Bad Angel - Anna I Franko

Kup ebooka

54.80 zł

-
Proszę czekać

I

Piip... piip... piip - w mo­ich uszach roz­brzmie­wał jed­no­staj­ny dźwięk, ale to nie on mnie obu­dził, tyl­ko gę­sty jak smo­ła za­pach.

"Zno­wu za­chla­łam?"

Le­ża­łam bez ru­chu, ni­czym spa­ra­li­żo­wa­na. W mo­ich noz­drzach za­to­pił się ole­isty dym, któ­ry na­stęp­nie osiadł gdzieś w tyl­nej czę­ści gar­dła. W ustach wy­czu­łam me­ta­licz­ny po­smak. Lo­do­wa­ty chłód prze­szy­wał cia­ło. Świa­do­mość wra­ca­ła po­wo­li. Każ­dy od­dech przy­no­sił falę bólu, któ­ra roz­cho­dzi­ła się pod skó­rą z bez­li­to­sną re­gu­lar­no­ścią. Pa­nicz­nie ba­łam się tego, co zo­ba­czę, kie­dy otwo­rzę oczy. Moje po­wie­ki były cięż­kie, jak­by zwią­za­ne nie­wi­dzial­ną ni­cią. Wresz­cie świat za­czął wy­nu­rzać się nie­pew­nie z mro­ku.

"Gdzie ja je­stem?"

Szu­ka­łam go­rącz­ko­wo ja­kie­go­kol­wiek punk­tu od­nie­sie­nia. Pa­mięć była kom­plet­nie pu­sta, wszyst­ko wo­kół wy­da­wa­ło się bez­i­mien­nym kosz­ma­rem, któ­ry nie miał po­cząt­ku ani koń­ca.

Wi­dzia­łam nad sobą su­fit - su­ro­wy, ciem­ny. Ro­zej­rza­łam się. Nic nie roz­po­zna­wa­łam. W uszach grzmia­ło ostre, bez­względ­ne "piip... piip... piip". Spoj­rza­łam w bok. Mo­ni­tor i zim­ny po­łysk apa­ra­tu­ry.

- Cho­le­ra - za­klę­łam, czu­jąc nie­przy­jem­ne kłu­cie w dło­ni.

"Mam wbi­te we­nflo­ny?"

Na mo­jej klat­ce pier­sio­wej znaj­do­wa­ły się ja­kieś przy­ssaw­ki, coś mie­rzy­ło tęt­no. W czasz­ce pul­so­wał me­cha­nicz­ny, draż­nią­cy dźwięk.

Pod­nio­słam się ostroż­nie. Cia­ło pro­te­sto­wa­ło; naj­mniej­szy ruch wy­ma­gał wy­sił­ku. Wie­dzia­łam na pew­no jed­no: nie le­ża­łam w swo­im łóż­ku.

Szyb­ko wy­rwa­łam we­nflo­ny. Z żyły try­snę­ła krew, bru­dząc bia­łe prze­ście­ra­dło.

- Mat­ko Bo­ska... - wy­chry­pia­łam.

By­łam naga... Zno­wu. Zła­pa­łam się za czo­ło. Pa­nicz­ny dreszcz prze­szedł mi po kar­ku.

Chcia­łam zna­leźć coś, czym mo­gła­bym się za­kryć. Zsu­nę­łam sto­py na mięk­ki dy­wan; wło­sie miło gil­go­ta­ło sto­py. Na fo­te­lu obok le­żał nie­dba­le rzu­co­ny czer­wo­ny, sa­ty­no­wy szla­frok. Się­gnę­łam po nie­go. Śli­ski ma­te­riał prze­su­nął się mię­dzy pal­ca­mi, pach­niał obco. Za­rzu­ci­łam go na ra­mio­na.

Z od­da­li do­bie­gał dźwięk - ryt­micz­ne ude­rze­nia, po­tem ci­sza, po­tem zno­wu ude­rze­nie. Po­sta­no­wi­łam to spraw­dzić. Wy­szłam z po­miesz­cze­nia. Każ­dy krok cią­żył; sto­py od­ma­wia­ły po­słu­szeń­stwa. Przy­trzy­my­wa­łam się chłod­nej ścia­ny, wo­dząc dło­nią po jej gład­kiej fak­tu­rze.

Szłam ciem­nym ko­ry­ta­rzem. Po le­wej stro­nie za­uwa­ży­łam lu­stro. Wiel­kie, cięż­kie, w ra­mie z bo­ga­to rzeź­bio­ne­go zło­ta. Za­trzy­ma­łam się. Uj­rza­łam w nim bla­dą ko­bie­tę z wy­raź­nie za­zna­czo­ną ta­lią pod cien­kim ma­te­ria­łem szla­fro­ka. Usta mia­ła spierzch­nię­te, z ko­lei uło­żo­nym nie­chluj­nie wło­som bra­ko­wa­ło po­ły­sku. Spoj­rza­łam pro­sto w oczy ko­bie­cie w od­bi­ciu. Biał­ka były za­czer­wie­nio­ne jak po no­cach, któ­re chcia­łam wy­ma­zać ze swo­je­go ży­cia. Wes­tchnę­łam le­d­wie sły­szal­nie.

Gło­sy z sa­lo­nu na­gle uci­chły. Po­tem do mo­ich uszu do­biegł śmiech - pi­skli­wy, ko­bie­cy.

Zbli­ży­łam się do wnę­ki, z któ­rej mi­go­ta­ło świa­tło. Zaj­rza­łam do środ­ka. Pa­no­wał tam pół­mrok, gra­ła zbyt dud­nią­ca mu­zy­ka.

Lu­dzie. Ko­bie­ta i męż­czy­zna. Po­ru­sza­li się syn­chro­nicz­nie, jak­by byli w tran­sie. Zbyt bli­sko. Zbyt mięk­ko. Zbyt in­tym­nie. Przy­mknię­te oczy. Dło­nie błą­dzą­ce po skó­rze, bez po­śpie­chu, bez wsty­du. Byli pięk­ni w tym roz­pusz­cze­niu.

Wte­dy go za­uwa­ży­łam. Sie­dział lek­ko od­su­nię­ty ni­czym ktoś, kto ob­ser­wu­je spek­takl, do któ­re­go nie musi się włą­czać.

Nie uczest­ni­czył. Tyl­ko pa­trzył.

Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie. Uła­mek se­kun­dy, że­bym po­czu­ła, jak po­wie­trze wo­kół gęst­nie­je. Jego oczy nio­sły dra­pież­ność - su­ro­wą, pier­wot­ną ener­gię.

Pa­trzył na nich - na ko­bie­tę i męż­czy­znę splą­ta­nych ze sobą. W dło­ni trzy­mał kie­li­szek. Czer­wo­ne wino, są­dząc po ko­lo­rze.

Po chwi­li wstał. Pod­szedł do ko­bie­ty i od­su­nął jej rękę z kar­ku męż­czy­zny, po­dał mu swój tru­nek, po czym ten się wy­co­fał. Na­stęp­nie po­chy­lił się ni­sko. Oparł dłoń na ma­te­ra­cu tuż przy jej twa­rzy. Coś do niej po­wie­dział. Po­czu­łam ten szept na skó­rze.

Nie zro­zu­mia­łam słów, mu­zy­ka za­głu­sza­ła wszyst­ko. Cia­ło ko­bie­ty od­po­wie­dzia­ło na­pię­ciem, wie­dzia­ło le­piej niż ona sama, jak ma się usta­wić. Tkwi­łam w pro­gu, z twa­rzą przy­kle­jo­ną do fu­try­ny, czu­jąc, że wpa­dłam w miej­sce, któ­re ma wła­sne za­sa­dy. I wła­sne­go kró­la.

I wte­dy ten król się­gnął po coś spo­za ka­dru mo­jej wy­obraź­ni. Wszedł nie­zgrab­nie na łóż­ko. Roz­piął roz­po­rek i wy­ce­lo­wał w nią. Stru­mień. Do­słow­nie si­kał na nią. Na jej szy­ję. Na pier­si. Na brzuch. Ko­bie­ta le­ża­ła nie­ru­cho­mo. Ciecz ude­rza­ła o jej skó­rę, spły­wa­ła po prze­ście­ra­dle i ka­pa­ła na pod­ło­gę.

Dziew­czy­na nie krzy­cza­ła. Nie pro­te­sto­wa­ła. Od­dy­cha­ła szyb­ko.

To się jej po­do­ba­ło...

Ska­mie­nia­łam.

Mia­łam wra­że­nie, że wła­śnie ob­ser­wu­ję coś, cze­go ni­g­dy nie po­win­nam wi­dzieć.

[...]