Bądź uczniem Jezusa. Zaproszenie do życia z Mistrzem - Sherry Weddell

-
Proszę czekać

Podziękowania

Napisanie tej książki nie byłoby możliwe bez całej rzeszy mężczyzn i kobiet, którzy mnie inspirowali, zachęcali, weryfikowali i dyskutowali ze mną. Dziękuję:

- dziesiątkom tysięcy katolików na całym świecie, którzy hojnie dzielili się doświadczeniami tego, jak Bóg używa ich w procesie rozpoznawania powołanych i obdarowanych. Otworzyliście szeroko okna na świat ż y w e g o katolicyzmu i daliście nam niezwykły wgląd w mnogość odkupieńczej łaski Boga, która niepowstrzymanie płynie przez nasz świat dzięki woli i współpracy "szeregowych" katolików;

- 1600 liderom parafialnym i diecezjalnym, którzy w ciągu ostatnich ośmiu lat w trakcie różnego rodzaju szkoleń ewangelizacyjnych na temat kształtowania uczniów dzielili się ze mną swoimi bolączkami i z trudem zdobytą wiedzą;

- pracownikom, nauczycielom, ofiarodawcom, współpracownikom i orędownikom naszego Instytutu św. Katarzyny ze Sieny, dzięki którym możliwe było napisanie książki w pięć miesięcy (a dwa z nich spędziłam w drodze)!

- cudownym uczniom i apostołom, którzy zgodzili się na rozmowy lub podzielili się swoją ewangeliczną mądrością w inny sposób, w tym: Nancy Arkin, Rodowi Bennettowi, Dennisowi Branconier, Ninie Butorac, ojcu Chasowi Canoyowi, ojcu Jamesowi Conlonowi, Katherine Coolidge, Davidowi Curpowi, Bobbi Dominick, Barbarze Elliott, diakonowi Danowi Foleyowi, ojcu Edowi Fride'owi, Franciscowi "Paco" Gavrilidesowi, Lisie Hills, ojcu Dennisowi Howardowi, ojcu Gregory'emu Jensenowi, Corinne Lopez, ojcu Johnowi Maduriemu, doktorowi Ralphowi Martinowi, Carol McGee, Danielowi Moore'owi, Scottowi Moyerowi, ojcu Edwardowi Pelrine'owi, Tomowi Petersonowi, Ellen Piper, Craigowi Pohlowi, Sarze Silberger, Gauravowi Shroffowi, Keithowi Strohmowi, Tinie Terrant, Jane Twilliger i doktorowi Peterowi Williamsonowi;

- dr Carole Brown, która pozwoliła mi przeczytać swoją wnikliwą dysertację o ewangelizacji w myśli św. Jana Pawła II;

- Markowi Grayowi z Center for Applied Research in the Apostolate (CARA) za wyjaśnienie danych z badań przeprowadzonych przez CARA;

- Roz Dieterich, która zaoferowała swoją gościnę i rozwinięte umiejętności organizacyjne osobie niemal obcej i wraz ze swoim mężem Henrym dzieliła się doświadczeniami życia w parafii Chrystusa Króla;

- za opinie i modlitwy moim znajomym z Facebooka, zwłaszcza Timowi Fergusonowi, który podsunął propozycję tytułu, i Woodeene Koenig-Bricker za wiedzę i wsparcie redakcyjne;

- członkom Komisji Ewangelizacji Regionu San Fernando, którzy pod wodzą biskupa Geralda Wilkersona stali się katalizatorem zmiany wizji ewangelizacji w archidiecezji Los Angeles: Edwardowi Arno, Katie Dawson, Benowi Decenario, Yvonne Garcii, Frankowi Luciano, Sally Meyers i Bobby'emu Vidalowi;

- Sherry, która słuchała mnie i modliła się za mnie przez cały czas, i Jimowi, którego umiejętności komputerowe za każdym razem przezwyciężają mój technologiczny analfabetyzm;

- moim cudownym, bliskim doradcom ewangelizacyjnym i innym czcigodnym współpracownikom, dzięki którym ta książka jest przepełniona wiedzą ewangelizacyjną wyniesioną z doświadczeń. Niech Was Bóg błogosławi! Wy wiecie, kogo mam na myśli!

- mojemu drogiemu przyjacielowi Markowi Shea, który tak obficie dzielił się ze mną swoją wiedzą pisarską i redaktorską. W przeszłości w swoich książkach dziękowałeś mi za pomoc przy kilku z nich. Ale to ja wciąż mam dług;

- Cindy Cavnar, mojej cierpliwej redaktorce, która z gracją i dobrym nastrojem zdołała przeprowadzić osobę po raz pierwszy "redagowaną" przez ten dość żmudny proces;

- Ojcu Michaelowi Fonesowi OP, który nie tylko był wraz ze mną dyrektorem, ale też najbliższym współpracownikiem w procesie odkrywania, jakim była praca nad ewangelizacją w obrębie parafii. Niech Bóg Cię błogosławi, Ojcze Michaelu, za to, jakim sam jesteś uczniem, za swoją duchową otwartość, energię i niezwykłą etykę pracy, za poczucie humoru i gotowość na przygody, za twoją szczodrość, za dobroć dla nas wszystkich w Instytucie i dla mnie osobiście. Nie pozwalałeś mi spocząć na laurach. Kiedy nauczaliśmy, nigdy nie wiedziałam, co zrobisz za chwilę, ale bez ciebie nic nie byłoby możliwe.

Wstęp

W roku 1997 założyliśmy z ojcem Michaelem Sweeneyem OP Instytut św. Katarzyny ze Sieny, duszpasterstwo w ramach zachodniej prowincji zakonu dominikanów. Naszą misją była pomoc parafiom w kształceniu świeckich apostołów. Roboczo zakładaliśmy wówczas, że większość katolików potrzebuje tylko dobrej formacji apostolskiej, by usłyszeć Boże wezwanie i odpowiedzieć na nie. Korzystaliśmy z zasad "procesu rozpoznawania powołanych i obdarowanych", wymyślonych jako sposób na przekazywanie katolikom myśli, że każdy z nich jest apostołem, którego misja rozpoczęła się w momencie chrztu. Do dziś przez ten proces rozróżniania przeszło ponad 65 tysięcy katolików (księży, kleryków, zakonnic i świeckich) z kilkuset parafii, stu pięciu diecezji, pięciu kontynentów.

Pod pewnymi względami niniejsza książka zaczęła nabierać kształtu w roku 1993, gdy jako wolontariuszka prowadziłam pierwszy warsztat powołanych i obdarowanych z dwudziestoma osobami wyselekcjonowanymi spośród mieszkańców Seattle. Od samego początku dawałam im możliwość skorzystania z - jak je określam - rozmów o darach: prywatnych, godzinnych, indywidualnych spotkań, które dają ich uczestnikom możliwość odkrycia stałych sposobów przejawiania się ich darów. Słuchałam katolików opowiadających o tym, jak Bóg używa ich dla dobra innych. Początkowo często potakiwałam i wydawałam zachęcające do rozmowy dźwięki, bo nie wiedziałam zbyt dobrze, czego szukać w ich słowach. Nauczyłam się wszystkiego dzięki własnej praktyce i sama przeszkoliłam już tysiące duszpasterzy w prowadzeniu tego rodzaju rozmów o darach.

Jedna z takich rozmów okazała się wyjątkowa, jako że stała się początkiem zaangażowania ewangelizacyjnego naszego Instytutu. W roku 2004 ja i ojciec Mike Fones, dominikanin, nauczaliśmy w dużym kanadyjskim mieście, w którym na prośbę miejscowego duszpasterza przeprowadziliśmy rozmowy z niektórymi liderami jego wspólnoty. Rozmawiałam z kobietą, która przewodniczyła lokalnej grupie katoliczek, ale to spotkanie do niczego nie prowadziło. Jej opowieści były tak niejasne, że nie widziałam w nich żadnego dowodu działania Boga. Jako że charyzmaty nie objawiają się, dopóki wiara danej osoby nie stanie się jej osobistym przeżyciem, uznałam, że jeśli poproszę, by ta kobieta opowiedziała mi o własnym zwrocie duchowym, będę w stanie lepiej skupić się na jej życiu. Zadałam jej więc pytanie, którego nie zadawałam nigdy wcześniej: "Czy możesz krótko opisać swoje przeżycia związane z relacją z Bogiem?".

Po kilku chwilach milczenia odpowiedziała energicznie: "Ja nie mam żadnej relacji z Bogiem". Jej odpowiedź zdumiała mnie. Pomyślałam, że to niemożliwe; przecież jest liderem swojej parafii, a to byłoby niemożliwe bez j a k i e j ś relacji z Bogiem. Najwyraźniej zadałam niewłaściwe pytanie. Resztę godziny przeznaczonej na rozmowę poświęciłam na omawianie relacji z Bogiem z każdej możliwej perspektywy. Pod koniec naszej rozmowy zdałam sobie sprawę z tego, że moja rozmówczyni właściwie dobrze opisała swoje życie duchowe. Choć Bóg miał jakąś relację z nią (inaczej przecież nie mogłaby istnieć), ona nie miała świadomej relacji z Bogiem. Nic dziwnego, że nie potrafiła wyróżnić swoich charyzmatów! Jej zaangażowanie w funkcjonowanie parafii było pozbawione motywacji duchowych.

Długo i intensywnie myślałam o tej rozmowie. Powiedziałam potem do ojca Mike'a: "To najbardziej niezwykła rozmowa, jaką odbyłam, może powinnam częściej zadawać to pytanie". Od tej pory w trakcie naszych wywiadów na temat darów oboje rutynowo prosiliśmy o opisywanie relacji z Bogiem. Odpowiedzi na to pytanie (udzielane przez setki zwykłych katolików i liderów parafialnych z całego świata) zawsze przynosiły objawienie, a często też wprawiały w osłupienie. Wiele nauczyliśmy się też, słuchając ponad 1600 wiernych i liderów parafialnych z 60 diecezji, którzy w ciągu ostatnich ośmiu lat uczestniczyli w naszym seminarium ewangelizacyjnym o kształceniu uczniów.

Czego się dowiedzieliśmy? Okazało się, że między wyrafinowaną kościelną teologią apostolatu świeckich a p r z e ż y w a n y m doświadczeniem duchowym większości ludzi zieje przepaść ogromna niczym Wielki Kanion. A przepaść ta ma swoją nazwę: b y c i e u c z n i e m. Dowiedzieliśmy się, że nawet większość "aktywnych" katolików w Stanach Zjednoczonych jest we wczesnej, pasywnej fazie rozwoju duchowego. Dowiedzieliśmy się, że nasze pierwsze zadanie w parafiach nie polega na katechizacji. Podstawowy problem tkwił w tym, że większość naszych rozmówców nie była nawet uczniami. Nie mogli stać się apostołami, dopóki nie zaczęli podążać za Jezusem Chrystusem w Jego Kościele.

Dowiedzieliśmy się, że na poziomie parafialnym akceptowana jest ta przepaść między nauczaniem Kościoła a przeżywaną przez katolików relacją z Bogiem jako coś n o r m a l n e g o - a ta akceptacja miała niszczący wpływ na kształtowanie kultury naszych wspólnot, założeń i pracy duszpasterskiej. Z zaskoczeniem i konsternacją odkryliśmy, że wielu duszpasterzy nie ma żadnej świadomości konceptualnej kategorii ucznia. Dopóki utrzymuje się taki stan rzeczy, teologia laikatu i nauczanie Kościoła na temat sprawiedliwości społecznej i ewangelizacji pozostaną pięknymi ideami, które w praktyce dla znakomitej większości katolików są martwymi zapisami.

Dowiedzieliśmy się też, że Bóg w swej opatrzności dał nam wszystkie narzędzia (teologiczne, duszpasterskie i praktyczne), jakich potrzebujemy, by rozpocząć nowe stulecie z gotowością do podjęcia wielu wyzwań, które przed nami stoją. Niniejsza książka, podobnie jak cała praca Instytutu św. Katarzyny ze Sieny, ma pomóc Kościołowi w osiąganiu tego celu.

Niemal cała praca naszego Instytutu odbywała się na forum parafialnym, a nie w ramach ruchów kościelnych czy innych wyspecjalizowanych grup. Mam dla tych ruchów wielkie uznanie, ale obejmują one co najwyżej 1-2% wszystkich członków Kościoła. Większość katolików ma kontakt z Kościołem jedynie poprzez parafię albo jednostkę misyjną - i właśnie dlatego skupiliśmy się na pomocy parafiom. Jeśli zmienia się życie na poziomie parafialnym, zmieni się życie całego Kościoła.

Obecnie na poziomie seminaryjnym i licealnym katolicy nie są kształceni w zakresie praktycznej ewangelizacji, zwłaszcza skutecznej ewangelizacji na poziomie parafialnym w społeczeństwach zachodnich doby postmodernizmu. Większość prac ewangelizacyjnych w parafiach, z którymi mieliśmy do czynienia, nie trwała dłużej niż dwa-pięć lat. Parafia, z którą współpracowaliśmy najdłużej, prowadziła ewangelizację od piętnastu lat. Ja słucham opowieści katolików od lat osiemnastu. Wszyscy jesteśmy pionierami w tej dziedzinie, wszyscy musimy jeszcze wiele się nauczyć.

Dobra wiadomość jest taka, że spotkaliśmy wielu niezwykłych, kreatywnych duszpasterzy, którzy nawołują katolików i katoliczki do wybrania drogi świadomego bycia uczniem i zaczynają dostrzegać owoce i zmiany wynikające z tego postępowania. Wszelka mądrość zawarta w tej książce pochodzi od dziesiątek tysięcy katolików i katoliczek na całym świecie, którzy zechcieli opowiedzieć nam o sobie. Korzystam też z doświadczeń sieci pionierów ewangelizacji i osób zajmujących się duszpasterstwem.

W niniejszej książce mogę zamieścić tylko to, co do tej pory poznaliśmy dzięki nauczaniu Kościoła i dzięki temu, czego Bóg dotychczas dokonał wśród swojego ludu, a czego byliśmy świadkami. Oznacza to, że wielu kwestii jeszcze nie rozumiemy i nie znamy odpowiedzi na wiele pytań. Wierzę jednak, że ten proces uczenia się ma swój określony koniec, a koniec ten jest ekscytujący i obiecujący.

ROZDZIAŁ 1Bóg nie ma wnucząt

I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: "Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.

Mt 13, 3-81

Byłam katoliczką zaledwie kilka miesięcy, gdy ksiądz po raz pierwszy oznajmił mi, że moi rówieśnicy, którzy wtedy odchodzili od Kościoła, wrócą, gdy będą chcieli wziąć ślub albo gdy urodzą im się dzieci. Ten energiczny mężczyzna przyjął święcenia przed Soborem Watykańskim II, a po dziś dzień jest aktywny. Zachował niezłomną wiarę w to, że katolickie dzieciństwo i sakramenty mają moc nie do odparcia. Młody człowiek może odejść, ale (jak twierdził ów ksiądz) zawsze w końcu wróci, ze względu na to, co Gilbert K. Chesterton określa jako "niewidzialny haczyk i niewidzialną żyłkę, która jest na tyle długa, że człowiek może zawędrować na koniec świata, ale i tak można go ściągnąć z powrotem pociągnięciem za linkę"2.

Jednak dwadzieścia lat później wyniki krajowych badań pokazują, że osoby opuszczające Kościół zazwyczaj n i e wracają. Zazwyczaj wybierają inną wspólnotę albo w ogóle przestają praktykować. Dostępne wyniki badań nie tylko wskazują na nieadekwatność podejmowanych przez nas działań, ale też dają nam niespodziewane powody do nadziei i wiele wskazówek dotyczących tego, jak najskuteczniej prowadzić działania ewangelizacyjne. W rozdziale pierwszym przyjrzymy się dokładniej ogólnej perspektywie wyłaniającej się z wyników badań. Będzie to rodzaj wstępu do dalszych jedenastu rozdziałów, w których zastanowimy się nad tym, jak zahamować falę odwrotu od Kościoła katolickiego i lepiej odpowiadać na duchowe potrzeby milionów ludzi, którzy właśnie w tej chwili szukają swojej wiary.

Zmiana klimatyczna

Przede wszystkim powinniśmy uznać fakt, że żyjemy w czasach, w których tożsamość religijna nie jest czymś stabilnym, ale raczej płynnym. Choć w niniejszej książce skupiamy się przede wszystkim na Kościele katolickim w Stanach Zjednoczonych, owa płynność religijności jest zjawiskiem globalnym i zdecydowanie nie dotyczy wyłącznie katolików. Według Atlas of Global Christianity ("Atlasu globalnego chrześcijaństwa") w samym tylko roku 2010 w naszej owczarni przybyło 61,2 miliona chrześcijan3. Z tej liczby 16 milionów to konwertyci nawróceni na chrześcijaństwo z innych religii. "Mówiąc dokładniej, każdego dnia roku 2010 średnio 41 tysięcy nowych katolików rodziło się lub wstępowało do Kościoła powszechnego"4.

Chrześcijaństwo:konwersje i wystąpienia na całym świecie, 2010

- 16 milionów nawróconych

- 43 800 nawróconych każdego dnia

- 11,6 miliona wystąpień

- 31 780 wystąpień każdego dnia

Chrześcijaństwo:narodziny i zgony na całym świecie, 2010

- 45,2 miliona osób urodzonych w rodzinach chrześcijańskich

- 21,7 miliona chrześcijan zmarło

Zysk netto chrześcijaństwa, 2010

- 27,8 miliona osób5

Niestety tego rodzaju ruchy odbywają się także w kierunku odwrotnym. W roku 2010 chrześcijaństwo porzuciło około 11,6 miliona chrześcijan. Jeśli dodać liczbę osób opuszczających Kościół do liczby osób nawróconych, okazuje się, że jednego roku niezwykła liczba osób - około 27,6 miliona - postanowiła wystąpić z Kościoła lub do niego przystąpić. T o o 5 m i l i o n ó w w i ę c e j n i ż c a ł a l u d n o ś ć A u s t r a l i i. Nawrócenia mają miejsce przede wszystkim na globalnym południu, wystąpienia z Kościoła - głównie na Zachodzie. Ale jeśli zestawić liczbę urodzeń i nawróceń z liczbą śmierci i wystąpień, każdego dnia roku 2010 przybywało nam 76 tysięcy chrześcijan6.

W naszym postmodernistycznym świecie wiatr duchowy wieje w dwie strony: d o Kościoła i z niego. Właściwy nam klimat duchowy daje niezwykłe możliwości (o których opowiemy później) i istotne zagrożenia, jeśli nie dostosujemy naszych praktyk ewangelizacyjnych, katechetycznych i duszpasterskich do niezwykłych wyzwań czasów, w których żyjemy.

To, co dotyczy całego świata, stosuje się także do Stanów Zjednoczonych.

Badanie U.S. Religious Landscape ["Krajobraz religijny Stanów Zjednoczonych"] z 2008 roku pokazało, że amerykański rynek religijny charakteryzuje się stałym przepływem, a każda z głównych religii jednocześnie traci i zyskuje wyznawców. Wyznania, które rosną w siłę w wyniku tej wymiany międzyreligijnej, po prostu zyskują nowych wyznawców szybciej, niż tracą dotychczasowych. I odwrotnie, religie słabnące w wyniku wymiany międzyreligijnej nie przyciągają tak wielu nowych wyznawców, by zrównoważyć liczbę wyznawców dotychczasowych, porzucających swoją religię7.

Zgodnie z wynikami ostatnich badań Pew Forum on Religion & Public Life nad zmianami religijnymi, około 53% dorosłych Amerykanów na jakimś etapie życia porzuciło religię wyznawaną w dzieciństwie; 9% zmieniło wyznanie, a następnie do niego powróciło.

Życie w kraju "żadnych"

Badanie U.S. Religious Landscape Survey z 2008 roku pokazuje, że najszybciej rosnąca grupa religijna w Stanach Zjednoczonych to "bezwyznaniowcy" (określani też jako "żadni"). Chodzi o jedną szóstą dorosłych Amerykanów, którzy twierdzą, że nie są związani z żadną grupą czy tradycją religijną.

Rodzinne spotkanie w Seattle, z którego pochodzę, przyniosło mi żywe doświadczenie tego, jaki kształt może przybrać ten klimat duchowy. Wcześnie rano pisałam bloga w lokalnej kafejce, która miała wyglądać jak z lat czterdziestych XX wieku. Byłoby tak, gdyby nie niezwykle intensywne espresso, komputery, bezprzewodowy internet i stos niszowych czasopism. Było to miejsce typowe dla Seattle: przytulne, ale na wskroś nowoczesne.

Jeszcze bardziej typowy był magazyn o tym, co można robić w Seattle, który kończył się tekstem informującym, że Szmaragdowy Gród8 to stolica "Ziemi Żadnej". W artykule chodziło o to, że gdy mieszkańców Seattle poproszono o wskazanie tradycji religijnej, z którą się identyfikują, 60% z nich odpowiedziało: "żadna". Jestem córką tego miejsca, a informacja ta sprawiła, że oblałam się moją dietetyczną kawą latte z likierem. Agnostycyzm wygrał, skoro otwarcie wskazywany jest jako element tożsamości miasta w publikacji przygotowanej z myślą o turystach.

MOJA RELIGIA? "ŻADNA"

- 16,1% osób dorosłych to bezwyznaniowcy

- ? z nich "nie odkryła jeszcze odpowiedniej religii"

- 24% osób w wieku 18-29 lat to bezwyznaniowcy

Trzeba mieć świadomość faktu, że "bezwyznaniowiec" obecnie niekoniecznie musi być niewierzący. Tylko jedna czwarta amerykańskich bezwyznaniowców opisuje swoje wartości duchowe w kategoriach ateizmu czy agnostycyzmu - trzy czwarte mówią, że po prostu nie należą do żadnej konkretnej religii. U.S. Religious Landscape Survey dzieli tę ostatnią grupę na dwie odrębne podgrupy:

- "bezwyznaniowców religijnych", którzy stwierdzili, że religia jest dla nich ważna albo bardzo ważna, choć nie identyfikują się z żadną określoną tradycją religijną; takie osoby często uważają się za ludzi wierzących, którzy nie należą do żadnego wyznania;

- "bezwyznaniowców świeckich", którzy zadeklarowali, że religia ma dla nich małe znaczenie lub nie ma żadnego.

"BEZWYZNANIOWCY RELIGIJNI"

Spośród Amerykanów, dla których religia jest ważna lub bardzo ważna, ale którzy nie należą do żadnej tradycji czy wspólnoty religijnej:

- 94% wierzy w Boga lub "powszechnego ducha",

- 49% wierzy w osobowego Boga,

- 30% formalnie przynależy do jakiejś kongregacji,

- 11% co tydzień uczęszcza do kościoła, 46% robi to przynajmniej raz w roku,

- 17% przynajmniej raz na miesiąc uczestniczy w inicjatywach kościelnych,

- 65% przynajmniej raz na tydzień modli się nie w trakcie nabożeństwa; 44% modli się codziennie,

- 78% wierzy, że cuda mają miejsce,

- 46% rozmawiało z innymi ludźmi o swojej koncepcji Boga.

Osoby przeprowadzające badanie były zaskoczone tym, jak aktywne pod względem religijnym bywają osoby bezwyznaniowe. 30% z nich formalnie należy do jakiejś kongregacji. Jak można uznawać się za bezwyznaniowca i jednocześnie należeć do jakiegoś Kościoła? Choć praktykujący katolicy zazwyczaj nie myślą o sobie: "Należę do parafii św. Andrzeja, ale nie jestem katolikiem", znaczna część bezwyznaniowców myśli właśnie w takich kategoriach. Uznanie tej istotnej różnicy oznacza uchwycenie samego sedna nowego klimatu duchowego.

Z tego samego raportu można jednak wyciągnąć dobre wieści: wielu amerykańskich bezwyznaniowców jest otwartych na pewnego rodzaju tożsamość religijną. Jedna trzecia z nich twierdzi, że wstąpiłaby w szeregi wyznawców jakiejś religii, ale jeszcze nie znalazła tej odpowiedniej. Jeszcze ważniejsze jest to, że 54% Amerykanów, którzy byli wychowywani w ateizmie, jako osoby dorosłe znalazło wiarę. Zatem niezależnie od tego, czy Amerykanie w XXI wieku byli wychowywani w duchu wiary, czy nie, są spore szanse, że w dorosłym życiu ponownie to rozważą i dokonają samodzielnego wyboru.

Kto uczestniczywe mszy świętej?

Dla Kościoła katolickiego w Ameryce wyniki raportu wiążą się z tym, że w każdy weekend w życiu parafii uczestniczy wiele osób otwartych na duchowość, które nie identyfikują się z tożsamością katolicką, choć niektóre z nich mogły wcześniej przyjąć sakramenty wtajemniczenia chrześcijańskiego. Sami z góry zakładamy, że jeśli widzimy kogoś na mszy świętej, musi to być katolik. Jeśli kiedykolwiek tak było, to na pewno teraz tak nie jest. Bezwyznaniowcy i wszelkiego rodzaju ludzie poszukujący duchowości regularnie nawiedzają nasze świątynie z tylko sobie znanych przyczyn. Nie są nastawieni wrogo do Kościoła - w rzeczywistości często są nadzwyczaj otwarci.

Za doskonały przykład może posłużyć zabawna sytuacja, jaka przydarzyła się osobie prowadzącej blog pod pseudonimem "Robin z Berkeley". Robin tak opisuje swoje pierwsze uczestnictwo w nabożeństwie - mszy w wigilię Bożego Narodzenia:

Poszukałam w internecie i znalazłam duży kościół katolicki w pobliskim mieście. Miałam plan: przyjść na miejsce wcześnie i usiąść cichutko w ostatnim rzędzie. Przede wszystkim nie chciałam się wygłupić. Nigdy nie byłam w kościele i nie miałam pojęcia, jak się zachowywać. Jakaś kobieta uśmiechnęła się do mnie. Przedstawiła się jako Cathy i zapytała, czy ten drugi ksiądz już czuje się lepiej. To był początek następującej rozmowy:

ja: Nie wiem. Nigdy nie byłam w tym kościele.

Cathy: Naprawdę? To gdzie zazwyczaj się modlisz?

Ja (jąkając się): Cóż, tak naprawdę nigdy wcześniej nie byłam w kościele.

Cathy (zmieszana): Ach tak. Czy przyszłaś, żeby obejrzeć występ któregoś z dzieci?

Ja: Nie. (Chciałam jej wszystko wyjaśnić, ale sama nie wiedziałam, dlaczego się tam znalazłam. W głowie miałam pustkę).

Cathy (po głębokim zastanowieniu): Czyli nigdy nie byłaś w kościele, ale postanowiłaś tu przyjść w wigilię Bożego Narodzenia?

Ja: Dokładnie. (Jej wyjaśnienie było krótsze niż to, którego ja mogłabym udzielić: "Kulturowo jestem Żydówką, która nigdy nie była w synagodze; przez dwadzieścia lat praktykowałam buddyzm, no ale tu był problem z Bogiem... A teraz w moim życiu pojawiło się wielu wspaniałych chrześcijan, więc postanowiłam pójść na mszę. Wspólnota episkopalna z Berkeley mnie nie chciała, no i jestem tutaj").