Wprowadzenie
Nazywam się Wes Lancaster.
Trzeci z grona Bogatych Łobuzów, jeśli mogę tak o sobie powiedzieć.
Jestem właścicielem nowojorskich Mavericksów, restauracji BAD oraz cichym inwestorem kilku start-upów rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych.
Wartość mojego majątku to jakieś trzy albo cztery miliardy dolarów.
Brzmi znajomo, prawda?
Nawet dla mnie baza tej historii jest uderzająco podobna. Wolałbym jednak, żeby nie wrzucano mnie do jednego worka z kolesiami pokroju Thatchera Kelly'ego. Różnica między Thatchem, Kline'em a mną polega głównie na tym, że oni skrupulatnie oglądają każdego centa - choć z bardzo różnych powodów - ja natomiast nigdy nie skupiałem się na liczbach. Znam ich przybliżoną wartość i wiem, co za sobą niesie.
A niesie za sobą wolność.
Wolność, by żyć tak, jak mnie się podoba, wydawać pieniądze z wyczuciem, choć często, i bez ograniczeń cieszyć się tym, co sprawia mi radość. Kobietami, samochodami, podróżami i czasem, bo wszystko to może być moje, i to na moich warunkach.
Lubię kontrolę. Lubię eskapizm. Lubię być panem swojego losu.
Pieniądze może i szczęścia nie dają, dają za to mnóstwo możliwości. Dla mnie te możliwości przybierają wiele form, z których najważniejszą jest spełnienie marzenia o własnej drużynie futbolowej. Moi pracownicy wiedzą, jak bardzo angażuję się w swoją pracę, o czym z lubością plotkują, posiłkując się toną kreatywnych epitetów. Wiedzą też, że kupując zespół wchodzący w skład NFL, nie miałem na celu wzbogacenia się czy zdobycia wyższego statusu społecznego - chciałem po prostu stać się częścią tego doświadczenia. Niejednokrotnie słyszałem, że jestem "irytująco obecny", i teksty w stylu: "o kurwa, znów tu jest" czy "to już naprawdę przesada".
Teraz jednak moje zainteresowanie pracą jeszcze bardziej się pogłębiło, splatając się ściśle z personelem - a właściwie z Winnie Winslow, nową rehabilitantką - i nie tyle przebywam w biurze praktycznie cały czas, ile wręcz nie potrafię z niego wyjść.
Winnie jest wszystkim, czego teoretycznie nie powinienem chcieć.
Jest silna, wymagająca i ma małe dziecko.
Ale jak się okazuje - ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Umysł mówi mi, że Winnie zniszczy wszystko, co przez lata budowałem, serce zaś podpowiada, że bez niej nic tak naprawdę nie ma sensu.
Zazwyczaj rządzi mój umysł. To on podejmuje ważne decyzje i chroni mnie przed nieuniknionym cierpieniem, nierozerwalnie związanym z zaangażowaniem w romantyczną relację. Wygląda jednak na to, że tym razem stery przejął bijący w piersi czterokomorowy skurwiel.
Twierdzi, że to ostatni moment, w którym ta książka może być o mnie, bo dzięki Winnie i Lexi Winslow stałem się częścią czegoś większego, co kryje się pod słowem "my".
A oto nasza historia.
Rozdział pierwszy
Wes
Korytarze tętniły życiem, pracownicy przemieszczali się między kafeterią a salami spotkań, zawodnicy między szatnią a siłownią lub boiskiem, przy czym każda mijana osoba witała mnie skinieniem głowy.
Doceniałem ten gest, ale tak naprawdę nie znosiłem być w centrum uwagi. Stale musiałem się przez to pilnować - swoich min, słów, reakcji - i być tym, za kogo mnie uważano, co niekoniecznie odpowiadało mojej prawdziwej naturze.
Tak jak stworzyłem mechanizm, który napędzał obecne działania mojego zespołu, tak i swoją reputację zbudowałem wyłącznie własną pracą. Uchodziłem za stoika, faceta pozbawionego jakichkolwiek emocji, niewzruszonego, opanowanego, którego trudno wyprowadzić z równowagi.
Przerażało mnie, jak często moje wnętrze było dokładnym przeciwieństwem tego obrazu - kłębowiskiem emocji, które aż się we mnie gotowały, grożąc, że lada chwila znajdą ujście przez żołądek.
Moja relacja z Bogiem była raczej skomplikowana i w dużej mierze pozbawiona mojego zaangażowania, mimo że straciłem już rachubę, ile razy dziękowałem mu za spostrzegawczość i silną kontrolę nad przełykiem, którymi mnie obdarzył.
Nad głową zamigotały mi światła, wydając charakterystyczny syk, kiedy jedna z żarówek uparcie walczyła o przetrwanie. Zanotowałem w myślach, żeby powiadomić o tym konserwatora, jak tylko skończę obchód.
Podobnie jak wszystkie inne drużyny w lidze funkcjonowaliśmy według z góry ustalonego harmonogramu, a poszczególni zawodnicy - czy to z formacji specjalnych, ofensywnych czy defensywnych - udawali się w różne miejsca o różnych porach. Po zakończeniu serwowania śniadań w kantynie każdy członek drużyny miał znaleźć się w określonym miejscu, niezależnie od tego, czy było to spotkanie biznesowe, trening, siłownia, czy konsultacje medyczne. Środy w tygodniach wyjazdowych musiały przebiegać jeszcze sprawniej, bo cała drużyna była zobligowana stawić się na czas, aby przygotować się do wyjazdu następnego dnia.
A w tym tygodniu lecieliśmy do Miami. Upalnego i słonecznego miasta, które zachęcało do noszenia skąpych ubrań. Błagam, niech nadarzy się okazja, by Winnie Winslow mogła włożyć bikini, wtrącił mój kutas, śliniąc się i podrygując, zanim mój umysł zdołał go powstrzymać.
Cholera jasna.
Zatrudniłem ją w roli drużynowej rehabilitantki, lecz dość szybko stała się moją obsesją, słabością i źródłem rozkojarzenia. Błyskotliwe i ekscytujące wymiany zdań, podszyte nutą zadziorności, którą z łatwością mogłem sobie wyobrazić w sypialni, zajmowały zdecydowanie zbyt dużo miejsca w mojej głowie, biorąc pod uwagę, jak niewiele mieliśmy ze sobą do czynienia. Połączeni pracą, przez pierwsze tygodnie naszych flirciarskich podchodów nie ośmieliliśmy się nawet dotknąć. Zresztą wciąż jeszcze byliśmy na bardzo wczesnym etapie intymności, raczkującej relacji, która balansowała na granicy zwykłej znajomości.
Właściwie najbardziej intymnym kontaktem, jaki między nami zaistniał, było delikatne muśnięcie jej dłoni podczas niespodziewanego ślubu Thatcha i Cassie w Phoenix kilka tygodni temu. Jednak niezależnie od tego, jak niewinne było to zdarzenie, od tamtej pory wypełniała mnie irracjonalna potrzeba ponownego poczucia jej skóry. Było to co najmniej nienaturalne, a wręcz niepokojące, zacząłem bowiem mimowolnie unikać towarzystwa innych kobiet.
Przez pierwszy tydzień po powrocie z Phoenix próbowałem się do tego zmusić, ale wraz z upływającym czasem i wydłużającymi się dniami w pracy ciało przestało ze mną współpracować.
Właśnie tak. Bez bodźca w postaci dotyku Winnie mój kutas zwyczajnie przestał reagować. I owszem, mój mały problem ujawnił się w najgorszy i najbardziej żenujący sposób z możliwych. Jedyne, za co mogę być wdzięczny, to że ta biedna kobieta, której to zrobiłem, znała mnie już od jakiegoś czasu i wiedziała, że to całkiem nowa sytuacja. Oczywiście, gdy tylko wróciłem do domu, do własnej ręki i bardzo szczegółowej fantazji z Winnie Winslow w roli głównej, ten drań zareagował bez zarzutów.
- Możesz mi wierzyć... - usłyszałem głos Winnie, gdy skręciłem w korytarz prowadzący bezpośrednio do sali treningowej.
Czas przyjmowania zawodników z kontuzjami lub potrzebami medycznymi rozpoczął się o szóstej, czyli prawie godzinę temu. Ta godzina wstrzemięźliwości wymagała ode mnie herkulesowego wysiłku, ale w końcu kropla przelała czarę goryczy, a tama pękła, odzierając mnie z resztek samokontroli... i adekwatnych metafor.
Musiałem ją zobaczyć. Właścicielkę tego szorstkiego, a zarazem słodkiego głosu, przepełnionego pasją. Chciałem poczuć to, co czułem, ilekroć się do mnie zwracała.
Na szczęście uchodziłem za kogoś, kto lubi mieć wszystko pod kontrolą, więc jedyną osobą świadomą prawdy i tego, jakim jestem idiotą, byłem ja sam.
Mimo wstydu porażki po wewnętrznej walce, aby znów ją zobaczyć, przyspieszyłem kroku. Gdyby był tu teraz Thatch, na pewno rzuciłby jakiś durny komentarz, a ja dałbym mu jasno do zrozumienia, w sposób nie tylko werbalny, żeby się odpierdolił. Ale go tu nie było, a jedyną przeszkodą dzielącą mnie od spojrzenia prosto w pełne żaru oczy Winnie była reszta tego durnego korytarza.
- ...że wiem o tobie więcej, niżbym chciała, Martinez - kontynuowała Winnie, a jej stanowczy głos niósł się po pustym korytarzu. - Wyszukiwarka Google'a dostarcza zdecydowanie zbyt wielu informacji.
- Coś mi się zdaje, że widziała twojego wacka, Młody. A po tonie jej głosu wnioskuję, że nie bez powodu nazywają cię "Młodym" - odezwał się wesoły męski głos.
Przez korytarz przetoczyła się fala okrzyków, gwizdów i śmiechu, docierając aż do moich uszu.
- Hola, hola! - krzyknęła rozbawiona Winnie. - Podciągaj te cholerne portki, Młody. Nie widziałam twojego penisa i nie planuję tego zmieniać.
Całe pomieszczenie aż zawrzało, więc jeszcze bardziej przyspieszyłem, chcąc jak najszybciej się tam znaleźć.
- Penisa, doktorku? - usłyszałem pytanie jednego z chłopaków. - To brzmi bardzo medycznie.
Zatrzymałem się przed drzwiami w momencie, gdy Winnie odpowiedziała:
- I takie też jest. Medyczne. Jedyna sytuacja, w której będę zmuszona spojrzeć na wasze penisy, będzie wtedy, kiedy złamiecie je podczas meczu. Penis zmienia się w kutasa czy fiuta tylko w sytuacjach towarzyskich.
- Sposób, w jaki to mówisz, sprawia, że mój penis czuje się bardzo towarzysko, pani doktor - zażartował Mitchell, a reszta facetów zdecydowanie się z nim zgodziła.
- Przykro mi, Cam - odparła Winnie żartobliwie surowym tonem. - Nie mam już żadnych wolnych terminów.
Uśmiechnąłem się, wbrew jakiejkolwiek logice, i wszedłem do pokoju, gdzie zastałem znacznie więcej zawodników, niż się spodziewałem. Najwyraźniej połowa z nich wiedziała, że nie należy rzucać seksistowskich komentarzy do rehabilitantki tylko dlatego, że jest ona kobietą. Zmusiłem się do przybrania surowszego wyrazu twarzy.
Przy tak licznej publiczności uśmiech na mojej zazwyczaj ponurej twarzy za bardzo rzucałby się w oczy.
Kilku chłopaków momentalnie się wyprostowało.
Prywatnie, czyli w gronie przyjaciół i rodziny, potrafiłem żartować jak każdy z nich, z tym że oni mnie z tej strony nie znali. Widzieli we mnie osobę, na jaką kreowałem się w pracy, w mediach, w kontaktach z kobietami, jako szefa, który niekoniecznie uznałby ich wcześniejsze teksty za stosowne.
Quinn Bailey, nasz najlepszy rozgrywający od lat, dzieciak z południa kraju z charakterystycznym akcentem, ani drgnął. Uśmiechnął się tylko, gdy Winnie kończyła bandażować jego nadgarstek, co bez problemu mógłby zrobić samodzielnie.
- Siemaneczko, panie L - zaśpiewał, a ja mimowolnie się uśmiechnąłem.
Ten gałgan był po prostu zbyt sympatyczny. Nie miałem pojęcia, czy to przez jego potargane, choć wciąż zadbane włosy, czy raczej przez szczery uśmiech, ale zwyczajnie nie można było się na niego gniewać.
- Nie powinieneś być już na treningu? - zapytałem, na co Quinn wyszczerzył się jeszcze bardziej.
Oboje wiedzieliśmy, że powinien. W dodatku zbyt dobrze odczytał wszystkie niestosowne myśli, które skłoniły mnie do zadania tego pytania.
Główną wśród nich była Winnie Winslow i jej niesamowite nogi, oczy, włosy, twarz. Cholera.
Każda myśl dotycząca jej wspaniałego ciała zdawała się potęgować panujące między nami napięcie. Jednak badawcze spojrzenie Quinna nie tylko wywołało we mnie lekkie zmieszanie, lecz także zmusiło do przyznania się do czegoś, do czego nie chciałem się przyznawać.
Tego mianowicie, że przez ostatnie trzy tygodnie spędzałem cholernie dużo czasu na tym brzegu rzeki Hudson, na którym pracowała piekielnie atrakcyjna rehabilitantka, i to akurat tam, gdzie ja byłem szefem.
Wodząc wzrokiem po szyi Winnie i śledząc jej skórę aż do miejsca, gdzie znikała pod kołnierzykiem koszuli, zrozumiałem, dlaczego stadion stał się nagle tak szalenie interesującym punktem w moim grafiku.
A skoro ja to zauważyłem, tak samo jak Quinn, to pewnie zauważyła to też jedna z nielicznych osób pracujących w moim biurze na Manhattanie, czyli Georgia.
Niedobrze. Jeśli jedna połówka wpływowej pary Brooksów to zaobserwuje, to niezwłocznie dowie się o tym również druga.
Jedynie kwestią czasu zatem było to, że Kline i Thatch mnie uprowadzą i poprzez tortury polegające na walce na poduszki i okładaniu się stanikami z push-upem zmuszą mnie do wyznania wszystkich grzeszków związanych z Winnie Winslow.
No co? Czy to nie takie rzeczy robi się na babskich nocowankach?
- Pomóc ci w czymś, Wes? - zapytała Winnie, wyrywając mnie ze świata marzeń oraz koszmarów i sprowadzając z powrotem do sali.
Poczułem na sobie kilka zaciekawionych spojrzeń. I chciałem wierzyć, że to przez niekorzystne światło jarzeniówek Winnie wygląda tak kusząco.
Kąciki jej różowych ust uniosły się w niewielkim uśmiechu, gdy tylko zdała sobie sprawę, jak skutecznie wytrąciła mnie z równowagi.
Chryste Panie, zwrócił się mój umysł do kutasa. Widzisz to? Nie jest to nam do niczego potrzebne.
Zacisnąłem zęby, by powstrzymać się przed wyrzuceniem z siebie litanii niestosownych epitetów.
- Nie, dzięki - odpowiedziałem. - Robiłem obchód i usłyszałem, że googlujesz zdjęcia penisów naszych zawodników, więc musiałem to zweryfikować.
No dobra, może nie udało mi się zatrzymać wszystkiego dla siebie.
Kilku gości parsknęło śmiechem, inni, co mądrzejsi, tylko przeskakiwali wybałuszonymi oczami między mną a nią.
Na stówę poryłem im tym głowę, bo dawny Wes Lancaster, ten, którego krew płynęła swobodnie po całym ciele, zamiast gromadzić się zdradziecko w rejonie genitaliów, nigdy nie powiedziałby czegoś takiego do swojego pracownika. Nawet na osobności, a co dopiero przy innych.
Martinez uznał to chyba za zachętę do kontynuowania tematu i zaczął ściągać spodnie.
Winnie dostrzegła to kątem oka, mimo że skupiała się na mnie, i pisnęła:
- O nie, Młody! Nie. Nie googlowałam twojego penisa. Ani się waż.
- To co googlowałaś? - zapytałem, nie mogąc ugryźć się w język. W sumie mleko już się rozlało, więc równie dobrze dalej mogłem się w nim taplać.
Winnie westchnęła ciężko, oparła się biodrem o stół i skrzyżowała ramiona na pełnych piersiach.
Każda para cholernych oczu w tym pomieszczeniu momentalnie skierowała się na odsłoniętą tam skórę.
Zacisnąłem pięści, żeby się uspokoić, i rozejrzałem się po zebranych w pokoju mężczyznach, zauważając, jak każdy z nich usilnie się stara ukryć reakcję swojego ciała na ten subtelny ruch. Poprawiali się dyskretnie i wiercili. Gdyby nasze zbiorowe podniecenie mogło wydać dźwięk, z pewnością popękałyby nam od tego jazgotu bębenki.
Chryste Panie, byliśmy prawdziwymi zwierzętami. Można by pomyśleć, że zobaczyliśmy coś bardziej intymnego, jak na przykład odsłonięty sutek, ale prawda była taka, że nic podobnego się nie stało, a ona miała na sobie elegancką, bardzo gustowną koszulę, która wszystko zakrywała.
Po prostu kiedy my, faceci, wystarczająco się postaramy, nasz wzrok działa jak rentgen. Ale nikomu o tym nie mówcie. Cicho sza!
- Statystyki. Poprzednie kontuzje. Historię sportową - odpowiedziała i uniosła brew, rzucając mi wyzywające spojrzenie.
Nie zamierzała się ugiąć. Wiedziałem, że niezależnie od tego, co powiem, nie da za wygraną i natychmiast odbije piłeczkę. Wiedziałem też, że zaspokoiłaby każdą moją zachciankę i że przez następną dekadę będzie grała główną rolę w każdej mojej pieprzonej fantazji erotycznej.
Z jednej strony wkurzało mnie to, jak bardzo jej pragnąłem.
A z drugiej nie chciałem, żeby to się kiedykolwiek zmieniło.
Zamierzałem podrążyć temat, dowiedzieć się wszystkiego. Ale wszelkie sensowne powody mojej obecności właśnie się skończyły, a limit nieprofesjonalnych zachowań wyczerpał się już dobre kilka minut temu.
- Okej, pozwolę wam wrócić już do pracy - rzuciłem, na co odpowiedziało mi kilka skinień głową, więc wszystko zdawało się wracać do normy.
Winnie zaś odetchnęła głęboko, chyba po raz pierwszy, odkąd się pojawiłem.
A to oznaczało, że i ja w jakiś sposób na nią działałem.
Podszedłem do drzwi, lecz zanim przekroczyłem próg, odwróciłem się i zadałem pytanie, które z pewnością interesowałoby dawnego Wesa:
- Gotowi na Miami?
Pomieszczenie natychmiast wypełniło się okrzykami, przekleństwami i kilkoma obraźliwymi uwagami na temat mieszkańców Miami i samego miasta.
Dzięki Bogu w ten weekend graliśmy na wyjeździe.
Bo to oznaczało, że będę zbyt zajęty, by zaprzątać sobie głowę Winnie Winslow.
Rozdział drugi
Winnie
Wystarczyło spędzić w Miami zaledwie dwa dni, bym zaczęła odczuwać ogromną wdzięczność za to, że mieszkam w Nowym Jorku. Powietrze było tu tak wilgotne, że aż duszące, nie wspominając o lejącym się z nieba żarze. Przez ostatnie czterdzieści osiem godzin pociłam się bardziej niż zawodnicy, którymi się zajmowałam. Bardziej niż gejzery w naszym ukochanym Parku Narodowym Yellowstone. I bardziej niż ta fontanna, przypominająca spływający po oknie deszcz, która zdaniem Joey'a z Przyjaciół stanowiła świetną dekorację jego mieszkania.
Panie drogi, zamieniłam nawet ulubiony dezodorant marki Secret na drogi sztyft Old Spice kupiony w hotelowym sklepiku, bo uznałam, że wolę pachnieć jak facet niż jak spocone stopy. Poza tym miałam już dość ekwilibrystyki, którą wyczyniałam pod każdą suszarką do rąk, próbując wysuszyć rozlewające się niczym tsunami plamy pod pachami.
Na szczęście dla mnie - oraz moich ubrań - i zapewne dzięki doskonale przemyślanej strategii Mavericks rozegrali mecz wieczorny, w blasku reflektorów, a nie popołudniowy, w palącym słońcu Florydy. W przeciwnym razie już na początku sezonu wyglądałabym raczej jak spieczona papryczka niż złocista bogini.
A wracając do futbolu, to rozgromiliśmy drużynę z Miami, wygrywając dwadzieścia cztery do zera, i nie bałam się przyznać, że po części było to moją zasługą. Choć byłam nowa, uspokajałam graczy i zapewniałam doraźną pomoc tym lekko kontuzjowanym, żeby mogli grać dalej. W rzeczywistości byłam dość małym trybikiem w całej tej świetnie funkcjonującej maszynie, ale jednak.
Quinn Bailey rozegrał świetny mecz, ukończywszy go z trzema przyłożeniami i spektakularnymi podaniami, a nasza obrona walczyła zaciekle przy każdej próbie, nie pozwalając Miami zdobyć ani jednego punktu. Byłam dumna z tych chłopaków, którzy szybko - i dość niespodziewanie - stali mi się naprawdę bliscy. Przez cały mecz z trudem powstrzymywałam się od rozemocjonowanych pisków, ale musiałam dbać o swoją reputację. W końcu była ona kluczowa dla pełnionej przeze mnie funkcji.
W grupie krzepkich i rozbrykanych futbolistów należało być twardą babeczką. Nie dawać sobie w kaszę dmuchać, dotrzymywać im tempa, a przede wszystkim być od nich mądrzejszą. I miałam wrażenie, że dorastanie w gronie czterech starszych i strasznie irytujących braci właściwie mnie do tego przygotowało.
Na stanowisku rehabilitantki Mavericksów pracowałam dopiero od sześciu miesięcy, ale już uwielbiałam tę pracę. Uwielbiałam swój grafik i to, że nie musiałam odklepywać szalonych dyżurów w szpitalu, a nawet to, że co jakiś czas gdzieś z nimi wyjeżdżałam. Dzięki jasnym zasadom i znajomemu otoczeniu czułam się tam jak u siebie.
Tak naprawdę jedynym, co mnie niepokoiło, była obecność Wesa Lancastera.
Właściwie nie wiem, czy słowo "niepokoiło" w ogóle tu pasuje, bo w gruncie rzeczy nie wywoływał we mnie żadnych złych emocji, na Boga, wywoływał raczej nazbyt... dobre.
Sęk w tym, że był moim szefem. Co oznaczało, że był też prawdopodobnie najmniej odpowiednim facetem na świecie, w którym powinnam była się zadurzyć.
Tajemniczy, zarozumiały, irytująco pewny siebie, a do tego kompletnie przeciwny stałym związkom, nie mówiąc już o relacji z kobietą samotnie wychowującą dziecko. Wszystko to słyszałam z jego ust co najmniej kilka razy.
Żałowałam, że moje ciało nie kuma tej pieprzonej mieszanki językowej, którą mój umysł przyswoił od razu po wylądowaniu w Miami.
No bueno, Winnie. Tylko nie ten dupek. ?Comprende? To pytanie pojawiało się w mojej głowie, ilekroć łapałam się na spoglądaniu na opalone przedramiona Wesa, które zbyt ochoczo wystawiał na palące słońce podczas ostatniego treningu.
Jeśli orgazm inspirowany Lancasterem, który zafundowałam sobie podczas szybkiego prysznica, był jakimkolwiek wskaźnikiem, to... nie. Nie comprende, nic a nic.
Odpędziłam od siebie myśli o niedostępnych mężczyznach oraz wszystkich komplikacjach związanych z ich obsesyjnym pożądaniem i wybrałam numer Remy'ego, żeby sprawdzić, co słychać u mojej sześcioletniej córki Lexi.
Rem był najstarszym z czwórki mojego rodzeństwa i bez wątpienia ulubionym wujkiem Lexi, choć starałam się go w tym nie utwierdzać.
Nieustannie ją rozpieszczał i zawsze chętnie się nią zajmował, co bardzo mi pomagało, kiedy Mavericks wysyłali mnie na mecze wyjazdowe. Niezaprzeczalnym plusem był też jego wolny status i to, że nie palił się do związków - najwyraźniej otaczałam się tylko takimi facetami - do tego pracował z domu, bo zajmował się inwestowaniem na giełdzie. Podobnie jak mąż Cassie, Thatch, lubił liczby i inwestycje, brakowało mu jednak entuzjazmu, więc suma na jego koncie bankowym nie miała aż tylu zer. Na moim zresztą też nie, tak jak u wielu normalnych ludzi.
- Hej, siostrzyczko - przywitał się, gdy odebrał po drugim sygnale, od razu zdradzając się jako fan Billy'ego Idola, co na ogół próbował ukrywać. - Jak tam w Miami?
- Gorąco jak w piekle - jęknęłam, próbując zagłuszyć utwór White Wedding w mojej głowie, który wybrzmiał od razu po jego słowach. - Ten florydzki upał sprawia, że tęskno mi nawet do zabarwionego sikami śniegu w Nowym Jorku.
Roześmiał się.
- Mówisz tak tylko dlatego, że w tym roku jeszcze nie miałaś okazji w niego wdepnąć.
Pewnie miał rację. Skrzywiłam się na myśl, jak szybko nadejdzie ta pora, i zapisałam w pamięci, że muszę kupić sobie i Lexi nowe śniegowce.
- Twoi chłopcy dali dziś czadu - zauważył Remy. - Lex była o krok od szaleństwa, gdy zobaczyła, jak Bailey przekracza granicę trzystu jardów podczas podania.
Uśmiechnęłam się szeroko. Odkąd zaczęłam pracę dla Mavericksów, Lex wkręciła się w futbol amerykański, a jej młody umysł chłonął statystyki jak gąbka.
Lex była niezwykłym dzieckiem. Zdiagnozowano u niej wysokofunkcjonujący autyzm, więc odznaczała się wyjątkową inteligencją i świetnie sobie radziła z matematyką, czytaniem i pisaniem. Alfabet opanowała już w wieku dwóch lat i szybko nauczyła się pisać wszystkie litery. Rok później znała podstawy matematyki, a w wieku czterech lat potrafiła już czytać. Teraz, jako sześciolatka, umiała rozwiązywać zadania z algebry na poziomie przewyższającym większość uczniów szkół średnich.
I choć mierzyła się z wieloma trudnościami, jej determinacja, by je pokonać, była niezwykle budująca. Nie ulegało wątpliwości, że moja córka ma piękny umysł.
- Jak długo pozwoliłeś jej dziś siedzieć, Rem?
- Nie za długo. O dwudziestej drugiej była już w łóżku.
- Jesteś pewien? - dopytałam. Wiedziałam, że gdyby poszła spać o dwudziestej drugiej, nie zobaczyłaby statystyk Baileya, bo pokazywali je dopiero po zakończeniu meczu.
- No dobra - odpowiedział z uśmiechem w głosie. - Maks piętnaście po.
Zerknęłam na zegarek stojący na hotelowej szafce nocnej. Była dwudziesta trzecia trzydzieści pięć.
- Gówno prawda. Założę się, że dopiero jakieś piętnaście minut temu skończyłeś jej czytać bajkę.
Znów się roześmiał.
- Zamierzam trzymać się swojej wersji.
- Ta, jasne, cwaniaczku - droczyłam się. - Jeśli jeszcze raz pozwolisz jej siedzieć do dwudziestej trzeciej, poproszę, żeby to Ty się nią zajął.
- Lex za nic się nie zgodzi, bo to mnie kocha najbardziej.
Parsknęłam śmiechem.
- Hmm... no nie wiem. Ostatnio opowiada dużo o Judzie.
- Cholera, może powinienem ją obudzić - mruknął pod nosem.
- Ani mi się waż - zagroziłam.
Jak widać, nasza relacja nie dojrzała wraz z nami i wciąż lubiliśmy się przekomarzać. Nadal tkwiły w nas dzieciaki gotowe kłócić się o to, kto jest berkiem.
- Jesteś już w hotelu? - zapytał, ignorując moją zaczepkę i momentalnie wchodząc w swoją standardową rolę nadopiekuńczego brata.
Spośród czwórki rodzeństwa to Rem najbardziej się starał mnie chronić. Biorąc pod uwagę, że wychowałam się bez ojca, a obecnie miałam fatalny gust w wyborze partnerów i dziecko wymagające specjalnej opieki, nie odniósł na tym polu zbyt dużego sukcesu, co strasznie go frustrowało.
- Tak, tato - odpowiedziałam z przekąsem. - Wróciłam ze stadionu jakieś czterdzieści minut temu. Wykąpałam się i jestem już gotowa do spania.
- Dobrze - stwierdził. - Nie chcę czytać później w gazetach, że balowałaś z bandą napalonych futbolistów.
- Zluzuj poślady - prychnęłam. - Nawet jeśli będę miała ochotę siedzieć do rana i pić shoty z ciał naszych graczy, nic ci do tego.
- Jakoś mnie to, kurwa, nie śmieszy.
- Rem - powiedziałam, naśladując jego niezadowolony ton. - Może i jestem twoją młodszą siostrą, ale jestem też trzydziestojednoletnią kobietą. Kiedy to w końcu do ciebie dotrze, co?
- Nigdy. Zawsze będziesz moją małą siostrzyczką.
- Jesteś najgorszym z moich braci.
- Raczej najlepszym.
- Najbardziej irytującym.
- Twoim ulubionym.
- O nie, moim ulubionym jest Jude.
- Bzdura.
Zaśmiałam się.
- Dobra. Idę spać. Poproś jutro Lexi, żeby do mnie rano zadzwoniła, okej?
- Spoko - zgodził się. Mimo tych wszystkich docinków i narzekania wiedziałam, że akurat z braćmi mi się w życiu poszczęściło. - Kocham cię, Win.
- Ja ciebie też.
Rozłączyłam się i stwierdziłam, że pora na szybki wypad do automatu po jakąś przekąskę. Paczka chipsów i butelka coli jeszcze nigdy nie brzmiały bardziej kusząco. Ponieważ wiedziałam, że większość zespołu poszła po meczu na kolację i drinka, uznałam, że nie muszę się przejmować wyglądem ani brakiem stanika.
Poważnie, kto śpi w staniku, co? Na pewno nie ja.
Związałam wilgotne włosy w niedbały kok, wciągnęłam na siebie szorty i top do spania, wsunęłam stopy w klapki i wyszłam z pokoju, mając ze sobą jedynie kartę kredytową - bo nigdy nie nosiłam ze sobą gotówki - oraz kartę do pokoju.
Chwała temu, kto sprawił, że można płacić kartą w automatach. Jedynym minusem było to, że dowody mojego łakomstwa pojawiały się pod koniec miesiąca na wyciągu bankowym. Trochę mnie dziwiło, że Visa nie zablokowała mi karty po dziesiątkach transakcji, jakie potrafiłam wygenerować, kupując przekąski w automatach.
- Alleluja! - zawołałam, dotarłszy do automatu.
Był świetnie zaopatrzony i miał nawet moje ulubione chipsy o smaku sera i kwaśnej śmietanki. Moja radość nie miała granic. Mimo że znalazłam faworyta, i tak przyjrzałam się pozostałym opcjom, bo chciałam znać wszystkie możliwości. Nocne przekąski były dla mnie równie ekscytujące jak szansa na wygranie miliona dolarów. Nucąc ulubioną piosenkę Lexi, czyli Baby Mine z bajki Dumbo, stukałam palcami w szybę i zastanawiałam się nad właściwym wyborem.
Precle? Nie. Nie mam ochoty na solony karton.
Skittlesy? Może.
Pop-Tartsy? Dobre, ale raczej na śniadanie.
Okej, niech będą chipsy.
Trzy machnięcia kartą później miałam w rękach paczkę chipsów, butelkę coli i Skittlesy na deser. Odwróciłam się w stronę korytarza i momentalnie zderzyłam się z czyimś torsem. Naprawdę imponującym torsem. Co do tego nie miałam wątpliwości, w końcu byłam zbyt wyposzczona, by popełniać tak podstawowe błędy.
Paczka Rufflesów chrupnęła głośno między naszymi ciałami, a silne ręce złapały mnie za ramiona i uchroniły przed upadkiem na hotelową wykładzinę.
Powiodłam wzrokiem ku górze, wysoko, wysoko, aż napotkałam intensywne, ale znajome piwne oczy.
Oczy Wesa Lancastera.
- Nic ci nie jest? - zapytał i spojrzał na mnie z troską.
Surowa mina, która prawie zawsze malowała się na jego twarzy, gdzieś się ulotniła, ustępując miejsca spokojowi, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałam. Nie zaciskał zębów, nie marszczył czoła, był po prostu mężczyzną, który wyszedł w piżamie po coś do automatu.
To było tak niesamowicie... ludzkie.
Nie wydawał się aż tak onieśmielający jak za dnia, choć nadal trudno byłoby mi przejść obok niego obojętnie. Obecność Wesa Lancastera po prostu się odczuwało.
- Nie. - Pokręciłam głową i poruszyłam odrętwiałymi ustami. - Przepraszam. Nie wiedziałam, że za mną stoisz.
Jak długo tam stał, co?
Oby nie na tyle długo, żeby słyszeć moje fałszowanie.
Obserwowałam, jak wodzi wzrokiem po moim ciele, schodząc coraz niżej i niżej, i niżej, aż bezwstydnie zmierzył mnie od stóp do głów.
I naraz prysnął cały spokój naszej interakcji.
Boże, jak on mnie wkurzał. A jednocześnie podniecał.
Chciałam go spoliczkować, ale też pocałować.
Chciałam wspiąć się na niego jak na drzewo. Żaden mężczyzna nie wywoływał we mnie tak silnych i sprzecznych emocji.
Kiedy jego spojrzenie ponownie spotkało się z moim, uniosłam pytająco brew.
- Wszystko już zlustrowałeś? Czy może powinnam się obrócić, żebyś mógł się upewnić?
Jego usta - idealne, pełne, stworzone do całowania - wygięły się w sugestywnie ironiczny uśmieszek.
- A może to ja mam się obrócić, co? - zapytał i skrzyżował muskularne ramiona na piersi. - Nie miałbym nic przeciwko.
Nie mogłam się powstrzymać i wbrew zasadzie "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal" powiodłam wzrokiem po jego ciele, chłonąc każdy idealny centymetr i rozkoszując się widokiem wysportowanej sylwetki odzianej jedynie w prosty biały T-shirt i czarne szorty. Chryste Panie. A myślałam, że w garniturze wygląda obłędnie.
Czy naprawdę nie mógł sobie odpuścić przynajmniej tych idealnie napiętych mięśni ramion?
Już raz doszłam w ten weekend na ich wspomnienie. Zlituj się nade mną, Wszechświecie.
Był tak boski, że nie wiedziałam, czy patrzeć w jego przenikliwe, a zarazem niezwykle uwodzicielskie oczy, czy raczej na jego oszałamiające ciało.
Wtedy mnie uderzyło.
Na jego tyłek, Winnie, podpowiedział mi umysł. Zdecydowanie na jego tyłek.
Nie mogłam zaprzeczyć, że był cholernie apetyczny, i mimo że nie miałam fetyszu związanego z męskimi pośladkami, to należące do Wesa Lancastera z przyjemnością bym schrupała. Zaczęłam się obawiać, że ta obsesja sprawi, że skończę jak jedna z osób z programu Dziwne uzależnienia.
- Obrócić się? - zapytał, ściągając mój wzrok do swojej twarzy. - Dobrze wiem, jak bardzo lubisz się patrzeć na mój tyłek - dodał bezczelnie i puścił do mnie oko, doprowadzając mnie tym do furii.
Cholera jasna. Miałam to wypisane na czole czy co? Na Boga, Winnie, weź się w garść.
Przewróciłam oczami i uwięziłam całą moją złość tam, gdzie jej miejsce, czyli we mnie, by mogła zjadać mnie kawałek po kawałku, aż postradam rozum.
- Wcale nie lubię patrzeć na twój tyłek.
Oczywiście, że lubiłam. I to bardzo. Ale nie zamierzałam się do tego przyznawać. Lubiłam w samotności rozmyślać o jego zgrabnych pośladkach, drażniąc palcem łechtaczkę i zaciskając zęby na dolnej wardze... Kurde no.
Dobra, wiem. Naprawdę wiem. Brzmię jak najbardziej napalona laska na świecie, ale może powinnam wspomnieć, że od ponad roku nie uprawiałam seksu? Tak, od roku. To takie dołujące.
Cassie powiedziałaby pewnie, że jestem go "spragniona". I wierzcie mi, że na serio taka byłam. Spragniona wysokiego, kuszącego mężczyzny zwanego Wesem Lancasterem. Do diabła, gdyby był butelką coli, nie potrzebowałabym nawet słomki. Wyżłopałabym go jednym haustem prosto z gwinta.
Z gwinta? Poważnie? Czy mogłabym upaść jeszcze niżej?
Zapamiętać: przestań się spotykać z Cassie.
Pochylił się nade mną, a jego usta musnęły moje ucho.
- Powiedz, Win. Zimno ci czy się podnieciłaś?
- Słucham? - zapytałam i odsunęłam się gwałtownie, zdezorientowana i zaskoczona. Co to miało, do cholery, wspólnego z tym, że jestem go spragniona?
Wzrok Wesa zsunął się powoli z moich ust na szyję, aż do piersi, gdzie zatrzymał się na bawełnianym materiale zasłaniającym moje pozbawione stanika cycki.
Palant. Nie musiałam nawet zerkać w dół, żeby wiedzieć, do czego pił. Najwyraźniej moje hormony nie wiedziały, że to tylko fantazje. Ale na litość boską, mógł to zignorować. Skoro nie wiedział, jak się zachować, mógł się zachować po prostu przyzwoicie.
- Zimno mi - odpowiedziałam. Ani mi się śniło ustąpić czy dać mu do zrozumienia, że mnie zawstydził, i zasłonić moje bardzo widoczne sutki.
Znów spojrzał mi w oczy, a ja wytrzymałam to intensywne spojrzenie.
- Jesteś pewna, złotko? - wyszeptał. - Bo coś mi się zdaje, że jesteś podniecona. I to równie mocno jak ja.
Mój umysł mamrotał: dupek, dupek, dupek, mimo że ciało krzyczało: dotknij mnie, pocałuj mnie, zerżnij mnie. Oczy zaś walczyły z przemożną potrzebą, żeby spojrzeć w dół.
- Chciałbyś, żebym była podniecona - poprawiłam go stanowczym głosem. - Ale jest różnica między jawą a snem, złotko.
- Pragniesz mnie. I to jest fakt - odpowiedział bez cienia skrępowania. Jego głos wypełniała bezczelna arogancja, a oczy płonęły pożądaniem. Wyglądał, jakby połknął słońce.
Myślałam, że to Miami jest gorące, ale to ciepło bijące od Wesa doprowadzało mnie do szaleństwa. Szalałam z pożądania. Z potrzeby. Z żenująco wielkiej desperacji.
Zbyt długo balansowaliśmy na krawędzi. Przyciągając się i odpychając na zmianę. Czułam, że dotarłam na skraj urwiska, z którego nie było już odwrotu. Nie mogłam już dłużej się temu opierać, czymkolwiek to coś było. Chciałam, żeby mnie dotknął. Żeby położył na mnie ręce. Żeby zerwał ze mnie ubranie i naznaczył mnie swoimi ustami, językiem, kutasem. Pociągał mnie tak bardzo, że budził we mnie pierwotne instynkty. Zwierzęce instynkty. Czułam, że dobrnęłam do momentu, w którym nie mogłam mu się już dłużej opierać.
- Ty też mnie pragniesz - wymamrotałam.
Nasze spojrzenia znów zawirowały w znajomej grze i nie chciały ustąpić.
Jego powiedziało: "No dalej. Poddaj się. Zrób to, czego pragniesz, Win".
Moje odparło: "Dobrze, tylko ten jeden raz. Co może pójść nie tak?".
Kilka sekund później chipsy i cola wypadły mi z rąk i zaczęliśmy się całować. Wsunęłam dłoń w jego włosy, a on przyciągnął mnie bliżej. Nasze usta walczyły o dominację, bo żadne z nas nie chciało dać za wygraną. Wgryzłam się w jego dolną wargę, gdy zacisnął silne dłonie na moich pośladkach, uniósł mnie i owinął sobie moje nogi w pasie.
Przygwoździł mnie plecami do automatu i otarł się o mnie, nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do tego, że był równie podniecony. Moje twarde sutki naparły na jego klatkę piersiową, z której buchał tak wielki żar, że przenikał on oddzielające nas od siebie cienkie warstwy bawełny.
- Doprowadzasz mnie do szaleństwa - jęknął.
- Tak - zgodziłam się z sapnięciem.
Doprowadzałam go do szaleństwa, a on nie pozostawał mi dłużny. Czułam, że żadne z nas nie ma już nad tym kontroli.
Jego usta powędrowały do mojej szyi, zasysając i liżąc jej wrażliwą skórę, na co moje uda jeszcze bardziej ścisnęły go w pasie. Cholera jasna, chciałam go poczuć. Ciało przy ciele. Chciałam go poczuć w sobie.
A potem znów się całowaliśmy. A może to ja znów go całowałam? Wiedziałam tylko tyle, że się całowaliśmy, i to jak. Byliśmy jak tornado stłumionych emocji, a nasze usta, języki, zęby ciskały błyskawice, wciągając nas w głębiny namiętności, z których nie było już odwrotu.
- Karta do pokoju - wyszeptał między desperackimi pocałunkami.
Co? Jaka karta? O cholera. Co się dzieje?
Jak do tego doszło? A co ważniejsze - kto zaczął?
Czy to ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie?
Nie. Nie miało. Bo za nic nie zamierzałam tego przerywać. Było mi zbyt dobrze. On był zbyt dobry. Chciałam tego. Chciałam go.
Dlatego też, podejmując ostatnią świadomą decyzję, wsunęłam mu w dłoń klucz do pokoju i wyszeptałam:
- Pospiesz się.
Rozdział trzeci
Wes
- Pospiesz się - powiedziała.
I nigdy bym nie przypuszczał, że tak cholernie dobrze potrafię wykonywać czyjeś polecenia. Jej pełne pośladki w moich dłoniach działały na mnie jak przyspieszenie w grze Mario Kart.
Wyobraziłem sobie, że ciągnie się za mną jasna smuga światła, gdy z łatwością oderwawszy Winnie od automatu, ruszyłem pędem przez korytarz, niosąc ją do pokoju. Wessała się w moją szyję, delikatnie ją podgryzając, całując, jakby nie mogła się zdecydować, co ze mną zrobić, jednocześnie utrzymując mnie pod wpływem swojego narkotycznego działania i sprawiając, że oczy odpływały mi ku górze.
Ja też chciałem jej posmakować, więc gnałem, rzucając tylko krótkie spojrzenia na korytarz, aby upewnić się, że jesteśmy sami. Musiałoby dojść do jakiejś apokalipsy, żeby powstrzymać mnie przed zanurzeniem się między udami Winnie Winslow, a nawet wtedy i tak bym to zrobił, po prostu upewniłbym się zawczasu, że mam przy sobie broń.
Dotarłszy do jej pokoju, poczułem lekkie zażenowanie, bo nie dało się ukryć, że wiedziałem, gdzie się znajduje, ale to uczucie znikło równie szybko, jak się pojawiło. Od miesięcy się z tym nosiliśmy, krążąc wokół siebie jak atomy, i choć wmawiałem sobie, że do niczego między nami nie dojdzie, moje ciało przez większość czasu przygotowywało się na zupełnie odwrotny scenariusz. Może nie spodziewało się tego, gdy wyciągnęło mnie z łóżka, zmuszając, bym poszedł do automatu po przekąski, na które i tak nie miałem ochoty, ale doprawdy nie ma co się dziwić, że zapamiętałem numer i lokalizację jej pokoju.
Przytknąłem kartę do zamka, bez jakiejkolwiek finezji, torując nam drogę z bardzo publicznego korytarza do bardzo prywatnego pokoju, gdzie mogłem zrobić wszystko, o czym od tak dawna fantazjowałem.
Wykorzystując jej lekkie ciało, pchnąłem ciężkie drzwi, po czym obróciłem się, żeby je za sobą zamknąć. Huk, z jakim się zatrzasnęły, przypominał wystrzał inicjujący wyścig. I tak też na nas podziałał.
Złapała mnie za ramiona i odchyliła głowę, a ja ani myślałem zmarnować takiej okazji. Jej skóra pachniała idealną mieszanką brzoskwiń i słońca, więc pożerałem ją, jakbym umierał z głodu. Każdy jej centymetr, każde słodkie westchnienie, każdy zmysłowy jęk, pożerałem to wszystko z zachłannością, za nic nie mogąc się nią nasycić i z każdą sekundą pragnąc więcej.
Przeciągnąłem językiem wzdłuż jej szyi, a potem lekko ją podgryzłem, gdy poruszyła biodrami, dając mi subtelnie do zrozumienia, że powinniśmy się przesunąć w stronę łóżka. Nie musiała mi tego powtarzać.
Dwa szybkie kroki wystarczyły, żeby pokonać ten dystans i ułożyć ją na łóżku. Ciepło jej miękkiego ciała pod moim sprawiło, że zakręciło mi się w głowie.
Myślałem, że jestem zbyt zajęty, by przejmować się Winnie Winslow.
A teraz byłem zbyt zajęty Winnie Winslow, by przejmować się czymkolwiek innym. Z łatwością zaszczepiłem tę narrację w swoim umyśle, uciszając wszystkie głosy sprzeciwu i podkręcając klimat Marvina Gaye'a.
Zapaliłem w wyobraźni kilka świec i rozsypałem płatki róż, które wirowały mi pod zamkniętymi powiekami. Niewinna wyprawa po M&M'sy zamieniła się w rozrywkę dla dorosłych, i to w najlepszym wydaniu, dzięki czemu w ekspresowym tempie przechodziłem ze stanu uśpienia do pełnej gotowości.
Chyba nagram sobie wydarzenia dzisiejszej nocy, żeby za dwa tygodnie odtworzyć je sobie w zaciszu własnego apartamentu. Cholera jasna. Skup się. Winnie Winslow wyryłaby ci na jądrach symbol zagrożenia biologicznego albo jakieś przekleństwo, żeby ostrzec przed tobą inne kobiety, upomniałem się w myślach.
Być może miałem szansę pokierowania tym, co się tu działo, w końcu byłem od niej większy, silniejszy i szybszy. Z łatwością mogłem ją zdominować, ale nie byłem od niej mądrzejszy - miała prawo mi odmówić, uznać, że do niczego nie dojdzie, ani teraz, ani nigdy, i tak naprawdę, mimo że wszystko we mnie domagało się zgody, jej zdanie liczyło się dla mnie znacznie bardziej niż cokolwiek innego.
Zsunąłem powoli dłonie w dół, przeciwstawiając się chaosowi w mojej głowie, i złapałem za cienki materiał jej topu. Była to tak marna przeszkoda, że nie powinna mieć żadnego znaczenia, ale jedyne, o czym potrafiłem myśleć, to to, że pragnąłem jej ciała.
Chciałem ją poczuć, ciepło i cichy pomruk, mieszający się z elektryzującym napięciem, które ze mnie buchało. Pragnąłem jej. Chciałem jej dotykać, smakować, poczuć jej esencję, aż się w niej zatracę, pogrążę tak bardzo, że zapomnę, jak to jest czuć cokolwiek innego.
Wygięła się i uniosła piersi w moją stronę, zapraszając, bym wykonał kolejny krok, więc rozerwałem jej top.
Westchnęła, a ja pochłonąłem ten dźwięk, przyciskając usta do jej warg z całym tym wielomiesięcznym pragnieniem.
Oczy Win wypełniło niecierpliwe oczekiwanie, przekonanie, że przeproszę, lecz nie zamierzałem tego robić. Nie chciałem przepraszać za zdejmowanie z niej jakiejkolwiek części garderoby, niezależnie od tego, czy ją zniszczyłem, czy nie.
Oddychała nierówno, gorączkowo, a gdy uniosła biodra, zassałem jej sutek, pociągając palcami za drugi. Była idealna pod każdym względem, dokładnie taka, jaką ją sobie wyobrażałem, i nie chodziło mi o kształt jej ciała ani kolor jej skóry, tylko o to, jak ożywała pod moim dotykiem, pod moją intensywnością, moim niepodważalnym pragnieniem jej, tej chwili i wszystkiego, co miało dopiero nadejść.
- Wes - jęknęła, a moje żyły zapulsowały, jakbym coś sobie wstrzyknął. Euforii, jakiej doświadczałem, nie dało się przyrównać do niczego, co kiedykolwiek czułem, i modliłem się, żeby trwała godzinami.
- Jesteś jeszcze lepsza, niż to sobie wyobrażałem - powiedziałem, bo wiedziałem, że kobiety nie tyle potrzebują takiego zapewnienia, ile na nie zasługują.
Słowa, spojrzenia, dotyk i wszystko pomiędzy. Kiedy skończę z Winnie Winslow, nie będzie miała żadnych wątpliwości, że ma wszystko, czego potrzeba, by przyciągnąć i zatrzymać przy sobie każdego mężczyznę lub cokolwiek, co tylko zapragnie.
- Wes... - powtórzyła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.
- Czuję zapach twojego podniecenia - wyznałem, bo naprawdę go czułem. To połączenie, magię tego, że leżałem między jej nogami, jej ciało już się na mnie przygotowywało, a ja byłem jak cholerny pies myśliwski, stworzony, by ją wytropić.
Złapałem za gumkę jej szortów i odsunąłem je od gładkiej skóry, przesuwając wzrokiem w dół jej brzucha.
Nie miała na sobie bielizny. Straciłem nad sobą panowanie i wsunąłem tam rękę, zanim jeszcze zsunąłem z jej bioder cienki materiał spodenek. Cofnąłem się, ściągnąłem go całkiem z jej nóg, i przykucnąłem na skraju łóżka, z twarzą oddaloną zaledwie kilka centymetrów od raju między jej udami, podczas gdy moja dłoń pokonywała tę niewielką odległość.
- Rany boskie, Win - wyszeptałem, gdy moje palce przesunęły się po jej jedwabiście wilgotnej skórze, zbierając wilgoć z jej wnętrza i rozprowadzając ją aż do jej łechtaczki.
- Co?
- Nie spodziewałem się, że będziesz wygolona.
- Dlaczego? - zapytała z przekorą, podpierając się na łokciach. - Myślisz, że matki nie mogą korzystać z brazylijskiej depilacji?
Matki? Naprawdę myślała, że tak ją teraz postrzegałem? Mój umysł działał na tak wolnych obrotach, że z trudem sklecił: O cholera.
Prawie się roześmiałem, bo absurd jej myślenia i widok, jaki przedstawiała, leżąc nago i ciskając we mnie piorunami, był wręcz komiczny. Wiedziałem jednak, że nie powinienem tego robić, bo śmiech jednej osoby i nagość drugiej nigdy nie szły ze sobą w parze. Ta zasada obowiązywała ponad wszelkimi podziałami i stereotypami.
- Nie - zapewniłem. - Myślałem tylko o tym, że jesteś cholernie seksowna.
- Wes - rzuciła wyzywająco, nadal nieprzekonana, a jej głos był zdecydowanie mniej przesiąknięty sensualnością, niżbym tego chciał.