Babcia 19 i sowiecki sekret - Ondjaki

Reflow text when sidebars are open.
Wczesnym rankiem ktoś usłyszał, jak towarzysz Brywieczerow używa w swoim języku słowa "dynamit". Dla nas "dynamit" to było słowo z kowbojskich filmów, takich, jak te z Trinity czy z Budem Spencerem i jego brodą.
- Może się przesłyszałeś?
- Słyszałem dokładnie. Dynamit.
- A może słyszałeś "Dimitrij"? Na budowie pracuje towarzysz o tym imieniu.
- Naprawdę słyszałem "dynamit". Nie wiesz, że istnieją słowa całkowicie internacjonalistyczne?
Ruszyliśmy za ogrodzenie, gdzie był dół z odpadkami z budowy i gdzie grupka dzieciaków bawiła się z kolorowymi papugami.
Idąc w stronę domu Piany Morskiej, usłyszeliśmy dziwne odgłosy ciężkiego łańcucha wleczonego po ziemi.
- To musi być krokodyl Piany.
- Lepiej spadajmy.
Puściliśmy się biegiem z rozpostartymi ramionami, jak ptaki szykujące się do lotu. Minęliśmy śmietnisko i po chwili pędziliśmy już brzegiem morza, starając się omijać małże i ostre muszelki, aby nie poraniły nam stóp.
Tam, tuż obok łodzi "Tęczółno", siedział Stary Rybak, którego pradawne dłonie z całą cierpliwością świata rozplątywały sieci.
Morze pachniało, ale nie był to zapach otwarty i świeży, jak zapach rybich łusek. To był raczej zapach dawnych dni i lat, niby mieszanka słonej wody ze smołą z dna jego łodzi.
Przybiegliśmy tam zdyszani i z trudem łapiąc powietrze, czekaliśmy, aż na nas spojrzy. Zagrzebaliśmy stopy w piachu i wdychaliśmy zapach morza, starając się wyczuć w nim woń poranka.
- Dzisiaj nie wypływam. Nie ma wiatru - przemówił w końcu Stary Rybak.
- Może po południu? - rzuciła Charlita.
- Może - jego dłonie nadal rozplątywały węzły w sieciach.
- Towarzyszu rybaku - odezwał się 3,14 - czy słyszałeś o wybuchach?
- O wybuchach? Jak to?
- Dziś rano ktoś powiedział, że Sowieci znoszą na budowę dynamit. Czy dynamit nie jest po to, żeby robić wielkie wybuchy?
- Chyba tak - rybak zrobił zatroskaną minę.
- W filmach o kowbojach dynamit służy do wysadzania pociągów, domów, a nawet jaskiń, po to aby odszukać złoto.
- Nigdy nie widziałem filmu o kowbojach - stwierdził Stary Rybak.
Morze było gładziutkie jak lustro wyszykowane dla ptaków i chmur. Bo starsi mówili zawsze, że ocean to wielkie zwierciadło dla tych, co potrafią latać bardzo wysoko.
- Towarzyszu rybaku, czy ptaki myślą?
- Nie wiem, czy myślą, ale na pewno czują. Wiedzą, dokąd mają lecieć, jak wrócić i nigdy nie zapominają miejsca, w którym uwiły gniazdo.
- A ryby myślą?
- Musisz zapytać ryb.
- Czy towarzyszowi nie jest smutno tak łapać i łapać te ryby w sieci?
- Łapię ryby, żeby je jeść albo żeby je sprzedawać. Z tych, które sprzedaję, mam pieniądze na ubrania i na książki do szkoły. Mam mnóstwo dzieci. Takie jest życie.
- A towarzysz nigdy nie słyszał, że mają deksplodować całą Praia do Bispo?
Stary Rybak zawiesił na nas spojrzenie swoich smutnych oczu, ale słowami nie przemówił. Tylko dyszał, naśladując płucami skłębione poszumy fal, które mieszały się z furkotem przelatujących ptaków i odległym wyciem jakiejś syreny w innej dzielnicy.
Aż ocean zaczął się budzić; wpierw z wolna, jak jaskółka wykluwająca się z jajka, potem naśladując trochę bardziej chmury - a wtedy wszyscy wpatrzyliśmy się nieruchomo w ten granat: na przeogromnej skórze oceanu, z widoczną po drugiej stronie wyspą Mussulo, pojawił się wiatr, aby zepchnąć słońce bardziej w dół, tam, gdzie co noc kładzie się spać.
- Patrzcie no, dzieciaki, przynieśliście wiatr.
- Spadajmy stąd, jeszcze starsi się przyczepią, że przez nas noc zapada zbyt szybko.
Plac ze stacją benzynową był pusty. Wichura zmiatała z ziemi liście. Jej powiewy były gorące. Stuknięty Piana Morska uśmiechał się z zadowoleniem w bramie swojego domu.
- Kto nie ma parasola, to się trochę zmoczy... La lluvia no perdona a los que se ponen por debajo de ella...1 Toń, kurzu, tońcie, przeklęte myśli! Niech żyje poezja bezsensu!
Babcia Agnette czekała na mnie w bramie ze swoim dalekowzrocznym spojrzeniem. Widziała nas, jak biegliśmy przez śmietnisko i jak zrobiliśmy potem tę całą rundę, aby znaleźć się pod domem.
- Już, do środka! Zanosi się na deszcz, a ty latasz tu i latasz, aż w końcu astmy się nabawisz.
Deszcz lunął nagle, nie dając nam nawet szansy na wyjaśnienia, że na razie tylko kropi: rozsiewał przyjemny zapach, zmywał kurz z liści i niepokoił nietoperze, o których babcia Catarina mówiła, że w takie noce nie latają, bo są ogłupiałe od hałasów. Ponieważ nietoperze widzą tylko swoje krzyki, mają coś jak radar, są jak migi, które latają nocą, aby bombardować oddziały południowoafrykańskich szmaciarzy.
- I w niebie mieści się tyle deszczu, babciu?
- To zabici płaczą albo się śmieją. Mnóstwo ludzi teraz umiera.
- Catarino, nie strasz dzieci - odezwała się babcia Agnette.
- Tak naprawdę dzieci wcale się nie boją. Deszcz oczyszcza świat. Idę na górę pozamykać okna.
Ruszyłem za babcią Catariną, aby obejrzeć ten cały rytuał. Prawdę mówiąc, okna cały czas były zamknięte, ale ona mimo to je otwierała, spoglądała na Praia do Bispo lub na jakąś sąsiadkę w domu obok, po czym zatrzaskiwała okno z hukiem, żeby nikt już nie miał wątpliwości, że naprawdę zostało zamknięte. Babcia wyszła z pokoju i zeszła na dół.
Poszedłem łazienki, aby zamknąć małe okienko. Wlazłem na muszlę klozetową i przez nie wyjrzałem. Było stąd widać Mauzoleum: dostrzegłem w ciemności wjeżdżające na plac budowy ciężarówki z mnóstwem skrzyń, które rozładowywali wojskowi w ciemnozielonych mundurach. Zgasiłem w łazience światło, żeby nikt mnie z daleka nie dojrzał; nauczyłem się tego z filmów wojennych, a może ktoś mi o tym kiedyś opowiadał. Ciężarówek było dużo, a skrzyń jeszcze więcej. Wszystkie zostały zaniesione do jakiegoś magazynu, naprawdę sporego.
Pierwszym grzmotom na niebie zawtórowały wrzaski babci Agnette.
- Dzieci, wszyscy do łazienki!
Zaczęli się schodzić kuzyni, coraz szczelniej zapełniając łazienkę.
Światła w domu już nie było, ale babcia Catarina przygotowała lampkę o mdlącym zapachu kopcącej się powolutku oliwy. Babcia Agnette mówiła o tym miejscu, że będzie najbezpieczniejsze, kiedy w dach jej domu uderzy piorun. Kiedy wszyscy znaleźli się już w środku, padały sakramentalne słowa:
- Zakryliście lustra?
Babcia Catarina, która zawsze bez cienia lęku naśmiewała się z grzmotów i piorunów, kazała Madalenie pozakrywać większymi ręcznikami domowe lustra: jedno na dole, w salonie, serwantkę ze starą porcelaną i chińskim serwisem do herbaty, potem lustro w pokoju babci Agnette i jeszcze jedno owalne, strasznie ciężkie, które znajdowało się na korytarzu.
- Tchissola, Naima! - psioczyła babcia. - Natychmiast ściągnijcie z siebie te czerwone bluzki. Madalena, przynieś im inne ubrania.
Czerwień - na ręcznikach, dywanach, a nawet na bluzkach - również mogła przyciągnąć pioruny; zresztą w przypadku bluzek to musiało być wyjątkowo wredne, bo wtedy pioruny naładowane totalnie niekontrolowaną elektrycznością trafiały prosto w człowieka. 3,14 mówił mi nawet pewnego razu, że powinni wykorzystać superwysoką rakietę Mauzoleum do łapania tych piorunów, aby potem przesyłać je bezpośrednio na słupy wysokiego napięcia w Praia do Bispo, dzięki czemu nigdy nie mielibyśmy w domu problemów z oświetleniem. Jednak powiedziano nam, że to niemożliwe, a w dodatku mogłoby popsuć zabalsamowaną powłokę towarzysza prezydenta Agostinha Neto.
Na szczęście babcia Agnette zapomniała zamknąć jedno okienko, dlatego wraz z grzmotem i błyskami piorunów do domu zaczęło napływać chłodne morskie powietrze, wietrząc nieco to pomieszczenie wypchane tyloma ludźmi, ich oddechami i ostrym potem tych, którzy przygnali tu dzikim pędem.
Babcia Catarina siedziała w swoim pokoju na bujanym fotelu i chyba raczyła się jakimś "gorącym napojem", którym mogła być whisky lub wódka. Zawsze wylewała przy tym na podłogę kilka kropel.
- Dla tych, którzy już odeszli i czekają tam na innych...
Morski chłód przyniósł z sobą całą furę zapachów i trzeba było zamknąć oczy, żeby pojąć tę mieszaninę i ten karnawał kolorów - mango wiszące na gałęziach, jeszcze dobre i zielone, mango już pogryzione przez nietoperze, zielonkawa woń sape-sape, lepki opar niemal obrywających się gujaw, zapach mirtu pomieszany z wonią nieszpułki, zapach kurników i chlewów, harmider papug żako i psów, dwa lub trzy wystrzały z aki2, radio, w którym ktoś łapał wiadomości w językach narodowych, a potem zapomniał je wyłączyć, stukot butów osób pędzących do domu lub tylko w poszukiwaniu jakiegokolwiek suchego schronienia, a nawet, jeśli było już późno, odgłosy z piekarni, która mieściła się przy bocznej uliczce i gdzie przez całą noc pracowano, aby nazajutrz do domów tych, którzy całą noc spali, trafił świeży chleb. To znaczy, chcę powiedzieć, że zapach deszczu to rzecz trudna do wyjaśnienia komuś, kto nie zna dobrze łazienki w domu babci Agnette.
- Śpisz tam, czy co? - zaczęli się dopytywać.
- Przymknij się, co? Polewam sobie myśli deszczem.
- Że jak? Kiedy dorośniesz, będziesz pomylony jak Piana Morska. Cały rozum ci zaleje.
- Przynajmniej będę mówił po hiszpańsku.
- Baranie, on mówi po kubańsku!
Grzmot potężny jak wybuch dynamitu najpierw wszystko jaskrawo oświetlił, a potem huknął tak, że naprawdę zadrżeliśmy ze strachu. Babcia Agnette zaczęła udawać, że się modli, bo babcia Catarina już nam wyjaśniła, że babcia Agnette nie umie się modlić; zapomniała wszystkie modlitwy i teraz tylko tak porusza wargami dla picu, tak samo jak my, kiedy śpiewamy piosenki po angielsku, podstawiając tak naprawdę jakieś sylaby w zmyślonym języku, byle pasowały do melodii.
Babcia Agnette wzięła ręczniczek do twarzy i zakryła nim niewielkie lustro, które wisiało nad umywalką. Przypomniałem sobie słowo "dynamit" i przyszło mi do głowy, że te ciężarówki mogą należeć do jakiegoś tajnego transportu, bo w końcu oni na pewno nie chcieli, aby ludzie z Praia do Bispo znali termin wysadzenia w powietrze domów w celu przyspieszenia końcowej fazy budowy Mauzoleum.
- Czy piorun może zapalić skrzynkę z dynamitem? - spytałem starszego kuzyna.
- Piorun to zaraz w ciebie strzeli, kretynie.
Nieźle się zdenerwował, bo nikt w jego wieku nie wierzył już w te opowieści o piorunach wlatujących do domów w poszukiwaniu wielkich luster lub dzieci ubranych na czerwono. Mimo to babcia zawsze zganiała wszystkich to tego pomieszczenia i kazała tam czekać tak długo, aż deszcz ustanie.
Powiew wiatru zgasił lampkę oliwną i nasze oczy z trudem usiłowały sobie poradzić z ciemnością. Nagle na dole rozległo się pukanie do drzwi.
- O Boże - wystraszyła się babcia Agnette.
Kuzynki przytuliły się do siebie, drżąc. Ja też się bałem, ale przyglądał mi się mój kuzyn, więc udawałem, że drżę tylko z zimna.
- Kto to może być? O tej porze?
- Tylko ojciec Inácio! - oświadczyła babcia Catarina.
Jednak babcia Catarina żartowała sobie w niewłaściwym momencie. Nikt nie chciał zejść na dół i nawet babcia Agnette trochę pękała, bo wciąż starała się wysłać na dół kogoś innego.
- Madalena, idź no zobaczyć, kto to.
- Ale babciu...
- Co: "babciu"? Nie rozumiesz, co do ciebie mówię? Złaź na dół i zobacz, kto puka do drzwi!
Pukanie rozległo się ponownie, i to jeszcze głośniej.
- Tylko śmierć puka zawsze tak głośno, ja wam to mówię - babcia Catarina zaczęła chichotać.
Wszyscy umilkliśmy ze strachu, pogrążeni w ciemnościach, które rozgrzeszał jedynie snop światła sączący się przez okienko. Ledwo co mieściliśmy się w łazience i babcia Agnette zaczęła lekko popychać Madalenę, aby ją skłonić do wyjścia. Madalena zapierała się w drzwiach, starając się utrzymać swój łazienkowy przyczółek. Wszystko to odbywało się w całkowitej ciszy i przypominało walkę mrówek.
Ponownie rozległo się pukanie do drzwi. Jakiś gruby głos wypowiedział słowa, których nikt nie zrozumiał.
- Co on powiedział? - spytałem jednego z kuzynów.
- Powiedział, że przyszedł coś zjeść!
Babcia Agnette w dalszym ciągu popychała Madalenę, która miała na nogach mokre pantofle, wskutek czego powolnym ślizgiem przesuwała się w stronę schodów. Miała do wyboru albo zacząć stawiać kroki, albo runąć w dół po schodach.
- Śmierć nie lubi czekać na deszczu - zarechotała babcia Catarina.
1 Deszcz nie wybacza tym, którzy się pod niego dostaną.
2 Aka - radziecki karabin maszynowy (AK47).