1. Gwiazdozbiór Andromedy
1
Gwiazdozbiór Andromedy
Maia
W moim pokoju stoi jeszcze puste łóżko.
Zostały także gwiazdy przyklejone do sufitu. Mój ulubiony gwiazdozbiór,
Andromeda, znajduje się tuż nad moim łóżkiem. Pamiętam legendę o Andromedzie, ponieważ siostra opowiadała mi ją każdej nocy, ale teraz
staram się o tym nie myśleć.
Jest dokładnie 9.58 rano i za dwie minuty zadzwoni budzik. Tej nocy
prawie nie spałam. Obudziły mnie pierwsze promienie słońca, które
wcisnęły się między zasłony, i od tamtej pory wpatruję się w sufit w ciszy, błądząc gdzieś myślami. Nie przestaję się zastanawiać, dlaczego
nie zdjęłam tych gwiazd. Minęło już siedem miesięcy od tamtego dnia,
dziewiątego sierpnia, kiedy obiecałam sobie, że to zrobię.
Ale gwiazdy wciąż tu są.
Dowiedziałam się dopiero z telewizyjnych wiadomości. Wypadek z udziałem
wielu pojazdów, osiem osób zabitych, kilkanaście rannych. Nigdy nie
byłam dobra z matematyki, ale wiedziałam, że mama i Deneb powinny już
przejechać ten odcinek autostrady, kiedy doszło do wypadku. Albo, co
najwyżej, obie są wśród rannych. Nie dopuszczałam do siebie alternatywy.
Dalej trzymałam się najkorzystniejszych możliwości, nawet wtedy, gdy
dostałam telefon ze szpitala.
Wzdycham i wyciągam rękę, żeby wyłączyć budzik. Potem wstaję z łóżka i wlokę się do łazienki. Ponieważ przed pójściem spać nie zmyłam makijażu,
wokół oczu mam czarne obwódki od tuszu, przez co wyglądam jak szop
pracz. Myję twarz i zbieram włosy w kucyk. Moje mięśnie są zmęczone i brakuje mi sił, by normalnie się poruszać.
Zasłonka do wanny leży na podłodze, bo mama zerwała ją tydzień temu i jeszcze nie byłam w stanie zawiesić jej ponownie. Nie ma już pasty do
zębów, więc przed pracą będę musiała wyskoczyć do supermarketu. Nie
pamiętam, kiedy ostatni raz otwierałam lodówkę, ale liczę, że mamy
chociaż coś na śniadanie, bo nie uśmiecha mi się jechać na drugi koniec
miasta z pustym żołądkiem.
Wracam do pokoju, żeby się ubrać i pościelić łóżko. Wczoraj zostawiłam
na biurku otwarty notatnik, ale wolę nie wiedzieć, co napisałam. Byłam
taka zmęczona, że wszystkie moje wspomnienia są niewyraźne. Rzucam
ostatnie spojrzenie na gwiazdy na suficie i na łóżko, na którym spała
Deneb, i przed wyjściem robię głęboki wdech. Chciałam odwlec ten moment
najdłużej, jak się da, ale nie mogę wiecznie siedzieć w zamknięciu.
Witajcie w cudownym życiu Mai Allen.
Chociaż zegar wskazuje już dziesiątą rano, dom jest pogrążony w całkowitej ciemności, ponieważ ktoś zaciągnął wszystkie zasłony.
Ostrożnie zamykam za sobą drzwi i włączam światło na korytarzu. Słyszę
delikatny szmer telewizora, a na ścianie w salonie widzę niebieskie
błyski. Wygląda to jak sceneria horroru, ale w pokoju dziennym nie czeka
na mnie żaden ogromny morski potwór, jak w legendzie o Andromedzie,
tylko moja matka.
Po wejściu do środka od razu otwieram okno i odsłaniam zasłony. Za moimi
plecami mama wydaje z siebie jęk. Kiedy na nią patrzę, w gardle czuję
ucisk, który prawie nie pozwala mi oddychać. Śpi na sofie w rozmemłanym
ubraniu i z potarganymi włosami. Na podłodze walają się torebki po
frytkach i puszki po piwie. Ten widok sprawia, że przewraca mi się w żołądku, a poczucie winy wciska się głęboko do trzewi.
Wczoraj pracowałam do późna. W piątkowe wieczory w barze są tłumy, więc
do domu wróciłam dopiero o trzeciej nad ranem. Kiedy weszłam, mama była
jeszcze trzeźwa. Próbowałam ją nakłonić, żeby położyła się do łóżka, ale
zapewniła, że ma wszystko pod kontrolą. Oczywiście wiedziałam, że
kłamie, bo ona nigdy nie ma niczego "pod kontrolą", ale byłam zbyt
zmęczona, żeby się kłócić.
Powinnam była bardziej nalegać.
- Mamo - szepczę, potrząsając nią delikatnie. Wydaje jęk i zaciska
powieki. - Chodź, zaprowadzę cię do łóżka.
Nie otwierając oczu, przytakuje i pozwala sobie pomóc. Tak strasznie
śmierdzi alkoholem, że aż pieką mnie oczy. Wkładam ramię pod jej kark i z trudem udaje mi się posadzić ją na sofie. Potem zbieram w sobie
wszystkie siły, żeby ją podnieść. Całe szczęście, że jest chętna do
współpracy. Zarzucam sobie jej rękę na ramiona i powoli ciągnę ją w stronę korytarza. Teraz jest to dla mnie łatwiejsze niż jeszcze kilka
miesięcy temu. Boli mnie myśl, że to może przejść w nawyk.
- Nie powinnaś spać na sofie. - Ganię ją po cichu, widząc, jak trudno
jej iść. Na pewno mocno bolą ją plecy.
- Zasiedziałam się - odpowiada i przeżuwa ślinę, jakby zaschło jej w ustach. Kiedy przechodzimy obok mojego pokoju, patrzy na zamknięte
drzwi. - Twoja siostra jest w środku? Chcę, żeby poszła do...
supermarketu, tak. Nie ma już piwa.
Czuję ukłucie w klatce piersiowej. Jest gorzej, niż sądziłam. Mimo że
bardzo się staram, by łzy nie napłynęły mi do oczu, nie daję rady ich
powstrzymać. Mrugam, żeby je ukryć, i oddycham z ulgą, kiedy wreszcie
wchodzimy do jej sypialni.
Mama opada na łóżko wyczerpana, udaje mi się zdjąć jej buty, a potem
przykrywam ją kocem, by nie zmarzła. Na chwilę wychodzę do kuchni po
szklankę wody i tabletkę i obie rzeczy zostawiam na szafce nocnej.
- Weź to po przebudzeniu - mówię jej.
Chcę już odejść, ale łapie mnie za rękę. Kiedy się odzywa, oczy ma już
prawie zamknięte, a jej głos jest szeptem.
- Dziękuję, Deneb.
Przełykam ślinę.
- Odpoczywaj, mamo.
Wychodzę z pokoju i zamykam za sobą drzwi. W klatce piersiowej wciąż
czuję bolesny ucisk, ale nie mam już łez.
Myślę, że część mamy umarła w dniu wypadku. Ta druga część wciąż tu jest
i użala się nad sobą. Wcześniej pracowała jako kucharka w barze szybkiej
obsługi, ale ją zwolnili, a teraz chce, bym uwierzyła, że szuka pracy,
podczas gdy obie wiemy, że tak nie jest. Całe dnie spędza w domu, żyjąc
między sofą a łóżkiem. Czasem, kiedy siadamy razem do kolacji, opowiada
mi o chłopaku, który doprowadził do wypadku.
Miał dopiero szesnaście lat. Wybrał się ze znajomymi na imprezę. Pił.
Sądził, że jest na tyle trzeźwy, by usiąść za kółkiem, i wyjechał na
drogę. Jego lekkomyślność wpędziła do grobu jego i jego znajomych.
Chciałabym powiedzieć, że mi przykro, bo miał przed sobą całe życie, ale
nie czuję niczego. Ten chłopak zniszczył moją rodzinę.
Kiedy to się stało, moja siostra miała tylko dwadzieścia dwa lata. Ona
też miała jeszcze wszystko przed sobą.
Gdy zabieram się do sprzątania salonu, trzęsą mi się ręce. Biorę worek
na śmieci i wrzucam do niego wszystkie puszki po piwie i resztki
przekąsek. Wyłączam telewizor. Potem wracam do kuchni i energicznie myję
ręce, jakbym mogła usunąć ze skóry wspomnienia z tego poranka i w ten
sposób wyrzucić je z głowy, ale nie jest to możliwe.
Jak głosi legenda, Kasjopeja, królowa Etiopii, była tak piękna i próżna,
że uważała się za lepszą od morskich nimf. Wściekły bóg Neptun posłał do
jej kraju potwora. Jedynym sposobem na złagodzenie jego gniewu było
oddanie potworowi księżniczki Andromedy. Dziewczynę przywiązano do skały
na plaży i zmuszono do poddania się karze, na którą nie zasłużyła. Kiedy
Andromeda sądziła, że zbliża się jej koniec, usłyszała głośny szum
wiatru. Perseusz, półbóg, przybył na swoim skrzydlatym koniu, by ją
uratować.
Przypuszczam, że mama i ja przypominamy Andromedę i Kasjopeję, tyle że
ona uległa potworowi i tylko ja mogę utrzymać ją na powierzchni. W prawdziwym świecie nie istnieją półbogowie. Nie ma też nikogo, kto
przybędzie ci na ratunek.
Przed wyjściem biorę telefon, klucze i trochę pieniędzy, szybko rzucam
okiem na zawartość lodówki. Nie miałam ochoty wybierać się do
supermarketu, ale zmieniłam zdanie. Potrzebuję wyjść stąd jak
najszybciej. Pospiesznie schodzę po schodach z portyku i patrzę w niebo,
które zapełniło się chmurami.
Kiedy próbuję otworzyć samochód, uświadamiam sobie, że w nocy
zapomniałam go zamknąć, i przeklinam pod nosem. Mieszkamy w małym
miasteczku i znamy wszystkich sąsiadów, ale nie lubię grzeszyć pewnością
siebie. Wsiadam i uruchamiam silnik. Kiedy patrzę w lusterko wsteczne,
żeby ruszyć, zaczynam krzyczeć tak głośno, że mój głos niesie się po
całej okolicy.
W moim samochodzie śpi jakiś chłopak.
2. Poznając Liama Harpera
2
Poznając Liama Harpera
Liam
Wzdycham i mocno ściskam kierownicę. Zaparkowałem przed domem
dwadzieścia minut temu i dziwne, że jeszcze nikt nie przyszedł, by mnie
stąd wyciągnąć. Muzyka gra tak głośno, że słyszę ją nawet w aucie. Nie
muszę się martwić o to, czy hałas przeszkadza sąsiadom. Znając mamę, na
pewno zaprosiła całe osiedle.
Rozświetla się ekran telefonu leżącego na siedzeniu pasażera. Adam od
rana przysyła mi wiadomości. Nawet ich nie przeczytałem. Tak naprawdę
przez cały dzień nie korzystałem z telefonu. Rano go wyciszyłem,
uprzedzając nieuchronną lawinę powiadomień, która miała nadejść. Jestem
pewien, że tysiące osób wspomniało o mnie na Twitterze i Instagramie.
Liam Harper obchodzi urodziny i jego obserwujący wysyłają mu życzenia ze
wszystkich stron świata.
A ja nie czuję nic.
Dziewiętnaście lat to nic wyjątkowego. Kiedy miałem szesnaście,
marzyłem, żeby być pełnoletni, bo sądziłem, że stanę się "dorosły" i że
moje życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni. Będę miał więcej
swobody, będę się umawiał z dziewczynami, chodził do dyskotek i będę
mógł pić alkohol i palić papierosy zawsze, kiedy najdzie mnie na to
ochota. Rzecz w tym, że teraz, kiedy już to wszystko robię, moje życie
jest tak samo żałosne jak wcześniej. Albo nawet jeszcze bardziej.
W końcu postanawiam odblokować telefon po raz pierwszy tego dnia. Dzięki
zrzutom ekranu, które przysłał mi Adam, przekonuję się, że faktycznie,
moje nazwisko rządzi na Twitterze. Są setki tweetów z życzeniami. Nie
pamiętam, ile ich dostałem w zeszłym roku, ale liczby musiały gwałtownie
spaść, bo Adam opatrzył zdjęcie komentarzem pełnym wyrzutu:
"Byłoby ich więcej, gdybyś nie zniknął na cały dzień".
Nie cierpię tego, że on zawsze ma rację.
Adam wszedł do naszego życia, kiedy mama zatrudniła w swojej firmie
nowego dyrektora do spraw komunikacji. Jest projektantką mody i jej
marka jest już znana w Anglii i za granicą. Kiedy człowiek znajduje się
w centrum zainteresowania, musi dbać o swój wizerunek. Adam miał jej
tylko doradzać, a ostatecznie się z nią ożenił.
Teraz jest moim ojczymem. Wciąż pełni także funkcję naszego "agenta", a od kiedy wyrobiłem sobie nazwisko na YouTubie, nie ma sposobu, żeby
zostawił mnie w spokoju. Gdyby to ode mnie zależało, zachowałbym swoją
tożsamość w tajemnicy. Chciałbym być zwyczajnym chłopakiem, który wrzuca
do internetu różne głupoty, ale raczej nie mogłem na to liczyć. Mama
zobaczyła we mnie szansę na poszerzenie grona swoich klientów i od kilku
lat wszyscy moi obserwujący wiedzą, że jestem jej synem. Pojawiła się
nawet w paru moich filmikach.
Każda plama na moim wizerunku wpłynęłaby negatywnie na jej wizerunek.
Właśnie dlatego Adam ciągle mi przypomina, jak mam się zachowywać i czego nigdy, pod żadnym pozorem, nie wolno mi robić. Ma taką obsesję, że
aż dziwne, że tak długo zwlekał z wyrzuceniem mi, że moje profile w mediach społecznościowych są martwe od wielu godzin.
Szczerze mówiąc, uśmiechanie się do kamery to ostatnie, na co mam teraz
ochotę. Wiem jednak, że nie mam innego wyjścia, więc przeglądam się w lusterku wstecznym i mierzwię dłonią burzę loków. Potem włączam
oświetlenie wewnętrzne, biorę telefon i zaczynam nagrywać.
Zajmuje mi to tylko trzydzieści sekund. Jestem już tak przyzwyczajony,
że wychodzi dobrze za pierwszym razem. Witam się, dziękuję za wszystkie
życzenia i żegnam się z czarującym uśmiechem. Nagranie publikuję na
moich stories na Instagramie, a potem wchodzę na Twittera i lajkuję
kilka tweetów od moich obserwujących. Wszystkie wydają się jednakowe,
więc nie zawracam sobie głowy czytaniem do końca choćby jednego. Jeśli
ktoś by się o tym dowiedział, pomyślałby, że jestem dupkiem. No cóż.
Miałby rację. Jestem dupkiem i co z tego? Tak wygląda życie w realu.
Żadna z tych osób nie zna mnie naprawdę. Po co mieć miliony
obserwujących w internecie, skoro jak przychodzi co do czego, czuję się
kompletnie samotny?
Jeszcze raz przeglądam się w lusterku, poprawiam kołnierzyk bluzy,
zmuszam się do jednego z moich najlepszych uśmiechów i wysiadam z samochodu. Mieszkamy na prywatnym osiedlu w Londynie, mury otaczające
posesję są wysokie na ponad dwa metry. Wciąż się zastanawiam, do czego
służą, bo nie przeszkodziły w tym, żeby tego wieczoru mój dom zapełnił
się obcymi.
Nietrudno jest mi przemknąć niezauważonym. Idę szybko między ludźmi, nie
patrząc na nikogo, i wzdycham z ulgą, gdy w tłumie dostrzegam znajomą
twarz. To atletycznie zbudowana kobieta, której ramiona są trzy razy
szersze od moich. Odpowiada za bezpieczeństwo na wszystkich imprezach
mamy. Ponieważ jest ubrana w uniform, bardzo wątpię, by przyszła bawić
się na przyjęciu.
- Spóźniłeś się - rzuca z poważną miną, kiedy podchodzę.
Posyłam jej zarozumiały uśmiech.
- Czekanie jest najlepsze.
W środku muzyka gra głośniej. Gdybym to ja organizował tę imprezę,
załatwiłbym ekipę oświetleniową, żeby stworzyć lepszy klimat. Mama
wolała włączyć żyrandole zwisające z sufitu i nadać przyjęciu bardziej
wyrafinowany charakter, co wyraźnie pokazuje, jakie są jej prawdziwe
intencje. Moje urodziny to tylko kolejna okazja, żeby zaprosić partnerów
biznesowych i influencerów, z którymi mogłaby współpracować w przyszłości.
Zastanawiam się, czy nasi goście też uznają, że impreza jest nudna jak
flaki z olejem. Nie dziwi mnie widok telefonów w górze. Zazwyczaj
spotkanie z innymi osobistościami znanymi z internetu jest równoznaczne
z nagrywaniem nawet najmniejszych szczegółów, żeby potem wrzucić je do
sieci. Rozpoznaję twarze kilku znanych youtuberów, do których Adam
pewnie poradziłby mi podejść, ale nie jestem w nastroju. Mój salon jest
pełen ludzi, a nie widzę żadnego z moich kumpli.
Żadna z tych osób nie przyszła do mnie.
Dawniej wcale bym się tym nie przejął. Liam sprzed roku wszedłby tu,
robiąc z siebie błazna, i w mig przekonałby do siebie wszystkich
obecnych. Potem wybrałby się z kumplami do dyskoteki, a następnego
poranka obudziłby się skacowany w łóżku jakiejś poznanej w nocy
dziewczyny. Wróciłby do domu, żeby stanąć przed kamerą i gadać jakieś
bzdury, a później cały proces powtarzałby się od początku. Dzień po
dniu, dzień po dniu i tak dalej. Aż to wszystko straciłoby sens.
W tym roku moje dziewiętnaste urodziny zbiegły się w czasie ze
zgromadzeniem dwunastu milionów subskrybentów na YouTubie. Adam
zaproponował, byśmy uczcili to w wielkim stylu, ale stanowczo odmówiłem.
Chciałem tylko, żeby przez kilka dni wszyscy zostawili mnie w spokoju, a zamiast tego dostaję tę imprezę.
Chociaż podchodzi do mnie kilku znajomych, nawet się nie zatrzymuję,
tylko idę prosto na tylne patio. Wita mnie zimny podmuch, na niebie nie
widać ani jednej gwiazdy. Biorę haust świeżego powietrza, jakbym dusił
się w środku.
- Teraz raczyłeś się zjawić? - Ktoś wzdycha za moimi plecami. - Palant.
Tyle osób całuje ci dupę, że nie zamierzam składać ci życzeń.
Po raz pierwszy tego wieczoru na moich ustach pojawia się szczery
uśmiech.
Evan jest moim najlepszym przyjacielem od niepamiętnych czasów. Jesteśmy
jak bracia. Był przy mnie, kiedy otworzyłem swój kanał na YouTubie,
pojawił się w wielu moich filmikach, a potem postanowił otworzyć własny.
Niedawno dobił do siedmiu milionów subskrybentów. Może i jego kanał nie
rósł tak szybko jak mój, ale tworzy naprawdę wartościowe treści i jest
dumny ze swoich osiągnięć. No i znacznie lepiej ode mnie radzi sobie z tą całą "popularnością". Z każdym dniem nabieram coraz większej
pewności, że jest do tego stworzony.
Odwracam się do niego i pozwalam, by uścisnął mnie tak, że niemal
trzeszczą mi kości. Potem odpycham go ze śmiechem i w żartach wymieniamy
parę ciosów.
- No i? Jak się czujesz jako dziewiętnastolatek? - pyta, po czym mierzy
mnie wzrokiem z góry na dół. - Jestem rozczarowany, stary. Wyglądasz na
takiego samego dupka co wczoraj.
- Czułbym się lepiej, gdybyśmy mieli alkohol.
- No jasne, że mamy alkohol. - Łapie mnie za ramię i ciągnie. Kiedy
zauważa, że nie przestaję rozglądać się dookoła, dodaje z grymasem: -
Wiesz, że bardzo szanuję twoją matkę, ale jej przyjaciele mnie
przerażają. Widziałem dziewczynę ubraną jak papuga.
- One się przynajmniej myją.
- Stary, przestań się już czepiać.
Znowu się uśmiecham. Kilka miesięcy temu Evan wymyślił sobie, że przez
tydzień nie będzie brał prysznica, a potem nagrał filmik w takim stanie
i wrzucił go do internetu. Oczywiście jego obserwującym niezbyt spodobał
się ten pomysł.
- A skoro o mojej matce mowa, wiesz, gdzie ona jest? Nie da się jej
znaleźć w tym tłumie.
Przyjaciel kręci głową.
- Nie, ale wcześniej widziałem Adama, jak rozmawiał z Michelle.
- No tak - odpowiadam i nagle się spinam. Evan zna mnie lepiej niż
ktokolwiek inny, więc szybko zauważa zmianę mojego nastroju.
- Spróbuj myśleć o czymś innym, okej? Tylko dziś. - Zachęca, uderzając
mnie ramieniem. - Baw się, stary. Nie co dzień kończy się dziewiętnaście
lat.
Przytakuję roztargniony i pozwalam, żeby poprowadził mnie w stronę
basenu. Evan nie przestaje się uśmiechać do gości. Porusza się
swobodnie, bo w takich sytuacjach czuje się jak ryba w wodzie. Cieszy
się też większą wolnością niż ja. Odkąd przeprowadził się do Londynu na
studia, jest panem swojego życia i sam podejmuje decyzje. Naukę łączy z YouTube'em, bo to go uszczęśliwia. A przede wszystkim nikt nie
kwestionuje każdej rzeczy, jaką postanawia opublikować, choćby była
najbardziej absurdalna.
Pod tym względem się różnimy. Po pierwsze dlatego, że Adam tak mnie
ciśnie, że nie mogę nawet odetchnąć. I także dlatego, że w głębi duszy
spodziewałem się, że mama się wścieknie, kiedy jej powiem, że chcę
rzucić naukę. Ale nie zrobiła tego. Przeciwnie - nawet mnie do tego
zachęcała.
Idziemy w stronę sof przy basenie, gdzie zwykle zalegają moi kumple.
Zazwyczaj jest nas czterech, ale kiedy tam docieramy, widzimy tylko
Maxa. Zrywa się na równe nogi i podchodzi do nas z uśmiechem. Fajnie, że
się zjawił, choć tak naprawdę nie łączą nas zbyt bliskie relacje. Ale
przynajmniej wiem, że przyszedł tu dla mnie.
- Starzejesz się, co? - mówi na powitanie.
- Dziewiętnaście lat, stary - odpowiada Evan, klepiąc mnie po plecach. -
A wydaje się, jakby zaledwie wczoraj wsadzał sobie ołówki do nosa.
Przewracam oczami, a Max uśmiecha się szyderczo.
- Wszystkiego najlepszego, Liam - mówi. - Przytuliłbym cię, ale nie przy
ludziach.
Evan kiwa głową z poważną miną.
- Musimy dbać o naszą reputację.
- Walcie się.
Obaj wybuchają śmiechem. Udaję, że się złoszczę, ale tak naprawdę nie
mogę powstrzymać uśmiechu. Akurat wtedy, gdy zaczynam odzyskiwać
nadzieję na ten wieczór, odwracam się i zauważam ją w tłumie.
Oto kolejny powód, dla którego nie chciałem tu przychodzić.
Michelle i ja poznaliśmy się w zeszłym roku na pewnym evencie. Ona
prowadziła relację na żywo na Instagramie, a Evanowi i mnie strzelił do
głowy cudowny pomysł, by wydurniać się za jej plecami. Jej obserwujący
oszaleli, kiedy poprosiła, bym do niej dołączył i powiedział coś
sensownego. Rozeszły się plotki, że ze sobą flirtujemy, i Adam dostrzegł
w tym szansę.
Michelle wyrobiła sobie markę w mediach społecznościowych za sprawą
cierpliwości i ciężkiej pracy. Chce być projektantką, tak jak moja mama,
i na razie zajmuje się w internecie poradami w kwestiach mody. Liczby
nie kłamią, jest dobra w tym, co robi. Pewnego popołudnia Adam zaprosił
ją do domu i zaproponował nam układ, na który nigdy nie powinienem był
się zgodzić.
Żadnych uczuć, żadnego zaangażowania. Prywatnie mieliśmy być
przyjaciółmi, ale publicznie mieliśmy udawać parę i zyskać
rozpoznawalność dzięki popularności tego drugiego. Nasz plan miał
wszystko, by się powieść. Mieliśmy zrewolucjonizować media
społecznościowe.
Ale się w niej zakochałem.
A Michelle zaczęła się spotykać z jednym z moich najlepszych kumpli.
Kiedy widzę, że idzie w moją stronę w sukience według jednego z najnowszych projektów mamy, czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
Każdy zwróciłby uwagę na to, jak sukienka dopasowuje się do jej
cudownych kształtów, ale ja nie odrywam wzroku od jej oczu. Staje przede
mną z uśmiechem.
- Wszystko mi jedno, ile masz lat, zawsze będziesz knypkiem. Wiesz o tym, prawda? - pyta w żartach.
Zakrawa na ironię, że mówi do mnie w taki sposób, biorąc pod uwagę, że
jestem od niej wyższy o jakieś dwadzieścia centymetrów. Ale nie
wspominam o tym.
- Jesteś tylko o rok starsza, a już uważasz się za dojrzalszą.
- O dojrzałości porozmawiamy wtedy, gdy przestaniesz walić pięściami w ścianę jak jakiś troglodyta.
Powstrzymuję uśmiech.
- Wiesz, że tego nie robię.
- Wszyscy to robicie.
Spodziewa się, że zaprzeczę, ale chociaż nie ma racji, postanawiam
odpuścić.
- Przepraszam, co powiedziałaś? - pytam ironicznie, podnosząc rękę do
ucha. - Życzysz mi wszystkiego najlepszego? Och, dzięki, Michelle,
jesteś bardzo miła.
Popycha mnie ze śmiechem.
- Nie potrzebujesz więcej życzeń.
Wzruszam ramionami.
- Życzeń nigdy za wiele.
Przez kilka chwil patrzymy na siebie w milczeniu, aż w końcu ona się
uśmiecha i wyjmuje z torebki telefon. Odwracam wzrok, nagle czuję
zakłopotanie. Dobrze wiem, co się zaraz wydarzy.
- Instagram? - sugeruje Michelle. Udaję, że mnie to nie rusza, i zachowuję się jak gdyby nigdy nic.
- Tylko żebym ładnie wyszedł.
Oczywiście. Michelle jest prawdziwą ekspertką. Staje obok mnie, kładzie
moją rękę na swoich ramionach i daje mi buziaka w policzek, by zrobić
zdjęcie. Uśmiecham się, nie patrząc w kamerę, żeby wyglądało
naturalniej. Kiedy już jest gotowe, odsuwa się, nie odrywając wzroku do
telefonu.
- Przystojniak - mówi żartobliwym tonem. Pisze coś, a potem pokazuje mi
fotkę. - Jest okej?
Staram się, żeby moja mina nie zdradziła huraganu emocji, które miażdżą
moją klatkę piersiową. Po prostu przytakuję i usiłuję nie przywiązywać
wagi do tego, co napisała u góry, bo wiem, że tak naprawdę wcale tak nie
czuje.
"Szczęśliwej dziewiętnastki, skarbie. Kocham cię".
Wtedy zjawia się Max i obejmuje ją od tyłu. Michelle się wzdryga i nerwowo rozgląda dookoła, czy przypadkiem ktoś na nas nie patrzy. Jestem
ciekaw, jak on się z tym wszystkim czuje. To nie może być nic
przyjemnego, kiedy twoja dziewczyna udaje, że spotyka się z jednym z twoich kumpli. Muszą trzymać swój związek w tajemnicy, bo gdyby to
wyszło na jaw, zrobiłby się wielki skandal. "Tylko u nas: Liam Harper
zdradzony przez swoją dziewczynę i przez najlepszego przyjaciela!"
Oni idą razem do domu, a ja siadam z Evanem, który świetnie mnie zna i od razu podaje mi drinka. Wypijam jednym haustem i krzywię się, gdy
alkohol przelatuje mi przez gardło. Potem rozglądam się i uświadamiam
sobie, że oszukuję samego siebie. Nie mogę już dłużej.
To wszystko, moje życie, to przesada. Impreza, moja matka, Adam,
Michelle, Max, dwanaście milionów subskrybujących, którzy oczekują, że
codziennie będę wrzucał filmiki, zdjęcie, na którym Michelle kłamie,
pisząc, że mnie kocha, tysiące tweetów z życzeniami, których i tak jest
za mało, to, że brak mi pomysłów, a przede wszystkim świadomość tego, że
w niczym nie przypominam już chłopaka, który rok temu uśmiechał się do
kamery.
Spełniłem wszystkie swoje marzenia.
I jestem cholernie nieszczęśliwy.
To, co wcześniej było moją pasją, zamieniło się w koszmar.
Evan jest jedyną osobą, z którą się żegnam przed wyjściem z ogrodu. Idę
do kuchni i biorę butelkę wódki. Po chwili flaszka leży na tylnym
siedzeniu auta, a ja po prostu jadę przed siebie. Wybiorę się do
jakiegoś hotelu. Albo gdziekolwiek. Byle tylko z dala od świata. Evan ma
rację: powinienem o wszystkim zapomnieć i dobrze się bawić, przynajmniej
tego wieczoru.
Życie Liama Harpera może zaczekać do jutra.
Ostatecznie nie co dzień kończy się dziewiętnaście lat.
3. Intruz
3
Intruz
Maia
No to świetnie. Może on nie żyje.
Przyklejam nos do szyby i staram się coś dojrzeć. Wysiadłam z samochodu
tak szybko, że nie przyjrzałam się intruzowi. Tak się wystraszyłam, że
teraz serce wali mi jak młot i mam przyspieszony oddech. Próbuję się
uspokoić, bo w miarę możliwości muszę działać rozsądnie.
Nie chcę się chwalić, ale mam mocne płuca, więc mój krzyk musiał był
słyszalny w całej okolicy. Dlatego dziwię się, że koleś nawet nie
drgnął. Przychodzą mi do głowy tylko dwie możliwości: albo nie żyje,
albo jest nieprzytomny, i szczerze mówiąc, nie wiem, która z nich jest
gorsza. Martwe ciało znalezione w samochodzie w sobotni poranek to jak
scena wyjęta prosto z horroru, zgoda, ale co, jeśli się obudzi i okaże
się niebezpieczny?
Szyby są matowe i widzę tylko samą postać. Wygląda normalnie, nie jest
ani zbyt krępy, ani wyjątkowo chudy, na pewno dość wysoki, bo jest
oparty o przeciwległe okno, a jego długie nogi zajmują całe siedzenie.
Nie rusza się ani o milimetr i możliwe, że nie oddycha. Wcześniej
myślałam o tym, by zadzwonić na policję, ale mieszkam w małej
miejscowości i nie wiem, ile zająłby im przyjazd. Szkoda, że w pobliżu
nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc. Okolica jest pusta. Przypuszczam, że
sąsiedzi dalej śpią. Kto to wie.
Przełykam ślinę i wizualizuję sobie to, co zamierzam zrobić.
Starając się nie hałasować, otwieram drzwi samochodu. Chłopak porusza
się we śnie. Wstrzymuję oddech. Na szczęście od razu zaczyna chrapać,
jak gdyby nigdy nic. Jestem tak przyzwyczajona do tego zapachu, że
wyczuwam go dopiero po dłuższej chwili. On nie jest nieprzytomny, a tym
bardziej martwy. Po całych nocach serwowania drinków woń wódki rozpoznam
wszędzie.
Koleś jest pijany jak bela.
Nachylam się, by przyjrzeć mu się dokładniej, i przełykam ślinę.
Cholera. Na pewno jesteśmy w podobnym wieku. W sierpniu skończyłam
osiemnaście lat, a ten chłopak jest co najwyżej rok albo dwa lata ode
mnie starszy. Każdy by zauważył, jaki jest przystojny. Na głowie ma
pełno ciemnych, dzikich loków, które opadają mu na czoło, przez co nie
mogę zobaczyć oczu; ma prosty nos i ostre rysy.
Masa emocji zagnieżdża się w moim brzuchu. Szybko odwracam wzrok. Dobra,
powinnam skupić się na tym, co ważne.
Jak, do cholery, ten koleś znalazł się w moim samochodzie?
Oraz, co jest jeszcze pilniejsze: jak mam go stąd wyciągnąć?
Ten chłopak o wzroście metr osiemdziesiąt, który nie przestaje chrapać w moim samochodzie, kompletnie pokrzyżował mi plany. Powinnam już być w supermarkecie. Patrzę na niego, przygryzając wargę, i zastanawiam się,
czy mam go obudzić, czy nie. Ma na sobie dżinsy, które idealnie leżą na
biodrach, i bluzę z kapturem. Ale to, że podoba mi się jego styl
ubierania (i że jest przystojny), wcale nie oznacza, że jest
nieszkodliwy.
Przysuwam się, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Wtedy znajduję odpowiedź na
wszystkie moje pytania, mam ją tuż przed moimi oczami: jego telefon.
Zasnął, trzymając go w dłoni. Jego ręka jest ułożona w taki sposób, że
telefon leży na zagłówku. Najlogiczniej byłoby wyjąć go od strony
bagażnika, ale zamek zaczął szwankować w zeszłym tygodniu, więc nie chcę
ryzykować. Zaciskam usta. To fatalny pomysł, ale nie mam innego wyjścia.
Tak czy inaczej, chyba ma twardy sen. Przy odrobinie szczęścia nie
obudzi się.
Dam radę.
Nie zastanawiam się dłużej i wsadzam nogę do środka. Nabieram powietrza
i odpycham się, aż znajduję się na siedzeniu. Umieszczam kolano między
jego rozłożonymi nogami i nakazuję sercu, by się uspokoiło, bo zaraz
wyrwie mi się z piersi, a jednocześnie wyciągam się, jak tylko mogę,
żeby dosięgnąć telefonu. Kiedy muskam go opuszkami palców, zdaje mi się,
że słyszę chór śpiewający Hallelujah.
Nagle Pan Pijany porusza się we śnie, a jego ręka opada pod własnym
ciężarem i ląduje obok mojego kolana. Podskakuję tak, że uderzam głową o sufit samochodu. Choć zrobiłam sobie krzywdę, ledwo czuję ból, bo w tej
chwili nie myślę jasno. Jestem uwięziona między jego kończynami i wpadam
w panikę. Muszę się stąd wydostać. Natychmiast. Cofam się niezdarnie,
opierając rękę gdzie popadnie, bez zastanowienia. Kiedy wreszcie mam
nogi na ziemi, zamykam drzwi z hukiem.
Czuję, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi.
Cholera, cholera, cholera.
Wszystko przez głupi telefon.
Daję sobie kilka chwil na złapanie oddechu, a potem włączam urządzenie.
Trzęsą mi się ręce. Wyskakuje powiadomienie, bo ma prawie dwadzieścia
nieodebranych połączeń, ale nie będę mogła sprawdzić, kto dzwonił,
dopóki nie wstukam hasła. Muszę znaleźć kontakt pod nazwą "mama" albo
"tata", żeby zadzwonić i zapytać, kto to w ogóle jest i dlaczego znalazł
się w moim samochodzie.
Próbuję kilku absurdalnych kombinacji, jak poczwórne zero albo "jeden,
dwa, trzy, cztery". Wszystkie są niepoprawne i w końcu blokuję kartę.
Klnę. Czekam niecierpliwie, aż minie dwadzieścia pięć sekund, kiedy
nagle ekran staje się czarny.
Próbuję włączyć ponownie, ale to na nic. Bateria rozładowana. Ekstra.
Gdyby nie wyglądał na drogi, rzuciłabym tym złomem o ścianę.
Zaciskam powieki i próbuję zachować spokój. Znowu przytrzymuję przycisk
zasilania, modląc się, żeby zadziałał. Akurat wtedy słyszę stukanie w szybę i ze strachu telefon o mało nie wylatuje mi z rąk. Odwracam się z sercem w gardle.
Już nie śpi.
Panika miażdży mi płuca. Cofam się kilka kroków, nie spuszczając wzroku
z auta. Znowu stuka w szybę, coraz bardziej ponaglająco, ale ja się nie
ruszam - jedynie przełykam ślinę. Podczas gdy on może mnie dokładnie
widzieć, ja z trudem dostrzegam jego twarz. Próbuje otworzyć drzwi, ale
nie udaje mu się to, a ja zaczynam przeklinać samą siebie. Nie pamiętam,
żebym go zamykała.
Najpierw w moim samochodzie był śpiący chłopak, a teraz jest uwięziony.
Sytuacja robi się coraz gorsza.
On powoli opuszcza szybę.
- Wypuścisz mnie?
Wzdrygam się, słysząc jego głos.
Jest głęboki i szorstki. Czuję, że żołądek wywraca mi się na drugą
stronę, ale dochodzę do wniosku, że to przez tę całą absurdalną
sytuację. Jego duże niebieskie oczy patrzą na mnie z niecierpliwością.
Choć otwieram usta, nie mam pojęcia, co powiedzieć, i tylko potrząsam
głową. On wzdycha. Dosłownie chwilę potem odpycha się rękami, żeby wyjść
przez okno.
O. Mój. Boże.
Cofam się tak szybko, na ile pozwalają mi nogi. To zwinny chłopak, ale
jest jeszcze pod wpływem alkoholu. Kiedy stawia stopy na ziemi, zatacza
się i chwyta się samochodu, żeby się nie przewrócić. Zgina się wpół i kładzie sobie dłonie na skroniach. Boli go głowa. Innymi słowy: ma kaca.
- Kim jesteś? - wypalam bez zastanowienia.
Nie wiem, jakim cudem wydusiłam te słowa. Nie chcę, by wiedział, że mnie
onieśmiela, więc zakładam ręce na piersi i marszczę czoło, czekając na
odpowiedź. Pan Pijany patrzy na mnie z grymasem.
- Co?
Zaczynam się coraz bardziej niecierpliwić.
- Zapomniałeś, jak się nazywasz?
- My się znamy? - pyta, prostując się z trudem.
Rzeczywiście, jest ode mnie wyższy o jakieś dziesięć centymetrów. Brodę
nadal trzymam wysoko, aby pokazać pewność siebie. Nie przestaję tupać
nogą, ale przy odrobinie szczęścia może tego nie zauważy.
- Spałeś w moim samochodzie - przypominam mu, wskazując głową pojazd. -
Tak więc to ja zadaję tu pytania.
Tak mocno marszczy czoło, że cała jego twarz się ściąga. Patrzy na auto,
a potem na mnie i powtarza tę sekwencję kilka razy.
- W twoim samochodzie? - dziwi się. Przytakuję, jakby to było oczywiste,
a on łapie się za głowę. - Szlag, co ja, do cholery, robiłem w nocy?
Postanawiam opuścić nieco gardę. Wydaje się tak zdezorientowany, że
trudno mi uznać go za zagrożenie. Obserwuję go w milczeniu, aż opuszcza
ręce i pyta:
- Byłaś ze mną?
- Nie, nawet nie wiem, kim jesteś.
Przytakuje, nie zwracając na mnie większej uwagi.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie jesteśmy?
Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? On nie jest stąd. Znam wszystkich
mieszkańców tego zadupia. Gdyby mieszkał tu ktoś choćby w najmniejszym
stopniu do niego podobny, przypomniałabym sobie.
- Milnrow. - Nie reaguje, więc dodaję: - Anglia.
- Raczej trudno byłoby mi wyjechać z kraju.
Wkurzam się, bo to był sarkazm. Przewracam oczami i usiłuję zachować
dystans. On tymczasem przeszukuje kieszenie. Klnie pod nosem.
- Zgubiłem telefon.
- Tutaj jest.
Ignoruję jego spojrzenie, w którym widać mieszankę dezorientacji i wyrzutu, i podaję mu go. Jego palce przypadkowo muskają moje, co
sprawia, że natychmiast się odsuwam. Na szczęście jest zbyt
skoncentrowany na włączeniu telefonu, by to zauważyć. Szybko się
przekonuje, że jest rozładowany, i prycha wkurzony.
Powinnam mu powiedzieć, że ma ze dwadzieścia nieodebranych połączeń, ale
nie chcę, by wiedział, że węszyłam.
- Szlag. - Podnosi wzrok. - Nie masz przypadkiem ładowarki?
Uciekam wzrokiem, bo nie czuję się swobodnie, patrząc mu w oczy. Ale
tylko pogarszam sytuację, bo nagle zerkam na jego szerokie ramiona, a kiedy moje spojrzenie wędruje dalej w dół i napotyka pasek w dżinsach,
które niebezpiecznie przylegają do jego bioder, czuję, że mam sucho w ustach.
Wzdrygam się i pospiesznie myślę o czymś innym. Mój głos staje się
jeszcze bardziej oschły, o ile to w ogóle możliwe.
- Nawet nie wiem, kim jesteś. Masz mi wyjaśnić, co, do cholery, robiłeś
w moim samochodzie.
Obserwuje mnie w milczeniu przez kilka długich sekund i obawiam się, że
zauważył, jak lustrowałam go od stóp do głów. Ale tylko potrząsa głową.
- Niczego nie pamiętam. - Nagle na jego twarzy pojawia się zdziwienie i chłopak marszczy czoło. - Chwila, co powiedziałaś?
- Zapytałam, co robiłeś w moim samochodzie.
- Nie, wcześniej.
- Chcę wiedzieć, kim jesteś.
Teraz wygląda na jeszcze bardziej zaskoczonego.
- Nie wiesz, kim jestem? - pyta, przyswajając tę wiadomość ze
zdumieniem, a potem kręci głową, jakby nie dopuszczał takiej możliwości.
- Słuchaj, jeśli udajesz, że mnie nie znasz, żeby mnie nie przestraszyć,
to lepiej, żebyś wiedziała, że...
Zauważa zmianę w moim wyrazie twarzy i nie kończy zdania. Patrzę na
niego z niedowierzaniem. O co mu chodzi?
- Udaję? - powtarzam. Wydaje mi się to tak surrealistyczne, że trudno mi
w to uwierzyć. Moglibyśmy dalej tak dyskutować, ale po co? Wysiadł już z mojego samochodu. Już nic więcej od niego nie potrzebuję. - Wiesz co?
Nieważne. Tylko tracę przez ciebie czas.
Rozmawiamy zaledwie kilka minut, a już jestem w złym humorze. Oczywiście
traci na atrakcyjności, gdy tylko otworzy usta. Postanawiam, że to
absurdalne zdarzenie musi się tu zakończyć, i omijam go, idąc do drzwi
od strony kierowcy.
Kiedy łapie mnie za ramię, serce zaczyna mi walić jak młot.
- Czekaj - prosi, ciągnąc mnie, abym się odwróciła. - Potrzebuję pomocy,
okej? Nie wiem, gdzie jestem ani jak się tu dostałem. Mam rozładowany
telefon i...
- To nie mój problem.
Szarpię ramieniem, żeby mnie puścił. Na dziś już mi wystarczy. On jednak
nie zamierza się poddać. Otwieram drzwi samochodu, a on zamyka je
ponownie.
- Potrzebuję tylko ładowarki. Wykonam jeden telefon i spadam.
Mam złe przeczucia. Musi wyczuwać, że znowu odmówię, bo podnosi ręce i dodaje:
- Jestem niegroźny. Możesz mnie przeszukać, jeśli chcesz.
Tak jak myślałam, to dupek.
- Wypróbuj ten numer na moich sąsiadach. Na pewno będziesz miał więcej
szczęścia.
Im szybciej odjadę, tym szybciej dotrę do supermarketu, a potem będę
mogła znowu zamknąć się w swoim pokoju. Otwieram drzwi, ale on znowu je
zamyka. Moja cierpliwość jest na wyczerpaniu. Odwracam się do niego,
powstrzymując chęć rozwalenia mu głowy o szybę. On jednak nic sobie z tego nie robi. Podaje mi rękę.
- Jestem Liam. - Milknie. - Harper.
Nie wiem, czy oczekuje, że zareaguję w jakiś szczególny sposób, ale
zakładam ręce na piersi i tylko patrzę na jego wyciągniętą dłoń.
- Proszę - dodaje ciszej.
Czuję ukłucie litości. To jasne, że ani myśli się poddawać, i chociaż
działa mi na nerwy, skończymy to wcześniej, jeśli przestaniemy
przerzucać się słowami. Przytakuję i podejmuję decyzję, choć wiem, że
będę jej żałować.
- Dziesięć minut. - W końcu ustępuję. - I ani minuty więcej.
Kiedy na niego spoglądam, widzę, że na jego twarzy coś się zmieniło. Nie
wiem, kim on jest, ale zastanawiam się, czy istnieją gwiazdozbiory
inspirowane takim uśmiechem jak ten jego.
4. Nazwa gwiazdy
4
Nazwa gwiazdy
Liam
Do głowy przychodzą mi tylko dwa wyjaśnienia tego, co się dzieje: albo
ta dziewczyna świetnie gra, albo nie ma zielonego pojęcia, kim jestem.
Stanowczo odrzucam myśl, że może chodzić o to drugie.
Czekam w milczeniu, podczas gdy ona walczy z zamkiem w drzwiach swojego
domu, i korzystając z okazji, że na mnie nie patrzy, przyglądam się jej
uważnie. To drobna brunetka z włosami obciętymi na wysokości ramion.
Wcześniej byłem zbyt zaspany, żeby zwrócić na to uwagę, ale kiedy
wreszcie udaje jej się otworzyć drzwi, wchodzi pierwsza i wskazuje, bym
ruszył za nią - wtedy wlepiam w nią wzrok i nagle uznaję, że nie tylko
jest całkiem niezła. Jest więcej niż świetna.
- Pospiesz się z łaski swojej - wypala, nie patrząc na mnie.
Jej wrogi ton zmusza mnie do ruszenia z miejsca.
Dom jest mały i pachnie środkiem dezynfekującym, jakby ktoś właśnie
zrobił tu gruntowne porządki. Za bardzo boli mnie głowa, bym zwracał
uwagę na szczegóły, ale na pierwszy rzut oka widać, że to miejsce w niczym nie przypomina naszej willi. Jak ona powiedziała - że gdzie
jesteśmy? Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek słyszał nazwę tego
zadupia.
Szlag. Co ja, do cholery, robiłem w nocy?
Pamiętam, że widziałem Michelle i Maxa razem na imprezie i że potem
wsiadłem do samochodu z butelką wódki. Pojechałem za miasto,
zaparkowałem na jakiejś pustej działce i zacząłem pić, aż wszystko wokół
zrobiło się zamazane. To, co się stało później, to jedna wielka zagadka.
W jakiś sposób wylądowałem w samochodzie nieznajomej z niezłym
charakterkiem, która teraz prowadzi mnie, jak sądzę, do swojego pokoju.
Pomieszczenie jest dość spore, biorąc pod uwagę wielkość reszty domu. Są
tu dwa identyczne łóżka stojące przy bocznych ścianach, ale - podczas
gdy jedno jest niezasłane - wydaje się, że na tym drugim od dawna nikt
nie spał. Jednak ogólnie rzecz biorąc, panuje tu porządek, co z jakiegoś
powodu w ogóle mnie nie zaskakuje. Podnoszę wzrok na sufit i uświadamiam
sobie, że jest pełen plastikowych gwiazd.
Wow. Niezła ekscentryczka.
- Przytulnie - rzucam, bo chcę być miły.
Odburkuje coś w odpowiedzi. Zostaję przy drzwiach, a ona przeszukuje
szuflady szafki nocnej. Nie chcę kusić losu, więc trzymam oczy z dala od
niej. Żeby zająć się czymś innym, wyglądam na korytarz. Są tu jeszcze
dwa pokoje, ale oba zamknięte i wszędzie panuje cisza jak makiem zasiał.
Zastanawiam się, czy mieszka sama.
Ile może mieć lat? Wystarczająco, żeby się uniezależnić? Dociera do
mnie, że nie znam też jej imienia. Szlag, nie jestem nawet pewien, czy
jest pełnoletnia. Dla dobra nas obojga będzie lepiej, jak się wreszcie
skupię.
- Mam. - Jej głos przywraca mnie do rzeczywistości.
Podaje mi białą ładowarkę. Patrzę na dziewczynę i widzę jej ciemne oczy,
zapadnięte policzki i te pełne wargi. Przygląda mi się niecierpliwie,
więc pospiesznie biorę ładowarkę.
- Dzięki.
Wskazuje jakiś punkt za mną.
- Tam możesz podłączyć.
Podłączyć. No jasne. Ładowarki się podłącza.
- Masz aspirynę? - pytam ledwo żywy. - Zaraz pęknie mi głowa.
To ryzykowny krok, ale nie mogę już dłużej wytrzymać. Ona zakłada ręce
na piersi i patrzy na mnie podejrzliwie.
- Potrzebuję czegoś, co pomoże na kaca. - tłumaczę.
- Wystarczy nie pić.
- Bardzo śmieszne.
- Miało być dziesięć minut, zostało ci już tylko siedem - przypomina mi
oschłym tonem.
Nie cierpię przegrywać na argumenty, ale trzymam gębę na kłódkę. Muszę
się jak najszybciej dowiedzieć, w jaki sposób się tu znalazłem, a przede
wszystkim, jak wrócić. Adam pewnie odchodzi od zmysłów. Znikam w swoje
urodziny bez słowa wyjaśnienia? W jego oczach to tak, jakbym popełnił
zbrodnię.
Odwracam się w poszukiwaniu gniazdka i opieram się pokusie, by na nią
spojrzeć, gdy słyszę jakiś szmer za plecami. Potem wyjmuję z kieszeni
telefon i próbuję go podłączyć. Wygląda jednak na to, że dziś rano los
obrócił się przeciwko mnie, bo ładowarka się nie nadaje.
Mam przesrane.
Co ja teraz zrobię?
Zasłaniam gniazdko ciałem i udaję, że używam telefonu, tylko po to, żeby
zyskać na czasie, chociaż ona wcale na mnie nie patrzy. Wbija wzrok w gwiazdy na suficie. Jeśli chcę, żeby mi pomogła, muszę szybko coś
wymyślić, bo zaraz po prostu wyrzuci mnie stąd na kopach. Wkurza się za
każdym razem, gdy otwieram usta.
- No i? - pyta po kilku sekundach.
Biorę się w garść, a potem się odwracam i oddaję ładowarkę.
- Nie pasuje.
Na początku jest zaskoczona, ale wyraz jej twarzy ulega zmianie, kiedy
widzi mój telefon. I nagle, zamiast złości, dostrzegam zawstydzenie,
jakby to była jej wina, że nie ma specjalnej ładowarki do telefonów z najwyższej półki.
Jej głos brzmi jednak równie lodowato i sarkastycznie jak wcześniej:
- Szkoda. Wygląda na to, że nie będę mogła ci pomóc.
- Nie mam dokąd pójść. - Brzmię tak desperacko, że współczuję sam sobie.
Kiedy na mnie spogląda, w jej oczach dostrzegam wahanie. Tymczasem w skroniach nadal czuję przeszywający ból. - Potrzebuję aspiryny. Proszę.
Na szczęście ustępuje. Pokazuje, żebym usiadł, a sama wychodzi z pokoju.
Kiedy po chwili wraca z tabletką i szklanką wody, wymyka mi się
westchnienie ulgi. Łykam bez zastanowienia.
- Lepiej?
Zanim zadziała, musi minąć trochę czasu, ale i tak odpowiadam:
- Dzięki.
- Przykro mi, że moja ładowarka się nie nadaje. Mam tylko taką.
Bierze ode mnie szklankę, stawia ją na szafce nocnej i siada na łóżku w bezpiecznej odległości. Możliwe, że jest skłonna pomóc mi bardziej, niż
mi się wydaje.
- Możesz mi przypomnieć, jak się nazywa ta miejscowość? - pytam.
- Milnrow.
- Gdzie to dokładnie jest? - pytam z zamkniętymi oczami. Podnoszę ręce
do skroni i błagam, by aspiryna zadziałała jak najszybciej.
- Pół godziny jazdy z Manchesteru i jakieś czterysta kilometrów od
stolicy.
Gwałtownie podnoszę głowę.
- Co? Ile kilometrów od Londynu?
Jak ja się, do cholery, tu znalazłem?
Nieznajoma chyba czyta w moich myślach, bo jej twarz się spina.
- Jechałeś autostradą prawie czterysta kilometrów po pijaku? - Jej głos
jest pełen wyrzutu. Wygląda tak, jakby za chwilę miała mnie walnąć
pięścią w twarz.
- Gdybym przyjechał własnym samochodem, nie wylądowałbym w twoim.
To jest tak logiczna odpowiedź, że dziewczyna się uspokaja. Chowa
pazury, choć nadal jest podejrzliwa.
- Co dwa dni jeździ tędy nocny autobus. Przystanek jest kilka ulic
dalej. Chyba udało nam się rozwiązać zagadkę.
Czuję, że wszystko wokół wiruje. Nie pamiętam, żebym wsiadał do czyjegoś
samochodu, ale nie pamiętam też, żebym kupował bilet na autobus. O czym
ja myślałem? Cóż, okej, tak naprawdę wiem, o czym myślałem: chciałem się
znaleźć możliwie najdalej od matki, Adama i reszty mojego życia.
Nie sądziłem, że Pijany Liam potraktuje to aż tak dosłownie.
- Skoro mieszkasz w Londynie, a znalazłeś się tutaj, to powinieneś
zadzwonić do swoich rodziców. Pewnie się martwią - odzywa się
nieznajoma.
Niemal śmieję się gorzko. Mama się o mnie martwi? A to dobre. Adam na
pewno teraz histeryzuje, ale nie dlatego, że go obchodzę, tylko dlatego,
że nie może mnie pilnować i ma świadomość, że każde z moich działań moje
zaszkodzić wizerunkowi matki. W każdym razie ona ma rację. Powinienem do
nich zadzwonić i choć raz w życiu mogliby zadać sobie trud bycia
rodzicami.
Kłopot w tym, że nie wiem, jak im wyjaśnić, co się stało. Nie mogę im
przecież powiedzieć, że w nocy wypiłem tyle, że wsiadłem do autobusu
jadącego donikąd. Oszaleliby. A poza tym wcale ich nie potrzebuję.
Nauczyłem się sam rozwiązywać swoje problemy. Znajdę jakiś sposób, żeby
wrócić. I skontaktować się z Evanem, żeby mnie krył.
- Możesz mnie podrzucić na przystanek? - pytam. - Powinienem jak
najszybciej wrócić.
Mruga, jakbym sobie z niej żartował.
- Już ci powiedziałam, autobus jeździ co dwa dni. Jesteśmy na zadupiu. I jest sobota. Nikt nie chce przyjeżdżać do Milnrow w zwykły dzień, a co
dopiero w weekend.
Jej odpowiedź jest jak cios w brzuch.
- To co mam zrobić? Czekać tu, aż przyjedzie następny autobus?
- Mowy nie ma. Miało być dziesięć minut, a siedzisz tu już piętnaście.
Robię ci przysługę. - Znowu ten wrogi ton. Chyba zauważa, że nie jestem
w nastroju do kłótni, bo milknie, a potem odzywa się łagodniejszym
głosem. - W każdym razie po co tu przyjechałeś? Uciekałeś przed czymś?
Masz problemy z rodzicami?
Obserwuję ją przez chwilę. Na jej twarzy szukam oznak, że kłamie, ale
nie znajduję niczego. A więc to wszystko na serio?
- Naprawdę nie wiesz, kim jestem?
Moje pytanie kolejny raz wytrąca ją z równowagi.
- Wiem tylko tyle, że masz na imię Sean.
- Liam.
- Nieważne.
- Harper. Nazywam się Liam Harper. - Liczę, że zareaguje, słysząc
nazwisko mojej matki, ale ona pozostaje niewzruszona. Wzdycham zmęczony.
- Wygląda na to, że na zadupie nie dociera też internet.
Mój nagły atak ją zaskakuje.
- Tylko ja mogę się czepiać mojego miasteczka - mówi ostrzegawczo.
- Raczej wioski.
- Mogło być gorzej.
Patrzę na nią i się nad tym zastanawiam.
- Tak, masz rację.
Cisza. Nie odwraca wzroku, ale umiem wyczuć, kiedy denerwuję jakąś
dziewczynę, i chociaż ona próbuje to ukryć, jest jasne, że moja obecność
ją drażni. Mimo to twierdzi, że nie ma pojęcia, kim jestem. To może być
moja przewaga, więc postanawiam zaoszczędzić sobie szczegółów:
- Nie uciekam. Nawet nie wiem, jak tu dotarłem. Ale muszę wrócić do
domu, zanim rodzice się dowiedzą, że mnie nie ma. Mówisz, że przez
najbliższe dwa dni nie będzie żadnego autobusu, a nie zamierzam tyle
czekać, więc jako jedyna możesz mi pomóc.
Unosi brwi. Okej, jeszcze mnie nie wywaliła, więc gratuluję sobie
krótkiej, lecz skutecznej przemowy.
- Ja? - Dziewczyna dziwi się, nie wiedząc, do czego zmierzam.
- Chcę, żebyś zawiozła mnie do Londynu.
Bezpośrednio i bez znieczulenia. Odpowiada automatycznie:
- Nie.
- No weź, nie mam jak wrócić - mówię i wstaję, ale wciąż zachowuję
dystans.
- To nie mój problem. Mam coś do załatwienia, a przez ciebie tylko tracę
czas.
Szlag. Muszę ją przekonać, zanim powie, że mam sobie iść. Szybko
rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji, ale jedyne, co widzę,
to notatniki na biurku.
- Wynagrodzę ci to. - Próbuję dalej, choć jeszcze nie wiem, jak miałbym
jej się odwdzięczyć.
- Nie jestem zainteresowana.
- Mogę zapłacić.
Proponuję to niemal automatycznie, bo już się przekonałem, że ludzie dla
pieniędzy zrobią wszystko. Patrzy na mnie podejrzliwie.
- Nie opłaci mi się, jeśli pokryjesz tylko koszty paliwa.
- Dałbym ci więcej. Pieniądze to nie problem.
Czuję odrobinę nadziei, widząc wahanie w jej oczach. Zastanawiam się, na
co przeznaczy te pieniądze. Pozwoli sobie na jakąś zachciankę czy
naprawdę potrzebuje tej kasy?
- Ile? - pyta.
- A ile chcesz?
- Czterysta.
- Trzysta pięćdziesiąt.
- Mógłbyś zamówić taksówkę i jeszcze by ci zostało.
- Bierzesz czy nie?
- Czterysta. - Upiera się przy swojej stawce, zakładając ręce na piersi.
- Albo przez najbliższe dwa dni będziesz spał na przystanku.
Oczekuje, że będę protestował, ale mam związane ręce. Więc chowam dumę
do kieszeni i się zgadzam.
- W porządku, niech będzie czterysta.
Nie wygląda jednak na zbyt przekonaną. Daję jej kilka sekund na
zastanowienie. Kiedy przygryza wargę, mój wzrok pada na jej usta, a potem przesuwa się niżej. Nie przypomina Michelle, ale podoba mi się.
Nie umiałbym powiedzieć, czy jest w moim typie, bo chyba nie mam żadnego
określonego typu, ale każdy by zauważył, że jest ładna. Wygląda naprawdę
świetnie. Zmuszam się do odwrócenia wzroku tylko dlatego, że wymaga tego
sytuacja.
- Muszę wrócić do domu przed nocą - mówi po dłuższym namyśle.
- Pojedziemy od razu do Londynu. Zdążysz.
- Okej. Umowa stoi.
Uf, kamień z serca. Może przy odrobinie szczęścia zdołam ją jeszcze
przekonać, żeby pożyczyła mi telefon, bym mógł zadzwonić do Evana.
Wszystko idzie jak po maśle, ale jest jedna kwestia.
- Masz prawko? - pytam.
- Słucham?
- Wiem, że wiele szesnastolatek jeździ bez.
- Mam osiemnaście lat, dupku - wypala. - I nigdy nie prowadziłabym bez
dokumentów.
Ukrywam uśmiech. Świetnie. Jest pełnoletnia.
Patrzy mi prosto w oczy, ale po chwili się odwraca i szuka swojego
telefonu oraz kluczy. Chyba naprawdę się przy mnie denerwuje. Milczę, aż
ponownie odwraca się w moją stronę.
- Powinniśmy już jechać - mówi, nie patrząc wprost na mnie.
- A ty powinnaś powiedzieć mi, jak masz na imię. Jeśli mnie porwiesz i cię złapią, policja będzie chciała informacji.
Chciałem ją rozbawić, ale jeszcze się opiera. Przygląda mi się nieufnie
i odpowiada:
- Mam na imię Maia.
Maia. Podoba mi się.
- To nazwa gwiazdy - zauważam.
- Lubisz astronomię? - pyta zaskoczona.
Kilka miesięcy temu Michelle adoptowała kotkę i pomagałem jej wybrać
imię. Przekopałem cały internet w poszukiwaniu tych najładniejszych i "Maia" znajdowała się wśród moich propozycji. Nie będę jej opowiadał
całej historii, więc tylko wzruszam ramionami.
- Coś w tym stylu - odpowiadam krótko.
Nie pamiętam, jakie imię wybrała w końcu Michelle, ale mam nadzieję, że
nie to. Za każdym razem, gdy je usłyszę, na pewno będę przypominał sobie
o tej dziewczynie.
5. Podróż
5
Podróż
Liam
- Zapnij pas.
- Tak jest, sierżancie.
Maia przewraca oczami. Robię, jak mówi, choć nie ukrywam uśmiechu.
Jestem dobry we wkurzaniu ludzi, powiedziałbym, że to jedna z moich
zalet. Ona ma charakterek i myślę, że będę się świetnie bawił, wbijając
jej szpilki przez całą drogę.
Postanawiam jednak zaczekać z tym, aż znajdziemy się na autostradzie i nie będzie już mogła wykopać mnie z auta. Zanim wyjechaliśmy, minęło
prawie pół godziny, bo jeszcze nie była do końca przekonana. Wytrzymałem
bez narzekania jak prawdziwy mistrz, choć nie rozumiałem, co ją tak
martwi, przecież będzie z powrotem co najwyżej późno w nocy. Okej, to
wiele godzin jazdy, ale zamierzam dobrze jej zapłacić. Wydaje mi się, że
to uczciwy układ.
A mimo to wciąż zachowuje się tak, jakby to była dla niej tortura.
Przed wyjazdem dowiedziałem się też, że nie mieszka sama. Weszła do
jednego z pokoi, żeby pożegnać się z matką, która jeszcze spała. Maia
chyba nie powiedziała jej zbyt wiele, a ona o nic nie dopytywała, co
sprawia, że już mamy coś wspólnego. Pozwalasz córce wsiąść do samochodu
z nieznajomym i nawet cię nie interesuje, dokąd jedzie? Cóż, brzmi jak
coś, co zrobiłaby też moja matka.
Maia jedzie do wyjazdu z Milnrow. Ja patrzę przez okno, rozkojarzony.
Teraz, gdy aspiryna zadziałała, nie boli mnie już głowa, ale ten gruchot
jest tak niewygodny, że nie wiem, jak wytrzymam tu prawie cztery
godziny. Moje nogi są za długie na to siedzenie. Wiercę się
niespokojnie, a ona przestaje na chwilę patrzeć na drogę, by spojrzeć na
mnie.
- A więc bogaty dzieciak nie jest przyzwyczajony do małych samochodów,
co?
Przewracam oczami. Nazywa mnie tak, odkąd powiedziałem, że pieniądze to
nie problem.
- Jesteś wrogo nastawiona, Maia. Można by pomyśleć, że mnie podrywasz.
- Przykro mi, ale nie jesteś w moim typie.
- Ta, jasne.
- Faceci, którzy udają twardzieli, są dla mnie śmieszni.
Powstrzymuję uśmiech.
- Próbujesz zranić moje ego?
- Prawda boli.
- Uważasz, że udaję twardziela. Cóż, nie jest źle. - Tak naprawdę
uważam, że to interesujące. Odchylam się na oparcie i uśmiecham kpiąco.
Ponieważ ona nie odpowiada, postanawiam jej jeszcze trochę dogryźć. -
Powiedz, robiłaś mi zdjęcia, kiedy spałem? Na pewno obkleisz nimi swój
pokój.
- Nie, a gdybym je zrobiła, to po to, żeby pokazać policji.
Znowu to samo.
- Spędzimy razem dużo czasu. Byłoby dobrze, gdybyś przestała traktować
mnie jak przestępcę.
- Nie wiem, czy nim jesteś, czy nie.
To już naprawdę mnie wkurza. Widzę, że mocno ściska kierownicę i nie
przestaje nerwowo zerkać w lusterko wsteczne. Jest spięta, odkąd
wyjechaliśmy. A więc to przeze mnie? Wyobrażam sobie, że woń alkoholu
niezbyt pomogła mi wywrzeć pozytywne wrażenie, no i od wczoraj nie
brałem prysznica. Nie było publicznej toalety w tym przeklętym
autobusie, do którego musiałem wsiąść pijany i który zostawił mnie
pośrodku niczego.
Gdy o tym teraz myślę, uzmysławiam sobie, że nie przeglądałem się też.
Opuszczam osłonę przeciwsłoneczną, żeby przejrzeć się w lusterku, ale w tej samej chwili Maia skręca, gwałtownie zjeżdżając z drogi, i zatrzymuje samochód na polnej ścieżce. Serce wali mi jak młot. Co, do
cholery...?
Zanim zdążę zapytać, wysiada z auta i okrąża je, żeby otworzyć drzwi z mojej strony. Zaczynam myśleć, że mnie tu zostawi, ale ona wypala:
- Ty prowadzisz.
- Co? - mamroczę oszołomiony.
- Ty prowadzisz. No już, ruszaj się.
Nie reaguję, więc ciągnie mnie za ramię.
- Liam, proszę.
Widząc jej desperację, reaguję i wysiadam. Maia błyskawicznie zajmuje
moje miejsce. Potem zamyka drzwi i czeka z rękami założonymi na piersi,
aż wsiądę. Daję sobie kilka sekund, żeby przetworzyć to, co się właśnie
stało. Ta dziewczyna ma nierówno pod sufitem.
Tak czy inaczej wsiadam do samochodu.
- W porządku. - Wzdycham i zapinam pas. Moje nogi są za długie, więc
szukam uchwytu pod fotelem, żeby go przesunąć.
Maia na mnie nie patrzy. Jest blada i nerwowo wbija sobie paznokcie w ramiona. Jeszcze chwilę wcześniej pomyślałbym, że to z mojej winy, ale
wątpię, żeby pozwoliła mi prowadzić, gdyby myślała, że zrobię jej
krzywdę. Tak bardzo boi się jeździć? Ja też byłem zestresowany, kiedy
zrobiłem prawo jazdy, ale nigdy do tego stopnia.
- Dobrze się czujesz? - pytam.
Wzdryga się na dźwięk mojego głosu. Wygląda tak, jakby zaraz miała
dostać ataku paniki. Przełyka ślinę i kiwa głową, choć wiem, że robi to
tylko po to, żebym przestał dopytywać.
- Jedź ostrożnie - prosi.
- Jasne.
Strasznie dziwna dziewczyna.
Nie mówię nic więcej i manewruję autem, żeby wrócić na drogę. Milczymy
przez kolejne pięć minut. Maia tylko patrzy przez okno, spięta, z rękami
wciąż założonymi na piersi, a ja rzucam jej ukradkowe spojrzenia i nerwowo bębnię palcami w kierownicę. Trudno mi się skupić, kiedy siedzi
obok. Zanim wyszliśmy z jej domu, ledwo ufała mi na tyle, żeby pozwolić
mi wsiąść do swojego samochodu, a teraz chce, żebym prowadził. Cokolwiek
się z nią dzieje, musi to być coś poważnego.
I nie sądzę, żeby cisza pomagała.
- Byłaś kiedyś w Londynie?
Spina się jeszcze bardziej. Patrzę na nią kątem oka, a potem znowu
skupiam się na drodze.
- Nie - odpowiada krótko.
- No to powinnaś. Na pewno ci się spodoba. - Patrzy na mnie z niedowierzaniem. - Wszystkim się podoba - dodaję.
Sceptycznie mlaszcze językiem, ale poprawia się na siedzeniu i przysuwa
się nieco bliżej.
- Słyszałam, że to bardzo smutne miasto.
- Cóż, z doświadczenia wiem, że nie warto wierzyć plotkom.
Tym przykuwam jej uwagę. Na szczęście chyba już przestała myśleć o tym,
co - jak mi się wydaje - ją martwi.
- Śmiało. - mówię zachęcająco, rzucając jej szybkie spojrzenie. - Pytaj,
o co chcesz. Prowadzę twój samochód, a ty nawet nie wiesz, ile mam lat.
- Nie obchodzi mnie to. - Kłamie szybko w obronnym geście.
- Nie udawaj twardzielki, Maia. Przejrzałem cię.
Spodziewam się, że znowu się najeży, ale ona tylko wzdycha zrezygnowana.
- Ile masz lat? - pyta.
- Dziewiętnaście.
- Wystarczająco, żeby pójść do więzienia za porwanie - rzuca gorzko.
Tym razem się nie uśmiecham.
- To ty nalegałaś, żebym usiadł za kółkiem.
Natychmiast wyłapuje pytanie ukryte w moich słowach. Poprawia się na
siedzeniu, jakby nagle poczuła się niezręcznie.
- Nie jestem przyzwyczajona do dłuższych tras.
- Jako kierowca? - Zgaduję tylko. Wyobrażam sobie, że wielokrotnie
podróżowała z rodzicami.
- Ogólnie. - Milknę, żeby mówiła dalej. To chyba ją rozluźnia. -
Codziennie jeżdżę do Manchesteru tam i z powrotem, ale to się nie liczy.
To tylko pół godziny drogi.
- Pracujesz tam?
- Nie. Cóż, mniej więcej.
- Ale pracujesz, prawda?
- Jestem kelnerką.
- Ciekawe, co?
- To, że pracuję w barze, nie oznacza, że lubię zadawać się z pijakami -
wypala oschle.
Z trudem powstrzymuję śmiech. Szybko załapała żart.
- Studiujesz? - pytam dalej.
- Nie.
Nie chcę, żeby to wyglądało jak przesłuchanie, więc mówię:
- Ja też nie. Nie poszedłem na uniwerek, bo chciałem się poświęcić
wyłącznie temu, co robię.
Staram się wzbudzić w niej ciekawość, ale ona tylko wzrusza ramionami,
zupełnie niezainteresowana moimi sprawami. Niezły cios dla mojego ego.
Tak naprawdę wiem, że lepiej, by nie wiedziała, kim jestem, na dłuższą
metę przysporzy mi to mniej problemów. Ale traktuje mnie jak zwykłego
dupka, a jakaś część mnie nie może się doczekać, by powiedzieć prawdę,
tylko po to, żeby jej zaimponować.
- Żałujesz, że nie poszedłeś na uniwersytet? - podejmuje po chwili. -
Gdybym ja miała taką szansę, nie zmarnowałabym jej.
- Domyślam się. Zrezygnowałem, żeby robić to, co naprawdę mnie
uszczęśliwia.
Dziwię się, że moje kłamstwo brzmi tak wiarygodnie.
- To jest w porządku - odpowiada.
- Dlaczego nie możesz studiować?
- Pracuję. Nie dałabym rady tego połączyć. Poza tym może w twoim świecie
ludzie się nad tym nie zastanawiają, ale studia są drogie.
Myślę o tym, co powiedziała, i przytakuję. Nigdy nie przyszło mi to do
głowy.
- Masz rację - zgadzam się. - W moim świecie nikt się nad tym nie
zastanawia.
Teraz, gdy mam tego świadomość, widzę, że to dość smutne. I niesprawiedliwe. Maia obejmuje się ramionami i patrzy w drugą stronę.
- Właśnie.
- A co byś studiowała? - pytam. Chcę zmienić temat, żeby nie przyjmowała
ciągle postawy obronnej. Poza tym nie mogę zaprzeczyć, że jestem ciekaw.
Jak na kogoś, kto z powodu "swojego świata" nigdy nie planował
studiować, Maia nie ma żadnych wątpliwości.
- Dziennikarstwo.
- Dlatego masz tyle notatników? Piszesz?
Nie wiem, kto jest teraz bardziej zaskoczony: czy ona, orientując się,
że zwróciłem na to uwagę, czy ja, gdy uświadamiam sobie, że rzeczywiście
to zrobiłem.
- Skąd wiesz, że mam tyle notatników?
- Leżały na twoim biurku. Jestem dobrym obserwatorem.
- I dlatego możesz być przestępcą.
Bierze mnie z zaskoczenia i nie mogę powstrzymać śmiechu. Moja reakcja
sprawia, że Maia sztywnieje, ale na jej ustach ostatecznie maluje się
nieśmiały uśmiech. To zachęca mnie do kontynuowania rozmowy.
- Tak naprawdę nie wiem nic na temat astronomii. Twoje imię znalazłem na
stronie z imionami dla kotów.
Teraz to ona się śmieje. Nie mogę się oprzeć, by znów na nią nie
spojrzeć, choć znowu szybko skupiam się na drodze. Bardzo ładnie się
śmieje.
- Wiedziałam, że to kłamstwo. Nie wyglądasz mi na astronomicznego nerda.
- Mówisz tak dlatego, że jestem przystojny?
- Dlatego, że wyglądasz na kretyna.
Przykładam rękę do klatki piersiowej, jakby trafiła mnie prosto w serce.
- Ranisz mnie.
- Na pewno.
Wymyka mi się uśmiech. Ani myślę przyznawać tego na głos, ale mimo
wszystko chyba trochę ją lubię.
- Twoi rodzice wiedzieli, że Maia to nazwa gwiazdy?
- Tata uwielbiał astronomię. Zawsze powtarzał mamie, że ożeni się z nią
tylko pod warunkiem, że pozwoli mu nadać dzieciom takie imiona, jakie
zechce. On wybrał też imię dla mojej siostry. - Robi pauzę i na mnie
patrzy. - Ma na imię Deneb. To najbardziej oddalona od Ziemi gwiazda
znana człowiekowi.
Zalega krępująca cisza. Maia przysuwa się do drzwi i wygląda na to, że
się w sobie zamyka. Odchrząkuję.
- To na pewno fajny facet. Twój ojciec - rzucam.
- Nie żyje.
Szlag. Serce wali mi tak mocno, że o mało nie wypadamy z drogi.
- Przykro mi - mówię bez tchu.
Pospiesznie odpowiada, tak jakby właśnie uświadomiła sobie, jak szorstko
zabrzmiało to, co powiedziała.
- W porządku. Zmarł, kiedy miałam dziesięć lat. Nie mogłeś wiedzieć.
Znowu mam wrażenie, jakby cisza miała nas wchłonąć.
- Ja też nie mam ojca - wyznaję. Nie wiem, dlaczego tak bardzo chcę jej
o tym opowiedzieć. - Zmył się, kiedy skończyłem dwanaście lat.
Wychowywała mnie matka.
Za bardzo przypudrowałem sytuację, ale nie musi wiedzieć nic więcej na
temat mojej rodziny. Wyobrażam sobie, że powie, że jej przykro, jak
wszyscy, ona jednak rzuca tylko:
- Do dupy.
A ja się śmieję, bo ma całkowitą rację.
- Nie podobało mu się, że moja mama odniosła większy sukces niż on.
Nigdy nie mógł znieść tego, że tak dobrze sobie radzi. Kiedy jej
nazwisko zaczęło być znane w kraju, kłótnie w domu stały się tak częste,
że ciągle siedziałem w swoim pokoju. Potem się rozwiedli i mój ojciec po
prostu zniknął bez słowa. Już więcej się z nim nie widzieliśmy i wcale
tego nie potrzebujemy. Adam jest nudziarzem, ale traktuje mamę znacznie
lepiej.
Na kolejne czterdzieści minut zapada cisza, która nie jest już taka
krępująca. Maia nuci piosenki, które lecą w radiu, i podziwia krajobraz
za oknem. Po długim namyśle postanawiam zjechać na MOP. Parkujemy obok
kawiarni, w której chyba nie ma zbyt wielu klientów.
- A więc jednak planowałeś mnie porwać... - mówi cicho, rozglądając się
wokół.
- Zapraszam cię na kawę. Muszę się pobudzić.
Wysiadam, nie pozwalając jej odpowiedzieć. Po kilku sekundach ona robi
to samo.
- Tego nie było w umowie - przypomina, patrząc na mnie ponad dachem
samochodu.
Uśmiecham się i rzucam jej kluczyki.
- Nie ma nic złego w zaproszeniu ładnej dziewczyny na coś do picia.
Ona łapie je w locie.
- Nie flirtuj ze mną - ostrzega.
- Nie flirtuję, Maia. Możesz sobie o mnie fantazjować, jak będziesz szła
spać.
Uśmiecham się i ruszam w stronę kawiarni. Ona idzie za mną niechętnie.
Kiedy otwieram jej drzwi, zakłada ręce na piersi i czeka, aż wejdę
pierwszy. Przypuszczam, że próbuje mnie wkurzyć, ale prawda jest taka,
że jej charakterek nawet mnie bawi. Wchodzi za mną i wydaje mi się, że
widzę, jak się uśmiecha, gdy myśli, że nie patrzę.
Z ulgą stwierdzam, że w kieszeniach mam pieniądze. Byłoby bardzo
niegrzecznie zaprosić ją na coś do picia, za co musiałaby zapłacić sama.
- Kawa? - proponuję, kiedy stajemy w kolejce. Przed nami jest tylko
dwoje klientów. Pracownicy obsługują bardzo sprawnie.
- Czekolada. Nie lubię kawy.
- Chyba się nie dogadamy.
- Na pewno.
Znowu się uśmiecham. Kiedy jednak przypadkowo wymieniam spojrzenie z dziewczyną siedzącą w głębi, brutalnie zderzam się z rzeczywistością.
Szlag.
Jak mogłem nie pomyśleć o tym wcześniej?
Szlag. Szlag. Szlag.
Maia wciąż stoi obok mnie zamyślona, bo normalny człowiek nigdy nie
zwróciłby uwagi na to, czy ktoś obserwuje go z drugiego końca kawiarni.
Dziewczyna szturcha łokciem swoje koleżanki i wszystkie zaczynają się na
mnie gapić. Udaję, że tego nie zauważam. Po chwili wyjmują swoje
telefony. Po kryjomu zaczynają robić mi zdjęcia, jakby potrzebowały
dowodów na to, że mnie widziały. Że istnieję i tu jestem.
Muszę się nimi zająć, zanim sytuacja się pogorszy.
- Daj mi chwilę - mówię do Mai, a ona przytakuje, nie zwracając na mnie
większej uwagi, bo grzebie w swoim telefonie. Zapisuję sobie w głowie,
że później będę musiał ją poprosić, żeby pozwoliła mi zadzwonić do
Evana.
Modląc się, by nie widziała, dokąd odchodzę, ruszam w stronę dziewczyn.
Ich oczy otwierają się jeszcze szerzej, kiedy widzą, że kieruję się
właśnie do nich, i zaczynają się denerwować. Z ulgą stwierdzam, że
przynajmniej odłożyły telefony. Dobrze. Na oko oceniam, że mają jakieś
piętnaście lat.
- Jesteś Liam Harper - odzywa się jedna z nich piskliwym głosem. Ledwie
może oddychać. - Ten prawdziwy?
Przytakuję, a potem wybucha chaos.
Cichy chaos, dzięki niebiosom.
Rozmawiamy przez chwilę i zgadzam się, kiedy proszą mnie o zdjęcie.
Nalegam, żeby wykasowały te, które zrobiły mi wcześniej z Maią, ale
wiem, że nie mam jak sprawdzić, czy faktycznie to zrobią. Jedna z nich
prosi mnie nawet o autograf. To, że jestem do tego wszystkiego
"przyzwyczajony", nie oznacza, że nie wydaje mi się to surrealistyczne.
Mieć miliony obserwujących w internecie to coś zupełnie innego niż
stanąć z nimi twarzą w twarz i przekonać się, że istnieją naprawdę.
Żegnam się z dziewczynami i wracam do Mai. Dalej szepczą i ten cały szum
zwraca uwagę innych klientów. Na pewno teraz wielu zechce wiedzieć, kim
jestem, i zażyczą sobie ze mną zdjęć - nawet jeśli mnie nie znają -
tylko dlatego, że zobaczyli reakcję tamtych.
Przypuszczam, że będziemy musieli szybko wracać do samochodu.
- Tamta dziewczyna poprosiła cię o autograf - szepcze Maia, kiedy do
niej wracam.
Nie próbuję zaprzeczyć, bo i tak nie dam rady już zbyt długo tego przed
nią ukrywać.
- Tak - odpowiadam, nie udzielając żadnych wyjaśnień.
Za wszelką cenę unikam jej spojrzenia. Ona przygląda mi się z zaciekawieniem. Akurat kiedy nadchodzi nasza kolej, zadaje pytanie,
którego się spodziewam, odkąd obudziłem się w jej samochodzie:
- Kim jesteś?
A ja nie odpowiadam. Nie wiem, jak jej wytłumaczyć, że już sam tego nie
wiem.
6. Jestem youtuberem
6
Jestem youtuberem
Liam
Po tym, jak te dziewczyny zrobiły sobie ze mną zdjęcia, reszta klientów
nie spuszcza nas z oka. To oczywiste, że Maia nie jest przyzwyczajona do
zwracania na siebie uwagi tak jak ja, bo skrępowana zakłada ręce na
piersi. Proponuję, byśmy wyszli, niczego nie zamawiając.
Zostawiam ją w samochodzie, a potem zamykam się w kawiarnianej toalecie.
Opieram ręce o umywalkę i patrzę w lustro. Mam nadzieję, że żadne z tych
zdjęć nie ujrzy światła dziennego, bo wyglądam gorzej, niż sądziłem. Mam
wygniecione ubranie, rozczochrane włosy i fioletowe cienie pod oczami,
które wyraźnie wskazują na gównianą poprzednią noc.
Myję twarz i palcami próbuję doprowadzić włosy do ładu. Nie mogę się
doczekać, kiedy wrócę do domu i się przebiorę. Śmierdzę alkoholem.
Rzucam ostatnie spojrzenie w lustro i dochodzę do wniosku, że wyglądam w miarę nieźle. Potem zakładam kaptur i wychodzę z toalety. Opuszczam
lokal ze spuszczoną głową.
Jakaś część mnie obawiała się, że Maia wykorzysta tę szansę, by odjechać
i zostawić mnie na lodzie, ale samochód nadal stoi tam, gdzie go
zostawiliśmy.
Nie muszę jej pytać, czy chce prowadzić, bo zajęła już miejsce pasażera.
Odpalam silnik, opuszczamy MOP i wracamy na autostradę. Maia cały czas
zerka na mnie z ukosa. Pewnie myśli, że tego nie zauważam, ale robi to
dość bezczelnie. Jeszcze jej nie wyjaśniłem tego, co zaszło w kawiarni.
I nie rozumiem, dlaczego tak bardzo podoba mi się fakt, że wzbudziłem
jej zainteresowanie.
Ona jednak nie naciska ani nie zarzuca mnie pytaniami, jak zrobiłaby to
każda inna osoba na jej miejscu. Milczymy dłuższą chwilę, aż włącza
radio, w którym leci właśnie piosenka zespołu, którego nie znam. Zwykle
nie słucham tego rodzaju muzyki, ale nie jest taka zła.
Maia podśpiewuje roztargniona, obserwując krajobraz za oknem, a ja muszę
się wysilić, żeby wciąż patrzeć przed siebie.
- Dobrzy są - komentuję, żeby przerwać ciszę.
- Tak. To mój zespół tygodnia. - Robię minę, która zachęca ją do
mówienia dalej. - Co tydzień szukam nowego zespołu i słucham ich nagrań
przez siedem dni. Właśnie w ten sposób odkryłam wielu z moich ulubionych
artystów. Brzmi głupio, ale dzięki temu znajduję inspirację do pisania.
Nie uważam, że to głupie. Myślę nawet, że to ciekawa technika, którą być
może wykorzystam w przyszłości, ale nie mówię tego na głos.
- Co takiego piszesz? - pytam zamiast tego.
- Teksty. Ale to nic nadzwyczajnego. Robię to od czasu do czasu, kiedy
chcę odreagować. Podobno niedobrze jest trzymać w sobie różne rzeczy.
Kiedy kończy, zaciska usta i patrzy w drugą stronę, jakby uznała, że
powiedziała za dużo. Czekam, aż powie coś więcej. Zainteresował mnie ten
temat i chciałbym dalej jej słuchać, ale znowu się w sobie zamknęła.
- Super - odpowiadam. Nie przychodzi mi do głowy nic innego.
- Tak, chyba.
Jestem już zmęczony wymyślaniem tematów do rozmowy, więc postanawiam
prowadzić w milczeniu.
Jesteśmy w drodze od ponad dwóch godzin, gdy zbliża się pora obiadu. Od
wczorajszego wieczoru nie miałem nic w ustach, więc jestem głodny jak
wilk. I chociaż nie boli mnie już głowa, wciąż czuję zmęczenie w mięśniach. W tym stanie raczej nie dam rady przejechać stu kilometrów,
jakie zostały do Londynu. Nie zastanawiam się dłużej i zjeżdżam do
najbliższego MOP-u. Musimy myśleć o tym samym, bo Maia wzdycha z ulgą.
- Całe szczęście, bo umieram z głodu - przyznaje, prostując się na
siedzeniu i rozglądając wokół.
Parkuję przy stacji benzynowej. Nieopodal jest przydrożna restauracja,
która nie wydaje się zbyt uczęszczana. Gaszę silnik i spoglądam na Maię,
która wyjmuje portfel ze swojego plecaka. Chcę już zareagować, bo
wcześniej umówiliśmy się, że ja stawiam, ale ucisza mnie gestem.
- Lepiej nie wystawiaj swojej słynnej twarzy z samochodu. Powiedz, co
chcesz, i ci kupię. Możesz tu na mnie zaczekać.
W porządku, to ma sens, zwłaszcza jeśli chcemy uniknąć powtórki sytuacji
z kawiarni.
Ale tak czy inaczej nie zamierzam pozwolić, by płaciła. Szybko obmacuję
kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy, ale ona wzdycha i wysiada,
zostawiając mnie w pół słowa. Cholera. Nawet nie zdążyłem jej
powiedzieć, co chciałbym zjeść.
Ruszam i jadę na tył budynku. Jest tam zielona strefa ze stolikami,
gdzie można zjeść na powietrzu. Chociaż w pobliżu stoi wiele samochodów,
wszystkie stoliki są puste. Wysiadam, chowam kluczyki i zajmuję ten
najdalszy. Niebo jest zachmurzone, ale jest bardzo gorąco. Zdejmuję
bluzę i zostaję w samej koszulce.
Mam nadzieję, że Maia mnie znajdzie. Kiedy mija kwadrans, a ona wciąż
nie przychodzi, zamierzam po nią iść, ale wtedy dostrzegam ją z torebką
z jedzeniem. W miarę jak się zbliża, widzę, że dość bezczelnie się na
mnie gapi; zdradzają ją oczy. Przełyka ślinę, kiedy jej wzrok wbija się
w moje ramiona.
Jak na faceta, który nie jest "w jej typie", chyba poświęca mi sporo
uwagi.
Wzdryga się, gdy dostrzega, że to zauważyłem, i odwraca głowę, ale jest
już za późno. Z trudem powstrzymuję uśmiech.
- To jedyne, co mają. - Rzuca mi kanapkę zawiniętą w serwetkę. - Inna
opcja to pulpety, ale szczerze mówiąc, wyglądały podejrzanie.
Za wszelką cenę próbuje ukryć zdenerwowanie. Przytakuję, choć myślę o czymś zupełnie innym, a mianowicie o tym, co się właśnie stało. Uśmiech
na mojej twarzy jest coraz szerszy.
- Umawialiśmy się, że ja stawiam - przypominam, by zmusić ją do
mówienia.
- Na pewno znajdziesz inny sposób, by mi to wynagrodzić.
O mało nie dławię się kęsem kanapki.
Proszę, proszę, to się robi coraz ciekawsze.
- Co masz na myśli?
- Może przestaniesz być taki tajemniczy i opowiesz mi, co zaszło
wcześniej? Tamte dziewczyny prosiły cię o zdjęcie. Jesteś sławny czy coś
takiego?
Wzruszam ramionami, nie przywiązując do tego wagi. Wygląda na to, że nie
myśleliśmy o tym samym.
- Coś takiego - odpowiadam.
- Kim tak naprawdę jesteś? Piosenkarzem, aktorem, piłkarzem...? - Patrzy
na mnie z góry na dół. - Pracujesz w agencji modeli?
Drwiący uśmiech wraca na moje usta.
- A więc myślisz, że mógłbym być modelem? Widzę, że masz o mnie wysokie
mniemanie, Maia.
Ale ona potrafi świetnie ripostować.
- Marki odzieżowe są ostatnio bardzo inkluzywne. Nie zdziwiłabym się,
gdyby zatrudniali także dupków.
- Strasznie śmieszne.
- Mówię serio. Czym się zajmujesz? Jesteś sportowcem? Komikiem?
- Niezupełnie. - Robię pauzę, żeby przeżuć. - Jestem youtuberem.
Zaczyna się tak mocno śmiać, że prawie się dławi. Mrugam powiekami. Nie
wiem, jakiej reakcji oczekiwałem, ale z pewnością nie takiej.
- Nie mówisz poważnie. - Dalej się śmieje i kręci głową. Kiedy zauważa,
że na nią patrzę, robi wielkie oczy. - Cholera, ty jednak mówisz
poważnie. Bardzo cię przepraszam.
- Co cię tak bawi? - pytam nieco wkurzony.
- Nic - odpowiada pospiesznie. - Tylko mnie to... zaskoczyło. I tyle.
- To poważna praca, okej? Nie polega tylko na stawaniu przed kamerą i gadaniu głupot. Jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy.
- Jasne. - Kilka razy kiwa głową.
Popsuł mi się nastrój. To chyba dla mnie typowe. Ciągle narzekam na mój
świat, ale dąsam się, kiedy krytykuje go ktoś inny. Jestem pieprzonym
hipokrytą.
Widząc, że nadal na nią nie patrzę, Maia wzdycha.
- Liam, nie miałam złych intencji. Przepraszam, jeśli cię uraziłam. -
Przytakuję, bo brzmi szczerze. Rozluźnia ramiona i po kilku sekundach
milczenia dodaje: - Jakiego typu filmiki nagrywasz? Rzadko korzystam z internetu.
Staram się nie okazać zbyt dużego zaskoczenia, choć nie znam zbyt wielu
osób w naszym wieku, które nie siedziałyby bez przerwy w sieci.
- Różnie. Czasem opowiadam o grach wideo, ale zwykle mówię o różnych
sprawach i rozśmieszam ludzi. Ostatnio robię też dużo live'ów.
"A przynajmniej tak było wcześniej. Myślę, że teraz robię to tylko
dlatego, że wszyscy tego ode mnie oczekują".
- A więc twoi obserwujący uważają, że jesteś śmieszny? - pyta
rozbawiona. - Wow, gratulacje. Świetnie udajesz przed kamerą.
Nie mogę się nie uśmiechnąć. We wbijaniu mi szpilek jest naprawdę dobra.
- Są też i tacy, którzy uważają, że wcale nie jestem śmieszny -
przyznaję, a ona się śmieje.
- Mój ojciec powtarzał, że człowiek zawsze będzie miał wrogów, nawet
jeśli podejmuje właściwe decyzje. Nie da się zadowolić wszystkich.
- Ale raczej nie można być pewnym, czy postępujesz słusznie, no nie?
Przez całe życie możesz wierzyć, że idziesz we właściwym kierunku,
ponieważ nie znasz nic innego. - Nagle orientuję się, że uważnie mi się
przygląda. Odchrząkuję skrępowany. - Twój ojciec miał rację. Wszyscy moi
znajomy mają hejterów. Człowiek się w końcu przyzwyczaja.
- I co wam piszą? Nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele sposobów na
krytykowanie kogoś, kogo zna się tylko z internetu.
- Niektórzy czepiają się mojego wyglądu, inni moich monologów i jakości
filmików. Zdarzają się nawet tacy, którzy zakładają anonimowe profile,
żeby obrażać moich przyjaciół i moją rodzinę. I są jeszcze ci, którzy
myślą, że robię to wszystko dla sławy i pieniędzy, a nie dlatego, że
naprawdę mnie to interesuje.
Skończyliśmy już jeść. Maia marszczy czoło zamyślona i milczy chwilę,
trawiąc moje słowa.
- Domyślam się, że nie robisz tego z tych powodów.
- Nie wiem. Jestem na YouTubie praktycznie od zawsze.
- Nie znasz nic innego - mówi, jakby do siebie.
Nic o niej nie wiem, a mimo to mam wielką chęć o wszystkim jej
opowiedzieć. Może skłania mnie do tego właśnie fakt, że Maia nie wie,
kim jestem, ani nie zna mojej historii. Nie ma świadomości, jak niewiele
mam wspólnego z Liamem, który uśmiecha się do kamery. Zatrzymywanie
moich problemów dla siebie na nic mi się nie zdało, w takim razie po co
robić to dalej? A poza tym wątpię, żebyśmy się jeszcze kiedyś spotkali.
- Na początku mi się podobało - przyznaję. - Nagrywałem wygłupy z moim
najlepszym kumplem i mieliśmy niezły ubaw, jak widzieliśmy reakcje ludzi
w internecie. Zanim się zorientowałem, mnóstwo osób czekało na kolejne
filmiki. Kiedy publiczność ma wobec ciebie oczekiwania, zaczynasz
zastanawiać się nad wszystkim, co robisz, bo nie chcesz nikogo
rozczarować. - Przełykam ślinę. Teraz, kiedy o tym myślę, to
egoistyczne, że narzekam na swoje idealne życie, nie znając jej
sytuacji. - Przepraszam - dodaję zakłopotany. - Nie mam prawa się
skarżyć. Nie mam prawdziwych problemów.
Często sobie powtarzam, że w mojej sytuacji nikt nie ma prawa czuć się
źle, a to sprawia, że czuję się jeszcze gorzej, bo nie rozumiem,
dlaczego jestem tak niezadowolony ze swojego życia. Każdy chciałby się
znaleźć na moim miejscu. Mam nadzieję, że Maia się ze mną zgodzi, tak
jak wszyscy, ale ona zaprzecza.
- Nie możemy oceniać problemów innych ludzi. To, co mnie wydaje się
nieznaczące, dla kogoś innego może być wszystkim i to jest okej. -
Patrzy mi w oczy. - Myślę, że powinieneś zajmować się tym, co cię
uszczęśliwia, Liam.
Powinienem ją zapewnić, że to jest YouTube, ale nie mam już powodów,
żeby kłamać.
- Łatwo powiedzieć - odpowiadam krótko.
- Ledwo się znamy, ale to oczywiste, że masz dostęp do wielu możliwości.
Nie zmarnuj ich. Niektórzy mogą jedynie pomarzyć o takim życiu jak
twoje.
To sprawia, że myślę o niej. Zastanawiam się, jak wygląda jej życie.
Mówi, że jest kelnerką, ale czy zdołała ukończyć liceum? Czy oszczędza
na studia? Co z jej rodziną? Nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc?
Wcześniej uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie myślałem o tym, że muszę
pracować. Moje życie od urodzenia toczy się gładko. Nigdy nie miałem
problemów finansowych.
Tak więc myli się. Nie mam prawa narzekać. Nie wtedy, gdy mam wszystko,
co trzeba, żeby być szczęśliwym.
- Musimy się zbierać. - Jej głos przywraca mnie do rzeczywistości. -
Zaczyna padać.
Mrugam powiekami, kiedy kilka kropel spada mi na twarz. Maia już wstała
i pospiesznie zbiera nasze rzeczy. Pomagam jej, a potem wkładam bluzę,
żeby nie zmoknąć. Pada coraz mocniej. Biegiem ruszamy do samochodu. Maia
ma na sobie tylko cienką koszulkę z długimi rękawami i kiedy wsiadamy,
trzęsie się z zimna. Mokre włosy ma przylepione do czoła, a krople wody
błyszczą jej na rzęsach. Powinienem był zaparkować bliżej naszego
stolika.
- Nie masz nic na zmianę? - pytam.
Zaciska zęby i kręci głową, zbierając włosy w kucyk.
- Jest okej.
Nie zastanawiam się dwa razy i zdejmuję bluzę. Na szczęście moja
koszulka jest sucha.
- Włóż to - nakazuję, podając jej bluzę.
Ona się wzdryga i odwraca się do mnie.
- Jest mokra.
- Od środka jest sucha - odpowiadam, ale ona nie wygląda na przekonaną.
Wzdycham zniecierpliwiony. - Została nam co najmniej godzina jazdy, a ten grat raczej nie ma ogrzewania. Możesz przestać być tak uparta i przebrać się z tyłu?
Choć ledwie mnie zna, musi chyba wiedzieć, że nie zamierzam się poddać,
bo wzdycha i wyrywa mi bluzę z rąk. Liczę, że przynajmniej podziękuje,
ale ona tylko burczy coś pod nosem.
- Jak będziesz się gapił, utnę ci jaja.
- Mam lepsze rzeczy do roboty.
Ponieważ samochód jest malutki, musi się nagimnastykować, by dostać się
na tylne siedzenie. Kiedy przechodzi obok mnie, wcale się nie staram, by
nasze ramiona się nie otarły. Przełykam ślinę i staram się skupić na
krajobrazie. Mam nadzieję, że się pospieszy, bo trudno mi się oprzeć
pokusie, by na nią nie spojrzeć. Postanawiam dać jej parę minut
przewagi, a później patrzę w lusterko wsteczne. Właśnie się ubrała.
Jej oczy spotykają się z moimi w lusterku.
- Dupek - syczy i wraca na swoje miejsce.
W mojej bluzie wygląda na jeszcze mniejszą. Noszę duży rozmiar, więc dla
niej jest więcej niż za wielka. Rękawy zasłaniają jej dłonie, kiedy
obejmuje się, żeby się rozgrzać. Później podciąga kolana, ramionami
otacza nogi i pociera kostki, nie przestając się trząść. Zmuszam się do
odchrząknięcia i przestaję na nią patrzeć.
Nie po to tutaj jestem. Myślę więc o Michelle. Deszcz mocno uderza w przednią szybę.
- Dasz radę prowadzić w takich warunkach? - pyta, a ja przytakuję.
- Jasne. W każdym razie niedługo powinno przejść.
Chcę, żeby czuła się bezpiecznie, więc najpierw postanawiam się upewnić,
czy wszystko jest w porządku. Kiedy jednak próbuję uruchomić silnik,
pojazd szarpie, a my aż podskakujemy na siedzeniach. Następnie widzimy,
jak z maski wydobywa się dym.
Szlag.
- Mój samochód! - krzyczy Maia, odwracając się gwałtownie w moją stronę.
- Coś ty, do cholery, zrobił?!
- Pewnie coś z silnikiem. Rzucę okiem.
Staram się nie tracić cierpliwości, bo nie chcę znowu się z nią kłócić.
Maia wzdycha i zakłada ręce na piersi. Patrzy na mnie spod oka, a ja
wyobrażam sobie, że będę przemoczony do suchej nitki.
- Znasz się na mechanice? - pyta sceptycznie.
- Nie.
Znowu wzdycha z niedowierzaniem.
- Wiedziałam, że to był fatalny pomysł.
Wysiadam z samochodu, żeby nie myśleć o tym, jak bardzo wkurzył mnie jej
komentarz.
Deszcz moczy mi ubranie, chłód przeszywa całe ciało. Biegnę do przedniej
części pojazdu, a kiedy podnoszę maskę, kłąb dymu bucha mi w twarz.
Kaszlę, próbując rozegnać dym ręką. Nie trzeba znać się na mechanice, by
wiedzieć, że mamy przerąbane. Mocno przerąbane.
Dobrze, że Maia mieszka tak daleko od Londynu, bo po tym wszystkim na
pewno będzie chciała przyjechać i mnie zabić.
- No i? - Opuszcza szybę, żebym ją usłyszał.
Nabieram powietrza i zamykam maskę.
- Silnik padł. Przykro mi.
- Jaja sobie robisz?!
No tak. Chyba jest zła.
- Wynagrodzę ci to, okej?
Oboje wiemy, że to nie była moja wina, ale przypuszczam, że to minimum,
co mogę zrobić. Maia jednak mnie nie słucha. Wysiada i pospiesznie idzie
w stronę restauracji, przytrzymując kaptur bluzy, by nie zmoknąć. Klnę
pod nosem i ruszam za nią.
- Ej, dokąd to? - Idzie zaskakująco szybko jak na tak krótkie nogi.
Wyprzedzam ją i zagradzam jej drogę. - Przecież wiesz, że nie mogę tam
wejść.
Chociaż próbuje mnie minąć, jestem od niej szybszy. Jej cierpliwość
chyba się wyczerpuje, bo warczy sfrustrowana.
- Idę zamówić taksówkę, żeby wrócić do domu.
Serce podchodzi mi do gardła.
- A co ze mną?
Nasze oczy wreszcie się spotykają. Wydaje się tak wściekła, że
powstrzymuje się, by mi nie przyłożyć.
- Gówno mnie obchodzi, co się z tobą stanie! Nie powinnam była się
zgadzać z tobą jechać! Straciłam trzy godziny mojego życia, a teraz
jestem uwięziona pośrodku niczego i na dodatek nie mam samochodu! -
Zdenerwowana przesuwa dłońmi po twarzy i nabiera powietrza, żeby się
uspokoić. Nie przestaje się trząść. - Ty... nie rozumiesz tego. Potrzebuję
samochodu. Codziennie jeżdżę do Manchesteru i... Po prostu zostaw mnie w spokoju, okej?
Przełykam ślinę, nie jestem w stanie wydusić słowa. Rzuca mi ostatnie
spojrzenie, po czym omija mnie, żeby wejść do restauracji. Przez chwilę
jestem zdecydowany pozwolić jej odejść, ale w ostatniej sekundzie
zmieniam zdanie. Łapię ją za nadgarstek, żeby się do mnie odwróciła, a ona wzdryga się, gdy jej dotykam. Jest zimna.
- Zajmę się twoim samochodem - obiecuję.
Wyrywa się z mojego uścisku.
- Nie potrzebuję twojej łaski.
- To nie łaska. Jesteś tutaj przeze mnie. Pozwól mi to naprawić. -
Przytrzymuję jej wzrok, by wiedziała, że mówię serio. Przygląda mi się
przez kilka chwil i wreszcie przytakuje. Wzdycham z ulgą. - Mogę
zadzwonić do kumpla, żeby po nas przyjechał, jeśli pożyczysz mi telefon.
Do Londynu już niedaleko.
Zaciska usta i patrzy za siebie, w stronę restauracji.
- Muszę iść do toalety. Zaczekaj na mnie w aucie.
Taa, jasne. Czy ona sądzi, że urodziłem się wczoraj?
- Maia - mówię.
- Trzymaj. Możesz zadzwonić do swojego przyjaciela. - Wyjmuje z kieszeni
telefon i mi go podaje. Żadne z nas o tym nie wspomina, ale wiem, że
robi to dlatego, by mi udowodnić, że nie ucieknie.
Wzdycham i w końcu pozwalam jej wejść do środka.
Potem wracam do samochodu, tak jak uzgodniliśmy. Siadam za kierownicą i odblokowuję telefon. Nie ma hasła. Kusi mnie, żeby przejrzeć zawartość,
ale nie jestem takim dupkiem. Mimo to nie mogę nie zwrócić uwagi na
tapetę. Maia uśmiecha się do aparatu, siedząc na ramionach dziewczyny,
która jest do niej dość podobna. To musi być jej siostra. Zdjęcie na
pewno jest stare, bo tamten uśmiech Mai w ogóle nie przypomina tego
obecnego.
Zabieram się do roboty i szukam w jej aplikacjach Instagrama. Choć
twierdzi, że rzadko korzysta z internetu, przynajmniej zainstalowała
Instagram. Wstukuję moją nazwę użytkownika i hasło i nagle telefon
zaczyna wibrować tak mocno, że o mało nie wypuszczam go z rąk. Klnę.
Włączam tryb samolotowy i wyciszam dźwięki. Dzięki temu, kiedy znowu
łączę się z internetem, mogę wejść do aplikacji i nie wyskakują mi
tysiące powiadomień. Mam mnóstwo komentarzy i nieprzeczytanych
wiadomości, ale nie zwracam na nie większej uwagi. Po tym, co stało się
w nocy, dziwnie jest wchodzić na moje konto. Odnoszę wrażenie, jakbym
ostatnie godziny spędził w czymś w rodzaju świata równoległego, w którym
przestałem być Liamem Harperem, żeby być tylko... no cóż, Liamem Harperem.
Ale czas już wrócić.
Wchodzę na profil Evana i nagrywam wiadomość głosową, szybko
streszczając mu sytuację. Nie podaję zbyt wielu szczegółów, bo wolę,
żeby nie zamęczał mnie pretensjami. Wyjaśniam mu, gdzie jesteśmy, i wysyłam wiadomość. Mam nadzieję, że szybko ją odsłucha. Może ma telefon
na oku, w razie gdyby dostał ode mnie jakieś wieści. Nie zdziwiłbym się,
gdyby jako jedyny naprawdę się o mnie martwił.
A Michelle? Czy zauważyła moje zniknięcie? Spodziewa się, że zadzwonię,
by ją zapewnić, że wszystko jest w porządku?
Mógłbym to zrobić teraz. Wystarczyłoby wcisnąć przycisk. Ale nie robię
tego. Nie wiem za bardzo dlaczego. Tak samo jak nie rozumiem, dlaczego
nie skorzystałem z pieniędzy, które mam w kieszeniach, i nie zadzwoniłem
po taksówkę, która zabrałaby mnie do Londynu, a Maię odwiozłaby do domu.
7. Muzyka
7
Muzyka
Maia
Katastrofa. Totalna katastrofa.
Wbiegam do restauracji i szybko znajduję toalety. Na szczęście są
pojedyncze. Zamykam drzwi na zasuwkę i opieram się o nie. Ledwo mogę
oddychać, a serce wali mi jak młot. Zaciskam powieki, żeby się nie
rozpłakać. Pod stopami czuję lepką podłogę. Zimno przenika mnie do
szpiku kości.
Wszystko się schrzaniło.
Wzdycham spazmatycznie i wycieram łzy, które wymknęły mi się z oczu.
"Przestań zachowywać się jak dziecko", nakazuję sobie, ale to nie
działa. Odkręcam kran, żeby umyć twarz, a potem wycieram się ręcznikiem
papierowym. Kiedy patrzę w lustro, przekonuję się, że mam mokre i splątane włosy, które przyklejają mi się do czoła. Rozwiązuję kucyk,
żeby przeczesać je palcami, a potem znowu je związuję. Przełykam ślinę,
gdy mój wzrok pada na bluzę Liama.
Zgodziłam się ją przyjąć tylko dlatego, że już prawie zamarzałam i na
pewno dzięki temu nie nabawię się zapalenia płuc. W środku jest sucha,
więc szybko się rozgrzałam, ale nie mogę zignorować faktu, że pachnie
nim. A raczej jego perfumami. A to ani trochę mi się nie podoba,
ponieważ odkąd mam ją na sobie, nie mogę przestać o tym myśleć.
Dobra. Ukrywam dłonie w rękawach i biorę głęboki wdech. Wbijam wzrok w lustro. Dam radę. Mogę stawić temu czoła.
Ale od razu uświadamiam sobie, że to nieprawda.
Tylko ja zarabiam w naszym domu. Odkąd mama została zwolniona,
utrzymujemy się dzięki oszczędnościom i niewielkiej sumie, którą dostaję
za pracę w barze i która zdecydowanie nie wystarcza na opłacenie
rachunków. Wcześniej miałyśmy inny samochód, ale został zniszczony w wypadku. Całe szczęście, że od razu zabrano go do warsztatu. Nie
mogłabym na niego patrzeć, nie przypominając sobie tego, co się stało.
Dlatego tak bardzo mnie bolało, kiedy wszystkie moje oszczędności
musiałam wydać na używany samochód. Pamiętam, jak trudno było mi wsiąść
do niego po raz pierwszy. Chwycić kierownicę, wcisnąć pedały i jeździć.
Serce biło mi tak szybko, jakby miało wyskoczyć z piersi. Do dziś nie
zapomniałam uczucia niepokoju, tego, że nie mogłam oddychać, tego, że
muszę cały czas uważać, żeby nie doszło do kolejnego nieszczęścia. Żeby
moje życie znowu nie rozbiło się na kawałki.
Wcześniej, przy Liamie, znowu to poczułam. Dlatego poprosiłam go, żeby
poprowadził.
Nigdy nie odważyłam się pokonać więcej niż dwadzieścia pięć kilometrów,
które przejeżdżam każdego dnia. Na samą myśl o tym, że do Londynu
zostało jeszcze sto, kręci mi się w głowie.
Podobnie jak na myśl o tym, że będę musiała wrócić sama.
Kiedy zdarzył się wypadek, wracały właśnie stamtąd. Deneb studiowała
fizykę na Uniwersytecie Londyńskim. Mama pojechała po nią bez
uprzedzenia, żebyśmy mogły razem uczcić moje urodziny, ale tamtego dnia
żadna z nich nie wróciła do domu. To było na tym samym odcinku drogi, w nocy, prawie o tej samej porze. A teraz będę musiała pokonać go sama.
Pod warunkiem, że Liam zdoła naprawić samochód, który pochłonął
wszystkie moje oszczędności.
Nie powinnam była się zgadzać na ten wyjazd.
No ale teraz tu jestem. I nie mogę tak siedzieć całą wieczność. Myśląc o tym, zbieram się na odwagę i wychodzę z łazienki. Na zewnątrz coraz
mocniej pada. Wtulam się w bluzę i biegnę do samochodu. Dopiero teraz
się orientuję, że zostawiłam telefon, kluczyki i auto w rękach
kompletnie obcego człowieka, który mógłby zwiać. Dlatego czuję wielką
ulgę, kiedy otwieram drzwi i widzę, że Liam wciąż tu siedzi.
- Evan przyjedzie za parę godzin - informuje mnie, kiedy siadam na
fotelu pasażera. Pokazuje mi mój telefon jako dowód, że skontaktowali
się przez Instagram.
Nie zwracam na niego większej uwagi. Zakrywam sobie kolana jego bluzą i obejmuję nogi, aby zachować ciepło. Deszcz przemoczył mnie do suchej
nitki. Choć na niego nie patrzę, czuję, że obserwuje każdy mój ruch, a to denerwuje mnie bardziej, niż bym chciała.
- Zimno ci? - pyta, widząc, że się trzęsę.
- Wszystko gra - kłamię.
- Jeśli chcesz, możesz zaczekać w środku. Tam będzie ci znacznie
wygodniej.
Znowu patrzę na niego podejrzliwie.
- Ale ty nie możesz tam wejść.
Krzywi się.
- Obawiam się, że nie. Chyba że chcemy, żeby się na nas rzucili.
- Nie zamierzam cię tu zostawiać - mówię, a on unosi brwi, więc dodaję
pospiesznie: - No bo mógłbyś mi ukraść samochód czy coś.
To byłoby dość trudne, zważywszy, że jest zepsuty, ale na szczęście Liam
chyba nie załapał. Nieco spięta odwracam wzrok.
- Dzwoniłeś do swoich rodziców? - pytam, żeby zmienić temat.
Nagle robi się nieswój i kuli się na siedzeniu. Patrzę na niego z ukosa.
- Nie. Wątpię, żeby w ogóle zauważyli, że mnie nie ma.
A minęło już - ile? Dwanaście godzin?
- Rozumiem cię - odpowiadam bez zastanowienia.
Liam spogląda na mnie zdezorientowany.
- Zwykle to ja martwię się o to, żeby moja matka wróciła bezpiecznie do
domu - wyjaśniam.
Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Milkniemy i, choć możliwe, że to
tylko moje wrażenie, czuję, że patrzy na mnie jakoś inaczej. Może ze
współczuciem? Nie podoba mi się to, więc udaję, że tego nie zauważam, i mam nadzieję, że to wszystko się niedługo skończy.
- Jak przyjedzie Evan, zadzwonimy po lawetę, żeby zabrali twój samochód
do najlepszego warsztatu w Londynie. Pokryję wszystkie koszty, okej? A potem zapłacę ci tyle, na ile się umawialiśmy.
Nie podoba mi się, że czuję się jak przedmiot jego dobroczynności.
Zresztą niewiele brakuje, bym uniosła się dumą i odmówiła, ale mam już
dość. Gdyby nie on, teraz nie siedziałabym pośrodku niczego w zepsutym
samochodzie, podczas gdy na zewnątrz leje jak z cebra, a ja nie mam jak
wrócić do domu. Zawsze staram się podejmować rozsądne decyzje, a ta w żadnym wypadku taka nie była.
- W porządku - odpowiadam, patrząc w drugą stronę.
I powtarzam sobie w duchu, że nie obchodzi mnie, co się z nim stanie. To
nie mój problem. Powinnam była zostawić go na pastwę losu, żeby znalazł
sobie inny sposób na powrót do Londynu. Postanowiłam mu pomóc tylko dla
pieniędzy. Bo musimy opłacić rachunki. Nic innego nie miało wpływu na
moją decyzję.
- A więc to, że chcesz studiować dziennikarstwo, ma coś wspólnego z tym,
że co tydzień słuchasz piosenek nowego zespołu? - pyta po kilku minutach
ciszy.
Spoglądam na niego zdziwiona. Nie wiem, skąd to pytanie. Liam obserwuje
mnie swoimi dużymi niebieskimi oczami i czeka na odpowiedź.
- Dlaczego tak myślisz?
- To tylko przypuszczenie.
- Przypuszczenie?
- Jestem dobrym obserwatorem.
- Taa.
- Piszesz, lubisz odkrywać nowe zespoły muzyczne i chcesz być
dziennikarką. Wszystko wskazuje na to, że dałabyś się pokroić za pracę w radiu. Mylę się?
To, że wydaje się taki pewny siebie, zaskakuje mnie i, chociaż
niechętnie to przyznaję, sprawia też, że mam ochotę się uśmiechnąć. Na
zewnątrz leje, więc wciąż słyszymy bębnienie deszczu o szyby.
- Lubisz robić ludziom psychoanalizę? - odpowiadam pytaniem.
Liam wzrusza ramionami.
- Jestem w tym dobry. Wszyscy trzymają się pewnego wzorca.
- Lubię programy radiowe. Myślę, że radio to jedno z najbardziej...
szczerych mediów. Kiedy kogoś słuchasz, oceniasz go na podstawie jego
sposobu myślenia i wyrażania się, a nie wyglądu. To nie jest takie
powierzchowne. Nie wiem, radio mi się po prostu podoba i tyle - mówię,
wzruszając ramionami. Możliwe, że odbiegłam od tematu.
On jednak dalej patrzy na mnie z zaciekawieniem.
- Nadawałabyś się na prezenterkę.
- Nawet mnie nie znasz.
- Nie, ale widać, że byś to lubiła. Fajnie, jak człowiek zajmuje się
tym, co go pasjonuje.
Nie chcę, żeby znowu zapadła cisza, więc z konieczności kręcę głową i odpowiadam:
- To takie głupie marzenie. Bardzo niewielu osobom udaje się zajść
daleko. Próbowanie byłoby tylko stratą czasu.
Kiedy tak mnie obserwuje, absolutnie nie mogę uniknąć jego wzroku.
- Myślę, że ty też powinnaś zajmować się tym, co się uszczęśliwia, Maia.
- Nieważne.
Zakładam ręce na piersi. Nie lubię, gdy ktoś udziela mi moich własnych
rad. Pochodzimy z kompletnie różnych światów. Jego życie jest zupełnie
inne od mojego. Ma setki możliwości podanych na tacy. Może popełniać
błędy albo iść niewłaściwą ścieżką, bo zawsze ktoś będzie na niego
czekał, żeby poprowadzić go tą właściwą. Ale ja nie. Ja nie mam niczego
ani nikogo takiego.
Nie czekam, aż ktoś da mi szanse. Sama się o nie staram. I dlatego muszę
być realistką.
Znowu pozwalamy, żeby pochłonęła nas cisza. Liam wykrzywia usta i nerwowo przeczesuje ręką włosy. Zdaje się, że rozpaczliwie szuka czegoś,
co mógłby powiedzieć.
- Może puścisz mi więcej piosenek twojego zespołu tygodnia? - proponuje
nagle, a mnie aż serce podskakuje, choć nie rozumiem zbyt dobrze
dlaczego.
- Serio? - Nie mogę ukryć zdumienia.
- Czasu mamy aż nadto, prawda?
Waham się przez chwilę, ale w końcu dochodzę do wniosku, że jeśli mamy
pogrążyć się w tej niezręcznej ciszy do czasu przyjazdu jego
przyjaciela, to zdecydowanie wolę włączyć muzykę. Szukam telefonu w kieszeniach, aż sobie przypominam, że mu go pożyczyłam. Patrzę na niego
dociekliwie i wtedy pospiesznie oddaje mi komórkę. Jego palce muskają
moje, a ja powstrzymuję się, by jak najszybciej nie cofnąć ręki.
Próbując nie myśleć o tym, że na mnie patrzy, szukam jednej z moich
ulubionych piosenek i zwiększam głośność. Sweater Weather The
Neighbourhood przedziera się przez dźwięk bębniącego o szyby deszczu.
Udaję, że mnie to nie obchodzi, ale obserwuję reakcję Liama, który
zaczyna poruszać głową w rytm piosenki.
- Znasz 3 A.M.?
Jego głos przebija się przez muzykę. Natychmiast się do niego odwracam.
- Żartujesz? To jeden z moich ulubionych zespołów.
Wygląda na zaskoczonego. Unosi brew.
- Ulubiona piosenka?
- Tego zespołu? - upewniam się, a on wzrusza ramionami, więc odpowiadam:
- Bezsenność, bez dwóch zdań.
- Liczyłem na twój dobry gust. Serce nadal bije to najlepsze, co mają.
- Dasz wiarę, że nigdy jej nie słyszałam?
- Każda szanująca się przyszła prezenterka musi ją znać. No już, dawaj.
Wyciąga rękę, żebym podała mu telefon. Kilka sekund później rozbrzmiewa
melancholijna piosenka. Na początku myślę, że to nie dla mnie, że jest
zbyt wolna, ale pozwalam, by wybrzmiała do końca, ponieważ wcześniej on
wysłuchał tej, którą ja wybrałam.
I całe szczęście. Bo szybko się w niej zakochuję.
Liam odchyla głowę na zagłówek i zamyka oczy, żeby delektować się
muzyką. Ma zadziwiająco ładny profil; wyraźnie zarysowaną szczękę i prosty nos. Kilka kasztanowych loków opada niedbale na czoło, tak jakby
nie przywiązywał dużej wagi do swojego wyglądu. To z pewnością tylko
fasada. Znam takich chłopaków. Bardziej przejmują się dbaniem o wygląd
niż oddychaniem.
Chociaż przypuszczam, że to jest usprawiedliwione, kiedy jesteś kimś
znanym. Okej, nie wiem, ilu ma subskrybentów, ale widziałam błysk w oczach tamtych dziewczyn, kiedy robiły sobie z nim zdjęcie. Zachowywały
się tak, jakby poznały jednego ze swoich idoli, a sądząc po spokojnej
reakcji Liama, takie sytuacje przytrafiają mu się dość często.
Zastanawiam się, co by pomyśleli jego fani, gdyby się dowiedzieli, że
ich ulubiony youtuber spał pijany w samochodzie nieznajomej.
Kiedy mój wzrok przesuwa się niżej po jego ciele, czuję się tak, jakbym
nagle miała pustkę w głowie. Myślę jedynie: "O kurczę". Ponieważ
pożyczył mi swoją bluzę, teraz ma na sobie tylko białą koszulkę, która
opina mięśnie klatki piersiowej i ramion w niemal bolesny sposób. Ma
duże ręce i szerokie barki. W brzuchu czuję przyjemne łaskotanie, staram
się więc myśleć o czymś innym, ale to nie działa.
Nagle piosenka się kończy i Liam otwiera oczy. Wtedy natyka się na mój
wzrok, ponieważ nadal mu się przyglądam, i chociaż na początku wygląda
na zaskoczonego, na jego ustach szybko pojawia się uśmiech. Wzdrygam się
i pospiesznie patrzę gdzie indziej, zdenerwowana i wściekła zarówno na
niego, jak i na samą siebie.
Serce wali mi jak młot. Nie po to tutaj jestem.
"Maia, skup się".
Przez dłuższy czas na zmianę włączamy różne piosenki. Puszcza mi kawałki
swoich ulubionych zespołów, a potem słuchamy moich. I chociaż nie
zgadzamy się co do wielu z nich, to nie mogę zaprzeczyć, że Liam ma
dobry gust. Wolałabym, żebyśmy tylko słuchali muzyki, ale on upiera się,
żeby rozmawiać. W końcu gadamy o filmach, serialach i książkach. To
ostatnie zaskakuje mnie szczególnie, bo przyjmowałam za pewnik, że... no
cóż, że nie umie czytać.
Prawie godzinę później Evan przysyła nam wiadomość z prośbą o mój numer
telefonu, żeby mógł zadzwonić. Uważam, że to nie jest dobry pomysł, ale
Liam upiera się, że inaczej nie będzie mógł mu dobrze wytłumaczyć, gdzie
jesteśmy. Ponownie daję mu więc telefon, a on, korzystając z tego, że
przestało padać, wysiada z auta, by z nim porozmawiać.
Postanawiam zrobić to samo, żeby rozprostować nogi. Wciąż jest zimno,
więc jestem mu wdzięczna za bluzę. Mam jeszcze mokre włosy, co oznacza,
że na pewno złapię przeziębienie. Liam szybko się rozłącza i przekazuje
mi, że jego przyjaciel niedługo tu będzie.
Chwilę potem widzimy, jak jego samochód zjeżdża z autostrady. Liam
zaczyna do niego machać, a ja mrugam z niedowierzaniem. Nie wiem, ile
lat ma ten cały Evan, ale ta bryka musi kosztować więcej niż cały mój
dom. Parkuje obok mojego zepsutego auta i niemal wstydzę się tego, jak
niewiele mam.
Kiedy wysiada z samochodu, aż otwieram usta ze zdziwienia. To młody
chłopak, co najwyżej dwudziestolatek, ma ciemną skórę i włosy pełne
malutkich, sprężystych loków. Jest atletycznie zbudowany, choć
szczuplejszy i trochę niższy od Liama. Ma dość osobliwy ubiór: koszulkę
z krótkimi rękawami założoną na wielką bluzę, a do tego dżinsy pełne
dziur.
Na nasz widok uśmiecha się szeroko i zakłada okulary przeciwsłoneczne.
Ale... po co? Przecież jest pochmurnie.
- W tym miesiącu już czwarty raz ratuję ci tyłek.
Kiedy zatrzymuje się naprzeciwko nas, Liam się uśmiecha i przybija z nim
żółwika. Ja tymczasem nie mogę oderwać wzroku od Evana. Wygląda tak,
jakby właśnie wyszedł z tablicy na Pintereście.
- Dzięki, że przyjechałeś, stary. Jestem twoim dłużnikiem - odpowiada
Liam, a tamten kręci głową, tak jakby to nie było wystarczające.
- Żadne dzięki, do cholery. Nie możesz przeżyć tygodnia bez pakowania
się w tarapaty? Stresujesz mnie, a od stresu dostaję zmarszczek.
Pieprzony cymbał.
Brzmi dość agresywnie, ale Liam nie przywiązuje do tego wagi.
- A więc chcesz wiedzieć, jak się czuję? - pyta ironicznie. -
Fantastycznie, dzięki. Żadnych obrażeń fizycznych ani psychicznych,
którymi należałoby się martwić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki