Baba Jaga - Radosław River

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (13,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

W Europie, w okresie pomiędzy XV a XVII wiekiem, procesy o czary były wzmożone bardzo. Ludziom, najczęściej były to kobiety, stawiano zarzuty niewyobrażalne, z których na ogół nie umiały się wybronić. Latanie na miotle, sabatów organizowanie, paktowanie z diabłem, chorób sprowadzanie, opętania czy śmierć, to tylko niektóre z wymyślnych oskarżeń, które stawiano czarownicom rzekomym.

W okresie nagonki na czarownice nie trzeba było wiele, aby oskarżyć kobietę o magii uprawianie. Na ławie oskarżonych zasiadały, matki, kochanki, sąsiadki, kobiety niewygodne dla reszty społeczeństwa lub wprawiające innych w zazdrości uczucie. Twardych dowodów nie potrzebowano żadnych, wystarczyły pomówienia zwykłe. We wsiach i miasteczkach małych spory czy kłótnie z sąsiadami stawały się chlebem powszednim, a co za tym szło, niebezpiecznym bardzo. Możliwość bycia oskarżonym o magii stosowanie była na porządku dziennym. Inkwizytorzy przydzieleni przez władze kościelne nie stronili od torturowania podejrzanych w celu wydobycia zeznań, używając sposobów, jakie sami uznali za słuszne. Wybronienie z oskarżeń było niemalże niemożliwe.

Przesłuchanie rozpoczynało się zazwyczaj niewinnie. Oskarżonej pokazywano celę, w której przebywać miała i zapoznawaną ją z działaniem narzędzi tortur. Większość oskarżonych w obawie przed tym, co może ich spotkać, do winy przyznawała się od razu. Gdy taki zabieg był niewystarczający, aby winy zostały wyznane, rozbierano ją, golono na łyso i dokładnie oglądano w poszukiwaniu opętania znaków. Wszystkie znamiona na ciele nakłuwano, identyfikując, czy nie są diabelskimi. Następnie przychodził czas na prawdziwe katorgi, tak bolesne, by oskarżona mogła się przyznać. Proces ten kończył się zwykle śmiercią.

Jednym ze sposobów poznania mocy magicznych białogłowych była "próba wody". Kobieta uznana za czarownice wiązana była i wrzucana do rzeki lub stawu, aby sprawdzić, czy utonie, czy nie. Odrzucona przez wodę, do chrztu używaną, jako czarownica winna się na niej unosić. Gdy tonęła, była doprawdy niewinna. Próbowano ją, rzecz jasna w sytuacji takiej ratować, co rzadko powodzeniem się kończyło.

Przykładem oskarżeń o paktowanie z diabłem, a zarazem najbardziej znanym, była historia Joanny d'Arc. Podstawą do owych oskarżeń stały się jej objawienia, których doznała w wieku lat 12-13. Słyszała głosy świętych, które nakazywały jej wydobycie ojczyzny spod panowanie angielskiego. Proces inkwizycyjny Joanny d'Arc, zresztą jak większość jemu podobnych, to jednostronne oskarżenia i niemożność właściwej i godziwej obrony. Joanna przez cały czas procesu utrzymywała, że głosy, które słyszy, pochodzą od świętych, co zaprowadziło ją na stos w wielu 19 lat. Została spalona żywcem w 1431 roku. Jej szczątki zebrano i ponownie spalono, aby jej zwolennicy nie mogli zebrać po niej relikwii.

Ostatnim osądem udokumentowanym na ziemiach polskich, jednocześnie jednym z ostatnich w Europie, była historia Barbary Zdunk. Córka pastucha urodzona niedaleko Bartoszyc, która w wieku 9 lat opuściła dom rodzinny i pracy się podjęła. Nieszczęśliwie zakochana w znacznie młodszym od siebie mężczyźnie miała podłożyć ogień, który wybuchł w Reszlu w nocy z 16 na 17 września 1807 roku. Konsekwencjami śledztwa aresztowana i oskarżona o wywołanie pożaru za czarów pomocą, skazana na śmierć przez spalenie na stosie. Okres trwania procesu przebywała w areszcie. Wykorzystywana przez dozorców więziennych do świadczenia nierządu obywatelom Reszla, urodziła dwoje dzieci, z których jedno zmarło. 21 sierpnia 1811 roku Zdunk została spalona na ostatnim stosie Europy.

Liczne prześladowania, procesy i śmierci to tylko wierzchołek góry lodowej, która wyłania się pomiędzy XV a XVII wiekiem, tworząc czarną plamę na mapie Europy ówczesnej. Oskarżenia mogły padać na każdą osobę. Nie chroniła pozycja społeczna, status czy majątku wysokość. Procesy dotykały najbiedniejszych i jednakowo najzamożniejszych. Zawiść, zazdrość, gniew, intrygi polityczne, wszystko to stało się bezpośrednią przyczyną śmierci tysięcy kobiet.

Czarownice, wiedźmy, kobiety posiadające magiczne, nadnaturalne zdolności, dzięki którym mogły wpływać na bieg wydarzeń. Oskarżane, sądzone, nieczyste, karane, mordowane. W procesach o czary osądzono i stracono setki tysięcy osób. Choć pewne przekazy podają, że mogło być ich kilka milionów. Czy aby na pewno słusznie?

Wszyscy przekonani o tym, że koniec polowań na czarownice zakończył się w XVII wieku, powinni się dobrze zastanowić. Oficjalnie kary śmierci zabroniono jednak prześladowania i samosądy ciągnęły się latami. Niektórzy odczuwają to piętno do dnia dzisiejszego, będąc związanymi pokoleniowo z dawnymi "czarownicami". Jedne historie kończyły się dobrze inne źle. Kolejne mają swój początek dopiero wtedy, kiedy nadchodzi ich koniec.

Księżyc towarzyszył im od zawsze. Niezależnie od tego, w co wierzyły, gdzie przebywały, kim przyszło im być i jaki los miał je spotkać. Zawsze były pod wpływem, jego potężnej, pierwotnej siły.

To kobiety od zawsze były kapłankami Księżyca. One przewodniczyły poświęconym mu rytuałom, składały dary, wznosiły intencje, strzegły jego tajemnic. Taka jest nasza słowiańska, zapomniana historia, którą ona miała dopiero w sobie odkryć. Dusza jednak na swojej drodze napotyka wiele trudności i przeciwności losu, którym nie zawsze jesteśmy w stanie stawić czoła, przynajmniej w pojedynkę. Zmagamy się z nimi wiele dni, miesięcy, lat a czasem zajmuje nam to kilka wcieleń. Jej przyszło mierzyć się z nimi już w wieku trzech lat.

W Europie, w okresie pomiędzy XV a XVII wiekiem, procesy o czary były wzmożone bardzo. Ludziom, najczęściej były to kobiety, stawiano zarzuty niewyobrażalne, z których na ogół nie umiały się wybronić. Latanie na miotle, sabatów organizowanie, paktowanie z diabłem, chorób sprowadzanie, opętania czy śmierć, to tylko niektóre z wymyślnych oskarżeń, które stawiano czarownicom rzekomym.

W okresie nagonki na czarownice nie trzeba było wiele, aby oskarżyć kobietę o magii uprawianie. Na ławie oskarżonych zasiadały, matki, kochanki, sąsiadki, kobiety niewygodne dla reszty społeczeństwa lub wprawiające innych w zazdrości uczucie. Twardych dowodów nie potrzebowano żadnych, wystarczyły pomówienia zwykłe. We wsiach i miasteczkach małych spory czy kłótnie z sąsiadami stawały się chlebem powszednim, a co za tym szło, niebezpiecznym bardzo. Możliwość bycia oskarżonym o magii stosowanie była na porządku dziennym. Inkwizytorzy przydzieleni przez władze kościelne nie stronili od torturowania podejrzanych w celu wydobycia zeznań, używając sposobów, jakie sami uznali za słuszne. Wybronienie z oskarżeń było niemalże niemożliwe.

Przesłuchanie rozpoczynało się zazwyczaj niewinnie. Oskarżonej pokazywano celę, w której przebywać miała i zapoznawaną ją z działaniem narzędzi tortur. Większość oskarżonych w obawie przed tym, co może ich spotkać, do winy przyznawała się od razu. Gdy taki zabieg był niewystarczający, aby winy zostały wyznane, rozbierano ją, golono na łyso i dokładnie oglądano w poszukiwaniu opętania znaków. Wszystkie znamiona na ciele nakłuwano, identyfikując, czy nie są diabelskimi. Następnie przychodził czas na prawdziwe katorgi, tak bolesne, by oskarżona mogła się przyznać. Proces ten kończył się zwykle śmiercią.

CAPITULUM V: PRAETERIA RESONAT[1]

Jada wstała jeszcze przed słońca wschodem. Zdegustowana rozmową wczorajszą, chciała wyprawić się wcześniej na targ po niezbędne sprawunki. Takie wyprawy zawsze wpływały pozytywnie na spraw ułożenie.

- Gdzie idziesz mat... - jąkała Jagna, wstrzymując się na chwilę.

- Nie wysilaj się - urwała Jada - do wsi, nie czeka. Przed zmrokiem się przypomnę.

I pochwyciła swój wózek w prawicę, nie oglądając się za siebie, zniknęła w środku lasu. Jagna słów swych wczorajszych żałowała, niestety cofnąć ich już nie mogła. Miłość do Henryka okazała się niezgody gałęzią, ale to była cena, jaką trzeba było zapłacić za życie dalsze, które dla siebie widzieli.

Wejrzała łaskawie na domostwo całe. Dom, w którym miała schronienie i ciepło, a którego nigdy przedtem nie zaznała w równym stopniu. Na ogród z warzywami, który wspólnie pielęgnowały, na kwiaty i ziele, tak przydatne do wywarów na wszelkie schorzenia, których przepisów Jada znała tomy całe. Na Wilczą Polanę, ze swoim potokiem rwącym, który oddzielał ich od reszt świata. Na las spoglądający na całe domostwo tajemniczo, a jednak kryjący w sobie dary, jakich inne nie miały. Wspomniała nauczanie, którego przecie jeszcze nie skończyła. Z tym wszystkim przyszło się teraz pożegnać i w westchnieniu serca zacząć rozdział nowy, tym razem u ukochanego boku.

A oto i idzie mężczyzna, wyłania się z lasu, wkraczając na Wilczą Polanę. W kroku jego nie ma werwy, łeb ma spuszczony do dołu, jakoby na barkach dźwigał ciężar jaki.

- Ukochany! - zawołała, a widok jego ukoił trochę jej myśli rozbiegane.

Ruszyła naprzeciw niemu nieśmiało. Henryk upadł na kolana, a kiedy dojrzał pomiędzy nimi ostańca, z zawodzenia skrył twarz w dłoniach.

- Co się stało!? - zawołała, dobiegając do niego.

- Ja... ja... - szlochał - nie mogę być z tobą.

- Co ty gadasz? - odstąpiła od niego, rażona jego słowami - nie wierzę co słyszę...

- Poczekaj... - przerywał jej, widząc, jak z każdą chwilą oddala się od niego - to nie tak...

- Gotowa byłam dla ciebie rzucić to wszystko... - zawodziła, a czarne chmury zwiastujące deszcz tłoczyły się nad nimi w okamgnieniu.

- Daj mi wyjaśnić... - wtrącał, co i raz, ale ona już go nie słyszała.

- Zwodziłeś mnie! Zwodziłeś tyle czasu!... Jada miała racje - szepnęła, kiedy strugi deszczu zaczęły spływać po ich odzieniach - niewart jesteś miłości mojej. Przeklinam cię i moje miłowanie do ciebie. Nigdy więcej nie stawaj mi na drodze!

- Zaczekaj! - krzyczał za nią, kiedy znikała za lasem, ale ona już nie rejestrowała niczego.

Przebijając się przez gęstwinę, nie czuła ani chłodu, ani deszczu, ani cierni raniących jej lico. Doskwierał jej jedynie ból, którego nic nie mogło już ukoić. Jej serce ponownie zostało rozdarte, podobnie jak tamtej nocy, kiedy w płomieniach chałupy Gońcówny, straciła cząstkę siebie. W rozżaleniu nawet nie zauważyła, jak dotarła do urwiska, nad którym pochyliła głowę.

- Matko! - zawołała - matko! Co ja uczyniłam... - lamentowała, pragnąc skończyć ze swoim życiem. - Miałaś rację! Wyparłam się ciebie, a tyś wszystko przewidziała! - wykrzyczała, a jej głos tłumiły grzmoty pioruna - Matko! Wybacz mi...

I nie wiedzieć skąd, poczuła na nodze znajome ciepło. A kiedy wejrzała na ziemię, jej oczom ukazał się kot czarny, który zawodził, jak to w zwyczaju miał robić.

- To ty? - zdziwiła się - co tu robisz? Gdzie Jada?

Kocur był niespokojny. Odchodził i wracał co rusz, próbując uwagę na siebie zwrócić.

- Coś się stało prawda? - zbystrzała, odczytując dane jej znaki - prowadź.

Jagna przedzierała się na powrót przez leśną gęstwinę, zdając sobie sprawę, jak daleko zaszła od domostwa.

- Zaczekaj! Gdzie jesteś? - wołała za kocurem, kiedy na chwilę traciła go z pola widzenia. On tylko pomiaukiwał, ponaglając i wskazując drogę właściwą.

- Matko! - zawołała, kiedy ujrzała ją w oddali.

Jej ciało spoczywające pod drzewem. Była w złym stanie, ale świadomości nie utraciła. Uciskała ręką dół brzucha, z którego wypływała krew, farbując jej okrycie.

- Matko! Matko! - zawodziła Jagna.

- Nie klep, tylko pomóż mi wstać - wymamrotała, otwierając na chwilę oczy.

- Boże, co tu zaszło? - dopytywała, podnosząc Jadę, która wsparła się na jej ramieniu.

Rana ciążyła, a ciało dziewczyny wątłe było, nie mogła dać jej rady. Upadając razem, zawołała:

- Pomocy! Jest tu kto? Pomocy!

W oddali dostrzegła postać, która zdawała się podążać w ich kierunku.

- Ej ty tam! - podbiegła bliżej - potrzebna nam pomoc!

A kiedy zbliżył się za zawołanie, oczom Jagny ostał się nie kto inny, jak Henryk. Nie miała jednak co wybrzydzać, a czując w sercu ogromny żal, pomoc jego przyjąć musiała.

- Boże! Co tu zaszło? - zawołał, kiedy zobaczył krew.

- Przestanie drzeć morde - wzburzyła się Jada - tylko prowadzi do chałupy.

Wsparła się więc na obojgu i ruszyli w stronę domostwa. Nie zamienili przy tym ani słowa. Wzrok Henryka co rusz spoczywał ukradkiem na Jagnie, co nie uszło jej uwadze. Ona, mimo tego obojętna była i skupiona na matce cierpiącej.

- Jeszcze ino skrawek - dodawała jej otuchy, widząc, jak trudzi się z każdym następnym stąpnięciem.

- Na łoże, koło pieca - zawołała Jagna, wdzierając się do chaty.

Ułożyli więc babinkę na posłaniu, a piec zahuczał, kiedy dorzuciła do niego szczapę drewna.

- Pokaż... - zwróciła się do Jady, odsłaniając ranę.

Była niewielka, jednak krwawiła obficie, precyzyjna i głęboka, jak po ostrym narzędziu.

- Nóż? - zapytała, ale w odpowiedzi dostała tylko zamglony wzrok.

- Trza lekarza jakiegoś czy co? - denerwował się Henryk, biegając z kąta w kąt.

- Siądzie - nakazała Jada spokojnym, płytkim głosem - żadnych obcych. Sama wiem, co robić. Podaj tasznik...

- Pospolity - dodała Jagna, jakby oświecenia doznała jakiego - zrobimy napar na krwotoki. I żywokost do opatrunku, co by rana się zasklepiła i nagietek... - wstrzymała na chwilę wyliczanie, kiedy ujrzała dumny wzrok matki w nią wbity.

- No co? - zapytała z uśmiechem.

- Jestem w dobrych rękach - zakończyła, po czym straciła przytomność.

Jagna poczęła przygotowania, krzątając się po izbie, ani razu nie podnosząc wzroku na Henryka, który stał teraz skołowaciały.

- Pójdzie już - szepnęła - wdzięczna ci za pomoc jestem, a zresztą już dam sobie radę. Muszę ranę zaszyć, póki matka przytomności nie odzyska.

- Jagna... - zawołał na nią, ale w net mu przerwała:

- Nie mów do mnie. Nie patrz na mnie i o mnie nie wspominaj - dodała poważnie - wyboru dokonałeś. Raz kolejny.

- Daj mi wytłumaczyć... - przerywał.

- Dość już! - spojrzała na niego - ostatni raz mnie widzisz i nie chce, żeby twoja noga tu więcej się ostała.

- Dzieciaka będę miał - wtrącił.

Jagna ponownie wejrzała na matkę, ukrywając przed Henrykiem spływającą po policzku łzę. W krótkiej chwili milczenia musnął ją po ramieniu, chciał pocieszyć, ale odstąpiła.

- Idź. Zajmij się rodziną, jak ojcu przystało. Nie mam tu dla ciebie miejsca, zwodzicielu - zakończyła.

Wejrzał tylko na nią ostatni raz, trochę skruszony, trochę obrażony za słowa wypowiedziane, ale wolę jej uszanował i zniknął za drzwiami.

- Żegnaj ukochany - szepnęła do siebie w zaklinaniu.