Bacówka. Opuszczenie - Izabela Kudasik

-
Proszę czekać

1. Sobota

Górski szlak to wyzwanie dla serca Mańki i sprawdzian dla jej płuc, nóg i kręgosłupa. Nigdy nie była dobrym piechurem, ale dzisiaj droga jest szczególnie trudna, bo ogromny plecak tamuje oddech i spowalnia marsz. Nadmierne emocje osłabiają serce, które tłucze się ponad miarę. Mańka dyszy i w myślach wylicza przedmioty zabrane ze sobą w drogę. Żeby odwrócić uwagę od piekielnego odcinka szlaku, rozważa, z czego jeszcze powinna była zrezygnować.

- Po co tak gnam? Przecież nigdzie się nie spieszę - rzuca półgłosem w ciemną stronę lasu, rozglądając się, czy nikt nie słyszy.

Przyśpieszenie kroku skróciłoby trudny odcinek wspinaczki, jednak jest tak stromo, że Mańka musi zwolnić, aby wyregulować oddech. Zaciska zęby, gdy brakuje tchu, a klatkę piersiową rozrywa piekący ból. Postanowiła, że wniesie bagaż, nawet gdyby miała wypluć płuca. Z uśmiechem zawiesza się przez chwilę na tym niedorzecznym zwrocie i zmieniwszy go w równie irracjonalny, ogłasza:

- Wejdę, choćbym miała eksplodować.

Ta głośna deklaracja dodaje jej sił.

Dlaczego wybrała życie pustelnicy? Co musi dopiec kobiecie, by chciała zostać mniszką bez złożenia ślubów zakonnych? I czy wyrwanie się z galopu miejskiego życia jest odwagą czy tchórzostwem?

Takie pytania przewijają się przez umysł Mańki między wyliczaniem przedmiotów, które mogła zostawić, a żałowaniem tych, których nie zabrała. Czy poszukuje, czy raczej ucieka, tego jeszcze nie wie, idzie powoli, z nadzieją, że znajdzie odpowiedź, która pozwoli jej zbliżyć się do samej siebie.

Nie mając do dyspozycji fortuny, nie mogła liczyć na odmianę życia w jakimś kurorcie z wykwintnym jedzeniem ani na naukę medytacyjnych modlitw u duchowego przywódcy, a tym bardziej na odnalezioną w egzotycznym miejscu nową miłość. Miała za to drewnianą chatę - rodzinną kryjówkę, z której postanowiła skorzystać. W rodzinie górską bacówkę nazywają Szałasem i trudno powiedzieć, która z nazw bardziej oddaje jej stan. Jeśli coś teraz może Mańce pomóc, to właśnie stara zapyziała bacówka (zdecydowanie woli tę nazwę). Bacówka bez wygód pozwoli poczuć, czym jest troska o przetrwanie.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, zaczyna się kołatać w głowie Mani słowo "remedium".

- Tak! Bacówka to moje remedium! - wykrzykuje i zaraz, ciesząc się z odkrycia, zaczyna śpiewać przebój, który często nuciła mama.

 

W taką podróż chcę wyruszyć,

gdy podły nastrój i pogoda.

Zostawić łóżko, ciebie, szafę,

niczego mi nie będzie szkoda1.

 

Mańka podnosi z ziemi pierwszy lepszy kamyk, choć nie jest on zielony, i chowa do kieszeni. Trudno śpiewać z tobołem ograniczającym ruchy klatki piersiowej, więc przysiada na kawałku pnia. Zasłużyła na odpoczynek. Jechała autobusem, który na zakrętach okręcał żołądek dookoła kręgosłupa, długo czekała na miejską komunikację, by dowiozła ją w pobliże wejścia na szlak turystyczny, pokonała asfaltówkę mijającą wyciąg narciarski i stację GOPR-u, potem uciekała przed ptactwem domowym, by na koniec sprawdzić, czy w przydrożnej kapliczce wszystko trwa bez zmian. Po pierwszym piekielnym odcinku, nie bez powodu zwanym Golgotą, siedząc zziajana na wilgotnym pniu, zadaje sobie pytanie:

- Co, do licha, Mańko, wyprawiasz?

Ale ponieważ zna już kilka odpowiedzi, nie czeka na tę, którą jej licho podpowie, tylko z trudem zakłada plecak, a raczej olbrzymi wór juczny, z jakim jeszcze nigdy się nie wspinała, i rusza dziarsko do przodu, odkrywając, że Remedium dodało jej wigoru.

O tej porze roku szlaki są raczej puste, a wymarła przestrzeń zachęca, by iść dalej. Na skraju łąki wita Mańkę boże liczko, czyli podbiał. Nazwę ma białą, a mieni się żółtościami. Mańka potrafi rozpoznać wiele roślin, ale to babcia Marcja wiedziałaby dokładnie, na co pomaga podbiał. Nazywają go jeszcze oślą stopą, jednak to właśnie miano "boże liczko" urzeka Mańkę najbardziej. Babka Marcja znała nie tylko właściwości leczące ciało, ziołami leczyła też Duszę.

Marianna zabiera podbiał ze sobą, zapełnia liśćmi i kwiatami kieszenie spodni i na wszelki wypadek wkłada trochę do plecaka, bo zapamiętała, że babcia stosowała boże liczko wykrztuśnie przy kaszlu. Mańka idzie właśnie do Marcji, choć ta od kilku lat nie mieszka już w bacówce, lecz zbiera zioła na niebieskich polanach. Podąża do swojej ukochanej babci, by zamieszkać w jej świecie i jeszcze jeden raz, spóźniony raz, znów z nią pobyć.

Kiedy klucz lekko wykonuje dwa obroty w starym, zardzewiałym zamku, dziewczyna niecierpliwie naciska klamkę, ale drzwi nie ustępują. Oparta barkiem, popycha je całym ciężarem ciała i plecaka. Mocuje się tak kilka sekund, gdy nagle zapadka puszcza i Mańka wpada do środka, zatrzymując się na drewnianym stole, którego krawędź wbija się jej w brzuch. Krzywiąc się z bólu, wypowiada starą frazę:

- Witajcie, wszystkie myszy, co siedzicie po kątach!

Zostawia drzwi otwarte na oścież, żeby przewietrzyć chatę, zrzuca plecak i rusza otworzyć okiennice. Potem otwiera też okno, siada przy stole, a na parapecie kładzie kamyk, który podniosła na szlaku. Pierwsze, co należałoby zrobić, to napić się herbaty. Rodzinnej tradycji musi stać się zadość. Mańka chętnie zaparzyłaby taką, jaką robiła babcia Marcja, ale ponieważ nie wie, jak skomponować mieszankę, zadowoli się tymi przyniesionymi. Chyba że, świta jej w myślach, w kredensie znajdzie coś, co mogło zostać po babci.

Zaraz po przyjściu do Szałasu najważniejsze dla babci były posiady z kubkiem herbaty na progu domu. Tak odpoczywała po trudach wędrówki, witała się ze swoim górskim domostwem i oczyszczała przestrzeń chaty. Mańka ze wszystkich sił pragnie to, co babcine, kontynuować. W mieszance herbacianej autorstwa Marcji czaiły się różne zioła, których nie dosypie teraz do herbaty, ale posiedzieć na progu może przecież tak samo. Dwa pokolenia odcisnęły w niej obraz kobiet z kubkiem na progu, w słoneczne dni bowiem matka Mańki, Karolina, też ma w zwyczaju siadywać bezczynnie u wyjścia na balkon. Powtarzalność rytuału daje poczucie bezpieczeństwa, napełnia spokojem panowania nad sytuacją.

Wspomnienia. Silne jak lek przeciwbólowy. Otwierają przed Mańką zaczarowane wrota, przenoszą w czasie, ma w żyłach w jednej chwili taniec pulsu tak intensywny, jak po wypiciu zbyt dużej ilości kawy. Niczym Alicja właśnie przeszła na drugą stronę. Widzi siebie z babcią w scenach, jakich już dawno nie przywoływała. Myśli płyną swobodnym strumieniem i skaczą sobie tylko znanym torem, aż dopływają do najświeższych obrazów.

RETRO

Zanim Mańka mogła na dobre zacząć planowanie pobytu w bacówce, musiała zapytać wujka Kazka o zgodę. Telefoniczna rozmowa ze szwagrem mamy była bardzo konkretna:

- Od czasów, kiedy spędzałaś tam wakacje, dużo się zmieniło, nie jest już tak bezpiecznie - odpowiedział na Mańki pytanie spokojnym głosem.

- Przecież Szałas oddalony jest od szlaku i nie tak łatwo go znaleźć - przekonywała Mańka.

- Żaden argument, powinnaś zamieszkać tam z kimś.

- Ale o to właśnie chodzi, że ja potrzebuję pobyć sama, inaczej wyjechałabym gdziekolwiek.

- W Szałasie wszystkie gospodarskie prace robiła za was babka, nawet w piecu, kruca fuks, rozpalić nie umiesz - zafrasował się.

- To mnie, wujku, naucz.

- Wirtualnie? - zaśmiał się Kazek.

- Czemu nie, zaraz wszystko zanotuję.

- Nie rozumiem. Ludzie ciągną do wygód, ułatwiają sobie życie jak to tylko możliwe, a ty robisz wszystko, żeby mieć pod górkę.

- No, wujek mówi, jakby w tej bacówce dobrowolnie nie pomieszkiwał.

- Tydzień. Tydzień to góra tych rozkoszy. Bez mycia, bez prania, męski tydzień zapuszczania się.

- Może ja też wytrzymam tylko tydzień...

- Jesteś szalona, dziewczyno. Widzę, że będziesz potrzebowała gruntownego przeszko...

- Nie wiem, czy znajdziesz tam wszystko, co będzie ci potrzebne - niespodziewanie do rozmowy włączyła się ciotka Alina, wyrywając telefon mężowi. - Tak dawno nikt tam nie zaglądał, że może brakować wielu przedmiotów.

- Ale ja, ciociu, nie potrzebuję niczego.

- Tak ci się tylko wydaje. Do głupiej przepierki potrzebna jest lekka miska, bo nie zrobisz jej przecież w balii. Żeby palić w piecu, potrzeba zapasu drewna, bo zanim nazbierasz chrustu, umrzesz z głodu. Kaziu ma rację, potrzebujesz pomocy - bez zająknięcia trajkotała ciotka. - Właściwie to podziwiam cię za odwagę, choć oczywiście trudno to zachowanie nazwać rozsądnym. Być może tyś się wrodziła w babcię, ona też była często nierozważna.

- Co masz, ciociu, na myśli?

- Mama, moja mama, rzecz jasna, lubiła czasem zrobić coś innego, niż wypada. Pod tym względem miała dużo odwagi i właściwie odziedziczyła to po niej tylko Paulina. My z Karoliną, jak przychodzi co do czego, to jednak jesteśmy tchórzliwe. No, ale teraz to i ty, jak widać, idziesz w ślady babki.

- Ciociu, zgadzam się. To jest trochę nieodpowiedzialne, ale najbardziej mnie męczy, że obciążę wujka.

- A, nie. Tym się nie martw, ruch mu się przyda i przewietrzyć ten nieużytek też dobrze. Kaziu o wszystko się postara, już ja dopilnuję - zapaliła się ciotka. - A Szymek mu pomoże. Bo w końcu od czego masz nas? Od wszelkiego ratunku!

- Nie wypłacę się nigdy - wzruszyła się Mania.

- Już my tam wiemy, za co się teraz odpłacamy. Nie będziemy się tu licytować.

Bacówkę, za podszeptem żony, dziadek Władek kupił jeszcze przed urodzeniem Mani z zamiarem wakacyjnych wypraw z wnukami. Był już wtedy na świecie jej kuzyn Jędrek. Babcia Marcjanna zapaliła się żywo do urządzania nowej przestrzeni. Jednak dziadek zdołał odbyć zaledwie kilka letnich wypraw z maleńkimi wnukami i przywilej gospodarowania w Szałasie przypadł Marcji. Władka męczył wnuczęcy drobiazg, więc wolał zostać w cichym i spokojnym domu w Mieście. Nie wiadomo, kiedy i kto pierwszy nazwał rodzinną bacówkę Szałasem, ale nazwa zaraz się przyjęła.

Marianna umie ją odnaleźć tylko wtedy, gdy jest w górach, trafia na wyczucie. Prawdopodobnie nie mogłaby nikogo tam doprowadzić wskazówkami dawanymi na odległość.

Z bacówki znakowanymi szlakami można zejść w kilka miejsc: do Miasta, Miasteczka, Wioski, Wiochy i jeszcze do nadleśnictwa, gdzie stoi jedynie kilka chałup oraz staw hodowlany i polana z bacówkami. Tylko tamte znacznie różnią się od Szałasu, w języku ludzi z dolin są po prostu drewnianymi daczami.

Część rodziny Marianny mieszka w Mieście, dlatego po zakupy i na załatwianie spraw różnych postanowiła schodzić do Miasteczka, by nie natykać się na nikogo bliskiego, nawet przypadkiem.

OKIEM MAŃKI

Szałas lśni czystością, ciotka z wujkiem przyłożyli się sumiennie do porządków. Alina powiedziała: "Teraz się odpłacamy". Za co się odpłacają i komu? Tacie, mamie, może obojgu? Nie miałam odwagi zapytać, ale kiedyś muszę to zrobić.

Rozglądając się po nowym domu, mam mnóstwo obaw co do tego, jak sobie poradzę. Bez wsparcia wujostwa długo prowiantowałabym bacówkę, by móc tu zamieszkać. Musiałam pozwolić sobie pomóc. Staram się na razie nie przyznawać głośno do lęku, który noszę, żeby bardziej nie urósł. Ale przecież boję się, boję się bardzo, czy sobie poradzę na odludziu. Fizycznie jestem tu, wolna i nieograniczona prawami życia istniejącymi w dolinach. Mentalnie nadal mieszkam tam, sparaliżowana lękiem kieratnika, który właśnie rzucił się na głęboką wodę samych niewiadomych. Na razie zagłuszam myśli, czyli próbuję działać. Robię porządki na stole. Ubrania, które wyjęłam, szukając herbaty, trafiają z powrotem do plecaka, a produkty spożywcze zostają na blacie. Porządki to za mało. Trzeba zająć się czymś mocniej angażującym i jeszcze dodatkowo śpiewać. Śpiewanie powoduje, że umysł skupia się na odzyskiwaniu tekstów piosenek. Wtedy jestem w "tu i teraz". Więc dziś śpiewam piosenkę pochodzącą z najstarszej części mojej pamięci, piosenkę, którą chętnie nuciła babcia; to coś z repertuaru Ireny Santor.

 

Powrócisz tu, gdzie klucze białych chmur.

Powrócisz tu, by szukać swoich dróg i gwiazd,

by słuchać znów, jak wiosną śpiewa las,

powrócisz tu2.

 

No i łzy ciurkiem kapią mi na koszulkę, można było się spodziewać, że ta tkliwa dla mnie, choć ckliwa dla Łukasza, melodia spowoduje taki efekt. Jest wiosna. Las śpiewa. A ja powróciłam. I czy kiedyś, dawno temu, tą piosenką babcia nie uwarunkowała mojego powrotu, czy hipnotycznie nie zaczarowała mojej przyszłości?

Czuję, jak ciągnie mnie w kierunku kredensu. Może to nie mój umysł rodzi przyciąganie, może przedmioty mają siłę nas przywołać? Może to one, stęsknione, skamlą: "przytul". Zrobię to, każdemu. Uwielbiałam ten kredens od zawsze, teraz otwieranie jego drzwiczek to zaglądanie w znajome, ale zapomniane zakamarki. Na dokładniejszy przegląd przyjdzie czas później, więc pobieżnie dotykam większości naczyń i sprawdzam pojemnik, który nie daje mi spokoju. Zawsze była w nim herbata. Teraz znajduję coś, co wygląda na mieszankę jeszcze z czasów babci, bo jest kolorowe i zawiera różne płatki kwiatów, ale nie jest wyblakłe i pachnie zaskakująco świeżo. Zaryzykuję. Przecież chyba nie czai się tu na mnie żadna trucizna. Czyżby ciotka Alina znała tę herbatę, czyżby umiała ją skomponować? Muszę sprawdzić.

Obok pieca stoją dwa wiadra, zaglądam pod pokrywki i doznaję nie lada ulgi. Są pełne, dziś nie muszę iść po wodę. Na małej butli gazowej stawiam tygielek z długą rączką i siadam przy stole. Niestety, nie mogę usiedzieć długo na miejscu, muszę zrobić obchód włości.

Na dole wszystko wydaje się po staremu, tylko zgromadzone pod schodami zapasy żywności od razu rzucają się w oczy. Ogarniam szybko wzrokiem worki o różnych wielkościach i już pokonuję po kilka drewnianych stopni, aby jak najszybciej dostać się na poddasze. Tutaj jest zdecydowanie inaczej, niż było za czasów, gdy ostatnio spałam pod drewnianą powałą. Na poduszce leży biały woreczek przewiązany fioletową wstążeczką - to lawenda, prezent od ciotki Aliny, domyślam się. Leżąc na stosie materacy, wącham aromatyczny podarunek.

Muszę jeszcze sprawdzić widok z okna. Czy rozpoznam w nim coś znajomego? Odsuwam firankę - przybyło krzaków na skraju lasu, który przywołuje mnie z taką samą intensywnością jak za dziecięcych lat. Rodzice martwili się, że nie czuję żadnego respektu wobec zarośli, twierdzili, że bezpieczniej by było, gdybym nie zapuszczała się tak odważnie w zielone zakamarki, ale magnetyzm gęstwiny był zawsze nieodpartym nałogiem. To mój las, oswojony wyprawami z babcią Marcjanną. Pójdę tam. Jutro.

Zbiegam na dół, kiedyś może nauczę się schodzić, biorę plecak, żeby wynieść go na górę, ale woda w tyglu już bulgoce, więc porzucam wór w tym samym miejscu. Sypię susz do kubka babci, zalewam i przykrywam spodeczkiem. Robię to zupełnie bezwiednie, kierowana mechaniczną pamięcią tego, co zawsze robiła babcia. Przecież w dolinach zazwyczaj nie przykrywam herbaty ani ziółek.

Siadam na progu i piję dziwnie smakującą herbatę. Właśnie na tym powinnam była się skupić od samego przyjścia tutaj, bo od pierwszych łyków doznaję nieoczekiwanego wyciszenia. Powracają wspomnienia wszystkich szczęśliwych tygodni, które spędziłam w Szałasie w towarzystwie babci i kuzynów. Próg, kubek, ja i widok przede mną, chwila błogostanu. Siedzę na progu w babcinej pozie i przenika mnie chłód wieczoru, powoli się ściemnia. Uważnie obserwuję, jak ubywa światła, ale proces ten ma swoją tajemnicę, staje się - ale gdzieś ponad moimi zmysłami, przepływa tak łagodnie, że trudno go uchwycić, po prostu nagle jest już wieczór. Powinnam się pospieszyć z przygotowaniami do snu, jeszcze nie wiem, w jakim stopniu będzie tu czarno. Dopiero nauczę się księżyca.

Zamykam drzwi i w bacówce robi się o wiele mroczniej. Jedyne, co zawsze nie podobało mi się w górskiej zabudowie, to okna. Są małe i nie doświetlają dostatecznie wnętrza. Na zewnątrz dzień trwa o wiele dłużej niż w ciemnych pomieszczeniach Szałasu.

Marcja nauczyła mnie modlitwy Aniele Boży w jednej linijce zmodyfikowanej. Zamiast: "strzeż duszy, ciała mego" wpoiła mi: "broń, strzeż od wszystkiego złego". I teraz wzywam Anielę, by według nauk babci zadbała o mnie. Powinnam mówić "Anielu Boża" - myślę i chichoczę w duchu.

Zamykam okno i postanawiam spróbować szybko się umyć w zimnej wodzie. W końcu podczas podejścia słońce, moje własne tętno oraz towarzysząca wyprawie adrenalina tak mnie dogrzały, że mam jeszcze skumulowane ciepło. Gdybym zaproponowała takie odświeżanie Michaśce albo Celinie... Ale miałyby miny.

Pod schodami obok spiżarnianych zapasów leży duża drewniana balia, a w niej ciężki blaszany szaflik, lecz dziś wszystkie czynności gospodarcze i kąpielowe robię nad małą plastikową miską, którą stawiam obok wiadra z wodą. Dobrze, że ciotka pomyślała o misce, nalewanie wody do większych naczyń byłoby dużym marnotrawieniem, a i trudniej się ją wtedy wylewa. Najmniej przyjemne jest mycie zębów.

Na poddaszu w pobliżu schodów stoi moje, jak go nazwałam, nieodzowne wiaderko z pokrywką, przeznaczone do zadań specjalnych. Nie będę przecież po nocy biegała do wygódki za domem. Wyjmuję ciepłą piżamę i na wszelki wypadek grube skarpety. Póki coś jeszcze widzę, moszczę sobie posłanie na kopcu z materaców i wdycham zapach drewna, którym przesiąkła pościel.

Jeszcze ostatni wieczorny obowiązek. Włączam telefon komórkowy i znajduję na nim pytanie od ojca:

JESTEŚ JUŻ NA MIEJSCU? CZEKAMY - JA I WUJEK.

Odpowiadam:

DOJECHAŁAM. PODZIĘKUJ WUJKOWI I CIOCI. CAŁUJĘ WAS WSZYSTKICH. DOBRANOC.

Momentalnie przychodzi odpowiedź, co oznacza, że ojciec trzymał komórkę w pogotowiu.

CAŁUJEMY. DOBRANOC.

Na wszelki wypadek jeszcze chwilę czekam, po czym kończę życie komórki na dziś. Właściwie nie powinno być tu zasięgu, miałabym święty spokój. Ale czy nie było miłe zobaczyć, że ktoś się o mnie troszczy? Więc dobrze, że jest zasięg - myślę i w tym momencie opada ze mnie kumulowane przez cały dzień napięcie, mażę się jak małe dziecko. Jestem tu po raz pierwszy sama. Nigdy już nie zobaczę babciuni, a wtedy, kiedy żyła, kiedy mieszkała tutaj samotnie, nie miałam dla niej czasu. Opłakuję wszystkie dni, gdy mogłam zdobyć się na nieduży wysiłek i tak jak teraz - spakować bagaż i przyjechać na trochę.

W klapie plecaka mam paczkę chustek, sięgam po omacku i zużywam kilka. Zapuchnięta, przytulam policzek do małego jasieczka i staram się przestać trząść, ale ciało mnie nie słucha. Szukam w pamięci czegoś na pocieszenie i trafiam na zakurzoną myśl: "Zasypiaj w spokoju, z wygładzonym czołem, by twój Anioł Stróż mógł odpocząć, miast prostować ci sny".

2. Niedziela

Mariannę budzi wysoko zawieszone słońce, zaczynać dzień z kurami - to jeszcze dla niej nieosiągalne. Postanawia pogapić się w sufit i powoli dojrzewać do wstania. Pierwszy poranek na nowej ziemi pragnie zacząć w pełni świadomie.

Skarpetki zsunęły się jej w nocy z nóg, ale nie szuka ich teraz. Schodek po schodku zbliża się do kuchni, notując wrażenia na bosych stopach. Ogarnia wzrokiem wnętrze bacówki. Uśmiecha się do wszystkich ścian i otwiera okno na oścież. Wczoraj nie była w stanie spokojnie przyjrzeć się gospodarstwu, za dużo myśli i wspomnień przebiegało przez głowę, za dużo lęków i obaw ściskało jej trzewia. Dziś powoli obejrzy każdy kąt i uważnie ze wszystkim się przywita.

- Boże, jakie to przyjemne!

Wzdycha, wciągając ostre górskie powietrze, jakiego nie znają dzieci miasta.

To jest jej dzisiejsza poranna modlitwa.

Mani przypomina się, jak dzień zaczynała Marcja. Mówiła głośno w sufit: "Kocham cię", a każdemu z wnucząt się zdawało, że słowa te wypowiada wprost do jego serca. Dlaczego nikt nie wchłonął porannej tradycji babci i dlaczego nigdy jej nie zapytali, komu rano czyni to wyznanie? Światu, Bogu czy może nieobecnemu dziadkowi?

Marianna postanawia wprowadzić w życie zapomniany zwyczaj Marcji.

Łąki są zazielenione, kwitnie podbiał i zaczyna rozwijać się mniszek. Jest żółto, słonecznie. Mańkowe zbiory podbiału suszą się na parapecie. Zaraz oprze się na nim słońce, więc zawczasu trzeba przenieść boże liczko na stół, do cienia.

Jest tak zachęcająco, że Marianna wychodzi z bacówki w samej piżamie i na bosaka. Drzwi do Szałasu są od południowego wschodu, więc powietrze przed chałupą przyjemnie się już ogrzało.

- Dzisiaj będzie piękny dzień.

Mania uśmiecha się do wszystkiego, co widzi, i zaraz ma skojarzenia z piosenką, którą odśpiewuje ile sił w płucach:

 

Dzisiaj będzie dobry dzień,

dzisiaj będzie dobry dzień.

Przestań już się jeżyć,

przeżyj ten świetny dzień3.

 

Wchodzi na zielony dywan łąki, bo nie ma dla niej większej przyjemności niż chodzenie boso po wilgotnej trawie. To jedna z pierwotnych potrzeb - kontakt stóp z ziemią, z roślinnością. Babcia wręcz wyrzucała czasem Manię bez butów na rosę i mówiła: "Hartuj się, lebiodko ty nasza".

Dopiero kiedy zaczyna jej być zimno, a palce sztywnieją, kieruje się w stronę domu i odszukuje grube skarpety, bo w głowie ma jeszcze jedno powiedzenie, które pochodzi od drugiej babci. Fela mawiała: "Chcesz być zdrowy, trzymaj zimną głowę i gorące nogi".

Czy seniorki nie za bardzo na nią wpływają, czy mącą jej umysł, czy go systematyzują? - zastanawia się Mańka. Decyduje tego teraz nie roztrząsać, tylko zabrać się za przygotowanie śniadania: chleb z miodem, póki jeszcze ma chleb, i do tego cały dzbanek herbaty z sokiem.

Butla z gazem działa wolno i gotuje wodę długo, ale Mańce przecież nigdzie się nie spieszy, pamięta, że na wysokościach proces gotowania wody się wydłuża. Herbata smakuje wspaniale i przypomina nagle Mańce, jaką radość potrafi dać ten czarodziejski napój, kiedy pije się go w schronisku, zwłaszcza po długiej wyczerpującej wycieczce. Uświadamia sobie, jak dawno nie miała czasu na taki leniwy, długo jedzony posiłek.

Gdy siada na progu bacówki, dociera do niej, że przed domem zawsze był stół z dwiema ławami, a teraz już go nie ma. Czyżby spróchniał i skończył w piecu? Szkoda.

Patrząc w lazurowe niebo, trudno wyobrazić sobie, że nie zawsze tak tu będzie.

Po śniadaniu Mańka wszystko zaczyna układać w kuchni po swojemu, a właściwie to układa po babcinemu. Przez lata, gdy zabrakło tu ręki Marcjanny, wiele przedmiotów zmieniło położenie, ale ona wciąż pamięta tamten rozkład. Ostatni raz nocowała tu z babcią, kiedy zaczęła chodzić do liceum, robiły wspólnie porządki przed sezonem letnim, ale spała w bacówce tylko trzy noce, po czym pognała do koleżanek i do gwaru miasta. Potem, w czasie studiów, dwa razy podczas górskich wycieczek odwiedzała babcię w Szałasie. Raz była tu z Michaśką, ale nocowały wtedy w schronisku, a drugi raz z kuzynem Szymonem, gdy rodzice wysłali ich z misją dożywienia babci, czyli dostarczenia prowiantu. Wtaskali, co mieli, i poszli wędrować. Była tu jeszcze po ślubie starszego kuzyna Jędrka, ale wtedy babcia już nie żyła.

Pamięć ludzka wybiera sama, co chce zachować - widocznie rozkład przedmiotów w bacówce chciała.

Mańka przygląda się pomieszczeniu, które wypełnia teraz światło słoneczne, wpadające przez okno i drzwi. Nie należy do lękliwych, ale znów się jej przypomina, że będzie tutaj pierwszy raz zupełnie sama. O tym przecież marzyła, a jednak jest to świadomość paraliżująca, ponieważ Mańka nie wie jeszcze, czy samodzielnie poradzi sobie ze wszystkim, co przynosi tyle obaw.

Stop. Działamy, nie poddajemy się - myśli i zrywa w popłochu od stołu. Mała powierzchnia mieszkalna powoduje, że nie trzeba rozpraszać się na bieganie z kąta w kąt, wszędzie jest blisko. Krążąc po bacówce, rozkoszuje się tym, że domek błyszczy czystością. Odlatuje. W przenośni i dosłownie, bo gdy wspina się do sypialni, coś samo niesie ją do góry. Trzymany ostrożnie w dłoniach kubek babci przyjemnie je ogrzewa.

Kiedy Mańka pierwszy raz pomyślała o bacówce, zatęskniła do wszystkich przedmiotów, które przypominają babcię Marcję. Gromadzone latami, niektóre wędrowały z babcią na lato do Szałasu, a potem wracały na zimę do ciepłej kuchni.

RETRO

Po śmierci babci większość jej domowego wyposażenia systematycznie zostawała przenoszona do bacówki na stałe, ale czy nadal się tam znajduje, mógł wiedzieć tylko jej najwytrwalszy opiekun.

- Właśnie dzwonił nasz Kaźmirz - oznajmił w słuchawce głos taty.

- I co ty na to? - zapytała Mańka niepewnie.

- Dlaczego muszę się nowin dowiadywać okrężną drogą?

- Bo na mnie nakrzyczałbyś, zabronił i powiedział: koniec tematu.

- A teraz myślisz, że będę ci gratulował pomysłu, tak? - nachmurzył się Marian. - Jak długo masz zamiar tam mieszkać? Co tam będziesz robić? I skąd w ogóle ten dziwny plan?

- Za dużo pytań naraz. Będę się zastanawiać, czy życie zakonne mi odpowiada.

- Aha. - Zawiesił głos. - Czy coś nie tak z Łukaszem?

- Może z nim, a może ze mną, a może rację miała babcia Fela, mówiąc, że z przechodzonego związku nic dobrego być nie może.

- Rozstaliście się, tak?

- Jeszcze mi nic o tym nie wiadomo. Sprawa ma kilka wątków i nie wytłumaczę ci jej tak hop-siup. Nie mów na razie mamie.

- No, jeszcze by tego brakowało. Sama będziesz się tłumaczyć. Kazek powiedział, że uzupełni to, czego brakuje, choć większość wyposażenia pozostała bez zmian. Obiecał też hojnie cię tam wyprowiantować, no i zamówił chłopów z drzewem. Płacę ja i zastanawiam się, co za głupotę dla ciebie robię.

OKIEM MAŃKI

Pierwsze dni wypełni mi zagospodarowywanie. Chcę zbudować ład - mierzony moją miarą. Nie oznacza to wcale idealnego porządku, raczej układ znany przez moje ciało. Aby czuć się swobodnie, musi zapamiętać kolejność przedmiotów, którą samo po babcinemu wyznaczy od nowa. Nie lubię pedantycznego porządku, tak jak nie przepadały za nim wszystkie kobiety po mojej kądzieli. Zupełnie inaczej jest po mieczu. Jak ja się w ogóle odnalazłam w tych skrajnościach? Marcja powtarzała, że u Feli mieszka się jak w muzeum, są kapcie dla gości, lśniąca podłoga, ale mało zwiedzających. Sterylna nuda. U babciuchy Marcji zaś - jak na dworcu, ciągle ktoś wchodzi i wychodzi, a zamieść nie ma komu. U mnie zaś z braku podróżnych i zwiedzających może być, jak mi się żywnie podoba. Jako pustelnica będę mogła układać życie w dawno zapomnianym przez ludzi stylu.

Postanowiłam mieszkać w chacie przypominającej pasterski szałas i wcale nie czuję się dziwadłem. Może jestem z tych, którzy uciekają na pustynię, żeby mocniej poczuć życie, i może był to jakiś proces, którego nie jestem jeszcze świadoma? Teraz pamiętam tylko impuls, nagłą decyzję dyktowaną w pierwszej kolejności potrzebą radykalnej zmiany. Drugim powodem było oczywiście uświadomienie Łukaszowi, że nie zamierzam czekać na jego decyzję w nieskończoność. I z trudem przyznaję, nawet sama przed sobą, że kolejny powód to chęć sprawdzenia, czy Łukasz za mną zatęskni.

Kontemplacja samotności ma podobno sens wyłącznie wtedy, gdy nie zajmujemy się relacjami, odniesieniami, współzależnością czy odpowiedzialnością. Nie wiem, czy dam radę zapomnieć o tym, co zostawiłam w mieście. To Celina uświadomiła mi przed wyjazdem, że wreszcie będę mogła smakować życie, poprzyglądać mu się bez najmniejszych przejawów pośpiechu, odkrywać świat powoli i skupić się na radości. Tylko cóż to za świat - myślę i jakiś chochlik śmieje się we mnie - tych kilka górskich ścieżek i mała drewniana szopa.

Moja bacówka rzeczywiście jest mała, choć dla jednej osoby to przecież salony. Moja? Przyłapuję się na tym miłym stwierdzeniu. Moja, właśnie teraz tak. Czuję, że to najbardziej moje z wszystkich miejsc, które dotąd tak nazywałam, choć wcale nie należy do mnie. Chałupa jest niewielka, ale ogromną przestrzeń życiową zapewniają widoki za oknem, one są polem do oddechu, a maleńki domek to becik niemowlęcia, ciasne objęcie ciepłych ramion. Gdzieś tam wprawdzie czai się obawa: a co, jeśli stanie się kaftanem bezpieczeństwa, izolatką, komórką na węgiel, drewutnią? Wtedy ucieknę. A może powstrzyma mnie Aniela, może podeprze i utwierdzi?

Dół to właściwie jedna izba. Kuchnia, w której stoi stary, olbrzymi kaflowy piec. Jeszcze nie wiem, czy będę umiała w nim rozpalić. Na piecu - kilka garnków, patelnia i czajnik. Wskazówki wujka Kazia były szczegółowe i mam je nawet zapisane, ale od teorii do praktyki długa droga, więc na razie dzięki butli gazowej zwlekam. Stoi blisko pieca i jest moim wyjściem awaryjnym, o które zabiegał tato.

Drewniany rzeźbiony kredens w kolorze miodu dumnie wypełnia narożnik między piecem a oknem. Sprawdzam, czy jego część, szafka zwana słodką dziurką, jest otwarta (w dzieciństwie zawsze była pod kluczem), na szczęście tak. Na najwyższej półce stoi komplet kamionkowych pojemników różnej wielkości. Mam tu piękne naczynia, żadne tam skorupy pozbierane przypadkowo, wszystko pasuje do siebie i do góralskiego stylu wnętrza. Drugą półkę zasiedlają kubki - mój ulubiony komplet z wymalowanymi tańcami ludowymi, zaprojektowany przez Zofię Stryjeńską. Najbardziej lubię ten z kołomyjką - kubek babci. Ja piłam zawsze z "polki". Kredens będzie wabikiem. Układanie w nim zajęło mi najwięcej czasu. Wpatruję się w półki nieskończenie długo i nie czuję, abym była już zaspokojona. Mam sentyment do przedmiotów, których dotykały znane mi dłonie. Wszystkie opowiadania o duszach mebli gromadzących ludzkie losy wessałam chciwie i noszę ze sobą. Mam nadzieję, że - poprzytulane - będą dobrze służyć.

Pod oknem stoi ława, a do niej dosunięto stół. Jego powierzchnia jest tak przyjemnie wyślizgana, że nie mogę się oprzeć i wciąż ją gładzę. Ona głaska mnie wtedy ciepłem drzewa i wszystkimi rękami, które się tu posilały. Najczęściej były to te dłonie, do których teraz bardzo tęsknię. Odkąd tu weszłam, mam chwilami wrażenie, że serce mi wyskoczy, przypomni się jakaś sytuacja, szczegół, który widzę w wyobraźni tak dokładnie, że zaczyna mnie obezwładniać tęsknota za tym, czego przywrócić już nie mogę. Przeszyta wspomnieniami popłakuję wtedy, a wylane emocje rozładowują żal. Zmuszam myśli do zmiany toru, ale one wybierają ten niechciany. I znów przypływa bolesne uczucie. Boję się, że moja równia, na której stanęłam, jest pochyła, emocje cały czas walczą z przeczuciem, jakie mieszka we mnie gdzieś głębiej, przeczuciem, że będzie dobrze. Gdybym mogła sprawić, by wdrukowane stare mechanizmy przestały paraliżować, gdybym potrafiła zaufać sobie i sile, którą noszę, mogłabym żyć wewnętrzną radością już teraz. Muszę się tego dopiero nauczyć.

Wymarzyłam zatopienie się tu w nastroju sielskości. W malowanym ręcznie wazonie - świeże bukiety polnych kwiatów, a w misce obok - owoce, które już wkrótce powinny się pojawiać na moich ścieżkach. W siermiężnych warunkach, jakie na mnie czekają, będzie to właściwie jedyną rozpustą, na którą sobie pozwolę. Nie. Jest jeszcze coś. Pod schodami prowadzącymi na pięterko, obok moich zapasów, stoi duża drewniana balia. Przez całą wczorajszą żmudną drogę, którą pokonałam z ciężarami przerastającymi moje możliwości, widziałam siebie leżącą w balii wyłożonej śnieżnobiałym prześcieradłem. Mam postanowienie, że będę sobie szykować ten luksus bez oglądania się na trudy przygotowań.

W bacówce nie ma bieżącej wody, łazienki, ani nawet toalety, ale przecież dam radę, nie zniechęca mnie byle głupstwo. Jestem zaradna, bystra i pomysłowa, jak wpajał mi tato, więc poradzę sobie w każdej sytuacji.

Wydumałam codzienne gotowanie wieczornego rosołku. Nazwałam tak to, co powstanie, gdy najpierw wykąpię się w balii, zrobię w tej wodzie przepierkę, wyszoruję jakiś zapaskudzony garnek, a na koniec wypłuczę w niej jeszcze szmatę do podłogi. Ciepłą wodę, ba, po prostu wodę trzeba przecież wykorzystywać z głową.

Do mycia naczyń mam jeszcze przepiękną żeliwną, owalną miednicę z uchwytami, malowaną w winogrona. Jest ciężka. Nabiorę tu chyba siły i potrenuję samozaparcie. Babcia nazywała ją szaflikiem, co właściwie mija się z rzeczywistością, ale dla mnie ta nazwa przynależy już do naczynia z fioletowymi gronami. W kredensie, oprócz słynnej słodkiej dziurki, jest miejsce zwane chlebownikiem. Tam ląduje przyniesione pieczywo, a także piętrowo ułożone razowe makarony, brązowy ryż, kasza gryczana, jęczmienna i jaglana, fasola, soczewica, cieciorka. Jest jeszcze coś na dobry początek, czyli prezenty od Celiny - kiełkownica oraz zapas torebek z nasionami. Było co dźwigać.

Do moich zapasów dorzuciłam rozpustę na wieczory i poranki - zestaw herbat różnych gatunków: od czarnych aromatyzowanych, poprzez owocowe, zielone i czerwone, a kończąc na ziołowych, których podstawą jest mięta, szałwia, dziurawiec i pokrzywa. Zapasy tych ostatnich mam zamiar uzupełniać uzbieranymi ziołami, gdy już przypomnę sobie, gdzie rosną. W niektórych pojemnikach babci znalazłam zioła, które straciły już zapach i kolor. Nie wiem, jakie jest ich działanie, choć nazwy wszystkich wypisane są pod wieczkami. Pamiętam, że czasem zamiast swojej herbacianej mieszanki babcia parzyła nam świeże liście mięty i melisy, które rosły zawsze przy chacie. Ale czy przetrwały, dowiem się dopiero po szczegółowym obchodzie okolicy.

Wrzucam jak leci papierowe i foliowe torebki na półkę, obiecując sobie, że jutro ustawię je w jakimś porządku.

Gdy już wszystkie produkty spożywcze zostają z plecaka wypakowane, orientuję się, że dochodzi południe. Czasem przy dobrych wiatrach ze wsi słychać było dzwony na Anioł Pański, ale dziś nic nie słyszę. Odmawiam ulubioną modlitwę babci Marcji, nakręcając stary drewniany zegar, wiszący obok drzwi. Na szczęście znam się dobrze na podciąganiu jego ciężarków. Nauczył mnie tego Jędrek, najstarszy kuzyn.

Wprawione w ruch wahadło będzie pilnować moich chwil w bacówce. Bateria w małym zegarku może przecież znienacka się wyczerpać.

Zanim pójdę po wodę, muszę jeszcze przez moment nabrać sił, a najlepiej wyjdzie mi to w pełnym słońcu. Leżę na trawie, chłonę zapachy i odtwarzam w głowie drogę do strumienia, ale kiepsko mi idzie. Pora na praktykę. Muszę sprawdzić, ile czasu będzie zajmowało przytachanie dwóch pełnych wiader. Co prawda nie zużyłam jeszcze tych napełnionych przez wujka, a i przed domkiem jest zapas deszczówki w beczce, lecz nauczono mnie, że wody zawsze potrzeba więcej, niż szacujemy. I ponieważ stała w beczce długo, ta ze strumienia jest zawsze bezpieczniejsza do gotowania; wodę z beczki używa się do mycia.

Przelewam zapasy wody do szaflika i garnków. Jestem teraz w o tyle lepszej sytuacji, że mam lekkie wiaderka z tworzywa, ale pamiętam czasy, gdy babunia Marcja dźwigała wielkie blaszane wiadrzyska, a każdy z kuzynów i ja - po konewce w różnych rozmiarach.

Okazuje się, że bardzo dobrze pamiętam drogę. Zejście do strumienia zajmuje mi piętnaście minut. Rozpoznaję miejsce, gdzie z babcią Marcją robiliśmy nieraz bardzo długie popasy.

Brzegiem strumienia idzie jakiś człowiek. Zatrzymuję się, żeby zdążył sobie pójść, nim dotrę nad strumień. Z daleka widać, że jest w podeszłym wieku; ma siwe włosy i podpiera się kosturem. Czekam, aż zniknie w głębi lasu, i dopiero wtedy ruszam dalej. Napełnianie wiader jest jak zdobywanie nowej sprawności harcerskiej, wtajemniczenie. W końcu czynność ta zawsze należała do babci.

Wejście pod górę z pełnymi wiadrami nie jest już takie łatwe. Robię przystanki, odpoczywam, rozmasowując dłonie. Pomysł, żeby iść z dwoma wiadrami naraz, jest dobry, bo łatwiej utrzymać równowagę, ale powinnam nosić je w rękawicach ogrodowych. Sprawdzę, czy są w Szałasie.

Przystaję coraz częściej. Niestety niektóre odcinki uniemożliwiają mi postawienie wiader, mogę je jedynie na chwilę oprzeć na ziemi, ale nie odłożyć, bo wylałaby się część wody. Ręce tak bolą, że zaczynam zaciskać zęby (żeby mi tylko coś nie popękało). Wreszcie nie daję rady, odstawiam wiadra na płaskiej części trasy i zaczynam płakać nad swoją niemocą, kiepską kondycją, brakiem wytrwałości. Jak sobie poradzę bez wody? Muszę po nią chodzić, muszę umieć wnieść te ciężkie wiadra pod górę. A teraz nie mogę, nie mogę. Łzy ciurkiem kapią mi na ubranie, ale nie łkam głośno, siąkam w róg koszulki. Skąd mogłam wiedzieć, że będzie mi potrzebna chusteczka? Właśnie! Gdybym miała chusteczkę, chwyciłabym przez nią pałąk. Ale nie mam, a iść muszę dalej. "Przełącz wajchę" - przypomina mi się jedno z powiedzeń Michaśki. "Zamień muszę na chcę". Zamieniam więc monolog wewnętrzny na: chcę iść dalej, chcę wnieść te cholerne wiadra. Wajcha. Te wspaniałe wiadra, które dadzą mi życie. Rozbawiam samą siebie i zaczynam się śmiać na głos. Cudownie, od płaczu do śmiechu, bardzo zrównoważona jestem.

Anielu, co z tobą, gdzie się podziewasz? No tak, masz rację, jesteś pewnie tą wajchą, która doprowadza mnie do śmiechu; to ty. Zatem dzięki za wsparcie i bądź nadal.

Chwytam rączki wiader przez rękawy bluzy i od razu mi lepiej. Czy to też ty, Anielu?

Droga pod górę zajęła mi trzydzieści pięć minut. Dużo przystanków, żółwie tempo. Całość operacji poniżej godziny to jeszcze nie taki przerażający rezultat. Następnym razem nie mogę się tak rozkleić, może będzie szybciej. Kładę się przed bacówką, żeby odpocząć, i leżę tak nieskończenie długo, owładnięta różnymi myślami.

Większość moich znajomych umarłaby ze śmiechu, dowiedziawszy się, że wybrałam mieszkanie w chacie bez wody i kanalizacji. Kilka nocy może jeszcze by znieśli, ale planowanie dłuższego pobytu w takich spartańskich warunkach to byłby dla nich szczyt głupoty. I ja, niosąca wiadro pod górę, wzbudziłabym pewnie dużo litości. Na szczęście w pomysł zostali wtajemniczeni nieliczni, będzie mniej wstydu, gdyby coś nie wyszło. Wiadra wniosłam, więc co miałoby pójść nie tak? Jest świetnie. Spuchnięte ręce można zamoczyć w lodowatej wodzie. Co za ulga.

Rozbebeszony plecak i porozrzucana na poddaszu odzież domagają się uporządkowania. Mam listę wszystkiego, co przyniosłam, i listę tego, z czego zrezygnowałam. Ta druga jest imponująca. Na jak długo wystarczy mi samozaparcia, by wytrzymać bez tych przedmiotów?

Uwielbiam się rozkładać w nowym miejscu, gdziekolwiek przyjadę, są to zawsze najprzyjemniejsze z chwil - kiedy moszczę gniazdo.

W trakcie układania na półce uświadamiam sobie, że zgłodniałam, ale kompletnie nie mam głowy do przyrządzania obiadu. W euforycznym stanie, w jaki wpadam po skończonej wodnej misji, łapię w locie jabłko, potem zjadam kilka orzechów i suszonych owoców, które w trakcie pracy szybko mnie sycą. Tak nie może być codziennie, mówię sobie, pora skończyć ze starymi przyzwyczajeniami. Ale odkładam obiad do jutra.

Na poddaszu można stanąć tylko w jego środkowej części, skosy wymuszają pochylenie się. Gąbkowe materace zaścielały kiedyś całą podłogę, lecz teraz wujek poukładał je w zgrabny stos, który pod jednym ze skosów tworzy moje łóżko. Pod drugim stoi niski regał z dwoma półkami. Przypomina szafkę z przedszkola, brakuje jedynie przegródek ze znaczkami. To będzie moja garderoba i toaletka.

Zaczynam rozlokowywać pozostałą zawartość plecaka. Mam tego tyle, co kot napłakał. Trochę ubrań, praktycznych lub mniej praktycznych, raczej łatwych do prania i suszenia. Chyba najdłużej zajęło mi dobranie tego, co będę na siebie wdziewać - tak właśnie mówiła babcia. Wdziewać. Bojówki, rybaczki i krótkie spodenki nie przysporzyły mi tyle trudu w wyborze, ile sukienki. Nie wyobrażam sobie bez nich wiosny i lata. Na dolnej półce układam całą moją aktualną szafę, ze zdziwieniem się przyglądając, jak mało mam ubrań. A przecież wypełniają całą długą na dwa metry półkę. Górną deskę zaczynają zasiedlać: lusterko, grzebień, kosmetyczka, apteczka, wyłączony telefon komórkowy, zapasowa bateria, świece, zapałki, maleńka ozdobna miseczka do zagaszania płomienia i trzy książki. W jednej z nich mam ukrytych kilka rodzinnych zdjęć. Wyjmuję to, na którym babcia Marcja z dziadkiem Władkiem siedzą na ławce przed bacówką, studiuję szczegóły ich postaci.

Nie rozklejać się, nie rozklejać, do roboty.

Po uprzątnięciu stosu rzeczy odkrywam oparte o boczną ścianę szafki i owinięte w foliowy worek dwa nowe komplety pościeli. Nie znam ani jednego z nich. Wiem, że to już nie zapasy babci, ale inwestycja ciotki. Pościele mają delikatny kwiatowy wzorek. Muszę się czymś cioci odwdzięczyć za ten luksus. I z tym nie mam problemu, dostanie biżuterię. Upycham zapasowe powłoczki do mojej garderoby, czyli na niższą półkę. Na nich kładę białe prześcieradło przeznaczone do balii, które tu wtaszczyłam. Przyglądając się górnej półce, dochodzę do wniosku, że przywiozłam chyba za dużo cywilizacji, ale gdy przypominam sobie, z czego zrezygnowałam, od razu podnoszę się na duchu i z butami pod pachą biegnę na dół.

Ustawiam jeszcze obok drzwi, przy butach z wibramem, tenisówki, sportowe sandały i japonki. Mam też włóczkowe pantofle zrobione przez Celinę, a nazywane przez Łukasza papuciami, które zostały w sypialni, bo ich nie będę używać w kuchni. Ponownie idę na górę, siadam na prowizorycznym łóżku naprzeciwko mojej zagospodarowanej garderobo-toaletki i napawam się widokiem urządzonej przestrzeni.

Drugiego wieczoru robię coś głupiego, czego nigdy nie zrobiłabym w żadnym miastowym mieszkaniu: mówię "dobranoc" wszystkim sprzętom, dotykając ich, niektóre nawet głaszcząc. Przyzwyczajam wzrok do półmroku, w którym bacówka wygląda inaczej niż za dnia. Kiedy wspinam się na pięterko, jest już prawie ciemno. Zdążyłam ze wszystkim przed nocą, więc mogę zasypiać z dumnym wyrazem twarzy. W dolinach nigdy o takiej porze nie kładłam się spać, ale dziś jestem bardziej zmęczona niż wczoraj. Nie mogę jednak uleżeć spokojnie, kręcę się coraz intensywniej w pościeli i w końcu łamię postanowienie chodzenia spać razem ze zmrokiem. Zapalam świecę, opieram się plecami o parapet małego okna i wtedy przypomina mi się sen, pierwszy sen na nowym miejscu. Na razie zupełnie nieosiągalny. Zachowam go w pamięci, ale nie opowiem nikomu, nie zapeszę, poczekam.

Dziś znów było szybkie chlapanie w zimnej wodzie. O Anielko, mogłam chociaż mały garnuszek zagrzać, masz rację. Dzięki tak ekstremalnym wrażeniom dojrzewa we mnie ochota na leżenie w balii, ale do tego będę potrzebowała więcej samozaparcia - żeby udźwignąć proces nagrzewania, noszenia, nalewania i wylewania. Odkręcając kurek z ciepłą wodą, nie miałam świadomości błogosławieństwa, jakim jestem co dnia obdarzana.

Zagaszam płomień świecy maleńką miseczką i patrzę na końcówkę knota, która jeszcze przez moment się żarzy i obficie dymi.

Leżąc na wysokiej górze z gąbki, wsłuchuję się w rytm tykania zegara i myślę o babuszce Marcji, odtwarzam w pamięci szczegóły jej twarzy, przypominam sobie, jak ubrana była na moim zdjęciu, i choć pora zasypiania jest mi niezwyczajna, usypiam się obrazem babci bardzo szybko.