, zdecydowałem się też pojechać do Zduńskiej Woli, gdzie się urodził, i do Niepokalanowa, gdzie założył klasztor, stworzył radio i miesięcznik (w latach trzydziestych XX wieku powtórzył to samo w Japonii). Maksymilian Kolbe towarzyszył mi już właściwie do samej Japonii.

W Tokio wiele razy spotykałem się z dominikaninem ojcem Jarosławem Janocińskim. Rozmawialiśmy o wierze. Kiedy powiedziałem, że pewnie trudno być misjonarzem w Japonii, odpowiedział mi słowami franciszkanina Zenona Żebrowskiego, który przybył do Japonii z Maksymilianem Kolbem: "Misjonarzu, nawróć się sam". Myślę, że nigdzie na świecie nie powinno chodzić o liczbę wierzących, ale właśnie o intensywność życia wewnętrznego.

Może warto powiedzieć dwa zdania o ojcu Zenonie, znanym w Japonii jako brat Zeno (zenn? po japońsku znaczy "wszechmocny") i cieszącym się w tym kraju wielką sympatią. Do Japonii przyjechał w 1930, a zmarł w 1982 roku. Początkowo tworzył z Kolbem misję katolicką w Nagasaki, potem zajął się zakładaniem sierocińców i osiedli dla bezdomnych. Za swoją działalność został odznaczony przez cesarza, a u podnóża góry Fudżi wzniesiono jego pomnik. Niedawno powstał o nim film dokumentalny. Nosi tytuł zeno san.

Pasjonują cię biografie ludzi, którzy dotarli na drugi ­koniec świata, realizując swoje marzenia.

I to jak! Kiedy szedłem na biegun północny, w Resolute Bay, miejscowości najdalej wysuniętej na północ, spotkałem Basela Jesudasona, jednego z najwybitniejszych ekspertów od spraw polarnych. Jego wypowiedziane z uśmiechem "Have a nice day" przypominałem sobie na śnieżnym szlaku, gdy było mi ciężko. Kiedy wracałem, pełen radości, że zdobyłem biegun, że się udało, zapytałem Basela, skąd się wziął w Resolute Bay. Okazało się, że pochodzi z Madrasu. Dopytywałem, jak do tego doszło, że przybył z gorących Indii do najzimniejszego miejsca na świecie, gdzie bywa minus sześćdziesiąt stopni. Zaskoczył mnie, gdy powiedział: ­"Jezus mnie tu wysłał".

Dwa miesiące po naszym spotkaniu Basel zmarł. Miał wybitne osiągnięcia. Organizował wyprawę na biegun dla Edmunda Hillarego, zdobywcy Everestu, i dla Neila Armstronga, który był pierwszym człowiekiem na Księżycu. Uważam, że to dzięki jego nieocenionym radom doszliśmy z Wojtkiem do celu.

Pamiętam, że pomyślałem: jak to możliwe, żeby Jezus kogoś wysłał w takie miejsce? Ale gdy niedawno zapytano mnie, jak znalazłem się na Antarktydzie, przyszło mi do głowy, że skoro Jezus mógł wysłać Basela do Resolute Bay, to może mnie kazał jechać na Antarktydę, prawda? Jezus jest nie tylko tam, gdzie są katedry czy biskupi, ale również w lesie amazońskim i na Antarktydzie. Sądzę, że również w Japonii, choć w inny sposób, niż zwykliśmy to postrzegać.