Aż po horyzont - Morgan Matson

Reflow text when sidebars are open.
Siedziałam na schodkach frontowych mojego domu i patrzyłam, jak beżowy subaru kombi zbyt szybko wjeżdża w ślepy zaułek. Błąd, nagminnie popełniany przez kurierów dostarczających przesyłki. Na Raven Crescent są tylko trzy domy, więc zanim człowiek się obejrzy, dojeżdża do samego końca. Napruci kumple Charlie'ego nie byli w stanie tego zapamiętać, zawsze najpierw zawracali i dopiero potem zajeżdżali pod nasz dom. Subaru jednak wybrało inne rozwiązanie - wóz zatrzymał się, błysnęły na czerwono światła hamowania, a potem białe, kiedy samochód zajeżdżał pod nasz dom na wstecznym. Na tyle blisko, że mogłam odczytać treść nalepek na zderzaku: MÓJ SYN BYŁ STUDENTEM MIESIĄCA W RANDOLHP HALL oraz MÓJ DZIECIAK I MOJE $$$ IDĄ DO COLORADO COLLEGE. W samochodzie siedziało dwoje ludzi, rozmawiali ze sobą - wiecie, ta niezręczna sytuacja, kiedy nie można normalnie odwrócić się do kogoś, bo macie jeszcze zapięte pasy.
Między mną a podjazdem rozciągał się nieźle już zapuszczony trawnik, a pośrodku sterczała tabliczka, którą widywałam codziennie od trzech miesięcy, martwy przedmiot, który znienawidziłam tak serdecznie, że aż czasem mnie to niepokoiło. Był to szyld agencji nieruchomości, widniała na nim podobizna uśmiechniętej, wysprejowanej lakierem do włosów blondynki. Napis głosił: SPRZEDAM, a niżej, jeszcze większymi literami: WITAJCIE W DOMU!
Odkąd tylko szyld się pojawił, zachodziłam w głowę, dlaczego napisali to dużymi literami, ale nie udało mi się znaleźć satysfakcjonującego wyjaśnienia. Stwierdziłam tylko, że pewnie miło jest zobaczyć coś takiego przed domem, do którego człowiek zamierza ewentualnie się wprowadzić. Ale wcale nie jest to przyjemne, gdy chodzi o dom, z którego trzeba się wynosić. I od razu usłyszałam w głowie głos pana Collinsa, który uczył mnie w piątej klasie angielskiego i którego bałam się bardziej niż jakiegokolwiek nauczyciela, jak wrzeszczy na mnie:
- Amy Curry, nie zaczyna się zdania od "ale"!
Wkurzona z powodu fantomowych napomnień pana Collinsa, poleciłam mu w duchu, żeby się ode mnie odwalił.
Nigdy nie spodziewałam się, że któregoś dnia ujrzę na naszym trawniku szyld agencji nieruchomości. Przed trzema miesiącami moje życie było wręcz do bólu poukładane. Mieszkaliśmy w Raven Rock, czyli na przedmieściu Los Angeles, oboje moi rodzice byli profesorami w College of the West, niewielkiej szkole, odległej o dziesięć minut jazdy od naszego domu. Na tyle blisko, że łatwo było dojechać i na tyle daleko, że nie słychać było odgłosów sobotnich imprez w kampusie. Ojciec wykładał historię (wojna secesyjna i rekonstrukcja), matka literaturę angielską (modernizm/literatura współczesna).
Mój brat bliźniak, Charlie - trzy minuty młodszy ode mnie - właśnie pomyślnie zdał egzaminy PSAT i ledwo udało mu się wymigać z zarzutu posiadania, bo jakimś cudem wmówił gliniarzowi, który go dopadł, że ta uncja zioła w plecaczku to tak naprawdę rzadka kalifornijska przyprawa o nazwie humboldt, a ma ją stąd, że jest studentem Pasadena Culinary Institute.
Zaczęłam właśnie dostawać główne role w różnych szkolnych przedstawieniach i już trzy razy umówiłam się na randkę z Michaelem Youngiem (pierwszy rok college'u, specjalizacja jeszcze nieokreślona). Nie wszystko układało się perfekcyjnie, bo moja najlepsza na świecie przyjaciółka, Julia Andersen, przeprowadziła się w styczniu na Florydę - ale spoglądając z późniejszej perspektywy, zdałam sobie sprawę, że wtedy naprawdę żyło mi się cudownie. Tyle że wtedy to do mnie nie docierało. Zawsze jednak zakładałam, że do jakichś istotnych zmian w moich sprawach nie dojdzie.
Spoglądałam teraz na beżowe subaru, na tych obcych ludzi, którzy wciąż siedzieli w środku i rozmawiali - i pomyślałam, nie po raz pierwszy zresztą, jaką byłam idiotką. W dodatku część mojego umysłu - taka, która uaktywniała się dopiero bardzo późno w nocy, kiedy zdawało się, że może uda mi się w końcu zasnąć - zawzięcie dochodziła, czy przypadkiem jakoś tego wszystkiego nie sprowokowałam. Czy tego nie spowodowałam właśnie przez to, że spodziewałam się, liczyłam, że wszystko zostanie tak, jak było. Pomijając, rzecz jasna, że spowodowałam wypadek - po prostu go spowodowałam.
Moja matka postanowiła wystawić dom na sprzedaż niemal zaraz potem. Ani mnie, ani Charlie'ego nie pytała o zdanie, jedynie poinformowała nas o swoich zamiarach. Trzeba przyznać, że w tamtej chwili nie było sensu pytać Charlie'ego o cokolwiek. Od tamtego dnia w zasadzie nigdy nie bywał trzeźwy. Podczas pogrzebu ludzie nie szczędzili ciepłych słów, bo wydawało im się, że mój braciszek ma oczy przekrwione od płaczu. Najwyraźniej pozbawieni byli węchu, bo każdy, kto znalazł się w pobliżu Charlie'ego, musiał czuć, jaka jest prawdziwa przyczyna. Już od siódmej klasy imprezował ostro, chociaż nieregularnie, natomiast w ostatnim roku naprawdę się w to wciągnął. A od wypadku było już tylko coraz gorzej, naprawdę niedobrze, aż doszło do sytuacji takiej, że nienarąbany Charlie stał się swojego rodzaju postacią mityczną, na wpół zapomnianą. Czymś na kształt yeti.
Mama uznała, że rozwiązaniem będzie przeprowadzka. "Zaczniemy od nowa - powiadomiła nas któregoś wieczoru przy kolacji. - Przeniesiemy się w miejsce, z którym nie wiąże się tyle wspomnień". Szyld agencji nieruchomości pojawił się już następnego dnia.
Postanowiła, że przeniesiemy się do Connecticut, czyli do stanu, w którym nigdy nie byłam. I wcale nie miałam szczególnej ochoty, żeby się w nim znaleźć. Pan Collins z pewnością wolałby, żebym powiedziała: "Był to zarazem stan, w którym nieszczególnie pragnęłam się znaleźć". Mieszkała tam nasza babcia, ale dotąd to zawsze ona przyjeżdżała do nas w odwiedziny, no bo przecież to my mieszkaliśmy w Południowej Kalifornii, a ona w Connecticut. Teraz jednak mamie zaproponowano posadę profesorki języka angielskiego w Stanwich. Mało tego, w pobliżu mieściła się zupełnie fantastyczna szkoła, która z pewnością wzbudzi mój zachwyt. College pomógł jej znaleźć dom do wynajęcia w rozsądnej cenie, toteż gdy tylko Charlie i ja skończymy rok szkolny, wszyscy tam się przeniesiemy, a tymczasem agencja nieruchomości WITAJ W DOMU zajmie się sprzedażą naszego... No właśnie: domu.
Przynajmniej taki z początku był plan. Jednak miesiąc po tym, jak pojawił się rzeczony szyld, nawet moja matka nie mogła już udawać, że nie wie, co się dzieje z Charliem. Ani się obejrzałam, jak zabrała go ze szkoły i umieściła na odwyku w Karolinie Północnej. Zaraz potem ruszyła prosto do Connecticut, żeby prowadzić letnie kursy w college'u i "pozałatwiać różne sprawy". W każdym razie tak powiedziała - że właśnie dlatego musi wyjechać od razu. Podejrzewałam jednak, a nawet prawie byłam pewna, że po prostu chce się ode mnie uwolnić. Odnosiłam wrażenie, że w gruncie rzeczy nie może na mnie patrzeć. Nie żebym miała jej to za złe. Sama nie mogłam na siebie patrzeć.
Tak więc ostatni miesiąc spędziłam samotnie w naszym domu, jeżeli nie liczyć odwiedzin Hildy od nieruchomości, która przyprowadzała rozmaitych potencjalnych nabywców, prawie zawsze właśnie wtedy, gdy akurat wyszłam spod prysznica - i mojej ciotki, która od czasu do czasu wpadała z Santa Barbara, żeby sprawdzić, czy coś jem i czy nie zaczęłam produkować mety w garażu. Plan był prosty: skończy się rok szkolny, potem jadę do Connecticut. Pozostawał jednak jeden problem: samochód.
Dwójka w subaru dalej ze sobą rozmawiała, jednak chyba już rozpięli pasy, bo siedzieli teraz twarzą w twarz. Zerknęłam w stronę naszego garażu - był przeznaczony na dwa samochody, ale teraz stał w nim tylko jeden wóz, jedyny, jaki nam pozostał. To był samochód mojej matki, czerwony jeep liberty. Był jej potrzebny w Connecticut, nie mogła przecież bez końca pożyczać samochodu babci, zabytkowego deville coupé. O ile dobrze zrozumiałam, babcia nie zamierzała rezygnować z brydżyków u znajomych i mało ją obchodziło, że moja matka musi jeździć po sklepach, żeby urządzać naszą nową siedzibę. Rozwiązanie problemu samochodowego zostało mi obwieszczone tydzień wcześniej, w czwartek wieczorem.
Właśnie miałam za sobą premierę wiosennego musicalu Kandyd. Pierwszy raz nikt na mnie nie czekał po przedstawieniu. Za dawnych czasów szybko pozbywałam się rodziców i Charlie'ego, przyjmowałam komplementy oraz bukiety kwiatów, ale myślami już byłam na imprezie. Dopóki nie wyszłam z resztą obsady, nie zdawałam sobie sprawy, jak się poczuję, kiedy okaże się, że nikt na mnie nie czeka, nikt mi nie powie, jaka byłam wspaniała. Od razu złapałam taksówkę i wróciłam do domu, nawet nie byłam pewna, gdzie odbędzie się popremierowa impreza. Reszta załogi śmiała się wesoło - i byli to ludzie, których jeszcze trzy miesiące przedtem uważałam za swoich najlepszych przyjaciół - wszyscy gadali naraz, a ja tymczasem prędko spakowałam manatki i czekałam już przed szkołą na taryfę. Mówiłam im wielokrotnie, że należy zostawić mnie w spokoju, a oni najwyraźniej usłuchali mojego żądania. Właściwie nie powinnam się dziwić. Już wcześniej zdążyłam się przekonać, że jeżeli odpycha się ludzi od siebie wystarczająco konsekwentnie, wkrótce przestają nalegać.
Stałam w kuchni, miałam jeszcze na sobie gruby sceniczny makijaż Kunegundy, sztuczne rzęsy zaczynały już mnie drażnić, w głowie jeszcze pobrzmiewała mi piosenka "Najlepszy ze światów", kiedy zadzwonił telefon.
- Cześć, kochanie - powiedziała moja matka, tłumiąc ziewnięcie. Spojrzałam na zegar, w Connecticut dochodziła już pierwsza po północy. - Co tam u ciebie?
Przemknęło mi przez głowę, żeby powiedzieć jej prawdę. Ponieważ jednak nie uczyniłam tego ani razu od niemal trzech miesięcy, a brak zwierzeń z mojej strony najwyraźniej nie robił na niej wrażenia, nie widziałam powodu, żeby nagle ten stan rzeczy zmieniać.
- W porządku - odpowiedziałam. Zawsze tak odpowiadałam. Włożyłam resztki kolacji z poprzedniego dnia - kawałek pizzy Casa Bianca - do mikrofali i nacisnęłam przycisk.
- W takim razie posłuchaj - odezwała się moja matka, czym z miejsca wzbudziła moją czujność. Zazwyczaj od tego zaczynała, gdy zamierzała przekazać mi jakąś informację, co do której wiedziała, że mi się nie spodoba. Poza tym mówiła szybciej niż zwykle, a więc kolejny sygnał alarmowy. - Chodzi o samochód.
- Samochód? - Wyjęłam pizzę, położyłam na talerzu, żeby trochę ostygła. Nawet nie zauważyłam, kiedy przestał być jednym z talerzy, a stał się po prostu jedynym talerzem. Używałam tylko jednego, potem go myłam i używałam znowu. Reszta nakryć stała się niepotrzebna.
- Tak - odpowiedziała, tłumiąc kolejne ziewnięcie. - Sprawdziłam, ile będzie kosztowało przywiezienie wozu na lawecie, do tego bilet lotniczy dla ciebie, no i cóż... - urwała. - Obawiam się, że w tej chwili mnie na to nie stać. Dom niesprzedany, odwyk twojego brata sporo kosztuje...
- Ale co masz na myśli? - spytałam, bo nie mogłam jej zrozumieć. Odgryzłam kęs pizzy.
- Nie stać nas na jedno i drugie - wyjaśniła. - A samochodu potrzebuję. Ktoś będzie musiał nim tutaj przyjechać.
Pizza była jeszcze za gorąca, ale i tak ją przełknęłam, poczułam palenie w gardle i łzy w oczach.
- Ja nie pojadę - powiedziałam, gdy tylko zdolna byłam to wyartykułować. Nie prowadziłam samochodu od wypadku i nie miałam zamiaru siąść za kierownicą w jakimkolwiek przewidywalnym terminie. Ani w ogóle kiedykolwiek. Poczułam, że gardło mi się ściska na samą myśl, ale zdołałam jeszcze wykrztusić: - Przecież wiesz. Ja nie prowadzę.
- Ależ nie, nie będziesz musiała prowadzić! - mówiła tonem o wiele zbyt pogodnym jak na kogoś, kto przed chwilą ziewał. - Wóz poprowadzi syn Marilyn. I tak wybiera się na wschód, ma spędzić lato u swojego ojca w Filadelfii, więc wszystko gra.
W tym, co od niej właśnie usłyszałam, nic mi nie grało. Właściwie nie wiedziałam, od czego zacząć.
- Marilyn? - spytałam, żeby zacząć od samego początku.
- Marilyn Sullivan - odpowiedziała. - Chociaż teraz chyba się nazywa Marilyn Harper. Ciągle zapominam, że po rozwodzie wróciła do panieńskiego nazwiska. Tak czy inaczej, przecież znasz moją przyjaciółkę Marilyn. Sullivanowie mieszkali kiedyś niedaleko, na Holloway. Dopiero po rozwodzie przeprowadziła się do Pasadeny. A ty i Roger graliście w taką grę. Jak ona się nazywa? Kartofel? Ogórek?
- Pomidor - poprawiłam ją machinalnie. - Co to za Roger?
Westchnęła ciężko, jak to ona, kiedy miała zamiar dać mi do zrozumienia, że traci cierpliwość.
- Syn Marilyn, przecież mówiłam. Roger Sullivan. Pamiętasz go.
Moja matka miała zwyczaj informować mnie, co i kogo pamiętam, jak gdyby od tego stawało się to prawdą.
- Nie pamiętam.
- Ależ pamiętasz, pamiętasz. Przecież sama mówiłaś, że grałaś w tę grę.
- Grę w pomidor pamiętam - sprostowałam. Bynajmniej nie po raz pierwszy w życiu zastanowiłam się, dlaczego każda rozmowa z moją matką musi być taka trudna. - Nie pamiętam natomiast nikogo o imieniu Roger. Ani Marilyn, jeżeli już o tym mowa.
- Nie szkodzi - oświadczyła. Słyszałam w jej głosie, że bardzo się stara, żeby brzmiał pogodnie i beztrosko. - W takim razie teraz będziesz miała okazję go poznać na nowo. Opracowałam dla was trasę. Droga powinna wam zająć cztery dni.
Kwestia tego, co pamiętam, nagle stała się nieistotna.
- Chwileczkę - zawołałam. Oparłam się o szafkę kuchenną. - Mam spędzić cztery dni w samochodzie z zupełnie obcym kolesiem?
- Już ci mówiłam, że się znacie - stwierdziła moja matka. Najwyraźniej miała już dosyć tej rozmowy. - A Marilyn mówi, że to przemiły chłopak. Poza tym wyświadcza nam ogromną przysługę, więc zechciej to docenić.
- Ale, mamo - zaczęłam - ja...
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć dalej. Mogłabym jej wytłumaczyć, że nienawidzę siedzieć w samochodzie. Do szkoły i ze szkoły jeździłam autobusem, to mi nie przeszkadzało, natomiast kiedy tego samego wieczoru przejechałam się taksówką, serce waliło mi tak mocno, że czułam je w gardle. Poza tym przywykłam do samotności i dobrze mi z tym było. Myśl o tym, żeby spędzić tyle czasu w samochodzie z zupełnie obcym facetem, choćby i bardzo miłym, przyprawiała mnie o klaustrofobię.
- Amy - moja matka znów westchnęła, ciężko i głęboko. - Proszę cię, nie utrudniaj.
Jasne, gdzieżbym śmiała utrudniać. To przecież była specjalność Charlie'ego. Ja nigdy nie sprawiałam kłopotów, a moja matka wyraźnie na to liczyła.
- No, dobrze - powiedziałam cichym głosem. Miałam nadzieję, że matka zorientuje się, jak bardzo tego nie chcę. Ale nawet jeżeli przypadkiem skumała, zignorowała mnie całkowicie.
- Świetnie - odparła, w jej głosie znów usłyszałam entuzjazm.
- Kiedy zarezerwuję dla was noclegi w hotelach, wyślę ci mejlem trasę. Poza tym zamówiłam dla ciebie prezencik na tę wycieczkę. Powinien dojść przed waszym wyjazdem.
Doskonale zdawałam sobie sprawę, że od samego początku matka nie zamierzała pytać mnie o zdanie. Spojrzałam na nieszczęsny kawałek pizzy, ale jakoś straciłam apetyt.
- Aha, zapomniałabym - wyraźnie właśnie sobie przypomniała - jak tam przedstawienie?
A teraz było już po przedstawieniu i skończył się rok szkolny, i na podjeździe stał subaru, w którym siedział Roger, słynny gracz w "pomidora". Przez cały miniony tydzień usiłowałam przypomnieć sobie owego Rogera. I rzeczywiście, zdołałam przywołać mgliste wspomnienie chłopaka z sąsiedztwa, miał blond włoski i straszliwie odstające uszy; z otchłani zapomnienia zdołałam wygrzebać scenkę, jak ściskając w łapkach wielką brązową piłkę, woła nas, mnie i Charlie'ego, żebyśmy się z nim pobawili. Charlie na pewno pamiętałby więcej szczegółów, bo pomimo swoich wybryków, pamięć miał jak słoń - tylko trochę nie było jak go spytać.
Z obu stron subaru otworzyły się drzwiczki, ujrzałam kobietę w wieku mojej matki - prawdopodobnie była to Marilyn - a potem wysiadł też wysoki, smukły facet. Stał plecami do mnie, kiedy Marilyn otworzyła tylną klapę wozu; wyciągnął wypchany worek w wojskowym stylu i plecak. Postawił pakunki na ziemi, po czym padli sobie w objęcia. Facet - przypuszczalnie Roger - był od niej wyższy co najmniej o głowę, więc musiał się schylić, żeby ją uściskać. Spodziewałam się, że usłyszę słowa pożegnania, ale powiedział tylko:
- Nie bądź obca.
Marilyn roześmiała się, jakby tego właśnie się spodziewała. Kiedy odsunęli się od siebie, napotkała moje spojrzenie i uśmiechnęła się. Skinęłam głową w odpowiedzi. Wsiadła z powrotem do wozu. Objechała zaułek, a Roger spoglądał za nią i machał ręką.
Kiedy samochód zniknął mi z oczu, zarzucił jedną i drugą torbę na ramię, po czym ruszył w stronę domu. Gdy tylko odwrócił się w moją stronę, aż zamrugałam z zaskoczenia. Odstające uszy przestały być odstające. Idący ku mnie facet był wręcz szokująco przystojny. Szeroki w ramionach, złote włosy, ciemne oczy. I już się do mnie uśmiechał.
Natychmiast do mnie dotarło, że ta wyprawa będzie jeszcze trudniejsza, niż się spodziewałam.
Wstałam i zeszłam po schodkach, wychodząc mu naprzeciw. Nagle dotarło do mnie z całą mocą, że jestem boso, w starych dżinsach i mam na sobie T-shirt z zeszłorocznego musicalu. Inaczej mówiąc, ubrana jak zawsze, bo każdego ranka wkładałam na siebie coś w tym rodzaju. Ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że ów bardzo słabo mi znany Roger może okazać się takim ciachem.
A był, był. Zobaczyłam to tym wyraźniej, kiedy podszedł bliżej. Miał wielkie orzechowe oczy i skandalicznie długie rzęsy, poza tym piegi na twarzy. Zachowywał się swobodnie, na luzie. Poczułam, że w jego obecności kurczę się odrobinę.
- Hej - odezwał się, rzucił torby na ziemię i wyciągnął rękę. Zawahałam się przez sekundę, jakoś nikt w moim otoczeniu nie miał zwyczaju witać się uściskiem dłoni - ale też wyciągnęłam rękę. Potrząsnął nią. - Jestem Roger Sullivan. A ty jesteś Amy, zgadza się?
Skinęłam głową.
- Tak - odpowiedziałam. To słowo jakby mi ugrzęzło w gardle, więc odkaszlnęłam. - Tak, jasne. Cześć.
Splotłam dłonie, wbiłam wzrok w ziemię. Czułam, jak serce mi wali, i nie potrafiłam odgadnąć, w której chwili najzwyklejsze na świecie powitanie przerodziło się w coś nieprzyjemnego i budzącego lęk.
- Wyglądasz inaczej - rzekł po chwili Roger. Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że mi się przygląda. Co chciał przez to powiedzieć? Że wyglądam inaczej, niż się spodziewał? A czego właściwie się spodziewał? - Inaczej, niż wyglądałaś kiedyś - wyjaśnił, jakby czytał w moich myślach. - Pamiętam cię z czasów, kiedy byliśmy mali. Ciebie i twojego brata. Ale dalej jesteś ruda, to się nie zmieniło.
Odruchowo dotknęłam włosów. Oboje byliśmy rudzi, ja i Charlie, a kiedy byliśmy młodsi i ciągle trzymaliśmy się razem, ludzie ciągle zatrzymywali się i mówili "o, oboje jesteście rudzi" - jak gdybyśmy sami tego nie wiedzieli. Z czasem włosy Charlie'ego pociemniały i przybrały odcień kasztanowobrązowy, natomiast moje pozostały jaskraworude, tak jak były. Nie miałam nic przeciwko temu, dopiero niedawno zaczęło mi to przeszkadzać. Nagle bowiem okazało się, że przez nie ludzie zwracają na mnie uwagę, co było ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyłam. Założyłam włosy za uszy, starając się ich nie ciągnąć. Zaczęły mi wypadać jakiś miesiąc wcześniej, co martwiło mnie, starałam się jednak nie myśleć na ten temat zbyt wiele. Przekonywałam siebie, że to przez stres związany z końcem roku, a może brak żelaza wynikający z diety polegającej głównie na pizzy. Przede wszystkim jednak starałam się uważać przy czesaniu, w nadziei, że ta przypadłość sama minie.
- Och - odezwałam się, bo zdałam sobie sprawę, że Roger czeka, aż coś powiem. Całkiem, jakbym została pozbawiona zdolności prowadzenia konwersacji na podstawowym poziomie. - No, tak.
Dalej jestem ruda. Charlie ma teraz ciemniejsze włosy, jest w tej chwili... No, nie ma go tutaj. - Moja matka nie mówiła nikomu, że umieściła go na odwyku i kazała mi powtarzać tę samą ściemę. - Jest w Karolinie Północnej - wyjaśniłam. - Na obozie wakacyjnym.
Zacisnęłam wargi i odwróciłam się, marzyłam, żeby sobie poszedł i żebym mogła wrócić do domu, zamknąć za sobą drzwi. Bo tam nikt nie próbowałby ze mną rozmawiać, mogłabym zostać sobie sama z moją codzienną rutyną. Wyszłam z wprawy, nie szła mi rozmowa z przystojnymi facetami. W ogóle wyszłam z wprawy i nie szła mi rozmowa z kimkolwiek.
Zaraz po tym, kiedy wszystko się zdarzyło, mówiłam niewiele. Nie chciałam o tym rozmawiać i nie chciałam otwierać się przed ludźmi, nie zamierzałam zachęcać ich, żeby wypytywali mnie, co czuję. Nie można zresztą powiedzieć, żeby matka czy Charlie próbowali. Niewykluczone, że rozmawiali ze sobą, jednak żadne z nich nie rozmawiało ze mną. Nie miałam im tego za złe, rozumiałam ich - bo byłam pewna, że oboje winią mnie za to, co się stało. Sama siebie za to winiłam, więc nic dziwnego, że raczej nie dzieliliśmy się wzajemnie swoimi uczuciami przy kuchennym stole podczas posiłków. Kolacje upływały nam głównie w milczeniu, Charlie albo się pocił i zachowywał nerwowo, albo lekko się kołysał i spoglądał niewidzącym wzrokiem, natomiast matka wpatrywała się w talerz. Podawanie sobie tam i z powrotem talerzy oraz przypraw, a potem krojenie, następnie zaś proces przeżuwania tudzież połykania zdawał się zajmować tak wiele czasu i pochłaniać tyle uwagi, że dziwnie było pomyśleć, iż kiedyś podczas kolacji zdarzało nam się rozmawiać. Nawet jeżeli czasami przychodziło mi do głowy, żeby się odezwać, milczenie pustego krzesła po mojej lewej stronie dusiło ten impuls w zarodku.
W szkole nauczyciele dali mi spokój, przez pierwszy miesiąc nie wywoływali mnie do odpowiedzi. Potem też nie, chyba weszło im to w nawyk. Okazało się, że ludzie bardzo łatwo i szybko potrafią zmienić podejście do innych ludzi, jakby zupełnie zapomnieli, że kiedyś podnosiłam rękę, wyrażałam swoje zdanie w różnych sprawach, że kiedyś miałam coś do powiedzenia na temat powstania bokserów czy też metaforyki Wielkiego Gatsby'ego.
Do moich przyjaciół szybko dotarło, co i jak, czyli że nie chcę z nimi o tym gadać. A ponieważ nie rozmawialiśmy o tym, stało się wkrótce jasne, że nie jesteśmy w stanie rozmawiać o niczym. Nie minęło wiele czasu, a przestaliśmy próbować i już nie było wiadomo, czy to ja ich unikam, czy oni unikają mnie.
Jedynym wyjątkiem była Julia. Nie powiedziałam jej, co się stało. Wiedziałam, że gdybym to zrobiła, nie odpuściłaby tak łatwo. Julia nie pozwoliłaby się spławić. I rzeczywiście, nie dała się spławić. Rzecz jasna, skądś się dowiedziała, zaczęła więc do mnie wydzwaniać, a ja nie odbierałam, tylko pozwalałam jej się nagrywać na skrzynkę głosową. Telefony po jakimś czasie ustały, za to zaczęła pisać do mnie e-maile. Przychodziły co kilka dni, z nagłówkami w rodzaju "co tam u ciebie?" albo "martwię się o ciebie", czy też "na litość boską, Amy". Nie zaglądałam do nich, nie czytałam. Nie bardzo nawet wiedziałam, dlaczego tak postępuję, ale wiedziałam, że gdybym zaczęła rozmawiać o tym z Julią, fakt stałby się realny w sposób, którego nie potrafiłabym znieść.
Kiedy spoglądałam na Rogera, zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, mianowicie, że już od dość dawna nie miałam do czynienia z żadnym facetem. Dokładnie od dnia pogrzebu, kiedy wprosiłam się do pokoju Michaela w internacie, wiedząc dokładnie, co się zdarzy. Kiedy wyszłam stamtąd po godzinie, byłam rozczarowana, chociaż dostałam dokładnie to, czego chciałam.
- Wiesz, że to nieprawda? - powiedział Roger. Popatrzyłam na niego, usiłując odgadnąć, co ma na myśli. - No, ten napis na twojej koszulce - wskazał palcem. Spojrzałam w dół na wypłowiałą niebieską bawełnę przyozdobioną napisem GWIZDAĆ KAŻDY MOŻE. - Ja nie mogę - mówił dalej pogodnym tonem. - Nigdy nie zdołałem się nauczyć.
- To tytuł musicalu - ucięłam.
Skinął głową, zapadło milczenie. Nie przychodziło mi na myśl nic, co mogłabym na ten temat powiedzieć.
- Pójdę po moje rzeczy - oznajmiłam, odwróciłam się w stronę domu. Zastanawiałam się, jak, do ciężkiej cholery, przetrwamy ze sobą te cztery dni.
- Jasne - odparł. - Ja załaduję moje graty do bagażnika. Pomóc ci w czymś?
- Nie - odpowiedziałam, wchodząc już po schodach. - Samochód jest otwarty.
Umknęłam do środka, gdzie panował błogi chłód, mrok i spokój, i byłam tam sama. Wzięłam głęboki wdech, rozkoszując się milczeniem, po czym powędrowałam do kuchni.
Prezent od mojej matki leżał na stole kuchennym. Przyszedł kilka dni wcześniej, ale nie otworzyłam paczki. Gdybym to zrobiła, znaczyłoby to, że ta podróż zdarzy się naprawdę. Teraz jednak nie było już po co okłamywać siebie samej - przed domem oczekiwał mnie dowód na realność tego wydarzenia. Dowód, który przed chwilą wypowiadał się w sprawie mojego T-shirtu i pakował do samochodu swój worek marynarski. Rozerwałam opakowanie, wytrząsnęłam z niego książkę. Była ciężka, oprawiona w spiralę, z granatową okładką. W DROGĘ! - głosił tytuł wypisany białymi literami, kursywą w stylu lat pięćdziesiątych. A poniżej: Twój towarzysz podróży. Dziennik/notatnik, przydatne wskazówki.
Wzięłam ją do ręki i przekartkowałam. Składała się głównie z pustych stron z miejscami przeznaczonymi na "Niezapomniane wspomnienia" oraz część przewidzianą na "Luźne rozmyślania". Poza tym znajdowały się w książce psychozabawy, listy mające dopomóc w pakowaniu bagaży oraz różne rady i porady dotyczące podróżowania. Zamknęłam książkę, popatrzyłam na nią z niedowierzaniem. To miał być ten "prezent", który matka przysłała mi na drogę? Naprawdę?
Rzuciłam ją na blat. Nie zamierzałam dać sobie wmówić, że to wszystko świetna zabawa i ekscytująca przygoda. Okoliczności zmusiły mnie do tego, żeby przenieść się z miejsca na miejsce, w tym celu należało tę podróż odbyć. Nie oczekiwałam bynajmniej, że pozostaną mi po niej "niezapomniane wspomnienia". Nie kupuje się pamiątek na lotniskach przesiadkowych.
Przeszłam przez pokoje na parterze, żeby sprawdzić, czy wszystko zostawiam w porządku. Porządek panował wszędzie wprost idealny, już pani Hildy od nieruchomości o to zadbała. Wszystkie meble jeszcze ciągle stały, bo podobno pusty bydynek trudniej jest sprzedać - ale to wnętrze już nie przypominało naszego domu. Gdy tylko matka ją zatrudniła, Hildy przemeblowała wszystko po swojemu i to tak, że czasami trudno mi było sobie przypomnieć, jak wyglądał dawniej, kiedy mieszkaliśmy w nim jeszcze wszyscy. I nie usiłowano go wcisnąć nikomu jako siedziby, w której tego kogoś będzie czekać niczym niezmącone szczęście. Coraz bardziej czułam się tam jak pośród teatralnych dekoracji, jak na scenie. Przez to wnętrze przewinęło się zbyt wiele młodych małżeństw, które zwracały uwagę jedynie na metraż i wentylację, które skaziły mój dom swoimi marzeniami o meblach oraz wyimaginowanych przyszłych świętach Bożego Narodzenia. Za każdym razem, gdy Hildy skończyła oprowadzanie i już wolno mi było wrócić (czyli nie musiałam snuć się po okolicy z iPodem i słuchać Sondheima na cały regulator), czułam, jak ten dom oddala się, jak coraz bardziej przestaje być nasz. W powietrzu unosiły się obce zapachy, rzeczy stały nie na swoim miejscu, znikało coraz więcej wspomnień zamieszkujących pośród tych ścian.
Weszłam na górę do mojego pokoju, który już wcale pokoju nie przypominał. Nie wyglądał jak miejsce, w którym spędziłam większą część dotychczasowego życia. O nie, stał się teraz pokojem idealnym, zamieszkiwanym przez idealną nastolatkę, ugłaskanym i ugładzonym: równiutko ustawione książki, płyty ułożone w porządku alfabetycznym, starannie poskładane ubrania. Już nie mój pokój, tylko "pokoik Amy!" Czyściutki, schludny i całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek osobowości - przypuszczalnie zupełnie tak samo, jak owa hipotetycznie zamieszkująca go "Amy!" o uczesanych blond włoskach. "Amy!" pewnie piekła przysmaki dla szkolnej drużyny sportowej, z całego serca udzielała się w zespole czirliderek i nawet do głowy jej nie przyszło, jak durne są wszystkie sporty - i nigdy nie pomyślałaby nawet o tym, żeby trochę ożywić sportowe wydarzenie i zaśpiewać jakąś nieprzyzwoitą piosenkę. "Amy!" na pewno robiła za babysitterkę i opiekowała się słodkimi bachorami sąsiadów, słodko uśmiechała się na klasowych zdjęciach - krótko mówiąc, była właśnie taką córeczką, o jakiej marzą wszyscy rodzice. I pewnie chichotałaby zalotnie, flirtując z przystojniakiem na podjeździe swojego domu - a nie zapomniałaby języka w gębie podczas prostej rozmowy i nie zwiałaby do środka. Ba, "Amy!" najprawdopodobniej nikogo ostatnio nie zabiła.
Wzrok mój padł na szafkę nocną, na której stał tylko budzik i leżał cienki tomik w miękkich okładkach: Żywność, benzyna i dach nad głową. To była ulubiona książka mojego ojca, podarował mi na Gwiazdkę swój własny sfatygowany egzemplarz. Kiedy rozpakowałam podarunek, byłam rozczarowana - bo liczyłam na nowy telefon. A on chyba się zorientował, że nie jestem zachwycona takim prezentem. Myśli tego rodzaju prześladowały mnie, nie dawały mi spokoju, wciąż zastanawiałam się, czy nie było mu przykro. Myśli tego rodzaju wypełniały moją głowę o trzeciej nad ranem, kiedy wiedziałam już na pewno, że tej nocy nie usnę.
Gdy dostałam książkę, spojrzałam tylko na stronę tytułową i przeczytałam dedykację: Dla mojej kochanej Amy - ta książka towarzyszyła mi podczas wielu wędrówek. Mam nadzieję, że polubisz ją tak samo, jak ja ją lubię. Wszystkiego najlepszego. Twój ojciec, Benjamin Curry. Następnie książka wylądowała na półce i otworzyłam ją dopiero parę tygodni przed wyjazdem - i natychmiast zaczęłam ją czytać. Czytając, za każdą przewróconą stroną nie posiadałam się ze zdumienia, że nie sięgnęłam po nią od razu. Dotarłam do strony sześćdziesiątej pierwszej i przerwałam. Między stroną sześćdziesiątą drugą a następną znajdowała się kartka pokryta pismem mojego ojca, były to jakieś notatki dotyczące sekretarza Lincolna, o którym ojciec miał zamiar napisać coś większego. Jednak w mojej książce kartka znalazła się w charakterze zakładki. Kiedy ostatnio ją czytał, doszedł do strony sześćdziesiątej pierwszej i nie wiem dlaczego, ale nie potrafiłam się zdobyć, żeby przewrócić stronę i czytać dalej.
Nie wiedziałam, co takiego jeszcze Walter zobaczył. Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek się dowiem. Nie zamierzałam jednak tej książki zostawić. Wzięłam ją i włożyłam delikatnie do torebki. Rozejrzałam się jeszcze ostatni raz po pokoju, zgasiłam światło, wywlokłam wyposażoną w kółka walizkę na korytarz, zamknęłam za sobą drzwi. Właściwie to czułam ulgę na myśl, że już nigdy więcej nie zobaczę tego pokoju. Prawie cały miniony miesiąc spędziłam na dole, spałam na kanapie, a na górę zaglądałam tylko po to, żeby wziąć jakieś świeże ciuchy. Mimo wszystko zbyt silnie przywodził mi na myśl moje poprzednie życie. A nadal w żaden sposób nie byłam w stanie ogarnąć tego, że zupełnie wszystko w moim życiu się zmieniło, że życie poprzednie skończyło się bezpowrotnie - tylko obrazki na ścianach i bałagan w szafie pozostały niezmienione. Potem zaś nastąpił lifting w wykonaniu Hildy i pojawiła się "Amy!", idealna wersja mnie - wersja niedościgniona, której nigdy nawet do pięt nie dorosnę.
Już miałam powlec walizę na dół, ale zatrzymałam się, by zajrzeć do pokoju rodziców. Nie weszłam do niego od dnia pogrzebu, kiedy to stanęłam w drzwiach, rano, żeby matka mogła sprawdzić, czy wybrałam odpowiednią czarną sukienkę.
Przeszłam przez korytarz, mijając sąsiadujący z moim pokój Charlie'ego. Drzwi do tej sypialni pozostawały zamknięte, odkąd matka miesiąc wcześniej dosłownie siłą wyciągnęła z niej mojego brata. Otworzyłam drzwi pokoju rodziców, zatrzymałam się na progu. Wyglądał porządniej, niż kiedy ostatnio go widziałam, ale akurat ta sypialnia nie zmieniła się tak bardzo, tylko łóżko zostało bardzo starannie pościelone, a stosy książek piętrzące się po obu stronach ułożone równo. Spojrzałam na książki po stronie ojca, grube historyczne monografie i cienkie kryminały w miękkich okładkach, które zdążył już pokryć kurz. Szybko odwróciłam wzrok, zdałam sobie sprawę, że wstrzymałam oddech. To było takie wrażenie, jakbym znalazła się pod wodą i zaczynało brakować mi tlenu, i wiedziałam, że dużo dłużej już nie wytrzymam. Drzwi do szafy mojego ojca były otwarte, dostrzegłam wewnątrz wieszak na krawaty, który Charlie zrobił dla niego na warsztatach w piątej klasie. Krawaty wciąż tam wisiały, wszystkie pozawiązywane, żeby nie musiał tracić czasu rano.
Próbując zapanować nad ogarniającą mnie stopniowo paniką, podeszłam do komody mojej matki. Wiedziona impulsem, otworzyłam górną szufladę - skarpetki i pończochy - po czym sięgnęłam na sam tył, po lewej stronie. W szufladzie było mniej rzeczy niż zwykle, ale i tak potrwało chwilę, zanim znalazłam to, czego szukałam. Moje palce zamknęły się wokół czegoś gładkiego i plastikowego. A więc Charlie mówił prawdę. Wyciągnęłam ten przedmiot - to było staromodne jajo do cerowania pończoch, z wydrukowanym złotą, obłażącą farbą napisem LEGGS. Otworzyłam jajo i przekonałam się, iż zgodnie z zapowiedzią, pełne jest gotówki.
Charlie powiedział mi, że znalazł je kiedyś tam w zeszłym roku - nie pytałam go, jak na nie trafił ani czego szukał. Jednak jakimś kawałkiem mózgu zarejestrowałam, jak musiał być zdesperowany, skoro znalazł pieniądze trzymane przez moją matkę w szufladzie na pończochy. Właśnie wtedy zaczęło do mnie docierać, jak bardzo już odjechał. Charlie twierdził, że sięgał do tych zasobów tylko w razie naprawdę naglącej potrzeby i zawsze pilnował się, żeby zwracać pieniądze, tak żeby mama niczego nie zauważyła. W jaju zawsze było sześćset dolarów, w setkach i pięćdziesiątkach. Może pod koniec Charlie był już na takiej fazie, że przestało go to obchodzić, a może po prostu nie zdążył uzupełnić skarbonki, zanim znalazł się na pokładzie samolotu lecącego do Karoliny Północnej - w każdym razie teraz jajo zawierało tylko czterysta dolarów.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwi na dole. Prawdopodobnie Roger zaczął się zastanawiać, o co chodzi i dlaczego tak długo musi czekać, aż przyniosę walizkę. Niewiele myśląc i nie zastanawiając się, co robię, wetknęłam pieniądze do kieszeni, po czym zamknęłam jajo i odłożyłam je na miejsce. Tłumaczyłam się sama przed sobą, że przecież nie można ufać obcym ludziom i kręcącym się po domu agentom nieruchomości, i że tak naprawdę to wyświadczam mojej matce przysługę - ale zarazem wiedziałam, że wcale nie z tego powodu zabieram pieniądze. A więc dlaczego to zrobiłam?
Odepchnęłam od siebie tę myśl i szybko wyszłam z pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi. Taszcząc walizę, zeszłam po schodach. Kiedy znalazłam się w kuchni, ujrzałam Rogera, który podziwiał lodówkę. Na odgłos kroków odwrócił się w moją stronę.
- Wszystko gotowe? - spytał.
- Spoko - odpowiedziałam i natychmiast zaczęłam się zastanawiać, dlaczego przybieram pozę wyluzowanej dresiary. Zaciągnęłam walizę do drzwi, spojrzałam za siebie, na Rogera. Powrócił do oględzin lodówki, co dało mi chwilę, żeby niepostrzeżenie mu się przyjrzeć. Był wysoki, zdawał się zapełniać swoją obecnością kuchnię, w której panował ostatnio taki spokój. Matka mówiła mi, że ma dziewiętnaście lat i że właśnie skończył pierwszy rok studiów. Jednak coś w jego wyglądzie sprawiało, że wyglądał na starszego - a przynajmniej ja czułam się przy nim młodsza. Może to przez ten uścisk dłoni na powitanie.
- Coś niesamowitego - stwierdził Roger, wskazując palcem lodówkę.
- Aha, no, tak - powiedziałam.
Rzecz jasna, mówił o magnesach. Cała lodówka upstrzona była magnesami, było ich o wiele więcej, niż potrzebowaliśmy, żeby umocować menu tajskiej knajpy dostarczającej żarcie do domu czy listę zakupów. Pochodziły z najrozmaitszych miejsc - miast, stanów, krajów. Rodzice zaczęli je kolekcjonować podczas podróży poślubnej, wciąż przybywały nowe okazy - ostatni pojawił się kilka miesięcy wcześniej, kiedy moja matka występowała na konferencji w Montanie i przywiozła stamtąd magnes w kształcie niebieskiego kwadratu z napisem: BIG SKY COUNTRY.
- Moi... rodzice - poczułam, że przy tym słowie głos lekko mi się załamał. Słowa, które zawsze były dla mnie oczywiste, przeistoczyły się teraz w tykające bomby, w pułapki, o które można było się niespodziewanie potknąć i na które można było wpaść. Zauważyłam, że Roger znów spojrzał w stronę lodówki, udając, że niczego nie zauważył. - No, wiesz - podjęłam po chwili - zbierali magnesy. Przywozili je ze wszystkich wyjazdów.
- Super - stwierdził, cofnął się o krok, aby objąć wzrokiem całą lodówkę, jakby to było cenne dzieło sztuki. - Nie powiem, robi wrażenie. Ja na przykład właściwie nigdzie nie byłem.
- Poważnie? - spytałam, nieco zdziwiona.
- Poważnie - potwierdził, wciąż nie odrywając oczu od lodówki. - Byłem tylko w Kalifornii i w Colorado. Słabo, nie?
- Czy ja wiem? - zastanowiłam się. - Ja też rzadko wyjeżdżałam z Kalifornii.
Właściwie strasznie się tego wstydziłam i przyznawałam się do tego wyłącznie przed Julią. Owszem, zdarzyło mi się raz wyjechać z kraju - wszyscy spędziliśmy bardzo deszczowe lato w Anglii, w Cotswolds, bo moja matka robiła tam research do swojej książki. Natomiast w USA nigdy nie ruszyłam się poza Kalifornię. Zawsze, gdy na to narzekałam, matka powtarzała, że kiedy obejrzymy już sobie wszystko, co jest do zobaczenia w Kalifornii, zajmiemy się innymi stanami.
- Ty też? - spytał Roger z uśmiechem, na co ja, jakby była to automatyczna reakcja na uśmiech, wbiłam spojrzenie we własne stopy. - Cóż, to mnie trochę podnosi na duchu. Tłumaczę sobie, że Kalifornia jest naprawdę dużym stanem, no nie? Byłoby gorzej, gdybym nigdy nie wyjeżdżał z New Jersey albo jakiegoś podobnego miejsca.
- Ale myślałam... - zaczęłam, po czym natychmiast pożałowałam, że otworzyłam usta. Wcale nie chciałam usłyszeć odpowiedzi, więc po co zadawać to głupie pytanie? Ale przecież nie mogłam tak po prostu nie dokończyć zdania, więc odkaszlnęłam i jednak dokończyłam: - Myślałam, że twój ojciec mieszka w Filadelfii. Tak twierdziła moja matka i sądziłam, że właśnie po drodze przyprowadzisz nasz wóz.
- Zgadza się - przyznał Roger - ale ja jeszcze nigdy tam nie byłem. Mój stary przyjeżdża tu kilka razy do roku, w interesach.
- Aha - powiedziałam.
Podniosłam wzrok i stwierdziłam, że nadal podziwia lodówkę. W tej samej chwili wyraz jego twarzy zmienił się, wiedziałam, że spostrzegł klepsydrę podtrzymywaną za dolny lewy róg przez magnes z napisem: ITHACA JEST MEGA! Tę samą klepsydrę, na którą starałam się nie patrzeć - starałam się bez powodzenia - za każdym razem, kiedy otwierałam lodówkę, jednak nic z nią nie zrobiłam, nie zdjęłam jej ani nie schowałam.
Wydrukowana była na beżowym kartonie i widniało na niej zdjęcie mojego ojca, en face. Ktoś zrobił je podczas jego wykładu. Zdjęcie czarno-białe, ale widać było na nim wyraźnie, że ma na sobie krawat, który dostał ode mnie na ostatni Dzień Ojca - ten w małe pieski. Na dłoniach miał ślady kredy, patrzył na lewo od aparatu, roześmiany. Pod zdjęciem widniał podpis: BENJAMIN CURRY: ŻYCIE DOBRZE PRZEŻYTE.
Roger popatrzył na mnie i wiedziałam, że zaraz usłyszę kolejną wersję tego samego zdania, które słyszałam wciąż przez ostatnie trzy miesiące. Że dowiem się, jak mu przykro i jaka to tragedia. Że brak mu słów, że nie wie, co ma powiedzieć. A ja zdecydowanie nie chciałam tego usłyszeć. Żadne słowa nie mogły mi pomóc, a on w żaden sposób nie mógł tego zrozumieć.
- To co, jedziemy, nie? - odezwałam się, zanim zdołał otworzyć usta. Już miałam chwycić walizkę za rączkę, nim jednak zdążyłam to zrobić, Roger stanął obok mnie i bez trudu uniósł ją do góry.
- Ja zaniosę - oświadczył, przechodząc już przez drzwi wejściowe. - Widzimy się w samochodzie.
Drzwi się zamknęły, rozejrzałam się po kuchni, zastanawiałam się, co jeszcze mogłam zrobić, aby odwlec tę chwilę, kiedy będziemy już tylko my dwoje, zamknięci na cztery dni w żelaznej klatce samochodu. Chwyciłam talerz, który zostawiłam w pustej zmywarce, żeby wysechł, włożyłam go do szafki i zamknęłam drzwiczki. Już miałam wyjść, kiedy spostrzegłam leżącą na stole "książkę podróżniczą".
Mogłam ją po prostu tam zostawić. Ale nie zostawiłam. Wzięłam ją i nie zastanawiając się, co robię, wyciągnęłam klepsydrę zza magnesu z Ithaki, po czym wetknęłam ją między strony, tam gdzie było miejsce na notatki. Zgasiłam w kuchni wszystkie lampy, wyszłam z domu i zamknęłam drzwi frontowe na klucz.
PODRÓŻ SIĘ ROZPOCZYNA...
Gratulacje! Wyruszasz w DROGĘ! Samolotem, pociągiem, samochodem, statkiem, na rowerze czy pieszo... Niezależnie od środka transportu, z pewnością poznasz nowych ludzi, podziwiać będziesz nowe widoki, a do domu wrócisz jako ktoś trochę inny, z osobowością wzbogaconą o nowe doświadczenia!
Wskazówki, rady i listy zawarte w tej książce pomogą ci zorganizować i udokumentować Twoją podróż, pomogą Ci cieszyć się w pełni tym nowym doświadczeniem.
Najwspanialsze w podróżowaniu jest to, że nigdy nie da się wszystkiego do końca zaplanować. Cały urok podróży polega na tym, że po drodze czeka Cię niejedna NIESPODZIANKA! Oczekuj nieoczekiwanego, pozwól się zaskoczyć, a z wędrówki wyniesiesz jeszcze więcej korzyści. Któż może wiedzieć, dokąd los Cię zaprowadzi?
SZEROKIEJ DROGI!
Miejsca i miejscowości...
stan #1: KALIFORNIA - złoty Stan
dewiza: Eureka - "znalazłem", "odkryłem"
wielkość: WIELKI!
ciekawostki: California - to znaczy tak naprawdę "gorący piec". Nie miałam pojęcia.
A teraz już wiem, dzięki informacji wywieszanej na tablicach z informacją turystyczną
uwagi: stan jest tak wielki, że można przeżyć całe siedemnaście lał, nie opuszczając ANI RAZU jego granic. Nie ma w tym nic dziwnego. Co innego, gdyby kłoś mieszkał w Rhode Island.
Wsiadłam, zatrzasnęłam drzwi. Roger siedział już za kierownicą, przesuwał się to w górę, to w dół, potem w przód i w tył - dostosowując fotel do swoich rozmiarów. W końcu chyba osiągnął zadowalający rezultat, bo przestał się poruszać i odwrócił się do mnie.
- Gotowa? - spytał, bębniąc palcami po kierownicy. Uśmiechnął się do mnie.
- Masz - powiedziałam.
Rzuciłam mu na kolana wypisaną przez matkę trasę. Na wyjętym z mojej torebki wydruku widniała lista miast, w których mieliśmy się według niej zatrzymać, wskazówki z MapQuest.com oraz spis hoteli, w których zarezerwowała dla nas miejsca - w każdym dwa pokoje. Nie omieszkała wyliczyć przybliżonego czasu przejazdu i długości każdego odcinka trasy. Trzeba przyznać, że nawet gdyby strasznie się starała, nie zdołałaby wymyślić nudniejszych miejsc na przerwy w podróży: Gallup w Nowym Meksyku, Tulsa w Oklahomie, Terre Haute w Indianie, Akron w Ohio.
- Masz tutaj opis trasy wytyczonej przez moją matkę - dodałam. Zapięłam pas, wzięłam głęboki wdech i wypuściłam powietrze. Czułam, jak serce bije mi w piersi, a przecież nawet jeszcze nie ruszyliśmy z miejsca. Uznałam, że to nie najlepszy omen.
- Masz tu GPS? - spytał, przerzucając kartki. Widziałam, jak coraz bardziej rzedła mu mina. Prawdopodobnie dotarł do Tulsy - pomyślałam.
- Nie - odpowiedziałam. Mieliśmy GPS w drugim samochodzie, ale nie mamy już drugiego samochodu i nie miałam ochoty wdawać się w tłumaczenie, dlaczego tak się stało. - Ale spokojnie, całkiem dobrze radzę sobie z mapą - dodałam. Sięgnęłam na tylną kanapę po atlas. - Poza tym dokładnie wypisała, jaką trasą mamy jechać.
- Owszem - rzeki Roger, nadal przyglądając się papierom ze zmarszczonym czołem. - Czy wiadomo, dlaczego właśnie taką trasę zaplanowała?
Potrząsnęłam głową.
- Chyba chodziło jej o to, żeby było jak najkrócej. Żeby zużyć jak najmniej benzyny.
- Aha - mruknął. Zerknął jeszcze raz na wydruk, na mapy i listę hoteli. Sprawiał wrażenie rozczarowanego, przynajmniej odrobinę. - No tak, teraz rozumiem.
- Wiesz, że ja... - znowu urwałam w pół zdania. Chciałam dowiedzieć się, co on wie, nie zdradzając mu przy tym niczego. Odkaszlnęłam i zaczęłam od nowa. - Wiesz, że ja nie prowadzę, prawda?
- Tak, moja mama mi powiedziała - stwierdził Roger, kładąc stosik kartek na konsolce między nami. - Nie masz prawa jazdy?
Popatrzyłam na niego, zszokowana. Przyglądałam mu się przez chwilę, próbując dojść, czy naprawdę to takie niewinne pytanie. Ale tak, chyba tak. Serce znów zabiło mi mocniej, ale tym razem odetchnęłam z ulgą.
- Nie - odparłam powoli. - Mam prawo jazdy. Tylko że... No, teraz nie prowadzę.
Beznadziejne wyjaśnienie, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
- Szkoda. Żałuj - powiedział. - Ja uwielbiam prowadzić samochód.
Też kiedyś uwielbiałam. Było to swojego czasu moje ulubione zajęcie. Właśnie za kierownicą porządkowałam myśli i słuchałam muzyki, to była taka moja autoterapia. Oprócz tak wielu innych rzeczy, również i to zostało mi odebrane, także z tym musiałam się pożegnać. Wzruszyłam ramionami, jakby wcale mnie to nie obchodziło. Tak to przynajmniej miało wyglądać.
- To chyba po prostu nie moja bajka - stwierdziłam.
- W porządku - odezwał się Roger i oddał mi kartki. Przebiegłam wzrokiem pierwszą część wskazówek, które miały doprowadzić nas do Gallup w ciągu mniej więcej dziewięciu godzin.
- Gotowa? - spytał znowu, tylko teraz jakby z mniejszym entuzjazmem.
Przytaknęłam ruchem głowy.
- Jasne.
Podałam Rogerowi kluczyki, odpalił motor. Zamknęłam oczy na krótką chwilę, gdy samochód drgnął i ruszył, powtarzałam sobie, że wszystko będzie dobrze, że nic mi nie jest. Otworzyłam je akurat w samą porę, żeby ujrzeć zamykające się drzwi od garażu, gdy Roger objeżdżał nasz zaułek. Popatrzyłam na dom po raz ostatni i zdałam sobie sprawę, że kiedy zobaczę go następnym razem - jeżeli kiedykolwiek go jeszcze zobaczę - nie będzie to już mój dom. WITAJ W DOMU - tak głosił szyld i to była naprawdę ostatnia rzecz, jaką widziałam, nim dom zniknął mi z oczu.
Odwróciłam się, żeby patrzeć w przód, przed siebie. Powtarzałam sobie, że mam oddychać głęboko. Spoglądałam przy tym na migające za oknami znajome widoki. Zerknęłam na Rogera, bo poczułam, że realność całej tej sytuacji dopiero w tym momencie mnie dopadła. Przez następne cztery dni miałam być skazana na faceta, którego w ogóle nie znam. Bardzo przystojnego faceta, którego w ogóle nie znam. Wyjrzałam przez okno, Roger kierował się w stronę centrum Raven Rock. Najbardziej niepokoiło mnie to, że nie będzie ucieczki, dzień w dzień czeka nas to samo. Przez cały dzień. Wiedziałam, że potrafię udawać. Stwarzać pozory, że wszystko gra - dopóki ktoś się nie zaweźmie i nie zacznie próbować poważnych rozmów ze mną. Nie na próżno jestem aktorką. Wiedziałam jednak, że gdyby ktoś zechciał przyjrzeć się zbyt dokładnie, przekonałby się z całą pewnością: nic nie było w porządku, tak bardzo nie było, że to aż żałosne. Tego się właśnie obawiałam - że zbyt wiele czasu spędzonego razem pozwoli Rogerowi to odgadnąć. Kiedy wjechaliśmy na główną ulicę naszego przedmieścia i Roger przyspieszył, żeby nie blokować ruchu, zdałam sobie sprawę, że mimowolnie krzywię się i naciskam z całej siły stopą wyimaginowany hamulec. Działo się tak za każdym razem, kiedy zdawało mi się, że zanadto zbliżamy się do samochodu jadącego przed nami. Samochody na drugim pasie i jadące z naprzeciwka wprost śmigały. Dlaczego wszyscy muszą jeździć tak szybko?
Samochód za nami zatrąbił, głośno. Drgnęłam, tylko troszeczkę. Zauważyłam, że Roger zerknął w moją stronę. Włączył kierunkowskaz, przygotowując się do skrętu w Campus Drive.
- Wszystko w porządku? - upewnił się.
- Jasne - odpowiedziałam pospiesznie. Wpatrywałam się w małą zieloną strzałkę, która zapalała się i gasła. Walczyłam z narastającą paniką, bo uświadomiłam sobie, jaką drogą chce wjechać na autostradę. - Ale wiesz co? Przez Alvareza będzie szybciej.
- Naprawdę? - zdziwił się. - Przecież możemy pojechać prosto do...
- Nie - zaprotestowałam znacznie głośniej, niż było to moim zamiarem. - Jeżeli teraz pojedziesz prosto, szybciej dojedziemy do dwójki. Naprawdę.
Światło zmieniło się, Roger zawahał się jeszcze przez ułamek sekundy, nim wyłączył kierunkowskaz. Pojechał prosto.
- Nie ma sprawy - powiedział.
Wyglądałam przez okno, oddychałam głęboko i starałam się uspokoić samą siebie, próbowałam nie myśleć o tym, jak mało brakowało, żebym zobaczyła wjazd przy Uniwersytecie. Nie miałam pojęcia, czy zostały tam jeszcze policyjne taśmy i znaki, czy może znikły już w śmietnikach i ptasich gniazdach. Nie chciałam tego wiedzieć. Chciałam oddalić się od tego miejsca tak prędko, jak tylko to było możliwe.
Gdy zbliżaliśmy się do autostrady, uderzyło mnie - jakby z opóźnieniem - że to pewnie jeden z ostatnich razów, kiedy widzę moje miasto. Raven Rock już nie będzie moją rodzinną miejscowością. Jakoś nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu mieszkałam tam od zawsze, trochę to było nudne, trochę prowincjonalne. Tyle że moje, z całą moją historią, złą czy dobrą, która w tym mieście się rozegrała. Widziałam za oknami punkty wyznaczające różne wydarzenia w moim życiu, zostawiałam je za sobą w tempie o wiele zbyt szybkim, żeby czuć się z tym dobrze. "Fosters Freeze", gdzie chodziliśmy z Charliem na szejki mleczne. "Jamba Juice" - knajpa, w której skompromitował mnie bezlitośnie, kiedy mieliśmy po dwanaście lat. Zdołał mi wmówić, że jeżeli krzyknę na cały głos: "JAMBA!", wszyscy pracownicy odkrzykną równie głośno: "JUICE!" Okazało się, że nie. Nie odkrzyknęli.
Odwróciłam się, żeby zobaczyć, ile się jeszcze dało, ale już w następnej chwili Roger wjeżdżał na autostradę, przy czym szczęśliwie oszczędził mi komentarzy co do tego, jaką to malowniczą trasę obraliśmy. Spojrzałam w boczne lusterko po mojej stronie, żeby ujrzeć ostatni raz, jak Raven Rock oddala się ode mnie, przeistacza w jeszcze jedną kropkę na mapie, jeszcze jedno anonimowe miasteczko, przez które przejeżdża się i o którym zapomina się w następnej chwili. Znikało mi z oczu, aż po chwili widziałam w lusterku już tylko inne samochody podążające autostradą.
Przez jakieś dwadzieścia minut jechaliśmy w milczeniu. Odkąd opuściliśmy Raven Rock i najbliższą okolicę, trochę mniej mi przeszkadzało, że siedzę w samochodzie. Na autostradzie nie świeciły mi w oczy czerwone światła stopu, poczułam więc, że trochę się rozluźniam.
Roger sprawiał wrażenie dobrego kierowcy, w samochodzie matki czuł się znacznie swobodniej, niż oczekiwałam. Nadal spoglądałam w jego stronę. Nigdy dotąd nie zdawałam sobie sprawy, jak mała odległość dzieli od siebie przednie fotele samochodu. Dostrzegałam każdy jego ruch, nie mogłam nie dostrzec. Siedziałam właściwie na brzegu swojego fotela, przyciśnięta do drzwi - żebyśmy przypadkiem nie trącili się łokciami, czy coś w tym rodzaju. Roger tymczasem raczej się nie krępował, zajmował sporo przestrzeni, fotel mocno odsunął do tyłu, długie nogi w dżinsach miał prawie wyprostowane. Trzymał jedną rękę na kierownicy, łokieć drugiej wystawił za okno. Trochę nie w moim stylu, kiedy jeszcze prowadziłam, zawsze trzymałam ręce na dziesiątej dziesięć. Musiałam jednak przyznać, że radził sobie z samochodem, wszystko miał pod kontrolą, nie jechał za szybko, lecz dość szybko, żeby nie blokować ruchu na prawym pasie. Jechaliśmy bez problemu - na szczęście, bo po drugiej stronie samochody stały zderzak w zderzak. Nie wiadomo, skąd ten korek - w czwartek, w południe.
- Hej, hej - odezwał się Roger, przerywając panujące w samochodzie milczenie. Stuknął w szybę po swojej stronie. Popatrzyłam w tamtym kierunku i na wiszącym nad autostradą banerze ujrzałam dobrze mi znajomą żółtą strzałę. - Co ty na to? - spytał.
- Jesteś głodna?
- Tego mi będzie brakowało - stwierdził Roger. Sięgnął do białej papierowej torby stojącej między nami i wyciągnął kolejną frytkę. - Uwielbiam fast foody w każdej formie, ale nic nie dorównuje tutejszemu In-N-Out.
Ugryzłam ostrożnie mojego hamburgera, skinęłam głową. Siedzieliśmy w otwartych tylnych drzwiach wozu, tam gdzie zwykle trzyma się bagaże. Oboje z Charliem nazywaliśmy to miejsce ładownią. A więc siedzieliśmy na pokładzie ładowni, machaliśmy nogami w powietrzu, słońce przygrzewało coraz mocniej i świeciło tak jasno, że trudno mi było patrzeć prosto na Rogera.
Moje okulary słoneczne roztrzaskały się trzy miesiące wcześniej, a ja przyzwyczaiłam się do mrużenia oczu. Pędzące autostradą samochody mijały nas po prawej stronie, a po naszej lewej dziewczyna pracująca w In-N-Out chyba właśnie zrywała ze swoim chłopakiem. Głośno. Przez telefon.
Chcieliśmy wziąć jedzenie ze sobą, ale kiedy Roger zaczął się zmagać ze swoim hamburgerem, wyjeżdżając jednocześnie z parkingu, uznaliśmy zgodnie, że najpierw trzeba zjeść, a dopiero potem ruszymy w dalszą drogę. Wjechaliśmy więc z powrotem na parking. Przedtem nie zdawałam sobie sprawy, że sieć In-N-Out działa tylko na Zachodnim Wybrzeżu, dopiero Roger mi o tym powiedział. W Connecticut nie ma ani jednej knajpki In-N-Out, ponieważ stan ten jest najprawdopodobniej niegościnnym, dzikim pustkowiem.
- To wkurzające - stwierdził Roger. Potrząsnął papierową torbą. Już dawno każde z nas uporało się ze swoim indywidualnym przydziałem frytek, zawsze jednak istniała szansa, że kilka z nich wysypało się do dużej torby. I rzeczywiście, wydobył drobną garstkę. - Wkurzające, bo tęskniłem za tym żarciem przez cały rok szkolny. Najbliższy In-N-Out od Colorado mieści się w Utah, a to trochę daleko, żeby po prostu wyskoczyć na hamburgera. Może zresztą dałoby się to zrobić, tylko że nie miałem samochodu.
Upiłam łyczek koktajlu mlecznego, żeby trochę zyskać na czasie i przemyśleć następną wypowiedź.
- Colorado? - spytałam wreszcie, przypomniawszy sobie nalepkę na zderzaku. - Tam studiujesz?
Skinął głową.
- Colorado College w Colorado Springs. Dobra uczelnia. I mam tam mnóstwo świetnych kumpli... - wydawało mi się, że przez ułamek sekundy jakby cień przemknął przez twarz Rogera, ale natychmiast zniknął. - Krótko mówiąc, zamierzałem spędzić tam całe lato. Ale mój ojciec uparł się, żebym spędził wakacje razem z nim w Filadelfii.
- Twój ojciec tam mieszka, tak? - pożałowałam tego pytania w tej samej chwili. Po pierwsze, Roger sam mi o tym powiedział, jeszcze w kuchni. Po drugie, wiedziałam już wcześniej. Po trzecie, miałam wrażenie, że czekają nas bardzo długie cztery dni, o ile nie przestanę się zachowywać jak kompletna idiotka.
Jednak nawet jeżeli Roger coś zauważył, nie dał po sobie poznać.
- Tak - odpowiedział. Potrząsnął jeszcze raz torbą i o dziwo udało mu się wydobyć jeszcze kilka frytek. - Mieszka w Filadelfii ze swoją nową żoną i z jej synem. Odbiło mu, jak zobaczył moje stopnie, i zażądał, żebym do niego przyjechał, to wtedy, uwaga, "nauczę się nieco dyscypliny". Krótko mówiąc, wakacje nieźle się zapowiadają. W dodatku nikogo tam nie znam. I co ja niby mam robić w Filadelfii?
- Możesz zajadać się stekami serowymi - zaproponowałam machinalnie.
Roger roześmiał się - pierwszy raz, głośnym dźwięcznym śmiechem, który wypełniał całą przestrzeń wokoło.
- Zgadza się - przytaknął. - Stekami serowymi i białym serem.
Zdaje się, że ani jemu, ani mnie nie przychodziło do głowy więcej przysmaków rodem z Filadelfii, bo zamilkliśmy oboje. Upiłam jeszcze łyczek koktajlu. Czułam na sobie spojrzenie Rogera. Zerknęłam w jego stronę. Okazało się, że czyta, co mam napisane z tyłu koszulki - widniała tam lista aktorów.
- Ten musical... - odezwał się. Zauważyłam, że wymawia słowo "musical" jakby pochodziło z jakiegoś obcego języka, jakby było to słowo, którego nie używał zbyt często. - Występowałaś w nim? - sprawiał wrażenie zaskoczonego.
- Tak - odpowiedziałam, odwróciłam się do niego przodem, żeby przestał gapić się na moje plecy. - Nie chwaląc się, grałam główną rolę.
Ujrzałam, jak brwi Rogera wędrują w górę, popatrzyłam więc co prędzej na plastikową przykrywkę mojego kubka z koktajlem. Wcale nie dziwiło mnie, że jest zaskoczony. Jeszcze zanim to wszystko się wydarzyło, ludzie zwykle dziwili się na wieść, że jestem aktorką. A ja od zawsze uwielbiałam przeistoczyć się na parę godzin w kogoś innego. W kogoś, dla kogo napisano słowa, wymyślono każdy gest i wiadomo było, jak wszystko się skończy. Prawie jak w życiu. Tylko że bez niespodzianek.
- To jak? - odezwałam się po chwili. - Jedziemy dalej, no nie?
Roger kiwnął głową.
- Chyba tak - upił łyk korzennego piwa i popatrzył w stronę autostrady. - Wiesz co - powiedział w zamyśleniu - chyba podróż nie zajmie nam aż czterech dni. Moi znajomi przejechali cały kraj w trzydzieści sześć godzin.
- Poważnie?
- Owszem. Chociaż o ile wiem, jechali bez żadnych przerw, zatrzymywali się tylko po to, żeby zatankować. No i raczej zdarzało im się przekraczać ograniczenia prędkości - dodał.
- Aha - odpowiedziałam, nie bardzo wiedząc, co tak naprawdę powinnam odpowiedzieć. Dopiero w tym momencie zrozumiałam, że o ile ja niespecjalnie miałam ochotę na tę wyprawę, Roger prawdopodobnie tym mniej się do niej palił. Dlaczego student właściwie już drugiego roku miałby chcieć spędzić cztery dni w samochodzie z licealistką i wieźć ją przez pół kraju? Być może w ten sposób Roger chciał mi dać do zrozumienia, że chce uporać się z tym jak najszybciej.
- Wybrałaś się kiedyś na taką porządną włóczęgę samochodem? - spytał.
Odwróciłam się w jego stronę, mrużąc oczy. Potrząsnęłam głową. Czułam się strasznie obciachowo. Wiedziałam, że nie chodzi mu o wycieczkę z rodziną i oglądanie miejsc, które powinno się zwiedzić. Miał na myśli prawdziwą włóczęgę, wyprawę, gdzie oczy poniosą, wprost przed siebie - wyprawę, na jaką wyruszają co fajniejsi goście studiujący w college'ach.
- A ty? - spytałam, chociaż spodziewałam się, że usłyszę odpowiedź twierdzącą.
Rzeczywiście.
- Owszem, ale tylko na terenie stanu. Najpierw do San Francisco, potem na południe do San Diego. No i czy ja wiem... - zawiesił głos, zajrzał do torby. Potrząsnął nią raz jeszcze, sięgnął do środka i wydobył aż trzy frytki. Wziął jedną, dwie pozostałe podał mnie. - Więcej nie ma - stwierdził. - Częstuj się. - Wzięłam jedną, ostatnią zostawiłam dla niego. Podziękował uśmiechem i zjadł ją, sprawiał wrażenie zamyślonego. - Chyba oczekiwałem, że ta przejażdżka będzie bardziej przypominała taką włóczęgę - wyznał. - Czy ja wiem? Sądziłem, że zobaczymy jakieś ciekawsze miejsca. Albo że przynajmniej będziemy mogli sami wybrać sobie trasę.
Upiłam łyk koktajlu. Miałam nadzieję, że nie słychać było, jak odetchnęłam z ulgą. A więc to nie o mnie mu chodziło, tylko miał problem z marszrutą ustaloną przez moją matkę. Co akurat rozumiałam doskonale - biorąc pod uwagę, jakie miejscowości wybrała nam na przystanki.
Pomyślałam sobie o tym, co właśnie przeczytałam w książce mojego ojca. O tym, żeby wyruszyć i jechać po prostu przed siebie, że można to zrobić tylko wtedy, kiedy jest się młodym. Wtedy pierwszy raz przyszło mi myśl, że cała ta wyprawa nie musi być takim nudziarstwem i może jednak zdarzy się coś, co warto będzie zapisać w notesie.
- No, wiesz - odezwałam się, sama nie wierząc, że za chwilę to powiem - chyba możemy pojechać inną trasą. Przecież w końcu wszystko jedno, którędy tam dojedziemy. Byle się wyrobić w cztery dni, no nie?
- Poważnie? - spytał Roger. - A co z rezerwacjami w hotelach?
Wzruszyłam ramionami, chociaż serce biło mi jak oszalałe.
Pytanie było całkiem rozsądne. Znając moją matkę, wiedziałam, że pewnie będzie dzwonić do każdego hotelu, żeby się upewnić, czy się zameldowaliśmy. Jednak coś we mnie buntowało się, wołało - choć cichutko - żeby chociaż raz poutrudniać. Żeby dla odmiany pomartwiła się troszeczkę o mnie, nie o kogo innego. Żeby zrozumiała, jak się czułam, kiedy tak zostawiła mnie samą sobie.
- Olać to - stwierdziłam. Nie było to zupełnie zgodne z moimi prawdziwymi odczuciami, ale przyjemnie było powiedzieć coś takiego na głos. Tak właśnie zrobiłby Charlie. Natomiast "Amy!" nie zrobiłaby tego nawet za milion lat. Kiedy zaś pomyślałam o czterystu dolarach, które miałam w kieszeni, przyszło mi na myśl, że mogą nam się przydać, żeby kupić sobie chociaż skrawek wolności.
Roger puścił do mnie oko.
- W porządku - stwierdził. Odwrócił się bardziej w moją stronę i rozparł wygodnie. - Dokąd najpierw?
- Tylko żebyśmy zdążyli na dziesiątego, dobrze? - zastrzegłam pospiesznie. Wiedziałam, że moja matka nie będzie zachwycona, jeżeli zignorujemy wyznaczoną przez nią trasę, natomiast byłam pewna, że dostanie szału, jeżeli przejazd zajmie nam więcej czasu, niż przewidziała. - Robimy tylko objazd - uściśliłam.
- Tylko objazd - potwierdził Roger i skinął głową. Uśmiechnął się do mnie, a ja odruchowo miałam ochotę odpowiedzieć mu tym samym. Nie zrobiłam tego, ale pojawiła się ochota - po raz pierwszy od długich miesięcy.
Dziewczyna z In-N-Out po naszej lewej stronie nagle podniosła głos, a już po chwili zaczęła wrzeszczeć na swojego już wkrótce byłego. Dowiedzieliśmy się dzięki temu, że facet ma na imię Kyle i doskonale wie, co zrobił. Poczułam się, jakbym kogoś podsłuchiwała, więc zeskoczyłam i ruszyłam na przód samochodu, ale zorientowałam się, że Roger ani drgnął. Nadal przysłuchiwał się scenie rozstania - z wyrazem lekkiego niesmaku na twarzy.
- Roger? - przywołałam go do porządku.
- Tak jest! - zreflektował się, również wstał, zgniótł w kulę torebkę z białego papieru. Zapięliśmy pasy, Roger uruchomił silnik. - A więc jeżeli naprawdę wyruszamy na włóczęgę - oznajmił, cofając się na parkingu, a potem kierując w stronę wyjazdu - musimy postarać się o to i owo na drogę.
- To znaczy zatankować?
- Nie - zaprzeczył. - To znaczy, oczywiście - poprawił się i zerknął na wskaźnik paliwa. - To też. Są jednak dwie rzeczy absolutnie niezbędne podczas włóczęgi, kiedy człowiek rusza w świat.
- A mianowicie?
Roger uśmiechnął się do mnie, kiedy stanęliśmy na światłach.
- Przekąski i muzyka - wyjaśnił. - Niekoniecznie w tej kolejności.
- Co powiesz na Billy'ego Joela? - spytał Roger; przeglądał właśnie zasoby swojego iPoda. Nie ruszyliśmy się jeszcze z parkingu pod Sunshine Mart, bo Roger uparł się, że nie zacznie "włóczęgi", dopóki nie powstanie do niej odpowiednia ścieżka dźwiękowa. Zaproponował nawet, że puści jeden z moich miksów, ale nie chciałam, pozwoliłam, żeby to on wybrał muzykę. Większość z tego, co miałam na moim iPodzie, pochodziła z broadwayowskich musicali albo były to jakieś stare hity, nie przypuszczałam zaś, żeby Roger był skrytym wielbicielem Andrew Lloyd Webbera.
Zerknęłam na niego znad atlasu.
- Myślę, że może być.
Nie chciałam zdradzić się z tym, że moja znajomość z Billym Joelem ograniczała się w zasadzie do musicalu Movin' Out. Opróżniłam plastikową torbę z wybranych przeze mnie zakąsek, napój gazowany umieściłam w tylnym uchwycie na kubek, otworzyłam swoje red vines. Roger zaopatrzył się w pokaźny zapas abbazaba, poinformował mnie przy okazji, że można je dostać tylko w Kalifornii - co spowodowało, iż zaczęłam się poważnie zastanawiać, po jaką cholerę ktokolwiek decyduje się osiedlić w Connecticut. Postawiłam jego piwo korzenne w przednim uchwycie na napój, żeby wygodnie mu było sięgać, po czym umieściłam torbę ze snakami za sobą, na tylnej kanapie.
- Czyli Billy może być - skonstatował Roger, przewinął listę, nacisnął przycisk pośrodku. - Świetnie.
Skoncentrowałam się znów na mapie, przesuwałam palcem po wszystkich autostradach przecinających we wszystkich kierunkach Kalifornię - naprawdę ogromną połać ziemi. W atlasie nasz stan zajmował pięć stron. Tymczasem stan Connecticut, który znalazłam kilka kartek dalej, mieścił się na jednej rozkładówce razem z Rhode Island. Otworzyłam na stronie ze Środkową Kalifornią i gdy tylko zobaczyłam tę nazwę, od razu wiedziałam, gdzie chcę pojechać: do parku narodowego Yosemite. Z Raven Rock jechało się tam sześć godzin. Park został częściowo ufundowany przez moich przodków ze strony ojca. Jeździliśmy tam każdego lata na dwa tygodnie - ojciec, Charlie i ja. Kilka lat temu przestaliśmy jeździć, bez jakiegoś szczególnego powodu, tak jakoś się złożyło, że nikt z nas nie miał już na to czasu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak tęskniłam za tym miejscem - dopóki nie zobaczyłam go na mapie - wystarczyło jechać dalej tą samą autostradą międzystanową, choć dzielił nas od Yosemite niezły szmat drogi.
- Myślę... - zaczęłam, potem odkaszlnęłam. Roger spojrzał znad swojego iPoda na mnie, potem na leżący na moich kolanach atlas.
- Już wiemy, dokąd prowadzi nas droga? - spytał z uśmiechem.
- Może - odpowiedziałam.
Spojrzałam na mapę, na palec, który zatrzymałam w miejscu, gdzie widniała zielona plama przedstawiająca park narodowy. A co, jeżeli nie będzie chciał tam jechać? Jeżeli uzna, że to głupota, dziecinada? Sama nawet nie byłam do końca pewna, dlaczego chcę tam się znaleźć. Ostatnio raczej unikałam miejsc, które przypominały mi o tym, o czym nie chciałam pamiętać. Aż tu nagle okazało się, że koniecznie chcę wybrać się właśnie tam, nigdzie indziej. Wzięłam głęboki wdech.
- Byłeś kiedyś w Yosemite?
RAVEN ROCK HIGH SCHOOL
Raven Rock, CA
ŚWIADECTWO KOŃCOWE
uczeń/uczennica
Amelia E. Curry
junior
przedmiot
ocena końcowa
Literatura amerykańska
A
Historia Ameryki
A
Chemia
B-
Język francuski
B+
Wychowanie fizyczne
B
Zajęcia teatralne
A
uwagi
Niniejsze świadectwo zostanie przekazane władzom STANWICH HIGH SCHOOL w Stanwich, stan Connecticut. Uczennica jesienią podejmie naukę jako senior.
nieobecności
1 - usprawiedliwiona (A)
5 - usprawiedliwione (D)
przyczyny nieobecności
A choroba
B wydarzenia organizowane przez szkołę
C udział w zawodach sportowych
D żałoba
E inne
OD: Hildy Evans (hildy@ravenrockrealty.com)
DO: Amy Curry (amycurry@netmail.com)
TEMAT: Pokazuję dom o 4
DATA: 1 czerwca
GODZINA: 10:34
Witaj, Amy!
Chciałam tylko Cię zawiadomić, że dzisiaj o czwartej pokazuję dom potencjalnym nabywcom. Piszę o której, bo jak pamiętasz, chodzi o to, żeby Cię wtedy nie było. Jak rozmawiałyśmy, chcemy, żeby ludzie od razu wyobrazili sobie, że to jest ich DOM, co znacznie łatwiej osiągnąć, kiedy znajdujemy się tam sami, tylko kupujący i ja!
O ile dobrze zrozumiałam, wkrótce wybierasz się do Connecticut, do mamy. Wyjeżdżając, możesz spokojnie zostawić drzwi zamknięte, mam drugi zestaw kluczy.
Wielkie dzięki!
Hildy
OD: Mama (pamelacurry@stanwichcollege.edu)
DO: Amy (amycurry@netmail.com)
TEMAT: Trasa
DATA: 3 czerwca
GODZINA: 9:22
ZAŁĄCZNIK -: TRASA PRZEJAZDU
Cześć, Amy!
Pozdrowienia z Connecticut! Cieszę się, że dobrze Ci poszło na koniec roku. I miło mi, że Kandyd cieszył się powodzeniem. Jestem pewna, że świetnie wypadłaś, zresztą jak zwykle - szkoda, że nie mogłam tego widzieć!
Trudno mi uwierzyć, że upłynął już miesiąc, odkąd ostatnio się widziałyśmy. Wydaje się, że było to znacznie, znacznie dawniej. Mam nadzieję, że zachowywałaś się możliwie jak najlepiej wobec swojej ciotki.
To była ogromna uprzejmość z jej strony, że zgodziła się Tobą opiekować, więc mam nadzieję, że jej podziękowałaś.
Jestem pewna, że podróż odbędzie się bez przeszkód. Spodziewam się Ciebie i Rogera nie później niż dziesiątego, zgodnie z marszrutą, którą znajdziesz w załączniku. W wymienionych hotelach macie zarezerwowane noclegi. Zapłać za nie, podobnie jak za posiłki i za benzynę swoją awaryjną kartą kredytową.
I proszę, pamiętaj o zasadach bezpieczeństwa! Informacja pogotowia ratunkowego AAA znajduje się w schowku na rękawiczki - to tak na wszelki wypadek.
Wiem, że wysłałaś pozdrowienia bratu. Dostałam od niego e-mail, również Cię pozdrawia. W tym zakładzie nie może odbierać telefonów, ale wolno mu korzystać z poczty elektronicznej. Byłoby miło, gdybyś jakoś niedługo do niego napisała.
Twoja mama
TRASA PRZEJAZDU
wyjazd: z Raven Rock, Kalifornia
pierwszy nocleg: Gallup, Nowy Meksyk
drugi nocleg: Tulsa, Oklahoma
trzeci nocleg: Terre Haute, Indiana
czwarty nocleg: Akron, Ohio
punkt docelowy: Stanwich, Connecticut
Potem odwiozę Rogera do domu jego ojca w Filadelfii. Bezpiecznej drogi!
DZIEWIĘĆ LAT WCZEŚNIEJ
- Jesteśmy już na miejscu? - dopytywał się Charlie marudnym głosem, kopał przy tym z tyłu oparcie mojego fotela. Odwróciłam się, żeby spiorunować go wzrokiem, ale nie patrzył na mnie, tylko rozwalony z tyłu gapił się przez okno.
- Przestań - powiedziałam. - To mi przeszkadza. - W odpowiedzi Charlie kopnął jeszcze raz, tym razem dużo mocniej. - Tatusiu! - zawołałam do ojca, który siedział za kierownicą.
- Tak? - spytał. Postukiwał palcami w rytm piosenki Elvisa, najwyraźniej nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co dzieje się za nim.
- Charlie mnie kopie!
- Naprawdę? - ojciec zerknął we wsteczne lusterko. - Cóż za imponujący zasięg, mój synu!
- Chciałam powiedzieć - sprostowałam, bardzo niezadowolona - że on kopie w mój fotel.
- Aha - odparł na to ojciec. - W takim razie, zechciej przestać. Twoja matka nie będzie zachwycona śladami stóp na tapicerce.
Charlie mruknął coś, czego nie zdołałam dosłyszeć, i jak zobaczyłam w lusterku, rozwalił się jeszcze bardziej na swoim siedzeniu.
W czasie tych wycieczek zawsze wolno mi było siedzieć z przodu, bo kiedy byłam mała, cierpiałam na chorobę lokomocyjną. Przeszło mi, ale zwyczaj pozostał. Kiedy podczas dłuższych wypraw towarzyszyła nam matka, siedziała z tyłu z Charliem, oboje czytali książki; jedynym odgłosem, jaki od czasu do czasu dochodził z ich strony, były wybuchy śmiechu, kiedy zdarzyło im się natrafić na jakiś szczególnie zabawny kawałek. Widziałam wtedy w lusterku, jak Charlie pokazuje matce, co akurat przeczytał, przytrzymuje palec na tym fragmencie, który go rozśmieszył, a moja matka się uśmiecha.
Jednak kiedy znajdowaliśmy się w samochodzie, nie doskwierało mi, że mają swój własny, prywatny świat książek. Nie byłam zazdrosna, bo ojciec i ja mieliśmy w przedniej części wozu nasze własne rytuały, z czym wiązały się dla mnie pewne określone obowiązki.
Tato nauczył mnie czytać mapę mniej więcej wtedy, kiedy w ogóle uczyłam się czytać, więc od niepamiętnych czasów służyłam mu za pilota. "A teraz niech mój Sancho Pansa wskaże nam drogę" - mówił.
Nie miałam pojęcia, o czym mówi, ale mało mnie to obchodziło. Miałam ważne zadanie do wypełnienia. To ja odpowiadałam za to, żebyśmy obrali właściwą trasę i do mnie należało znalezienie innej trasy, jeżeli trafił się korek albo droga okazała się zamknięta. Kiedy kończyła się płyta, do mnie należało wyjęcie jej z odtwarzacza i włożenie następnej. Prawdę mówiąc, nie było ich zbyt wiele do wyboru. Zazwyczaj kiedy samochód prowadził mój ojciec, na tapecie był Elvis, wyłącznie Elvis.
W uchwycie na kubek umieszczał dwie paczki life savers, mogłam częstować się do woli, pod warunkiem, że kiedy on wyciągnie rękę, natychmiast będę gotowa odpakować przysmak dla niego.
Charlie znowu kopnął w oparcie mojego fotela i kopał dalej, nieustannie, coraz bardziej działał mi na nerwy. Żeby nie dawać mu satysfakcji, nie odwróciłam się, patrzyłam prosto przed siebie, wzięłam sobie tylko następnego wint-o-green.
Kiedy byliśmy tylko we trójkę, Charlie zawsze stawał się wyjątkowo nieznośny. Generalnie zawsze sprawiał dużo więcej kłopotów niż ja, wciąż go nosiło i tylko książki go uspokajały.
Kopał i kopal, jeszcze mocniej, aż w końcu odwróciłam się i wrzasnęłam: