Baciary z piekła rodem - Ziemowit Szczerek

Kup ebooka

44.99 zł
35.99 zł (35,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- [...] Tichy, słuchaj pan. W tych skrzyniach znajdują się najdoskonalsze mózgi elektronowe, jakie kiedykolwiek istniały. Wie pan, na czym polega ich doskonałość?

- Nie - odparłem zgodnie z prawdą.

- Na tym, że one niczemu nie służą, że są absolutnie do niczego nieprzydatne - nieużyteczne - że to są, słowem, wcielone przeze mnie w czyn, obleczone w materię - monady Leibniza...

Czekałem, a on mówił dalej, przy czym jego siwy wąs wyglądał w panującym półmroku jakby u warg trzepotała mu biaława ćma.

- Każda z tych skrzyń zawiera układ elektronowy wytwarzający świadomość. Jak nasz mózg. Budulec jest inny, ale zasada taka sama. Na tym koniec podobieństwu. Bo nasze mózgi - uważaj pan! - podłączone są, że tak powiem, do świata zewnętrznego - za pośrednictwem zmysłowych odbiorników: oczu, uszu, nosa, skóry i tak dalej. Natomiast te tutaj - wyciągniętym palcem wskazywał skrzynie - mają swój "świat zewnętrzny" tam, w środku...

- Jakże to możliwe? - spytałem. Coś zaczynało mi niejasno świtać; domysł ten nie był wyraźny, ale budził dreszcz.

- Bardzo prosto. Skąd wiemy o tym, że mamy ciało takie, a nie inne, taką właśnie twarz, że stoimy, że trzymamy w ręku książkę, że pachną kwiaty? Stąd, że pewne bodźce działają na nasze zmysły i nerwami płyną do mózgu podniety. Niech pan sobie wyobrazi, Tichy, że ja potrafię drażnić pański nerw węchowy w taki sam sposób, jak czyni to pachnący goździk - co będzie pan czuł?

- Zapach goździka, oczywiście - odparłem, a profesor, skinąwszy głową, jakby rad, że jestem dostatecznie pojętny, ciągnął:

- A jeżeli to samo zrobię ze wszystkimi pana nerwami, to będzie pan odczuwał nie świat zewnętrzny, ale to, co JA pańskimi nerwami telegrafuję do pana mózgu... jasne?

- Jasne.

- Teraz tak. Te skrzynie mają receptory­-organy, działające analogicznie do naszego wzroku, węchu, słuchu, dotyku i tak dalej. A druty od tych receptorów - jak gdyby nerwy - zamiast do świata zewnętrznego, jak nasze, podłączone są do tego bębna, tam, w kącie. Nie zauważył go pan, co?

- Nie - powiedziałem. Rzeczywiście, bęben ów, średnicy może trzech metrów, stał w głębi, pionowo, niby ustawiony kamień młyński, i po dobrej chwili spostrzegłem, że obraca się nadzwyczaj powoli.

- To jest ich los - powiedział spokojnie profesor Corcoran. - Ich los, ich świat, ich byt - wszystko, czego mogą dostąpić i doznać. Znajdują się tam specjalne taśmy z zarejestrowanymi bodźcami elektrycznymi, takimi, które odpowiadają tym stu czy dwustu miliardom zjawisk, z jakimi człowiek może się spotkać w najbardziej bogatym we wrażenia życiu. Gdyby pan podniósł pokrywę bębna, zobaczyłby pan tylko błyszczące taśmy, pokryte białymi zygzakami jak pleśń na celuloidzie, ale to są, Tichy, upalne noce południa i szmer fal, kształty ciał zwierzęcych i strzelaniny, pogrzeby i pijatyki, i smak jabłek i gruszek, zawieje śnieżne, wieczory spędzane w otoczeniu rodziny u płonącego kominka i wrzask na pokładach okrętu, który tonie, i konwulsje choroby, i szczyty górskie, i cmentarze, i halucynacje majaczących - Ijonie Tichy: tam jest cały świat!

Stanisław Lem, Ze wspomnień Ijona Tichego I [Profesor Corcoran]*.

* Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe II, wybór i posłowie Jerzy Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025, s. 230-232.

1

Biuro przy Ruskim Rynku

Dziś śniły ci się istoty z wnętrza Ziemi. Dziwne, drzemiące w czarnych pudłach, niby trumnach, ale nie trumnach. Śpiące niby, ale aktywne jak nigdy.

My ci się śniliśmy.

Ja ci się śniłom.

Śniłom ci się i się tobą bawiłom. Jak żołnierzykami dziecko się bawi.

Nazywasz się Franciszek Kary i mieszkasz we Lwowie. We Lwowie, nie bardzo podłym mieście. Między wzgórzami, w dolince, pod Kajzerwaldem i pod Wysokim Zamkiem, między Łyczako­wem a Gródkiem. Lubisz czasem z góry na to miasto spojrzeć, albo gdy Gródecką zjeżdżasz w dół, do Rynku, albo z Wysokiego Zamku, gdzie teraz się nowy, regionalny kapitol rzymski buduje, biały, marmurowy, bo w końcu ta wasza, Kary, Europa się oficjalnie Nowym Rzymem stała. I patrzysz na ten Lwów, jak ci się w dole, między wzgórzami, latem zielonymi, jesienią brązowymi, miło kokosi, rozkosznie tak, albo gdy się mgiełką przykrywa i ci coś się na sercu aż od tego widoku, Kary, robi, ta joj.

No więc tak, mieszkasz we Lwowie.

I jest z ciebie prywatny detektyw. Kiedyś warszawski, ale teraz to już lwowski.

Jesteś starym dziodem, Kary, urodziłeś się za późnej sanacji, na początku lat osiemdziesiątych, twoja młodość i większa część dorosłego życia przypadły na czasy postsanacji oraz dyktaturę Naczelnego Wodza Snardza i - mimo że młodzi to już takiej muzyki nie słuchają - wychowałeś się na antysanacyjnym skanku lat dziewięćdziesiątych i teraz też sobie czasem lubisz go posłuchać. Na przykład zespół Nieboszczyki: stara biciarska kapela, na której koncerty uciekałeś jeszcze z koszar bydgoskiej spadochronówki, gdzie zrobili z ciebie komandosa Rzeczpospolitej nie lada i mistrza w polskiej sztuce walki bezpośredniej PSWB korona, zwanej jednak bardziej powszechnie "pieswybem" czy "wybiegiem dla psów".

Teraz, mimo że interwencja Aliantów obaliła w Polsce postsanacyjną dyktaturę Snardza dekadę temu i mimo że młodzi to teraz zupełnie innej muzyki słuchają, na przykład baciarapu, ty nadal w swoim biurze detektywa puszczasz takie starocie jak te Nieboszczyki właśnie.

Teraz też, widzisz, Kary, podchodzisz do staromodnego adaptera, cały jesteś zresztą staromodny, w tych twoich biciarskich ciuchach, wyciągasz płytę, na której obwolucie grupa skanków urządza sobie balangę pod pomnikiem Wielkiego Wodza i Zbawcy Narodu Rydza­-Śmigłego, nastawiasz ją, po czym siadasz w fotelu, zapalasz bletra i słuchasz, i wertujesz Żubroczłeka.

Mamy poczet Wielkich Wodzów, sanatorów, chlub narodu!, śpiewał Wypchany Kasztanka, wokalista Nieboszczyków, kolonie na Fernandynie, Polska jednak szybko zginie, jeśli naszych dzielnych chłopców wychowuje ksiądz z OOS­-owcem!

Kolonie na Fernandynie już niepodległe, OOS - zdelegalizowany, sanacja - obalona, nic dziwnego, Kary, że taka Gloria śmieje się z ciebie, jak słuchasz piosenek dla emerytów.

Gasisz bletra, bo ktoś się dobija. Wyłączasz adapter, podchodzisz do drzwi i widzisz, że oto przyszli do ciebie dwaj lwowscy detektywi. Jak detektywi do detektywa. To Agenor Strąć zwany "Agińciem" i Teofil Abakanowicz zwany "Abakanem".

Obaj byli detektywami specyficznymi, bo służyli lwowskim hebrom. I tak ich nazywano. "Heberne dytektywy". Albo jeśli ktoś się bardziej klasycznym polskim posługiwał, a nie lwowskim bałakiem, ta joj, bałakuńciem: "detektywi mafii". Obaj byli eleganty lwowskie dwa, że Wingtipcio na nóżce i poszetka w brusta­szy, Stetsonik na główce i codziennie u golibrody i goliłba, żeby efekt fresh cut na co dzień światu prezentowali, tacy byli, że im pachniało zawsze z policzków i zza uszu, a wąsiki mieli tak przystrzyżone, że się wydawało, że są ostre jak brzytwy, co je wygalały. No i oni to do ciebie przyszli.

Przyszli do twojego biura przy Ruskim Rynku, dawniej Starym Rynku, tak z kwadrans per pedes od tego głównego Rynku, okolonego miłymi galicyjskimi kamienicami placu, na którym jeszcze pierwszy założyciel miasta, ruski książę Danyło, pierwszy Lwów zakładał. Potem ten Lwów Jaćwingowie spalili, zdarza się, i założył go ponownie Kazimierz Wielki, już z rynkiem w normalnym Rynku, Kary, czyli tam, gdzie teraz, a ty to wszystko wiesz, bo od kiedy się do Lwowa przeniosłeś, to sobie o tym Lwowie czytasz. Do antykwariatów chodzisz, książki kupujesz, a potem siadasz sobie w knajpkach, zamawiasz sangamaryję i czytasz niespiesznie o tym twoim Lwowie, o tej twojej nowej małej ojczyźnie, którą - aż samego ciebie to zaskakuje - jakoś tak bardzo szybko i bardzo mocno uznałeś za swoją i - nie bójmy się tego słowa - pokochałeś, Kary.

Kary + Lwów = WSZM.

No więc przyszli Agińcio i Abakan do tego biura twojego i Zejgala, akurat jakoś w złotej godzinie, kiedy słońce zbierało się już do zachodzenia i tak pięknie lwowskie tynki smyrało i lizało, że nic, tylko siedzieć w ogródku Biesława, knajpy obok, pić sangamaryję i patrzeć na ten twój - teraz to już i twój - Lwów. I twarz do słońca wystawiać. I żeby stał jeszcze na rogu baciar z mandolinu, żeby Łyczakowskie tangu śpiwał. A ty siedziałeś u siebie w biurze, twarz do słońca wystawiałeś i się zastanawiałeś, czy iść do Biesława, czy nie iść. A tymczasem sobie podczytywałeś komiks o Żubroczłeku. Takim jednym Piotrze Pińskim, tak się nazywał bohater, co go w laboratorium tajnym rządowym w Puszczy Białowieskiej napromieniowali promieniami z żubra (czy jakoś tak, Kary). Raz w normalnej jest formie swojej, Piotra, znaczy Pińskiego, laboranta w tymże laboratorium, a raz, jak mu się te żubrze promienie w środku uaktywniają, to rośnie, rośnie, rośnie, ubranie na nim pęka, głowa mu ogromnieje, mięśnie pęcznieją, sierścią się ciało pokrywa, a on sam staje się Żubroczłekiem właśnie. I ze całym złem świata, Kary, walczy.

Przyszli Agenor Strąć z Teofilem Abakanowiczem, zapukali, więc odłożyłeś Żubroczłeka, wpuściłeś i weszli, siadać kaza­łeś uprzejmie, bo ty, Kary, już dużo złych i przykrych rzeczy ludziom narobiłeś, więc w twoim nowym lwowskim życiu starasz się być dobry i miły dla ludzi. No więc tak, siąść kazałeś - no to siedli, elegancko, nóżka na nóżkę, ty: czy nie kawy, oni, że nie, bo dopiero pili, w sumie nic dziwnego, we Lwowie wszyscy na okrągło kawę piją, co chwilę gdzieś sobie zasiądą, przycupną i już kawusia, już ekspresik, już kapucyn, już mleczna, już spieniona. Jeśliby Lwowianie więcej kawy pili, niż piją, to by jeden po drugim kipali na serce, Kary, ta joj, ta już.

- Ave - zaczęli od czerstwego żartu, bo to, że byliście od jakiegoś czasu Rzymianami, to nie była dla nikogo żadna nowość, się już z tego wszyscy dostatecznie naśmiali i się do tego przyzwyczaili.

- Ano ave, ave - odpowiedziałeś mimo wszystko, bo w sumie ty też nie na czasie jesteś. I nadal trochę cię bawiło, że jest z ciebie Rzymianin. W końcu Polacy się oficjalnie Rzymianami stali. Po tylu latach aspirowania do śródziemnomorskiego ogrodu, sarmackiego międlenia makaroniarskiej łaciny. Cives Romani sumus. Co prawda Rzym nie ten sam, ale trudno. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

- Salve dominus Aginus, salve dominus Abacanus - powiedziałeś więc, zapomniawszy, że właściwie to powinieneś użyć wołacza, a nie mianownika, ale gdzie taki cham ze wsi jak ty, Kary, będzie wołacza używał.

- Franc - zaczął Agińcio, bardziej zawsze wymowny, bardziej też elegancki niż Abakan, kanty w szpic. - Ty na pewno wiesz, co się stało i po co my tu przychodzimy.

- W sprawie tego... - Zamyśliłeś się. - "Baciarobójcy" tak zwanego?

- Tak zwanego, tak.

- No słyszałem coś. Tajemnicza sprawa.

- Ta, ty pewnie słyszał tak ogólnie, w "Kurjerzy" czy ta w knajpi - sapnął Agińcio. Poruszył się nieco, a razem z nim poruszyło się powietrze i zapachniało Agińciową perfumą. - Ale ja ci powiem, co to się stało naprawdę.

I zaczął Agińcio opowiadać, a Abakanowicz, który siedział obok niego i też pachniał, głową tylko poważnie kiwał.

Opowiadał Agińcio, że na hebry padł blady strach.

Bo najpierw znaleziono na Łyczakowie (a gdzież by!) zwłoki niejakiego Feliksa Chabanicza zwanego "Kulą". Bynajmniej nie z racji swojej przyrodzonej prędkości. Kula po prostu wyglądał jak kula. Był wielkim bykiem bez karku i nadgarstków, szerokim w pasie i zwężającym się ku dołowi i ku górze. Pracował dla hebry Kastaniedów z Pohulanki. Był tam starszym siłowym (senior coercitor).

No i został znaleziony na rzeczonym Łyczakowie, za Kościołem Świętego Antoniego. Pod własnym domem, bo on tam obok w kamienicy mieszkał.

I to jak został znaleziony. Tutaj zaczął przejęty Abakanowicz, który ogólnie mało mówił, a dużo łypał oczami, no i się włączył.

No więc urwano (urwano!, dramatycznie podkreślał Agińcio) Feliksowi Chabaniczowi głowę. A także wszystkie kończyny. Oraz rozpruto brzuch i wywleczono z Feliksa Chabanicza wnętrzności.

I wszystkie te jego części ciała, kończyny i flaki, ułożono w gwiazdkę. Albo - jak to ujął Abakanowicz - "w takie ruskie żet". Czyli literę Ж. "Takie żet, co Hajdamaki miały, zanim na łacinkę przeszły", tak powiedział Agińcio.

- Leżał Felciu Chabanicz - mówił Agenor Strąć - na trawniczku za kościołem, głowa jego urwana w środku tego żeta, a dookoła ręce, nogi, flaki, wszystko si, jak to mówiu, promieniście rozchodziło od ty głowy.

- Ta jak jaka uśmiornica to wyglundału, Kary, że tak powiem - dodał Abakanowicz, a lwowski zaciąg miał z takim rozmachem, że mało się od tego rozmachu nie przewrócił.

- I my rozumiemy, że któś tam mógł Felcia nie lubić - powiedział Agińcio. - Bo to mału on ręk i nogów połamał ludziom? Ta, wiadomo, wymuszenia, jak to mówiu policajty, śmo, ćmo, ta niejednego i gnypym posunął. Ale ktu z tych, co gu nie lubili, miał taku siłu, żeby dorudnegu, co by nie powiedział, chłopa, wielkiegu, kulistegu, by tak rzec, mięśniategu, tak na kawały rozerwać? Ta jakaż to musi być siła? Ta nienadludzka?

- A to te jego ręce­-nogi naprawdę były urwane? - zapytałeś. - Nie odcięte czy coś?

- Nu, wyrwane, słuchaj! - Na to Agińcio. - Nurmalni, wyrwane! Trach, o! I ułożone w tę gwiazdkę taką...

- I my ud razu zaczęli ruzmyślać - rzucił Abakanowicz, gładząc się dziwnie palcem po uchu.

Kto się tak dziwnie gładzi palcem po uchu, Kary, kto? Zapatrzyłeś się na to ucho, Kary.

- Ruzmyślać my zaczęli - powtórzył jak echo Agińcio.

- Ruzmyślać? - Ocknąłeś się z zapatrzenia na ucho Abakanowe.

- Nu, ruzmyślać nad tym, co tyż to może znaczyć - uściślił Abakan. - W sensi: co nam murderca chciał powiedzić?

- No i co wymyśliliście?

- Ta nic jeszcze. Ali czekaj dali...

- No ale widzieliście to na własne oczy? - zapytałeś.

- Ta my zdjęcia widzieli, Kary - rzekł na to Agińcio. - Ali ty słuchaj, co byłu potym. Bo potym to zabili już dwóch.

- No też słyszałem - dodałeś, żeby nie myśleli, że nic nie słyszałeś, bo jakbyś nic nie słyszał, to co by był z ciebie, Kary, za detektyw. - Dwóch hebernych od Hulajstosów.

- Ano od Hulajstosów. - Agińcio sapnął, po czym kaszlnął tytoniowo, a po tym tytoniowym kaszlnięciu sobie przypomniał, że przecież pali papierosy. Zapytał więc, czy może zapalić, i zapalił. - Dwa spuchlaki takie, gorsze od Felcia, świntyj pamięci. Na jednego mówili Rąbanka, a drugi się nazywał Wawelski.

- I tak tyż na niegu mówili - objaśnił Abakanowicz. Zobaczył, że Agińcio pali, i też sy zapalił, Kary, ta joj.

- Oba nie tak dawno temu brali udział w zapasach lembryc­kich - dodał Agińcio. - Jak była ta edycja "Wyrwidąb z Waligórą za bary się biórą", co wszystkie luczadory udział brały, to nawet tam jedyn dostał drugie miejsce, a drugi to jakieś tam honorowe, za fair play czy coś takiegu. Ta ja ich dobrze znał, dobre były chłopy.

- Ta joj. - Udałeś, że się przejmujesz, choć nie byłeś pewien, czy zwrotu "ta joj" powinno się w takich okolicznościach używać.

W końcu z Warszawy tu przyjechałeś i intuicyjnie tej lwowskiej gadki to ty, Kary, nie znałeś i nie znasz. Chociaż jako detektyw wiedziałeś już dobrze, co tu piszczy i o kim. I też słyszałeś o Rąbance i Wawelskim. I wiedziałeś, że zarówno jeden, jak i drugi wyglądają jak dwa wielkie kawały mięsa, będące w stanie uciągnąć samochód osobowy marki Piast Kombi, i to z całą rodziną w środku. Szczegółów jednak nie znałeś.

- No i strach blady padł na hebry, że tak powiem - powiedział Abakanowicz. - Boć to już przecież trzech, ewidentnie związanych z mafijnym, jak to mówią na telewizorze, światkiem. Nu i co. Nu i trzy trupy. No to się heberna rada wzięła, z całego miasta się hebry zjechały i uradziły, że to tak być nie może, że ktoś dobrych baciarów zabija. Ta strach po ulicy chodzić! Baciarobójca znaczy jakiś musi tu grasować. I nas wynajęli z Agińciem. Żeby my znaleźli tegu, rozumisz, Baciarobójcę, bo inaczy to jak hebrom hebrować w tym mieście!

- Ta o - dodał Agińcio. - Nu to my się wzięli du roboty. Mamy i w pulicji kuntakty, dotarli my do aktów sprawy, ta o. - Agińcio klepnął po trzymanej na kolanach teczce. - Kopię przywiozłem, potem pokażę. Nu i co się to okazuji: tegu Rąbankę, tyż wielkiego chłopa, na sztuki porozrywali. I wybebeszyli. Na Kajzerwaldzie...

- No i z tego, co wiem - pochwaliłeś się, że wiesz - też ułożyli jakoś te kawałki. W jakąś literę pewnie.

- Ta pewno, że ułożyli! - przejął się Abakanowicz. - Tylko że nie w literę. Pokaż zdjęcie, Agińciu.

Agenor Strąć otworzył teczkę, zajrzał, wyciągnął stamtąd fotkę, podał ci.

Na zielonej, soczystej trawce leżało porwane - nie pocięte - na kawałki ciało hebernego giganta, zabijaki i bandyty Rąbanki. Ułożone w znak zapytania. Kropką pod znakiem zapytania była głowa Rąbanki: oczy głupkowato wytrzeszczone, jak za życia, tak i po śmierci, i na wieki, wygląda na to, wieków amen. Tylko lęk się jakiś krył w tych oczach wielki. Albo może ci się wydawało, w końcu oczy trupa to oczy trupa. A obok niego, z jego wnętrzności, kiszek i drobniejszych części ciała, jak dłonie czy stopy, ułożono cyfrę cztery.

- No nieźle - powiedziałeś. - Najpierw ten taki iks niby, potem cztery i znak zapytania. No, no. Zagadka, jak z ostatniej strony "Gońca Kryminalnego". A ten Wawelski?

- Anu podobnie - odparł Abakanowicz. - Tylku że na Łyczakowi to było. W sensi na cmyntarzu. I sam popatrz, co z niegu zrobili.

Podał ci zdjęcie.

Strzałkę. Zrobili z niego strzałkę. Głowa, również wyszczerzona, jakby w przerażeniu, była czubkiem tej strzałki, nogi jej ostrzem, a drzewcem ręce, tułów i cała reszta.

- Na co ta strzałka wskazuje? - zapytałeś.

- Nu widzisz. Ty zadajesz dobre pytania. Nie to co pu­licja, co w ogóle o tym nie pomyślała. A my, prywatni dytektywi, to co innego. I pulicja nie sprawdziła, a myśmy sprawdzili.

- No to na co wskazuje? - dopytałeś, bo zniecierpliwiłeś się nieco.

- Na grobowiec rodzinny familii Pluszko - odpowiedział Abakan. - Hektora i Nasturcji.

- Aha. - Podrapałeś się po głowie. - Hektor i Nasturcja Pluszko. A kim oni byli?

- A diabli raczą wiedzieć. Sprawdzaliśmy. Jakiś urzędas kolonialny i jego żona. Nikt ważny w każdym razie, nikt heberny.

- Może ktoś przez hebry zabity? - zapytałeś. - Może zemsta?

- Ta jaka zemsta - odpowiedział Abakan. - Przypadek jakiś, przecież byśmy wiedzieli, jakby ktoś od heber zabił jakichś Pluszków. To małe miasto, Kary, a my dytektywi.

- Tylko z ciekawostek ci, Kary, powiem - dodał Agińcio - że grobowiec pełen był takich małych iksów.

- Jak to iksów?

- Ano - odparł Agińcio - takich malutkich. Jednych kugelszrajbą robionych, innych ołówkiem, a jeszcze innych jakim ta innym pisakim. Nu iks, takie ło.

I złożył Agińcio palce wskazujące obu dłoni w X.

Wyciągnąłeś notes i sobie zanotowałeś. Żeby to fachowo wyglądało. Że niby taki detektyw majster z ciebie.

- A powód zgonu? - spytałeś z mądrą miną.

Dwaj mafijni detektywi popatrzyli po sobie i się roześmiali. Jeden chrapliwie, drugi jakoś tak aksamitnie jakby.

- No ja by powiedział, że najpewni to jednak właśnie chyba ruzerwani na kawałki - odezwał się w końcu Agińcio, jak się trochę odeśmiał.

- No ale co, za życia ich rozrywali? - Miałeś minę niewzruszoną. - Czy najpierw ich jednak jakoś zabili. Bo weź tu rozrywaj wielkiego chłopa, co się wyrywa. To by nawet oddział wojska polskiego nie dał rady.

- Pulicja niby zakłada roboczo - Agińcio spoważniał - że mieli poskręcane karki, tak tyż patolog napisał w sprawuzdaniu, choć - zachichotał - jak im można było skręcić karki, skoru oni karków nie mieli?

Abakanowicz też się pod to roześmiał, a zaraz potem rozkaszleli się też od śmiechu dwaj heberni detektywi.

- A macie jakieś robocze hipotezy? - dopytywałeś.

- Nu. - Agińcio podrapał się po głowie. - Ta wiele. Że to ruskie żet, hajdamackie to, na przykład, pierwsza litera jakiegoś słowa. Jak na przykład "życie", tak można założyć. Znak zapytania: że zagadka, wiadomo.

- Czyli co - ciężko ci się, Kary, z nimi rozmawiało jakoś - że życie to zagadka?

Abakan też się po głowie podrapał.

- Ta ja nie wiem. A ta czwórka: że będą cztery trupy, że tak powiem. Czyli że jeszcze jeden - ciągnął. - Albo że jeszcze cztery. A strzałka, ta tyż ja nie wiem. Że w tym grobie będą złożone? Bez sensu. Że kolejnym będzie jakiś Pluszko? Ale nie ma u nas żadnych Pluszków, pytali my po hebrach. Można też założyć, że następny będzie jakiś Hektor...

- Można, ale nie trzeba - zauważyłeś.

- No my właśnie tu dlatego u ciebie, Kary, że tak powiem - odparł Abakanowicz.

- Żeby ty nam pomógł - dodał Agińcio.

- Ja? - Udałeś zdziwienie. - Ta czemu ja?

- A bo ty taki sławny i znany...

- A przestań, kurwa, Agińciu... - odpowiedziałeś.

- Nu, Kary, ta ty tegu Hieroglifa złapał!

- No nie do końca ja - zaprotestowałeś. - W zasadzie to...

- Nu, ale ty tę sprawę skończył - przekonywał Abakan. - A ta rzeczy tutaj to nawet trochu podobna...

- Czy ja wiem? - zastanowiłeś się.

- Ta, co ja będę krył. - Agińcio machnął ręką. - Mówi się, że ty masz dojścia we władzach. A kto wie, czy to nie jaki nowy sposób na walkę z, jak to się mówi, przestępczością zorganizowaną... To by nam bardzo pomogło, a honorarium od heber duże. Podzielilibyśmy się. Dostąp do interesu. Może i potem inne, dalsza współpraca...

- Ja? - Zdziwiłeś się nienaturalnie i sztucznie, aż ci się głupio od razu zrobiło, że durnia z siebie robisz. - Dojścia we władzach? Panowie, no co wy...

- Ta Kary, taż ta była twoja kubita, ta pani Sztolc Złota...

- Agińciu... - Oparłeś łokcie na blacie biurka. - To są sprawy prywatne. I kontakt mój z panią Sztolc Złotą też prywatny jest.

- Ta, Kary, ja ci nie chciał...

- To już nic na ten temat nie mów - uciąłeś.

- Ta piniendzy będzisz miał, Franc, po kukarde, ło! - Agińcio ci pokazał, pokund bedzisz miał piniendzy, ale ty, Kary, ty jednak nie chciałeś.

I tak szła ta rozmowa.

Ty im mówiłeś, że nie masz wolnego w grafiku, że masz swoją wierną klientelę, no, że nic już nie wepchniesz, nie ma szans: hebry czy nie hebry, doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, a ty się nie rozdwoisz, a oni, że pieniądze, że szacunek baciarów na ulicy, takie rzeczy. Wychodzili rozczarowani, a ty właściwie powinieneś żałować, bo pieniądz to pieniądz, ale ci się po prostu robić z nimi nie chciało.

Bo ci się nie chce.

Bo ty już się narobiłeś, Franc. Tak.

Ty jesteś zmęczony.

Ty się już ku uldze nieistnienia skłaniasz.

Zresztą co tu się szarpać, jak zaraz wojna będzie. Bo Sowiecja wróciła do gry. A ty już wojny znasz, ty to na wojnach byłeś. Tobie już się na wojnę nie chce. A jeśli cię chandra chwyta, to bierzesz Superstoika. A jak cię głowa boli, to bierzesz superkogutka. A jak wszystko razem, to se bletra kręcisz.

I tylko do psychiatry chodzisz. Psychologa. Terapeuty. Coś w tym guście. Do doktora Suckiego. Mścibora. Tak, doktor Mścibor Sucki to Lwowianin elegancki, człowiek pełen gracji wewnętrznej, ale i sam ogólnie do wewnątrz głównie zwrócony i jakiś taki jękliwy. Chodzisz do niego do gabinetu w samym Starym Mieście, na Krakowską 7, dokąd się przeciskasz między tłumem turystów i ekspatriantów ze wschodu i południa, których przybywa do Lwowa ostatnimi laty sporo.

Dlaczego?

A bo Lwów to miasto zabawy! A bo tu knajp, dancingów, klubów! A bo tu kultura dekadencka! A bo tu artyści z całej Europy! Z całego Rzymu, bo i z Anglosfery! Bo tu podziemne wernisaże i koncerty, kultura alternatywna i epatowanie mieszczaństwa jego własnymi bebechami! Artyści, ci tak zwani niezależni, których do tej pory się tylko na posterach albo w telewizji widziało, o proszę, teraz po lwowskich knajpach siedzą jak pierwsi lepsi!

No tak, bo do Lwowa to się z ciekawości również jeździ. Liz­nąć końca świata, nastroju apokalipsy. Bo tu przecież sowiecka granica niedaleko, a Sowiecja znowu Europie grozi, więc de­kadencja, więc poczucie schyłku, więc wszyscy piją na umór, żrą narkotyki, eufo, psycho, jakie tylko, więc już muzyka schodzi ku dołowi, już orgie końca czasów się tu i tam odbywają. Ty, Kary, wiesz gdzie. W końcu detektyw jesteś.

Bo tak, przyjeżdżają ludzie do Lwowa, bo każdy chce poczuć, jak to jest tańczyć na "Titanicu".

W Czasach Ostatnich.

Bo przecież Ruscy COŚ mają. Nie wiadomo co, ale mają. Coś, czemu się nijak postawić. Bo się do piekła dokopali. I z piekła mają.

Przeciskasz się i wchodzisz do kamienicy ozdobionej stojącą w wykuszu rzeźbą pustelnika, włochatego i zdziczałego Świętego Onufrego, kolegującego się z lwem.

Doktor Sucki, owszem, siedząc w swoim ultramieszczańskim skórzanym fotelu w ultramieszczańskim gabinecie, wypytuje, a raczej wyjękuje, co tam u ciebie, jak się czujesz, skąd w tobie, Kary, ta pustka w środku, dlaczego tę pustkę zalewasz alkoholem i przekopcasz konopią, zamiast, nie wiem, ha, ha, sport uprawiać, pisać wiersze czy korzystać z dóbr kultury. Komiksy czytam, mówisz mu, więc korzystam z dóbr kultury, no ale ileż można komik­sy czytać, poza tym najlepiej to się komiksy czyta nad bombą piwa czy sangamaryją, nie wspominając o poczciwym rifrze, zresztą ja już się namęczyłem, mu mówisz, nasportowałem, jestem, było nie było, mistrzem (choć zmęczonym i zaniedbanym) polskiej sztuki walki bezpośredniej, czyli PSWB korona, zwanego też "pieswybem", mogę nawet doktorowi pokazać, mówisz, tylko potem ręka, noga... No i tak wzdychacie sobie, wzdychacie, tylko że z jego wydechu przy tym wzdychaniu, oprócz jęku, unosi się woń dobrego tytoniu, dobrego płynu do płukania ust i drogiej kawy, a z twojego zapach sangamaryi i Egipskich, a potem ty płacisz dwieście złotych polskich za wizytę, bierzesz receptę na Superstoika, dwieście miligramów, i wychodzisz.

Tak.

Dawniej, Kary, mieszkałeś w Warszawie i w tej Warszawie mówili na ciebie "Franek", a tu, we Lwowie, mówią na ciebie "Franc". Tak niby z niemiecka. W ogóle tu lubią z niemiecka. Mówią "jo" zamiast "tak". "Gwermaszyna" na przykład mówią na karabin maszynowy i nawet flagę narodową nazywają "fana". I nie lubią Warszawiaków. Ani Warszawy. Nie lubią w ogóle Królewiaków, tych z centralnej Polski, z dawnego rosyjskiego zaboru, bo ich mają za wschodnią, barbarzyńską hołotę. Tak, Kary, już ponad sto lat wolności twoja ojczyzna, krew i blizna, przeżyła, a nadal ludzie pamiętają, gdzie były Rusy, gdzie Prusy, gdzie Rakusy. Choć przecież Królewiacy, zwani również Kongresiarzami albo Kongresmenami, mieszkają nie na wschód, ale na północny zachód od Lwowa. W Polsce środkowej. Ale to nie przeszkadza w uznawaniu ich przez Lwowian za ludzi Wielkiego Wschodu. Za półkoczowników spod Uralu Świętokrzyskiego. Z Wielkiego Stepu Mazowieckiego czy Okołołódzkiego. Tak, Kary. W świecie, w którym żyjesz, stereotypizacja idzie pełną parą. Niby jakieś tam jaskółki nakazywania ludziom oględniejszego wysławiania się pojawiają, ale tak naprawdę to nie wiadomo, czym się ta stereotypizacja skończy.

To znaczy ja wiem. Ale nie powiem. Jeszcze nie.

No więc tak. Mają w dawnej Galicji błogosławionej Kongresowiaków za gburów, chamów, cwanioków i pijaków. Brudasów, samolubów, złodziei i małych, wrzeszczących dżyngis­-chanów.

A ty, przyjacielu, niby mieszkasz we Lwowie, ale jesteś przecież Królewiakiem. Niestety. Chamem i Królewiakiem. Królewiackim chamem. Chamem kongresowym. Bosym Antkiem z odstającymi uszami. Ty się urodziłeś i wychowałeś w zapyziałej wsi, gdzie jeszcze do lat siedemdziesiątych albo i osiemdziesiątych różnie było z elektrycznością i asfaltem na drogach, a nie, jak Galicjanie, w małym, pięknie położonym miasteczku, gdzie rano się chodzi do cukierni na kawę, a wieczorem do gospody na kilka kufli - i nie więcej - zacnego piwa. A u was się piło byle co. I raczej więcej niż mniej. U was, Antków z odstającymi uszami.

I zawsze, miałeś wrażenie, dla tych Galileuszy z dawnej Galicji kimś takim będziesz. Antkiem z Królestwa. Kimś gorszym. Mimo że przecież jest z ciebie, ho, ho, kawaler Virtuti Mili­tari. Polskim najwyższym odznaczeniem za wojnę z Polską. Tak, bo Polska z Polską walczyła. Dobra wiadomość jest taka, że Polska wygrała. Zła, że również Polska przegrała. Sto lat, całuję rączki, cyrączki, po rozbiorach, a ta wasza Polska, jak była podzielona, tak została. I to nie tylko w głowach.

Inna sprawa, że musisz przyznać, że sam, tak jak ten Lwówek cały, zaczynasz patrzeć na Kongresówkę. Tak jak oni. Punkt widzenia wiadomo od czego zależy.

No ale tak, przeniosłeś się tu, do tego Lwowa, z Warszawy. Warszawa też cię już drażniła. Nie miałeś czego szukać w Warszawie. Nie chciałeś już niczego szukać w Warszawie. Nie mogłeś patrzeć na Warszawę. Ileż można. Ileż można patrzeć na Warszawę.

Ileż.

Ileż można patrzeć na te pomniki chwały i glorii żołnierza polskiego, co pokonał hitlerowca i Berlin zdobył w 1940 roku.

Tego, co pokonał bolszewika w 1920. Szable do boju, lance w dłoń, Kary.

Ileż można patrzeć na łuki tryumfalne i na stojące wszędzie pomniki Rydza­-Śmigłego, Wieniawy i Piłsudskiego dłuta obłąkanego nadministra Szukalskiego. Bo trudno jest poznać, czy wielcy ci mężowie, wskrzesiciele i obrońcy Rzeczpospolitej, skrzyżowani są na nich z pierzastymi smokami, jaszczurami jakimiś przedwiecznymi, czy harpiami albo orłami. Bo że z jakimiś bojowymi maszynami kroczącymi, to na pewno.

Ileż można, Kary, patrzeć na te zermackie piramidy i mrokodrapy obłąkane w centrum, zasłaniające niebo i słońce, na Dzielnicę Marszałka Tysiąclecia wyglądającą, jakby ją dla kolosów, nie dla ludzi, postawiono, na tę pieprzoną Świątynię Czegoś Tam Bożego, bodajże Opatrzności, wyglądającą jak wulkan, który by zaraz tą Opatrznością miał wytrysnąć na to miasto męczące. I ileż można, w końcu, patrzeć na ten tłum oszalały, rozbijający się od Nowego Żoliborza po Kabaty drogimi samochodami, od Piastów Luxów po Bentleye. I na tych dziodów ulicznych w kraciastych kaszkietach i ze starodawnymi harmoniami, śpiewających w kółko, że:

Roku dwa tysiące, kurwa, dzieeeesiątegoWroga mielim napad, lecz sojuszniczego!Francuzy, Angliki nas bombaaaardowaliZa to, żeśmy po łbie Hajdamakom daliBo nas banderowcy długo mordowaliTośmy skurwysynów czołgiem zaoraliAle na to Liga Narodów w LondynieTak mówi: Polaku - oddaj UkrainieStanisławów oraz Tarnopol, DrohobyczHajdamak się cieszy już na takie zdobyczA jak chcieli jeszcze od nas miaaasta LwowaTośmy się wkurwili na chujów od nowaIchśmy lać zaczęli, wtedy przyyyyylecieliAlianty na niebo, bombić nas zaczęli...

I tak dalej, Kary, i tak dalej.

Miałeś już dość Warszawy, serio.

Warszawa za bardzo ci się kojarzyła. Ze złym się kojarzyła, z dobrym się kojarzyła, ale się kojarzyła. A przede wszystkim to ci się ze Złotą Sztolc kojarzyła. No a ty już nie chciałeś, żeby ci się wszystko kojarzyło. Ani ze złym, ani z dobrym, ani ze Złotą. Przede wszystkim ze Złotą. Ty chciałeś zacząć wszystko od początku.

Z sam­-wiesz­-czym się kojarzyła.

A we Lwowie faktycznie było i jest jakoś inaczej. Milej. Cieplej. Spokojniej. Życzliwiej. Normalniej, by tak rzec. Odnosiłeś takie wrażenie, Kary. Bo wrażenia się miewa. I jak się niedługo okaże, miewasz je nie tylko ty.

Ta dytektyw.

Hop­-siup, Kary.

Nadal śnią ci się istoty z wnętrza Ziemi, a ta kraina w środku Ziemi nazywa się Agharta. Jesteś w Agharcie. Wiesz o tym. Sam nie wiesz skąd, ale wiesz. I mieści się w samym środku Ziemi. Cienie dziwnych istot wychodzą ze swoich trumien­-nietrumien. A potem okazuje się, że tkwią ci w głowie. Tam, gdzie kula. Hajdamacka kula, Kary, ukraińska.

Tak, nadal tkwi. I nadal żyjesz. Choć lekarze twierdzili, że to będzie trudne. Ale ty nadal żyjesz, tak. Co więcej, kula jakoś się przesunęła. W bezpieczniejsze, mówią lekarze, miejsce. Gdzieś, podobno na sam skraj czaszki. Więc już nie zagraża. Tylko boli jak diabli.

Lekarze nie mają pojęcia, jak to się stało.

Budzisz się i chwilę ci zajmuje przypomnienie sobie, że nie jesteś w środku Ziemi, tylko we Lwowie.

Ale i w środku twojej głowy, Kary.

Jestem twoim mózgiem, twoim układem nerwowym, twoimi oczami pod ten mózg podsadzonymi.

I jestem ogólnie, czym chcę.

Na to nic nie poradzisz.

No ale tak generalnie to razem z tą swoją głową i kulą w niej jesteś, Kary, we Lwowie i prowadzisz biuro detektywistyczne o ironicznej nazwie "Semper Fidelis". Tak sobie to wymyśliliśmy u nas, w Agharcie. Albo tak sobie wymyśliłom, bo nie mam pojęcia, czy jest mnie więcej, czy jesteśmy samo. Czy jest mnie jedno.

Szac, masz biuro, a jak tak, na Ruskim Rynku, ta joj, i różni tacy do ciebie tam przychodzą. Od kiedy sprzedałeś duszę, to nawet ci ten interes idzie. Bo wcześniej to różnie, Kary. Raczej ci z pieniądzem przychodzą, bo ci bez pieniądza - o, oni to raczej sami swoje sprawy załatwiają. Nie wydają na takie fanaberie jak dydektyw prywatny jaki, ta nie.

A ci z pieniądzem, Kary, to wiadomo: sami sobie rąk w łajnie maczać to niegotowi - ta oni jak w dym do dydektywa idą. Czyli do ciebie, do biura detektywistycznego o ironicznej nazwie "Semper Fidelis", Ruski Rynek 4, Lwów. Zaraz obok knajpy Biesław, która się mieści z kolei na rogu Rynku Ruskiego i ulicy Lwiej, w której to knajpie sobie lubisz przesiadywać i pogadywać ze stałymi bywalcami i barmanami. Fajna knajpa, miła, pełna bibelotów, jakichś staroci - mebli starych, poreperowanych, radyj sprzed dekad, zdjęć jakichś starych, kolonialnych trochę też, bo w ogóle Biesław ma w sobie trochę ten pokolonialny sznyt, wiszą zdjęcia z polskiej dawnej Fernandyny na Karaibach (bo już nie polskiej, bo już Fernandynie niepodległość Polska musiała dać, coś o tym, Kary, wiesz, bo to wtedy po raz pierwszy Polskę zdradziłeś na poważnie, gdy przeszedłeś na stronę Fernandyńczyków), jakieś hełmy korkowe stare, co to je noszono tam w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, maczety pokrzyżowane na ścianach z szablami, jakieś figurki oju, podobierane przypadkowo: Baron Sobota, Mały Jaś, Erzulia, a ogródek Biesława to już w ogóle jest urządzony jak taras willi fernandyńskiej: palmy, bambusowe meble, obrusiki karaibsko­-łowickie, takie rzeczy. No i trochę tam weteranów z Fernandyny chodzi, takich jak ty, Kary. Czyli nie weteranów prawicowych, krzyczących, roszczących, szukających wszędzie zdrady i piątej kolumny, chcących odzyskiwać i odbijać. Nie, takich nie. Tacy cię zresztą za zdrajcę mają. Do Biesława chodzą raczej tacy jak ty. Tacy, co mają wszystkiego dość. Tacy, którym się nie chce ani wściekać, ani powtarzać w kółko, że ktoś ich zdradził, że ktoś ich wykorzystał. Tacy, którzy raczej chcą w spokoju popijać fernandyńskie drinki na rumie i patrzeć, jak słońce maluje na pomarańczowo lwowskie mury. Ściany kamienic Ruskiego Rynku i ulic przyległych.

No i ty też tam chodzisz.

Niby już masz dość tych sznapsów, tych drinków, tych seteczek, w ogóle tego alkoholu zasranego, ale - tak sy myślisz - jak ty nie będziesz pił, to co ty będziesz robił? Takich jak ty ludzi, wiesz, znieść tylku na alkoholu.

Ta co ty będziesz robił, jak pił nie będziesz? Będziesz tylko komiksy czytał w domu?

A tu to na przykład z barmanem Cwyblem sobie lubisz pogadywać, z czarnym hipsem, z którym - jak się okazało - razem służyliście nie na Fernandynie, ale na Bałkanach, gdzie Polska w ramach Międzymorza, jako jego patronka, pokój zaprowadzać próbowała, tylko że się nie znaliście, bo byliście w innych jednostkach. Ale wyjeżdżaliście na wojnę razem, jednym eszelonem, i to właśnie ze Lwowa, bo we Lwowie, Kary, miałeś akurat jednostkę.

I razem lubicie wspominać sobie z Cwyblem barmanem, jak na Dworcu Głównym we Lwowie, pod wielkimi habsburskimi łukami, stał wasz pociąg, a wy, żołnierzyki, wystawialiście winogronowo pyski przez otwarte okna, przez co wagony wyglądały, jakby je jaki grzyb porósł, i słuchaliście, jak orkiestra gra, a chór razem z tłumem na peronach udekorowanych flagami Polski oraz Sojuszu Zachodniego śpiewa W dzień deszczowy i ponury. W dali widać już niestety wieże kościoła Elżbiety, śpiewali, ty razem z nimi, a wieże Elżbiety faktycznie znikały razem z lwowskimi dachami i za masywem wododziału.

Na granicy Czarnogórza, śpiewałeś wtedy ze wszystkimi, czeka nas mitręga duża, i tak się składało, Kary, że właśnie w tamte rejony jechałeś. Przynosić Bałkanom pokój jako członek pakskohort, jak z łacińska nazywano w Sojuszu Zachodnim żołnierzy sił utrzymujących pokój.

I że tym samym eszelonem co wy jechał dzisiejszy prezydent Wolnego Państwa Zachodniej Ukrainy Ołeh Twardochlib, który wtedy nazywał się Olek Twardochleb i był, jak wy, zwykłym wystrzyżonym na jeża dwudziestoparolatkiem w polskim mundurze.

I przypominałeś sobie, gdy siedziałeś raz z Cwyblem w Biesławie, że dziwiłeś się, jak bardzo ta piosenka śpiewana we Lwowie różni się od jej wersji śpiewanej w innych częściach Polski, poza dawną Galicją. We Lwowie to "korpskomendant", a nie "pan komendant", miał "przemowę", a orkiestra grała "austryjac­ki hymn", a nie "już tam polski hymn".

No więc tak: siedziałeś w Biesławie i wspominałeś z barmanem Cwyblem. Oraz z innymi bywalcami, zwanymi dowcipnie "kozakami regestrowymi". W tym, oczywiście, ze swoim wspólnikiem i dawnym kumplem Lejbem Zejgalem, który przybył tu za tobą z Warszawy.

No, a z tej Warszawy przyjeżdżają tu, do Lwowa, całe wycieczki. I przywożą swoje warszawskie mody. Na przykład ostatnią: kijokonikowanie. Tak, Kary: Warszawiacy, szczególnie ci młodzi, modni, fajni, hop, hop, przywozili ze sobą z Warszawy kijo­-konie, to znaczy końskie głowy na kijach. Takie, jakie dzieci dawniej miały i na jakich dzieci dawniej jeździły i wymachiwały szabelkami, w ułańskich czakach z tektury na głowie. Teraz, w ramach modnej w stolicy kulturowo­-społecznej transgresji i wyciągania przeróżnych kulturowo­-społecznych zjawisk poza ich dawne konteksty, stało się to wszystko trendem obowiązującym w każdej chcącej być na czasie stołecznej grupie wiekowej. Tak o tym zjawisku pisała warszawska prasa, ignorująca zresztą zupełnie fakt, że moda ta pojawiła się już rok temu w Stanach Zjednoczonych, potem w Paryżu i Londynie, a do peryferyjnych pod względem kulturowym stolic Nowego Rzymu, takich jak Warszawa, trafiła dopiero teraz. I nie, bynajmniej nie została w tym mieście wynaleziona.

No więc warszawscy turyści wsadzali sobie te kije między nogi i na takich kijo­-koniach brykali i hasali po mieście. Często w grupach. Twierdzili, że to zdrowe. I że fojle, i szyne, i cool.

Niektórzy zresztą młodzi Lwowianie też próbowali wprowadzić tę modę u siebie w mieście, ale się jednak nie przyjęła. Podobnie jak dawniej nie przyjęły się warszawsko­-wielkomiejskie mody na kąpiele w świeżym twarogu, empatyczne pozwalanie komarom (ale nie kleszczom niewdzięcznikom) na ssanie własnej krwi, w wyniku której to mody Warszawiaków poznawało się po ekstensywnych obszarach bąblowanych na ciele, czy na futrynoterapię. Jedyna wielkomiejska moda, która się we Lwowie przyjęła, to moda na poliamorię, ale ta akurat przyjmowała się doskonale we wszystkich miastach wielkości powyżej średniej.

A wy, cóż: mieszkacie z Zejgalem razem, we dwóch. I to za rogiem, bo na ulicy Lwiej, bo Lejb Zejgal, wielkie, brodate, wytatuowane Żydzisko, z którym kiedyś z kolei służyłeś w spadochronach na Fernandynie, powiedział, że potrzebuje pomieszkać u ciebie, zanim co swojego znajdzie i na swoich dwóch ży­dowskich nogach nie stanie. Stanął w końcu na tych dwóch nogach, cokolwiek by mówić, stanął Zejgal. Zwany też "Czarną Maską" w kręgach niektórych. Ale jakoś się nadal nie wyprowadza. I dlatego pół Lwowa myśli, jak to się mówi, że "z was są dwa pedry". Tym bardziej że wielki, włochaty, napompowany muskułem Lejb "Czarna Maska" Zejgal to faktycznie pełnoprawny pedro.

No ale co tam, Kary, co tam, ty się tym nie martwisz. Nastąpił postęp. Oberkonserwatory i faszysty po całej Europie poupadały. Demokracja i tak zwana dobra kultura polityczna zafundowały światu Zachodu wielkie i generalne czyszczenie. Na pysk powypadali z polityki populiści i oczajdusze. Oszuści polityczni i nieetyczni. By uzyskać bierne prawo wyborcze, trzeba dziś w krajach Zachodu skończyć specjalną szkołę administracji publicznej i odbyć odpowiednie kursy, kultura! By uzyskać czynne prawo wyborcze, trzeba skończyć kurs. Coś jak ten na prawo jazdy. Tylko darmowy, żeby każdego było stać. Żeby nie było jak dawniej, że byle krzykacz i patologia się do władzy dostanie, że nieodpowiedzialnego człowieka nieodpowiedzialni ludzie wybiorą i że się przez to potem demokracja kończy prawie na świecie, jak to kilka razy bywało w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. W latach trzydziestych było przecież takie zagrożenie, w sześćdziesiątych, w dziewięćdziesiątych i teraz, niedawno, w dwudziestych. Czyli co trzydzieści lat. Co trzydzieści lat cały Zachód zębami szczęka - czy to już koniec? Czy kolejny Hitler przyjdzie? Kolejny Mussolini? Kolejny kanclerz Durchdenwald? Kolejny Wielki Wódz Snardz?

Co prawda takie tezy politologiczne były, że demokracja sama się reguluje, że sama nie dopuszcza do krańcowej autopatologizacji, ale odpowiedzialni demokraci postanowili położyć temu kres. Niemieccy, francuscy, brytyjscy i amerykańscy socjaldemokraci i chadecy, razem ze Skandynawami, Kanadyjczykami i Beneluksem, w ramach Sojuszu Zachodniego zaczęli sprzątać świat zachodnich peryferii i oczyszczać z populizmu, nacjonalizmu i autorytaryzmu.

Nie tylko w Polsce bowiem padł reżim, ale też w Hiszpanii, Portugalii, we Włoszech, w Estonii, Litwie, Łotwie, Grecji, Irlandii, Chorwacji, Serbii i Austrii. Taki był czas. Jeden po drugim populiści i zamordyści padali. Z pomocą z zewnątrz, jak u nas, czy bez. Taki był czas. Nowa Wiosna Ludów. I nastał w Europie Nowy Rzym. Stany Zjednoczone, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Południowa Afryka i tak dalej zjednoczyły się w Morską Wspólnotę zwaną "Anglosferą", która też w końcu do Nowego Rzymu przystąpiła, ale jako foederati. A u nas, w Europie, nastąpiła restytucja Imperium Rzymskiego. A raczej Republiki Rzymskiej. Senatus Populusque Europaeus. Senat i Lud Europejski. Tak brzmi oficjalna nazwa Nowego Rzymu. Czyli co: oto prawdziwy Trzeci Rzym. Europa. Nie żadna Moskwa (choć Moskwa ma na ten temat inny pogląd). Nowy Rzym jest w Liechtenstei­nie, stolicy zjednoczonej Europy. SPQE. Kto by pomyślał, że to Liechtenstein zostanie Nowym Rzymem, kto. Liechtenstein, miasto dwojga imion. Liechtenstein - Roma Nova.

Bo trzeba było Europę zjednoczyć. Nikt nie miał wątpliwości. Trzeba było, bo Europa, do tej pory zawsze podzielona, skonfliktowana, nie była gotowa na stawianie czoła złemu światu, a świat był zły i stawał się jeszcze gorszy.

Tymczasem z Anglosfery od razu zaczęły się wyłamywać Stany Zjednoczone ze swoim neomonroeizmem, samolubstwem maskowanym wielkimi słowami o własnych powinnościach wobec ludzkości i humanitaryzmie. Oni, podobnie jak wy, Europa, i Rosja, również się przecież uważali za spadkobierców Rzymu. Na mapę świata zresztą też powróciła Rosja i zaczęła się panoszyć. Pokonane, ale podnoszące znów głowę powracało na arenę dziejów japońskie Cesarstwo Wielkoazjatyckiego Dobrobytu, na wschodzie konkurujące z rosnącymi w potęgę Chinami. Panturcja na południu i wschodzie. Japonia i Chiny, na szczęście, myślałeś, Kary, nie uważały się za dziedziców Rzymu. Ale Turcja już tak. W końcu ten, kto miał w ręku Konstantynopol, oficjalny i przez wszystkich uznany Nowy Rzym, ten był tego Rzymu dziedzicem. I tak.

Trzeba więc było Europę jednoczyć. Najwyższy był czas. Bo się gęsto zaczęło robić i niebezpiecznie. A jeśli już jednoczyć, to i wspólną tożsamość kreować. A jaką inną Europa może poczuć wspólną tożsamość, jeśli nie rzymską właśnie? Wszak my wszyscy z Rzymu. Najwięcej mamy do Rzymu praw. Wszyscyśmy Rzymu dzieci. Nawet jeśli niektóre adoptowane. Jak Polska.

Bo jak inaczej? Stwórz tożsamość europejską. Każ komu mówić: "Ja, Europejczyk". Każ tej europejskości bronić, walczyć za nią. E tam. Nikt się nie przejmie ani nie poczuje. Bo co to niby Europa. Ale każ mówić: "My, Rzymianie". "Nasza Europa, Nowy Rzym". I: "Nie damy naszego Rzymu tknąć nikomu". O, wtedy to się już rusza wyobraźnia. O, wtedy to wszystko idzie jak najbardziej. Wtedy to ciarki na rękach, włosy się podnoszą, wtedy już wszyscy sobie ciężki krok legionów wizualizują, hełmy grzebieniaste, centuriońskie, gladiusy, testudo, akwile - i hejże. Za taką Europę, za Nowy Rzym, to i umierać się chce! I żyć, i praco­wać dla niego!

No więc wszyscyście, Kary, Rzymianie. Od Portugalii po Estonię. Od Finlandii po Grecję. Na granicach stoją orły i labry. Na Linii Rydza wiszą noworzymskie flagi wojskowe z automatonem Talosem i skrótem SPQE. Senatus Populusque Europaeus.

Senat i Lud Europejski.

I wspólny język się wprowadza obok języków narodowych: neolatina, uproszczona łacina, latina sine flexione, interlingua latina, której dzieci dziś się w każdym kraju Nowego Rzymu uczą. I którego ty, Kary, też się w szkole uczyłeś, jak wszyscy twoi euro­pejscy rówieśnicy w europejskich krajach Sojuszu Zachodniego, bo już od zakończenia Szybkiej Wojny, zwanej też Krótką Piłką, tej z Hitlerem, co się skończyła w 1940 roku, Europa zaczęła się przygotowywać do niechybnego zjednoczenia. Które się wlekło, buksowało przez pół dwudziestego wieku i ćwierć dwudziestego pierwszego, ale właśnie przyspieszyło. Po serii interwencji krajów demokratycznych w europejskich krajach niedemokratycznych. W tym w Polsce.

Uczyłeś się więc neołaciny w szkole i ty, Kary, tylko że się nie przykładałeś i dziś musisz dukać. Franciscus Kary sum. Vivo in Leopolis. Detectivus sum. Ego erit calcitrare podex tuus.

W każdym razie dziś czasy przyszły takie, że żaden wstyd być pedrem. Tolerancja przyszła. "Wiek Wodnika", tak mówią hipsy i artysiaki. Aetas Aquarii. Wiek świata bez granic, zjednoczenia z naturą, mądrości i ducha wzajemnego zrozumienia. Takie rzeczy. Tylko że Wiek Wodnika Wiekiem Wodnika, Kary, a tu wojna idzie. Tak wszyscy mówią. Ty się niby nie przejmujesz. Nie od dziś straszą, że będzie wojna, to raz, a przecież wojna na tobie wrażenia już nie robi, ty jesteś weteran niejednej wojny i polski komandos były, to dwa. Nie ma się czym na zapas martwić. Tego też się nauczyłeś. Będzie to będzie. To się będziesz martwił. Na razie nie ma. Nie po to mieszkasz we Lwowie, żeby się wojną przejmować. Po to mieszkasz we Lwowie, żeby sobie żyć miło i przyjemnie. Bo od tego jest mieszkanie we Lwowie, ta joj, ta kurwa wasza mać.

No, w każdym razie, Kary - ty jesteś we Lwowie detektyw.

Głównie, jak to detektyw, jakieś zazdrości obsługujesz, jakieś zdrady. Invidiae, proditiones. Takie to sprawy miewają detektywi. Prawdziwi detektywi. Detectivi veri. A ty jesteś przecież, he, he, niewątpliwie prawdziwy detektyw. Detectivus verus. Nie to co w książkach czy na filmach, że zagadkowe zabójstwa detek­tywów zajmują, że zaginione tajemnicze artefakty czy jakieś inne wielkie sprawy. Nie. Jest tak, że na przykład panna Halinka zdradza pana Edzia, biznesmena, i pan Edzio, biznesmen, płacząc rzewnie, przychodzi wam do biura, otwiera drzwi przeszklone z napisem "Biuro Detektywistyczne Semper Fidelis, F. Kary", a pod spodem dopisane flamastrem "i L. Zejgal", siada we fotelu i jęczy. Że niewierna, że zdradza, że ta najpewni z panem Toniem, tyż biznesmenem, tylko że z Kliparowa, abo z panem Aronkiem, również, cóż, biznesmenem, również z Kliparowa, tylko że z ty starozakonny części, Żydzisko jedno, joj, ta pan mi wybaczy, panie Zejgal, boś pan sam ofynzyślyś Żyd, ali ja w nerwach, pan rozumisz.

- Ja rozumi, ja rozumi - żydłaczy Zejgal dla szpasu, bo on sobie lubi dla szpasu przyżydłaczyć. - Co ja mam, nie rozumi, jak ja rozumi, jak ja ma nie rozumi, jak z powodu ja rozumi, ja często sam mówi: "Ło, patrzy ty, Kary, jakie to Polaczysko zaśmierdłe przyszło".

Pan Edzio patrzy na Zejgala niepewnie, się śmieje lękliwie i nerwowo, ty też się śmiejesz i pan Edzio wtedy z ulgą patrzy na to twoje się śmianie i się nieco uspokaja, choć nadal zerka z lękiem na Lejba Zejgala, bo Lejb Zejgal wygląda jak najgroźniejszy Żyd na świecie. Bo ma brodzisko i czarne kudły jak hips, bo jest górą mięśni, czarnych kłaków i czarnych łachów, w które się ubiera.

- No to jak to tam beło z pana szanowną małżonką, panie Edzio - żydłaczy do niego z warszawska Zejgal, a pan Edzio wzdycha, ych, głęboko i opowiada swoją smutną historię.

Wy udajecie, że notujecie, a czasem i prawdziwie notujecie, jeśli sprawa bardziej skomplikowana. Pan Edzio tymczasem dzieli się z wami podejrzeniami, rozpędza się, zwierza, potem spekuluje, potem jeszcze bardziej się rozpędza i w pewnym momencie właściwie sam niespodziewanie dla siebie rozwikłuje sprawę i aż milknie, porażony własną przenikliwością. A tak mu się przynajmniej wydaje, że rozwikłuje. Potem sam dochodzi jednak do wniosku, że mu się raczej tak tylko wydaje, więc mówi coś w rodzaju "no ale to tylko takie podejrzenia" i że "lepiej, panowie, żebyście to wy się tym zajęli".

- No ja myślę - mówisz, Kary, ponuro, a on patrzy i na ciebie nieco lękliwie, bo ty, Kary, też wyglądasz, jak ci ktoś kiedyś powiedział, mało subtelnie.

A następnie w powietrzu zawisa nieśmiało zadane przez pana Edzia pytanie:

- A czy po rozwiązaniu sprawy zdrady panowie świadczycie również usługę najebania pana Tonia albo Aronka, zależnie od tego, kto wyjdzie, względnie dwóch, jeśli wyjdą obaj?

No cóż, świadczycie. Świadczycie, Kary.

Och, jak bardzo upadłeś od czasów, gdy razem ze Złotą prowadziliście w Warszawie ekskluzywną i - jak to się mówi - zasłużoną dla demokratycznej opozycji (czyli obecnej władzy) Agencję Detektywistyczno­-Ochroniarską "Kary i Sztolc", w skrócie KiSz.

Ty tam, Kary, w tym KiSz­-u byłeś tylko kwiatkiem do kożucha, kaprysem Złotej. No ale byłeś.

Aż się zmyłeś, Kary. Do Lwowa.

Hop­-siup.

Klap.

Ale poza taką, powiedzmy, "drobnicą sprawową" jak zdrady, romanse i dyskretne, choć solidne, pobicia, macie też sprawy poważniejsze. O, choćby taka: wezwała was kiedyś, Kary, do siebie pani Teofila Dembicka von Grocień, arystokratka w mowie, piśmie i w dotyku, jak najbardziej. Baronowa w dodatku, przy majątku ziemskim, lecz we Lwowie mieście osiadła już rodzinnie od dawna.

Ta joj, ta jej­-jej­-jej. Wy Lwowi mieści. W Rzeczpospolitej Polskiej. W Nowej Rzymskiej Republice, niechaj żyją jej konsulowie w Liechtensteinie siedzący.

Ładna ta jej kamieniczka była, ładna przy niej uliczka, bo to uliczka Asnyczka, to znaczy: ulica Asnyka, a kamieniczka taka z ogródkiem od ulicy, małym, okolonym ogrodzeniem kutym, taka ze schodkami i - byłeś pewien - ogródkiem również za kamieniczką, to była miła okoliczka zresztą, okoliczka tej kamie­niczki, i w ogóle wszystko wydawało się zarówno w tej ka­mieniczce, jak i okoliczce jak najbardziej na miejscu i właściwe. Lwowsko­-sielskie. Tramwaj było słychać, jak się na Piłsudskiego trząsł i rzępolił bebechem swym metalowym, ale nie tak głośno, tak w sam raz, dla nastroju, odrobinę. I gwar ludzki, tym lwowskim zaciągiem zaciągający.

No i weszliście do tej kamieniczki po schodeczkach, i sta­liście, Kary, razem z Zejgalem, w pokoju do przyjmowania gości, tak, Kary, ci bogacze, a szczególnie szlagoni i co bardziej wytworni mieszczanie, to oni mają takie specjalne pomieszczenia do przyjmowania gości, a na pomieszczenie we Lwowie mówi się w dodatku "pomnieszczenie", tak ci, tylko, Kary przypominam, żebyś nie zapomniał.

No i staliście, bo nikt wam nie powiedział, żebyście usiedli.

Więc staliście, pani Teofila Dembicka von Grocień też stała, i czekaliście, aż usiądzie, bo samym wam pierwszym siadać nie bardzo wypadało, a pani Teofila się z siadaniem nie spieszyła, a za to pokazywała wam, nie wiadomo po co, zdjęcia i obrazy wiszące na ścianach. Bo na ścianach wisiały, też nie wiadomo po co, zdjęcia i obrazy.

No nic, chciała pokazać, to pokazywała. Bo jeśli kto biedny jest wariat i ma swoje dziwactwa, to się o nim mówi, że jest wariat i dziwak, ale jak bogaty jest wariat i dziwak, to się nazywa, że on jest ekscentryk.

Albo ona.

Albo ono.

Albo i tak dalej. Dalej też coś było, ale ty, Kary, nie na bieżąco byłeś, ty już tak nie do końca wszystko łapałeś, tobie jest przecież po czterdziestce.

Choć podobno nie wyglądałeś. Bo w dobrej formie niby byłeś.

Chociaż, Kary, przyznaj: w dobrej formie to ty byłeś, ale kiedyś. We wojsku, Kary. W spadochronach. Gdy jeszcze byłeś biegły w PSWB korona, zwanej też "pieswybem". Kiedy ćwiczyłeś co rano, kac, niekac, zwał, niezwał, jak biegałeś, skakałeś i ogólnie aktywnie żyłeś.

A teraz, Kary? Eee. Też żyjesz niby aktywnie, ale to, by tak rzec, aktywność innego typu. Biesław, Camele, piw mało­wiele, perec z maryją, jatr z gęsią szyją, bleter z konopi, linia koko, linia amfetaminy - i mięśnie więdną, i brzuch rośnie. I spać lubisz. Bardzo lubisz. Jak się żre amfetaminę, Kary, to się dużo śpi. Bo najpierw się nie śpi, ale za to potem się odsypia. Szczególnie w twoim wieku. I dobudzić się nie można. Więc chodzisz taki niedobudzony po tym Lwowie.

- Tuj. - Pani baronowa Dembicka von Grocień wskazywała, a ty patrzyłeś na jej grzbiet rasowy na tle ciemnobordowej tapety w esy­-floresy, która pokrywała ściany pokoju przyjęć, i rozmyślałeś, rozkojarzony, że po lwowsku grzbiet to "hrebet" i że ten "hrebet" brzmi cudownie, jakby się kto przeciągał i mu w kręgosłupie chrobotało. - Tuj wisi miedzioryt przedstawiający Wysoki Zamek z perspektywy Gródka, bardzo ładny - stwierdziła baronowa.

Kiwaliście głowami, że faktycznie ładny.

Ty, Kary, uprzejmie i miło kiwałeś, uprzejmie chwaliłeś, bo chciałeś być dla ludzi dobry. Bo długo byłeś jednak dość niedobry. A teraz chciałeś żyć we względnym spokoju i względnym zadowoleniu, chciałeś móc sobie długo odsypiać i żeby nikt się ciebie nie czepiał, i uznałeś, że świat będzie dla ciebie miły, jeśli ty też będziesz dla świata miły.

- A tuj - pokazywała baronowa - o, panorama na Grocień, skąd ród Grocień pochodzi... O, tuj, na górce, pałacyk... Tyż ładny.

- O, nawet bardzo ładny - podlizał się grzecznym tonem Zejgal, ale pani Dembicka von Grocień go zignorowała.

Najprawdopodobniej dlatego, że był wielki, włochaty i ciągnęło od niego skórzanymi ciuchami, w których łaził czy to lato, czy to zima. Ty, Kary, mimo że na co dzień też chadzasz w kurtce ze skóry (choć fałszywej), to dziś, do baronowej, na baronową, założyłeś letnią marynarkę i szac­-koszulę.

- Tuj natomiast - niezależnie od twojej marynarki i szac­-koszuli powiedziała baronowa Dembicka von Grocień, wskazując wiszące obok Żegoty Barona von Grocień zdjęcie czarno­-białe, przedstawiające dziewczynę w wieku lat dwudziestu kilku, uśmiechniętą, w sukieneczce i z loczkami - nacórka, Anna Maria Dembicka von Grocień. Bardzo ładna.

- Bardzo ładna, bardzo ładna - podlizał się Zejgal, po czym za hrebetem hrabiny, znaczy baronowej, pokazał ci, Kary, znie­smaczoną minę, że jednak nieładna. Ale co on mógł wiedzieć jako peder. A tobie to się nawet podobała.

- A na następnym obrazku, tuj... - Baronowa stuknęła paznokciem podługawym kolejną fotografię, na której widniał zadufany w sobie blondynek. Taki obrażony na cały świat i mający w twarzy coś takiego, że nic, tylko go w mordę bić. - ...nassyn. Baron Żegota Baron Dembicki von Grocień. Też bardzo ładny.

Znałeś ty, Kary, Barona. I Zejgal go znał. Ta, kto by go w mieści Lwowi nie znał, ta, Franku, ta, Lońciu.

A mimo to zrobiłeś zdjęcie temu portretowi, taki ładny był.

Ach tak, znałeś ty, Kary, Żegotę Barona Dembickiego von Grocień. Był to znany na cały Lwów komunista, rewolucjonista, działacz lewicowy, bojownik o prawa robotnicze oraz inne, a przy okazji birbant i hulaka, z nim, Kary, przesiedziałeś niejedną noc, podczas której słuchałeś fantazjowania o gilotynach, rżnięciu piłą, przejmowaniu środków produkcji przez nie do końca określone masy i rozcinaniu tłustych, arystokratycznych, fabrykanckich, szpekulanckich, finansjerskich, faryzejskich brzuchów szablami. Tak jak to robili sam baćko Nestor Machno i Szela Jakub.

- Tuj, drocpanowie - baronowa podeszła do obrazu, na którym widniała ona sama - ja sama, jak doskonale zapewne widzicie.

No widzieliście. Widzieliście też, że ma baronowa w twarzy na tym obrazie dokładnie to samo, co jej syn.

- Ładna - zaryzykował Zejgal.

- Ładtojabyła kiedyś - ścięła go sucho baronowa. - A tuj, na ostatnim przedstawieniu - wskazała dłonią - mómąż. Gienerał baron Karol Henryk Dembicki von Grocień. Przystojny.

Ze zdjęcia patrzył na was wesolutki wąsacz w mundurze kawaleryjskim, polskim. Wyglądał bardziej na duszę towarzystwa niż groźnego oficera. Żmijki na kołnierzu białe, rogatywka, hej, wąs zawadiacko do góry, uśmich na pełen kadr.

Jak wiedział cały Lwów, stary gienerał baron Dembicki von Grocień nienawidził swojej żony serdecznie, a syna się wstydził.

- Dorodny - powiedział Zejgal.

Ty, Kary, pokiwałeś głową.

- No tak - dodałeś. - Wąs ta lala. Ale pani hrabino...

- Baronowo - poprawiła, brwi marszcząc.

- ...baronowo, zechce pani nas oświecić: zebraliśmy się tu, tuj, bowiem...?

Pani Dembicka von Grocień podeszła do fotela, usiadła i gestem dłoni zachęciła was do tego samego.

Usiedliście. Ty, Kary, z gracyją, a Zejgal klapnął ciężko i kurz z fotela poszedł. Aż się pani baronowa musiała zawstydzić, że źle trzepane. Tak pomyślałeś. Oberwie się służbie za Zejgala, Kary. Oj, oberwie się. Klasie ludowej, że nie wytrzepała. Że źle trzepała.

- Na zdjęciu momęża, to znaczy na palcu momęża, to znaczy na palcu momęża na zdjęciu, na którym jest momąż, to znaczy na zdjęciu, któwamwskałam, ma mómąż sygrod, znaczy, ekhem, sygnet rodowy. - To powiedziała wyraźnie, z wysiłkiem nawet jakby, jak gdyby do tej artykulacji klasycznej, powszechnej, być może zbyt powszechnej, bardzo musiała swoje wargi zmuszać. - Z herbem i brelantem - dodała, a dusiła się, gdy mówiła, jakby jakiś piecyk skrzypiał i puszczał kłęby czarnego pyłu. To znaczy baronowa nie puszczała kłębów czarnego pyłu, ale jakoś tak ci się wydawało, Kary, że by mogła. - Otam. Na palcu. Przyjrzyjcie się, panowie. Panowie palcu. Panowie palcu się przyjrzyjcie. Przypalcsiępanowie.

Przyjrzeliście się. Na zdjęciu sygnet jak najbardziej był. Na palcu.

- Ano jest - powiedział Zejgal. - Na palcu.

- A w rzeczywistości go już na tym palcu nie ma. Natpalcu.

- Zniknął? - dopytywałeś fachowo, detektywie Kary. - Ztegpalca?

- Skradziono go na pewno. Skrago. Nawno.

- Alztegpalca? - zaszarżowałeś, Kary, jak na swoim własnym koniu.

- Zpalcatonie - odpowiedziała wam baronowa. - Histo­jebarskopliwana.

- Co? - spytał cię cicho Zejgal, gdy baronowa odwróciła się od was nagle górną połową ciała, by dokonać arystokratycznego wychyłu w tył i przy okazji strzelić kręgami kręgosłupa hrebetu tak, że aż zachrupiało dziwnie nawet dla ciebie satysfakcjonująco, choć to nie twój hrebet trzaskał. - Co ona powiedziała?

- A ja wiem? - odszepnąłeś, zanim wróciła do pozycji wyjściowej. - Chyba że historia jest bardziej skomplikowana.

A baronowa faktycznie opowiedziała wam bardzo dokładnie tę nieco bardziej skomplikowaną historię. Wróciła do pozycji wyjściowej i mówiła, ze skrzypieniem i kłębów niewidzialnej sadzy wokół siebie rozsiewaniem, o tym, jak to obudzili się dzisiejszego ranka wraz z małżonkiem ("wrazmałż"), a sygnetu nie było na nakastliku. Opowiadała, jak to przesłuchali całą służbę, ale służba była albo na wychodnym, albo w innej części pomieszkania. Jak to podejrzewa tego czy innego najemcę tego czy tamtego piętra, jak to siamto i owamto jeszcze podejrzewa, to i owo. Że to możliwe, że się ktoś włamał ("możżktosiwłamł", powiedziała i już nawet Zejgal zaczął rozumieć, o co jej chodzi), bo tajemniczo łoskotała rama okienna na pierwszym piętrze o poranku, "słowem, proszę, panowie, znaleźć sygnet i tyle. Pamroć. Pamiątka rodzinna".

Powiedziałeś, Kary, baronowej, że owszem, bierzecie się zaraz do roboty, zrobiłeś zdjęcie zdjęciu sygnetu z herbem (gryf hrabiowski) i brelantem wciśniętym w ten herb nieco nie wiadomo po co, bo raczej nie dla estetyki, po czym skinąłeś na Zejgala, że "Zejgal, idziemy".

- Nie przepanowie służby? - zdziwiła się baronowa. - Przesłużb! Pierwsze, przesłuchać służbę! Służbę przesłuchać! Prze­-słu­-chać! Pierwsze, co się robi, to przesłuchać służbę przecież! To trzon detektywistycznej roboty. - Palcem baronowa wskazała piętrzącą się w kącie stertę groszowych pejperbekowych kryminałów Wydawnictwa BoGolem z czerwonymi grzbietami. Hrebetami.

- Przesłuchać służbę, oczywiście! - zgodziłeś się z nią. - Nie ma nic lepszego, niż służbę przesłuchać! Osobliwie o poranku.

Ale też przypomniałeś jej, że tę służbę przesłuchała już sama i że wszystko, co służba jej na tym przesłuchaniu powiedziała, wam przekazała. I być może faktycznie powtórnie trzeba będzie przesłuchać służbę, bo wiadomo, przesłuchać służbę rzecz godna, sprawiedliwa i Panu Bogu miła, szczególnie jeśli przesłuchać służbę bardziej fachowo, tak po detektywistycznemu, a powtórnie to już w ogóle cudownie, ale że jednak mimo wszystko powtórnie to tę służbę przesłuchacie później. Bo służbę przesłuchać się zawsze zdąży, a tymczasem, baronowo, nie ma co zasypiać w popiele tych gruszek, czy czego tam, i że im szybciej się ruszy do akcji konkretnej, istotnej, tym lepiej, bo czas nie jest po waszej stronie. Ta joj, ta już.

- Niech nie czeka baronowa, aż się sygnet zwinie z Lwowa - dodałeś na koniec, z podniesionym palcem, Kary. - Oczywiście wezwaliście państwo policję?

- Oczywiżżennie. - Twarz baronowej była nieporuszona. - A jeśliby się co szkandalicznego okazało?

- Słusznie. - Skinąłeś głową i wyszliście z Zejgalem.

Wyszliście z tej kamieniczki w pięknej uliczce w czarownej okoliczce i wtedy przyszedł czas uruchomić kolejnego wspólnika w firmie detektywistycznej o ironicznej nazwie "Semper Fidelis": Tomcia Holajzę, zwanego "Ślicznym Tomciem Cycusiem".

Dalsza część w wersji pełnej