Bachantki - Eurypides
3.99 zł
3.27 zł
(1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
DYONIZOS.
A zatem na tebańskie przybyłem zagony, Ja, Zeusa syn, Dyoniz, ongi urodzony Z Semeli, latorośli Kadmowego domu, Co zległa, rozwiązana łyskawicą gromu. Na ziemskie kształty bożą zmieniwszy urodę, Mam oto źródła Dyrki i Ismenu wodę, Grobowiec mej, zabitej od pioruna, matki I domu królewskiego dymiące ostatki: Niebieskie jeszcze ognie tlą się w tej ruinie, Od których, tak się stało, ma rodzica ginie, Ofiara zemsty Hery. Kadma chwalę sobie, Że kazał tak ogrodzić to miejsce przy grobie Swej córki. I me ręce również osłoniły Bogatym winogradem świętość tej mogiły. Rzuciwszy ziemię Lidów, gdzie złota bez końca, I Frygów, równie Persów, spalone od słońca, Baktryjskie dalej mury, szare Medów niwy Za sobą zostawiwszy; przebiegłszy szczęśliwy Arabii kraj i Azyę całą u wybrzeży Mórz słonych, co basztami pięknych miast się jeży, Gdzie z tłumem barbarzyńców zmieszały się Greki, Obrządek mój, me pląsy w tej strefie dalekiej Zaprowadziwszy wszędzie, by miano w pamięci, Że jestem bóg, do tego według mojej chęci Przebyłem naprzód miasta, by tebańskie rzesze.
Nim inny kraj helleński zaprawię w uciesze, Rozwydrzyć, ciała w skóry przyodziać jelenie, Dać w ręce tyrs, bluszczowy ten mój bełt! Nasienie Niedobre, siostry matki mojej, co się przecie Bynajmniej nie godziło, zaczęły po świecie Rozgłaszać, że Dyoniz to nie syn Zeusowy, Że matka ma, Semele, z Kadmosa namowy Na bóstwo całą hańbę swojej winy złoży, Gdy człowiek ją śmiertelny, a nie władca boży, Zapłodni i że potem - tak ją piętnowały - Zeus matkę mą uśmiercił za ten wymysł cały. I dla mnie w tej obeldze dość było powodu, By zmysły im pomieszać i wypędzić z grodu, Więc dzisiaj siedzą w górach z obłąkaną duszą I w godła moich orgji przystrajać się muszą. I jaka tylko żyła w tych murach niewiasta, Musiała precz uciekać z Kadmowego miasta, Ażeby wszystkie razem, z królewskiemi córy Złączywszy się, bez dachu, na złomiskach góry Samotnych, opoczystych, śród zieleni jodły Swój żywot obłąkany dziś i zawsze wiodły. Bo niechaj grodu tego uczują mieszkańce, Z swą wolą czy wbrew woli, że dotąd o tańce Bachijskie i obrzędy nie nazbyt się wiele Troszczyli. Pragnę także i matkę, Semelę, Obronić, gdy się ludziom jako bóg ukażę, Którego Zeusowi porodziła w darze. Król Kadmos rządy państwa przelał już w tym czasie Na syna drugiej córki, Pentheja, ten zasię Mą boskość lekceważy, w zalewkach nie sprzyja, W ofiarach i modlitwach. Zobaczy on, czyja Jest słuszność, kto mocniejszy! Żem bóg i że godnie
Należy uczcić boga, chyba udowodnię I jemu i mieszkańcom jego Teb!... Pod nieba Zaś inne, zarządziwszy tutaj, co potrzeba, Wybiorę się w te tropy, aby ludziom w ślepie Zaświecić swą boskością! Zacnie ja przetrzepię Tych jego Tebańczyków, gdyby wściec się chcieli I z gór moje bachantki pędzili. Jeżeli W tej jawię się posturze, jeżeli się z boga W człowieka przedzierżgnąłem, to na to, by sroga Spotkała ich nauka: Menady zgromadzę I huzia! hej! Zobaczą, kto ma tutaj władzę! Niewiasty! Posłuchajcie! Za moim rozkazem Od Tmolu, niw lidyjskich strażnicy, wy razem Przyszłyście tutaj ze mną, wy, moje podróże Z ziem cudzych wraz dzielące! Frygijskie - a nuże! - Brać bębny, wynalazek mój i matki Rhei! Otoczyć dom królewski z poszumem zawiei, Bić w błony, co tchu starczy, na słychy i dziwy Kadmosowego miasta! Ja teraz na niwy Kithaironowe skoczę, w jar, gdzie jest zebrany Korowód mych bachantek, i puszczę się w tany!
CHÓR.
Azyi smug, Święty Tmol Opuściłam śród swych dróg, By mnie słyszał szumny bóg, By go uczcił okrzyk mój! W Bacha cześć Łatwo znieść Ten nieznojny, święty znój!
*
Któż tam hej! W gmachu tym? Któż mi w drodze stanął mej? Precz mi z oczu! Milczeć chciej, Kto tu żyw jest, kto tu zdrów! Bogu my Ślemy tchy Wrzących hymnów, wrzących słów!
*
Szczęśliwy, zaiste, człek,
Kto się do służby bożej
Całą swą duszą przyłoży,
Kto, życia swojego biegKierując w góryNa wtóryI tańce bachijskie, najradziejIm oddan, gładziSwe grzechy!Szczęśliwy, kto się weseliWraz z namiPląsamiW cześć wielkiej Macierzy Kybeli.Kto, pełen szalonej uciechy,Tyrsos w swą ujmie dłoń,Bluszczem uwieńczy skrońI wielbi i chwaliNajdbalejDyonizową moc!...Hej-że ku mnieTłumnie, szumnieTy bachantek ciżbo mnoga,Coś szumnego tutaj boga,Którego sam spłodził bóg,Od górzystej Frygii drógDo helleńskich wiodła smug!...*
Jakżeż-ci on ujrzał świat? - Znosząc strasznych bólów siła, Rodzica go poroniła, Gdy Zeus z swym piorunem spadł. I przerażona Wraz skona Pod razem strasznego gromu. Lecz z zmarłej domu Położnej Kronida Zeus go zabierze I w biodrze, Przeszczodrze Obwiódłszy je złotem, by Herze Z przed ócz go usunąć, ostrożny, Zamyka dziecię I, wiecie, Gdy Moiry porodu czas Wydzwoniły, Gromosiły Zrodził bóstwo, co na czole Pokazało rogi wole Oraz wieniec, splecion z żmij: Stąd, Menado, zbrojna w kij, Z wężów sobie warkocz wij!...
*
Tebański grodzie mój.
Ojczyste gniazdo Semeli! Niech się, kto żyw jest, weseli! W bluszczu leśnego zwój Każdy swe czoło strój! Strójcie się, strójcie się w kwiaty, W powój, zielenią bogaty, W gałęzie dębu czy jodłę Na Bacha wesołą modłę! Skóry zarzućcie jelenie Na białe z wełny odzienie. Swywolne chwyciwszy pręty, Święćcie obyczaj święty, A wnet, za wami w ślad, Ruszy się cały świat, W tan się on puści, w tan, I ten nasz szumny pan Do gór powiedzie, do gór Swój rozpasany chór, Tam czeka już gawiedź radosna, Od płochy wygżona i krosna Przez Dyoniza-boga!
*
Kuretów schronie, hej! Zeusa prześwięta kolebo, O Kreto, skąd się pod niebo Z leśnych unosił kniej Wrzask Korybantów, rej Wiodących w bożej uciesze! Wszakże-ci ongi ich rzesze,
Strojne w szyszaku trzy kity, O, ten nasz skórą obity Krąg wynalazły i świetnie Frygijskie, łagodne fletnie, Dźwięk ich przesłodki, przemiły, Z jego rozhukiem spoiły! Do Rhei-macierzy rąk Bębenny dały krąg, Ażeby głośniej brzmiał Święty bachijski szał. Od niej Satyrów tłum Wziął go na huk i szum W to uroczyste trzechlecie, Którem się cieszy na świecie Władca nasz Dyonizos.
*
O, jakiż słodki, rozkoszny to żar,
Gdy, górski rzuciwszy jar -Kiedy ze skalnej krawędziW doliny nasz orszak bożyPędzi -Kiedy ta rzesza rozwiozła,Spragniona wrzącej krwi kozła -Gdy w niej żywego mięsa głód się sroży,Kiedy jej pachnie krew,Do Frygii czy Lydyi górW spłachciu z jelenich skórRwie się!A przed nią po polu, po lesieHu! ha! krzyk Bacha się niesie!I wraz po dolinie, wyżynieMleko strugami płynieI wino płynie w bródI płynie nektar-miódI całą w okrąg błońSyryjska napełnia woń!I Bachus żywiczne łuczywoWyciągnie z swej trzciny co żywoI, potrząsając ogniami,Tumani swój orszak i mami,Do tańców-łamańcówRwieW lot!I głosy w niebiosyŚle -Swój zew,Swe wrzaski hukliweNa niwęRozlewa.I bujne swe włosy,Kędziorów splot,Na wiater rozpuszcza, na wiew!I leje się krzyków ulewaPo polu,Przez uroczyskaKniej:"Hej! cudna kraso Tmolu,Co szczerem złotem tryska,Bachantki moje hej!O, wy bachantki me!Hu!Chodźcie tu! Chodźcie tu!By, co tylko starczy tchu,W Dyoniza cześćHymn rozgłośny wznieść!Oszalała w swej ochociePrzy straszliwym bębnów grzmocieOszalałe niech hejnałyPierś wyrzuca! OszalałyChce ją słyszeć bóg!A frygijskiej, dzikiej burzy,Łagodząc jej huk,Niechaj słodki dźwięk zawtórzy -Niech świętego fletu świętaPłynie nuta i do górW ten swój wtórMych bachantek wiedzie chór!"I w te tropy,Wskroś przejęta,Wyrzucając chyże stopy,Jurna dziewka, jak źrebięta,Przy klaczy, swej matce, na łąceSkaczące.Pędzi za swoim bogiem...Na scenę wchodzi
TEIREZJAS.
Przy bramie kto? Wywołać Agenora plemię, Kadmosa, co sydońską porzuciwszy ziemię, Basztami gród ten zjeżył, obwarował Teby. Niech idzie kto i powie, że nie bez potrzeby Teirezjas chce z nim mówić. Wie, po co się jawię I w jakiej, stary z starszym, godziłem się sprawie: Wdziać na się skórę sarnią, tyrs pochwycić w dłonie I bluszczu latoroślą uwieńczyć swe skronie.
Z domu wychodzi
KADMOS.
Poznałem właśnie głos twój, usłyszałem, panie, Mądrego iście męża przemądre wezwanie I, gotów, idę z wszystkiem, co potrzeba będzie, Ażeby według sił swych w świątecznym obrzędzie Wziąć udział i przyczynić się do pomnożenia Czci syna mojej córki, co jest dla plemienia Ludzkiego na świat posłań jako bóg. Więc powiedz, Gdzie tańczyć mam, na jaki zwrócić się manowiec I siwą wstrząsać głową. Starszemu ty stary Przewodzić chciej, boś mędrzec. A ja tu bez miary Bluszczowym będę prętem bił o ziem, zapomnę, Że starość mi pisana...
TEIREZJAS.
I ja też ogromne Mam chęci! Odmłodniałem i do pląsów stanę.
KADMOS.
Na wozie brać się w góry? Czy to jest wskazane?
TEIREZJAS.
Nie! Mniej byśmy tak bożą uczcili wszechwładzę!
KADMOS.
Więc ja cię tam, człek stary, starca poprowadzę.
TEIREZJAS.
Sam bóg nam dzisiaj drogę bez trudu pokaże.
KADMOS.
Czy miasto weźmie udział w tym bachanckim żarze?
TEIREZJAS.
My jedni mamy rozum, innym on nie służy.
KADMOS.
Więc chwyć się mojej ręki, po co zwlekać dłużej?
TEIREZJAS.
A ty na mem ramieniu oprzyj się i w drogę.
KADMOS.
Śmiertelny człek, bogami gardzić ja nie mogę.
TEIREZJAS.
Tu na nic mędrkowanie! Wszelkie z niebem kwasy Daremne. Wiary ojców, którą po te czasy Przez wieki nam przodkowie nasi przekazali, Nie zniszczy nikt, jej ustaw żaden mózg nie zwali, Choć pomysł najbystrzejszy znajdzie człek w swej głowie. Być może: "jesteś stary", tak niejeden powie, Lecz ja się tego wcale, nie wstydzę, ja w bluszcze Przystroję skroń i w pląsy serdecznie się puszczę. Bóg przecież nie przepisał, kto ma iść w zawody Bachanckie: człowiek stary, czy też tylko młody. Od wszystkich czci on żąda i nie z lat jedynie, Nie z liczby ich cześć większa dlań lub mniejsza płynie.
KADMOS.
Ponieważ dnia bożego nie widzisz, więc ja się Podaję za proroka, mój Teirezjasie, I powiem ci, co widzą tej chwili me oczy: Pospiesznie oto Pentej w stronę zamku kroczy, Mój wnuku Echionida, któremu oddałem Swe berło. Cóż mi powie? Jest, jak zdjęty szałem!
Na scenę wchodzi
PENTHEUS.
Bawiłem poza domem, powracam do kraju I słyszę o złym, nowym w tem mieście zwyczaju.
Niewiasty oto nasze porzuciły domy I, niby szał udając, przepełne oskomy, W lesistych rozłożyły się górach, pląsami Nowego wielbiąc boga - kim on między nami Być może - Dyoniza. Są pijackie dzbany, Co chwila ta lub owa w chuci rozpasanej W ustronne znika miejsce, mężczyznom dogadza. To znaczy: pod pozorem, że bożego władza Natchnienia je porywa, niecne białogłowy Dla Bacha i Kiprydy mają czas gotowy. Ile ich pochwycono, każda ma już pęta I w miejskiem jest więzieniu uczciwie zamknięta. Na te, co jeszcze w górach, urządzę obławę - Pochwycić każę Ino i matkę Agawę, Co mnie Echionowi zrodziła i, dalej, Nic tutaj Antonoy również nie ocali, Rodzicy Aktaiona! W żelazne je dyby Zakuwszy, wnet odwiodę od bachanckiej chyby. Podobno miał z lidyjskiej przybyć tutaj ziemi Czarownik jakiś, oszust z oczami ciemnemi O słodkiej barwie wina; jak u Afrodity. Włoś jasny ma, utrefion, w śliczne pukle zwity. Z dziewkami on młodemi, ten młodzieniec chwacki, Przepędza dnie i noce pod pozorem schadzki Świątecznej na cześć bogów. Jeśli pod tym dachem Pochwycę go, doprawdy! nie ujdzie li z strachem! Przestanie on mi stukać o ziemię tyrsosem I tłumić się po świecie z tym rozwianym włosem, Gdy łeb mu od tułowia oddzielę! Zbyt szczodrze Mieni się Dyonizem-bogiem i że w biodrze Zeusowem był zamknięty, jakkolwiek rzecz znana Iż z matką padł od ciosu gromowego pana,
Iż zginął od pioruna, gdy ta zaślubiny Z Zeusem wymyśliła!... Czyż za takie winy Nie warto go powiesić? Jak on śmie w ten sposób Natrząsać się swą butą z wszelkich ludzkich osób, Ten przybysz, kimbykolwiek był!... Lecz nowe cuda Przed sobą mam! Teirezjas, wieszczek, nakrył uda Skórkami jeleniemi, a tu - widok rzadki! Trzymajcie mnie, bo pęknę ze śmiechu!... mej matki Rodziciel z tyrsem w ręku szaleje! Zaiste! Człek straci rozum, patrząc na to oczywiste Błazeństwo! Co? Nie puścisz z ręki tego pręta? Nie praśniesz tego bluszczu? Rzecz to niepojęta, Ty, ojcze mojej matki!... Czyje to znów baje? Teirezjasa pewnie?.. Czy się tobie zdaje. Że, boga wprowadzając nowego śród ludzi, Zysk nowy z wróżb mieć będziesz? Że ich znowu złudzi Twój ogień, czy lot ptaków? Tylko włos twój siwy Wstrzymuje mnie, że za ten obrzęd niegodziwy Nie każę z bachantkami wrzucić cię do kaźni! Obrządek to nicpotem, sam on siebie błaźni, Jeżeli się podwika spija przy biesiadzie.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Ach! Cóż to za bezbożnik! Niebu ty na zdradzie I plemieniowi Kadma, który rzucił w ziemię Na mężów siew, ty, ojca Echiona plemię!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.