Rozdział 1. Powrót
Alison
10.10.2021
Wróciłam.
Boże, ja naprawdę wróciłam!
Powinnam kipieć szczęściem, ale to niewykonalne. Nie w tej sytuacji.
Drżącą dłonią łapię za zimną klamkę drewnianych drzwi. Nie puszczają od razu i muszę nacisnąć mocniej, by w końcu się otworzyły. Skrzypią jak dawniej, więc tylko prycham pod nosem na myśl, że ojciec nadal się tym nie zajął. Korytarz jest pusty.
Ruszam powolnym krokiem, by dać sobie więcej czasu na obmyślenie poprawnych odpowiedzi. Dlaczego nie było mnie tutaj od niespełna czterech lat? Co mnie powstrzymywało przed odwiedzinami u własnych rodziców? A co najgorsze, dlaczego ich okłamywałam, że jestem zbyt zajęta?
Przystaję na moment i biorę głęboki oddech. Spokojnie, Ali. Czuję, jakby serce miało mi się wyrwać z piersi, a ściśnięty żołądek daje o sobie znać nagłymi nudnościami. Może jednak powinnam zawrócić i poczekać z tą wizytą? Co znaczy kilka dni w porównaniu z czterema latami?
Alison, ty tchórzu.
Zdecydowanym krokiem ruszam w stronę jadalni. Co ma być, to będzie. Zniosę wszystko, bo doskonale wiem, że sobie zasłużyłam.
Mijam po drodze brudne ściany upstrzone starymi i pożółkłymi już plamami. Tutaj nic się nie zmieniło i wątpię, by kiedykolwiek była na to szansa. Moi ukochani rodzice są najbardziej upartymi osobami na świecie i nie przyjmą choćby odrobiny pomocy. Nie chcą czuć, że dostają coś z litości, bo to by uraziło ich dumę. Co musiałoby się stać, by ci ludzie zrozumieli, że to nie litość, ale wsparcie?
Przechodzę obok mocno wysłużonego kredensu i wkraczam do jasnego pomieszczenia. Na razie nikt mnie nie zauważa. Mamy nie widzę, a tata stoi z wysokim mężczyzną i rozmawiają o czymś, nie zwracając na mnie uwagi. Mężczyzna unosi nagle głowę i zerka w moją stronę, a wtedy chyba przeżywa szok. Jego mina jest bezcenna. Dokładnie tak wyobrażałam sobie tę chwilę, i to od bardzo długiego czasu.
- Ali? - pyta z niedowierzaniem.
- Witaj, braciszku.
Tęskniłam za nim.
Mój głos jest słaby i zachrypnięty. Wyduszam z siebie to jedno zdanie i czekam z niepewnością na krok mężczyzny. Przywita się ze mną czy jednak zobaczę na jego twarzy gniew? Przyglądam mu się z lekkim uśmiechem na ustach, bo wyglądem nie przypomina już tego wkurzającego starszego brata, którego pamiętam z nastoletnich lat. Jego ramiona zrobiły się o wiele szersze, a rysy twarzy ostrzejsze. Pierwszy raz widzę, by miał zarost, ale muszę przyznać, że mu pasuje.
- Mam nadzieję, że mój indyk będzie...
Przenoszę wzrok na mamę, która właśnie wchodzi do salonu z tacą w dłoniach. Na mój widok przerywa nagle w pół zdania i upuszcza tacę na podłogę.
O Jezusie...
Szybko do niej podbiegam, chcąc uratować pieczeń. Zbieram z podłogi gorącego indyka i kładę go niezdarnie na tacy. Wstaję na równe nogi i podchodzę do stołu, by postawić na nim nasz dzisiejszy obiad.
Jestem w pełni świadoma tego, że nikogo teraz nie obchodzi ten nieszczęsny indyk. W centrum uwagi jestem ja i muszę jak najszybciej się odezwać, bo inaczej atmosfera stanie się nie do zniesienia. Odwracam się w stronę swojej zszokowanej rodziny i uśmiecham słabo, chcąc zacząć jak najlepiej.
- Przepraszam, że wcześniej nie uprzedziłam...
- O mój Boże! - krzyczy nagle mama, odzyskując głos. - Kochanie, jak ty wyrosłaś!
Rzuca się szybko w moim kierunku i otula mnie ramionami. Na początku nie wiem, jak się zachować, bo nie spodziewałam się takiej reakcji. Jest dobrze, Ali. Później wzdycham głośno z ulgą i odwzajemniam uścisk, za którym tak tęskniłam. Mama wypuszcza mnie po krótkiej chwili i przygląda mi się z szerokim uśmiechem.
- Taka niespodzianka w Święto Dziękczynienia! Jack! Przywitaj się z córką.
I teraz zaczynają się schody. Do zabrania głosu został zmuszony mój ojciec, który zapewne nie cieszy się tak jak mama. Albo po prostu nie chce tego okazać. Jego mina jest zacięta i widzę, jak ściska w dłoni butelkę z winem. W drugiej ma korkociąg - już sobie wyobrażam, jak rzuca nim we mnie pod wpływem złości, poczucia, że został porzucony, a może bezradności. Uśmiecham się lekko, widząc pierwszy raz spory zarost na jego brodzie. Siwiejące włosy sprawiają, że wygląda nieco łagodniej.
- Ali... - Brat podchodzi do mnie, wydaje się zmieszany. Szuka odpowiednich słów, ale słabo mu to wychodzi. Widzi, że atmosfera staje się napięta, więc rozszerza usta w cwaniackim uśmiechu. - Jeszcze sobie porozmawiamy, gówniaro.
- Jakoś się ciebie nie boję - odpowiadam z pewnością w głosie.
Wichrzy lekko moje ciemne włosy, przez co wkurzona łypię na niego złym wzrokiem. Nie cierpię, gdy tak robi, a on doskonale o tym wie. Całe dzieciństwo zmagałam się z jego głupim zachowaniem i z tym, że traktował mnie jak dziecko. To nigdy nie minie. Im starsza jestem, tym więcej mam nadziei, ale ona szybko ulatuje, gdy pojawia się temat moich związków.
- Pewne rzeczy się nie zmieniają, nadal z ciebie mikrus - mówi, naśmiewając się ze mnie.
Mikrusem z pewnością bym się nie nazwała, ale dla Matta z jego prawie dwumetrowym wzrostem wciąż nim jestem.
- Och, spadaj, ty...
- Co się takiego stało, że teraz nagle chcesz nas widzieć? Ktoś umarł?
Nieruchomieję w reakcji na twardy głos taty. Słyszę w nim rozgoryczenie i wcale mu się nie dziwię. Wiedziałam, że to z nim będzie najtrudniej. Mama jest najmilszą osobą na świecie i nawet gdyby ktoś ją opluł, ona z podniesioną głową zapytałaby, czy może w czymś jeszcze pomóc. Jest wspaniała i jedną z wielu rzeczy, których żałuję, jest utrata więzi, która nas łączyła.
Ale jeśli chodzi o ojca...
Tutaj historia wygląda zupełnie inaczej, w przeciwieństwie do reszty zebranych w pomieszczeniu osób, jego głosu nie słyszałam od czasu wyjazdu. Dokładnie od czterdziestu pięciu miesięcy. Zdecydowanie za długo.
- Tato, ja...
- Ciekawe, co chcesz nam powiedzieć? - przerywa mi z kpiną w głosie. - Nagle ci się przypomniało, że jesteś częścią tej rodziny?
Auć.
Zasłużyłam sobie.
- Wiem, że wiele powinnam wam wyjaśnić - zaczynam cichym głosem, patrząc prosto w jego ciemne oczy. Kulę się pod jego spojrzeniem jak mała dziewczynka. - Po pierwsze, chciałabym przeprosić. Moje zachowanie było niedorzeczne i zdaję sobie...
- Wyparłaś się nas, Alison.
Jeśli mówi do mnie pełnym imieniem, to oznacza tylko jedno. Muszę zacząć wdrażać plan B.
Odpycham brata na bok i pewnym krokiem idę w stronę zdenerwowanego mężczyzny. Wiem, że nie chce mnie teraz widzieć, a co dopiero przytulić, ale mam to w dupie. Jeśli przerywa mój monolog, to nie pozostaje mi nic innego, jak zrobić to siłą. Rzucam się w jego szerokie ramiona i ściskam go mocno. Nieruchomieje nagle, nie oddając uścisku, ale ja już się cieszę w duchu, że mnie nie odpycha.
Dopiero po chwili trwającej niemal wieczność obejmuje mnie silnym ramieniem w talii, a na czubku mojej głowy składa lekkiego całusa.
Wiedziałam, że plan B zadziała.
Uśmiecham się do niego szeroko, ale on tego nie odwzajemnia. Odsuwa się nieznacznie. Zauważam na jego twarzy niewielką zmianę i jestem z siebie zadowolona, że udało mi się nieco ostudzić złość, która go ogarnęła.
- Nie chciałabym przerywać, ale my się chyba nie znamy.
Odwracam się na dźwięk melodyjnego głosu Amber. Ona mnie nie zna, ale ja ją doskonale znam. Słodka duszyczka w moim wieku, która zdobyła ponure serce mojego brata. Opowiadał mi o niej nie raz podczas naszych rozmów telefonicznych i teraz muszę przyznać mu rację. Ona naprawdę jest piękna. Długie, ciemne włosy spięła w luźny kucyk, a sukienka, którą założyła, ma uroczy wzór wisienek. Twarz dziewczyny jest naturalnie śliczna i nie zauważam na niej ani grama makijażu. Uśmiech, który mi posyła, odbieram jako czarujący.
- Ali. - Podaję jej dłoń i odwzajemniam uśmiech. - Już od dawna czekałam na spotkanie z tobą.
- Naprawdę? - Śmieje się, ściskając moją rękę. - A ja jakoś się chyba trochę bałam.
- Dlaczego? - pytam zaskoczona.
- Twój brat mnie ostrzegał, że jesteś jego oczkiem w głowie, więc trochę stresu zdążyłam przeżyć.
Przenoszę rozbawione spojrzenie na Matta i szturcham go lekko w twardy tors. Kiedy on zaczął tak ćwiczyć?
- Nagadałeś jej o mnie i teraz uchodzę za potwora.
- Bo nim jesteś - mówi, odpychając mnie mocniej.
Krzywię się z bólu i pocieram lekko ramię. Kiedyś oddałabym mu znacznie mocniej, a teraz mam wrażenie, że złamałabym sobie nadgarstek, uderzając w tę stalową pierś.
Siadamy w końcu przy stole uginającym się pod ciężarem wspaniałego jedzenia, którego tak bardzo mi brakowało. Pożeram wzrokiem zawartość naczyń i nie mogąc już dłużej czekać, nabieram palcem trochę sosu. Niebo w gębie.
- Na jak długo wpadłaś, słonko? - pyta mama miłym głosem.
- Na stałe - odpowiadam krótko, przez co zwracam na siebie uwagę wszystkich. - No co?
- Czyli...
- Czyli, że wróciłam - wtrącam żywo.
- To cudownie! - odzywa się z entuzjazmem mama. - Twój pokój nadal czeka.
Uśmiecham się lekko i dziękuję jej w myślach za to ciepło, które mi dziś okazuje. Nad tatą będę musiała jeszcze trochę popracować, ale mam nadzieję, że niedługo mu przejdzie. Jak na razie jego nastrój się nie zmienia. Nadal nie patrzy w moją stronę i nie zadaje żadnych pytań.
Nie jestem już jego małą córunią?
W pewnym momencie przy stole nastaje grobowa cisza. Nikt już nie zadaje mi pytań i ja sama nie wyrywam się do wypowiedzi. Każdy skupia się na zawartości swojego talerza i nie zwraca uwagi na resztę. Obserwuję co chwilę Matta z Amber i uśmiecham się nieznacznie, widząc, jak on na nią patrzy. Wyciera delikatnie kącik jej ust ubrudzony sosem i składa lekki pocałunek w tym miejscu.
Mój braciszek jest zakochany.
Wiedziałam o tym od dawna, ale pierwszy raz widzę to na żywo. Sposób bycia Matta nigdy nie wskazywał, że właśnie tak będzie wyglądało jego życie w przyszłości. W szkole zawsze wstydziłam się z powodu tego, co gadały o nim dziewczyny. Spotykał się chyba z każdą chętną i bardzo szybko wszystkie porzucał. W liceum był szczuplejszy, ale równie przystojny ze swoim chłopięcym uśmiechem i dołeczkami w policzkach. Moje biedne koleżanki łapały się na to aż za bardzo, a ja później musiałam słuchać ich żalów. Sądziłam, że to się nie zmieni.
A jednak zmieniło się wiele.
Może i nie ruszałam się z Edynburga od czasu rozpoczęcia studiów, z Mattem rozmawiałam jednak praktycznie codziennie. Dzwoniliśmy do siebie, by pogadać chociaż trochę na luźne tematy, ale też regularnie pisaliśmy. Opowiadał mi o swoim klubie, który prowadzi od niedawna, i... o miłości do Amber. Odbyliśmy dużo rozmów o miłości do Amber.
Mimo to nie wiem nawet, jak się poznali, jego monologi dotyczyły przeważnie jej charakteru i wyglądu. Jest jak szczeniak z obsesją.
Wstaję grzecznie od stołu i kieruję się w stronę łazienki. Mijam po drodze pokój, który od dziś znów będzie moją sypialnią, po czym skręcam w prawo i wchodzę do małego pomieszczenia. Nic tu się nie zmieniło od mojego wyjazdu i pewnie od jakichś dwudziestu lat. Kafelki nadal mają kolor jasnej zieleni, a po prawej stronie umywalki wciąż widać niewielką dziurę. Rysa na lustrze mówi mi, że Matt nie kiwnął palcem, by coś tu naprawić. Rodzice pewnie nie zgadzali się na remont, ale, do cholery, mógł jakoś ich podejść. On wyprowadził się do bogatej dzielnicy i mieszka w apartamencie, a oni nadal żyją tutaj. W niemal rozpadającym się domu. Mam nadzieję, że chociaż w dachu nie ma dziur.
Przemywam twarz zimną wodą i wycieram się pomarańczowym ręcznikiem. Nawet on się nie zmienił.
Wracam do jadalni i patrzę wymownie na brata. Od zawsze potrafiliśmy porozumiewać się bez słów i teraz też wie, że chcę z nim pogadać na osobności. Podchodzi do mnie, a ja ciągnę go w stronę korytarza.
- Sam mieszkasz w apartamencie, a nasi rodzice...
- Zanim skończysz - przerywa mi głębokim głosem - trzy razy zamówiłem nowe meble, które za każdym razem odsyłali. Zapłaciłem dwóm kolesiom z mojego klubu, żeby pomalowali ściany, ale mama przegoniła ich z krzykiem - tłumaczy zmęczony. - Ali, oni już tacy są. Tata unosi się dumą, a mama twierdzi, że świetnie radzi sobie sama.
Milczę, patrząc na niego spod przymrużonych powiek. Wiem, że mówi prawdę, ale mimo to nadal jestem na niego trochę zła. Musi być bardziej uparty, nie może poddawać się po błahej kłótni. Teraz, gdy już tu wróciłam, to wszystko się zmieni. Jeśli nie wezmą pieniędzy, sama pomaluję te cholerne żółte ściany. Być może im wiele do szczęścia nie trzeba, ale mnie jest przykro patrzeć na to, w jakich warunkach mieszkają. Ten dom nie jest ruderą, lata świetności ma już jednak dawno za sobą. Potrzebuje remontu, a ja akurat mam trochę wolnego czasu.
Dużo wolnego czasu.
Boże, obym szybko znalazła pracę, bo inaczej będzie ciężko.
- Sama to zrobię - mówię przez zaciśnięte zęby.
- Sama? - kpi z uśmiechem na ustach. - Powodzenia. Mama wygoni cię stąd jednak szybciej, niż przypuszczałem.
Szturcham go z całej siły, ale on ani drgnie, a mnie dłoń boli. Odchodzę od niego, by tym razem zająć miejsce obok taty. To przy nim muszę najwięcej się napracować. Mama będzie mnie kochała nawet wtedy, kiedy ucieknę na drugi koniec świata. Ojciec z tą miłością jest ostrożny.
- Fajnie ci z tą brodą.
Mój głos jest cichy i niepewny, ale to przez tę jego minę. Nie wyraża absolutnie żadnych emocji. Czuje złość, gniew, smutek czy radość? Nie mam pojęcia, bo widzę tylko obojętność.
- Zapuszczam ją od dwóch lat - odpowiada twardo.
No tak. Gdybym pojawiała się tutaj regularnie, to pewnie bym o tym wiedziała.
- Ja chciałam ściąć włosy, ale...
- Dlaczego wróciłaś? Co się takiego stało, że nagle sobie o nas przypomniałaś?
- Cały czas o was pamiętałam. Przecież rozmawiałam z mamą w każdy czwartek, a ty...
- Cztery lata temu oznajmiłaś nam, że musisz odpocząć od Glasgow i zostajesz na święta w akademiku - przerywa mi coraz bardziej wkurzony. - Dwa miesiące później napisałaś mamie SMS-a, że masz za dużo na głowie. Pół roku później powiedziałaś, że nie pojawisz się na jej urodzinach - cedzi przez zęby. - Chyba nie muszę przypominać, co było dalej. W końcu przestałaś odbierać telefony i oznajmiłaś, że rozmawiać możesz tylko w cholerne czwartki! - Uderza dłonią o blat stołu, przez co podskakuję przestraszona. - Według ciebie to jest normalne? Gratuluję, Alison. Zawiodłaś mnie. - Wstaje nagle i wychodzi z jadalni, zwracając na siebie uwagę wszystkich.
Kilka łez wypływa z moich oczu. Obraz mi się zamazuje, a gardło mam ściśnięte z nadmiaru emocji. Chce mi się wyć.
Wycieram mokry policzek i uśmiecham się szeroko do mamy. Udaję, bo przecież nauczyłam się tak dobrze kłamać.
Cudowny początek, Alison.
Mama posyła mi krzywy uśmiech, po czym nagle, jakby coś ją olśniło, rozpromienia się szczerze.
- A mówiłam ci, że Dominic bierze ślub? Już za cztery miesiące! Wspaniale, prawda?
Tak, wspaniale.
Zajebiście, kurwa, wspaniale.