Rozdział 1
MARIA
Wysyłam karetkę. Będzie za pięć minut - usłyszałam w słuchawce głos dyspozytorki medycznej, kiedy w kilku słowach opisałam stan pani Zofii.
Poprosiła mnie o zachowanie zimnej krwi i nieprzerywanie połączenia.
- Proszę ułożyć chorą na wznak i podłożyć poduszkę pod jej głowę - nakazała, zaleciwszy sprawdzanie pulsu.
- Jestem w ciąży, nie dam rady przełożyć jej na sofę - tłumaczyłam. Nadludzkim wysiłkiem próbowałam opanować stres.
- Nie szkodzi. Niech leży na podłodze. Ma pani koc?
Rozejrzałam się wokół i zatrzymałam wzrok na pledzie przerzuconym przez poręcz fotela.
- Tak.
- Proszę przykryć chorą i czekać na karetkę. Powinna zaraz przyjechać.
Dzwonek do drzwi obwieścił przybycie ratowników. Pobiegłam otworzyć, wskazałam drogę do salonu, a kiedy medycy przystąpili do badania, usunęłam się na bok. Serce, które dotąd łomotało jak szalone, pod wpływem dobrych wieści zaczęło zwalniać.
Pani Zofia odzyskiwała świadomość. Otworzyła oczy.
- Słyszy mnie pani? - Mężczyzna w czerwonym kombinezonie spróbował nawiązać z nią kontakt.
Po chwili starsza pani, osłuchana stetoskopem i po EKG, leżała na sofie. Wyniki były w porządku.
- To zaledwie omdlenie. Wszystko będzie dobrze - uspokoił ją ratownik, sięgając po strzykawkę. - Małe ukłucie i po sprawie - dodał. - Zostawiam panią w domu, ale zalecam wykonanie badań - zakończył i zamknął torbę. - A pani dobrze się czuje? - Spojrzał znacząco na mój brzuch.
Pod koniec piątego miesiąca bliźniacza ciąża była już widoczna.
- Nic mi nie jest. Czy to może się powtórzyć? - wyszeptałam z niepokojem.
- Nie sądzę. Ciśnienie w normie, EKG nie wykazuje nieprawidłowości. W razie czego jesteśmy po sąsiedzku - dodał z uśmiechem, wskazując brodą w kierunku szpitala odległego od domu pani Zofii o niecały kilometr.
Odetchnęłam z ulgą i postanowiłam nie podejmować tego wieczoru żadnych trudnych tematów. Pamiętałam okoliczności, w jakich moja podopieczna straciła przytomność. I choć poruszony przez nią wątek bardzo mnie zajmował, nie mogłam go dzisiaj kontynuować. Ze względu na jej zdrowie.
W moich uszach wciąż brzmiały wypowiedziane słowa.
- Marysiu, przyjeżdżając do Polski, nie spodziewałam się, że stanę wobec tak trudnego zadania. Że przeszłość da o sobie znać. Pytałaś mnie, czy pokażę ci listy twojej mamy, a ja odpowiedziałam, że może kiedyś. I nieoczekiwanie ten czas nastąpił. Mam je w jednej z szuflad i niebawem ci przekażę. Proszę jednak, byś przy czytaniu zachowała rozwagę i nie wyciągała pochopnych wniosków. A przede wszystkim nie myślała źle o Teresce i kimś jeszcze... Marysiu, po prostu musisz poznać prawdę.
Dalszy ciąg nie nastąpił, pani Zofia zasłabła. I choć paliła mnie ciekawość, musiałam ją poskromić. Najwyraźniej przyjaciółka sprzed lat mojej zmarłej mamy Teresy chciała mi przekazać treści, które mogły zakłócić obraz, który nosiłam w sercu. I dodać coś jeszcze, o tajemniczym "kimś", jak wspomniała.
Nie miałam pojęcia, o kogo może chodzić.
Postanowiłam skupić się na bieżących zadaniach, na zaparzeniu herbaty i przygotowaniu kilku kanapek, bo od obiadu minęło już trochę czasu. Wprawdzie niedziela dobiegała końca, a jutro czekał mnie zwykły dzień w pracy, ale postanowiłam spędzić noc u pani Zofii, by zareagować w razie kolejnej zapaści. Na szczęście moja rodzina wybyła z domu i nie oczekiwała obsługi. Władek siedział u swojego brata na wsi, Kalina wyjechała z rodziną chłopaka, Krzyśka, za miasto.
Trochę mnie uwierało, że porzuciłam dom opieki, który szefowa Wiesia zostawiła pod moim nadzorem, na cały weekend, by wraz z Julianem odświeżyć nieco rodzinne gniazdo pani Zofii, ale wieści, które przekazała mi dyżurująca Klaudia, łagodziły wyrzuty sumienia.
- Niczym się nie przejmuj. Wszyscy pensjonariusze są zdrowi, a Julian sprowadził elektryka.
- Jakiego znów elektryka? Co się stało?
- Jakieś spięcie czy coś. Sam ci powie. W każdym razie wszystko działa - dodała, odłożyła słuchawkę i pobiegła do swoich zajęć.
Julek, do którego zadzwoniłam, potwierdził awarię i uspokoił.
- Marysiu, niczym się nie martw. Dobrze, że Klaudia po mnie zadzwoniła. Problem zażegnany. A co u was? Farba wyschła?
- Owszem. Miałam tu małe zawirowanie, ale już wszystko w porządku. Później ci opowiem, bo teraz muszę wracać do pani Zofii. To samotne zamieszkanie w rodzinnym domu nie jest chyba dobrym pomysłem. Osiemdziesięciolatki z okładem nie powinno pozostawiać się bez opieki, gdy ma pokój w takiej instytucji jak nasza...
- Co się stało?
- Zemdlała, Julek, i wzywałam pogotowie. Skończyło się dobrze, ale co następnym razem? Trochę jej nie rozumiem. Płaci za dom starców, gdy ma swój własny?
- Sam nie wiem... - odparł ostrożnie. - Po trzydziestu kilku latach przyjechała z zagranicy, pochowała syna, który mieszkał w Polsce. Widocznie potrzebowała powrotu do korzeni, nawet za cenę pozostawienia rodziny drugiego syna w Niemczech. Tak czy siak, zrobimy, co możemy, żeby jej pomóc. Dostanie ładny pokoik na piętrze u siebie, do którego czasami będzie zaglądać. A tobie się podoba?
- Tak. Julek, dziękuję, że pomagasz. Ale teraz muszę już wrócić do pani Zofii. Widzimy się jutro w pracy - pożegnałam naszego rehabilitanta, z którym ostatnio bardzo się zżyłam. Może nawet za bardzo.
Moja podopieczna niebawem odzyskała wigor i jeszcze zanim zakończyłam rozmowę z Julkiem, opanowała kuchnię. Jajka na twardo dochodziły, a kilka kromek chleba zdążyła posmarować masłem. Nie pozwoliła się odsunąć od deski do krojenia, mimo że pośpieszyłam z pomocą.
- Sięgnij po kiszone ogórki! - Wskazała na lodówkę.
- Pani Zofio, może ja dokończę? Proszę usiąść i odpocząć - próbowałam pohamować te kulinarne zapędy.
- Już dobrze. Nic się nie stało. Czy mamy majonez?
Niemożliwa jak zawsze. Niemniej jednak jej organizm wysłał wreszcie namacalny sygnał, że starsza pani powinna unikać stresu. Obiecałam sobie solennie, że doprowadzę ją na gruntowne badania, by zapobiec kolejnym niespodziankom. Ale priorytetem na teraz było spędzenie wieczoru w spokojnej atmosferze.
Pani Zofia miała jednak inne plany. Zamierzała wrócić do tematu, który podjęła przed zasłabnięciem. I zrobiła to mimo moich protestów.
- Marysiu, dobrze się czuję, więc pozwól mi dokończyć, co zaczęłam. I żadnego ale - zaprotestowała gestem na próbę odmowy. - Nie wiadomo, kiedy znowu będziemy miały okazję porozmawiać t?te-a-t?te, nie marnujmy zatem szansy.
Zamilkłam przy szklance melisy i zamieniłam się w słuch. Pani Zofia sięgnęła po zdjęcie mojej mamy i zerknęła na nie przepraszająco.
- Teresko, muszę wyjawić Marysi prawdę - powiedziała. - Na moim miejscu postąpiłabyś tak samo.
Nie przerywałam rytuału rozmowy ze zmarłą przyjaciółką. Nie ponaglałam, chociaż targały mną coraz większe obawy o to, co usłyszę. Wyobraźnia podpowiadała niestworzone scenariusze. Czyżby mama kogoś skrzywdziła? A może zdradziła tatę albo przyczyniła się do czyjegoś nieszczęścia? Za chwilę miałam poznać prawdę.
Popłynęły słowa.
- Jak wiesz, byłyśmy z Tereską najlepszymi przyjaciółkami przez całe dziesięć lat. Do czasu mojego wyjazdu do Niemiec. Pracowała u mnie w komisie, była skromna, cicha i potrafiła słuchać. Nie przeszkadzała nam trzynastoletnia różnica wieku ani fakt, że ja miałam dzieci, a oni z Zenonem zmagali się z bezpłodnością. Niewiele mogli zdziałać. W latach siedemdziesiątych możliwości medycyny były w tym zakresie niewielkie. Nie to co teraz. Twoi rodzice zaczęli myśleć o adopcji, ale chcieli wychowywać dziecko od maleńkości, a procedury adopcyjne nie dawały dużego pola manewru. Zresztą, z tego, co się orientuję, i w dzisiejszych czasach to skomplikowany proces.
Po sierpniu osiemdziesiątego roku pojawiły się możliwości wyjazdu na Zachód - ciągnęła pani Zofia. - Tomasz z Joanną postanowili przenieść się na stałe do Niemiec. Alex był malutki, namówili mnie do wspólnego wyjazdu, a ja, głupia, się zgodziłam. Wiem, że już wspominałam ci o tym, ale chcę powrócić do jednej z ostatnich rozmów z Tereską.
Tamtego dnia zakończyłyśmy pracę i zaprosiłam ją do kantorka. Nie wiedziałam, jak mam jej powiedzieć, że zamykam komis i pozbawiam ją źródła utrzymania, a nas obu wspaniałej przyjaźni, bo podświadomie zdawałam sobie sprawę, że odległość niszczy najsilniejsze więzi.
Przyszła jakaś taka rozświetlona, uśmiechnięta, jak gdyby otoczona aureolą szczęścia. A ja miałam uderzyć ją jak obuchem. Nie potrafiłam zdobyć się na długi wstęp, więc postawiłam na szczerość.
"Teresko, likwiduję komis i przenoszę się z rodziną Tomasza do Niemiec. Jest mi bardzo przykro, że stracisz źródło utrzymania. Przepraszam".
Dostrzegłam w jej oczach błysk zawodu, ale jak się okazało, nie z powodu pracy.
"Zosiu, przykro mi, że nie będę cię miała blisko siebie", powiedziała. "Pracę sobie znajdę".
Wtedy puściły nam nerwy i popłynęły łzy. Płakałam nad rozstaniem z Tereską, pozostawieniem Arkadiusza, domu i starych kątów, których nie opuszczałam od dnia urodzin. Może powinnam wtedy zrezygnować i zostać? - Pani Zofia na moment przerwała monolog, by otrzeć wilgotne oczy. Jednak wkrótce przypomniała sobie o celu naszej dzisiejszej rozmowy, bo opanowała emocje, odchrząknęła i powróciła do głównego wątku. - Mimo niedobrych wieści Tereska nie przestawała emanować radością. Nie musiałam długo czekać, by poznać jej źródło.
"Zosiu, będę mamą!"
Nigdy dotąd nie słyszałam takiego jej wybuchu.
"Który to tydzień?", zapytałam, ściskając jej dłoń.
"Nie jestem w ciąży".
"To znaczy...?"
"Mamy zaadoptować dziecko pewnej nastolatki, która urodzi za dwa miesiące. Jest uczennicą szkoły u zakonnic i wszystko wskazuje na to, że zrzeknie się, a właściwie jej rodzice, prawni opiekunowie, zrzekną się prawa do dziecka. Nawet nie wiesz, jak czekam na ten moment!"
Wiedziałam, bo nieraz rozmawiałyśmy o maleństwie, którego Tereska tak pragnęła.
"Wspaniale! Wiesz, jakiej płci będzie dziecko?"
"Dziewczynka! Moja mała księżniczka..." Przyjaciółka rozmarzyła się każdą komórką ciała.
"Wybrałaś już imię?", ciągnęłam z obawą, że dopóki maluch nie zawita pod dach Tereni i Zenka, wszystko jeszcze może się zdarzyć.
"Maria. Marysia".
Zapytałam, kim jest nastoletnia matka i z jakiej pochodzi rodziny.
"Ma na imię Jadzia. Wpadła z kolegą z liceum. Jej rodzice są dobrze sytuowani, ale nie chcą skandalu. Podobnie jak rodzice jej chłopaka Tadeusza".
Wyjechałam z Polski po kilku tygodniach, zostawiwszy Teresce swój adres. Urządzanie nowego mieszkania w Augsburgu pochłaniało mnóstwo czasu, i bardzo dobrze, bo przynajmniej odsuwało myśli od emigracji. Drażnił mnie jednak niezrozumiały niemiecki w sklepach, tęskniłam, cały czas zastanawiając się nad sensem wyjazdu. Lecz mały Alex potrzebował opieki, więc gdy Tomasz z Joanną poszukiwali miejsca na otwarcie warsztatu samochodowego, mój wnuk i ja penetrowaliśmy pobliskie place zabaw i lodziarnie.
Kochałam wnuka, ale męczyły mnie sprzeczne uczucia. Wprawdzie komis już nie istniał, ale dom pozostał, a w nim mój młodszy syn. Serce ciągnęło do przeszłości, myślałam o przyjaciółce.
Aż wreszcie nadszedł list. Pierwsza korespondencja z Polski.
Z wrażenia pognałam do swojego pokoju, drżącymi palcami rozdarłam kopertę.
"Zosiu, mam już swoją Marysię w domu. Kniaziowie wywiązali się z obietnicy i jestem mamą. Czuję wdzięczność i ogromną radość. Co prawda nie rozumiem, jak można dobrowolnie pozbyć się tak cudownej istoty, ale przynajmniej mogę się nią cieszyć. Poznałam jej matkę Jadzię, a nawet młodocianego ojca. Zagubione dzieciaki, i tyle.
Maleńka jest przeurocza. Ma długie, ciemne kręcone włoski i uśmiech Giocondy. Oboje z Zenkiem kochamy ją całym sercem.
A u Ciebie wszystko w porządku? Zdołałaś pokonać trudy aklimatyzacji? Napisz, proszę, bo tęsknię. T.".
Słuchałam opowieści pani Zofii i kolejne puzzle trafiły na swoje miejsca. Tą Marysią byłam ja, adoptowana córka Teresy i Zenona. Moi prawdziwi rodzice zaś to Jadwiga i Tadeusz Kniaziowie, rodzice Aleksandry.
A zatem byłyśmy z Olą siostrami.
Nie potrafiłam pojąć, dlaczego pani Zofia postanowiła zburzyć mój świat dokładnie w tym momencie, kiedy nosiłam dzieci Aleksandry i Janka Boryków.