Anna skończyła dwa lata, trzy. Oprócz tego nie bardzo wiem, co się działo. Dalej piekłam, szpachlowałam,uprawiałam, wyjeżdżałam, podsmażałam, sortowałam. Właśnie zakończyliśmy świętowanie Bożego Narodzenia, sprzątnęłam je i schowałam do dwóch pudeł, które należało znieść do piwnicy. Ojciec Anny leżał na kanapie, musiałam rzucić coś o włączeniu się w to zadanie, jakiś drobiazg, ale pogoda w ostatnich miesiącach zupełnie się zmieniła i podobny scenariusz powtarzał się z coraz krótszymi interwałami: jedno z krzykiem podrywało się z kanapy, waliło w ścianę, trzaskało drzwiami, domagając się reakcji, cholera cholera cholera! - a tego dnia to ja nie pozwoliłam drugiej stronie na danie upustu złości, to ja koniecznie musiałam zaprotestować, to ja tym najgłośniejszym razem tym najdłuższym razem tym najbardziej decydującym razem, jakie to cholernie typowe, że miało to być coś, co da się wykorzystać przeciwko mnie, myślałam, że jesteśmy sami, tuż po obiedzie położyłam ją na kanapie i na własne oczy widziałam, jak zasypia, ale ona teraz nie spała, a ja jej nie widziałam, nie widziałam, że tam stoi, przy regale z książkami, za krzesłem, szukałam tylko czegoś, czym mogłabym rzucić, co mogłabym zniszczyć, czułam potrzebę rzucenia czymś i zniszczenia tego czegoś, a tam leżał jeden z jej samochodzików, bez namysłu po prostu go podniosłam, ten niebieski, i cisnęłam nim o podłogę, pękł oczywiście, a teraz ją dostrzegłam, bo wydała z siebie dźwięk, stała tam przez cały czas, nic nie mówiąc, o Boże, mogłam w nią trafić, a nawet nie wiedziałam, że stoi za tym krzesłem; nie słyszy się przecież tych, którzy nie mówią, ale ona teraz się odezwała. Nie ma, powiedziała. Nie ma autka. Mama moja, dodała też. A ja w duchu rozpoczęłam rachowanie dobrych i złych cech, wszystkiego tego, o co mogłam być oskarżana przy rozstaniu, w sprawie o podział opieki nad dzieckiem, wszystkich drobnych i wielkich zaniedbań, których się dopuściłam, tym razem najpierw groźne zachowanie na jej oczach, później zniszczenie czegoś, co należało do niej, krzyczałam, rzucałam, wzbudziłam w niej lęk i coś się rozpadło, coś się zniszczyło, po prostu się oderwało i zniknęło, może ostatnie części konstrukcji, resztka poczucia bezpieczeństwa, jakie dawaliśmy we dwoje, on i ja, i zostałam już tylko ja, a skoro potrafiłam zachować się w ten sposób w jego obecności, no to jak mogłam się zachowywać, zostając z nią sama. Mama moja? - powtórzyła Anna. Tak, powiedziałam, tak, Anno, jestem twoją mamą.