Bądź moją gwiazdą - Anna Szafrańska

Kup ebooka

49.99 zł
40.99 zł (40,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

BY­CIE NA­STO­LATKĄ JEST PRZE­RE­KLA­MO­WANE

By­łam spóź­niona! I to cho­ler­nie spóź­niona! Na pewno mi tego nie da­rują. Prze­klęte windy, które dzia­łają raz na ru­ski rok!

Sa­piąc ni­czym pro­siak (i pew­nie też tak wy­glą­da­jąc), wbie­głam na ostat­nie, pięt­na­ste pię­tro wie­żowca. Rzu­ci­łam się na cięż­kie, po­ma­lo­wane na musz­tar­dowy ko­lor drzwi. Od razu ustą­piły, a ja wpa­dłam do środka, wy­da­jąc z sie­bie ża­ło­sne, świsz­czące dźwięki.

- Czemu mnie to nie dziwi?

- Daj... mi... mo­ment... - Zgięta wpół wal­czy­łam o od­dech.

Majka, cmo­ka­jąc znie­cier­pli­wiona, ze­sko­czyła ze sto­ją­cej pod oknem wy­so­kiej skrzyni.

- Masz - wes­tchnęła, po­da­jąc mi bu­telkę z wodą. Na­tych­miast ją po­rwa­łam i przy­ci­snę­łam do spierzch­nię­tych ust. Pi­łam łap­czy­wie.

Do­piero gdy mój mózg i moje mię­śnie prze­stały skwier­czeć z prze­grza­nia, przy­cup­nę­łam obok Majki.

- Lenki jesz­cze nie ma?

- Jest pią­tek, ostatni dzień marca. - Łyp­nęła na mnie z po­li­to­wa­niem. - Czego ty od niej ocze­ku­jesz?

- W su­mie ra­cja. Dzi­siaj star­tują...

- Wy­prze­daże!!!

Ten dziki ryk ozna­czał jedno - w glo­rii i chwale przy­była Lena, w do­datku ob­ła­do­wana ni­czym hi­ma­laj­ski jak.

Słowo daję, jej gar­de­roba już wy­glą­dała jak słynna szafa Car­rie Brad­shaw, więc niby gdzie chciała po­mie­ścić tę za­wrotną liczbę bu­tów, to­re­bek, płasz­czy, su­kie­nek, blu­zek i do­dat­ków, które dziś ku­piła? Cho­ciaż ostat­nio wspo­mi­nała, że za­in­we­sto­wała w wie­szaki na kół­kach, więc może już dzi­siaj ugną się one pod cię­ża­rem no­wych ciu­chów. Jed­nak już te­raz jej po­kój był za­gra­cony tak, że le­dwo dało się przejść.

Lena ta­necz­nym kro­kiem wkro­czyła do ob­skur­nej su­szarni. Z obcą mi gra­cją la­wi­ro­wała mię­dzy roz­wie­szo­nymi lin­kami do pra­nia i ru­pie­ciami na­gro­ma­dzo­nymi przez miesz­kań­ców wie­żowca. Po­sta­wiła torby z za­ku­pami na jed­nej ze skrzyń i za­ma­szy­stym ru­chem ścią­gnęła ciemne oku­lary, a jej krót­kie, ciemne loki za­tań­czyły wo­kół spi­cza­stego pod­bródka.

- Stare, nie wie­cie na­wet, co upo­lo­wa­łam! To po pro­stu...

- Sztos - mruk­nę­ły­śmy zgod­nie z Majką.

- Była taka promka, że grze­chem...

- ...by­łoby nie sko­rzy­stać - do­po­wie­dzia­ły­śmy, a Lena, nie­zra­żona, wy­cią­gnęła z pierw­szej torby mi­kro­sko­pijną su­kienkę ze zło­tych ce­ki­nów.

- Wy­da­łam ostat­nie pie­nią­dze, ale...

- Warto było.

Par­sk­nę­łam zdu­szo­nym śmie­chem, a Majka osten­ta­cyj­nie wal­nęła się otwartą dło­nią w czoło. Lenka nie po­dzie­lała na­szego roz­ba­wie­nia. Dra­pież­nie zmru­żyła oczy, po czym wrzu­ciła do torby su­kienkę i sta­jąc w lek­kim roz­kroku, wsparła rękę na bio­drze.

- Mo­że­cie mi przy­po­mnieć, dla­czego ja się wła­ści­wie z wami za­daję?

- Bo je­ste­śmy two­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami - od­po­wie­dzia­łam, szcze­rząc się bez­czel­nie.

- I je­dy­nymi, tak przy oka­zji - do­dała lo­jal­nie Majka, mru­ga­jąc do Leny z kpiną i sym­pa­tią za­ra­zem.

To były moje dziew­czyny. Moje przy­ja­ciółki. Róż­nice mię­dzy nami dało się do­strzec go­łym okiem, ale po­łą­czyła nas fa­scy­na­cjaStar­shine. Dzie­cinne, prawda? Jed­nak wła­śnie za tym kryła się hi­sto­ria na­szej przy­jaźni.

Gdy dwa lata temu po­szłam do li­ceum, nie mia­łam żad­nych ko­le­ża­nek, bo kto chciałby się za­da­wać z fra­jerką, która jest ulu­bie­nicą wszyst­kich na­uczy­cieli? Tkwi­łam po same uszy w spi­rali na­krę­co­nej przez ro­dzi­ców: szkoła, na­uka, korki i przy­go­to­wy­wa­nie się do stu­diów. Ale tak szcze­rze, czy tylko ja jedna ma­rzy­łam, by choć na chwilę ode­rwać się od tej ca­łej ru­tyny i cią­głego my­śle­nia o przy­szło­ści? Chcia­łam tylko po­czuć odro­binę wol­no­ści, nic wię­cej.

Przy­pad­kiem pod­słu­cha­łam roz­mowę mo­ich kla­so­wych ko­le­ża­nek (które za każ­dym ra­zem, gdy się od­zy­wa­łam, pa­trzyły na mnie jak na ob­śli­zgłego ro­bala i pry­chały kpiąco pod no­sem - uro­czo). Mó­wiły o se­rialuStar­shine i wzdy­chały do głów­nego ak­tora. W domu, kiedy mia­łam pew­ność, że nie na­kryje mnie mama, od­pa­li­łam na lap­to­pie pierw­szy od­ci­nek i... z miej­sca zro­zu­mia­łam, o co ten cały szum. Se­rial był per­fek­cyjny. Zwłasz­cza dla ta­kiej fra­jerki jak ja. Ak­cja roz­gry­wała się w li­ceum, a bo­ha­te­rami byli na­sto­lat­ko­wie pró­bu­jący swo­ich sił w ak­tor­stwie. Dra­mat go­nił dra­mat, po­ja­wiały się też wątki sen­sa­cyjne i oczy­wi­ście mi­ło­sne, a ca­łość prze­pla­tały za­bawne tek­sty, które stały się iko­niczne.

I tak, to był mój pierw­szy akt nie­sub­or­dy­na­cji. Mój lap­top słu­żył do na­uki, a nie do roz­rywki. Szcze­rze? Wtedy mia­łam to gdzieś. Do­słow­nie za­chły­snę­łam się tym se­ria­lem i chcia­łam wie­dzieć o nim jak naj­wię­cej. Nie ko­rzy­sta­łam z Tik­Toka, ale na­tych­miast za­ło­ży­łam konto, kiedy się do­wie­dzia­łam, że krążą tam fil­miki zza ku­lis. Cho­lera, po­zwij­cie mnie! To był już ten mo­ment, gdy mia­łam coś na wy­cią­gnię­cie ręki i mu­sia­łam to zdo­być. Faza jak się pa­trzy.

To wła­śnie tam od­na­la­złam fil­miki z jed­nej z lo­ka­li­za­cji, w któ­rych krę­conoStar­shine. Szcze­gól­nie za­cie­ka­wiło mnie jedno miej­sce - wy­ko­rzy­stano je w sce­nie, gdy Ame­lia zo­stała upro­wa­dzona przez stal­kera, a Pa­tryk w ostat­niej chwili zdo­łał ją ura­to­wać. Oka­zało się, że sławna pral­nia znaj­duje się w jed­nym z wie­żow­ców, obok któ­rych prze­jeż­dża­łam co­dzien­nie w dro­dze do szkoły. Ta in­for­ma­cja do­słow­nie zmio­tła mnie z plan­szy.

I co było da­lej? Czy grzecz­nie odło­ży­łam te­le­fon i ola­łam sprawę? Nic bar­dziej myl­nego. Cho­ciaż przy­znaję, w mo­jej gło­wie roz­pę­tała się istna bu­rza - ba­ta­lia po­mię­dzy roz­sąd­kiem ("I co z tego? Pral­nia jak pral­nia, nic nad­zwy­czaj­nego") a wy­ima­gi­no­wa­nym sza­leń­cem na­ci­ska­ją­cym czer­wony przy­cisk z na­pi­sem: CHCĘ. TO. ZO­BA­CZYĆ!

Wnio­sek był pro­sty. Ko­niecz­nie mu­sia­łam tam pójść i prze­ko­nać się na wła­sne oczy. Bły­ska­wicz­nie od­na­la­złam wie­żo­wiec i sławne pięt­na­ste pię­tro, na któ­rym mie­ściła się su­szar­nia. I wła­śnie w ten spo­sób po­zna­łam moją póź­niej­szą pierw­szą przy­ja­ciółkę.

Majka sie­działa w ką­cie po­miesz­cze­nia na pro­wi­zo­rycz­nym po­sła­niu, zro­bio­nym ze sterty ko­ców, i oglą­dała coś na lap­to­pie. Miała słu­chawki na uszach, więc na­wet nie za­uwa­żyła, kiedy we­szłam. Za­ja­dała się be­ko­no­wymi czip­sami i po­pi­jała colę, a na pod­ło­dze le­żały zmięte pa­pierki po bur­ge­rach z McDo­nalda. Miała twarz w kształ­cie serca i dłu­gie rude włosy. I co ja­kiś czas śmiesz­nie marsz­czyła pie­go­waty nos. Wy­cią­gnęła rękę po ko­lej­nego czipsa, ale to­rebka była już pu­sta. Zgnio­tła opa­ko­wa­nie i ci­snęła je przed sie­bie, pro­sto pod moje nogi. Do­piero wtedy mnie za­uwa­żyła - jej szare oczy zro­biły się cał­kiem okrą­głe. Ścią­gnęła słu­chawki, przez nie­uwagę je wy­łą­cza­jąc, i od ścian od­bił się głos Wik­tora Mar­kosa, który wy­zna­wał mi­łość Ame­lii.

Od tam­tego dnia za­czę­ły­śmy się z Majką spo­ty­kać tu, w su­szarni, w miarę re­gu­lar­nie. Naj­pierw w każdy pią­tek, a z cza­sem do­szły do tego jesz­cze środy i po­nie­działki. Nie­długo póź­niej zna­la­zła nas Lena.

I wła­śnie... Lena była dość za­gu­biona i nie­śmiała. Dziś trudno uwie­rzyć, jak się zmie­niła. Jed­nak tak się stało. Firma jej taty, która od kilku lat le­dwo cią­gnęła, na­gle zdo­była ogromną po­pu­lar­ność. Tata Leny był sto­la­rzem i spe­cja­li­zo­wał się w nie­ty­po­wych za­mó­wie­niach. Jego sto­liki, krze­sła, biurka czy łóżka oka­zały się hi­tem, a znane sieci ho­te­lowe za­częły ma­sowo za­ma­wiać u niego me­ble. Mu­siał po­więk­szyć za­kład, za­trud­nić lu­dzi i wresz­cie nie tylko wy­szedł na pro­stą, ale też stał się bo­gaty. Sama Lena także miała ogromny ta­lent, który zo­stał do­ce­niony, gdy po­szła do tech­ni­kum odzie­żo­wego. Była jedną z naj­lep­szych uczen­nic w szkole, a w tym roku star­to­wała w kon­kur­sie dla mło­dych pro­jek­tan­tów.

To były moje przy­ja­ciółki.

Kie­dyś czy­ta­łam, że każda przy­jaźń za­czyna się w pro­za­iczny spo­sób. I w su­mie to ra­cja, bo wcze­śniej nic nie wska­zy­wało na to, że kie­dy­kol­wiek się spo­tkamy. A jed­nak coś nas po­łą­czyło. W na­szym wy­padku był to zwy­kły se­rial mło­dzie­żowy. Lu­bi­ły­śmy oglą­dać ra­zemStar­shine, plot­ko­wa­ły­śmy i za­śmie­wa­ły­śmy się do łez, pusz­cza­jąc wo­dze fan­ta­zji, by prze­wi­dzieć, co sta­nie się w ko­lej­nym od­cinku. Mimo róż­nic zna­la­zły­śmy wspólny ję­zyk. To było tak nie­zwy­kłe, że aż nie­praw­dziwe. Może dla­tego ła­pa­łam się na my­śle­niu, że wy­czer­pa­łam już li­mit do­brych rze­czy w moim na­sto­let­nim ży­ciu.

Kiedy tak roz­my­śla­łam, Majka zdą­żyła się prze­nieść na na­sze pro­wi­zo­ryczne le­go­wi­sko pod ścianą i wy­cią­gnąć ze swo­jego nie­śmier­tel­nego ple­caka wy­słu­żony lap­top. Usia­dłam obok, wzię­łam do ręki te­le­fon i włą­czy­łam hot­spota. W tym cza­sie Lena zdjęła skó­rzaną ra­mo­ne­skę i ci­snęła botki pod stół, mam­ro­cząc pod no­sem:

- Kie­dyś za­cią­gnę was na taki shop­ping, że wam w pięty pój­dzie!

- Tak, tak, o bo­gini wy­prze­daży, drżę na samą myśl o two­ich groź­bach ze­msty - mruk­nęła lek­ce­wa­żąco Maja, a z gło­śni­ków po­pły­nęło cha­rak­te­ry­styczne "du-dum!" Net­fliksa. - Mo­żesz w końcu usiąść na tyłku z ła­ski swo­jej? Przy­po­mi­nam uprzej­mie, że w prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych ja mam li­mit cza­sowy, więc...

- Ale z cie­bie ma­ruda! - od­pa­ro­wała Lena, rzu­ca­jąc się mię­dzy nas. - Zrób­cie mi miej­sce.

Wi­dzia­łam, jak Majka wal­czy ze sobą, by w od­we­cie nie wsa­dzić Le­nie łok­cia mię­dzy że­bra, jed­nak cie­ka­wość i wspo­mniany wcze­śniej li­mit cza­sowy wzięły górę. Już bez zbęd­nych ce­re­gieli wle­pi­ły­śmy oczy w ekran, by z za­par­tym tchem śle­dzić każdy ruch bo­ha­te­rów (w moim wy­padku szcze­gól­nie jed­nego) i spi­jać z ich warg każde wy­po­wia­dane przez nich słowo. Nie za­po­mi­najmy, że póź­niej to wszystko trzeba bę­dzie prze­cież szcze­gó­łowo omó­wić, więc sku­pie­nie mu­siało być mak­sy­malne.

- To co, jesz­cze je­den? - za­py­tała pod­eks­cy­to­wana Lena, gdy na ekra­nie lapka po­ja­wiły się na­pisy koń­cowe. Nic dziw­nego, bo od­ci­nek za­koń­czył się tak, że sama z tru­dem mo­głam usie­dzieć na miej­scu.

Mu­sia­łam jed­nak wziąć po­prawkę na to, że w prze­ci­wień­stwie do Lenki, która dys­po­no­wała godną po­zaz­drosz­cze­nia swo­bodą, i ja, i Majka mia­ły­śmy pewne obo­wiązki - na mnie cze­kała na­uka, a Majka mu­siała wró­cić do domu, za­nim po­ja­wią się tam ro­dzice czy ro­dzeń­stwo. Była na tym punk­cie dia­bel­nie wy­czu­lona. Może dla­tego spoj­rza­łam na nią jak na wa­riatkę, gdy ot tak wzru­szyła ra­mio­nami.

- Je­stem za. Wa­lić to, i tak czeka mnie dziś star­cie z matką, więc im póź­niej wrócę do domu, tym kró­cej bę­dzie zrzę­dzić - mruk­nęła ty­tu­łem wy­ja­śnie­nia.

Chcia­łam za­py­tać, co tym ra­zem prze­skro­bała (jej ką­śliwe ko­men­ta­rze i ogni­sty cha­rak­te­rek nie­raz wpa­ko­wały ją w kło­poty, szcze­gól­nie je­śli py­sko­wała na­uczy­cie­lom), jed­nak ona, jakby to prze­czu­wa­jąc, mach­nęła ręką. Tak więc sama mu­sia­łam zde­cy­do­wać...

Po prze­ana­li­zo­wa­niu naj­bar­dziej wia­ry­god­nych wy­mó­wek szybko wy­stu­ka­łam ese­mesa do mamy. Bez dwóch zdań uwie­rzy, że za­sie­dzia­łam się w bi­blio­tece, koń­cząc pi­sać re­fe­rat. W końcu to ona wpo­iła mi, że nic le­piej nie wpływa na sa­mo­dziel­ność w na­uce niż szu­ka­nie in­for­ma­cji sta­rymi spraw­dzo­nymi me­to­dami - czyli w bi­blio­te­kach. In­ter­net był tylko do­dat­kiem, z któ­rego po­winno się ko­rzy­stać wy­łącz­nie w osta­tecz­no­ści. Uwie­rzy­cie? Bo ja na­dal szczy­pię się w po­li­czek. Mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek.

W kilka se­kund od­pi­sała mi su­che "OK", dla­tego wy­rzuty su­mie­nia (jak­kol­wiek na to pa­trzeć, ucie­kłam się do per­fid­nego kłam­stewka) zni­kły w jed­nej chwili. A do­kład­nie w tej, w któ­rej Majka włą­czyła ko­lejny od­ci­nek.

- To... To był... - za­częła nie­skład­nie Lenka, gdy po fil­mie spa­zma­tycz­nie brała płyt­kie wde­chy.

- Sztos? - pod­po­wie­dzia­łam, ob­ra­ca­jąc się na plecy.

Lenka z wście­kło­ścią za­trza­snęła lap­topa i wci­snęła go do ple­caka Majki.

- Kurde, jak on mógł! - wy­krzyk­nęła, spla­ta­jąc ręce na pier­siach. - Upić się i za­po­mnieć, że jesz­cze dzień wcze­śniej miał dziew­czynę?

- Fakt, sce­na­rzy­ści chyba tro­chę po­pły­nęli - zgo­dzi­łam się z nią, po­cie­ra­jąc twarz dłońmi. - Ni­gdy nie my­śla­łam, że zro­bią z na­szego Pa­tryka ta­kiego bad boya!

- A skąd wy wie­cie, co dzieje się w gło­wie chło­paka, kiedy zrywa z nim dziew­czyna? - spy­tała Majka-Głos-Roz­sądku.

Lenka, za­ła­mu­jąc ręce, wes­tchnęła ża­ło­śnie.

- Ale on był taki szczę­śliwy z Ame­lią! Mieli skoń­czyć li­ceum i pójść na stu­dia! Ra­zem! Po­sta­wili się ro­dzi­com i ca­łemu światu, a te­raz co? Ich mi­łość nic nie zna­czy?

- He­lo­ooł! Zie­mia do Lenki! Jej mama za­cho­ro­wała - przy­po­mniała Majka. - Ame­lia re­zy­gno­wała ze stu­diów, by za­opie­ko­wać się umie­ra­jącą mamą.

- Ej, nie mów tak, ona nie umiera!

- A za­ło­żysz się? To kwe­stia kilku od­cin­ków. Je­stem pewna, że dla­tego Ame­lia roz­stała się z Pa­try­kiem - stwier­dziła tym swoim men­tor­skim to­nem Majka. - Nie chciała mu mó­wić, że musi wra­cać do ro­dzin­nego mia­sta i za­opie­ko­wać się ko­bietą, przez którą nie­raz po­kłó­ciła się z Pa­try­kiem. Pew­nie te­raz bę­dzie tak, że ona umrze, Ame­lia wróci do Gdań­ska, a Pa­tryk przez ten czas za­li­czy wszyst­kie panny na roku.

- Nie zniosę tego - burk­nę­łam na­bur­mu­szona.

- Tośka, pa­mię­taj. To tylko se­rial. - Majka wzru­szyła ra­mio­nami. - No, ale że fa­ceci lu­bią grać na wielu fron­tach, to już inna sprawa.

Nie­chęt­nie, ale mu­sia­łam przy­znać jej ra­cję. Oczy­wi­ście, je­śli cho­dzi o se­rial, bo w kwe­stii fa­ce­tów i spo­sobu ich po­stę­po­wa­nia, a także tego, jak funk­cjo­nują związki, mia­łam ra­czej marne po­ję­cie. Krótko mó­wiąc, zna­łam się na tym jak na mi­tycz­nych jed­no­roż­cach.

Nie­raz się prze­ko­na­łam, że słowa Majki spraw­dzają się w nie­mal stu pro­cen­tach. Miała obłędną in­tu­icję. Co dziw­niej­sze, spo­śród na­szej trójki wcale nie była ja­kąś wielką fanką se­rialu, bo od sie­dze­nia przed te­le­wi­zo­rem (czy lap­to­pem) wo­lała czy­ta­nie ksią­żek. W do­datku jej ulu­bio­nym ga­tun­kiem były kry­mi­nały i psy­cho­lo­giczne dresz­czowce. Im wię­cej świ­rów po­ja­wiało się na kar­tach po­wie­ści, tym bar­dziej jej ona pod­cho­dziła. Za to dziew­czy­nie cier­pła skóra na samą wzmiankę o ro­man­sach. Majka uwa­żała, że są prze­sło­dzone, bez po­lotu i w ogóle to­tal­nie abs­trak­cyjne - szcze­gól­nie wątki mi­ło­ści od pierw­szego wej­rze­nia. Można by się za­sta­na­wiać, skąd u niej taka za­jawka na Star­shine. W końcu to se­rial mło­dzie­żowy, w któ­rym na pierw­szym pla­nie jest wła­śnie mi­łość. Od­po­wiedź była pro­sta - Majkę przy­cią­gnął wą­tek sen­sa­cyjny, który po­ja­wił się w oko­li­cach dwu­dzie­stego od­cinka. A że w tam­tym cza­sie zdą­żyła po­znać mnie i póź­niej Lenkę, po­sta­no­wiła oglą­dać se­rial wraz z nami. I choć naj­pew­niej w ży­ciu by się do tego nie przy­znała, za­kła­da­łam, że wpa­dła w si­dła przy­stoj­nego Mar­kosa. Miała do niego sła­bość, bo co­kol­wiek in­nego za­my­ka­łoby jej usta za każ­dym ra­zem, gdy na ekra­nie po­ja­wiał się ten przy­stojny bru­net? Zresztą sama nie po­tra­fi­łam wy­le­czyć się z odrę­twie­nia, które po­ja­wiało się za­wsze wtedy, gdy Mar­kos uśmie­chał się do ka­mery w wy­jąt­kowo nie­grzeczny spo­sób...

Ale wra­ca­jąc do se­rialu... Co, je­śli Majka miała ra­cję i przez kilka na­stęp­nych od­cin­ków będę zmu­szona pa­trzeć, jak Wik­tor Mar­kos ob­ści­skuje się z ta­bu­nem no­wych dziew­czyn? Cóż, w ta­kich mo­men­tach mu­sia­łam brać so­bie do serca słowa Majki.To tylko se­rial. Poza tym od kilku lat Mar­ko­sowi part­ne­ro­wała We­ro­nika Du­bie­niecka, wcie­la­jąca się w rolę se­ria­lo­wej dziew­czyny Pa­tryka, a je­żeli wie­rzyć, że w każ­dej plotce tkwi ziarno prawdy, to po­noć spo­ty­kali się poza pla­nem. Jako para.

Za każ­dym ra­zem, gdy o tym my­śla­łam, moje fan­ta­zje umie­rały w mę­czar­niach.

Ale znowu - to tylko se­rial. Za­wi­ro­wa­nia z ostat­niego od­cinka wzię­łam na klatę, jed­nak wśród nas był ktoś, kto naj­wi­docz­niej miał pro­blem z za­ak­cep­to­wa­niem ca­łej tej sy­tu­acji.

- By ich cho­lera! - jęk­nęła Lenka, tur­la­jąc się po na­szym le­go­wi­sku. - Sce­na­rzy­ści wy­pa­lili mi mózg!

- To chyba nie ma nad czym pła­kać - po­ci­snęła jej Majka, mru­ga­jąc do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo.

Efekt był na­tych­mia­stowy, bo Lenka od razu rzu­ciła się na przy­ja­ciółkę i zmierz­wiła jej rude włosy.

- Ty chyba nie wiesz, co czy­nisz.

Za późno zo­rien­to­wała się w pla­nie ze­msty Majki. Ze­rwała się z ma­te­raca do­piero wów­czas, gdy Maja za­częła roz­rzu­cać wo­koło jej cenne za­kupy, śmie­jąc się przy tym ni­czym psy­cho­pata z pod­rzęd­nego dresz­czowca.

- C-co ro­bisz...? ZO­STAW!

- No, już, już, ba­ranku! Bo jak się na­elek­try­zu­jesz...

I oczy­wi­ście to ja mu­sia­łam wejść mię­dzy nie, by za­że­gnać nie­bez­piecz­nie eska­lu­jący kon­flikt. Ina­czej Lenka mo­głaby się po­że­gnać ze swoją nową su­kienką z drogo wy­glą­da­jącą metką.

Kilka mi­nut póź­niej, gdy Majka wci­snęła koce do jed­nej ze skrzyń, ru­szy­ły­śmy w stronę windy, która ku mo­jemu zdzi­wie­niu znów była sprawna. To wy­ja­śnia­łoby, dla­czego pół­to­rej go­dziny temu Lenka, rześka ni­czym po­ra­nek, a nie spo­cona i zzia­jana jak ja, we­szła do su­szarni z lek­ko­ścią i gra­cją le­śnej nimfy.

- Okej, mu­szę przy­znać, że to był mocny od­ci­nek - pod­su­mo­wała Majka, wcho­dząc za nami do windy i na­ci­ska­jąc na pa­nelu "P". - Spo­dzie­wa­łam się, że na­mie­szają, ale żeby aż tak?

- I jak mam wró­cić do domu z my­ślą, że zo­ba­czymy się do­piero w pią­tek?! - wy­krzyk­nę­łam, mocno zmar­twiona. Bo w myśl na­szej nie­pi­sa­nej za­sady od­cinki oglą­da­ły­śmy wspól­nie. Wy­jąt­kiem były po­wtórki. Dla­tego, żeby nie miały wąt­pli­wo­ści, jak wielki jest mój ból, stuk­nę­łam czo­łem o la­kie­ro­waną pod­róbkę drewna, którą wy­ło­żona była winda.

- I tak się ciesz, że daw­ku­jemy so­bie przy­jem­ność, bo w in­nym wy­padku obej­rza­ły­by­śmy cały nowy se­zon za jed­nym za­ma­chem. No, ale kil­ku­dniowe znik­nię­cie z pew­no­ścią za­nie­po­ko­iłoby na­szych ro­dzi­ców - od­parła Majka, na ko­niec ro­biąc dziwną minę.

- I my uwa­żamy się za praw­dziwe fanki se­rialu? - prych­nęła Lenka. - No nic, trudno. Ale na po­cie­sze­nie mam swoje ciuszki. A ty? Pew­nie po po­wro­cie do domu uto­niesz w tych swo­ich książ­kach - rzu­ciła ką­śli­wie w moją stronę.

Spoj­rza­łam na nią by­kiem.

- Chcesz się za­mie­nić? - wy­ce­dzi­łam przez zęby.

- Po­cie­szę cię - wtrą­ciła Majka, opie­ra­jąc się łok­ciem o moje ra­mię. - Ty masz mózg wy­pchany wie­dzą, a Lenka... kłęb­kiem wełny?

Lenka spio­ru­no­wała ją wzro­kiem i szturch­nęła spi­cza­stym, twar­dym jak skała pa­znok­ciem.

- Jesz­cze to od­szcze­kasz, kiedy zo­stanę świa­to­wej sławy pro­jek­tantką, a na moje ciu­chy bę­dzie trzeba cze­kać w kil­ku­let­nich ko­lej­kach jak na to­rebkę od Her­m?sa!

- Od kogo?

Orze­chowe oczy Milki zro­biły się okrą­głe, a ona sama oparła się o ścianę windy, jakby miała za­raz ze­mdleć.

- Daj­cie mi chwilę, bo wła­śnie mam kry­zys emo­cjo­nalny - oświad­czyła za­ła­mana, a w na­stęp­nej chwili po­sta­wiła za­kupy na pod­ło­dze i wy­cią­gnęła z to­rebki iPhone'a.

Naj­now­szy mo­del, ma się ro­zu­mieć. Wstu­kała coś na ekra­nie, śmiesz­nie wy­krzy­wia­jąc palce, bo przez dłu­gie pa­znok­cie nie tra­fiała w od­po­wied­nie li­tery. Gdy już od­na­la­zła to, czego szu­kała, wy­cią­gnęła te­le­fon przed sie­bie.

- TO jest to­rebka od Her­m?sa.

- Eee, to? - zdzi­wiła się Majka, marsz­cząc brwi. - No okej, fajna, ale co w niej niby szcze­gól­nego?

- Nie wi­dzisz tych de­tali? Tej lśnią­cej skóry? Jest ide­alna pod każ­dym wzglę­dem.

- No do­bra, niech bę­dzie, a ile kosz­tuje?

- Majka, nie py­taj, bła­gam. Nie chcesz tego wie­dzieć - pod­su­nę­łam pół­szep­tem, jed­nak Lenka za­częła już od­po­wia­dać:

- Ta kon­kretna to mo­del Bir­kin i zo­stała sprze­dana za pół­tora mi­liona zło­tych. Ale ich zwy­kłe mo­dele kosz­tują od dwu­na­stu ty­sięcy. Do­la­rów.

Mina Majki była bez­cenna. To, że szczęka opa­dła jej na pod­łogę, a zęby po­to­czyły się we wszyst­kie strony, by­łoby nie­do­po­wie­dze­niem roku.

- A pa­rzy kawę i jest w pa­kie­cie z te­le­wi­zo­rem? - wy­bą­kała, wy­cho­dząc z windy. - To ja­kieś żarty. Ni­gdy w ży­ciu nie da­ła­bym tyle kasy za ja­kąś bzdurną to­rebkę. Na co to komu?

Majka wrzu­ciła trzeci bieg, zręcz­nie wy­mi­ja­jąc grupkę sta­ru­szek na chod­niku.

- Wy­tłu­macz mi jedną rzecz - wy­sa­pała Lenka, pró­bu­jąc ją do­go­nić. - Twoją sio­strą jest słynna mo­delka Su­zie Lo­uis, a ty nie znasz się na pod­sta­wo­wych rze­czach?

- Lenka! - syk­nę­łam ostrze­gaw­czo i szybko zer­k­nę­łam na ru­do­włosą dziew­czynę.

Majka za­trzy­mała się w pół kroku, jakby ktoś nie­spo­dzie­wa­nie dał jej so­lidny strzał w łeb. Lenka za­ci­snęła usta, jed­nak było już za późno.

- Sis... - wy­krztu­siła, uży­wa­jąc swo­jego naj­mil­szego tonu. - Sorry, nie chcia­łam...

Majka się od­wró­ciła, wy­krzy­wia­jąc usta w wy­mu­szo­nym uśmie­chu. Nie­stety, nie wi­dzia­łam do­kład­nie jej oczu, bo za­kry­wała je mie­dziana przy­długa grzywka.

- Jest okej - wy­du­kała zu­peł­nie in­nym gło­sem, jakby po­łknęła coś wy­jąt­kowo ohyd­nego. - Masz ra­cję, nie ogar­niam tej ku­wety. To nie moja bajka, a ty po pro­stu stwier­dzi­łaś fakt.

- Weź, prze­stań! - Lenka rzu­ciła na zie­mię torby i uwie­siła się na szyi przy­ja­ciółki. - Kie­dyś po­win­nam od­gryźć so­bie ten ję­zyk albo cho­ciaż dwa razy się za­sta­no­wić, za­nim co­kol­wiek po­wiem, jak zresztą no­to­rycz­nie mówi mi mama...

- No, to by nie za­szko­dziło. Ale po­waż­nie, nie gnie­wam się. - Majka po­kle­pała ją sztywno po ple­cach, ro­biąc krok w tył.

- Na­prawdę, sorry. - Lenka, uda­jąc, że nie za­uwa­żyła chłodu, z ja­kim po­trak­to­wała ją przy­ja­ciółka, wzięła głę­boki wdech, a na jej twa­rzy po­ja­wił się pro­mienny uśmiech. - To co? Do piątku? Idę zła­pać ubera.

- Tak, do piątku.

Cmok­nę­łam Lenę w po­li­czek, a Majka przy­tu­liła ją ja­koś tak z przy­mu­sem. Na przy­sta­nek szły­śmy w mil­cze­niu. Po­mi­ja­jąc fakt, że at­mos­fera mię­dzy nami stała się, de­li­kat­nie mó­wiąc, na­pięta, do­dat­kowo Majka pa­trzyła błęd­nym wzro­kiem przed sie­bie. Zde­cy­do­wa­nie nie było z nią okej.

I ja, i Lenka wie­dzia­ły­śmy, że te­mat sio­stry Majki miał klau­zulę tabu. Wszystko przez to, w jaki spo­sób ro­dzice trak­to­wali swoją star­szą córkę, sławną mo­delkę i po­cząt­ku­jącą ak­torkę Su­zie Lo­uis. Była ich bo­żysz­czem, ab­so­lut­nym nu­me­rem je­den i je­dyną osobą w domu, która za­słu­gi­wała na uwagę i po­dziw. Majka wy­ra­stała w cie­niu swo­jej ide­al­nej sio­stry i cią­gle mu­siała słu­chać jakże sym­pa­tycz­nych "kom­ple­men­tów", że jest za ni­ska, za pulchna, zbyt ni­jaka. Nie tylko od ro­dzi­ców, ale też od dwóch star­szych braci, któ­rzy rów­nież pró­bo­wali swo­ich sił w mo­de­lingu, jed­nak nie z ta­kim skut­kiem jak Su­zie Lo­uis, czyli po pro­stu Zuzka Zysk.

Wła­śnie przez to Majka wpa­dła w kom­pleksy. Nie czuła się do­brze we wła­snym ciele, mimo że była śliczną dziew­czyną i na­prawdę uwa­ża­łam, że ni­czego jej nie bra­kuje. Jed­nak dla jej ro­dzi­ców, któ­rzy mieli tak zdolne i znane dzieci, Majka była czarną owcą, nie­wy­da­rzoną po­myłką, wy­pchniętą poza mar­gi­nes. Gdy Zuzka raz na kilka mie­sięcy przy­la­ty­wała do Pol­ski, w ro­dzin­nym domu Majki pa­no­wała eu­fo­ria. Cie­szyli się wszy­scy. Wszy­scy oprócz Majki.

Ob­ję­łam przy­ja­ciółkę ra­mie­niem, a mój na­gły ruch spra­wił, że na sie­bie wpa­dły­śmy.

- Na pewno wszystko okej? - spy­ta­łam, po­chy­la­jąc się ku niej. Była ode mnie niż­sza, się­gała mi za­le­d­wie do ra­mie­nia.

- Nie. Nie jest okej - wy­znała ci­cho, na­dal pa­trząc na swoje zno­szone żółte trampki. - Ale nie chcia­łam już do­bi­jać Lenki. Lu­bię ją, ale cza­sami po­trafi wbić szpilkę. Gdy­bym cho­ciaż tro­chę ją przy­po­mi­nała pod wzglę­dem prze­bo­jo­wo­ści i wy­glądu, moje ży­cie by­łoby znacz­nie prost­sze. A tak co mam? - Kry­tycz­nie spoj­rzała na sie­bie. - Kom­plet ge­nów z nie­wy­pału. No, wa­lić to... Do­brze wiem, że Lenka nie jest wredna z na­tury, a po pro­stu cza­sem się za­ga­lo­po­wuje.

- Ano wła­śnie. Ale dla­czego mam wra­że­nie, że jest coś jesz­cze?

- Coś jesz­cze? - po­wtó­rzyła i za­śmiała się sar­ka­stycz­nie. Jej szare oczy błysz­czały od wstrzy­my­wa­nych łez. - Zuzka przy­jeż­dża w pią­tek, więc pew­nie się do­my­ślasz, co dzieje się na cha­cie.

Więc o to jej cho­dziło, kiedy po­wie­działa, że im póź­niej wróci do domu, tym le­piej.

Kie­dyś od­wie­dzi­łam Majkę, gdy przy­je­chała jej sio­stra. Wiem, że moi ro­dzice mnie ci­sną, bym uczyła się jak naj­wię­cej, nie­mniej jed­nak zwra­cają na mnie uwagę. Ist­nieję, żyję, od­dy­cham. Czuję, że je­stem dla nich ważna, po­mimo tej ca­łej pre­sji, którą na mnie wy­wie­rają. A u Majki? Ona... nie ist­niała. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi, gdy w po­bliżu była Zuza.

Majka du­siła żal i fru­stra­cję i ni­gdy na nic gło­śno się nie uskar­żała. Po pro­stu... za­ci­skała zęby i zno­siła kry­tykę. Tyle że nie spły­wało to po niej jak po kaczce, bo bo­le­sne słowa wta­piały się w jej du­szę. To było ta­kie nie­spra­wie­dliwe. Majka na to nie za­słu­gi­wała.

- Chcesz do mnie wpaść? - za­pro­po­no­wa­łam na­gle. - Moi ro­dzice wy­jeż­dżają w czwar­tek do So­potu. Mają ja­kąś kon­fe­ren­cję czy coś po­dob­nego. Nie bę­dzie ich przez cały week­end.

W oczach Majki po­ja­wiła się na­dzieja, jed­nak szybko zga­sła.

- Żar­tu­jesz? Mama uka­tru­pi­łaby mnie, że nie uczest­ni­czę w ko­mi­te­cie po­wi­tal­nym ku czci Su­zie Lo­uis. To by­łoby rów­no­znaczne z wy­dzie­dzi­cze­niem.

- Mogę grać ne­go­cja­tora! Po­wiedz tylko słowo, a za­dzwo­nię do two­jej mamy i... - Moje dal­sze słowa zo­stały za­głu­szone przez ner­wowe par­sk­nię­cie Majki.

- Dzięki, ale... Sama nie wiem.

- Wiesz, wiesz. - Klep­nę­łam ją po­krze­pia­jąco w ra­mię. - I przyj­dziesz! Bę­dzie oka­zja nad­ro­bić wszyst­kie nowe od­cinki Star­shine. I może w końcu uda nam się skoń­czyć se­zon! Cał­kiem nie­zła per­spek­tywa, no nie? - Odro­binę prze­sa­dzi­łam z eks­cy­ta­cją, jed­nak cel uświęca środki.

- Do­bra, masz mnie. Ale... za­dzwoń też do Lenki, okej? Nie da­ruje nam, je­śli zor­ga­ni­zu­jemy so­bie nocny ma­ra­ton z udzia­łem Mar­kosa bez jej wie­dzy.

- Z pew­no­ścią po­trak­tuje to jak pi­żama party. Ob­sta­wiam, że przy­je­dzie w tej swo­jej nie­śmier­tel­nej ró­żo­wej pi­ża­mie w gu­mi­sie.

- To były tro­skliwe mi­sie - spro­sto­wała Majka, mru­żąc za­czep­nie oczy. - Masz coś do nich?

- Nie! Skądże! - wy­krzyk­nę­łam, ura­do­wana tym, że udało mi się cho­ciaż odro­binę po­pra­wić Majce hu­mor. Na przy­sta­nek aku­rat wta­czał się au­to­bus, szłam więc ty­łem w stronę za­toczki, na­dal roz­ma­wia­jąc z przy­ja­ciółką. - Do­bra, to wi­dzimy się w pią­tek u mnie. O dwu­dzie­stej, okej?

Po­ka­zała mi unie­siony kciuk, a ja wsia­dłam do busa. Nie było tłoku, więc za­ję­łam miej­sce pod oknem, na wprost dziw­nego chło­paka z na­cią­gniętą na oczy czapką z dasz­kiem, który spał z głową opartą o szybę. Wy­cią­gnę­łam te­le­fon i wy­bra­łam nu­mer Lenki. Ode­brała po dru­gim sy­gnale.

- Zuza wró­ciła, nie?

- No, ostro wdep­nę­łaś.

- Kie­dyś za­sznu­ruję so­bie usta, przy­się­gam - wes­tchnęła sfru­stro­wana. - Co ro­bimy?

- Mam wolną chatę na week­end. Ro­dzice wy­jeż­dżają, więc w pią­tek mel­du­je­cie się u mnie.

- Do­bry plan. Trzeba uwol­nić na­szą Rosz­punkę z twier­dzy.

- To była wieża.

- Te­raz to nie­istotne. Przy­nieść coś?

- Za­mó­wię. Pizza, chińsz­czy­zna czy bur­gery?

- Eve­ry­thing. I ko­niecz­nie lody Ben & Jerry's. Dla mnie o smaku ser­nika z tru­skaw­kami.

- To jed­nak weź ze sobą Espu­mi­san czy coś w tym stylu...

- Ko­cham twoją prze­zor­ność! - sko­men­to­wała Lenka ze śmie­chem i roz­łą­czyła się, po­że­gnaw­szy się krót­kim "Pa!".

Po­ło­ży­łam te­le­fon na ko­la­nach, wy­cią­gnę­łam z kie­szeni słu­chawki i pu­ści­łam nową płytę One Ok Rock. Mia­łam pięt­na­ście mi­nut dla sie­bie, za­nim stanę oko w oko z or­ga­nami ści­ga­nia. Zna­czy z moją mamą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

- An­to­nina! To już prze­sada! Ile można?! - Mama, sta­jąc po­mię­dzy mną a te­le­wi­zo­rem, wsparła dło­nie na wą­skich bio­drach, co w po­łą­cze­niu z jej wku­rzoną miną ra­czej nie wró­żyło ni­czego do­brego. - Tylko se­riale ci w gło­wie. A szkoła? Przy­po­mi­nam ci, że jest śro­dek ty­go­dnia!

- O... Cześć, mamo - pal­nę­łam i skrzy­wi­łam się, pró­bu­jąc unieść się na łok­ciach.

Od le­że­nia na dy­wa­nie po­środku sa­lonu ze­sztyw­niało mi całe ciało. Ale jak mia­ła­bym nie sko­rzy­stać z oka­zji i nie po­le­niu­cho­wać, skoro ro­dzice wzięli nad­go­dziny? Mo­głam obej­rzeć za­le­gły od­ci­nekStar­shine i ni­gdy by się nie do­wie­dzieli. Oczy­wi­ście, gdyby mama nie przy­ła­pała mnie na go­rą­cym uczynku.

- Po­zwól mi cho­ciaż obej­rzeć do końca - skom­la­łam, wi­dząc, że mama już wy­ciąga rękę po pi­lota. - To scena, w któ­rej...

- Je­stem prze­ko­nana, że towy­jąt­kowo ważna scena, jak za­wsze zresztą - prych­nęła lek­ce­wa­żąco moja ro­dzi­cielka i z pełną pre­me­dy­ta­cją wy­łą­czyła te­le­wi­zor. No i mój wolny wie­czór dia­bli wzięli. - Za­dam ci tylko jedno py­ta­nie: lek­cje od­ro­bione? Zro­bi­łaś za­da­nia na korki z che­mii?

Wie­dzia­łam, że tej bi­twy nie wy­gram. Gdy mama wcho­dziła na grzą­ski grunt, ja­kim był te­mat szkoły i in­nych ści­śle po­wią­za­nych z nią obo­wiąz­ków, by­łam z góry ska­zana na po­rażkę. Ale bła­gam, że­bym nie mo­gła mieć chwili od­de­chu?Star­shine to był mój je­dyny prze­ryw­nik w ciągu ca­łego ty­go­dnia szkol­nej ha­rówki. Poza tym wszy­scy oglą­dali ten kul­towy se­rial. To był ga­tun­kowy miks, w któ­rym każdy znaj­dzie coś dla sie­bie. Nie że­bym ślepo po­dą­żała za tym, co było obec­nie modne albo na cza­sie, jed­nak ten se­rial miał na­prawdę do­bry sce­na­riusz. Były w nim ta­jem­nice, za­gadki, ele­menty thril­lera, no i oczy­wi­ście trój­kąt mi­ło­sny! Od ro­man­tycz­nych re­la­cji po­mię­dzy głów­nymi bo­ha­te­rami aż czer­wie­niły mi się po­liczki.

Wiele razy na­ma­wia­łam mamę, by obej­rzała ze mną cho­ciaż je­den od­ci­nek, a sama się prze­kona, jed­nak ona była nie­ugięta. Żeby choć odro­binę mi od­pu­ściła, ale nie. I co za­miast tego? Od­wieczne py­ta­nie o lek­cje.

- Jak tylko skoń­czy się od­ci­nek, od razu usiądę do ksią­żek. No, pro­szę, mamo. Zo­stało mi rap­tem dwa­dzie­ścia mi­nut - smę­ci­łam, pró­bu­jąc ją ja­koś ubła­gać.

Ale na­wet uży­cie przy­mil­nego tonu czy ma­śla­nych oczek, co świad­czyło o mo­jej ab­so­lut­nej de­spe­ra­cji, na nic się zdało. Moja mama była ni­czym Ter­mi­na­tor. Czło­wiek ze stali, ab­so­lut­nie po­zba­wiony emo­cji ro­bot.

- Nie. Ma. Mowy - wy­ce­dziła, spla­ta­jąc ręce na piersi. - O ile mnie pa­mięć nie myli, ju­tro masz spraw­dzian. Z bio­lo­gii. Chcesz, żeby twoje oceny spa­dły?

- Moje oceny zo­staw w spo­koju - wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem, pod­no­sząc się na nogi. Im szyb­ciej ewa­ku­uję się ze strefy za­gro­że­nia, tym le­piej. - Są... do­bre!

Tyle że mama nie za­mie­rzała od­pu­ścić. Ru­szyła za mną z za­cie­kłą miną, stu­ka­jąc ob­ca­sami na wy­ło­żo­nym płyt­kami ko­ry­ta­rzu. Za­wsze mu­siała mieć ostat­nie słowo, nie­ważne, czy był to spór z le­ka­rzami na jej od­dziale, czy py­skówka z nie­po­korną na­sto­let­nią córką.

- Ale nie bar­dzo do­bre. Mu­sisz o tym my­śleć, je­śli chcesz iść na do­bre stu­dia. A ty co ro­bisz? W gło­wie ci tylko ja­kieś bzdurne se­riale. Masz już pra­wie sie­dem­na­ście lat i naj­wyż­szy czas do­ro­snąć, An­to­nino! Ży­cie składa się nie tylko z przy­jem­no­ści, lecz także z obo­wiąz­ków, które...

- ...na­leży su­mien­nie speł­niać. Tak, tak, mamo, masz ra­cję, jak za­wsze - przy­tak­nę­łam, ale bar­dziej dla świę­tego spo­koju niż z prze­ko­na­nia, po czym do­da­łam: - W su­mie to szkoda, że ży­cie nie jest se­ria­lem. Wszystko by­łoby wtedy prost­sze.

- An­to­nina! - upo­mniała mnie mama, a od jej sro­giego tonu aż zje­żyły mi się włosy na karku.

- Nie­ważne - mruk­nę­łam, prze­wra­ca­jąc oczami, i we­szłam do swo­jego po­koju.

Sły­sza­łam, jak fuka roz­złosz­czona, jed­nak nie mia­łam za­miaru od­po­wia­dać. Opar­łam się o drzwi, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego moje ży­cie jest tak skom­pli­ko­wane. Dla­czego moi ro­dzice tak ci­snęli, że­bym wku­wała wszyst­kie re­gułki i przy­no­siła do domu same do­bre oceny? Od­kąd pa­mię­tam, cią­gle sły­sza­łam tę ich man­trę: "Oby An­to­nina po­szła w na­sze ślady i zo­stała le­ka­rzem. Naj­le­piej chi­rur­giem!". I tak, już w pod­sta­wówce bra­łam udział w nie­mal każ­dej olim­pia­dzie szkol­nej, nie­ważne, czy to bio­lo­gicz­nej, ma­te­ma­tycz­nej, czy fi­zycz­nej. Mu­sia­łam zdo­by­wać dy­plomy, na­grody albo przy­naj­mniej wy­róż­nie­nia. Bo li­czą się punkty, li­czy się szkoła bę­dąca w pierw­szej trójce naj­lep­szych li­ceów w mie­ście i to, że w przy­szło­ści, tak jak moi ro­dzice, zo­stanę le­ka­rzem i przejmę po nich ich pry­watną kli­nikę.

Je­dyny mały, mi­kro­sko­pijny, ma­luśki pro­blem tkwił w tym, że... w ogóle mnie to nie in­te­re­so­wało. Chcia­łam być wła­śnie tąnor­malną na­sto­latką, mar­nu­jącą czas na oglą­da­nie se­riali na Net­flik­sie albo scrol­lo­wa­nie Tik­Toka czy włó­czącą się po mie­ście z przy­ja­ciółmi. Na­sto­latką, która ma paczkę zna­jo­mych, chło­paka i żyje spon­ta­nicz­nie, a nie pod dyk­tando. A po­stę­pu­jąc zgod­nie z ocze­ki­wa­niami ro­dzi­ców, co wła­ści­wie mia­łam? Mój plan dnia wy­peł­niała szkoła, pra­wie każ­dego po­po­łu­dnia mia­łam albo korki, albo za­ję­cia przy­go­to­waw­cze, a na ko­niec jesz­cze cze­kała mnie na­uka do póź­nej nocy. Może dla­tego mój wzrok już był na tyle słaby, że za­miast oku­la­rów mu­sia­łam no­sić denka od bu­te­lek. Cho­ciaż co­raz czę­ściej za­kła­da­łam so­czewki i mu­szę przy­znać, że jest mi w nich cał­kiem do­brze. Przy­naj­mniej nie wy­glą­dam jak ra­sowy ku­jon. Fra­jerka, która nie wi­dzi nic poza książ­kami.

Prze­szłam przez po­kój, w któ­rym pa­no­wał ide­alny po­rzą­dek. Nie chcia­łam, aby pod­czas kon­troli ro­dzi­ciel­skiej albo po­bytu mo­jej ko­re­pe­ty­torki ktoś po­tknął się o po­roz­rzu­cane na pod­ło­dze ciu­chy. Usia­dłam przy biurku i się­ga­jąc po książkę, zer­k­nę­łam smęt­nie na wi­szący nad łóż­kiem pla­kat. To była je­dyna rzecz w tym po­miesz­cze­niu cał­ko­wi­cie moja.

Wi­ze­ru­nek mo­jego cru­sha.

Zdję­cie Wik­tora Mar­kosa.

Czło­wieka, który nie wie­dział o moim ist­nie­niu ani o tym, jaką ba­ta­lię mu­sia­łam sto­czyć z mamą, by pla­kat tu za­wisł (bo prze­cież nic nie mo­gło mnie roz­pra­szać w trak­cie na­uki, na­wet ak­tor w wer­sji 2D).

Po­dzi­wia­łam go i wzdy­cha­łam do niego po kry­jomu. Był nie­wiele star­szy ode mnie. Miał dwa­dzie­ścia lat, a już na­le­żał do naj­bar­dziej roz­po­zna­wa­nych i roz­chwy­ty­wa­nych ak­to­rów mło­dego po­ko­le­nia. Jako dziecko zy­skał sławę, gra­jąc epi­zo­dyczne role w fil­mach i se­ria­lach, ale naj­więk­szą po­pu­lar­ność zdo­był w ubie­głym roku dzięki Star­shine, gdzie wcie­lił się w cha­ry­zma­tycz­nego li­ce­ali­stę Pa­tryka. Wy­soki, przy­stojny, z bu­rzą ciem­nych lo­ków i nie­spo­ty­ka­nie ja­snymi, nie­bie­skimi oczami. I o cie­płym, roz­bra­ja­ją­cym, sze­ro­kim uśmie­chu, któ­rym po­tra­fił za­ra­zić na­wet swo­jego wiecz­nie skwa­szo­nego se­ria­lo­wego kum­pla - Olka. Po­stać Pa­tryka bu­dziła sym­pa­tię, więc nic dziw­nego, że Wik­tor Mar­kos miał cał­kiem po­kaźny fan­klub. I oczy­wi­ście, jak każda fanka, fan­ta­zjo­wa­łam, że poza pla­nem zdję­cio­wym jest rów­nie cza­ru­jący i tro­skliwy.

To nie tak, że od za­wsze mia­łam kręćka na jego punk­cie - ko­ja­rzy­łam Mar­kosa z ja­kichś se­riali czy re­klam i ni­gdy tak na­prawdę nie śle­dzi­łam jego so­ciali ani nie oglą­da­łam na­mięt­nie każ­dego filmu z jego udzia­łem. To zmie­niło się kilka mie­sięcy temu, gdy przy­pad­kowo usły­sza­łam, jak ko­le­żanki z klasy za­chwy­cają się se­ria­lem, który zdo­bywa szczyty po­pu­lar­no­ści. I jakby tego było mało - nie­które sceny były krę­cone w na­szym mie­ście. Kiedy mia­łam tro­chę wol­nego czasu, z cie­ka­wo­ści obej­rza­łam ich urywki na YouTu­bie i Tik­Toku i wów­czas... prze­pa­dłam z kre­te­sem.

Mó­wię śmier­tel­nie po­waż­nie - by­łam stra­cona dla świata.

To było jak mi­łość od pierw­szego wej­rze­nia (nie że­bym miała ja­kie­kol­wiek do­świad­cze­nie, ale chyba wła­śnie tak to mu­siało wy­glą­dać). Za­uro­czył mnie ten przy­stojny ciem­no­włosy ak­tor o nie­spo­ty­ka­nych ja­snych oczach i chło­pię­cym uśmie­chu. Do­dat­kowo ocza­ro­wał mnie jego upór w dą­że­niu do celu, ja­kim było speł­nie­nie ma­rze­nia o zo­sta­niu zna­nym ak­to­rem. Żeby nie było, za­zdro­ści­łam mu nie po­pu­lar­no­ści, ale cze­goś in­nego - dą­żył do wy­zna­czo­nego przez sie­bie celu. A co mia­łam ja?

Wzdy­cha­jąc ciężko, fleg­ma­tycz­nym ru­chem przy­cią­gnę­łam do sie­bie pod­ręcz­nik do che­mii i za­czę­łam go kart­ko­wać. Po go­dzi­nie stwier­dzi­łam, że to nie ma żad­nego sensu. I tak nic z tego, co prze­czy­ta­łam, nie zo­stało mi w gło­wie. By­łam zbyt sku­piona na ba­zgro­łach, któ­rymi z przy­zwy­cza­je­nia wy­peł­nia­łam mar­gi­nesy ksią­żek i no­tat­ni­ków. Lu­bi­łam to. I chyba na­wet by­łam w tym cał­kiem do­bra. Ła­godne łuki, roz­my­cia, cie­nio­wa­nie, moc­niej­sza kre­ska, gdy za­ła­my­wało się świa­tło... To sta­no­wiło moją pa­sję. Pa­sję, o któ­rej nikt nie po­wi­nien się do­wie­dzieć.

Chwy­ci­łam gumkę, szkice kwia­tów i dłoni zni­kały je­den po dru­gim. Każdy ruch wzma­gał ukłu­cie w sercu. To dziwne i tro­chę za­bawne, że w tak krót­kim cza­sie po­czu­łam do nich sen­ty­ment. Te ry­sunki były moje i tylko moje. A kiedy na po­wrót zo­ba­czy­łam białe, su­rowe mar­gi­nesy, po­czu­łam w piersi doj­mu­jącą pustkę.

W moim ży­ciu nie mo­gło ist­nieć nic prócz na­uki.