Prolog
Prolog
Drogi Towarzyszu.
My, Kasandra.
Zaczęło się.
Wszystko, nad czym pracowaliśmy, do czego przygotowywaliśmy się,
ćwicząc, czemu poświęciliśmy życie, jest gotowe do akcji. Po jakże
długim brzasku nareszcie nadchodzi świt. Osiągniemy postawiony ponad
trzydzieści lat temu cel. Spełnimy obietnicę. Pomścimy krew męczennika.
Wiemy, że się o nas troszczysz. Wiemy, że jesteś rozważny. To cechy
mądrego przywódcy. Uwierz, że wzięliśmy do serca Twoje rady i ostrzeżenia. Moratorium w tej sprawiedliwej i okrutnej wojnie nie
przerwiemy bitwą, która mogłaby się skończyć porażką. Jesteśmy doskonale
wyposażeni, nasza sprawa ma wielkie poparcie finansowe, rozważyliśmy
wszelkie ewentualności i posunięcia.
Wysyłamy Ci, Drogi Przyjacielu i Towarzyszu, tę transmisję, radośnie
przygotowując się do kontynuowania naszej misji. Cieszymy się, przelana
już została bowiem pierwsza krew. Okoliczności postawiły na naszej
drodze godnego, jak się o tym przekonasz, przeciwnika. Dołączyliśmy do
tego przekazu dossier porucznik Eve Dallas z tak zwanej Policji Miasta
Nowy Jork, Wydziału Zabójstw, abyś mógł poznać ją lepiej.
Pokonanie takiego przeciwnika sprawi, że nasze zwycięstwo będzie
jeszcze słodsze. Ponadto jest ona jednym z symboli zepsutego i represyjnego ustroju, który zamierzamy zniszczyć.
Na to miejsce skierowała nas Twoja mądra rada. Żyjemy wśród żałosnych
pachołków stojącego na glinianych nogach ustroju, nosimy nasze
uśmiechnięte maski, ale gardzimy ich miastem i całym systemem ucisku i rozkładu. Dla ich ślepych oczu staliśmy się jednymi z nich. Gdy
poruszamy się po rozpustnych i plugawych ulicach, nikt nie zadaje nam
pytań. Jesteśmy niewidzialni, cienie pośród cieni, tacy, jakimi zgodnie
z Twoją nauką i Tego, którego oboje kochaliśmy, powinni być
najprzebieglejsi bojownicy.
A gdy zniszczymy jeden po drugim symbole tego spasionego społeczeństwa,
demonstrując naszą siłę i nasz jasny projekt nowego królestwa, tamci
zadrżą. Zobaczą nas i przypomną sobie o Nim. Pierwszym symbolem pełnego
chwały naszego zwycięstwa będzie Jego pomnik. Na Jego podobieństwo.
Jesteśmy wierni i mamy długą pamięć.
Jutro usłyszysz pierwszy odgłos bitwy.
Opowiadaj o nas wszystkim zwolennikom, wszystkim wiernym.
My, Kasandra.
Rozdział 1
1
Tej właśnie nocy jakiś żebrak umarł niezauważony pod ławką w Parku
Greenpeace. Profesor historii upadł zakrwawiony z podciętym gardłem metr
od frontowych drzwi swego mieszkania za dwanaście kredytów, które miał w kieszeni. Jakiejś kobiecie ugrzązł w gardle ostatni okrzyk, gdy padała
pod pięściami kochanka.
Ale niezaspokojona śmierć nadal zataczała koło swym kościstym palcem, aż
wetknęła go radośnie między oczy niejakiego J. Clarence'a Bransona,
pięćdziesięcioletniego wiceprezesa firmy "Narzędzia i Zabawki Bransona".
Był to człowiek sukcesu, bogaty, nieżonaty, nie byle kto i nie bez
przyczyny współwłaściciel wielkiej międzyplanetarnej korporacji. Drugi
syn z trzeciej generacji Bransonów, zaopatrujących świat i jego satelity
w urządzenia i przyrządy służące rozrywce, żył z gestem.
I tak samo umarł.
Serce J. Clarence'a przeszyła jednym z jego przegubowych wierteł
stalowooka kochanka, która, po przyszpileniu go do ściany, zgłosiła
wydarzenie policji, po czym usiadła, sącząc spokojnie czerwone wino do
chwili, gdy na miejsce przybyli pierwsi funkcjonariusze.
Siedząc wygodnie w fotelu z wysokim oparciem, ustawionym naprzeciwko
wirtualnego ognia, nadal sączyła wino, podczas gdy porucznik Eve Dallas
badała zwłoki.
- Jest z całą pewnością martwy - rzuciła zimno do Eve. Nazywała się
Lisbeth Cooke i zarabiała na życie jako szef reklamy w firmie swego
nieżyjącego kochanka. Miała czterdzieści lat, była niewątpliwie
pociągająca i uchodziła za świetnego pracownika. Wiertło Branson 8000
jest znakomitym narzędziem, zaprojektowanym po to, by zadowolić zarówno
fachowców, jak hobbystów. Jest bardzo mocne i precyzyjne.
- Ho, ho. - Eve przypatrywała się twarzy ofiary. Wypielęgnowanej i interesującej, na której śmierć wyrzeźbiła rys przykrego zdumienia.
Przód niebieskiego szlafroka nasiąknięty był krwią, która rozlewała się
połyskliwą kałużą po podłodze. - Nie ma wątpliwości, dokonano tego
tutaj. Peabody, poinformuj pannę Cooke o przysługujących jej prawach.
Gdy asystentka przystąpiła do działania, Eve nadal dokumentowała czas i przyczynę śmierci. Nawet w przypadku dobrowolnego przyznania się do winy
sprawcy morderstwa należało postępować zgodnie z przepisami. Narzędzie
będzie wzięte jako dowód rzeczowy, ciało zabrane i poddane sekcji, a miejsce zabezpieczone.
*
Dając znak ekipie dochodzeniowej, aby przystąpiła do pracy, Eve przeszła
kilka kroków po królewskim czerwonym dywanie i siadla naprzeciwko
Lisbeth przy interesującym ogniu kominka, który bił obfitym ciepłem oraz
światłem. Nic nie mówiła, czekając przez chwilę na reakcję szykownej
brunetki w żółtym jedwabnym kostiumie, śmiesznie spryskanym świeżą
krwią.
Nie uzyskała jednak niczego więcej oprócz uprzejmie pytającego
spojrzenia.
- A więc... czy zechce mi pani o tym opowiedzieć?
- Oszukiwał mnie - stwierdziła apatycznie Lisbeth. - Zabiłam go.
Eve przyjrzała się jej stanowczym zielonym oczom, zobaczyła w nich
gniew, ale nie dostrzegła ani wstrząsu, ani żalu.
- Czy pokłóciliście się?
- Powiedzieliśmy sobie parę słów. - Lisbeth podniosła kieliszek z winem
do swych pełnych, umalowanych warg, mających ten sam intensywny winny
kolor. - Większość z nich wyszła ode mnie. J.C. myślał powoli. -
Wzruszyła ramionami, wywołując szelest jedwabiu. - Akceptowałam to, a nawet uważałam, że pod wieloma względami jest to miłe. Ale my zawarliśmy
układ. Poświęciłam mu trzy lata życia.
Nachyliła się, jej oczy przepełniły się złością, kryjącą się pod
pozorami chłodu.
- Trzy lata, czas, w którym mogłabym zainteresować się czymś innym,
zawrzeć jakiś inny układ, być w innych związkach. Ale byłam wierna. On
nie był.
Wciągnęła powietrze, znów się wyprostowała, niemal się uśmiechnęła.
- Teraz on nie żyje.
- Tak, to zauważyliśmy. - Eve usłyszała obrzydliwe cmoknięcie oraz
zgrzyt, gdy ekipa usiłowała usunąć z ciała i kości długi stalowy
brzeszczot. - Panno Cooke, czy przyniosła pani to narzędzie z zamiarem
użycia go jako broni?
- Nie, należało do J.C. On czasem zajmował się majsterkowaniem. Chyba
właśnie to czynił - zastanawiała się, rzucając przelotne spojrzenie na
ciało, które w balecie upiornych ruchów odrywała od ściany ekipa
działająca na miejscu zbrodni. - Zobaczyłam je tutaj, na stole, i pomyślałam sobie, och, że się znakomicie nadaje. Prawda? Więc chwyciłam
je i włączyłam. No i użyłam go.
Nie można było prościej, pomyślała Eve i podniosła się.
- Panno Cooke, ci funkcjonariusze wezmą panią na komendę. Będę musiała
zadać pani trochę więcej pytań.
Lisbeth posłusznie dopiła resztkę wina i odstawiła kieliszek.
- Wezmę tylko płaszcz.
Peabody kiwała głową, widząc, jak Lisbeth narzuca długie, czarne futro z norek na zakrwawiony jedwab i prześlizguje się między dwoma mundurami
policjantów z całą ostentacją kobiety zmierzającej na następną,
ekscytującą imprezę towarzyską.
- Rety, to przekracza wszelkie wyobrażenia. Przewierca faceta, a potem
podaje nam sprawę jak na talerzu.
Eve otuliła się skórzaną kurtką i uważnie, używając rozpuszczalnika,
oczyściła ręce z krwi oraz posmarowała je kremem.
- Ekipa, kiedy skończy pracę, niech opieczętuje to miejsce. Nie
udowodnimy jej morderstwa pierwszego stopnia. Takie właśnie było, ale
założę się, że w ciągu czterdziestu ośmiu godzin wniesiona zostanie
prośba o uznanie go za zabójstwo bez premedytacji.
- Nieumyślne zabójstwo? - Autentycznie wstrząśnięta, Peabody z otwartymi
ustami patrzyła na Eve. Wchodziły właśnie do windy, aby zjechać na dół.
- Daj spokój, Dallas. W żadnym wypadku.
- Oto sposób. - Eve spoglądała w ciemne, oddane oczy Peabody,
przyglądała się jej prostej, szczerej twarzy, ukrytej pod przyciętymi
równo włosami i policyjną czapką. Prawie żałowała, że musi zachwiać jej
niezłomną wiarą w system. - Potwierdzenie, że wiertło należało do
zamordowanego, będzie wskazaniem, że nie ona przyniosła narzędzie
zbrodni. Wyklucza to premedytację. Teraz jest w niej duma i spora doza
szaleństwa, ale po kilku godzinach w celi, jeśli jeszcze nie przed
osadzeniem w areszcie, odezwie się w niej instynkt samozachowawczy i wezwie prawnika. Jest inteligentna, więc będzie się mądrze broniła.
- Tak, ale mamy tu zamiar. Zły zamiar. Właśnie złożyła zeznanie do akt.
Była to wielka księga praw. O ile Eve wierzyła bardzo w tę księgę,
jednocześnie wiedziała, że jej karty często bywają zamazane.
- I wcale nie musi się wypierać tego zabójstwa, wystarczy, aby
upiększyła sytuację. Kłócili się. Była zdruzgotana, wyprowadzona z równowagi. Być może groził jej. W chwili gniewu, a może lęku, chwyciła
za wiertło.
Eve wyszła z windy, przeszła przez obszerny hall z różowymi, marmurowymi
kolumnami i lśniącymi ornamentami z motywem drzew.
- Chwilowe ograniczenie poczytalności - kontynuowała. - Możliwe, że
szarpanina w obronie własnej, chociaż to bzdura. Ale Branson miał około
metra osiemdziesięciu centymetrów wzrostu przy wadze stu kilogramów, a ona około metra sześćdziesięciu i pięćdziesięciu kilogramów. Mogło tak
być. Następnie w szoku natychmiast powiadamia policję. Nie próbuje
uciekać albo zaprzeczać temu, co zrobiła. Bierze na siebie
odpowiedzialność, czym zyskuje w oczach członków ławy przysięgłych,
jeśli w ogóle dojdzie do procesu. Oskarżyciel publiczny wie tym, więc
będzie apelował.
- To przykre.
- Będzie miała czas - powiedziała Eve, gdy wyszły na zewnątrz i przejął
je chłód tak dojmujący, jak dojmujące było cierpienie wzgardzonej
kochanki, teraz już znajdującej się w areszcie. - Straci pracę,
zaciągnie niemały kredyt na adwokata. Zrobi, co tylko będzie mogła.
Peabody rzuciła okiem na pojazd do przewożenia zwłok.
- Ta sprawa powinna pójść gładko.
- Bywa, że często najwięcej kantów mają te na pozór gładkie. -
Otwierając drzwi swego samochodu, Eve uśmiechnęła się. - Rozchmurz się,
Peabody. Doprowadzimy sprawę do końca, ona z tego nie wyjdzie. Czasem
trzeba się zadowolić tym, co się ma.
- Nie wygląda na to, by go kochała. - Jakby w odpowiedzi na uniesione
brwi Eve, Peabody wzruszyła ramionami. - To dało się łatwo poznać. Była
tylko wściekła, bo on rżnął inne.
- Ale ostatecznie to ona go przerżnęła. A więc pamiętaj, wierność
popłaca.
Natychmiast po włączeniu silnika zapiszczał samochodowy wideofon.
- Tu Dallas.
- Cześć, Dallas. Tu Ratso.
Eve spojrzała na szczurzą twarz i niebieskie, rozbiegane jak szklane
kulki oczy, które pojawiły się na ekranie.
- Nigdy bym tego nie odgadla.
Wciągnął ze świstem powietrze, co mogło uchodzić za śmiech.
- Taa, prawda. Taa. Więc słuchaj, Dallas, mam cosik dla ciebie. A może
byśmy się spiknęli i ubili interes? W porząsiu?
- Jadę teraz do centrali. Prowadzę sprawę. A moja zmiana skończyła się
przed dziesięcioma minutami, więc...
- Mam cosik dla ciebie. Prima wiadomości. Warte czegoś.
- No, zawsze tak mówisz. Nie zabieraj mi czasu, Ratso.
- To jest naprawdę niezłe. - Niebieskie oczy ruszały się na jego chudej
twarzy jak paciorki. - Mogę być w Brew w ciągu dziesięciu minut.
- Daję ci pięć, Ratso. Na razie ćwicz zwięzłość wypowiedzi.
Przerwała połączenie i ruszyła szybko w kierunku centrum.
- Pamiętam go z akt - zauważyła Peabody. - To jeden z twoich
informatorów.
- Tak, właśnie siedział dziewięćdziesiąt dni za drobne szwindle. Udało
się odrzucić oskarżenie o nieprzyzwoite obnażanie się. Ratso lubi
spuszczać spodnie, gdy jest wstawiony. Jest nieszkodliwy - dodała Eve. -
Na ogół zarzuca mnie bzdetami, ale od czasu do czasu przychodzi z solidnymi informacjami. Brew jest po drodze, a ta Cooke może jeszcze
trochę poczekać. Znajdź numer seryjny narzędzia zbrodni. Sprawdź, czy
należało do ofiary. Potem odszukaj najbliższych krewnych. Powiadomię ich
natychmiast, gdy Cooke znajdzie się w areszcie.
Noc była czysta i zimna, ostry wiatr wciskał się do miejskich wąwozów,
ścigając przechodniów aż do ich mieszkań. Uliczni kramarze trwali przy
swych wózkach, drżąc w dymie i smrodzie smażonych na grillu sojowych hot
dogów, z nadzieją doczekania się paru głodnych dusz, dość odważnych, by
stawić czoło kąsającemu mrozem lutemu.
Zima roku 2059 była sroga i spadły zarobki.
Eve i Peabody opuściły okolicę eleganckiej Upper East Side z czystymi,
niepopękanymi chodnikami oraz umundurowanymi odźwiernymi, i jechały na
południowy zachód, gdzie ulice były wąskie, hałaśliwe, a okoliczni
mieszkańcy poruszali się szybko, z oczami wbitymi w ziemię i dłońmi
zaciśniętymi na portfelach.
Odrzucone na krawężniki resztki ostatniej śnieżycy były brudne od sadzy.
Mało widoczne zamarznięte kałuże nadal czyhały na nieuważnych
przechodniów. Nad głowami migotał billboard z niebieskim, południowym
morzem, okolonym białym jak cukier piaskiem. Baraszkująca wśród fal
piersiasta blondyna miała na sobie niemal wyłącznie opaleniznę i zapraszała cały Nowy Jork, aby przybywał na wyspę i się bawił.
Eve pomyślała o paru dniach na wyspie Roarke'a. Słońce, piasek i seks,
popuściła wodze wyobraźni, przeciskając się przez rozgorączkowany
wieczorny tłum. Jej mąż z radością dostarczyłby jej tych trzech rzeczy,
a ona była prawie gotowa mu to zasugerować. Za tydzień lub dwa,
zadecydowała. Kiedy upora się z robotą papierkową, wypełni zaległe
wezwania sądowe i znajdzie kilka brakujących ogniw.
Poza tym uznała, że musi poczuć się trochę pewniej, by mogła pozostawić
pracę.
Niedawno przecież utraciła odznakę i niemal zagubiła się na swej drodze,
więc odczuwała wyrzuty sumienia. Gdy wszystko dopiero co wróciło do
normy, nie mogła palić się do odłożenia obowiązków i oddania się
przyjemnościom.
Zanim znalazła miejsce do parkowania na rampie drugiego poziomu ulicy w pobliżu Brew, Peabody dysponowała już informacjami, o które ją prosiła.
- Zgodnie z seryjnym numerem, narzędzie zbrodni należało do ofiary.
- Zaraz weźmiemy się do sprawy morderstwa - powiedziała Eve, schodząc w dół na pierwszy poziom. - Prokurator nie będzie tracił czasu, zajmując
się udowadnianiem premedytacji.
- Ale ty myślisz, że poszła tam, aby go zabić.
- O, tak. - Eve przecięła chodnik, idąc w kierunku przytłumionych
świateł reklamy ruchomego kufla z piwem ze spływającą mętną pianą.
Brew serwował tanie drinki i stęchłe orzeszki do piwa. Jego klientelę
tworzyli drobni przestępcy, urzędnicy najniższego szczebla z niedrogimi
towarzyszkami, jak również nieliczne dziewczyny, zajmujące się
naciąganiem facetów, aczkolwiek tutaj naciągać nie miały kogo.
Powietrze było zatęchłe i przegrzane, rozmowy rozproszone i sekretne.
Nieliczne spojrzenia, jakie dało się dostrzec w mętnym świetle,
zatrzymały się na Eve i natychmiast uciekły.
Gdyby nawet nie było przy niej umundurowanej Peabody, szeptano by, że to
glina. Rozpoznano by ją po tym, jak stała: czujne, wysokie, smukłe
ciało, bystre brązowe oczy, skoncentrowane i beznamiętne, rejestrujące
twarze i istotne szczegóły.
Tylko niewtajemniczeni widzieliby w niej jedynie kobietę z krótkimi,
trochę nierówno przyciętymi kasztanowatymi włosami, o szczupłej twarzy z ostrymi rysami i z płytkim dołeczkiem na brodzie. Bywalcy Brew, w większości tu obecni, potrafili wyczuć glinę na odległość.
Wypatrzyła Ratsa, którego wydłużona, szczurza twarz była prawie zupełnie
ukryta w kuflu z piwem. Idąc w jego kierunku, słyszała hałas kilku
odsuwających się niepewnie krzesełek i zobaczyła trochę pleców, które
zgarbiły się lękliwie.
Każdy ma coś na sumieniu, pomyślała i szczerząc zęby, posłała Ratsowi
ostry uśmiech.
- Ta speluna nie zmienia się, Ratso, i ty także nie.
Zrewanżował się jej swym świszczącym śmiechem, niemniej nerwowo błądził
wzrokiem po porządnym, jak spod igły, mundurze Peabody.
- Nie trza było brać obstawy, Dallas. O Jezu, myślałem, żeśmy kumple.
- Moi kumple kąpią się regularnie. - Skinęła głową, domagając się
krzesła dla Peabody, potem siadla. - Ona jest moja - powiedziała
zwyczajnie.
- Taa, słyszałem, żeś wziena szczeniaka do tresury. - Spróbował się
uśmiechnąć, demonstrując pogardę dla higieny jamy ustnej, ale Peabody
przyjęła to chłodnym spojrzeniem. - Ona jest w porządku, no nie, jest w porządku, bo jest twoja. Ja też twój, no nie, Dallas? Prawda?
- No, nie mam tu wielkiego szczęścia. - Kelnerka zmierzała do nich, ale
wystarczyło jedno spojrzenie Eve, by zmieniła kierunek, zostawiając ich
w spokoju. - Co masz dla mnie, Ratso?
- Mam dobry towar i mogę dostać więcej. - Wykrzywił swą nieszczęsną
twarz w grymasie, który, jak domyślała się Eve, uważał za oznakę
przebiegłości. - Gdybym miał ciut gotówki.
- Nie płacę z góry. Z tej racji, że mogłabym nie zobaczyć twej okropnej
mordy przez następnych sześć miesięcy.
Znów wydał swój charakterystyczny świst, siorbnął piwo i posłał jej
pełne nadziei spojrzenie maleńkich, załzawionych oczek.
- Prowadzę z tobą uczciwy interes, Dallas.
- Więc zacznij go prowadzić.
- Dobra, dobra. - Wygiął swoje małe, chude ciało nad tym, co pozostało w kuflu. Na czubku jego głowy ukazało się idealnie równe kółko łysiny,
nagiej jak pupa niemowlęcia. Było ono prawie rozczulające, a z pewnością
atrakcyjniejsze od zwisających wokół niego tłustych kosmyków szarych
włosów. - Znasz Fixera?
- Jasne. - Odchyliła się trochę, nie tyle, by się rozluźnić, co uniknąć
falowania nieświeżego oddechu swego informatora. - Jeszcze na chodzie?
Chryste, musi mieć ze sto pięćdziesiąt lat.
- No, nie jest taki stary. Dziewięćdziesiątka, może ze dwa lata więcej,
i całkiem żwawy. - Ratso z zapałem pokiwał głową, tak że jego tłuste
kosmyki zaczęły podskakiwać. - Dbał zawsze o siebie. Jadł zdrowo,
uprawiał regularnie seks z jedną dziewczyną z Avenue B. No wiesz, mówił,
że seks trzyma ciało i umysł zestrojone.
- Opowiedz mi o tym - mruknęła Peabody, zarabiając łagodną naganę w spojrzeniu Eve.
- Mówisz o nim w czasie przeszłym.
Ratso zamrugał.
- He?
- Czy coś się stało Fixerowi?
- Taa, ale czekaj. Nie tak do przodu. - Zanurzył chude palce w płytkiej
miseczce smutno wyglądających orzeszków. Gryzł je resztką zębów, patrząc
w sufit i starając się uporządkować rozbiegane myśli. - Jakiś miesiąc
temu musiałem... Miałem ekran ścienny, trzeba było przy nim trochę
popracować...
Brwi Eve uniosły się pod grzywką.
- Aby przestał być gorącym towarem - powiedziała łagodnie.
Znów wciągnął powietrze i zasiorbał.
- Widzisz, on niby upadł, a ja wzionem go do Fixera, aby cosik z tym
zrobić. Facet, myślę, jest geniusz, nie? Ze wszystkim potrafi zrobić,
żeby pracowało jak cholernie, fabrycznie nowe.
- I jest tak zdolny, że potrafi zmienić numery seryjne.
- Taa, no dobra. - Uśmiech Ratsa był niemal słodki. - Zaczelim gadać, a Fixer, on wie, że ja zawsze szukam okazyjnej roboty. Mówi, jak dostał
fuchę. Wielka. Prawdziwa bomba. Kazali mu robić zapalniki czasowe i zdalne sterowanie, i małe pluskwy, i inne gówno. Zrobił tyż troche
detonatorów.
- Powiedział ci, że składał urządzenia wybuchowe?
- No, niby byliśmy kumplami, więc tak, mówił mi. Powiedział, że oni
słyszeli, że robił takie rzeczy, kiedy był w wojsku. A oni płacili
ciężką forsę.
- Kto płacił?
- Nie wiem. On też, niech ci się nie wydaje, że wiedział. Mówił o dwóch
facetach, przychodzili do niego i dawali listę towaru i trochę kredytów.
On to gówno budował, wiesz? Wtedy dzwonił pod numer, co mu dali,
zostawiał wiadomość. Niby że produkty są gotowe, a te dwa facety
przychodzili znów, brali towar i dawali resztę pieniędzy.
- A on, co myślał, że po co to chcieli?
Ratso uniósł kościste ramiona, potem spojrzał żałośnie na pusty kufel.
Znając zwyczaj, Eve uniosła palec i obróciła go w kierunku kufla Ratsa.
Rozjaśnił się natychmiast.
- Dzięki, Dallas. Dzięki. Suszy mnie, wiesz? Suszy mnie, kiedy mówię.
- Więc do rzeczy, Ratso, dopóki masz jeszcze trochę śliny w ustach.
Gdy podeszła kelnerka, aby nalać do jego kufla płynu o barwie moczu,
rozpromienił się.
- Dobrze, dobrze. Więc on mówił, że sobie myśli, że ci faceci wyglądają,
jakby chcieli rozwalić bank albo sklep jubilerski, albo co. Pracował nad
jakimś obwodem omijającym dla nich i wykapował, że zapalniki czasowe i zdalnie sterowane mają dać wybuch tym ładunkom, które dla nich
sporządził. Powiedział, że może będą chcieli mieć jakiegoś kurdupla, co
będzie umiał znaleźć drogę pod ulicą. No i że może wtrąci jakie słówko
za mną.
- Od czego są przyjaciele.
- Taa, no właśnie. Potem, jakie dwa tygodnie później, mam od niego
telefon. Jest, widzisz, naprawdę nerwowy. Mówi, że interes nie jest
taki, jak myślał. Że to cholerne gówno. Prawdziwe gówno. Nie widzi w tym
żadnego sensu. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby stary Fixer tak gadał.
Miał prawdziwego pietra. Powiedział coś, że się boi, aby to nie było
drugie Arlington, i że musi się ukryć na chwilę. I czy może zamelinować
się u mnie, aż wykapuje, co robić dalej. To ja powiedziałem jasne, no
jasne, wpadnij tu. Ale on już nie wpadł.
- Może ukrył się gdzie indziej?
- Taa, ukrył się. Pod wodą, wyłowili go z rzeki dwa dni temu. Po stronie
Jersey.
- O, bardzo mi przykro.
- Taa. - Ratso w zadumie wpatrywał się w piwo. - Był w porządku, wiesz?
Słyszałem, że ktoś odcion mu język. - Podniósł małe oczka i patrzył
ponuro na Eve. - Co to za człowiek, żeby zrobić takie świństwo?
- To niedobra sprawa, Ratso. Źli ludzie. To nie moja działka - dodała. -
Mogę rzucić okiem na teczkę z aktami, ale niewiele mogę zrobić.
- Wykończyli go, bo wykapował, co chcą zrobić? Prawda?
- Tak, można powiedzieć, że to pasuje.
- No to musisz wykapować, co chcą zmalować, prawda? Wykapujesz, Dallas,
zatrzymasz ich i dasz im po nosie za to, co zrobili Fixerowi. Jesteś
gliną od morderstw, a oni go zamordowali.
- To nie takie proste. Ta sprawa nie należy do mnie - powtórzyła. -
Jeśli go wyłowili w New Jersey, to nawet nie jest rejon tego cholernego
miasta. Mało prawdopodobne, aby gliny, które nad tym pracują, uprzejmie
zgodziły się na wścibianie nosa w ich śledztwo.
- Jak myślisz, ilu gliniarzy będzie się troszczyć o kogoś takiego jak
Fixer?
Stłumiła westchnienie.
- Jest mnóstwo gliniarzy, którzy będą. Mnóstwo takich, Ratso, co wyprują
sobie żyły, aby doprowadzić do końca sprawę, którą się zajmują.
- Ty będziesz pracowała ciężej.
Powiedział to prosto, z niemal dziecięcą wiarą w oczach. Sumienie Eve
dało znać o sobie niepokojem.
- A ja znajdę dla ciebie kupę materiału. Jeśli Fixer mówił coś do mnie,
możebne, że mówił też komu innemu. On nie bał się tak łatwo, wiesz.
Przeszedł przez wojny miejskie. Ale tamtego wieczoru, kiedy do mnie
dzwonił, miał cholernego pietra. Nie załatwiliby go w taki sposób, jakby
chcieli obrobić bank.
- Może i nie. - Ale wiedziała, że byli tacy, co wypatroszyliby turystę
za zegarek i parę powietrznych butów. - Zajrzę do tego. Nie mogę obiecać
niczego więcej. Znajdź, co się da, co można by dodać do tej sprawy, i bądź ze mną w kontakcie.
- Taa, dobrze. W porządku. - Wykrzywił usta w uśmiechu. - Dojdziesz, kto
tak załatwił Fixera. Inne gliny, one nie wiedzą o tym gównie, w które
wpadł, nie? Więc to jest dobry materiał, jaki ja ci daję.
- Tak, całkiem dobry, Ratso. - Wstała, wydobyła z kieszeni czek i położyła na stole.
- Chcesz, abym znalazła teczkę tego topielca? - spytała Peabody, gdy
wyszły na zewnątrz.
- Tak. Jutro, i to dość wcześnie. - Gdy wspięły się do samochodu, Eve
włożyła ręce do kieszeni. - Zajmij się też Arlington. Zobacz, jakie
budynki, ulice, ludzie, przedsiębiorstwa, i tak dalej, mają tę nazwę.
Jeśli coś znajdziemy, będziemy mogły to przekazać oficerowi prowadzącemu
śledztwo.
- Ten Fixer, czy dla kogoś pracował?
- Nie. - Eve wcisnęła się za kółko. - Nie znosił glin. - Zmarszczyła na
chwilę brwi i zabębniła palcami. - Ratso ma mózg wielkości ziarnka soi,
ale co do Fixera, trafił w sedno. Fixer nie bał się i był chciwy. Zakład
miał otwarty przez siedem dni w tygodniu, pracował w nim sam. Krążyły
plotki, że pod kontuarem trzyma swój stary wojskowy miotacz ognia i nóż
myśliwski. Zwykł się chełpić, że może pofiletować człowieka tak szybko i łatwo jak pstrąga.
- Wygląda na niezłego dowcipnisia.
- Był twardy i zgorzkniały, więc prędzej nasikałby policjantowi w oczy,
niż w nie spojrzał. Jeśli chciał się wycofać z tego interesu, to musiał
być na krawędzi przepaści. Nic innego nie zepchnęłoby tego starucha z drogi.
- Chyba coś słyszę? - Pochylając głowę, Peabody przyłożyła do ucha dłoń
zwiniętą w trąbkę. - Aha, to pewnie odgłos twojego wsysania się w sprawę.
Eve odbiła od ulicy trochę silniej, niż to było konieczne.
- Zamknij się, Peabody.
*
Straciła kolację, co było tylko z lekka irytujące. Ale fakt, że miała
rację co do zachowania prokuratora i jego zgody na prośbę Lisbeth Cooke,
doprowadzał ją do wściekłości. Ostatecznie zarzut o morderstwo drugiego
stopnia, myślała Eve, wchodząc do domu, mógłby poleżeć odrobinę dłużej.
Teraz, po niewielu godzinach od chwili, gdy Eve zaaresztowała ją pod
zarzutem zabójstwa J. Clarence'a Bransona, Lisbeth wyszła za kaucją i bardzo możliwe, że już siedziała sobie wygodnie we własnym apartamencie
z kieliszkiem czerwonego wina i uśmiechem zadowolenia na twarzy.
Summerset, lokaj Roarke'a, wśliznął się do foyer, aby powitać Eve
zbolałym spojrzeniem i dezaprobującym prychnięciem.
- Znów jest pani bardzo późno.
- Tak? A ty znów jesteś antypatyczny. - Rzuciła kurtkę na balustradę
schodów. - Różnica między nami jest taka, że ja jutro mogę być
punktualna.
Zauważył, że nie była blada i nie wyglądała na znużoną, co było dwoma
wczesnymi objawami przepracowania. Wolałby znosić potępieńcze męki, niż
przyznać, nawet przed samym sobą, że sprawiło mu to przyjemność.
- Roarke - powiedział zimnym tonem, gdy przefrunęła obok niego i zaczęła
wchodzić na schody - jest w sali magnetowidowej. - Summerset lekko
uniósł brwi. - Drugi poziom, czwarte drzwi po prawej.
- Wiem, gdzie to jest - mruknęła niezgodnie z prawdą. Ale znalazłaby to
miejsce, chociaż dom był ogromny, z labiryntem pokoi, z mnóstwem skarbów
i niespodzianek.
Ten człowiek niczego sobie nie odmawia, pomyślała. A dlaczego miałby to
robić? Odmawiano mu wszystkiego w dzieciństwie, a on zarobił, w ten czy
inny sposób, na wszelkie wygody, które teraz miał do dyspozycji.
Jednak w rzeczywistości jeszcze po roku nie przywykła do tego domu, do
ogromnej kamiennej budowli z jej występami, wieżami i ziemią obfitującą
w rzadkie rośliny. Nie przywykła do bogactwa i sądziła, że nigdy nie
przywyknie. Był to ten rodzaj finansowej potęgi, która mogła władać
zarówno hektarami polerowanego drewna, iskrzącego szkła, artystycznymi
przedmiotami z innych krajów oraz stuleci, jak i dostarczać prostych
przyjemności obcowania z miękkimi tkaninami, aksamitnymi poduszkami.
W rzeczywistości poślubiła Roarke'a niezależnie od jego pieniędzy,
niezależnie od sposobu, w jaki zarobił znaczną ich część. Miała
wrażenie, że zadurzyła się w nim w tym samym stopniu dla jego ciemnych,
jak jasnych stron.
Weszła do sali z długimi, luksusowymi sofami, ogromnymi ekranami i skomplikowanym pulpitem sterowniczym. Był tam uroczy staroświecki barek,
połyskujący wiśniowym drewnem, stołki obite skórą i wykończone miedzią.
Rzeźbiona komoda z toczonymi drzwiami mieściła, przypominała to sobie
słabo, mnóstwo dyskietek ze starymi nagraniami, które jej mąż tak bardzo
lubił.
Lśniącą podłogę pokrywały chodniki o bogatych wzorach. Płonący ogień - a nie komputerowo generowane złudzenie - wypełniał palenisko z czarnego
marmuru i ogrzewał śpiącego przed nim, tłustego, zwiniętego w kłębek
kota. Zapach trzaskających, palących się szczap mieszał się z upojnym,
narkotycznym zapachem świeżych kwiatów, strzelających z miedzianego
wazonu, prawie tak wysokiego jak Eve, i z wonią świec jarzących się
złoto nad lśniącym obramowaniem kominka.
Na ekranie widoczne było w czarno-białym kolorze eleganckie przyjęcie.
Ale całą jej uwagę przyciągał, i władał nią niepodzielnie, mężczyzna
wyciągnięty wygodnie na pluszowej sofie z kieliszkiem wina w ręce.
Jakkolwiek romantyczne i zmysłowe mogły być stare filmy na taśmie wideo
z ich nastrojowymi cieniami i tajemniczą atmosferą, mężczyzna, który je
oglądał, o wiele je przewyższał. A w dodatku istniał w trzech realnych
wymiarach.
Też był ubrany na czarno i biało, kołnierz miękkiej białej koszuli miał
niedbale odpięty. Długie, zasłonięte ciemnymi spodniami nogi kończyły
się białymi, gołymi stopami. Zastanowiło ją, że nie potrafi wytłumaczyć,
dlaczego jest to dla niej tak wyjątkowo seksowne.
Ale to jego twarz przykuwała zawsze jej uwagę, ta wspaniała twarz anioła
skaczącego do piekła ze światłem grzechu w żywych niebieskich oczach, z uśmiechem wykrzywiającym usta pełne poezji. Ta twarz obramowana była
gładkimi, opadającymi prawie do ramion czarnymi włosami stanowiącymi
pokusę dla kobiecych palców i dłoni.
Teraz jego twarz uderzyła ją tak, jak uderzała często wtedy, gdy ujrzała
ją po raz pierwszy: na ekranie komputera w swoim biurze, w czasie
śledztwa w sprawie morderstwa. Był na skromnej liście podejrzanych.
Rok temu, uprzytomniła sobie. Minął tylko rok od chwili, gdy ich losy
się skrzyżowały. I odmieniły nieodwracalnie.
Teraz, chociaż nie wydobyła z siebie najcichszego dźwięku, chociaż nie
podeszła bliżej, on odwrócił głowę. Ich oczy się spotkały. Uśmiechnął
się. Serce w jej piersi wykonało długie, powolne wahnięcie, co
nieodmiennie zdumiewało ją i żenowało.
- Halo, pani porucznik. - Wyciągnął rękę na przywitanie.
Podeszła do niego przez cały pokój, ich palce połączyły się.
- Hej! Co oglądasz?
- Mroczne zwycięstwo. Bette Davis. Ślepnie i na koniec umiera.
- No tak, to wciąga.
- Ona robi to tak odważnie. - Pociągnął ją lekko za rękę, aby położyła
się przy nim na sofie.
Gdy się ułożyła, a jej ciało łatwo i naturalnie przylgnęło do niego,
uśmiechnął się. Wiele potrzeba było czasu i wzajemnego zaufania, zanim
udało mu się namówić ją do odpoczynku w taki sposób, zanim zaakceptowała
jego i to, co chciał jej dawać.
Moja policjantka, myślał, bawiąc się jej włosami. Jej mroczne zaułki
oraz przerażająca odwaga. Moja żona z jej opanowaniem i potrzebami.
Przesunął się lekko, zadowolony, że umieściła głowę na jego ramieniu.
Gdy już posunęła się tak daleko, Eve pomyślała, że byłoby całkiem
nieźle, gdyby zdjęła buty i pociągnęła łyk z jego kieliszka z winem.
- Dlaczego oglądasz ten stary film, przecież znasz finał?
- Tylko być, oto co się liczy. Czy jadlaś kolację?
Zaprzeczyła i oddała mu wino.
- Zaraz coś sobie wezmę. Zmitrężyłam tyle czasu przez sprawę, która
wydarzyła się tuż przed końcem zmiany. Kobieta przyszpiliła do ściany
pewnego mężczyznę jego własnym wiertłem przegubowym.
Roarke z trudem przełknął wino.
- Dosłownie czy w przenośni?
Zachichotała łekko, z przyjemnością smakując wino, które sobie podawali.
- Dosłownie. Bransonem 8000.
- Uff!
- Na mur.
- Skąd wiesz, że to była kobieta?
- Bo gdy przygwoździła go do ściany, zgłosiła to i czekała na nas. Byli
kochankami, on robił skoki w bok, więc ona przewierciła jego zdradliwe
serce długim na sześćdziesiąt centymetrów stalowym wiertłem.
- Dobrze, to go nauczy. - W tonie jego głosu wyczuła Irlandię, więc
podniosła głowę, aby mu się przyjrzeć.
- Zaatakowała serce. Ja, ja bym mu przewierciła jaja. Samo sedno, nie
sądzisz?
- Kochana Eve, jesteś kobietą bardzo prostolinijną. - Pochylił głowę,
aby ustami dotknąć jej warg, jedno muśnięcie, potem dwa.
Usta jej zapłonęły, ręce uniosły się, by pochwycić jego gęste, czarne
włosy i przyciągnąć go jeszcze bliżej. Wziąć go jeszcze głębiej. Zanim
zdołał się przesunąć, aby odstawić wino, ona skoczyła i siadając na nim
okrakiem, strąciła kieliszek na podłogę.
Uniósł brwi i gdy zręcznymi palcami zaczął rozpinać jej bluzkę, oczy mu
zajaśniały.
- Powiedziałbym, że teraz też wiemy, jaki będzie finał.
- Tak. - Szczerząc zęby, schyliła się, by ugryźć go w pośladek.
- Tylko być, niebawem się przekonamy, jak to będzie tym razem.
Rozdział 2
2
Zakończywszy rozmowę z biurem prokuratora, Eve zachmurzyła się nad swym
biurkowym wideofonem. Prokurator przychylił się do prośby o drugi
stopień dla Lisbeth Cooke.
Zabójstwo drugiego stopnia, myślała z obrzydzeniem, dla kobiety, która
na trzeźwo, z zimną krwią przerwała życie kogoś, kto nie potrafił
zapanować nad swoim fiutem.
W najlepszym razie odsiedzi rok w zakładzie o najlżejszym rygorze, gdzie
będzie malowała paznokcie i poprawiała swój pieprzony tenisowy serwis.
Bardzo prawdopodobne, że za jakąś okrągłą sumkę podpisze kontrakt na
dysk i wideo opisujące jej historię, następnie zrezygnuje z pracy i przeprowadzi się na Martynikę.
Eve pamiętała, że powiedziała Peabody, aby cieszyła się tym, co można
zyskać, ale sama nie spodziewała się, że będzie to tak niewiele.
Była pewna, że każe prokuratorowi, a powie to temu pozbawionemu
kręgosłupa kurduplowi w krótkich, zwięzłych słowach, aby poinformował
najbliższego krewnego, że sprawiedliwość jest zbyt przeciążona, aby się
przejmować tą sprawą, i żeby wyjaśnił, skąd ten cholerny pośpiech, bez
czekania na jej raport.
Zaciskając zęby w przewidywaniu jego kaprysów, zabębniła pięścią w komputer i zażądała protokołu z sekcji Bransona.
Okazało się, że był zdrowym, pięćdziesięciojednoletnim mężczyzną. Nie
miał najmniejszych uszkodzeń ciała, prócz dziury zrobionej przez
obracające się ostrze wiertła.
Ani śladu narkotyków czy alkoholu, zanotowała. Nic, co by wskazywało na
niedawną aktywność seksualną. Zawartość żołądka mówiła o zwykłym
posiłku, złożonym z pasty marchwiowej z groszkiem w lekkim kremowym
sosie, z białego kruchego chleba i herbaty ziołowej, wszystko spożyte
niecałą godzinę przed śmiercią.
Bardzo pospolity posiłek jak na tak wyrafinowanego podrywacza.
Ale kto powiedział, zadała sobie pytanie, że był podrywaczem, prócz
kobiety, która go zabiła? W tym cholernym pośpiechu, aby zamknąć sprawę,
nie dali jej nawet czasu na zweryfikowanie motywu zabójstwa drugiego
stopnia.
Wyobraziła sobie, że gdy to się dostanie do mediów, a niewątpliwie
dostanie się, wielu zawiedzionych partnerów seksualnych zacznie zerkać
na składzik z narzędziami.
Kochanek cię zdenerwował, pomyślała. Dobrze, zobaczymy, jak mu będzie
smakował Branson 8000 - ulubione narzędzie fachowców i poważnych
hobbystów. Och, tak, myślała, Lisbeth Cooke mogłaby zorganizować
krzykliwą kampanię reklamową właśnie pod tym kątem. Sprzedaż skoczyłaby
niebotycznie.
Ludzkie związki stanowią dla społeczeństwa najbardziej zaskakującą i brutalną formę rozrywki. Z dogrywki piłkarskiej większość potrafi zrobić
rodzaj towarzyskich porachunków. A jednak samotne dusze wciąż tych
związków szukają, wciąż do nich lgną, trapią się nimi i walczą o nie
oraz opłakują ich utratę.
Nic dziwnego, że świat jest pełen czubków.
Zauważyła błysk obrączki ślubnej i drgnęła. To co innego, zapewniła
siebie. Przecież ona niczego nie szukała. Samo ją to znalazło i powaliło
jak sprawny chwyt poniżej kolan. A jeśli Roarke zadecydowałby kiedyś, że
chce odejść, prawdopodobnie pozwoliłaby mu na to.
Ciągłe odrzucanie ciała.
Całkowicie zdegustowana, odwróciła się do komputera i zaczęła wystukiwać
raport śledczy, którym urząd prokuratorski najwyraźniej nie zamierzał
się przejmować.
Uniosła wzrok, gdy w drzwi wsadził głowę detektyw Ian McNab. Długie,
złote włosy miał dzisiaj zawiązane w kucyk, a ucho było przyozdobione
tylko jednym opalizującym kółkiem. Najwyraźniej po to, aby zrównoważyć
ten konserwatywny styl, założył gruby sweter w krzyczące zielenie i błękity, który zwisał mu do bioder, wtłoczonych w czarne, rurowate
spodnie. Całości obrazu dopełniały lśniące niebieskie buty.
Uśmiechał się do niej śmiałymi oczami, osadzonymi w ładnej twarzy.
- Hej, Dallas, skończyłem sprawdzanie kontaktów i osobistego notatnika
twojej ofiary. Materiały z jego biura dopiero nadeszły, ale wydaje mi
się, że chciałabyś zobaczyć, co znalazłem do tej pory.
- Więc dlaczego nie mam twojego raportu w komputerze na moim biurku? -
spytała sucho.
- Pomyślałem, że przyniosę go osobiście.
Uśmiechając się przyjaźnie, rzucił dyskietkę na biurko i usiadł na jego
rogu.
- McNab, to Peabody zbiera dla mnie informacje.
- Tak. - Wzruszył ramionami. - Więc jest na swym stanowisku?
- Nie interesujesz jej, przyjacielu. Przyjmij ode mnie to stwierdzenie.
Odwrócił głowę i zaczął krytycznie przyglądać się własnym paznokciom.
- Kto powiedział, że ja się nią interesuję? Ona nadal chodzi z Monroe,
prawda?
- Nie rozmawiamy o tym.
Ich oczy spotkały się na chwilę, podzielając niejasną dezaprobatę,
której żadne z nich nie chciało okazać, dla zainteresowania Peabody
gładkim i może nawet atrakcyjnym, dyplomowanym kolegą.
- Pytam ze zwykłej ciekawości.
- Więc zapytaj ją o to sam. I złóż mi meldunek - dodała cicho.
- Zrobię to. - Znów się uśmiechnął. - To da jej okazję do warknięcia na
mnie. Ma wspaniałe zęby.
Wstał, zrobił rundę po ciasnym gabinecie Eve. Oboje byliby zaskoczeni,
gdyby się dowiedzieli, że w tej chwili ich myśli na temat związków
międzyludzkich biegną po równoległych torach.
Gorąca randka McNaba z konsultantką lotów pozaplanetamych wystygła i zupełnie się zepsuła ostatniego wieczoru. Teraz myślał, że dziewczyna go
znudziła, co wydawałoby się wprost niemożliwe, gdy się patrzyło na jej
niewątpliwie wspaniałe piersi, przykryte czymś srebrnym i przejrzystym.
Nie mógł wzbudzić w sobie prawdziwego zapału, bo jego myśli stale
zbaczały i zatrzymywały się przy pewnej zadziornej policjantce w wyprasowanym mundurze.
Co ona, u diabła, pod tym nosi, zastanawiał się teraz, tak samo jak
zastanawiał się nieopatrznie poprzedniej nocy. Te rozważania
spowodowały, że wcześnie zakończył wieczór, tak tym irytując
konsultantkę lotów, że gdy oprzytomniał, nie miał już żadnej szansy na
następne podejście do jej pięknych piersi.
Stwierdził, że spędza zbyt wiele wieczorów samotnie w domu, wpatrując
się w ekran.
To mu coś przypomniało.
- Ostatniej nocy złapałem teledysk z Mavis. Wstrząsająca.
- Tak, całkiem niezła. - Eve pomyślała o swej przyjaciółce, odbywającej
teraz swe pierwsze tournée i promującej własny krążek pod patronatem
rozrywkowej gałęzi firmy Roarke'a. Teraz Mavis dawała z siebie wszystko,
śpiewając w Atlancie. Mavis Freestone, pomyślała z czułością Eve,
przebyła daleką drogę od wypluwania płuc dla ćpunów i pijaków w spelunkach w rodzaju Niebieskiej Wiewiórki.
- Teledysk zaczyna iść w górę. Roarke sądzi, że w przyszłym tygodniu
znajdzie się w pierwszej dwudziestce.
McNab zadźwięczał żetonami kredytowymi w kieszeni.
- Znaliśmy się kiedyś.
Udaje, pomyślała Eve, ale pozwoliła mu na to.
- Myślę, że Roarke planuje przyjęcie lub coś podobnego, aby uczcić jej
powrót.
- Tak? Super. - Nagle ożywił się, słysząc nieomylny dźwięk policyjnych
butów stukających o wytarte linoleum. Gdy Peabody przekroczyła próg,
McNab miał ręce w kieszeni, a na twarzy wyraz zupełnego braku
zainteresowania.
- Przyszła informacja z posterunku... - przerwała, nachmurzywszy się. -
Czego chcesz, McNab?
- Wielokrotnego orgazmu, jaki wy, dziewczęta, możecie mieć na zawołanie.
Peabody opanowała rodzący się śmiech.
- Pani porucznik nie ma czasu dla twoich żałosnych żartów.
- W rzeczy samej ten jeden dosyć się porucznik spodobał - powiedziała
Eve, przewracając oczami, gdy Peabody rzuciła na nią wściekłe
spojrzenie.
- Zaczynaj, McNab, koniec zabawy.
- Pomyślałem - wrócił do swej relacji - że zainteresuje cię fakt, iż
przeglądając kontakty i magazyny pamięci, nie znajduje się niczego, co
by wychodziło od denata lub do niego przychodziło, co byłoby transmisją
do jakiejś innej kobiety, nie do zabójczyni, albo też transmisją nie do
osób z jego personelu. Nie ma zapisanych w elektronicznym notesie innych
spotkań - mówił gładko, uśmiechając się radośnie do Peabody - niż te, w które była zaangażowana Lisbeth Cooke, a którą często nazywa Lissy, moje
kochanie.
- Żadnych zapisów dotyczących innych kobiet? - Eve zacisnęła lista. - A jakiś facet?
- Nic, żadnych szczegółów tego rodzaju i żadnych podejrzeń o biseksualizm.
- Ciekawe. Przejrzyj zapisy biurowe, McNab. Zastanawiam się, czy Lissy,
moje kochanie, skłamała, podając motyw, a jeśli tak, to dlaczego go
zabiła.
- Pracuję nad tym. - Wychodząc, zatrzymał się na wystarczająco długą
chwilę, aby wysłać w kierunku Peabody długi, przesadny całus.
- Bałwan.
- Może cię irytuje, Peabody...
- Tu nie ma żadnego może.
- Ale był dość bystry, by spostrzec, że jego meldunek może zmienić
kierunek śledztwa w tej sprawie.
Na myśl, że McNab wpycha nos w jej sprawę, Peabody najeżyła się:
- Ale sprawa Cooke jest zamknięta. Winna przyznała się, została
oskarżona i uwięziona.
- Dostała zabójstwo drugiego stopnia. Jeśli nie była to zbrodnia
popełniona w afekcie, może dojdziemy do czegoś więcej. Warto byłoby się
dowiedzieć, czy Branson miał kogoś na boku, czy też ona wymyśliła to,
aby ukryć inny motyw. Wpadniemy do jego biura później, aby popytać.
Tymczasem... - Zginając palce, wyciągnęła rękę po dyskietkę, którą
trzymała Peabody.
- Raport detektywa Sally'ego - zaczęła Peabody, wręczając Eve dyskietkę.
- Nie było problemów ze współpracą. Zasadniczo dlatego, że niczego nie
zdobył. Ciało znajdowało się w rzece co najmniej przez trzydzieści sześć
godzin, zanim je znaleziono. Nie znalazł świadków. Ofiara nie miała
pieniędzy ani weksli, ale miała kartę identyfikacyjną i karty kredytowe.
Również zegarek - Cartier, stary, ale dobry - więc Sally wykluczył
zwykły napad, zwłaszcza że badanie sekcyjne ujawniło brak języka.
- To jest trop - mruknęła Eve i włożyła dyskietkę do swego komputera.
Protokół sekcyjny stwierdza, że język został odcięty przed śmiercią, za
pomocą zębatego ostrza. Jednak skaleczenie i posiniaczenie z tyłu szyi,
jak również brak śladów obrony wskazują, że ofiara została
prawdopodobnie ogłuszona tuż przed zabiegiem okaleczającym, a następnie
wrzucona do rzeki. Przedtem związano jej ręce i stopy. Przyczyną zgonu
było utonięcie.
Eve zabębniła palcami.
- Czy jest jakiś powód, dla którego powinnam zająć się tym raportem? -
spytała, uzyskując w odpowiedzi uśmiech Peabody.
- Detektyw Sally był rozmowny. Nie wydaje mi się, by chciał walczyć o ten przypadek. Ponieważ ofiara była mieszkańcem Nowego Jorku,
powiedział, że można rzucić monetą o to, czy był zabity tutaj, czy po
drugiej stronie rzeki.
- Nie biorę tego przypadku, przyglądam mu się po prostu. Sprawdziłaś
Arlington?
- Wszystko jest na drugiej stronie dyskietki.
- Świetnie. Przejrzę to, a następnie udamy się do biura Bransona.
Eve zmrużyła oczy, bo w drzwiach, wahając się, stanął wysoki, kościsty
mężczyzna w znoszonych dżinsach i staromodnej wełnianej koszuli z kapturem. Oceniła go na nieco ponad dwadzieścia lat. W szarych,
marzycielskich oczach miał wyraz tak jawnej niewinności, że niemal
widziała, jak uliczni złodzieje ustawiają się w kolejce, aby mu oczyścić
kieszenie.
Miał szczupłą twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi, która przywiodla
jej na myśl męczenników lub uczonych, a jego zebrane w gładki ogon
kasztanowe włosy poprzetykane były wyblakłymi od słońca pasemkami.
Uśmiechał się wolno, nieśmiało.
- Szuka pan kogoś? - zaczęła Eve. Słysząc to pytanie, Peabody odwróciła
się, otworzyła usta i wydała z siebie coś, co można było nazwać jedynie
piskiem.
- Hej, Dee. - Głos miał chropawy, jakby rzadko go używał.
- Zeke! Ojej, Zeke! - Zrobiła wielki skok i wylądowała w długich,
zapraszająco wyciągniętych ramionach.
Widok Peabody w nieskazitelnie wyprasowanym mundurze, w regulaminowych,
fikających w powietrzu butach, chichoczącej, bo tylko tak można było
określić te dźwięki, obsypującej radosnymi pocałunkami długą twarz
trzymającego ją mężczyzny, widok ten spowodował, że Eve powoli zaczęła
się podnosić.
- Co tu robisz? - dopytywała się Peabody. - Kiedy przyjechałeś? Och, jak
dobrze cię zobaczyć. Jak długo możesz zostać?
- Dee - powiedział tylko i uniósł ją trochę wyżej, aby przycisnąć usta
do jej policzka.
- Przepraszam. - Dobrze wiedząc, jak szybko potrafią w wydziale mleć
językami, Eve zrobiła krok do przodu. - Inspektor Peabody, radzę, aby ta
mała uroczystość powitalna odbyła się po godzinach pracy.
- Och, przepraszam. Postaw mnie, Zeke. - Jednak nadal zaborczo otaczała
go ramieniem, nawet wtedy, gdy jej stopy dotknęły już podłogi. - Pani
porucznik, to jest Zeke.
- Tyle już zdążyłam pojąć.
- Mój brat.
- Ach tak? - Eve rzuciła jeszcze raz okiem, szukając rodzinnego
podobieństwa. Nie znalazła żadnego - ani typ budowy, ani karnacja, ani
kształty. - Miło mi pana poznać.
- Nie chciałem przeszkadzać. - Zeke zaczerwienił się lekko i wyciągnął
swą wielką dłoń. - Dee opowiadała o pani wiele dobrego, pani porucznik.
- Miło mi słyszeć. - Dłoń Eve zniknęła w dłoni o konsystencji granitu,
ale delikatnej jak jedwab. - Więc który jest pan z kolei?
- Zeke to niemowlę. - Peabody powiedziała to z takim zachwytem, że Eve
zmuszona była się uśmiechnąć.
- Ładne niemowlę. Ile pan ma wzrostu, metr osiemdziesiąt dziewięć?
- I jeszcze centymetr - odpowiedział z nieśmiałym uśmiechem.
- Ma to po ojcu. Obaj są wysocy i szczupli. - Peabody mocno uścisnęła
brata. - Zeke jest stolarzem artystą. Robi cudowne meble i szafki.
- Daj spokój, Dee. - Jego lekko zaróżowiona twarz pokryła się rumieńcem.
- Jestem zwykłym cieślą. Umiem się posługiwać narzędziami, to wszystko.
- Spotkaliśmy się z tym w ostatnim czasie - mruknęła Eve.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że wybierasz się do Nowego Jorku? -
zapytała z wyrzutem Peabody.
- Chciałem cię zaskoczyć. No i jeszcze jakieś dwa dni temu nie
wiedziałem na pewno, czy przyjadę.
Pogłaskał ją po włosach w sposób, który znów kazał Eve pomyśleć o związkach międzyludzkich. W niektórych nie chodziło bynajmniej o seks,
władzę czy dominację. Chodziło po prostu o miłość.
- Dostałem zlecenie na zrobienie szafek od ludzi, którzy zobaczyli moje
prace w Arizonie.
- Świetnie. Ile ci to czasu zajmie?
- Nie wiem, będę wiedział, gdy je zrobię.
- Dobrze, a więc zamieszkasz u mnie. Dam ci klucz i powiem, jak się tam
dostać. Pojedziesz metrem. - Zagryzła wargi. - Nie wałęsaj się, Zeke. Tu
nie jest jak w domu. Masz pieniądze i kartę identyfikacyjną w tylnej
kieszeni, a więc...
- Peabody - Eve, aby zwrócić na siebie uwagę, uniosła palec. - Weź
zwolnienie z reszty dnia na załatwienie spraw osobistych, zainstalujesz
brata.
- Nie chciałbym sprawiać kłopotu - zaczął Zeke.
- Będziesz źródłem jeszcze większego kłopotu, gdy ona będzie się przez
cały czas martwić, czy przypadkiem, zanim dostałeś się do jej
mieszkania, nie zostałeś ze sześć razy napadnięty. - Eve złagodziła
swoje słowa uśmiechem, chociaż uznała, że facet ma na twarzy wyraźnie
wypisane F jak frajer. - Tak czy owak, nie ma tu teraz wiele do roboty.
- Ale sprawa Cooke...
- Myślę, że poradzę sobie sama - powiedziała łagodnie Eve. - Jeśli coś
wyskoczy, ściągnę cię. Idź pokazać Zeke'owi cuda Nowego Jorku.
- Miło było poznać panią, pani porucznik.
- Mnie również. - Patrzyła, jak odchodzą: Zeke pochylający się lekko w stronę płonącej siostrzanym afektem Peabody.
Rodziny wciąż zbijały ją z tropu. Ale przyjemnie było zobaczyć, że
czasami to grało.
*
- Wszyscy kochali J.C. - Chris Tipple, asystent dyrektora w firmie
Bransonów, był mężczyzną około trzydziestoletnim z włosami niemal tego
samego koloru co obrzmiałe obwódki jego oczu. Szlochał bez zażenowania,
a łzy spływały ciurkiem po pucołowatej, miłej twarzy. - Wszyscy.
Co mogło być problemem, pomyślała Eve, znów czekając, aż Chris wytrze
policzki zmiętą chusteczką.
- Przykro mi z powodu odniesionej przez pana straty.
- Wprost nie sposób uwierzyć, że już nigdy nie wejdzie tymi drzwiami. -
Wstrzymując oddech, wpatrzył się w zamknięte drzwi wielkiego, jasnego
biura. - Nigdy. Wszyscy są wstrząśnięci. Kiedy B.D. ogłosił to dzisiaj
rano, nikt nie potrafił wydobyć głosu.
Przycisnął chusteczkę do ust, jak gdyby znów zawiódł go głos.
B. Donald Branson, brat i wspólnik ofiary, czekał, aż Chris skończy.
- Chcesz trochę wody, Chris? Środek uspokajający?
- Wziąłem coś na uspokojenie. Nie wydaje się, aby pomogło. Byliśmy z sobą bardzo blisko. - Wycierając zapłakane oczy, Chris nie zauważył
błysku zainteresowania w spojrzeniu Eve.
- Był pan z nim związany osobiście?
- O, tak. Przez prawie osiem lat. Był znacznie więcej niż pracodawcą.
Był... był dla mnie jak ojciec. Przepraszam.
Wyraźnie przejęty, ukrył twarz w dłoniach.
- Przepraszam, J.C. wolałby, abym się tak nie rozklejał. To nie pomaga.
Ale nie mogę. Nie sądzę, aby ktokolwiek z nas potrafił sobie z tym
poradzić. Zawieszamy naszą działalność na tydzień. Całą działalność.
Biur, fabryk, wszystkiego. Uroczystości pogrzebowe... - mówił wolno,
zmagając się z sobą - uroczystości pogrzebowe zaplanowane są na jutro.
- Szybko.
- J.C. na pewno nie chciałby tego przeciągać. Jak mogła to zrobić? -
Ściskał wilgotną szmatkę w ręce, spoglądając na Eve niewidzącym
wzrokiem. - Jak mogła to zrobić, pani porucznik? J.C. uwielbiał ją.
- Zna pan Lisbeth Cooke?
- Oczywiście.
Wstał i zaczął chodzić, co Eve przyjęła z wdzięcznością. Trudno było
patrzeć na cierpienie dorosłego człowieka, siedzącego na różowym krześle
o kształcie słonia. Sama siedziała na purpurowym kangurze.
Jedno spojrzenie na gabinet zmarłego J. Clarence'a Bransona dowodziło z całą oczywistością, że wprost nieumiarkowanie lubił się zajmować
własnymi zabawkami. Półki na jednej ze ścian były nimi załadowane,
począwszy od zwykłej, zdalnie sterowanej stacji kosmicznej po serię
wielozadaniowych miniandroidów.
Eve robiła wszystko, aby nie patrzeć na ich martwe oczy i zminiaturyzowane kształty. Zbyt łatwo było wyobrazić sobie, jak nagle
ożywają i... ach, Bóg wie co.
- Opowiedz mi o niej, Chris.
- Lisbeth. - Westchnął głęboko, następnie machinalnie skorygował odcień
zasłony w szerokim oknie za biurkiem. - Jest piękną kobietą. Sama pani
mogła się o tym przekonać. Elegancka, zdolna, ambitna, wymagająca, ale
J.C. nie miał nic przeciwko temu. Powiedział mi kiedyś, że jeśliby nie
miał wymagającej kobiety, skończyłby, celując do golfowego dołka i przegrywając życie.
- Dużo czasu spędzali razem?
- Dwa wieczory w tygodniu, czasem trzy. Środy i soboty zawsze: kolacja
oraz teatr lub koncert. Każda impreza towarzyska, która wymagała jego
lub jej obecności, oraz obiad w poniedziałek od dwunastej trzydzieści do
drugiej. Trzy tygodnie wakacji w sierpniu, tam, gdzie chciała pojechać
Lisbeth, i pięć weekendowych wyjazdów w ciągu roku.
- Wygląda, że było to poddane wielkiej dyscyplinie.
- Domagała się tego Lisbeth. Chciała, aby zasady były wyartykułowane, a zobowiązania obu stron jasno określone i należycie uporządkowane.
Rozumiała, jak sądzę, że umysł J.C. miał skłonność do błądzenia, a ona,
gdy byli razem, oczekiwała jego pełnej koncentracji.
- Czy jakaś inna jego cząstka też miała skłonności do błądzenia?
- Słucham?
- Czy J.C. nie zaangażował się poza tym?
- Zaangażował... uczuciowo? Absolutnie nie.
- A seksualnie?
Okrągła twarz Chrisa stężała, obrzmiałe oczy stały się zimne.
- Jeśli pani insynuuje, że J. Clarence Branson zdradzał kobietę, w stosunku do której miał zobowiązania, to nie ma nic bardziej fałszywego.
Był jej oddany. I był jej wierny.
- Jest pan tego pewien? Bez żadnych wątpliwości?
- To ja organizowałem mu wszystko, spotkania zawodowe i osobiste.
- Nie mógł mieć jakichś zupełnie własnych, na boku?
- Takie przypuszczenie jest obraźliwe - wykrztusił Chris. - Człowiek nie
żyje, a pani siedzi tu i oskarża go, że jest kłamcą i oszustem.
- O nic go nie oskarżam - sprostowała spokojnie Eve - a pytam. Pytać to
mój obowiązek, Chris. Jak również ocenić go tak sprawiedliwie, jak tylko
potrafię.
- Nie podoba mi się sposób, w jaki pani to robi. - Znów się odwrócił. -
J.C. był dobrym, uczciwym człowiekiem. Znałem go, jego zwyczaje i nastroje. Nie wplątałby się w żadną podejrzaną sprawę, a z pewnością nie
mógłby tego zrobić bez mojej wiedzy.
- W porządku. Więc opowiedz mi o Lisbeth Cooke. Co mogłaby zyskać,
zabijając go?
- Nie wiem. Traktował ją jak księżniczkę, dawał wszystko, czego tylko
sobie zażyczyła. Zabiła złotą kurę.
- Co zabiła?
- Jak w bajce. - Niemal się uśmiechnął. - Kurę, która znosi złote jajka.
Był szczęśliwy, gdy mógł jej dać to, czego chciała i jeszcze więcej. Ale
teraz nie żyje. Nie będzie złotych jajek.
O ile, pomyślała Eve, opuszczając biuro, nie chciała mieć wszystkich
złotych jajek naraz.
Po przestudiowaniu ruchomej mapy w hallu wiedziała już, że biuro B.
Donalda Bransona znajdowało się na tym samym piętrze, po przeciwnej
stronie niż biuro brata. Ruszyła tam w nadziei, że go zastanie. Wiele
stanowisk było pustych, większość szklanych drzwi była pozamykana, a za
nimi czaiły się wyludnione, ciemne pomieszczenia.
Wyglądało, że cały budynek jest w żałobie.
Umieszczone w równomiernych odstępach hologramowe ekrany pokazywały nowe
lub ulubione produkty firmy "Narzędzia i Zabawki Bransona". Przystanęła
przy jednym z nich, patrząc z równą dozą zdumienia i grozy, jak
umundurowany android akcji zwraca zaginione dziecko tonącej we łzach
matce.
Policjant patrzył z ekranu, twarz miał rozsądną i budzącą zaufanie, a mundur wyprasowany tak dokładnie jak mundur Peabody.
- Naszym zadaniem jest służyć i chronić.
Następnie obraz cofnął się i powoli obrócił, aby pokazać widzom produkt
i dodatki, podczas gdy głos z komputera opisywał całość wyrobu i wyceniał detale. Jako dodatek do kompletu oferowano ulicznego androida -
złodzieja z powietrznymi łyżwami.
Kiwając głową, Eve odwróciła się. Zastanawiała się, czy firma wytwarzała
androidy ulicznice albo nielegalnych dealerów. Potem oczywiście
potrzebny będzie android ofiara.
O Jezu!
Drzwi z czystego szkła otworzyły się, gdy Eve się do nich zbliżyła.
Blada kobieta o znużonym spojrzeniu obsługiwała gładką konsolę w kształcie litery U, odpowiadając na telefony przez nadajnik połączony z hełmofonem.
"Dziękuję bardzo. Został pan nagrany, a pańskie kondolencje zostaną
przekazane rodzinie. Uroczystości pogrzebowe wyznaczono na jutro, na
godzinę drugą w Quiet Passages, Central Park South. Tak, to ogromny
wstrząs. Wielka strata. Dziękuję za telefon".
Odsunęła od ust mikrofon i posłała Eve poważny uśmiech.
- Przykro mi, ale pan Branson nie przyjmuje. Biura będą zamknięte aż do
wtorku przyszłego tygodnia.
Eve wyjęła swą odznakę.
- Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa jego brata. Czy pan Branson jest
obecny?
- Ach, pani porucznik. - Kobieta na chwilę dotknęła palcami oczu, po
czym wstała. - Chwileczkę.
Wyśliznęła się wdzięcznie spoza konsoli, szybko zastukała do wysokich
białych drzwi i zniknęła za nimi. Eve słyszała ciche buczenie
kondolencji napływających do wielokanałowego urządzenia
nadawczo-odbiorczego. Następnie drzwi znów się otworzyły.
- Proszę wejść, pani porucznik. Pan Branson przyjmie panią. Czym mogę
służyć?
- Dziękuję, niczego mi nie potrzeba.
Weszła do środka. Pierwszą rzeczą, która rzuciła się jej w oczy, była
uderzająca różnica między tym biurem a biurem J.C. Odznaczało się ono
chłodnymi barwami, miękkimi liniami i cechami bogatego wyrafinowania.
Żadnych idiotycznych krzeseł w kształcie zwierząt lub szczerzących zęby
androidowych lalek. Tutaj stonowane zielenie i różne odcienie
niebieskiego zaprojektowane były tak, aby uspokajać. Duża płaszczyzna
biurka, niezaśmiecona żadnymi gadżetami, przygotowana była do pracy.
B. Donald Branson stał za biurkiem. Nie był tak potężny jak brat, w zgrabnie skrojonym garniturze wyglądał nawet szczupło. Matowozłote włosy
nad wysokim czołem zostały gładko zaczesane do tyłu. Krzaczaste, gęste
brwi nad bladozielonymi, zmęczonymi oczami były o ton ciemniejsze.
- Pani porucznik Dallas, to miło, że pofatygowała się pani osobiście. -
Jego głos był cichy i spokojny, jak cały pokój. - Miałem zamiar
skontaktować się z panią, by podziękować za uprzejme poinformowanie mnie
ostatniej nocy o śmierci brata.
- Przepraszam, że niepokoję pana w takim czasie, panie Branson.
- Ach nie, bardzo proszę. Niech pani siądzie. Wszyscy usiłujemy sobie z tym jakoś poradzić.
- Zauważyłam, że pański brat był bardzo lubiany.
- Kochany - poprawił, gdy usiedli. - Nie można było nie kochać J.C.
Dlatego tak trudno wyobrazić sobie, że odszedł, i to w taki sposób.
Lisbeth była niczym członek rodziny. Mój Boże. - Przez chwilę, próbując
się opanować, patrzył na bok. - Przepraszam - zdołał wreszcie
powiedzieć. - Co mogę dla pani zrobić?
- Panie Branson, chciałabym uporać się z tym tak szybko, jak to możliwe.
Panna Cooke twierdzi, że odkryła romans pana brata z inną kobietą.
- Co?! To absurd! - Branson odrzucił tę możliwość pełnym złości
machnięciem ręki. - J.C. był absolutnie oddany Lisbeth. Nie spojrzał na
inną kobietę.
- Jeśli to prawda, dlaczego miałaby go zabijać? Czy często się kłócili?
- J.C. nie potrafiłby się sprzeczać nawet przez pięć minut - powiedział
Branson znużonym głosem. - Po prostu nie mieściło się to w jego
charakterze. Przemoc była mu obca i z pewnością nie uganiał się za
kobietami.
- Nie sądzi pan, że mógł zainteresować się kimś innym?
- Gdyby tak było, w co trudno uwierzyć, powiedziałby o tym Lisbeth.
Byłby w stosunku do niej uczciwy i zakończył ten związek przed wejściem
w inny. J.C. postępował uczciwie niczym dziecko.
- Jeśli to przyjmę za pewnik, będę musiała szukać innych motywów. Pan i brat byliście prezesami. Kto dziedziczy jego udział?
- Ja. - Splótł dłonie na biurku. - Firmę założyli nasi dziadkowie. J.C.
i ja byliśmy u steru ponad trzydzieści lat. W naszym kontrakcie
zaznaczone jest, że ten, który pozostanie przy życiu, albo jego
potomkowie, odziedziczy udziały partnera.
- Czy brat mógł przekazać część udziałów Lisbeth Cooke?
- Nie, nic z majątku firmy. Jest na to kontrakt.
- Więc coś z funduszy osobistych lub akcji?
- Oczywiście, mógł swobodnie dać część lub całość osobistego majątku
każdemu, komu by zechciał.
- Czy w grę wchodzą poważne sumy?
- Tak. Myślę, że tak. - Pokiwał głową. - Czy sądzi pani, że zabiła go
dla pieniędzy? Nie mogę w to uwierzyć. Zawsze był dla niej bardzo hojny,
a Lisbeth jest... była dobrze płatnym pracownikiem firmy. Tu nie może
chodzić o pieniądze.
- Jest to jakiś pogląd - powiedziała tylko Eve. - Chciałabym poznać
nazwisko jego prawnika i byłabym wdzięczna, gdyby pan wszystko
przygotował tak, bym mogła poznać warunki testamentu.
- Tak, oczywiście. - Uderzywszy palcem w blat biurka, otworzył środkową
szufladę. - Mam tu służbową wizytówkę Suzanny. Skontaktuję się z nią
natychmiast - dodał, wstając, aby podać kartę Eve, która również
powstała. - Proszę jej powiedzieć, aby dostarczyła pani każdą potrzebną
informację.
- Jestem wdzięczna za współpracę.
Eve po wyjściu spojrzała na zegarek. Uznała, że z prawnikiem będzie
mogła się spotkać po południu. A teraz, skoro jest trochę czasu,
dlaczego by nie zrobić wycieczki do sklepu Fixera?
Rozdział 3
3
Peabody odstawiła dwie torby z wiktuałami, które kupiła po drodze do
domu, i wyjęła klucz. Obładowana była świeżymi owocami i jarzynami,
mieszanką sojową, tofu, suchą fasolą i ciemnym ryżem, którego nie lubiła
od dziecka.
- Dee. - Zeke postawił worek, w który, wyjeżdżając do Nowego Jorku,
zapakował ubrania na zmianę, i do niesionej przez siebie torby siostry
dołożył następne. - Nie powinnaś kupować tego wszystkiego.
- Jeszcze pamiętam, co jesz. - Wyszczerzyła do niego zęby, odwracając
się przez ramię, ale nie dodała, że większość zawartości jej spiżarni
stanowiły produkty, których żaden z poważnych wyznawców Wolnego Wieku
nie uznałby za jadalne. Przekąski nasycone tłuszczem i chemikaliami,
substytuty czerwonego mięsa, alkohol.
- To, ile tutaj kosztują świeże owoce, jest rozbojem i nie wydaje mi
się, aby jabłka, które kupiłaś, były zerwane z drzewa później niż
dziesięć dni temu. - Prócz tego Zeke poważnie wątpił, czy urosły w sposób naturalny.
- No cóż, brakuje nam sadów na Manhattanie.
- Ale... powinnaś mi pozwolić, żebym za to zapłacił.
- To moje miasto, a ty jesteś pierwszy z rodziny, który mnie odwiedził.
- Pchnęła drzwi i odwróciła się, aby wziąć torby.
- Tu w pobliżu muszą być jakieś spółdzielnie Wolnego Wieku.
- Nie chodzę do spółdzielni ani nie prowadzę ostatnio handlu na wymianę.
Nie mam czasu. Mam niezłą pensję, Zeke. Nie kręć nosem. - Zdmuchnęła z oczu włosy. - Wchodź. To niewielkie pomieszczenie będzie teraz naszym
domem.
Wszedł za nią, przyjrzał się części mieszkalnej z zapadniętymi sofami,
porozrzucanymi stolikami, kolorowymi plakatami. Stora na oknie opadła i jego siostra podeszła, aby to naprawić.
Nie miała zbyt pięknego widoku z okna, ale cieszyły ją krzątanina i pośpiech na ulicy. Kiedy rozbłysło światło, zauważyła, że w jej
mieszkaniu panuje prawie taki sam rozgardiasz, jak w dole za oknami.
Przypomniała sobie nagle, że pozostawiła w komputerze dyskietkę z charakterystyką umysłowości seryjnego, sadystycznego zabójcy. Będzie
musiała ją wyjąć i gdzieś upchnąć.
- Gdybym wiedziała, że przyjedziesz, zrobiłabym trochę porządku.
- Po co? W domu nigdy nie robiłaś porządków w swoim pokoju.
Wyszczerzył do niej zęby i wszedł do maleńkiej kuchenki, aby położyć tam
torbę z żywnością. W istocie ulżyło mu, gdy zobaczył, że jej mieszkanie
jest tak bardzo podobne do niej. Solidne, bezpretensjonalne, praktyczne.
Zauważył, że kran lekko cieknie, a na blacie kuchennym powstał pęcherz
od przypalenia. Pomyślał, że może to naprawić, chociaż dziwiło go, że
nie zrobiła tego sama.
- Ja to zrobię. - Zrzuciła płaszcz oraz czapkę i szybko weszła za nim. -
Zanieś swoje rzeczy do sypialni. Ja będę spała na sofie.
- Nie, nie będziesz. - Zaczął zaglądać do szafek. Jeśli zdziwiła go
zawartość spiżarni, a szczególnie jaskrawożółta torba "smacznych potraw
ziemniaczanych", nie okazał tego. - Biorę sofę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki