1
Zbliża się północ. W sali jest głośno, wszyscy pijani szampanem, głusi na wszechobecny hałas i wow, powietrze jest ciężkie od gorących oddechów i markowych perfum. Każdy chce dobrze pachnieć, bo to jest ten czas, właśnie o tej porze okazuje się, kto wróci do domu sam, a sądząc po intensywnych wyziewach - mnóstwo osób nie chce dziś wylądować w pustym łóżku. Chcą wabić. Chcą zostać wybrani. Więc wymykają się do łazienki poprawić fryzury, podziwiać swoje rozmazane odbicia, doprowadzać do ładu stroje, pudrować się, perfumować - przesadnie, bez zahamowań. Wciągam powietrze.
To nadzieja, ot co. Urocza, ale trąci desperacją. Nudy.
Zwracam się do siedzącego obok faceta. Celowo ubrał się zwyczajnie, w białą koszulkę i dżinsy. Pije piwo. Myślałam, że ta impreza jest zbyt elegancka na piwo.
- Skąd wziąłeś piwo? - zagajam.
- Z baru - odpowiada tonem, który mi się nie podoba. Pokazuję mu język, a on się uśmiecha.
- Clio Louise Barnes. - Podaję mu rękę.
Patrzy na moją dłoń i dopiero po chwili ją ściska.
- Ethan.
- Czym się zajmujesz, Ethan?
- Serio?
- Co?
- Będziemy klepać banały?
- Możemy sobie poopowiadać o traumach z dzieciństwa, jeśli wolisz - mówię i upijam łyk jego piwa. Nie protestuje, a ja dochodzę do wniosku, że mi się podoba. Cuchnie wodą kolońską, więc wiem, że mogę z nim dziś wyjść, jeśli zechcę.
- Spotkaliśmy się już wcześniej. Kilka razy. Na branżowych przyjęciach takich jak to - mówi. - Czekałem, aż sobie przypomnisz.
Pamiętam. Ale żeby się dowiedzieć, kim facet naprawdę jest, wystarczy nadepnąć mu na ego i obserwować reakcję.
- Nie mam pamięci do imion. I twarzy - wykręcam się. - I poznaję sporo ludzi. Przepraszam. Nie bierz tego do siebie.
Zastanawia się, pocierając szczękę.
- Serio nie pamiętasz?
- Wybaczysz mi? - Posyłam mu spojrzenie niewinnego szczeniaczka i trzepocę rzęsami.
Ethan wzdycha, zadziera głowę i demonstruje cienką bliznę na podbródku, długości około siedmiu centymetrów.
- Wypadek samochodowy, kiedy miałem pięć lat. Krew była wszędzie. Prowadziła mama. Potem przez tydzień leżała w śpiączce.
- Wyszła z tego?
- Tak. Też ma blizny. Ale nic więcej.
Popijam szampana. Smakuje mi bardziej niż piwo. Wolałabym mieć prostsze gusta, ale nie mam.
- To szczęście żyć z bliznami.
- Lepiej żyć bez nich - stwierdza. - A ty, Clio Louise Barnes? Jakaś trauma z dzieciństwa?
Zastanawiam się, czy czegoś nie zmyślić, ale jestem pod wpływem. Alkoholu, owszem, ale i tego przyjemnego ciepła, imponującej kombinacji zapachów, miasta za oknem, pulsującego cudowną energią sobotniej nocy. Więc mówię mu coś, co jest prawdą.
- Dorastałam w nawiedzonym domu.
- Pieprzysz.
- Sorry, nie nawiedzonym. Opętanym - precyzuję, podnosząc kieliszek do ust. Upijam łyczek i bąbelki skaczą mi na języku. Niedługo będę potrzebowała dolewki.
- Opętanym przez co?
Wzruszam ramionami.
- Nic więcej nie powiem. Jeśli przyniesiesz mi jeszcze jednego drinka, może coś dodam.
- Już tego próbowaliśmy - przypomina. - Flirtujesz ze mną, więc stawiam ci drinka. Potem znikasz o północy jak jakiś Kopciuszek z południowego Manhattanu.
- Flirtowałam, doprawdy? - Uśmiecham się szeroko. - Mój błąd.
Ethan nie reaguje.
- Drinki są tu za darmo.
- I co z tego? - pyta.
- Więc co masz do stracenia?
Dopija piwo.
- No dobra. Jeszcze jeden szampan?
- Tak, poproszę.
Bierze ode mnie prawie pusty kieliszek.
- Lepiej żebyś tu była, kiedy wrócę.
Przysięgam z ręką na sercu.
Wychodzimy na ulicę; echo stukotu moich obcasów splata się z innymi odgłosami miasta - samochodami, gwarem podpitych ludzi, piskiem metra i basami w klubach. Od Ethana bije ciepło, co bardzo mi odpowiada, bo mamy początek kwietnia i nocne powietrze niesie ze sobą przenikliwy chłód: zima zwleka z odejściem.
- Która godzina? - pytam mojego towarzysza. Jest prezesem świetnie prosperującej firmy produkującej zegarki. Spotykał się kiedyś z Laurie, koleżanką mojej przyjaciółki Veroniki, jeszcze przed tą nieszczęsną premierą jej kolekcji szminek. Nadała odcieniom idiotyczne nazwy, takie jak "Odzyskaj go", "Rozwódka" i niezwykle kontrowersyjna "Lolitka". Potem klientki znalazły w szminkach włosy oraz jakąś tajemniczą ziarnistą substancję i jej kariera szybko się zakończyła. Laurie przeprowadziła się na Florydę, a teraz robi makijaże na ślubach w Disneylandzie.
Nie jestem pewna, czy Ethan zerwał z nią przed tą klapą czy już po. Nie jestem pewna, czy to ma jakieś znaczenie.
- Clio?
- Sorry - bąkam. - Która godzina?
- Dwanaście po pierwszej - cedzi, zirytowany, że musi powtarzać.
- Cudownie. - Obracam się dookoła. - Nie zmieniłam się w dynię.
- Chcesz zamówić Ubera? - pyta. - Nie będziemy szli pieszo na Brooklyn.
Myśli, że zabiorę go do domu. W sumie to uzasadnione założenie, skoro wyszliśmy z imprezy razem, ale jeszcze nie zdecydowałam.
Podoba mi się, że jest taki rozgrzany. I że jest przystojny.
Nie podoba mi się, że tak się zlał wodą kolońską. No i wydaje mu się, że dress code go nie obowiązuje, bo odniósł tyle sukcesów. I nie podoba mi się, że zawsze będzie mi się kojarzył z biedną Laurie od szminek. Może to nie wodę kolońską teraz czuję, tylko uporczywy smród cudzej porażki.
- Dzwoni ci telefon - mówi Ethan. - Od dłuższej chwili.
- Mhm. - Słyszę, że dzwoni. Po prostu wolę go zignorować. Patrzę na gromadkę dziewcząt w krótkich sukienkach. Właśnie wysypują się ze Scorpio, koszmarnego klubu, do którego nikt rozumny nie chodzi.
- Odbierzesz? - drąży.
- Niee. - Wymachuję torebką z upominkami, które rozdawali na imprezie. - Ktoś, kto dzwoni tak późno, na pewno nie ma nic dobrego do powiedzenia.
- A jeśli to ważne? - Ethan się nie poddaje.
- Wyluzuj, tatku.
- Nie rozumiem cię. - Kręci głową. Nie jest zły, tylko rozczarowany.
- Dobra, dobra. - Rozpinam torebkę, żeby wyjąć telefon. Na mojej dłoni połyskuje brokat z imprezy, czego należało się spodziewać, bo tematem przewodnim było "Wszystko, co się świeci". Kampania nowej kolekcji biżuterii, stworzonej przez Veronikę we współpracy z Shine. Inc. Złote zawieszki. Urocze, ale nic szczególnego. Wyciągam aparat i widzę, że mam siedemnaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od moich sióstr.
- Oho.
- Co się stało? - niepokoi się Ethan. - Wszystko w porządku?
- Zaraz się dowiem - odpowiadam i telefon znów zaczyna dzwonić. To Leda. Odrzucam połączenie i wybieram numer Daphne.
Odbiera od razu.
- Cześć, mała Cli.
Złe wieści, poznaję po głosie. Daphne jest niczym zmiennokształtna istota - taki efekt uboczny bycia środkowym dzieckiem. Dostosowuje się do okoliczności, wpasowuje w każdą przestrzeń, którą się jej wyznacza; jest mistrzynią zadowalania innych.
- Co tam, Daffy? - pytam, oddalając się od Ethana. Skręcam za róg, opieram się o witrynę sklepu zabitą pomazanymi sprayem deskami.
- Rozmawiałaś z Ledą? - pyta Daphne.
- Nie. Czemu?
Moja siostra bierze głęboki oddech.
- Gdzie teraz jesteś?
- Wyszłam - mówię. - Jestem na mieście.
- Z kimś?
- Rozważam to - odpowiadam. - Co się dzieje? Chodzi o tatę?
- Nie - uspokaja mnie. - Nie. Tacie nic nie jest. Amy nic nie jest. Ledzie nic nie jest.
- Nie mów, że chodzi o Tommy'ego. - Skubię żelowy lakier na paznokciach, którego nie wolno skubać.
- Nie chodzi o Tommy'ego - uspokaja mnie. - Dzięki Bogu.
- Dzięki Bogu - powtarzam i robię znak krzyża. Tommy to potulny mąż Ledy, który nosi dzianinowe kamizelki w sposób nieironiczny. Jest zbyt czysty i niewinny jak na ten świat i go uwielbiamy.
- Chodzi o Alexandrę - mówi Daphne.
Nie nazywa naszej matki "mamą", bo od dzieciństwa nią dla nas nie była. Mnie się wydaje, że to okrutne, ale Daphne ma do tego prawo. Leda też.
- Coś się jej stało?
- Ona... miała rozległy zawał. Wezwała karetkę, ale... odeszła, zanim zjawili się ratownicy.
- Och. - Podnoszę obsypaną brokatem dłoń do twarzy, przykładam ją do policzka. - Odeszła, czyli...
- Przykro mi, Cli - odpowiada moja siostra. - Czekaj, Leda do mnie pisze i pyta, czy może z tobą porozmawiać. Mogłabyś do niej zadzwonić?
- Jest zdenerwowana? - pytam.
- Wydaje mi się, że się o ciebie martwi.
- Dlaczego?
- No daj spokój... - wzdycha Daphne.
- A ty jesteś zdenerwowana?
- Jeszcze to do mnie nie dotarło - przyznaje. - W tej chwili jadę samochodem. Do taty. Myślę, że powinnaś jutro się zjawić.
- W porządku - zgadzam się. Mój telefon pika. Leda do mnie dzwoni, jakżeby inaczej. - To do zobaczenia jutro?
- Tak - potwierdza Daphne. - Kocham cię, Cli.
- A ja ciebie. - Przechodzę do połączenia z Ledą. - Hej. Daphne właśnie mi powiedziała.
- Każda z nas miała swoje przemyślenia i odczucia związane z Alexandrą. Ale sam fakt, że nie brała aktywnie udziału w naszym życiu, niekoniecznie oznacza, że łatwiej nam się pogodzić z tym, że już jej nie ma - wygłasza Leda. Pewnie ćwiczyła tę kwestię od momentu, gdy się dowiedziała. A może nawet już wcześniej.
- Dzięki, Leeds.
- Chciałam sama ci powiedzieć - stwierdza oczywistość. - Chciałam, żebyś usłyszała to ode mnie.
- Daphne poradziła sobie całkiem nieźle - ucinam. Kątem oka dostrzegam sunący w moją stronę cień. To Ethan. Przystaje z zakłopotaniem w pewnej odległości i patrzy na mnie ze zmartwioną miną.
- Była naszą biologiczną matką - cedzi Leda, chyba przez zaciśnięte zęby. Pewnego dnia odkryje Xanax i jakość jej życia dramatycznie wzrośnie. Ale zanim to nastąpi, moja siostra musi spać w szynie ortodontycznej, żeby nie zetrzeć sobie zębów na proszek.
- Jedziesz do taty? - pytam.
- Tak, właśnie się pakuję.
- Okej. Rano złapię jakiś pociąg.
- Jeśli zadzwoni ciotka Helen, zignoruj ją. Ja to załatwię - obiecuje Leda.
- Dobra - zgadzam się i widzę, że Ethan przysuwa się coraz bliżej. - Zaraz zamówię samochód i wrócę do siebie. Zadzwonię później, dobrze?
- Napisz do mnie, kiedy będziesz w domu - prosi Leda.
- Napiszę. Kocham cię po same uszy.
- Ja ciebie też - odpowiada.
Rozłączam się i od razu otwieram apkę Ubera.
- Ależ obsługa! Mitt będzie tu już za dwie minuty - oznajmiam Ethanowi. - Srebrna Toyota Corolla. Rejestracja kończy się na X trzy.
- Eee, wszystko okej? - pyta on.
Wrzucam telefon do torebki, zatrzaskuję ją.
- Zmarła moja mama.
Mijają sekundy. W oddali wyje syrena. Cudze nieszczęście chwilowo zagłusza moje własne.
- Czekaj, naprawdę? - upewnia się Ethan.
Przytakuję.
- Naprawdę.
- Jasna cholera. Strasznie mi przykro.
Mitt podjeżdża swoją Toyotą. Otwieram drzwi, oglądam się na Ethana, który stoi sztywno na chodniku z wytrzeszczonymi, załzawionymi oczami, jakby to on właśnie otrzymał te ponure wieści.
- Chcesz pojechać ze mną do domu czy nie? - pytam i wsiadam na tył.
Zajmuje miejsce obok mnie, niezrażony moją tragedią. A może właśnie ona go motywuje. Jeśli chce zostać moim rycerzem w lśniącej zbroi, niech tak będzie. Przytulam się do niego, grzeję się w jego cieple.
Tylko tym dla mnie jest - źródłem ciepła.
Jeśli istnieje życie pozagrobowe, jeśli choćby jedna z tych absurdalnych rzeczy, w które wierzyła moja matka, jest prawdą, to w tej chwili Alexandra obserwuje mnie z dumą.
"Wolałabym, żebyście najpierw rozkładały nogi, a dopiero potem otwierały serce, dziewczynki" - powiedziała kiedyś w połowie butelki. Wtedy byłam za mała, żeby zrozumieć. Tyle rzeczy.
- Właściwie to... - zwracam się do Ethana - zmieniłam zdanie. Wysiadaj.