Rozdział 1. O tym, kto jest kim w tej historii - albo kim tylko się wydaje
O tym, kto jest kim w tej historii- albo kim tylko się wydaje
- Nic jej nie będzie? Na pewno nic jej nie będzie? - do papugi docierał czyjś zaniepokojony głos.
Zamrugała, spróbowała się ruszyć. Wciąż była poturbowana i obolała, poza tym widziała niewyraźnie, jakby przez mgłę.
Niepotrzebnie zwiewałam - pomyślała. - Trzeba było poczekać, aż odrosną lotki. Podkusiło mnie, nie ma co!
Ale czy naprawdę mogła się powstrzymać? Na taką chwilę przecież czekała: nieopatrznie pozostawione otwarte okno, nagły podmuch ciepłego wiatru niosący zapach świeżych, wiosennych liści... W sekundę podjęła decyzję: dziobem podważyła haczyk, na który zamknięte były drzwiczki klatki, potem krok przed siebie i fru! na zewnątrz. Tak w każdym razie miało to wyglądać.
Było jednak inaczej: machała skrzydłami rozpaczliwie, trzepotała nimi jak kura czy inny nielot - i spadała. Udało się jej spowolnić upadek (z okna na pierwszym piętrze), ale tylko spowolnić. A potem wszystko potoczyło się szybko: najpierw kot, odwieczny wróg pierzastych, rzucił się na nią i ledwo umknęła przed jego pazurami, potem tuż obok niej coś zaryczało, coś zatrąbiło, a gwałtowny podmuch raz i drugi odrzucił ją do tyłu. Fiknęła kozła w powietrzu i spadła na ziemię, a ktoś ją podniósł (człowiek!). Przed oczami zrobiło się jej ciemno i... tyle pamiętała.
- Wygląda na to, że tylko się potłukła. Solidnie. Ale kości żadnej nie złamała - usłyszała inny głos, nie ten, który dopytywał się, czy nic jej nie będzie. Ten był łagodny, kobiecy.
Poczuła dłonie przesuwające się po jej ciele wzdłuż skrzydeł. Ktoś, widać, zgarnął ją z chodnika czy ulicy i zaniósł do weterynarza. Papuga wzdrygnęła się - nie znosiła, gdy dotykali jej ludzie. A właściwie - w ogóle nie lubiła ludzi.
- Polatać się zachciało, co? - domyśliła się pani weterynarz.
A pewnie! - odpowiedziała w myślach papuga. - I polecę. Podlecz mnie trochę, odpocznę, dojdę do siebie - i bye, bye, adieu, sayonara!
- Co to za ptak? - zastanawiał się pierwszy głos, przerywając jej rozmyślania. - Trochę przypomina gołębia.
Papugę zatkało z oburzenia. Nazwać ją gołębiem. Ją! Sam jesteś gołąb, a raczej - głąb!
- Ale nie, to jednak nie jest gołąb - uznał głos. - Wielkość się zgadza, szary kolor też, ale dziób nie pasuje. I te czerwone pióra w ogonie... U gołębia takich nie widziałem.
- Śliczna papużka - kobiece dłonie pogładziły papugę po łebku. - Śliczna żako.
- Aha, żako! Żako... Nigdy nie słyszałem o takim gatunku. W każdym razie dobrze, że ją tu przynieśli.
- Dobrze, że tu trafiła - zgodziła się pani weterynarz. I dodała: - Pewnie komuś uciekłaś, co?
Nie komuś, tylko od kogoś - sprostowała w myślach papuga.
- Ale co ona taka łysa? Ktoś ją oskubał? - dopytywał ten pierwszy głos.
Papuga zastanawiała się, do kogo należał: nie przypominał męskiego, nie brzmiał jak głos kobiety, do dziecka też jakoś nie pasował.
- Martwią mnie te wyskubane pióra - przyznała pani doktor. - Goła skóra na szyi i brzuchu. Albo jest chora, albo sama je sobie wyrwała. Słyszałam, że nieszczęśliwe papugi tak robią.
- Biedactwo - pożałował jej pierwszy głos i pospieszył z zapewnieniem: - Teraz jesteś już w dobrych rękach.
Te ręce, rzekomo dobre, ujęły ją delikatnie i uniosły.
- Dobrze, że mamy klatkę po tej sowie, co leczyła złamane skrzydło. Tam ją wsadzimy, na razie niech odpocznie. A potem może warto byłoby zanieść ją do weterynarza? - zastanawiał się głos kobiety.
Papuga drgnęła. Jak to: do weterynarza? To ty nie jesteś weterynarzem?! W takim razie kim niby jesteś?
Szarpnęła się, otrząsnęła, zamrugała i mgła sprzed oczu wreszcie ustąpiła.
Pierwsze, co zobaczyła, to wpatrzone w nią oczy - niebieskie, nienaturalnie duże, za okularami w ogromnych czerwonych oprawkach. A potem zauważyła kota. Niemożliwie grubego, czarno-białego kota wlepiającego w nią miodowe ślepia.
Natychmiast zakręciło jej się w głowie.
Zemdlała.