Azyl - Adam Kopacki

Kup ebooka

44.99 zł
32.79 zł (35,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Wstęp Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23

Rozdział 3

Zdjęcie świni z podkulonymi nogami zebrało już ponad pół tysiąca polubień. A każde polubienie, każdy komentarz i każde udostępnienie napędzały zbiórkę Pawłowskich.

Mężczyzna patrzył na licznik wpłat - liczba cały czas rosła, jakby ktoś prowadził darczyńców za rękę. Pomyślał, że świat śmieje mu się w twarz. Wystarczyło kilka zdjęć przestraszonych zwierząt, żeby internauci przelewali pieniądze ludziom, których w ogóle nie znali. Nieważne, czy to psy, koty, czy świnie. Jeśli zwierzęta wyglądały na smutne i zabiedzone, portfele same się otwierały.

Od kilku godzin ślęczał przed laptopem. Nawet nie mrugnął, gdy ekran zgasł na ułamek sekundy. Odświeżył stronę i cierpliwie czekał, aż pojawią się nowe komentarze.

Mrowiło go w karku na samą myśl o azylu "Nowy Początek". Od kilku dni zakładał konta na Facebooku, żeby zdemaskować działania rodzeństwa Pawłowskich. Plan był prosty - zasypać ich jak największą liczbą niepochlebnych opinii. To powinno wystarczyć, aby ludzie przejrzeli na oczy.

Ale jego komentarze albo znikały, albo całkowicie tracił dostęp do profilu azylu. A nawet jeśli któryś z wpisów nie został skasowany, to zdarzało się, że ktoś stawał w obronie Pawłowskich.

"Hejterze, weź się do roboty, a nie tylko wylewaj jad".

"Najłatwiej jest komentować tym, którzy sami tyłka z kanapy nie podniosą".

"Pewnie zazdrościsz, że inni mają czas i siłę, aby pomagać".

"Łap za widły i idź poprzerzucaj trochę gnoju. Zobaczysz, jaka to ciężka praca".

Hejter. Dlaczego akurat tak go nazwali? Zupełnie niesłusznie.

Uśmiechnął się. Nie pierwszy raz się co do niego mylili.

Najbardziej bolały go nie tyle obelgi, ile komentarze pogubionych ludzi, którzy dziękowali Pawłowskim za ich ciężką pracę i ochronę świń przed tasakiem.

Na szczęście w lawinie nieprzychylnych mu wpisów pojawiały się też takie świadczące o rozsądku komentatora. Jakby inni zaczynali dostrzegać prawdę dzięki jego działaniom.

"Faktycznie coś tu nie gra. W kółko trąbią, ile to jedzenia muszą kupić, a jakoś nigdy faktur nie pokazują".

"Dziwne, że nie można ich odwiedzić. Dzwoniłam, żeby się umówić, ale nikt nie odbiera".

"Coś tam ewidentnie śmierdzi. Niby azyl, a jednak zamknęli się na wszystkich".

"W kółko pokazują zdjęcia tych samych świń. Ile ich tam tak naprawdę jest?"

Myśl o tym, że są inni, którzy się z nim zgadzają, przyniosła ulgę. Ale tylko chwilową.

Może nie warto tracić energii na zmagania na wirtualnym terenie Pawłowskich. Może trzeba...

Zaczął klikać. Szybko. Z każdą chwilą robiło mu się coraz cieplej.

W ciemnym motelowym pokoju ekran odbijał się w jego źrenicach. Codziennie nocował gdzie indziej. Wszędzie te same zasłony. Te same cienkie drzwi. W tych miejscach nikt się nie znał, nikt z nikim nie szukał kontaktu wzrokowego na korytarzu. Nikt nie pytał, dlaczego całą noc spędza przed komputerem i co tak naprawdę robi.

Przetarł zaczerwienione oczy, po czym się wyprostował, bo powoli tracił czucie w nogach. Kości strzeliły, a on sam ziewnął, przepędzając zmęczenie. Przeniósł się na łóżko, które pachniało tanim detergentem. Sprężyny jęknęły.

Kiedy zakładał profil, zatrzymał się przy polu "imię użytkownika". Przez chwilę myślał, jak dużo chce o sobie zdradzić. "Jak najmniej się da" - postanowił. Nikt nie mógł go rozpoznać, a tym bardziej zlokalizować. Wiedział, że na jego akcje są paragrafy, a on nie mógł wrócić do więzienia.

Wzdrygnął się na samą myśl o pryczy.

Swoje odsiedział. Nigdy tego nie zapomni i nigdy nie zamierzał tego powtórzyć.

Dlatego unikał snu. Gdy tylko zamykał powieki, obrazy z celi wracały. Czasami już nie wiedział, czy to, co go spotkało za kratami, wydarzyło się naprawdę. Ale blizny nie kłamały.

Napisał: ""Nie milczę" powstało, aby zniszczyć Pawłowskich. Ci ludzie nigdy nie powinni...".

Źle. To było zbyt łatwe i oczywiste. Skasował wszystko, przygryzając wargę.

Po chwili jego palce znowu poszły w ruch i na ekranie pojawił się opis: ""Nie milczę" powstało, aby ujawnić, co naprawdę się dzieje w azylu "Nowy Początek"".

"Tak lepiej" - uznał. - "Pawłowscy zbyt szybko się nie domyślą, z kim mają do czynienia".

A mimo to wciąż miał opory przed dokończeniem tworzenia profilu. Widmo więzienia powróciło, a jego skręciło w trzewiach.

Powinien czy nie powinien pójść krok naprzód?

Przełamał się i wcisnął "Enter".

Wszedł na konto azylu. Odszukał niepochlebne komentarze, których nie zdążyli jeszcze skasować. Trochę ich się pojawiło, co bardzo go ucieszyło. Polajkował wszystkie i czekał.

Nie minęło dziesięć minut, a jego nowy profil zaobserwowały dwie osoby. Po chwili trzecia. Uśmiechnął się, ale tylko na moment. Trzy osoby to zdecydowanie za mało. Jemu będzie potrzebna armia.

Wiedział, że trzeba atakować mocno. I to z każdej strony.

Musiał uderzyć tam, gdzie kończyła się siła Pawłowskich i nie dało się skasować komentarza jednym kliknięciem.

Otworzył nowego maila. Darowizny. Wystarczyło zasugerować, że zwierzęta to tylko zasłona. Szybko sklecił kilka zdań. Wysyłając anonimową wiadomość, nie wahał się ani sekundę.

"To jeszcze niewiele" - pomyślał.

- Ale wystarczająco dużo, żeby zacząć - dodał na głos, jakby rozmawiał sam ze sobą.

Kącikiem oka dostrzegł swoje odbicie w ekranie laptopa. Zmroziło go. Przez ułamek sekundy myślał, że to jakiś obłąkaniec stoi obok niego i chce wyrządzić mu krzywdę. Ale to był tylko on - człowiek, który każdego dnia budził się i zasypiał z celem ujawnienia prawdy o Annie i Robercie.

Nawet jeśli to będzie oznaczać ich koniec.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Locha zakwiliła głośno i odskoczyła, gdy Anna podawała jej zastrzyk. Igła ślizgała się po skórze. Kobieta spróbowała jeszcze raz. Bez sukcesu. Twarda szczecina była nie do pokonania. Świnie z sąsiadujących boksów popiskiwały. Jedna uderzyła pyskiem w kraty. Beton zadudnił od racic.

- Chodź tu w tej chwili! - Głos Anny poniósł się echem po izolatce. - Nie mam dzisiaj czasu.

Chwyciła strzykawkę zębami. Zrobiła krok do przodu. Przyblokowała świnię kolanem. Zwierzę wypuściło powietrze. Wydawało się, że już nie będzie oponować, a jednak poderwało się i przebiegło pod drugą ścianę.

Wtedy Anna rozłożyła ręce. Szeroko i pewnie. Odgrodziła cały bok. Zagoniła świnię w róg. Gdy ta próbowała uciec, przyparła ją do ceglanej ściany. Docisnęła jeszcze mocniej. Locha piszczała i wierzgała. Błysnęła igła. Anna podała zwierzęciu zastrzyk.

- No, już, już. - Poklepała świnię po zadzie, obserwując ją uważnie. - I po co było tyle krzyku?

Locha zaczęła napierać bokiem na metalową bramkę, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca. Po dziesięciu minutach stawiała kroki coraz wolniej i coraz bardziej krzywo. Nagle się zatrzymała. Popatrzyła na Annę. Trzeźwo, jakby lek nie zadziałał. Ale po chwili wzrok świni stał się mętny. Najpierw zgięła prawą nogę w kolanie, a potem całym cielskiem padła na słomę. Już się nie podniosła.

Inne świnie ucichły. Przestały wciskać pyski między kraty. Wycofały się, jakby udawały, że w ogóle ich tam nie ma.

Choć Anna nie nadawała im imion, znała je wszystkie. Te uniknęły śmierci z rąk rzeźnika. Te zostały zabrane z okropnych gospodarstw. Te porzucono, bo urosły zbyt duże i się okazało, że nie nadają się do trzymania w mieszkaniu.

Otarła wierzchem dłoni czoło, spakowała leki, zużyte strzykawki i igły, po czym skierowała się do wyjścia z izolatki. Pewnie stawiała kroki. Niektóre świnie biegały luzem. Ta grupa zawsze za nią podążała. Zignorowała je. Tak samo jak te zamknięte w boksach. Niektóre śledziły ją wzrokiem, jakby się bały, że nagle zmieni zdanie i także im zaaplikuje zastrzyk.

W azylu "Nowy Początek" już zmierzchało. Gdzieniegdzie włączało się światło uruchamiane fotokomórką. Anna udawała, że nie widzi, jak wiele budynków potrzebuje pilnego remontu. Od kiedy przejęła z bratem Robertem gospodarstwo w Oborzanach, naprawiali tylko to, co wymagało szybkiej reakcji - przede wszystkim wewnętrzne ogrodzenie. Nawet jeśli świnie wychodziły z chlewni czy izolatki, to i tak nie mogły swobodnie poruszać się po całym terenie. Ich wybiegi odgradzały wzmocnione metalowymi elementami drewniane płoty. Mijała je, kierując się do centrum gospodarstwa, gdzie stał stary dom.

W środku udała się prosto do kuchni. Stąpała po cichu, nasłuchując, czy ktoś nie kręci się w pobliżu. Tego nawyku nigdy się nie pozbyła. Wyniosła go z domu rodzinnego, gdzie nikt nie miał prawa do prywatności.

Najpierw przygotowała kleik. Nic specjalnego, co wieczór to samo - breja z rozgotowanego ryżu. Kiedyś przypominał jej wymiociny. Teraz nawet wyglądał apetycznie.

Gdy włączała elektryczny czajnik, do środka wszedł jej brat. Usłyszała, że od razu zamknął za sobą drzwi. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

- Naprawiłeś ogrodzenie od zachodu? - zapytała niby z troski, ale tak naprawdę rozliczała go z pracy jak robotnika na polu.

- Posprzątałem chlewnię.

- Nie o to pytałam i nie to kazałam ci zrobić.

- Czas na sranie też mi niedługo zaczniesz wyznaczać?

- A powinnam? Wiesz, że dla mnie to żaden problem.

Woda się zagotowała, więc Anna zaparzyła herbatę. Gdy napój trochę przestygł, kucnęła i zaczęła grzebać w szafce przy śmietniku. Spośród garnków i patelni wyciągnęła plastikowe pudełko pełne leków i fiolek - ich domową apteczkę. Chwyciła brunatną buteleczkę i nabrała z niej zawiesiny do strzykawki.

- Czemu dajesz tak dużo? - zapytał Robert, opierając się o framugę.

- A czemu ty tu jeszcze stoisz? Robota czeka.

- Jest dwudziesta druga, do kurwy nędzy. Nie chce mi się już.

- A co, jeśli komuś zachce się tamtędy przejść?

- Ty tak na serio? Szczerze wątpię, żeby komukolwiek chciało się do nas zaglądać.

- No, nie byłabym tego taka pewna. Ostatnio widziałam tam ślady butów. Nie wiem, czy nasze. Tak jakby ktoś wychodził z lasu albo do niego wchodził.

- A to już nie można się odlać pod drzewem?

- Czyli to byłeś ty?

- Anka, czy ja ci się muszę ze wszystkiego tłumaczyć? Daj mi żyć.

- A ty mi daj to przygotować po mojemu. - Kiwnęła głową w kierunku herbaty. - No, chyba że chcesz się zamienić.

- Po prostu mówię, żebyś nie przesadzała z proporcjami. Nie możemy sobie pozwolić na rozrzutność.

- A chcesz, żeby znowu było głośno?

- To moja wina, że twój plan zaczyna się sypać?

Odwróciła się gwałtownie. Tak gwałtownie, że buteleczka wypadła jej z rąk. Anna zdążyła nadstawić nogę. Buteleczka ześlizgnęła się po jej spodniach na stopę. Na chwilę się zatrzymała, a potem i tak poleciała dalej i roztrzaskała się na podłodze.

- Kurwa! No i widzisz, co narobiłeś?!

- Ja? Lepiej pozbieraj, ile się da, bo kończą nam się zapasy.

- Może mi pomożesz, a nie będziesz tak stać jak cielę.

Nie doczekała się odpowiedzi. Robert wyszedł na podwórze, trzaskając za sobą drzwiami.

Miała ochotę pobiec za nim i go zwyzywać, ale najpierw musiała posprzątać bałagan. W pośpiechu zbierała lek z podłogi i wstrzykiwała go do mniejszych fiolek. Nie zważała na to, że wraz z zawiesiną trafia tam brud.

Zamiotła szkło i się wyprostowała. Na policzkach wciąż miała wypieki. Nikt nie potrafił tak szybko wyprowadzić jej z równowagi jak brat bliźniak. Nie umiała z nim żyć, ale też nie znała życia bez niego. Ponad trzydzieści lat razem. Ani jednego dnia nie spędzili osobno.

Uspokoiła się kilkoma głębokimi wdechami - wdech i wydech. Liczyła w głowie do dziesięciu, jak zawsze gdy coś wymykało się spod kontroli. A teraz wszystko musiało pójść zgodnie z harmonogramem.

Do tego potrzebowała spokoju. Inaczej nie poradzi sobie z naprawdę trudnym zadaniem.

Na tacy ustawiła kleik i herbatę. Ze spiżarni wzięła pampersy - jeden na zapas. Lepiej tak, niż się wracać.

Robert mógł się wymądrzać, że jest rozrzutna, ale ona nie miała dzisiaj nastroju na wygłupy.

Nabrała jeszcze trochę leku do strzykawki. Tego brudnego. Tego, który i tak by się zmarnował.

Jej dłoń zastygła nad kubkiem. Może jednak nie powinna przesadzać? Wczoraj też dała więcej. Robert o tym nie wiedział. Nie musiał.

Zawahała się przez ułamek sekundy, po czym wstrzyknęła dodatkową porcję substancji do herbaty. Krótkie spięcie z bratem wystarczająco ją zmęczyło. Nie mogła sobie pozwolić na kolejną nieprzespaną noc.

Z pampersami pod pachą i tacą w ręce ruszyła przed siebie.

Autor: Adam Kopacki

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Kamila Recław

Projekt graficzny okładki: Studio Karandasz

Skład: Sabina Suchy

Grafika na okładce: Stock.adobe.com (Robin, Lars Gieger, M.V.schiuma, katarinagondova), generated with AI

Redaktor prowadząca: Justyna Tomas

Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka

? Copyright by Adam Kopacki ? Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autora bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Bielsko-Biała 2026

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. 338282828, fax 338282829 pascal@pascal.pl www.pascal.pl

ISBN _978-83-8317-832-5

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszystkie treści zawarte w tej publikacji, w tym teksty, ilustracje, zdjęcia i grafiki, podlegają ochronie prawnoautorskiej. Zabrania się ich wykorzystywania do trenowania modeli sztucznej inteligencji, w tym dużych modeli językowych (LLM), tworzenia zbiorów danych, eksploracji tekstów i danych (text and data mining) oraz jakichkolwiek innych form automatycznego przetwarzania treści w celach komercyjnych, analitycznych lub badawczych bez uprzedniej, pisemnej zgody wydawcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Ryk świni rozdarł noc. A potem nastąpiła cisza. Nie trwała jednak długo. Zwierzę znowu zaryczało, gdy prawą nogą zahaczyło o gwóźdź - skóra pękła, polała się krew. Inne świnie nie zwróciły na to uwagi. Napierały mocno. Drewniane ogrodzenie się wyginało, aż w końcu trzasnęło. Zatrzymały się na ułamek sekundy, jakby nie wiedziały, czy mogą ruszyć dalej. Po chwili wybiegły, tratując ranną lochę.

Z nieba lał się deszcz. Krople dudniły na metalowych daszkach. Odgłos narastał z każdą chwilą, zagłuszając kwilenie spanikowanych zwierząt. Światło przy chlewni migotało. Raz mocniej, raz słabiej. Aż w końcu zgasło. Raz po raz trzaskały błyskawice, formując na granatowych chmurach białe węże. W ich blasku płynęła rzeka z błota. Brunatna i gęsta.

Biegnący mężczyzna co chwilę przystawał i w pośpiechu usiłował włożyć kalosze. Musiał jak najszybciej zapędzić świnie z powrotem do zagrody. Niektóre pewnie potrzebowały pomocy. Zębami przytrzymywał latarkę, która rozpraszała mrok. Nie zdążył narzucić płaszcza. Koszula i dżinsy momentalnie zaczęły mu ciążyć i spowalniać ruchy. W końcu wsunął kalosze, ale to nie pomogło. Woda wdarła się do butów, przez co z trudem stawiał każdy krok.

Ostatnie dni w azylu były nerwowe. Ale dzisiaj powietrze aż zgęstniało, jakby czekało na krew. Nie pomagały nawet podmuchy wiatru. Wręcz przeciwnie. Potęgowały niepokój i napięcie.

Ze wszystkich stron dobiegały piski i kwiki. Mężczyzna nie wiedział, od czego zacząć. Doskoczył do dwóch loch i próbował zmusić je do zmiany kierunku, napierając na nie ciałem - prawie mu się udało, ale szybko się wyślizgnęły. Inne były jeszcze sprytniejsze. Robiły uniki, zanim zdążył do nich dotrzeć.

Jakim cudem się wydostały?

Poruszały się jak jedno ślepe stworzenie napędzane paniką. A potem się rozpierzchły. Jedna z rozpędzonych świń wpadła wprost na niego. Zachwiał się i w ostatniej chwili chwycił ogrodzenia. Noga ugrzęzła mu w błocie. Jego kostka płonęła. Bał się, że jeśli mocniej szarpnie, to ją skręci albo złamie.

Poświecił latarką i zdębiał. Coś mu nie pasowało. Ogrodzenie nie wyglądało na naruszone. Ktoś otworzył bramkę, a świnie zrobiły resztę. Tylko kto? Przysiągłby, że sam ją wcześniej zaryglował.

Wciąż tkwił w błotnistej pułapce. Wyciągnął stopę z kalosza, aby się wyswobodzić. Podbiegł do głównej bramy, gdzie tłoczyły się świnie. Nie mógł dopuścić, aby uciekły z azylu. To dopiero byłoby nieszczęście, gdyby się rozproszyły po wsi. Zacisnął zęby. W życiu tego nie ogarnie. Cmokając na zwierzęta i szturchając je, próbował je skłonić do powrotu do zagrody.

Jedna locha się zatrzymała. Zrobiła krok w tył, jakby go posłuchała.

- Dobrze! Chodź do mnie - powiedział z nadzieją w głosie.

Ale wtedy trzy inne świnie ją odepchnęły. Za chwilę pojawiły się kolejne. Zrobiło się tłoczno. Nie miał dokąd się wycofać.

Zwierzęta go ignorowały. Niektóre nawet atakowały. Kąsały w odsłoniętą łydkę. Dwie większe zaczęły zaciskać szczęki na jego udzie. Przedziurawiły dżinsy. Gdyby nie klepnął ich w głowy, ugryzłyby go do krwi.

- No, już, już! Spokojnie! To tylko ja!

Szarżowały dalej, jakby zupełnie nie rozumiały jego słów i nie rozpoznawały człowieka, który ich doglądał. Mocniej i mocniej. Jedna nakręcała drugą.

To na nic. Sam nic nie wskóra. Przeszło mu przez myśl, aby zostawić je w spokoju. Nawet jeśli wyrządzą szkody we wsi. Lepsze to, niż gdyby jemu miało się coś stać.

Kolejna błyskawica rozdarła mrok, a on dojrzał coś w ciemności. Zamrugał. Nie, to niemożliwe. Wydawało mu się, że to cień jednej ze świń. Poświecił latarką w tym kierunku i zastygł w bezruchu.

Niedaleko majaczyła sylwetka człowieka. Przetarł krople deszczu z oczu, które ewidentnie go zwodziły.

Wciąż tam jednak była. Za blisko. Zamrugał. Dwa razy.

Teraz już nikogo nie dostrzegł, ale był pewien, że jeszcze chwilę temu ktoś na niego czekał.

Gdy największa locha bodnęła go od tyłu, upadł na kolana. Latarka poleciała gdzieś w bok. W jednym momencie pochłonęła ją kałuża błota. Podparł się na najbliższej stojącej świni, ale ta się odsunęła.

Wtedy otrzymał kolejny cios. Prosto w potylicę. Zadany z siłą i z precyzją.

To nie była świnia.

Upadając, próbował się obrócić. Wylądował twarzą w bagnie, które niczym rozszalałe morze mocno go chwyciło. Dwie świnie przebiegły mu po plecach. Podniósł się, ale tylko na chwilę, bo zaraz po tych dwóch pojawiły się kolejne. Były ciężkie. Zbyt ciężkie. Każdy ich krok wciskał go głębiej w błoto. Ziemia trzymała go mocno, jakby już nigdy nie zamierzała puścić.

Udało mu się tylko raz unieść głowę. Błoto oblepiło mu powieki i nos. Łapczywie zaczerpnął powietrza, a potem krzyknął, błagając o pomoc.

Świnie jednak tego nie zrozumiały. Nadbiegło ich jeszcze więcej. Zdeptały mężczyznę, topiąc go w błocie.

A wszystkiemu przyglądała się para nieruchomych oczu. Oczu, w których płonęła chęć mordu. Oczu, które znał.

Rozdział 2

Robert nabrał gnoju na łopatę. Za dużo. Sporo odchodów i tak spadło na ziemię, zanim wrzucił wszystko do taczki. W nocy nad azylem przeszła burza, więc teraz, rano, ślizgał się na błotnistym wybiegu bardziej niż zwykle. Komórka w tylnej kieszeni spodni co chwila wibrowała niczym trzmiel chcący się wydostać z pułapki.

Muchy bzyczały mężczyźnie koło twarzy. Odganiał je. Odlatywały, ale po chwili wracały jeszcze większą chmarą i obsiadały łajno. Nabierał, przerzucał. Nabierał, przerzucał. Po godzinie nie widział już różnicy, czy sprząta, czy zaczyna od nowa. Gdzieniegdzie gnój był jeszcze ciepły i lekki. Ciągnął się za łopatą. Robert musiał się natrudzić, aby go strząsnąć. W pewnym momencie przyspieszył, jakby w głowie usłyszał głos Anny, rugającej go, że w takim tempie nigdy się nie wyrobi i przez niego zatoną w świńskim łajnie.

Telefon ponownie zadrżał. Raz, niczym ostrzeżenie. A potem zaczął wibrować jak wściekły. Przeklinając w myślach, Robert wbił łopatę w gęstą glinę i wyciągnął komórkę.

Internauci odpalili się pod nowym postem ze zbiórką na jedzenie dla świń. Miał wrażenie, że to nie są tylko puste słowa. Niektórzy pisali tak, jakby znali ich bardzo dobrze. Mimowolnie zacisnął palce na telefonie.

"Kolejna zbiórka? Przecież dopiero co zbieraliście na marchewki".

"Wiem, jak prowadzi się taki azyl. To tak nie wygląda".

"Ja tylko pytam, czy naprawdę potrzebujecie aż tylu pieniędzy".

"Ludzie, nie dajcie się nabrać, to nie azyl, to..."

Niektórych komentarzy nawet nie czytał do końca. Najważniejsze było jedno - żeby Anna ich nie zobaczyła. Dlatego kasował wpisy jak leci. Raz źle trafił i przez przypadek zalajkował niepochlebny wpis. Cisnął przekleństwem tak głośno, że spłoszył świnie. Rozbiegły się, rozchlapując błoto dookoła.

Myślał o siostrze i o tym, jak długi wykład mu zrobi, gdy się dowie, że znowu nie zapanował nad internetowym chaosem. Zazwyczaj zaglądała do telefonu późnym wieczorem, po pracy. Dziś do końca dnia zostało jeszcze kilkanaście godzin, ale krytycznych i kąśliwych opinii pojawiło się tak dużo, że nie był pewien, czy zdąży je skasować.

Za to Anna miała chyba aż za dużo czasu, skoro sprawdzała, czy Robert aby na pewno wykonał zadania, które mu powierzyła. Gdy zdecydowali się założyć azyl, obiecali sobie, że będą działać i trzymać się razem, choćby świat miał się skończyć. A teraz co? Siostra prowadziła dochodzenie, czy on - dorosły mężczyzna - nie wymyka się nocą z posesji przez dziurawe ogrodzenie przy ścianie lasu. Uderzyła go fala chłodu na samą myśl, że spojrzenie Anny zbyt często zaczyna przypominać wzrok ich matki.

Wrócił do sprzątania, przeklinając pod nosem. Tam, skąd przed chwilą wywiózł gnój, świnie zdążyły już znowu narobić. Może i były czyste, bo nie załatwiały się w miejscach, w których spały, ale teraz odnosił wrażenie, że robią mu na złość i specjalnie zanieczyszczają dopiero co uporządkowane wybiegi. Jedna z nich przystanęła i patrzyła na niego. Za długo. Pierwszy odwrócił wzrok. Choć wiedział, że to głupie, miał nieodparte wrażenie, że zwierzę się z niego śmieje. Zbyt często w swoim życiu słyszał śmiech za plecami.

Pod nogami mu chlupało, łopata robiła się coraz cięższa. Powietrze było chłodne i wilgotne. Nie miał pod ręką niczego do picia. Telefon wciąż wibrował. Do tego wkurzało go to, że siostra komentowała jego pracę, ale on nie miał prawa się odezwać ani skrytykować jej decyzji. W jego myślach wciąż rozbrzmiewał jej głos - spokojny, choć irytujący, zbyt realny, aby mógł uznać go tylko za wytwór wyobraźni.

Najchętniej rzuciłby łopatę w błoto i wrócił do garażu, który przerobił na budynek mieszkalny. Pociągnął prąd, zainstalował prostą kanalizację. Po przeprowadzce do Oborzan doszli z Anną do wniosku, że czas przeciąć pępowinę. Całe życie dzielili jeden mały pokój, dlatego tu się rozdzielili. Anna zajęła dom, on garaż.

Nigdy się do tego nie przyznał, ale myślał, że nie będzie w stanie zasnąć bez siostry obok. Jednak sen szybko przychodził. Im więcej pracował, tym łatwiej zasypiał. Najgorsze okazało się coś innego. Gdy przejął prowadzenie mediów społecznościowych azylu, dotarło do niego, że nawet mury jego prywatnego królestwa nie chronią go przed wiadomościami od internautów.

"Przelałem wam pieniądze. Chcę zobaczyć fakturę, na co poszły".

"Dlaczego kasujecie komentarze?"

"Co macie do ukrycia?"

Te same osoby w kółko wypisywały oszczerstwa, więc je zablokował. Musiał jednak uważać, żeby nie zmniejszyć drastycznie liczby obserwujących. Bo wówczas Anna zainteresowałaby się tematem.

Gdy nabrał pełną taczkę gnoju, wyjechał z wybiegu. Świnie błyskawicznie go otoczyły, jakby pomyślały, że to pora karmienia. Jedne popiskiwały. Inne ryły w ziemi, szukając robaków.

Przystanął, bo telefon znów się odezwał. Zawibrował trzy razy. Rytmicznie.

Odgonił zwierzęta, które wydawanymi odgłosami potęgowały w nim falę złości.

Zabrał się do czytania. Pod postem pojawiły się nowe komentarze. Wszystkie pochodziły z tego samego profilu. Z profilu, którego jeszcze nie kojarzył. Nazwa "Nie milczę" sprawiła, że ścisnęło go między żebrami. Kliknął w nią, a jego oczy zaatakował krótki wpis:

"Profil powstał, aby ujawnić, co naprawdę się dzieje w azylu "Nowy Początek"".

Nie było tam ani jednego wykrzyknika, ale Robertowi i tak zrobiło się gorąco.

Odruchowo chciał zablokować użytkownika, który miał dopiero trzech obserwujących. Zwykły hejter jakich wielu. Mimo to jego kciuk zawisł nad ekranem, a on sam wrócił do sekcji komentarzy.

"Już niedługo wszyscy się dowiedzą, co ukrywacie".

"Lepiej zamknijcie to miejsce, póki nie jest za późno".

Przewinął wiadomości. Jeszcze raz. Wciąż te same teksty. Widział już dziesiątki podobnych. Te jednak szybko zebrały kilka lajków, a profilowi przybyło obserwujących.

Sprawdził trzeci wpis. Jedyny bez treści. I wtedy mięśnie karku mu zesztywniały.

Zdjęcie.

Dom.

Moment. Czy on dobrze widzi?

To był ich dom?!

Przybliżył ekran do twarzy. Wbił wzrok w dach. Rozpoznał wyrwę, w której brakowało dachówek. Nie potrzebował więcej dowodów.

Zdjęcie, choć rozmazane i zrobione z daleka, jednoznacznie potwierdzało to, czego mózg jeszcze nie chciał zaakceptować.

Ktoś wdarł się na teren azylu.

Robert rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy ta osoba nie czai się za stodołą i nie robi mu zdjęć z ukrycia.

Uderzył kciukiem w już i tak usmarowany błotem ekran. Wciąż nie usunął wpisu. Wstrzymał oddech, zdając sobie sprawę, jak mocno zaciska palce na obudowie. Przetarł telefon o spodnie i dopiero wtedy mu się udało.

Żaden hejterski komentarz nie był tak groźny jak ta fotografia.

Anna prawdopodobnie miała rację i ktoś ich faktycznie nachodził.

Epilog

Edyta odsunęła się od mikrofonu i wypuściła głośno powietrze. Myślała, że to pomoże jej się rozluźnić. Ale nie. Mięśnie wciąż były napięte i twarde. Czuła się, jakby zeznawała przed sądem.

Od dwóch godzin nagrywała odcinek podcastu o azylu Pawłowskich. Zbliżała się już do podsumowania. Przejrzała notatki i kontynuowała wypowiedź do mikrofonu:

- Dotarłam także do byłego pracownika azylu. Nie podam jednak jego nazwiska. Nadal boi się ludzi, którzy tam mieszkali. Pracę dostał po znajomości, jeszcze jako nastolatek zadawał się z Robertem Pawłowskim. Do azylu wchodził jedynie, aby pomóc przy ciężkich robotach, takich jak rozładowanie busa i prace naprawcze. Gdy tylko zaczął się dopytywać o pojawiające się znikąd ludzkie krzyki, do jego hotelowych drzwi zapukała policja. Miał coś na sumieniu, ale podejrzewa, że to rodzeństwo Pawłowskich na niego doniosło i to przez nich trafił do więzienia. Maria i Henryk Pawłowscy trafili do aresztu, a stamtąd prosto na zamknięty oddział psychiatrii sądowej. Usłyszeli zarzut usiłowania zabójstwa własnej córki.

Edyta przerwała.

W słuchawkach słyszała swój własny oddech. Po chwili wróciła do nagrywania:

- W sprawie Dawida Pawłowskiego wciąż toczy się postępowanie. Śledczy ustalają, dlaczego nie udzielił Annie pomocy oraz dlaczego nie wezwał służb wcześniej. Nieoficjalnie mówi się, że w tej sprawie może nigdy nie zapaść wyrok. Równolegle badane są nieprawidłowości finansowe w fundacji, które mogą skutkować kolejnymi zarzutami. W garażu, który zamieszkiwał Dawid Pawłowski, odnaleziono uchwały zarządu i pełnomocnictwa dające mu dostęp do kont fundacji oraz faktyczną kontrolę nad jej finansami. Identyczny komplet podpisanych dokumentów trafił do sądu. To znacznie pogorszyło sytuację procesową Dawida Pawłowskiego, ponieważ wcześniej zeznawał, że to rodzeństwo próbowało się go pozbyć. Tymczasem ustalono, że to on sam nadał przesyłkę. Po kontroli powiatowego lekarza weterynarii zapadła decyzja o zabraniu zwierząt z azylu. Część z nich trzeba było uśpić, część trafiła do innego ośrodka, część - decyzją urzędników - do gospodarstw rolnych. W sieci nazwano to odroczonym wyrokiem śmierci. Inspekcja wykazała również, że na terenie azylu pochowano ponad dwadzieścia ciał świń niezgodnie z przepisami prawa. Robert Pawłowski rozpłynął się w powietrzu. Śledczy podejrzewają, że wyjechał za granicę, prawdopodobnie na wschód. Jednak - według nieoficjalnych informacji - odnalezienie go nie jest sprawą priorytetową. Trudno powiedzieć, czy ktokolwiek tak naprawdę go szuka. Anna Pawłowska pozostaje w śpiączce. Podduszenie, zatrucie nadmiarem leków, poparzenia skóry twarzy i odwodnienie najprawdopodobniej doprowadziły do trwałych konsekwencji neurologicznych. Do tej pory się nie wybudziła. Lekarze nie są w stanie powiedzieć, czy kiedykolwiek odzyska świadomość.

Odczekała chwilę i dodała:

- Zostało ostatnie pytanie. Nie kto zabił. Nie kto kłamał. Tylko czy tej tragedii można było zapobiec?

Wyłączyła nagrywanie, jednak nie zdołała wyłączyć myśli, które ją męczyły. Od dawna wiedziała, że ta historia zaczęła się znacznie wcześniej, jeszcze zanim powstał azyl.

Wiedziała też, że jest jedno pytanie, którego nigdy nie odważy się zadać na głos.

Co by było, gdyby dwadzieścia lat temu powiedziała prawdę o tym, co się dzieje w domu Pawłowskich?