B.D.S.M. Bardzo dobrze spaprane możliwości - P.A. Dziennik

-
Proszę czekać

PROLOG

Wi­taj El­lie, pieprz się świe­cie

Po­nie­dzia­łki są do kitu. Wszyst­kie. Ale ten dzi­siej­szy ma w so­bie ja­kąś wy­bit­nie tok­sycz­ną ener­gię.

Ko­ńczę pi­sać ostat­nie zda­nie mo­je­go no­we­go pro­jek­tu, dum­na z sie­bie jak kot, któ­ry zrzu­cił do­nicz­kę i uda­je, że tak mia­ło być, i wte­dy sły­szę to: DING.

Ten dźwi­ęk to mój oso­bi­sty trig­ger. Ma w so­bie tę samą często­tli­wo­ść co wier­tar­ka sąsia­da, tyl­ko psy­chicz­nie bar­dziej mnie nisz­czy.

Wiem, co tam znaj­dę.

Wiem, że nie będzie to: "El­lie, ko­cha­my to! Wcho­dzi do pla­nu na­tych­miast!".

A jed­nak otwie­ram po­wia­do­mie­nie...

Ruby. Bied­na asy­stent­ka mo­je­go wy­daw­cy, jed­na z dwóch ludz­kich istot w Rho­des Pu­bli­shing. Dru­ga to mój re­dak­tor, Ben, któ­re­go mogę chy­ba na­zy­wać moim naj­wi­ęk­szym fa­nem.

RUBY: Słon­ko, przy­kro mi. Pro­jekt zo­stał od­rzu­co­ny. Mam na­dzie­ję, że nie by­łaś da­le­ko z fa­bu­łą?

Za­my­kam oczy. Li­czę do trzech. Wdech. Wy­dech. Otwie­ram oczy. W mo­jej gło­wie po­ja­wia się pro­sty ko­mu­ni­kat: Oczy­wi­ście, wszyst­ko idzie do dupy.

Kli­kam da­lej.

RUBY: Stwier­dzi­li, że nie pa­su­je do no­we­go kie­run­ku. Gdy­bym mo­gła, wsa­dzi­ła­bym to do ka­len­da­rza wy­daw­ni­cze­go sama...

Tak, wiem... Tyl­ko wte­dy Jo­na­than Rho­des naj­pew­niej wy­lądo­wa­łby na da­chu z me­ga­fo­nem, wy­gła­sza­jąc dra­ma­tycz­ne prze­mó­wie­nie o stan­dar­dach ja­ko­ści.

Rho­des. Do­sta­ję aler­gii na samą wzmian­kę o nim. Men­tal­nie oczy­wi­ście. Czło­wiek, któ­ry mówi do mnie Eli­za­beth, mimo że nikt nor­mal­ny się tak do mnie nie zwra­ca. On za­pew­ne uwa­ża, że pe­łna for­ma brzmi bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie, ale moim zda­niem robi to spe­cjal­nie - żeby spraw­dzić, ile ner­wo­wych ti­ków je­stem w sta­nie wy­pro­du­ko­wać w mi­nu­tę.

Opie­ram się o krzy­wy stół i wy­pusz­czam gło­śno po­wie­trze. Jesz­cze trzy­dzie­ści dni.

Trzy­dzie­ści.

I będę wol­na.

To brzmi jak man­tra jo­gin­ki na Bali, tyl­ko ja sie­dzę na Bro­okly­nie, w miesz­ka­niu, któ­re wy­gląda, jak­bym wy­gra­ła je w kon­kur­sie na naj­wi­ęk­szą tra­ge­dię w ży­cio­ry­sie. Moje M1 jest tak krzy­we, że po­zio­mi­ca do­sta­ła­by de­pre­sji. Ale jest moje. I wła­śnie w nim do­wia­du­ję się o za­mor­do­wa­niu mo­je­go ko­lej­ne­go pro­jek­tu przez nową li­nię wi­ze­run­ko­wą.

Su­per.

Z fru­stra­cji ro­bię dra­ma­tycz­ny gest ręką. Taki, co w mo­jej wy­obra­źni wy­gląda jak ele­ganc­kie wha­te­ver, a w rze­czy­wi­sto­ści prze­wra­ca ku­bek z nie­do­pi­tą kawą.

Plot Twist - mój kot, cho­dzący ko­men­tarz ży­cia, pa­trzy na mnie z miną: Zno­wu? Se­rio?

- Wiesz co, ko­cie? - Pa­trzę na nie­go wy­mow­nie. - Jest szan­sa, że nie do­ży­ję ko­ńca tej umo­wy. I nie, nie dam ci ni­cze­go w spad­ku. Co naj­wy­żej dłu­gi z ka­wiar­ni, więc się za­sta­nów...

DING.

Oczy­wi­ście.

Prze­cież po jed­nej złej wia­do­mo­ści nie może za­pa­ść ci­sza - jesz­cze za­cznę mieć na­dzie­ję na lep­sze ju­tro.

Wszech­świat ma po­czu­cie hu­mo­ru.

RUBY: El­lie, Jo­na­than pro­si o krót­kie spo­tka­nie, za ty­dzień w po­nie­dzia­łek.

Och, cu­dow­nie. Pro­si... Spo­tka­nie z fa­ce­tem, któ­re­go nie­na­wi­dzę tak bar­dzo, że gdy­bym mo­gła wy­ma­zać go z ży­cia ko­rek­to­rem, zro­bi­ła­bym to bez mru­gni­ęcia. Pa­trzę na wia­do­mo­ść dłu­żej, niż po­win­nam, po czym od­kła­dam te­le­fon na stół ostro­żnie, bo gdy­by te­raz jesz­cze raz za­dzwo­nił, je­stem pew­na, że wy­sko­czy­ła­bym przez okno - miesz­kam na par­te­rze, więc efekt dra­ma­tycz­ny osi­ąga po­ziom zero.

Pod­su­mo­wu­jąc: po­wie­ść pi­sa­na przez ostat­nie pół roku od­rzu­co­na; Rho­des za­pra­sza mnie na prze­słu­cha­nie w przy­szły po­nie­dzia­łek; umo­wa ko­ńczy się za trzy­dzie­ści dni; po­nie­dzia­łek ssie; a mój kot uwa­ża, że prze­sa­dzam.

I jak­by tra­ge­dii było mało, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel Joel, je­dy­ny, zdol­ny ro­zu­mieć mój baj­zel ży­cio­wy, sie­dzi na­ście go­dzin da­lej, w Ja­po­nii.

Zwy­kle pi­sa­ła­bym do nie­go, żeby mnie po­cie­szył albo rzu­cił ży­cio­wą mądro­ścią w sty­lu: "roz­pla­nuj emo­cje jak ta­bel­kę w Exce­lu" czy "babo, po­praw ko­ro­nę, cyc do przo­du i wa­lić ich", ale on pew­nie wła­śnie śpi, je ra­men albo pró­bu­je wy­glądać cool w me­trze.

Moi ro­dzi­ce? Ha! Od­kąd wy­da­łam ksi­ążkę o fe­ty­szach, trak­tu­ją mnie jak czar­ną owcę rodu, któ­ra zbru­ka­ła ho­nor ro­dzi­ny i te­raz po­win­na miesz­kać w piw­ni­cy. Ksi­ądz był go­to­wy mnie eks­ko­mu­ni­ko­wać.

A moje kon­to ban­ko­we... Moje kon­to ban­ko­we ci­cho pła­cze. Za chwi­lę samo wy­śle mi po­wia­do­mie­nie: "El­lie, roz­waż, pro­szę sprze­da­nie ner­ki, za­nim umrę". Albo za­cznie że­brać na uli­cy, bo tak się nie da funk­cjo­no­wać.

Tak wy­gląda ży­cie be­st­sel­le­ro­wej au­tor­ki.

Gla­mo­ur pe­łną gębą.

A to nie wszyst­ko...

Rozdział 2

Japoński ramen

Wró­ci­łam do domu jak po­stać z cut­scen­ki po naj­dziw­niej­szej mi­sji po­bocz­nej w hi­sto­rii świa­ta. Su­kien­ka po­mi­ęta, wło­sy jak­by ktoś w nie dmu­chał wen­ty­la­to­rem, a mój mózg... sie­dział w kącie i trząsł się jak kró­lik po bu­rzy.

Drzwi za­mknęły się za mną, a ja do­słow­nie opa­dłam na ka­na­pę. Obok, na sto­li­ku - port­fel. A w nim - plik pie­ni­ędzy, któ­ry­mi Aiden za­pła­cił mi za dzi­siej­szy wie­czór. I wte­dy mnie ude­rzy­ło. To wszyst­ko wy­da­rzy­ło się se­rio. SE­RIO.

Zła­pa­łam za te­le­fon, drżącą ręką, bez my­śli, bez pla­nu. W ta­kich chwi­lach mózg El­lie ma tyl­ko jed­no usta­wie­nie:

ZA­DZWOŃ DO JO­ELA. NA­TYCH­MIAST.

Wy­stu­ka­łam nu­mer. Joel ode­brał po dwóch sy­gna­łach.

- Mmphph, co? - usły­sza­łam. A w tle... gwar. Jak­by był w cen­trum fe­sti­wa­lu. Nie żar­tu­ję. Ktoś krzy­czał coś po ja­po­ńsku, ktoś śmiał się jak w ani­me, a inni naj­wy­ra­źniej sma­ży­li coś, co brzmia­ło jak sku­mu­lo­wa­na wal­ka dzie­si­ęciu wo­ków.

- Joel?! - szep­nęłam dra­ma­tycz­nie. - Joel, bła­gam, od­bie­raj nor­mal­nie.

- Mam pe­łną bu­zię, ko­bie­to, daj mi se­kun­dę!

- Ty jesz?! - jęk­nęłam.

- A co mam ro­bić o pierw­szej po po­łud­niu? Ta­ńczyć? - Prze­żu­wał da­lej. - Ra­men­ku, mój naj­lep­szy przy­ja­cie­lu... Mmm... A co tam u mo­jej ulu­bio­nej pi­sar­ki? Cze­mu dy­szysz, jak­byś prze­bie­gła ma­ra­ton, a nie wró­ci­ła z... no wła­śnie, z cze­go ty wró­ci­łaś?

Ode­tchnęłam ci­ężko.

- Joel. Słu­chaj. Ja... ja chy­ba wła­śnie... upra­wia­łam seks no­sem!

Na­sta­ła ci­sza. Ci­sza, po któ­rej czło­wiek wie, że dru­ga oso­ba wła­śnie zro­bi­ła "stop-klat­kę ży­cia".

- ...ja, co pro­szę?

- NOS! - po­wtó­rzy­łam roz­pacz­li­wie. - MÓJ NOS! Zo­stał zgwa­łco­ny! Pa­mi­ętasz Aide­na? Tego z wiel­kim... no wiesz!

- El­lie, ka­żdy, kto cię zna, pa­mi­ęta Aide­na "z wiel­kim, no wiesz". To jest jego imię, na­zwi­sko i trze­cie imię w jed­nym. Swo­ją dro­gą my­ślę, że tro­chę prze­sa­dzasz i sam po­wi­nie­nem jako eks­pert...

- Joel! To było... to było... - Za­kry­łam twarz obie­ma ręka­mi. - To było jak sce­na z fil­mu, któ­re­go NIE po­zwo­li­li­by pu­ścić na­wet na Por­n­hu­bie.

Joel par­sk­nął śmie­chem tak gło­śno, że pra­wie się udła­wił ma­ka­ro­nem.

- A HA HA HA! Ty to jed­nak mało wi­dzia­łaś, ko­cha­na. Nie mów, że w ko­ńcu się uda­ło! Ten jego... mo­nu­ment do­tknął cze­goś wi­ęcej niż po­wie­trza?!

- Joel! - syk­nęłam. - Ja je­stem w trau­mie!

- Ko­cha­nie, to nie trau­ma, to PO­WO­ŁA­NIE - po­wie­dział tak se­rio, że aż mnie zmro­zi­ło. - Po co je­steś ko­bie­tą, żeby ko­rzy­stać z ży­cia! Je­steś kró­lo­wą i tak po­win­ni cię trak­to­wać. W ko­ńcu ci się tra­fi­ła sce­na tak spek­ta­ku­lar­na, że mu­sisz to wy­ko­rzy­stać w ja­kie­jś swo­jej ksi­ążce...

- Mhm, su­per. Zresz­tą, ksi­ążkę też mi zno­wu od­rzu­ci­li, ale to aku­rat nie jest pro­blem.

- El­lie... - stał się po­wa­żny. - Czy ja do­brze ro­zu­miem, że ty za­dzwo­ni­łaś do mnie, bo two­ja ślu­zów­ka no­so­wa wła­śnie do­sta­ła ży­cio­wy upgra­de?

- TAK! - wrza­snęłam. - I nie wiem, co mam z tym zro­bić!

- Na two­im miej­scu? - chrząk­nął, zno­wu ły­ka­jąc ra­men. - Ja bym to ZMO­NE­TY­ZO­WAŁ.

Za­ma­rłam. Ten to miał wy­czu­cie.

- Co?

- Ko­cha­nie... je­śli twój nos prze­żył coś, cze­go wi­ęk­szo­ść ko­biet na­wet nie wi­dzia­ła na oczy, to ty nie po­win­naś pi­sać ksi­ążek. Ty po­win­naś brać za to STAW­KĘ GO­DZI­NO­WĄ.

- Joel... - szep­nęłam, nie­pew­na. - Ty... ty se­rio my­ślisz...?

- El­lie, bła­gam cię. To ży­cie samo do cie­bie krzy­czy: ZMIE­NIASZ BRA­NŻĘ, GIRL. Po­wo­ła­nie cię wzy­wa. Two­je po­nie­dzia­łko­we cier­pie­nia były pre­lu­dium. To jest two­ja era "BDSM, ASMR i kon­tent pre­mium", sta­ra!

Sta­łam tam, w pó­łm­ro­ku mo­je­go bie­da-bro­okly­ńskie­go miesz­ka­nia, słu­cha­jąc przy­ja­cie­la, któ­ry żarł ra­men w Ja­po­nii i prze­wi­dy­wał moją przy­szło­ść jak wró­żka z noc­ne­go ka­na­łu ma­gii. I na­gle to za­częło mieć sens.

- Joel...? Może ty masz ra­cję.

- Ja? Oczy­wi­ście, że mam. Sko­ro ktoś tam u góry ma ja­kiś bo­ski plan, za­ak­cep­tuj to. Mój te­ra­peu­ta mówi, że du­cho­we prze­ży­cia nas bu­du­ją!

- To nie było du­cho­we! To było ANA­TO­MICZ­NIE po­dej­rza­ne!

Joel mla­skał da­lej.

- Do­bra, mów, ko­cha­na. Jak do­kład­nie ten nos...?

- NIE! - wrza­snęłam. - Nie po­wtó­rzę tego dru­gi raz!

- No szko­da, bo kel­ner już się przy­sia­dł i słu­cha.

- CO?!

I tu roz­mo­wa ze­szła na praw­dzi­we ży­cie.

***

Obu­dzi­łam się z ci­ężką gło­wą, koc le­żał na mnie, jak­by pró­bo­wał mnie ochro­nić od zła tego świa­ta, a ja mia­łam po­czu­cie, że moja du­sza kil­ka razy w nocy pro­si­ła o ewa­lu­ację - głów­nie w to­a­le­cie...

Wino było głu­pim po­my­słem. Roz­mo­wa z Jo­elem - jesz­cze głup­szym. Ale przy­naj­mniej nie by­łam sama w tym sza­le­ństwie. Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu. Ci­sza. Brak dra­ma­tów. Tyl­ko kac i świa­do­mo­ść, że mój port­fel prze­ży­je kil­ka dni, mak­sy­mal­nie ty­dzień wi­ęcej dzi­ęki wczo­raj­sze­mu, fi­nan­so­we­mu za­strzy­ko­wi. Po­tem za­cznie wy­sta­wiać anon­se: "Przy­gar­nę gro­sik na krom­kę chle­ba".

Usia­dłam, wzi­ęłam te­le­fon i za­częłam prze­glądać in­ter­net - z na­dzie­ją, że znaj­dę roz­wi­ąza­nie swo­je­go ży­cia mi­ędzy jed­nym śmiesz­nym me­mem a dru­gim.

Za­częło się nie­win­nie: stro­ny por­no, czy­sta dia­gno­sty­ka po wczo­raj, po­tem ogło­sze­nia to­wa­rzy­skie, a na ko­ńcu... moje zdro­wie psy­chicz­ne było już w sta­nie kry­tycz­nym. Czy­ta­łam i nie wie­rzy­łam. Lu­dzie po­tra­fią pła­cić za zgnia­ta­nie ba­lo­nów. Czym? Nie wiem, ale się do­my­ślam. Do tego spo­ży­wa­nie ogór­ków i in­nych fal­licz­nych pro­duk­tów spo­żyw­czych z nar­ra­cją jak w au­dio­bo­okach; wi­deo z czy­ta­nia pro­gno­zy po­go­dy w la­tek­so­wych ręka­wicz­kach... Było tego pe­łno! Oczy­wi­ście też ta­kie rze­czy, o któ­rych nie chcia­łam na­wet wie­dzieć, ale... kwo­ty, któ­re prze­czy­ta­łam, spra­wi­ły, że pra­wie wy­la­łam na sie­bie kawę. Na­wet mój bank by się ucie­szył. Może na­wet po­gra­tu­lo­wał oso­bi­ście. Bo mo­ni­ty li­stow­ne są już nie­mod­ne.

Zsu­nęłam się z ka­na­py, na­rzu­ci­łam kurt­kę i wy­szłam po je­dze­nie. Czło­wiek z ta­kim ka­cem po­trze­bu­je tyl­ko trzech rze­czy: tłu­ste­go żar­cia, ko­fe­iny i ci­szy. Dwa kro­ki da­lej ta ostat­nia uma­rła. Drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem.

Pani O'Ma­iley. Ko­cha­na sta­rusz­ka z na­prze­ciw­ka. Ener­gia pi­ęciu espres­so w jed­nym cie­le, ale i plot­ka­ra wszech cza­sów. Cho­dząca Wi­ki­pe­dia cu­dzych dra­ma­tów.

- El­lie, sło­necz­ko! - wy­da­rła się na cały blok.

- Dzień do­bry... - wy­jęcza­łam.

- No pa­trz­cie pa­ństwo, żyje! - ob­wie­ści­ła tak gło­śno, że echo od­po­wie­dzia­ło jej trzy razy. - My­śla­łam, że cię wczo­raj ja­kiś Ro­meo od­wie­dził, bo świa­tła u cie­bie zga­sły o... - Spoj­rza­ła na ze­ga­rek, któ­ry chy­ba nie dzia­łał od dwóch lat. - Nooo... o ja­kie­jś nie­nor­mal­nej go­dzi­nie!

- Było po pó­łno­cy, pani O'Ma­iley...

- Do­kład­nie! - prych­nęła. - Nor­mal­ni lu­dzie wte­dy za­czy­na­ją upra­wiać spor­ty eks­tre­mal­ne, a nie ga­szą świa­tło!

Nie by­łam go­to­wa na fi­lo­zo­fię ży­cio­wą o bzy­ka­niu, ale ona ci­ągnęła da­lej.

- I wi­dzisz, El­lie, ja się o cie­bie mar­twię. - Po­de­szła bli­żej, zaj­rza­ła mi w oczy jak le­karz pierw­sze­go kon­tak­tu, któ­ry ma za mało cza­su i za dużo ener­gii. - Wy­glądasz, jak­by cię ktoś prze­ci­ągnął po żwi­rze.

- Dzi­ęku­ję...?

- To kom­ple­ment, ko­cha­nie. Ja mam do­bre oko do zmęcze­nia. Mój Fred wy­gląda tak co­dzien­nie od pi­ęćdzie­si­ęciu lat.

Nie wie­dzia­łam, czy po­win­nam wspó­łczuć Fre­do­wi, czy po­gra­tu­lo­wać mu wy­trwa­ło­ści. Pani O'Ma­iley cmok­nęła i za­częła ma­chać ręką w moją stro­nę.

- I po­wiem ci jed­no... pach­niesz ka­cem. Ta­kim so­lid­nym. Kac przez duże K.

- Mia­łam... ci­ężką noc.

- Ooo, taką ci­ężką? - Unio­sła brwi, go­to­wa do plo­tek, teo­rii i in­ter­pre­ta­cji bi­blij­nych. - No da­waj! Co się wy­da­rzy­ło? Kto, co, gdzie? Żyję dra­ma­ta­mi mło­dych, bo wła­snych to już nie mam, a co!

- Pani O'Ma­iley... - jęk­nęłam. - Pro­szę... jesz­cze nie. Je­dze­nie. I kawa, dużo wi­ęcej kawy...

- Kawę mam! - Otwo­rzy­ła tor­bę jak ma­gik na sce­nie i wy­ci­ągnęła ter­mos wiel­ko­ści mini ra­kie­ty. - Pa­rzy­łam rano! Moc­na jak moje ma­łże­ństwo!

Po­da­ła mi ku­bek. Na­pi­łam się. Kawa sma­ko­wa­ła jak grom z ja­sne­go nie­ba, sa­dzon­ka pa­pro­ci i tro­chę WD-40... ale dzia­ła­ła.

- Dzi­ęku­ję - mruk­nęłam.

- No! Już le­piej wy­glądasz! - Kla­snęła w dło­nie. - Opo­wia­daj te­raz. Bo ja nie ru­szam po bu­łki, póki nie wiem, co się za­dzia­ło w two­jej mło­dej, nie­spo­koj­nej du­szy.

- Nic szcze­gól­ne­go...

- Ma­le­ńka. - Spoj­rza­ła na mnie po­wa­żnie. - Znam cię le­piej, niż znam sie­bie. Cho­ciaż sie­bie znam sła­bo, bo po sie­dem­dzie­si­ąt­ce pa­mi­ęć mi sia­dła, ale in­tu­icja nie. No już.

Spoj­rza­łam w bok, na jej pa­put­ki w stor­czy­ki. Jed­na skar­pet­ka była fio­le­to­wa, dru­ga w cho­in­ki. Na­wet moje ży­cie mia­ło wi­ęcej spój­no­ści.

- To... dłu­ga hi­sto­ria - wes­tchnęłam.

- Ko­cha­nie, ja mam czas. Fred śpi. Pies nie żyje od trzech lat, ale da­lej śpi w kącie. A sąsiad­ka z trze­cie­go pi­ętra wy­szła z domu, więc nie ma kto mnie wku­rzać. Mów.

- Nie. Se­rio. Naj­pierw mu­szę coś zje­ść.

Pani O'Ma­iley spoj­rza­ła na mnie, po­tem na moje dre­sy, i zno­wu na mnie.

- To cho­dź - po­wie­dzia­ła jak ge­ne­rał przed bi­twą. - Idzie­my po śnia­da­nie. Ale ostrze­gam: je­śli mi­ja­jąc ko­go­kol­wiek, zo­ba­czę smut­ne­go psa, kota albo mężczy­znę, to po­wiem im, że ty pi­szesz ksi­ążki ero­tycz­ne i masz ta­lent, o któ­rym świat po­wi­nien wie­dzieć!

- Pani O'Ma­iley! - jęk­nęłam.

- Co? - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Chcę, żeby lu­dzie wie­dzie­li, że mamy zna­ną pi­sar­kę w bu­dyn­ku. A to nic, że nie czy­ta­łam, pro­mo­wać będę i ko­niec!

Wzi­ęła mnie pod ra­mię jak wła­sną wnucz­kę, któ­ra wła­śnie po­trze­bu­je te­ra­pii, śnia­da­nia i mo­dli­twy. Wy­szły­śmy ra­zem na klat­kę scho­do­wą. Po­mi­mo bólu gło­wy i mie­szan­ki wsty­du po wczo­raj­szej roz­mo­wie, po­czu­łam coś nie­spo­dzie­wa­ne­go - sym­pa­tię. Taką szcze­rą. Bo pani O'Ma­iley była do­kład­nie tym, cze­go mój ka­co­wy po­nie­dzia­łek po­trze­bo­wał. Och. Prze­pra­szam. Mój ka­co­wy wto­rek.

Rozdział 3

Ogłoszenie

Resz­ta wtor­ku... cóż. Mo­gła­bym po­wie­dzieć, że prze­ży­łam go god­nie, doj­rza­le i pro­duk­tyw­nie, ale kłam­stwo ma krót­kie nogi, a ja mam za duże su­mie­nie, żeby tak bez­czel­nie kła­mać. Praw­da jest taka, że po po­wro­cie od pani O'Ma­iley skle­iłam się z ka­na­pą jak ta­nia na­klej­ka z au­to­ma­tu.

Le­ża­łam. Od­dy­cha­łam. Uma­rłam trzy razy. I wró­ci­łam do ży­cia tyl­ko po to, żeby zno­wu umrzeć - tym ra­zem z nu­dów i eg­zy­sten­cjal­ne­go prze­grza­nia. Ta­śmo­wo prze­cho­dzi­łam przez wszyst­kie eta­py kry­zy­su:

Może zmie­nię bra­nżę?

Może wy­ja­dę w góry i zo­sta­nę pa­ster­ką?

Może jed­nak wró­cę do Aide­na i zo­sta­nę utrzy­man­ką?

Nie, El­lie, nie je­steś aż tak zde­spe­ro­wa­na.

A może je­steś?

A po­tem - kla­syk. Te­le­fon i scrol­lo­wa­nie. Za­częłam od me­mów, sko­ńczy­łam na fo­rach, któ­re po­win­ny mieć cer­ty­fi­kat: "Uwa­ga, tego nie cof­niesz ze swo­jej gło­wy". Z ka­żdą chwi­lą my­śla­łam co­raz bar­dziej o tym, że lu­dzie pła­cą za rze­czy, któ­re ja ro­bię przy­pad­kiem, np. na­dep­ty­wa­nie cze­goś w kuch­ni. Gdzieś mi­ędzy jed­nym wes­tchnie­niem a dru­gim ude­rzy­ła mnie myśl tak nie­spo­dzie­wa­na, że od­ru­cho­wo spoj­rza­łam na su­fit, jak­bym mia­ła z kimś ją skon­sul­to­wać: Sko­ro świat jest tak sza­lo­ny... to cze­mu ja mam w nim być je­dy­ną nor­mal­ną? A po­tem przy­szła ko­lej­na: Co mi niby zro­bi los, je­śli spró­bu­ję? W tej se­kun­dzie po­czu­łam w so­bie coś w ro­dza­ju im­pul­su, mie­szan­ki ad­re­na­li­ny i de­spe­rac­kiej twór­czo­ści. Ta­kiej, któ­ra po­ja­wia się tyl­ko wte­dy, kie­dy czło­wiek do­ty­ka dna, ale dno oka­zu­je się spręży­ną.

- Do­bra - po­wie­dzia­łam sama do sie­bie. - Zrób­my to.

I za­bra­łam się za pi­sa­nie ogło­sze­nia. Ero­tycz­ne­go. Chy­ba? Przez chwi­lę sie­dzia­łam z tym otwar­tym no­tat­ni­kiem jak sie­ro­ta emo­cjo­nal­na, któ­ra sama nie wie, czy pi­sze ogło­sze­nie za­wo­do­we, czy za­pro­sze­nie na wła­sny po­grzeb. Ero­tycz­ne? Fe­ty­szo­we? Ar­ty­stycz­ne? Ża­ło­sne? Sama nie wie­dzia­łam.

Mój mózg pro­du­ko­wał po­my­sły jak po­pa­rzo­na fa­bry­ka.

"Zmy­sło­we fil­my na za­mó­wie­nie" - za grzecz­ne.

"Spe­łnię Two­ją fan­ta­zję, na­wet je­śli sama jej nie ro­zu­miem" - za szcze­re.

"Ano­ni­mo­we na­gra­nia, nie­ty­po­we sce­na­riu­sze, bez oce­nia­nia" - zbyt psy­cho­lo­gicz­ne.

Skre­śli­łam wszyst­ko i pod­pa­rłam bro­dę ręką. El­lie, czy ty na­praw­dę wła­śnie przy­go­to­wu­jesz się do pra­cy po­le­ga­jącej na ro­bie­niu... cze­goś... cze­go sama nie je­steś pew­na? Ka­na­pa nie od­po­wie­dzia­ła. Ka­na­pa mia­ła mnie dość. Wes­tchnęłam i za­częłam pi­sać coś bar­dziej... "mo­je­go".

Tak, jak­bym two­rzy­ła opis do ksi­ążki, tyl­ko za­miast bo­ha­ter­ki ero­tycz­ne­go thril­le­ra - bo­ha­ter­ką by­łam ja. Na żywo. Bez fa­bu­ły. Bez bu­dże­tu. Do­słow­nie. Pal­ce za­częły same pły­nąć po kla­wia­tu­rze:

"Na­gry­wam fil­my we­dług two­ich po­trzeb. Masz nie­ty­po­wą fan­ta­zję, ale bo­isz się ją ko­mu­kol­wiek po­wie­dzieć? Spo­koj­nie - mnie nic nie zdzi­wi. A przy­naj­mniej nic już nie po­win­no".

Spoj­rza­łam na to. I do­da­łam:

"Dys­kre­cja, ano­ni­mo­wo­ść i odro­bi­na ar­ty­zmu. Je­śli Two­ja wy­obra­źnia od­bie­ga od nor­my - je­steś w domu".

Pa­trzy­łam na tekst przez chwi­lę, kręcąc gło­wą. To brzmi tak, jak­bym pro­wa­dzi­ła ga­bi­net psy­cho­lo­gii sek­su­al­nej w tan­det­nej części Bro­okly­nu...

Do­da­łam więc jesz­cze jed­no zda­nie, już ty­po­wo moje, to­tal­nie szcze­re:

"Nie wiem, do­kąd zmie­rza moje ży­cie, ale je­śli mogę po­móc ci z Two­im - pisz".

Okej, to było od­wa­żne i kre­atyw­ne. No i bar­dzo głu­pie, prze­cież w in­ter­ne­cie nic nie gi­nie. Do tego dziw­ne. Do­kład­nie jak­bym opi­sa­ła swo­je ist­nie­nie. Wy­stu­ka­łam świe­żo za­ło­żo­ny mail, we­dług ha­ker­skich pa­ten­tów po­zna­nych dzi­ęki cza­to­wi GPT.

el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.com

Po­pa­trzy­łam na ca­ło­ść. Nie wy­gląda­ło to ani pro­fe­sjo­nal­nie, ani ero­tycz­nie. To krzy­cza­ło z da­le­ka: ELI­ZA­BETH, źle po­stępu­jesz, dziew­czy­no.

Wzi­ęłam głębo­ki od­dech, po­czu­łam, jak w mo­jej czasz­ce dzwo­ni reszt­ka kaca i na­ci­snęłam: OPU­BLI­KUJ.

- No do­bra. Jesz­cze zdjęcie.

Opa­rłam się o opar­cie ka­na­py. Chwi­lę pó­źniej zna­la­złam w swo­im ukry­tym fol­de­rze ja­kieś sta­re soft por­no wy­sła­ne Aide­no­wi na po­cząt­ku zna­jo­mo­ści.

El­lie, two­je ży­cie wła­śnie skręci­ło w stro­nę au­to­stra­dy "nie mam po­jęcia, co ro­bię".

I, co gor­sza, po­czu­łam w so­bie coś jesz­cze: eks­cy­ta­cję. Taką ma­lut­ką, wsty­dli­wą, ero­tycz­ną nut­kę na myśl, że ktoś tam, po dru­giej stro­nie in­ter­ne­tu, być może wy­obra­zi so­bie... mnie.

Pa­trzy­łam jesz­cze chwi­lę na to ogło­sze­nie, na ten mail i na wła­sne od­bi­cie w ekra­nie.

- Gra­tu­la­cje, El­lie - po­wie­dzia­łam pó­łgło­sem. - Ofi­cjal­nie zro­bi­łaś pierw­szy krok, żeby two­ja mama mo­gła kie­dyś po­wie­dzieć: "Moja cór­ka pra­cu­je w bra­nży fil­mo­wej" i na­wet nie skła­mać.

Prze­ta­rłam twarz dło­ńmi.

A je­śli ju­tro nikt nie na­pi­sze, to naj­wy­żej zo­sta­nę... nie wiem. Te­ster­ką ko­łder? In­struk­tor­ką od­de­chu? Do­rad­cą do spraw żali i pier­dół? Albo za­ko­pię się w ogród­ku pani O'Ma­iley i nikt mnie nie znaj­dzie...

Mój kot tyl­ko mruk­nął z fo­te­la, jak­by chciał po­wie­dzieć: "Za­cznij od umy­cia wło­sów".

- Za­mknij się, Plot Twist - syk­nęłam. - Ty na­wet kupy nie za­sy­pu­jesz wła­ści­wie, a ja mam tu do pod­jęcia po­wa­żne de­cy­zje ży­cio­we.

Za­wi­nęłam się w koc i po­my­śla­łam, że je­śli moje ogło­sze­nie prze­czy­ta ja­kiś psy­cho­log, to pew­nie uzna, że po­trze­bu­ję te­ra­pii. Albo eg­zor­cy­sty. W ka­żdym ra­zie - tak za­ko­ńczy­łam wto­rek. Z ka­cem, wsty­dem, no­wym ma­ilem i je­dy­ną my­ślą: "Jak świat nie da mi szan­sy, to sama ją so­bie stwo­rzę". I wte­dy za­snęłam. Jak kró­lo­wa głu­pich po­my­słów. Z dumą.

Obu­dził mnie dźwi­ęk po­wia­do­mie­nia. Taki, któ­re­go nie­na­wi­dzę naj­bar­dziej. Taki, któ­ry ko­ja­rzy mi się tyl­ko z od­rzu­ce­niem, po­praw­ka­mi i "Eli­za­beth, mu­si­my po­roz­ma­wiać". Wy­ci­ągnęłam rękę po te­le­fon jak zom­bie po mó­zgi.

- Ruby... nie dziś - wy­mam­ro­ta­łam.

Klik­nęłam po­wia­do­mie­nie. Za­ma­rłam. To nie Ruby. Nie Jo­na­than. Nie wy­daw­nic­two. To był... nowy mail. Na nowy ad­res. Na ten, któ­ry za­ło­ży­łam kil­ka go­dzin wcze­śniej, jako żart, eks­pe­ry­ment i de­spe­ra­cję w jed­nym. Otwo­rzy­łam. Czy­ta­łam... I po­wo­li za­częłam otwie­rać oczy co­raz sze­rzej.

Od: fan.owo­cow@mail.comDo: el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.comDzień do­bry,po­trze­bu­ję fil­mu na ju­tro wie­czo­rem.Chcia­łbym, aby Pani go­ły­mi sto­pa­mi ugnia­ta­ła doj­rza­łe ba­na­ny, po­mi­do­ry i ar­bu­za.Z lek­kim jękiem.Pro­szę o za­an­ga­żo­wa­nie i do­kład­no­ść.Jaką kwo­tę Pani pro­po­nu­je?

Za­trzy­ma­łam się. Prze­wi­nęłam do góry. Prze­wi­nęłam do dołu.

- CO. DO. CHO­LE­RY.

Usia­dłam na łó­żku jak po eg­zor­cy­zmach. Ktoś na­praw­dę mi to na­pi­sał. I co gor­sza - ktoś na­praw­dę my­ślał, że ja wiem, jak "z za­an­ga­żo­wa­niem" ugnia­ta się po­mi­do­ra sto­pą. Zła­pa­łam się za gło­wę i par­sk­nęłam śmie­chem: No nie, El­lie... no nie mów, że to się wła­śnie dzie­je. Że to two­je ży­cie. Że... ba­na­ny?! Prze­szłam od szo­ku do śmie­chu, od śmie­chu do stra­chu, od stra­chu do... cie­ka­wo­ści. Naj­bar­dziej de­struk­cyj­nej ce­chy, jaką po­sia­dam.

Otwo­rzy­łam prze­glądar­kę. Wpi­sa­łam: "cru­shing fe­tish pri­ce list". To, co zo­ba­czy­łam... Gdy­bym mia­ła pe­ru­kę, spa­dła­by mi z gło­wy. Lu­dzie pła­ci­li tyle, ile moje wy­daw­nic­two NIE za­pła­ci­ło mi od pół roku. Przez mi­nu­tę sie­dzia­łam z usta­mi otwar­ty­mi jak okno w prze­ci­ągu.

Nie wie­rzę... Na­praw­dę są tacy bo­ga­ci sza­le­ńcy... I JA... mogę być ich do­staw­cą ba­na­no­wych emo­cji?

Za­mknęłam kciu­ki na kla­wia­tu­rze i od­pi­sa­łam:

Od: el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.com Do: fan.owo­cow@mail.com100$

Po mi­nu­cie mia­łam od­po­wie­dź:

Od: fan.owo­cow@mail.com Do: el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.comPo­twier­dzam. Cze­kam ju­tro wie­czo­rem. Prze­lew po otrzy­ma­niu na­gra­nia.

Wpa­try­wa­łam się w te­le­fon i je­dy­ne, co przy­szło mi do gło­wy, to: No świet­nie... El­lie, do­sta­łaś wła­śnie pierw­sze za­mó­wie­nie na pro­fe­sjo­nal­ne zgnia­ta­nie owo­ców sto­pa­mi. Po­czu­łam dziw­ny dreszcz. Nie był to strach czy wstyd. To była... eks­cy­ta­cja.

- No do­bra... - Uśmiech­nęłam się do sie­bie. - Chy­ba mu­szę pó­jść na za­ku­py. Spo­żyw­cze.

Rozdział 1

Sugar daddy?

Ten dzień był już na eta­pie, w któ­rym je­dy­ne, co mo­gło go ura­to­wać, to cud. Albo ko­la­cja. A naj­le­piej jed­no i dru­gie, po­nad­to z dużą ilo­ścią al­ko­ho­lu. Więc kie­dy Aiden (mój cza­sem-się-spo­ty­ka­my-ale-ni­ko­mu-się-do-tego-nie-przy­zna­je­my) na­pi­sał:

AIDEN: Może wy­sko­czy­my na coś do­bre­go?

Spoj­rza­łam na te­le­fon jak na ob­ja­wie­nie.

Aiden był... cóż. Miły. Wy­so­ki. Ele­ganc­ki. I miał pro­blem, któ­ry brzmiał jak wy­mów­ka z por­no­blo­ga. Po­dob­no miał tak... prze­ro­śni­ętą ło­pa­tę, że bał się nią ogar­niać ogró­dek. Za ka­żdym ra­zem, gdy o tym mó­wił, mia­łam ocho­tę wręczyć mu me­dal za pa­ra­doks roku.

Ale był miły i za­wsze pła­cił ra­chu­nek. W dzi­siej­szym sta­nie emo­cjo­nal­no-fi­nan­so­wym to brzmia­ło jak luk­sus.

EL­LIE: Okej. Za go­dzi­nę?

Po­nie­dzia­łek ura­to­wa­ny. Przy­naj­mniej pół.

***

Sta­nęłam przed lu­strem i do­szłam tyl­ko do jed­ne­go wnio­sku: Je­śli dziś mam umrzeć z za­że­no­wa­nia, to przy­naj­mniej wy­glądaj­my przy­zwo­icie.

Zaj­rza­łam do ła­zien­ki, otwo­rzy­łam szu­fla­dę i zo­ba­czy­łam swo­ją ma­szyn­kę do go­le­nia, któ­ra wy­gląda­ła, jak­by pa­mi­ęta­ła cza­sy mo­jej ma­tu­ry.

- Oho - mruk­nęłam do niej. - Wi­taj, prze­pra­szam, że tak daw­no się nie od­zy­wa­łam. Go­to­wa na jesz­cze jed­no za­da­nie?

Włączy­łam ją i... Od­pa­li­ła jak trak­tor po zi­mie z lek­kim pro­te­stem, ale jed­nak.

Po­my­śla­łam, że ogo­lę tyl­ko łyd­ki, bo su­kien­ka si­ęga mi do ko­lan. Ale po­tem mój mózg zro­bił to, cze­go nie po­wi­nien ro­bić w po­nie­dzia­łek:

A jak ten wie­czór sko­ńczy się ina­czej niż za­wsze...?

No i już było po mnie. Za­miast szyb­kiej ak­cji "łyd­ka i git", wy­lądo­wa­łam pod prysz­ni­cem ro­bi­ąc pe­łną wer­sję de­lu­xe, łącz­nie z no­ga­mi, bi­ki­ni, pa­cha­mi i wszyst­kim, co mo­gło po­ten­cjal­nie uj­rzeć świa­tło dzien­ne.

Z wra­że­nia sama sie­bie za­py­ta­łam:

- El­lie, dla kogo ty się tak sta­rasz?

Od­po­wie­dź przy­szła szyb­ciej niż chcia­łam:

Dla swo­je­go wła­sne­go po­czu­cia, że jesz­cze coś mi wy­cho­dzi.

Po kąpie­li wy­su­szy­łam wło­sy, uło­ży­łam je i zro­bi­łam ma­ki­jaż tak, jak­by świat miał mnie dzi­siaj oce­niać na czer­wo­nym dy­wa­nie, a nie w re­stau­ra­cji przy ho­te­lo­wym lob­by. A po­tem, ja­ki­mś cu­dem, zna­la­złam kom­plet bie­li­zny, któ­ry był górą i do­łem w tym sa­mym ko­lo­rze.

To już było scien­ce fic­tion. Nie mia­łam po­jęcia, skąd to się wzi­ęło ani kie­dy to ku­pi­łam, ale uzna­łam, że wszech­świat cza­sem jed­nak lubi zro­bić mi nie­spo­dzian­kę. By­łam czy­sta, pach­nąca, w ład­nych majt­kach. Na­rzu­ci­łam naj­sek­sow­niej­szą su­kien­kę, jaką mia­łam.

- No pro­szę, że też mu­sia­łam do­żyć trzy­dziest­ki, żeby zo­ba­czyć, jak wy­glądam w tej wer­sji.

I do­pie­ro wte­dy wy­szłam z domu. A kot? On za­wsze gar­dził rze­czy­wi­sto­ścią wo­kół mnie.

Pach­nąca, z wło­sa­mi z re­kla­my "Po­nie­waż je­steś tego war­ta...", ru­szy­łam w kie­run­ku re­stau­ra­cji koło mo­je­go miesz­ka­nia. Może ten dzień jest tra­gicz­ny, ale ja wy­glądam, jak­bym mia­ła nad tym kon­tro­lę.

Złu­dze­nie, ale za­wsze coś.

Aiden stał pod knaj­pą, jak zwy­kle za bar­dzo wy­pro­sto­wa­ny - jak­by po­łk­nął kij od szczot­ki i za­czął z nim żyć w sym­bio­zie. Miał cha­rak­te­ry­stycz­ną ele­gan­cję fa­ce­ta, któ­ry zna ceny win z gór­nej pó­łki i po­tra­fi po­praw­nie wy­mó­wić "pro­sciut­to", nie pró­bu­jąc na­wet uda­wać Wło­cha.

- Wow - po­wie­dział na mój wi­dok. - Wy­glądasz... ina­czej! Nie­sa­mo­wi­cie.

Tak, wiem. Trzy­dzie­ści mi­nut pod prysz­ni­cem i trau­ma przy szu­ka­niu ciu­chów zro­bi­ły swo­je.

- Dzi­ęki. - Uśmiech­nęłam się.

On jed­nak nie ru­szył w stro­nę drzwi re­stau­ra­cji, tyl­ko wska­zał auto.

- Po­my­śla­łem, że za­bio­rę cię w ład­niej­sze miej­sce. Dzi­siaj za­słu­gu­jesz na coś wy­jąt­ko­we­go.

Wy­jąt­ko­we­go? Nie wy­trzy­mam... Mój ele­ment awa­ryj­ny ży­cia ma awa­rię ukła­du ana­li­zu­jące­go i ZA­ŁO­ŻYŁ, iż je­ste­śmy w zwi­ąz­ku?! Ten dzień na­praw­dę sta­ra się mnie do­bić.

Ale po­szłam do sa­mo­cho­du, bo mój mózg był już w try­bie "a cze­mu nie", a nogi, gład­kie jak ma­rze­nie, nie mo­gły się zmar­no­wać. Wszech­świat coś kom­bi­nu­je. Ale ja się mu, kur­de, nie dam.

Re­stau­ra­cja była w jed­nym z dro­ższych ho­te­li, zbyt dro­gich na zwy­kłe spo­tka­nie. Prze­czu­wa­łam, że bar­dzo się mylę co do cha­rak­te­ru na­szej rand­ki. Miej­sce pach­nia­ło pie­ni­ędz­mi, du­szący­mi per­fu­ma­mi go­ści i je­dze­niem, któ­re z da­le­ka krzy­czy: "A co to bie­da?".

Aiden od po­cząt­ku był inny, lecz dzi­siaj prze­cho­dził sa­me­go sie­bie. Mniej spi­ęty, a bar­dziej... en­tu­zja­stycz­ny? Nie po­wiem na­pa­lo­ny, bo to by brzmia­ło jak opis wat­t­pa­do­wej hi­sto­ryj­ki dla na­sto­lat­ków. On był ra­czej nad­mier­nie pew­ny sie­bie. Aż do gra­nic mo­je­go nie­po­ko­ju.

- El­lie, no spójrz na sie­bie - za­czął, kie­dy kel­ner od­sze­dł. - Ty na­praw­dę nie wiesz, jaka je­steś pi­ęk­na.

Za­krztu­si­łam się wi­nem.

Ja?

Pi­ęk­na?

W po­nie­dzia­łek?!

Co tu się od­wa­la?

Okej, al­ko­hol zro­bił swo­je. Mam oma­my.

Po dwóch ko­lej­nych kie­lisz­kach i ob­fi­tych kom­ple­men­tach jego ręka zna­la­zła się na moim udzie. Po ko­lej­nym - znacz­nie wy­żej. A gdy już świat wi­ro­wał, mia­łam wra­że­nie, że jego pal­ce uczest­ni­czą w trze­ciej ba­zie, a prze­cież dla nie­go seks nie wcho­dził w grę.

Może dzi­siaj wszyst­ko sko­ńczy się ina­czej niż za­wsze?

Był nie­ustępli­wy, w pe­łni sku­pio­ny na mnie i bli­sko­ści. Za­cho­wy­wał się jak ktoś, kto ma plan na ten wie­czór. A że on NI­G­DY nie ma pla­nu na nic, to za­czy­na­ło się ro­bić po­dej­rza­nie.

- E... - wy­szep­tał, po­chy­la­jąc się tak bli­sko, że po­czu­łam, co chwi­lę temu sko­ńczył prze­żu­wać. - Cho­dźmy na górę.

NA GÓRĘ?

Tak po­wie­dział.

Bez pod­tek­stu. Sub­tel­no­ści.

Czy ja gram w ja­kie­jś te­le­no­we­li?

- Na górę? Gdzie?

- Wy­na­jąłem nam apar­ta­ment - stwier­dził dum­ny, jak­by do­stał No­bla, a nie klucz z re­cep­cji.

***

Po­kój był ład­ny. Za ład­ny na fa­ce­ta, któ­ry zwy­kle uda­je, że nie wi­dzi, jak bar­dzo ole­wam przy­go­to­wa­nia do spo­tka­nia z nim. On to wszyst­ko za­pla­no­wał... Czy jego strach przed wła­snym wac­kiem prze­stał go pa­ra­li­żo­wać?

Za­le­d­wie za­mknęli­śmy drzwi, za­czął mnie na­mi­ęt­nie ca­ło­wać. Bez zwy­cza­jo­we­go: mogę?

Nie. Dzi­siej­szy Aiden był czło­wie­kiem czy­nu. Ahoj, że­gla­rzu! Ru­szaj­my!

Jego dło­nie były pew­ne, a język miło mnie za­sko­czył. To ca­ło­wa­nie po­win­no zo­stać na­kręco­ne jako zwia­stun do­bre­go fil­mu na Net­fli­xie.

Su­kien­ka spa­dła pierw­sza. Jego ko­szu­la wy­lądo­wa­ła zgrab­nie na fo­te­lu. Czy mo­ich rze­czy nie po­wi­nien sza­no­wać rów­nie moc­no jak swo­ich? A w du­pie z tym! Sto­jąc w sa­mej bie­li­źnie, czu­łam się cu­dow­nie. I wte­dy to zo­ba­czy­łam. Nie cho­dzi o to, że spoj­rza­łam, bo chcia­łam. To było na­tu­ral­ne. Lu­dzie mają oczy, rze­czy się od­su­wa­ją, czło­wiek pa­trzy... I wi­dzi.

On nie kła­mał.

Jego duży... pro­blem... no...

Uśmiech­nęłam się. Nie sar­ka­stycz­nie, ra­czej w sty­lu: To two­ja na­gro­da El­lie, bierz i ciesz się z tego.

On jed­nak źle to od­czy­tał. Od razu się spi­ął - klat­ka na­pi­ęta, twarz w pa­ni­ce.

Mu­sia­łam wkro­czyć, na­tych­miast, by go uspo­ko­ić. Przy­ci­ągnęłam go do sie­bie i po­ca­ło­wa­łam. Cie­pło, z taką mi­ęk­ko­ścią, by zro­zu­miał, że wszyst­ko jest okej. Niech wy­łączy my­śli i po pro­stu tu będzie. Za­dzia­ła­ło, zno­wu od­dy­chał nor­mal­nie, a kie­dy prze­stał ana­li­zo­wać swo­je cia­ło jak pro­jekt ba­daw­czy, prze­szli­śmy da­lej. W gra­ni­cach ele­gan­cji i fa­bu­lar­no­ści.

Sce­na jed­nak szyb­ko na­bra­ła tem­pa. Nie trze­ba było włączać ogrze­wa­nia, bo che­mia mi­ędzy nami zro­bi­ła swo­je. Za­częłam kom­bi­no­wać, de­li­kat­nie, sub­tel­nie, jak kot ob­cho­dzący nowy kar­ton. Może on też chce iść krok da­lej? Te­sto­wa­łam więc nowe te­ry­to­rium. Tak niby przy­pad­kiem. Nie­win­nie. Ro­bi­łam ma­po­wa­nie stra­te­gicz­nie jak ge­ne­rał przed bi­twą.

A on się nie bun­to­wał.

Ani tro­chę.

Mało tego! Wy­glądał na za­do­wo­lo­ne­go. To wszyst­ko było miłe. Nie chcia­łam już dłu­żej ana­li­zo­wać, da­łam wy­ra­źny sy­gnał: Hej! Je­stem go­to­wa jak fryt­ki w pie­kar­ni­ku, bierz mnie.

- Nie. El­lie, nie... ja mó­wi­łem, że tego nie ro­bię. Żad­ne­go... żad­ne­go tego. Nie chcę się bzy­kać. - Wy­mow­nie mach­nął ręką w dół, jak­by jego cia­ło było od­ręb­ną in­stan­cją do zgła­sza­nia skarg.

At­mos­fe­ra sia­dła jak ba­lon po na­ro­dzi­nach dziec­ka.

Zro­bi­ło się nie­zręcz­nie. On ze­stre­so­wa­ny, ja za­wie­dzio­na. Po­nie­dzia­łek wje­chał na pe­łnej... Zro­bi­łam to, co ka­żda ra­cjo­nal­na, za­kom­plek­sio­na, ła­pi­ąca się brzy­twy ko­bie­ta, zro­bi­ła­by w ta­kiej sy­tu­acji:

- Mam ge­nial­ny po­my­sł.

Ge­niusz - to było sło­wo tro­chę na wy­rost, ale nie mia­łam lep­sze­go pod ręką. Za­ci­ągnęłam go bli­żej łó­żka, sama się po­ło­ży­łam. Od­chy­li­łam gło­wę do tyłu, tak, że wy­gląda­łam jak za­wod­nicz­ka w mi­strzo­stwach świa­ta pa­trze­nia w su­fit pod sko­sem. Mia­łam na­dzie­ję, że resz­ta mo­je­go cia­ła pre­zen­tu­je się do­brze w tej po­zy­cji. A po­tem za­su­ge­ro­wa­łam mu roz­wi­ąza­nie... al­ter­na­tyw­nie gar­dło­we. I, ku mo­je­mu zdu­mie­niu, zgo­dził się. Po­cząt­ko­wo był bar­dzo de­li­kat­ny, jak ktoś, kto do­ty­ka krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków bab­ci i wie, że do­sta­nie szma­tą przez łeb, jak coś zbi­je. Z ka­żdą se­kun­dą co­raz bar­dziej od­la­ty­wał, co­raz mniej ana­li­zo­wał, aż na­gle... Zro­bił coś, cze­go jego umy­sł praw­do­po­dob­nie ni­g­dy wcze­śniej nie zro­bił - prze­stał my­śleć. Wsze­dł w tryb: jest mi do­brze i nic wi­ęcej nie ist­nie­je. I su­per. Cho­ciaż on wy­bor­nie się ba­wił. I w tej se­kun­dzie, gdy ab­so­lut­nie za­tra­cił się w chwi­li, na­stąpi­ło coś, cze­go nikt z nas nie prze­wi­dział. Przy­naj­mniej nie tak szyb­ko.

NA­GŁY I NIE­SPO­DZIE­WA­NY MO­KRY FI­NAŁ. Z przy­tu­pem.

A ja po­czu­łam, że coś... coś, co ni­g­dy nie po­win­no się zna­le­źć tam, gdzie te­raz było, prze­dzie­ra się na­gle inną dro­gą, niż ksi­ążko­wo prze­wi­dzia­no na za­jęciach z edu­ka­cji sek­su­al­nej.

Przez NOS. PRZEZ. NOS!

Wy­da­łam od­głos przy­po­mi­na­jący kich­ni­ęcie po­łączo­ne z krzy­kiem i dźwi­ękiem dła­wie­nia się po­pcor­nem. On za­ma­rł. Chy­ba my­ślał, że zro­bił mi krzyw­dę. Sło­dziak. Po­pa­trzył na mnie. Na mój nos i na sie­bie. Wte­dy za­częło się to, cze­go zu­pe­łnie się nie spo­dzie­wa­łam.

- O Boże, O BOŻE, EL­LIE?! NIE, NIE, NIE! TO NIE MIA­ŁO TAM BYĆ! - No ra­cja, nie mia­ło, ale żyję, mam się do­brze, będzie­my się z tego śmiać, jak już ode­tkam nos. Skąd ta pa­ni­ka? - O MÓJ BOŻE, TO WY­SZŁO? JA... JA NIE MOGĘ! FU!

- Cze­go ty nie mo­żesz? Dasz mi chu­s­tecz­kę? Mu­szę wy­dmu­chać nos...

- FU! FU!! NIE DO­TY­KAJ MNIE!

- Słu­cham? Co ci jest? To tyl­ko sper­ma. Two­ja zresz­tą, więc...

Nie zdąży­łam jed­nak do­ko­ńczyć, bo mój #mężczy­zna­no­cy wła­śnie za­czął hi­per­wen­ty­lo­wać.

- NIE DO­TY­KAJ TEGO! TO JEST... TO JEST... BOŻE, JA TU, KUR­WA, UMRĘ.

A ja, pró­bu­jąc zła­pać od­dech, par­sk­nęłam śmie­chem tak hi­ste­rycz­nym, że pra­wie spa­dłam z łó­żka.

- Ci­cho bądź - wy­krztu­si­łam. - To mój nos, nie mu­sisz go tak dra­ma­tycz­nie prze­ży­wać! Nic mu nie będzie...

- EL­LIE, JA TEGO NIE DO­TKNĘ! NI­G­DY! JAK TO WY­LA­ZŁO?! JA ZA­WSZE TO KON­TRO­LU­JĘ! ALE... EL­LIE?! NO­SEM? CO Z TOBĄ NIE TAK?

- Tak, Sher­loc­ku. No­sem. Za­ska­ku­jące, wiem. Skon­tak­tu­ję się z le­ka­rzem. Prze­suń się, chcę iść do ła­zien­ki, zej­dź mi z dro­gi, Aiden. - Pró­bo­wa­łam się ogar­nąć, ale z nosa wci­ąż mi ka­pa­ło, więc wy­gląda­łam jak naj­gor­sza wer­sja świ­ątecz­ne­go re­ni­fe­ra. - Bła­gam cię, nie rób mi tu wio­chy... - za­częłam, ale on kon­ty­nu­ował:

- EL­LIE, NO­SEM? PRZEZ NOS?! JAK TO WY­SZŁO PRZEZ NOS?

- Może i ogar­niasz te swo­je fu­zje i inne gów­na, ale z fi­zy­ki chy­ba mia­łeś pałę, mój dro­gi. Ci­śnie­nie. Wiesz, jak dzia­ła? Jak ktoś mi wsa­dza ga­śni­cę do buzi, to niech się nie dzi­wi, że po­tem pia­na mi wy­la­tu­je ka­żdym otwo­rem!

Padł na łó­żko, dra­ma­tycz­nie jak ofia­ra w te­le­no­we­li.

- El­lie, ja tego nie do­tknę. Ni­g­dy. Bła­gam cię, wy­trzyj to. Za­pła­cę ci.

- Słu­cham?

- Wy­trzyj to ze mnie! To jest ohyd­ne, mu­sisz mi po­móc!

- Ty mnie wkręcasz, tak? Brzy­dzisz się wła­snej sper­my? - Przy­si­ęgam, wy­łam w du­chu ze śmie­chu.

- Sko­ńcz i rób, co ci każę! Masz. - Wy­ci­ągnął ze spodni plik bank­no­tów. Nie, że­bym li­czy­ła, ale na lu­zie było tam kil­ka­set do­la­rów. - Wy­star­czy? Wy­cie­raj to, bła­gam!

Co mia­łam zro­bić? By­łam w szo­ku. Wzi­ęłam pa­pier z ła­zien­ki i wy­ta­rłam mu brzuch i... nie tyl­ko. On le­żał za­pła­ka­ny na wznak, za­kry­wa­jąc twarz dło­ńmi. Po wszyst­kim pier­dzie­lił coś o tym, że nie po­win­ni­śmy się już wi­ęcej wi­dy­wać. No Krzysz­tof Ko­lumb po­wi­nien od nie­go po­bie­rać lek­cje od­kryw­cy.

To była naj­gor­sza i naj­lep­sza sce­na w moim ży­ciu.

Wy­cho­dząc, zła­pa­łam bank­no­ty z łó­żka i gdy szłam chod­ni­kiem do domu, do­ta­rło do mnie: El­lie, to jest to. Lu­dzie pła­cą za ta­kie hi­sto­rie. Ty mu­sisz to ro­bić za­wo­do­wo!