Aż po grób. Oblicza śmierci. Tom 9 - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Drogi Towa­rzy­szu.

My, Kasan­dra.

Zaczęło się.

Wszystko, nad czym pra­co­wa­li­śmy, do czego przy­go­to­wy­wa­li­śmy się, ćwi­cząc, czemu poświę­ci­li­śmy życie, jest gotowe do akcji. Po jakże dłu­gim brza­sku naresz­cie nad­cho­dzi świt. Osią­gniemy posta­wiony ponad trzy­dzie­ści lat temu cel. Speł­nimy obiet­nicę. Pomścimy krew męczen­nika.

Wiemy, że się o nas trosz­czysz. Wiemy, że jesteś roz­ważny. To cechy mądrego przy­wódcy. Uwierz, że wzię­li­śmy do serca Twoje rady i ostrze­że­nia. Mora­to­rium w tej spra­wie­dli­wej i okrut­nej woj­nie nie prze­rwiemy bitwą, która mogłaby się skoń­czyć porażką. Jeste­śmy dosko­nale wypo­sa­żeni, nasza sprawa ma wiel­kie popar­cie finan­sowe, roz­wa­ży­li­śmy wszel­kie ewen­tu­al­no­ści i posu­nię­cia.

Wysy­łamy Ci, Drogi Przy­ja­cielu i Towa­rzy­szu, tę trans­mi­sję, rado­śnie przy­go­to­wu­jąc się do kon­ty­nu­owa­nia naszej misji. Cie­szymy się, prze­lana już została bowiem pierw­sza krew. Oko­licz­no­ści posta­wiły na naszej dro­dze god­nego, jak się o tym prze­ko­nasz, prze­ciw­nika. Dołą­czy­li­śmy do tego prze­kazu dossier porucz­nik Eve Dal­las z tak zwa­nej Poli­cji Mia­sta Nowy Jork, Wydziału Zabójstw, abyś mógł poznać ją lepiej.

Poko­na­nie takiego prze­ciw­nika sprawi, że nasze zwy­cię­stwo będzie jesz­cze słod­sze. Ponadto jest ona jed­nym z sym­boli zepsu­tego i repre­syj­nego ustroju, który zamie­rzamy znisz­czyć.

Na to miej­sce skie­ro­wała nas Twoja mądra rada. Żyjemy wśród żało­snych pachoł­ków sto­ją­cego na gli­nia­nych nogach ustroju, nosimy nasze uśmiech­nięte maski, ale gar­dzimy ich mia­stem i całym sys­te­mem uci­sku i roz­kładu. Dla ich śle­pych oczu sta­li­śmy się jed­nymi z nich. Gdy poru­szamy się po roz­pust­nych i plu­ga­wych uli­cach, nikt nie zadaje nam pytań. Jeste­śmy nie­wi­dzialni, cie­nie pośród cieni, tacy, jakimi zgod­nie z Twoją nauką i Tego, któ­rego oboje kocha­li­śmy, powinni być naj­prze­bie­glejsi bojow­nicy.

A gdy znisz­czymy jeden po dru­gim sym­bole tego spa­sio­nego spo­łe­czeń­stwa, demon­stru­jąc naszą siłę i nasz jasny pro­jekt nowego kró­le­stwa, tamci zadrżą. Zoba­czą nas i przy­po­mną sobie o Nim. Pierw­szym sym­bolem peł­nego chwały naszego zwy­cię­stwa będzie Jego pomnik. Na Jego podo­bień­stwo.

Jeste­śmy wierni i mamy długą pamięć.

Jutro usły­szysz pierw­szy odgłos bitwy.

Opo­wia­daj o nas wszyst­kim zwo­len­ni­kom, wszyst­kim wier­nym.

My, Kasan­dra.

Rozdział 1

1

Tej wła­śnie nocy jakiś żebrak umarł nie­zau­wa­żony pod ławką w Parku Gre­en­pe­ace. Pro­fe­sor histo­rii upadł zakrwa­wiony z pod­cię­tym gar­dłem metr od fron­to­wych drzwi swego miesz­ka­nia za dwa­na­ście kre­dy­tów, które miał w kie­szeni. Jakiejś kobie­cie ugrzązł w gar­dle ostatni okrzyk, gdy padała pod pię­ściami kochanka.

Ale nie­za­spo­ko­jona śmierć na­dal zata­czała koło swym kości­stym pal­cem, aż wetknęła go rado­śnie mię­dzy oczy nie­ja­kiego J. Cla­rence'a Bran­sona, pięć­dzie­się­cio­let­niego wice­pre­zesa firmy "Narzę­dzia i Zabawki Bran­sona".

Był to czło­wiek suk­cesu, bogaty, nie­żo­naty, nie byle kto i nie bez przy­czyny współ­wła­ści­ciel wiel­kiej mię­dzy­pla­ne­tar­nej kor­po­ra­cji. Drugi syn z trze­ciej gene­ra­cji Bran­so­nów, zaopa­tru­ją­cych świat i jego sate­lity w urzą­dze­nia i przy­rządy słu­żące roz­rywce, żył z gestem.

I tak samo umarł.

Serce J. Cla­rence'a prze­szyła jed­nym z jego prze­gu­bo­wych wier­teł sta­lo­wo­oka kochanka, która, po przy­szpi­le­niu go do ściany, zgło­siła wyda­rze­nie poli­cji, po czym usia­dła, sącząc spo­koj­nie czer­wone wino do chwili, gdy na miej­sce przy­byli pierwsi funk­cjo­na­riu­sze.

Sie­dząc wygod­nie w fotelu z wyso­kim opar­ciem, usta­wio­nym naprze­ciwko wir­tu­al­nego ognia, na­dal sączyła wino, pod­czas gdy porucz­nik Eve Dal­las badała zwłoki.

- Jest z całą pew­no­ścią mar­twy - rzu­ciła zimno do Eve. Nazy­wała się Lis­beth Cooke i zara­biała na życie jako szef reklamy w fir­mie swego nie­ży­ją­cego kochanka. Miała czter­dzie­ści lat, była nie­wąt­pli­wie pocią­ga­jąca i ucho­dziła za świet­nego pra­cow­nika. Wier­tło Bran­son 8000 jest zna­ko­mi­tym narzę­dziem, zapro­jek­to­wa­nym po to, by zado­wo­lić zarówno fachow­ców, jak hob­by­stów. Jest bar­dzo mocne i pre­cy­zyjne.

- Ho, ho. - Eve przy­pa­try­wała się twa­rzy ofiary. Wypie­lę­gno­wa­nej i inte­re­su­ją­cej, na któ­rej śmierć wyrzeź­biła rys przy­krego zdu­mie­nia. Przód nie­bie­skiego szla­froka nasiąk­nięty był krwią, która roz­le­wała się poły­skliwą kałużą po pod­ło­dze. - Nie ma wąt­pli­wo­ści, doko­nano tego tutaj. Peabody, poin­for­muj pannę Cooke o przy­słu­gu­ją­cych jej pra­wach.

Gdy asy­stentka przy­stą­piła do dzia­ła­nia, Eve na­dal doku­men­to­wała czas i przy­czynę śmierci. Nawet w przy­padku dobro­wol­nego przy­zna­nia się do winy sprawcy mor­der­stwa nale­żało postę­po­wać zgod­nie z prze­pi­sami. Narzę­dzie będzie wzięte jako dowód rze­czowy, ciało zabrane i pod­dane sek­cji, a miej­sce zabez­pie­czone.

*

Dając znak eki­pie docho­dze­nio­wej, aby przy­stą­piła do pracy, Eve prze­szła kilka kro­ków po kró­lew­skim czer­wo­nym dywa­nie i sia­dla naprze­ciwko Lis­beth przy inte­re­su­ją­cym ogniu kominka, który bił obfi­tym cie­płem oraz świa­tłem. Nic nie mówiła, cze­ka­jąc przez chwilę na reak­cję szy­kow­nej bru­netki w żół­tym jedwab­nym kostiu­mie, śmiesz­nie spry­ska­nym świeżą krwią.

Nie uzy­skała jed­nak niczego wię­cej oprócz uprzej­mie pyta­ją­cego spoj­rze­nia.

- A więc... czy zechce mi pani o tym opo­wie­dzieć?

- Oszu­ki­wał mnie - stwier­dziła apa­tycz­nie Lis­beth. - Zabi­łam go.

Eve przyj­rzała się jej sta­now­czym zie­lo­nym oczom, zoba­czyła w nich gniew, ale nie dostrze­gła ani wstrząsu, ani żalu.

- Czy pokłó­ci­li­ście się?

- Powie­dzie­li­śmy sobie parę słów. - Lis­beth pod­nio­sła kie­li­szek z winem do swych peł­nych, uma­lo­wa­nych warg, mają­cych ten sam inten­sywny winny kolor. - Więk­szość z nich wyszła ode mnie. J.C. myślał powoli. - Wzru­szyła ramio­nami, wywo­łu­jąc sze­lest jedwa­biu. - Akcep­to­wa­łam to, a nawet uwa­ża­łam, że pod wie­loma wzglę­dami jest to miłe. Ale my zawar­li­śmy układ. Poświę­ci­łam mu trzy lata życia.

Nachy­liła się, jej oczy prze­peł­niły się zło­ścią, kry­jącą się pod pozo­rami chłodu.

- Trzy lata, czas, w któ­rym mogła­bym zain­te­re­so­wać się czymś innym, zawrzeć jakiś inny układ, być w innych związ­kach. Ale byłam wierna. On nie był.

Wcią­gnęła powie­trze, znów się wypro­sto­wała, nie­mal się uśmiech­nęła.

- Teraz on nie żyje.

- Tak, to zauwa­ży­li­śmy. - Eve usły­szała obrzy­dliwe cmok­nię­cie oraz zgrzyt, gdy ekipa usi­ło­wała usu­nąć z ciała i kości długi sta­lowy brzesz­czot. - Panno Cooke, czy przy­nio­sła pani to narzę­dzie z zamia­rem uży­cia go jako broni?

- Nie, nale­żało do J.C. On cza­sem zaj­mo­wał się maj­ster­ko­wa­niem. Chyba wła­śnie to czy­nił - zasta­na­wiała się, rzu­ca­jąc prze­lotne spoj­rze­nie na ciało, które w bale­cie upior­nych ruchów odry­wała od ściany ekipa dzia­ła­jąca na miej­scu zbrodni. - Zoba­czy­łam je tutaj, na stole, i pomy­śla­łam sobie, och, że się zna­ko­mi­cie nadaje. Prawda? Więc chwy­ci­łam je i włą­czy­łam. No i uży­łam go.

Nie można było pro­ściej, pomy­ślała Eve i pod­nio­sła się.

- Panno Cooke, ci funk­cjo­na­riu­sze wezmą panią na komendę. Będę musiała zadać pani tro­chę wię­cej pytań.

Lis­beth posłusz­nie dopiła resztkę wina i odsta­wiła kie­li­szek.

- Wezmę tylko płaszcz.

Peabody kiwała głową, widząc, jak Lis­beth narzuca dłu­gie, czarne futro z norek na zakrwa­wiony jedwab i prze­śli­zguje się mię­dzy dwoma mun­du­rami poli­cjan­tów z całą osten­ta­cją kobiety zmie­rza­ją­cej na następną, eks­cy­tu­jącą imprezę towa­rzy­ską.

- Rety, to prze­kra­cza wszel­kie wyobra­że­nia. Prze­wierca faceta, a potem podaje nam sprawę jak na tale­rzu.

Eve otu­liła się skó­rzaną kurtką i uważ­nie, uży­wa­jąc roz­pusz­czal­nika, oczy­ściła ręce z krwi oraz posma­ro­wała je kre­mem.

- Ekipa, kiedy skoń­czy pracę, niech opie­czę­tuje to miej­sce. Nie udo­wod­nimy jej mor­der­stwa pierw­szego stop­nia. Takie wła­śnie było, ale założę się, że w ciągu czter­dzie­stu ośmiu godzin wnie­siona zosta­nie prośba o uzna­nie go za zabój­stwo bez pre­me­dy­ta­cji.

- Nie­umyślne zabój­stwo? - Auten­tycz­nie wstrzą­śnięta, Peabody z otwar­tymi ustami patrzyła na Eve. Wcho­dziły wła­śnie do windy, aby zje­chać na dół. - Daj spo­kój, Dal­las. W żad­nym wypadku.

- Oto spo­sób. - Eve spo­glą­dała w ciemne, oddane oczy Peabody, przy­glą­dała się jej pro­stej, szcze­rej twa­rzy, ukry­tej pod przy­cię­tymi równo wło­sami i poli­cyjną czapką. Pra­wie żało­wała, że musi zachwiać jej nie­złomną wiarą w sys­tem. - Potwier­dze­nie, że wier­tło nale­żało do zamor­do­wa­nego, będzie wska­za­niem, że nie ona przy­nio­sła narzę­dzie zbrodni. Wyklu­cza to pre­me­dy­ta­cję. Teraz jest w niej duma i spora doza sza­leń­stwa, ale po kilku godzi­nach w celi, jeśli jesz­cze nie przed osa­dze­niem w aresz­cie, ode­zwie się w niej instynkt samo­za­cho­waw­czy i wezwie praw­nika. Jest inte­li­gentna, więc będzie się mądrze bro­niła.

- Tak, ale mamy tu zamiar. Zły zamiar. Wła­śnie zło­żyła zezna­nie do akt.

Była to wielka księga praw. O ile Eve wie­rzyła bar­dzo w tę księgę, jed­no­cze­śnie wie­działa, że jej karty czę­sto bywają zama­zane.

- I wcale nie musi się wypie­rać tego zabój­stwa, wystar­czy, aby upięk­szyła sytu­ację. Kłó­cili się. Była zdru­zgo­tana, wypro­wa­dzona z rów­no­wagi. Być może gro­ził jej. W chwili gniewu, a może lęku, chwy­ciła za wier­tło.

Eve wyszła z windy, prze­szła przez obszerny hall z różo­wymi, mar­mu­ro­wymi kolum­nami i lśnią­cymi orna­men­tami z moty­wem drzew.

- Chwi­lowe ogra­ni­cze­nie poczy­tal­no­ści - kon­ty­nu­owała. - Moż­liwe, że szar­pa­nina w obro­nie wła­snej, cho­ciaż to bzdura. Ale Bran­son miał około metra osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu przy wadze stu kilo­gra­mów, a ona około metra sześć­dzie­się­ciu i pięć­dzie­się­ciu kilo­gra­mów. Mogło tak być. Następ­nie w szoku natych­miast powia­da­mia poli­cję. Nie pró­buje ucie­kać albo zaprze­czać temu, co zro­biła. Bie­rze na sie­bie odpo­wie­dzial­ność, czym zyskuje w oczach człon­ków ławy przy­się­głych, jeśli w ogóle doj­dzie do pro­cesu. Oskar­ży­ciel publiczny wie tym, więc będzie ape­lo­wał.

- To przy­kre.

- Będzie miała czas - powie­działa Eve, gdy wyszły na zewnątrz i prze­jął je chłód tak doj­mu­jący, jak doj­mu­jące było cier­pie­nie wzgar­dzo­nej kochanki, teraz już znaj­du­ją­cej się w aresz­cie. - Straci pracę, zacią­gnie nie­mały kre­dyt na adwo­kata. Zrobi, co tylko będzie mogła.

Peabody rzu­ciła okiem na pojazd do prze­wo­że­nia zwłok.

- Ta sprawa powinna pójść gładko.

- Bywa, że czę­sto naj­wię­cej kan­tów mają te na pozór gład­kie. - Otwie­ra­jąc drzwi swego samo­chodu, Eve uśmiech­nęła się. - Roz­ch­murz się, Peabody. Dopro­wa­dzimy sprawę do końca, ona z tego nie wyj­dzie. Cza­sem trzeba się zado­wo­lić tym, co się ma.

- Nie wygląda na to, by go kochała. - Jakby w odpo­wie­dzi na unie­sione brwi Eve, Peabody wzru­szyła ramio­nami. - To dało się łatwo poznać. Była tylko wście­kła, bo on rżnął inne.

- Ale osta­tecz­nie to ona go prze­rżnęła. A więc pamię­taj, wier­ność popłaca.

Natych­miast po włą­cze­niu sil­nika zapisz­czał samo­cho­dowy wide­ofon.

- Tu Dal­las.

- Cześć, Dal­las. Tu Ratso.

Eve spoj­rzała na szczu­rzą twarz i nie­bie­skie, roz­bie­gane jak szklane kulki oczy, które poja­wiły się na ekra­nie.

- Ni­gdy bym tego nie odga­dla.

Wcią­gnął ze świ­stem powie­trze, co mogło ucho­dzić za śmiech.

- Taa, prawda. Taa. Więc słu­chaj, Dal­las, mam cosik dla cie­bie. A może byśmy się spik­nęli i ubili inte­res? W porzą­siu?

- Jadę teraz do cen­trali. Pro­wa­dzę sprawę. A moja zmiana skoń­czyła się przed dzie­się­cioma minu­tami, więc...

- Mam cosik dla cie­bie. Prima wia­do­mo­ści. Warte cze­goś.

- No, zawsze tak mówisz. Nie zabie­raj mi czasu, Ratso.

- To jest naprawdę nie­złe. - Nie­bie­skie oczy ruszały się na jego chu­dej twa­rzy jak paciorki. - Mogę być w Brew w ciągu dzie­się­ciu minut.

- Daję ci pięć, Ratso. Na razie ćwicz zwię­złość wypo­wie­dzi.

Prze­rwała połą­cze­nie i ruszyła szybko w kie­runku cen­trum.

- Pamię­tam go z akt - zauwa­żyła Peabody. - To jeden z two­ich infor­ma­to­rów.

- Tak, wła­śnie sie­dział dzie­więć­dzie­siąt dni za drobne szwin­dle. Udało się odrzu­cić oskar­że­nie o nie­przy­zwo­ite obna­ża­nie się. Ratso lubi spusz­czać spodnie, gdy jest wsta­wiony. Jest nie­szko­dliwy - dodała Eve. - Na ogół zarzuca mnie bzde­tami, ale od czasu do czasu przy­cho­dzi z solid­nymi infor­ma­cjami. Brew jest po dro­dze, a ta Cooke może jesz­cze tro­chę pocze­kać. Znajdź numer seryjny narzę­dzia zbrodni. Sprawdź, czy nale­żało do ofiary. Potem odszu­kaj naj­bliż­szych krew­nych. Powia­do­mię ich natych­miast, gdy Cooke znaj­dzie się w aresz­cie.

Noc była czy­sta i zimna, ostry wiatr wci­skał się do miej­skich wąwo­zów, ści­ga­jąc prze­chod­niów aż do ich miesz­kań. Uliczni kra­ma­rze trwali przy swych wóz­kach, drżąc w dymie i smro­dzie sma­żo­nych na grillu sojo­wych hot dogów, z nadzieją docze­ka­nia się paru głod­nych dusz, dość odważ­nych, by sta­wić czoło kąsa­ją­cemu mro­zem lutemu.

Zima roku 2059 była sroga i spa­dły zarobki.

Eve i Peabody opu­ściły oko­licę ele­ganc­kiej Upper East Side z czy­stymi, nie­po­pę­ka­nymi chod­ni­kami oraz umun­du­ro­wa­nymi odźwier­nymi, i jechały na połu­dniowy zachód, gdzie ulice były wąskie, hała­śliwe, a oko­liczni miesz­kańcy poru­szali się szybko, z oczami wbi­tymi w zie­mię i dłońmi zaci­śnię­tymi na port­fe­lach.

Odrzu­cone na kra­węż­niki resztki ostat­niej śnie­życy były brudne od sadzy. Mało widoczne zamar­z­nięte kałuże na­dal czy­hały na nie­uważ­nych prze­chod­niów. Nad gło­wami migo­tał bil­l­bo­ard z nie­bie­skim, połu­dnio­wym morzem, oko­lo­nym bia­łym jak cukier pia­skiem. Barasz­ku­jąca wśród fal pier­sia­sta blon­dyna miała na sobie nie­mal wyłącz­nie opa­le­ni­znę i zapra­szała cały Nowy Jork, aby przy­by­wał na wyspę i się bawił.

Eve pomy­ślała o paru dniach na wyspie Roarke'a. Słońce, pia­sek i seks, popu­ściła wodze wyobraźni, prze­ci­ska­jąc się przez roz­go­rącz­ko­wany wie­czorny tłum. Jej mąż z rado­ścią dostar­czyłby jej tych trzech rze­czy, a ona była pra­wie gotowa mu to zasu­ge­ro­wać. Za tydzień lub dwa, zade­cy­do­wała. Kiedy upora się z robotą papier­kową, wypełni zale­głe wezwa­nia sądowe i znaj­dzie kilka bra­ku­ją­cych ogniw.

Poza tym uznała, że musi poczuć się tro­chę pew­niej, by mogła pozo­sta­wić pracę.

Nie­dawno prze­cież utra­ciła odznakę i nie­mal zagu­biła się na swej dro­dze, więc odczu­wała wyrzuty sumie­nia. Gdy wszystko dopiero co wró­ciło do normy, nie mogła palić się do odło­że­nia obo­wiąz­ków i odda­nia się przy­jem­no­ściom.

Zanim zna­la­zła miej­sce do par­ko­wa­nia na ram­pie dru­giego poziomu ulicy w pobliżu Brew, Peabody dys­po­no­wała już infor­ma­cjami, o które ją pro­siła.

- Zgod­nie z seryj­nym nume­rem, narzę­dzie zbrodni nale­żało do ofiary.

- Zaraz weź­miemy się do sprawy mor­der­stwa - powie­działa Eve, scho­dząc w dół na pierw­szy poziom. - Pro­ku­ra­tor nie będzie tra­cił czasu, zaj­mu­jąc się udo­wad­nia­niem pre­me­dy­ta­cji.

- Ale ty myślisz, że poszła tam, aby go zabić.

- O, tak. - Eve prze­cięła chod­nik, idąc w kie­runku przy­tłu­mio­nych świa­teł reklamy rucho­mego kufla z piwem ze spły­wa­jącą mętną pianą.

Brew ser­wo­wał tanie drinki i stę­chłe orzeszki do piwa. Jego klien­telę two­rzyli drobni prze­stępcy, urzęd­nicy naj­niż­szego szcze­bla z nie­dro­gimi towa­rzysz­kami, jak rów­nież nie­liczne dziew­czyny, zaj­mu­jące się nacią­ga­niem face­tów, acz­kol­wiek tutaj nacią­gać nie miały kogo.

Powie­trze było zatę­chłe i prze­grzane, roz­mowy roz­pro­szone i sekretne. Nie­liczne spoj­rze­nia, jakie dało się dostrzec w męt­nym świe­tle, zatrzy­mały się na Eve i natych­miast ucie­kły.

Gdyby nawet nie było przy niej umun­du­ro­wa­nej Peabody, szep­tano by, że to glina. Roz­po­znano by ją po tym, jak stała: czujne, wyso­kie, smu­kłe ciało, bystre brą­zowe oczy, skon­cen­tro­wane i bez­na­miętne, reje­stru­jące twa­rze i istotne szcze­góły.

Tylko nie­wta­jem­ni­czeni widzie­liby w niej jedy­nie kobietę z krót­kimi, tro­chę nie­równo przy­cię­tymi kasz­ta­no­wa­tymi wło­sami, o szczu­płej twa­rzy z ostrymi rysami i z płyt­kim dołecz­kiem na bro­dzie. Bywalcy Brew, w więk­szo­ści tu obecni, potra­fili wyczuć glinę na odle­głość.

Wypa­trzyła Ratsa, któ­rego wydłu­żona, szczu­rza twarz była pra­wie zupeł­nie ukryta w kuflu z piwem. Idąc w jego kie­runku, sły­szała hałas kilku odsu­wa­ją­cych się nie­pew­nie krze­se­łek i zoba­czyła tro­chę ple­ców, które zgar­biły się lękli­wie.

Każdy ma coś na sumie­niu, pomy­ślała i szcze­rząc zęby, posłała Rat­sowi ostry uśmiech.

- Ta spe­luna nie zmie­nia się, Ratso, i ty także nie.

Zre­wan­żo­wał się jej swym świsz­czą­cym śmie­chem, nie­mniej ner­wowo błą­dził wzro­kiem po porząd­nym, jak spod igły, mun­du­rze Peabody.

- Nie trza było brać obstawy, Dal­las. O Jezu, myśla­łem, żeśmy kum­ple.

- Moi kum­ple kąpią się regu­lar­nie. - Ski­nęła głową, doma­ga­jąc się krze­sła dla Peabody, potem sia­dla. - Ona jest moja - powie­działa zwy­czaj­nie.

- Taa, sły­sza­łem, żeś wziena szcze­niaka do tre­sury. - Spró­bo­wał się uśmiech­nąć, demon­stru­jąc pogardę dla higieny jamy ust­nej, ale Peabody przy­jęła to chłod­nym spoj­rze­niem. - Ona jest w porządku, no nie, jest w porządku, bo jest twoja. Ja też twój, no nie, Dal­las? Prawda?

- No, nie mam tu wiel­kiego szczę­ścia. - Kel­nerka zmie­rzała do nich, ale wystar­czyło jedno spoj­rze­nie Eve, by zmie­niła kie­ru­nek, zosta­wia­jąc ich w spo­koju. - Co masz dla mnie, Ratso?

- Mam dobry towar i mogę dostać wię­cej. - Wykrzy­wił swą nie­szczę­sną twarz w gry­ma­sie, który, jak domy­ślała się Eve, uwa­żał za oznakę prze­bie­gło­ści. - Gdy­bym miał ciut gotówki.

- Nie płacę z góry. Z tej racji, że mogła­bym nie zoba­czyć twej okrop­nej mordy przez następ­nych sześć mie­sięcy.

Znów wydał swój cha­rak­te­ry­styczny świst, siorb­nął piwo i posłał jej pełne nadziei spoj­rze­nie maleń­kich, załza­wio­nych oczek.

- Pro­wa­dzę z tobą uczciwy inte­res, Dal­las.

- Więc zacznij go pro­wa­dzić.

- Dobra, dobra. - Wygiął swoje małe, chude ciało nad tym, co pozo­stało w kuflu. Na czubku jego głowy uka­zało się ide­al­nie równe kółko łysiny, nagiej jak pupa nie­mow­lę­cia. Było ono pra­wie roz­czu­la­jące, a z pew­no­ścią atrak­cyj­niej­sze od zwi­sa­ją­cych wokół niego tłu­stych kosmy­ków sza­rych wło­sów. - Znasz Fixera?

- Jasne. - Odchy­liła się tro­chę, nie tyle, by się roz­luź­nić, co unik­nąć falo­wa­nia nie­świe­żego odde­chu swego infor­ma­tora. - Jesz­cze na cho­dzie? Chry­ste, musi mieć ze sto pięć­dzie­siąt lat.

- No, nie jest taki stary. Dzie­więć­dzie­siątka, może ze dwa lata wię­cej, i cał­kiem żwawy. - Ratso z zapa­łem poki­wał głową, tak że jego tłu­ste kosmyki zaczęły pod­ska­ki­wać. - Dbał zawsze o sie­bie. Jadł zdrowo, upra­wiał regu­lar­nie seks z jedną dziew­czyną z Ave­nue B. No wiesz, mówił, że seks trzyma ciało i umysł zestro­jone.

- Opo­wiedz mi o tym - mruk­nęła Peabody, zara­bia­jąc łagodną naganę w spoj­rze­niu Eve.

- Mówisz o nim w cza­sie prze­szłym.

Ratso zamru­gał.

- He?

- Czy coś się stało Fixe­rowi?

- Taa, ale cze­kaj. Nie tak do przodu. - Zanu­rzył chude palce w płyt­kiej miseczce smutno wyglą­da­ją­cych orzesz­ków. Gryzł je resztką zębów, patrząc w sufit i sta­ra­jąc się upo­rząd­ko­wać roz­bie­gane myśli. - Jakiś mie­siąc temu musia­łem... Mia­łem ekran ścienny, trzeba było przy nim tro­chę popra­co­wać...

Brwi Eve unio­sły się pod grzywką.

- Aby prze­stał być gorą­cym towa­rem - powie­działa łagod­nie.

Znów wcią­gnął powie­trze i zasior­bał.

- Widzisz, on niby upadł, a ja wzio­nem go do Fixera, aby cosik z tym zro­bić. Facet, myślę, jest geniusz, nie? Ze wszyst­kim potrafi zro­bić, żeby pra­co­wało jak cho­ler­nie, fabrycz­nie nowe.

- I jest tak zdolny, że potrafi zmie­nić numery seryjne.

- Taa, no dobra. - Uśmiech Ratsa był nie­mal słodki. - Zacze­lim gadać, a Fixer, on wie, że ja zawsze szu­kam oka­zyj­nej roboty. Mówi, jak dostał fuchę. Wielka. Praw­dziwa bomba. Kazali mu robić zapal­niki cza­sowe i zdalne ste­ro­wa­nie, i małe plu­skwy, i inne gówno. Zro­bił tyż tro­che deto­na­to­rów.

- Powie­dział ci, że skła­dał urzą­dze­nia wybu­chowe?

- No, niby byli­śmy kum­plami, więc tak, mówił mi. Powie­dział, że oni sły­szeli, że robił takie rze­czy, kiedy był w woj­sku. A oni pła­cili ciężką forsę.

- Kto pła­cił?

- Nie wiem. On też, niech ci się nie wydaje, że wie­dział. Mówił o dwóch face­tach, przy­cho­dzili do niego i dawali listę towaru i tro­chę kre­dy­tów. On to gówno budo­wał, wiesz? Wtedy dzwo­nił pod numer, co mu dali, zosta­wiał wia­do­mość. Niby że pro­dukty są gotowe, a te dwa facety przy­cho­dzili znów, brali towar i dawali resztę pie­nię­dzy.

- A on, co myślał, że po co to chcieli?

Ratso uniósł kości­ste ramiona, potem spoj­rzał żało­śnie na pusty kufel. Zna­jąc zwy­czaj, Eve unio­sła palec i obró­ciła go w kie­runku kufla Ratsa. Roz­ja­śnił się natych­miast.

- Dzięki, Dal­las. Dzięki. Suszy mnie, wiesz? Suszy mnie, kiedy mówię.

- Więc do rze­czy, Ratso, dopóki masz jesz­cze tro­chę śliny w ustach.

Gdy pode­szła kel­nerka, aby nalać do jego kufla płynu o bar­wie moczu, roz­pro­mie­nił się.

- Dobrze, dobrze. Więc on mówił, że sobie myśli, że ci faceci wyglą­dają, jakby chcieli roz­wa­lić bank albo sklep jubi­ler­ski, albo co. Pra­co­wał nad jakimś obwo­dem omi­ja­ją­cym dla nich i wyka­po­wał, że zapal­niki cza­sowe i zdal­nie ste­ro­wane mają dać wybuch tym ładun­kom, które dla nich spo­rzą­dził. Powie­dział, że może będą chcieli mieć jakie­goś kur­du­pla, co będzie umiał zna­leźć drogę pod ulicą. No i że może wtrąci jakie słówko za mną.

- Od czego są przy­ja­ciele.

- Taa, no wła­śnie. Potem, jakie dwa tygo­dnie póź­niej, mam od niego tele­fon. Jest, widzisz, naprawdę ner­wowy. Mówi, że inte­res nie jest taki, jak myślał. Że to cho­lerne gówno. Praw­dziwe gówno. Nie widzi w tym żad­nego sensu. Jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łem, żeby stary Fixer tak gadał. Miał praw­dzi­wego pie­tra. Powie­dział coś, że się boi, aby to nie było dru­gie Arling­ton, i że musi się ukryć na chwilę. I czy może zame­li­no­wać się u mnie, aż wyka­puje, co robić dalej. To ja powie­dzia­łem jasne, no jasne, wpad­nij tu. Ale on już nie wpadł.

- Może ukrył się gdzie indziej?

- Taa, ukrył się. Pod wodą, wyło­wili go z rzeki dwa dni temu. Po stro­nie Jer­sey.

- O, bar­dzo mi przy­kro.

- Taa. - Ratso w zadu­mie wpa­try­wał się w piwo. - Był w porządku, wiesz? Sły­sza­łem, że ktoś odcion mu język. - Pod­niósł małe oczka i patrzył ponuro na Eve. - Co to za czło­wiek, żeby zro­bić takie świń­stwo?

- To nie­do­bra sprawa, Ratso. Źli ludzie. To nie moja działka - dodała. - Mogę rzu­cić okiem na teczkę z aktami, ale nie­wiele mogę zro­bić.

- Wykoń­czyli go, bo wyka­po­wał, co chcą zro­bić? Prawda?

- Tak, można powie­dzieć, że to pasuje.

- No to musisz wyka­po­wać, co chcą zma­lo­wać, prawda? Wyka­pu­jesz, Dal­las, zatrzy­masz ich i dasz im po nosie za to, co zro­bili Fixe­rowi. Jesteś gliną od mor­derstw, a oni go zamor­do­wali.

- To nie takie pro­ste. Ta sprawa nie należy do mnie - powtó­rzyła. - Jeśli go wyło­wili w New Jer­sey, to nawet nie jest rejon tego cho­ler­nego mia­sta. Mało praw­do­po­dobne, aby gliny, które nad tym pra­cują, uprzej­mie zgo­dziły się na wści­bia­nie nosa w ich śledz­two.

- Jak myślisz, ilu gli­nia­rzy będzie się trosz­czyć o kogoś takiego jak Fixer?

Stłu­miła wes­tchnie­nie.

- Jest mnó­stwo gli­nia­rzy, któ­rzy będą. Mnó­stwo takich, Ratso, co wyprują sobie żyły, aby dopro­wa­dzić do końca sprawę, którą się zaj­mują.

- Ty będziesz pra­co­wała cię­żej.

Powie­dział to pro­sto, z nie­mal dzie­cięcą wiarą w oczach. Sumie­nie Eve dało znać o sobie nie­po­ko­jem.

- A ja znajdę dla cie­bie kupę mate­riału. Jeśli Fixer mówił coś do mnie, możebne, że mówił też komu innemu. On nie bał się tak łatwo, wiesz. Prze­szedł przez wojny miej­skie. Ale tam­tego wie­czoru, kiedy do mnie dzwo­nił, miał cho­ler­nego pie­tra. Nie zała­twi­liby go w taki spo­sób, jakby chcieli obro­bić bank.

- Może i nie. - Ale wie­działa, że byli tacy, co wypa­tro­szy­liby tury­stę za zega­rek i parę powietrz­nych butów. - Zaj­rzę do tego. Nie mogę obie­cać niczego wię­cej. Znajdź, co się da, co można by dodać do tej sprawy, i bądź ze mną w kon­tak­cie.

- Taa, dobrze. W porządku. - Wykrzy­wił usta w uśmie­chu. - Doj­dziesz, kto tak zała­twił Fixera. Inne gliny, one nie wie­dzą o tym gów­nie, w które wpadł, nie? Więc to jest dobry mate­riał, jaki ja ci daję.

- Tak, cał­kiem dobry, Ratso. - Wstała, wydo­była z kie­szeni czek i poło­żyła na stole.

- Chcesz, abym zna­la­zła teczkę tego topielca? - spy­tała Peabody, gdy wyszły na zewnątrz.

- Tak. Jutro, i to dość wcze­śnie. - Gdy wspięły się do samo­chodu, Eve wło­żyła ręce do kie­szeni. - Zaj­mij się też Arling­ton. Zobacz, jakie budynki, ulice, ludzie, przed­się­bior­stwa, i tak dalej, mają tę nazwę. Jeśli coś znaj­dziemy, będziemy mogły to prze­ka­zać ofi­ce­rowi pro­wa­dzą­cemu śledz­two.

- Ten Fixer, czy dla kogoś pra­co­wał?

- Nie. - Eve wci­snęła się za kółko. - Nie zno­sił glin. - Zmarsz­czyła na chwilę brwi i zabęb­niła pal­cami. - Ratso ma mózg wiel­ko­ści ziarnka soi, ale co do Fixera, tra­fił w sedno. Fixer nie bał się i był chciwy. Zakład miał otwarty przez sie­dem dni w tygo­dniu, pra­co­wał w nim sam. Krą­żyły plotki, że pod kon­tu­arem trzyma swój stary woj­skowy mio­tacz ognia i nóż myśliw­ski. Zwykł się cheł­pić, że może pofi­le­to­wać czło­wieka tak szybko i łatwo jak pstrąga.

- Wygląda na nie­złego dow­cip­ni­sia.

- Był twardy i zgorzk­niały, więc prę­dzej nasi­kałby poli­cjan­towi w oczy, niż w nie spoj­rzał. Jeśli chciał się wyco­fać z tego inte­resu, to musiał być na kra­wę­dzi prze­pa­ści. Nic innego nie zepchnę­łoby tego sta­ru­cha z drogi.

- Chyba coś sły­szę? - Pochy­la­jąc głowę, Peabody przy­ło­żyła do ucha dłoń zwi­niętą w trąbkę. - Aha, to pew­nie odgłos two­jego wsy­sa­nia się w sprawę.

Eve odbiła od ulicy tro­chę sil­niej, niż to było konieczne.

- Zamknij się, Peabody.

*

Stra­ciła kola­cję, co było tylko z lekka iry­tu­jące. Ale fakt, że miała rację co do zacho­wa­nia pro­ku­ra­tora i jego zgody na prośbę Lis­beth Cooke, dopro­wa­dzał ją do wście­kło­ści. Osta­tecz­nie zarzut o mor­der­stwo dru­giego stop­nia, myślała Eve, wcho­dząc do domu, mógłby pole­żeć odro­binę dłu­żej.

Teraz, po nie­wielu godzi­nach od chwili, gdy Eve zaaresz­to­wała ją pod zarzu­tem zabój­stwa J. Cla­rence'a Bran­sona, Lis­beth wyszła za kau­cją i bar­dzo moż­liwe, że już sie­działa sobie wygod­nie we wła­snym apar­ta­men­cie z kie­lisz­kiem czer­wo­nego wina i uśmie­chem zado­wo­le­nia na twa­rzy.

Sum­mer­set, lokaj Roarke'a, wśli­znął się do foyer, aby powi­tać Eve zbo­la­łym spoj­rze­niem i dez­apro­bu­ją­cym prych­nię­ciem.

- Znów jest pani bar­dzo późno.

- Tak? A ty znów jesteś anty­pa­tyczny. - Rzu­ciła kurtkę na balu­stradę scho­dów. - Róż­nica mię­dzy nami jest taka, że ja jutro mogę być punk­tu­alna.

Zauwa­żył, że nie była blada i nie wyglą­dała na znu­żoną, co było dwoma wcze­snymi obja­wami prze­pra­co­wa­nia. Wolałby zno­sić potę­pień­cze męki, niż przy­znać, nawet przed samym sobą, że spra­wiło mu to przy­jem­ność.

- Roarke - powie­dział zim­nym tonem, gdy prze­fru­nęła obok niego i zaczęła wcho­dzić na schody - jest w sali magne­to­wi­do­wej. - Sum­mer­set lekko uniósł brwi. - Drugi poziom, czwarte drzwi po pra­wej.

- Wiem, gdzie to jest - mruk­nęła nie­zgod­nie z prawdą. Ale zna­la­złaby to miej­sce, cho­ciaż dom był ogromny, z labi­ryn­tem pokoi, z mnó­stwem skar­bów i nie­spo­dzia­nek.

Ten czło­wiek niczego sobie nie odma­wia, pomy­ślała. A dla­czego miałby to robić? Odma­wiano mu wszyst­kiego w dzie­ciń­stwie, a on zaro­bił, w ten czy inny spo­sób, na wszel­kie wygody, które teraz miał do dys­po­zy­cji.

Jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści jesz­cze po roku nie przy­wy­kła do tego domu, do ogrom­nej kamien­nej budowli z jej wystę­pami, wie­żami i zie­mią obfi­tu­jącą w rzad­kie rośliny. Nie przy­wy­kła do bogac­twa i sądziła, że ni­gdy nie przy­wyk­nie. Był to ten rodzaj finan­so­wej potęgi, która mogła wła­dać zarówno hek­ta­rami pole­ro­wa­nego drewna, iskrzą­cego szkła, arty­stycz­nymi przed­mio­tami z innych kra­jów oraz stu­leci, jak i dostar­czać pro­stych przy­jem­no­ści obco­wa­nia z mięk­kimi tka­ni­nami, aksa­mit­nymi podusz­kami.

W rze­czy­wi­sto­ści poślu­biła Roarke'a nie­za­leż­nie od jego pie­nię­dzy, nie­za­leż­nie od spo­sobu, w jaki zaro­bił znaczną ich część. Miała wra­że­nie, że zadu­rzyła się w nim w tym samym stop­niu dla jego ciem­nych, jak jasnych stron.

Weszła do sali z dłu­gimi, luk­su­so­wymi sofami, ogrom­nymi ekra­nami i skom­pli­ko­wa­nym pul­pi­tem ste­row­ni­czym. Był tam uro­czy sta­ro­świecki barek, poły­sku­jący wiśnio­wym drew­nem, stołki obite skórą i wykoń­czone mie­dzią. Rzeź­biona komoda z toczo­nymi drzwiami mie­ściła, przy­po­mi­nała to sobie słabo, mnó­stwo dys­kie­tek ze sta­rymi nagra­niami, które jej mąż tak bar­dzo lubił.

Lśniącą pod­łogę pokry­wały chod­niki o boga­tych wzo­rach. Pło­nący ogień - a nie kom­pu­te­rowo gene­ro­wane złu­dze­nie - wypeł­niał pale­ni­sko z czar­nego mar­muru i ogrze­wał śpią­cego przed nim, tłu­stego, zwi­nię­tego w kłę­bek kota. Zapach trza­ska­ją­cych, palą­cych się szczap mie­szał się z upoj­nym, nar­ko­tycz­nym zapa­chem świe­żych kwia­tów, strze­la­ją­cych z mie­dzia­nego wazonu, pra­wie tak wyso­kiego jak Eve, i z wonią świec jarzą­cych się złoto nad lśnią­cym obra­mo­wa­niem kominka.

Na ekra­nie widoczne było w czarno-bia­łym kolo­rze ele­ganc­kie przy­ję­cie.

Ale całą jej uwagę przy­cią­gał, i wła­dał nią nie­po­dziel­nie, męż­czy­zna wycią­gnięty wygod­nie na plu­szo­wej sofie z kie­lisz­kiem wina w ręce.

Jak­kol­wiek roman­tyczne i zmy­słowe mogły być stare filmy na taśmie wideo z ich nastro­jo­wymi cie­niami i tajem­ni­czą atmos­ferą, męż­czy­zna, który je oglą­dał, o wiele je prze­wyż­szał. A w dodatku ist­niał w trzech real­nych wymia­rach.

Też był ubrany na czarno i biało, koł­nierz mięk­kiej bia­łej koszuli miał nie­dbale odpięty. Dłu­gie, zasło­nięte ciem­nymi spodniami nogi koń­czyły się bia­łymi, gołymi sto­pami. Zasta­no­wiło ją, że nie potrafi wytłu­ma­czyć, dla­czego jest to dla niej tak wyjąt­kowo sek­sowne.

Ale to jego twarz przy­ku­wała zawsze jej uwagę, ta wspa­niała twarz anioła ska­czą­cego do pie­kła ze świa­tłem grze­chu w żywych nie­bie­skich oczach, z uśmie­chem wykrzy­wia­ją­cym usta pełne poezji. Ta twarz obra­mo­wana była gład­kimi, opa­da­ją­cymi pra­wie do ramion czar­nymi wło­sami sta­no­wią­cymi pokusę dla kobie­cych pal­ców i dłoni.

Teraz jego twarz ude­rzyła ją tak, jak ude­rzała czę­sto wtedy, gdy ujrzała ją po raz pierw­szy: na ekra­nie kom­pu­tera w swoim biu­rze, w cza­sie śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa. Był na skrom­nej liście podej­rza­nych.

Rok temu, uprzy­tom­niła sobie. Minął tylko rok od chwili, gdy ich losy się skrzy­żo­wały. I odmie­niły nie­od­wra­cal­nie.

Teraz, cho­ciaż nie wydo­była z sie­bie naj­cich­szego dźwięku, cho­ciaż nie pode­szła bli­żej, on odwró­cił głowę. Ich oczy się spo­tkały. Uśmiech­nął się. Serce w jej piersi wyko­nało dłu­gie, powolne wah­nię­cie, co nie­odmien­nie zdu­mie­wało ją i żeno­wało.

- Halo, pani porucz­nik. - Wycią­gnął rękę na przy­wi­ta­nie.

Pode­szła do niego przez cały pokój, ich palce połą­czyły się.

- Hej! Co oglą­dasz?

- Mroczne zwy­cię­stwo. Bette Davis. Ślep­nie i na koniec umiera.

- No tak, to wciąga.

- Ona robi to tak odważ­nie. - Pocią­gnął ją lekko za rękę, aby poło­żyła się przy nim na sofie.

Gdy się uło­żyła, a jej ciało łatwo i natu­ral­nie przy­lgnęło do niego, uśmiech­nął się. Wiele potrzeba było czasu i wza­jem­nego zaufa­nia, zanim udało mu się namó­wić ją do odpo­czynku w taki spo­sób, zanim zaak­cep­to­wała jego i to, co chciał jej dawać.

Moja poli­cjantka, myślał, bawiąc się jej wło­sami. Jej mroczne zaułki oraz prze­ra­ża­jąca odwaga. Moja żona z jej opa­no­wa­niem i potrze­bami.

Prze­su­nął się lekko, zado­wo­lony, że umie­ściła głowę na jego ramie­niu.

Gdy już posu­nęła się tak daleko, Eve pomy­ślała, że byłoby cał­kiem nie­źle, gdyby zdjęła buty i pocią­gnęła łyk z jego kie­liszka z winem.

- Dla­czego oglą­dasz ten stary film, prze­cież znasz finał?

- Tylko być, oto co się liczy. Czy jadlaś kola­cję?

Zaprze­czyła i oddała mu wino.

- Zaraz coś sobie wezmę. Zmi­trę­ży­łam tyle czasu przez sprawę, która wyda­rzyła się tuż przed koń­cem zmiany. Kobieta przy­szpi­liła do ściany pew­nego męż­czy­znę jego wła­snym wier­tłem prze­gu­bo­wym.

Roarke z tru­dem prze­łknął wino.

- Dosłow­nie czy w prze­no­śni?

Zachi­cho­tała łekko, z przy­jem­no­ścią sma­ku­jąc wino, które sobie poda­wali.

- Dosłow­nie. Bran­so­nem 8000.

- Uff!

- Na mur.

- Skąd wiesz, że to była kobieta?

- Bo gdy przy­gwoź­dziła go do ściany, zgło­siła to i cze­kała na nas. Byli kochan­kami, on robił skoki w bok, więc ona prze­wier­ciła jego zdra­dliwe serce dłu­gim na sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów sta­lo­wym wier­tłem.

- Dobrze, to go nauczy. - W tonie jego głosu wyczuła Irlan­dię, więc pod­nio­sła głowę, aby mu się przyj­rzeć.

- Zaata­ko­wała serce. Ja, ja bym mu prze­wier­ciła jaja. Samo sedno, nie sądzisz?

- Kochana Eve, jesteś kobietą bar­dzo pro­sto­li­nijną. - Pochy­lił głowę, aby ustami dotknąć jej warg, jedno muśnię­cie, potem dwa.

Usta jej zapło­nęły, ręce unio­sły się, by pochwy­cić jego gęste, czarne włosy i przy­cią­gnąć go jesz­cze bli­żej. Wziąć go jesz­cze głę­biej. Zanim zdo­łał się prze­su­nąć, aby odsta­wić wino, ona sko­czyła i sia­da­jąc na nim okra­kiem, strą­ciła kie­li­szek na pod­łogę.

Uniósł brwi i gdy zręcz­nymi pal­cami zaczął roz­pi­nać jej bluzkę, oczy mu zaja­śniały.

- Powie­dział­bym, że teraz też wiemy, jaki będzie finał.

- Tak. - Szcze­rząc zęby, schy­liła się, by ugryźć go w pośla­dek.

- Tylko być, nie­ba­wem się prze­ko­namy, jak to będzie tym razem.

Rozdział 2

2

Zakoń­czyw­szy roz­mowę z biu­rem pro­ku­ra­tora, Eve zachmu­rzyła się nad swym biur­ko­wym wide­ofo­nem. Pro­ku­ra­tor przy­chy­lił się do prośby o drugi sto­pień dla Lis­beth Cooke.

Zabój­stwo dru­giego stop­nia, myślała z obrzy­dze­niem, dla kobiety, która na trzeźwo, z zimną krwią prze­rwała życie kogoś, kto nie potra­fił zapa­no­wać nad swoim fiu­tem.

W naj­lep­szym razie odsie­dzi rok w zakła­dzie o naj­lżej­szym rygo­rze, gdzie będzie malo­wała paznok­cie i popra­wiała swój pie­przony teni­sowy ser­wis.

Bar­dzo praw­do­po­dobne, że za jakąś okrą­głą sumkę pod­pi­sze kon­trakt na dysk i wideo opi­su­jące jej histo­rię, następ­nie zre­zy­gnuje z pracy i prze­pro­wa­dzi się na Mar­ty­nikę.

Eve pamię­tała, że powie­działa Peabody, aby cie­szyła się tym, co można zyskać, ale sama nie spo­dzie­wała się, że będzie to tak nie­wiele.

Była pewna, że każe pro­ku­ra­to­rowi, a powie to temu pozba­wio­nemu krę­go­słupa kur­du­plowi w krót­kich, zwię­złych sło­wach, aby poin­for­mo­wał naj­bliż­szego krew­nego, że spra­wie­dli­wość jest zbyt prze­cią­żona, aby się przej­mo­wać tą sprawą, i żeby wyja­śnił, skąd ten cho­lerny pośpiech, bez cze­ka­nia na jej raport.

Zaci­ska­jąc zęby w prze­wi­dy­wa­niu jego kapry­sów, zabęb­niła pię­ścią w kom­pu­ter i zażą­dała pro­to­kołu z sek­cji Bran­sona.

Oka­zało się, że był zdro­wym, pięć­dzie­się­cio­jed­no­let­nim męż­czy­zną. Nie miał naj­mniej­szych uszko­dzeń ciała, prócz dziury zro­bio­nej przez obra­ca­jące się ostrze wier­tła.

Ani śladu nar­ko­ty­ków czy alko­holu, zano­to­wała. Nic, co by wska­zy­wało na nie­dawną aktyw­ność sek­su­alną. Zawar­tość żołądka mówiła o zwy­kłym posiłku, zło­żo­nym z pasty mar­chwio­wej z grosz­kiem w lek­kim kre­mo­wym sosie, z bia­łego kru­chego chleba i her­baty zio­ło­wej, wszystko spo­żyte nie­całą godzinę przed śmier­cią.

Bar­dzo pospo­lity posi­łek jak na tak wyra­fi­no­wa­nego pod­ry­wa­cza.

Ale kto powie­dział, zadała sobie pyta­nie, że był pod­ry­wa­czem, prócz kobiety, która go zabiła? W tym cho­ler­nym pośpie­chu, aby zamknąć sprawę, nie dali jej nawet czasu na zwe­ry­fi­ko­wa­nie motywu zabój­stwa dru­giego stop­nia.

Wyobra­ziła sobie, że gdy to się dosta­nie do mediów, a nie­wąt­pli­wie dosta­nie się, wielu zawie­dzio­nych part­ne­rów sek­su­al­nych zacznie zer­kać na skła­dzik z narzę­dziami.

Kocha­nek cię zde­ner­wo­wał, pomy­ślała. Dobrze, zoba­czymy, jak mu będzie sma­ko­wał Bran­son 8000 - ulu­bione narzę­dzie fachow­ców i poważ­nych hob­by­stów. Och, tak, myślała, Lis­beth Cooke mogłaby zor­ga­ni­zo­wać krzy­kliwą kam­pa­nię rekla­mową wła­śnie pod tym kątem. Sprze­daż sko­czy­łaby nie­bo­tycz­nie.

Ludz­kie związki sta­no­wią dla spo­łe­czeń­stwa naj­bar­dziej zaska­ku­jącą i bru­talną formę roz­rywki. Z dogrywki pił­kar­skiej więk­szość potrafi zro­bić rodzaj towa­rzy­skich pora­chun­ków. A jed­nak samotne dusze wciąż tych związ­ków szu­kają, wciąż do nich lgną, tra­pią się nimi i wal­czą o nie oraz opła­kują ich utratę.

Nic dziw­nego, że świat jest pełen czub­ków.

Zauwa­żyła błysk obrączki ślub­nej i drgnęła. To co innego, zapew­niła sie­bie. Prze­cież ona niczego nie szu­kała. Samo ją to zna­la­zło i powa­liło jak sprawny chwyt poni­żej kolan. A jeśli Roarke zade­cy­do­wałby kie­dyś, że chce odejść, praw­do­po­dob­nie pozwo­li­łaby mu na to.

Cią­głe odrzu­ca­nie ciała.

Cał­ko­wi­cie zde­gu­sto­wana, odwró­ciła się do kom­pu­tera i zaczęła wystu­ki­wać raport śled­czy, któ­rym urząd pro­ku­ra­tor­ski naj­wy­raź­niej nie zamie­rzał się przej­mo­wać.

Unio­sła wzrok, gdy w drzwi wsa­dził głowę detek­tyw Ian McNab. Dłu­gie, złote włosy miał dzi­siaj zawią­zane w kucyk, a ucho było przy­ozdo­bione tylko jed­nym opa­li­zu­ją­cym kół­kiem. Naj­wy­raź­niej po to, aby zrów­no­wa­żyć ten kon­ser­wa­tywny styl, zało­żył gruby swe­ter w krzy­czące zie­le­nie i błę­kity, który zwi­sał mu do bio­der, wtło­czo­nych w czarne, ruro­wate spodnie. Cało­ści obrazu dopeł­niały lśniące nie­bie­skie buty.

Uśmie­chał się do niej śmia­łymi oczami, osa­dzo­nymi w ład­nej twa­rzy.

- Hej, Dal­las, skoń­czy­łem spraw­dza­nie kon­tak­tów i oso­bi­stego notat­nika two­jej ofiary. Mate­riały z jego biura dopiero nade­szły, ale wydaje mi się, że chcia­ła­byś zoba­czyć, co zna­la­złem do tej pory.

- Więc dla­czego nie mam two­jego raportu w kom­pu­te­rze na moim biurku? - spy­tała sucho.

- Pomy­śla­łem, że przy­niosę go oso­bi­ście.

Uśmie­cha­jąc się przy­jaź­nie, rzu­cił dys­kietkę na biurko i usiadł na jego rogu.

- McNab, to Peabody zbiera dla mnie infor­ma­cje.

- Tak. - Wzru­szył ramio­nami. - Więc jest na swym sta­no­wi­sku?

- Nie inte­re­su­jesz jej, przy­ja­cielu. Przyj­mij ode mnie to stwier­dze­nie.

Odwró­cił głowę i zaczął kry­tycz­nie przy­glą­dać się wła­snym paznok­ciom.

- Kto powie­dział, że ja się nią inte­re­suję? Ona na­dal cho­dzi z Mon­roe, prawda?

- Nie roz­ma­wiamy o tym.

Ich oczy spo­tkały się na chwilę, podzie­la­jąc nie­ja­sną dez­apro­batę, któ­rej żadne z nich nie chciało oka­zać, dla zain­te­re­so­wa­nia Peabody gład­kim i może nawet atrak­cyj­nym, dyplo­mo­wa­nym kolegą.

- Pytam ze zwy­kłej cie­ka­wo­ści.

- Więc zapy­taj ją o to sam. I złóż mi mel­du­nek - dodała cicho.

- Zro­bię to. - Znów się uśmiech­nął. - To da jej oka­zję do wark­nię­cia na mnie. Ma wspa­niałe zęby.

Wstał, zro­bił rundę po cia­snym gabi­ne­cie Eve. Oboje byliby zasko­czeni, gdyby się dowie­dzieli, że w tej chwili ich myśli na temat związ­ków mię­dzy­ludz­kich bie­gną po rów­no­le­głych torach.

Gorąca randka McNaba z kon­sul­tantką lotów poza­pla­ne­ta­mych wysty­gła i zupeł­nie się zepsuła ostat­niego wie­czoru. Teraz myślał, że dziew­czyna go znu­dziła, co wyda­wa­łoby się wprost nie­moż­liwe, gdy się patrzyło na jej nie­wąt­pli­wie wspa­niałe piersi, przy­kryte czymś srebr­nym i przej­rzy­stym.

Nie mógł wzbu­dzić w sobie praw­dzi­wego zapału, bo jego myśli stale zba­czały i zatrzy­my­wały się przy pew­nej zadzior­nej poli­cjantce w wypra­so­wa­nym mun­du­rze.

Co ona, u dia­bła, pod tym nosi, zasta­na­wiał się teraz, tak samo jak zasta­na­wiał się nie­opatrz­nie poprzed­niej nocy. Te roz­wa­ża­nia spo­wo­do­wały, że wcze­śnie zakoń­czył wie­czór, tak tym iry­tu­jąc kon­sul­tantkę lotów, że gdy oprzy­tom­niał, nie miał już żad­nej szansy na następne podej­ście do jej pięk­nych piersi.

Stwier­dził, że spę­dza zbyt wiele wie­czo­rów samot­nie w domu, wpa­tru­jąc się w ekran.

To mu coś przy­po­mniało.

- Ostat­niej nocy zła­pa­łem tele­dysk z Mavis. Wstrzą­sa­jąca.

- Tak, cał­kiem nie­zła. - Eve pomy­ślała o swej przy­ja­ciółce, odby­wa­ją­cej teraz swe pierw­sze tournée i pro­mu­ją­cej wła­sny krą­żek pod patro­na­tem roz­ryw­ko­wej gałęzi firmy Roarke'a. Teraz Mavis dawała z sie­bie wszystko, śpie­wa­jąc w Atlan­cie. Mavis Fre­estone, pomy­ślała z czu­ło­ścią Eve, prze­była daleką drogę od wyplu­wa­nia płuc dla ćpu­nów i pija­ków w spe­lun­kach w rodzaju Nie­bie­skiej Wie­wiórki.

- Tele­dysk zaczyna iść w górę. Roarke sądzi, że w przy­szłym tygo­dniu znaj­dzie się w pierw­szej dwu­dzie­stce.

McNab zadźwię­czał żeto­nami kre­dy­to­wymi w kie­szeni.

- Zna­li­śmy się kie­dyś.

Udaje, pomy­ślała Eve, ale pozwo­liła mu na to.

- Myślę, że Roarke pla­nuje przy­ję­cie lub coś podob­nego, aby uczcić jej powrót.

- Tak? Super. - Nagle oży­wił się, sły­sząc nie­omylny dźwięk poli­cyj­nych butów stu­ka­ją­cych o wytarte lino­leum. Gdy Peabody prze­kro­czyła próg, McNab miał ręce w kie­szeni, a na twa­rzy wyraz zupeł­nego braku zain­te­re­so­wa­nia.

- Przy­szła infor­ma­cja z poste­runku... - prze­rwała, nachmu­rzyw­szy się. - Czego chcesz, McNab?

- Wie­lo­krot­nego orga­zmu, jaki wy, dziew­częta, może­cie mieć na zawo­ła­nie.

Peabody opa­no­wała rodzący się śmiech.

- Pani porucz­nik nie ma czasu dla two­ich żało­snych żar­tów.

- W rze­czy samej ten jeden dosyć się porucz­nik spodo­bał - powie­działa Eve, prze­wra­ca­jąc oczami, gdy Peabody rzu­ciła na nią wście­kłe spoj­rze­nie.

- Zaczy­naj, McNab, koniec zabawy.

- Pomy­śla­łem - wró­cił do swej rela­cji - że zain­te­re­suje cię fakt, iż prze­glą­da­jąc kon­takty i maga­zyny pamięci, nie znaj­duje się niczego, co by wycho­dziło od denata lub do niego przy­cho­dziło, co byłoby trans­mi­sją do jakiejś innej kobiety, nie do zabój­czyni, albo też trans­mi­sją nie do osób z jego per­so­nelu. Nie ma zapi­sa­nych w elek­tro­nicz­nym note­sie innych spo­tkań - mówił gładko, uśmie­cha­jąc się rado­śnie do Peabody - niż te, w które była zaan­ga­żo­wana Lis­beth Cooke, a którą czę­sto nazywa Lissy, moje kocha­nie.

- Żad­nych zapi­sów doty­czą­cych innych kobiet? - Eve zaci­snęła lista. - A jakiś facet?

- Nic, żad­nych szcze­gó­łów tego rodzaju i żad­nych podej­rzeń o bisek­su­alizm.

- Cie­kawe. Przej­rzyj zapisy biu­rowe, McNab. Zasta­na­wiam się, czy Lissy, moje kocha­nie, skła­mała, poda­jąc motyw, a jeśli tak, to dla­czego go zabiła.

- Pra­cuję nad tym. - Wycho­dząc, zatrzy­mał się na wystar­cza­jąco długą chwilę, aby wysłać w kie­runku Peabody długi, prze­sadny całus.

- Bał­wan.

- Może cię iry­tuje, Peabody...

- Tu nie ma żad­nego może.

- Ale był dość bystry, by spo­strzec, że jego mel­du­nek może zmie­nić kie­ru­nek śledz­twa w tej spra­wie.

Na myśl, że McNab wpy­cha nos w jej sprawę, Peabody naje­żyła się:

- Ale sprawa Cooke jest zamknięta. Winna przy­znała się, została oskar­żona i uwię­ziona.

- Dostała zabój­stwo dru­giego stop­nia. Jeśli nie była to zbrod­nia popeł­niona w afek­cie, może doj­dziemy do cze­goś wię­cej. Warto byłoby się dowie­dzieć, czy Bran­son miał kogoś na boku, czy też ona wymy­śliła to, aby ukryć inny motyw. Wpad­niemy do jego biura póź­niej, aby popy­tać. Tym­cza­sem... - Zgi­na­jąc palce, wycią­gnęła rękę po dys­kietkę, którą trzy­mała Peabody.

- Raport detek­tywa Sally'ego - zaczęła Peabody, wrę­cza­jąc Eve dys­kietkę. - Nie było pro­ble­mów ze współ­pracą. Zasad­ni­czo dla­tego, że niczego nie zdo­był. Ciało znaj­do­wało się w rzece co naj­mniej przez trzy­dzie­ści sześć godzin, zanim je zna­le­ziono. Nie zna­lazł świad­ków. Ofiara nie miała pie­nię­dzy ani weksli, ale miała kartę iden­ty­fi­ka­cyjną i karty kre­dy­towe. Rów­nież zega­rek - Car­tier, stary, ale dobry - więc Sally wyklu­czył zwy­kły napad, zwłasz­cza że bada­nie sek­cyjne ujaw­niło brak języka.

- To jest trop - mruk­nęła Eve i wło­żyła dys­kietkę do swego kom­pu­tera.

Pro­to­kół sek­cyjny stwier­dza, że język został odcięty przed śmier­cią, za pomocą zęba­tego ostrza. Jed­nak ska­le­cze­nie i posi­nia­cze­nie z tyłu szyi, jak rów­nież brak śla­dów obrony wska­zują, że ofiara została praw­do­po­dob­nie ogłu­szona tuż przed zabie­giem oka­le­cza­ją­cym, a następ­nie wrzu­cona do rzeki. Przed­tem zwią­zano jej ręce i stopy. Przy­czyną zgonu było uto­nię­cie.

Eve zabęb­niła pal­cami.

- Czy jest jakiś powód, dla któ­rego powin­nam zająć się tym rapor­tem? - spy­tała, uzy­sku­jąc w odpo­wie­dzi uśmiech Peabody.

- Detek­tyw Sally był roz­mowny. Nie wydaje mi się, by chciał wal­czyć o ten przy­pa­dek. Ponie­waż ofiara była miesz­kań­cem Nowego Jorku, powie­dział, że można rzu­cić monetą o to, czy był zabity tutaj, czy po dru­giej stro­nie rzeki.

- Nie biorę tego przy­padku, przy­glą­dam mu się po pro­stu. Spraw­dzi­łaś Arling­ton?

- Wszystko jest na dru­giej stro­nie dys­kietki.

- Świet­nie. Przej­rzę to, a następ­nie udamy się do biura Bran­sona.

Eve zmru­żyła oczy, bo w drzwiach, waha­jąc się, sta­nął wysoki, kości­sty męż­czy­zna w zno­szo­nych dżin­sach i sta­ro­mod­nej weł­nia­nej koszuli z kap­tu­rem. Oce­niła go na nieco ponad dwa­dzie­ścia lat. W sza­rych, marzy­ciel­skich oczach miał wyraz tak jaw­nej nie­win­no­ści, że nie­mal widziała, jak uliczni zło­dzieje usta­wiają się w kolejce, aby mu oczy­ścić kie­sze­nie.

Miał szczu­płą twarz z wydat­nymi kośćmi policz­ko­wymi, która przy­wio­dla jej na myśl męczen­ni­ków lub uczo­nych, a jego zebrane w gładki ogon kasz­ta­nowe włosy poprze­ty­kane były wybla­kłymi od słońca pasem­kami.

Uśmie­chał się wolno, nie­śmiało.

- Szuka pan kogoś? - zaczęła Eve. Sły­sząc to pyta­nie, Peabody odwró­ciła się, otwo­rzyła usta i wydała z sie­bie coś, co można było nazwać jedy­nie piskiem.

- Hej, Dee. - Głos miał chro­pawy, jakby rzadko go uży­wał.

- Zeke! Ojej, Zeke! - Zro­biła wielki skok i wylą­do­wała w dłu­gich, zapra­sza­jąco wycią­gnię­tych ramio­nach.

Widok Peabody w nie­ska­zi­tel­nie wypra­so­wa­nym mun­du­rze, w regu­la­mi­no­wych, fika­ją­cych w powie­trzu butach, chi­cho­czą­cej, bo tylko tak można było okre­ślić te dźwięki, obsy­pu­ją­cej rado­snymi poca­łun­kami długą twarz trzy­ma­ją­cego ją męż­czy­zny, widok ten spo­wo­do­wał, że Eve powoli zaczęła się pod­no­sić.

- Co tu robisz? - dopy­ty­wała się Peabody. - Kiedy przy­je­cha­łeś? Och, jak dobrze cię zoba­czyć. Jak długo możesz zostać?

- Dee - powie­dział tylko i uniósł ją tro­chę wyżej, aby przy­ci­snąć usta do jej policzka.

- Prze­pra­szam. - Dobrze wie­dząc, jak szybko potra­fią w wydziale mleć języ­kami, Eve zro­biła krok do przodu. - Inspek­tor Peabody, radzę, aby ta mała uro­czy­stość powi­talna odbyła się po godzi­nach pracy.

- Och, prze­pra­szam. Postaw mnie, Zeke. - Jed­nak na­dal zabor­czo ota­czała go ramie­niem, nawet wtedy, gdy jej stopy dotknęły już pod­łogi. - Pani porucz­nik, to jest Zeke.

- Tyle już zdą­ży­łam pojąć.

- Mój brat.

- Ach tak? - Eve rzu­ciła jesz­cze raz okiem, szu­ka­jąc rodzin­nego podo­bień­stwa. Nie zna­la­zła żad­nego - ani typ budowy, ani kar­na­cja, ani kształty. - Miło mi pana poznać.

- Nie chcia­łem prze­szka­dzać. - Zeke zaczer­wie­nił się lekko i wycią­gnął swą wielką dłoń. - Dee opo­wia­dała o pani wiele dobrego, pani porucz­nik.

- Miło mi sły­szeć. - Dłoń Eve znik­nęła w dłoni o kon­sy­sten­cji gra­nitu, ale deli­kat­nej jak jedwab. - Więc który jest pan z kolei?

- Zeke to nie­mowlę. - Peabody powie­działa to z takim zachwy­tem, że Eve zmu­szona była się uśmiech­nąć.

- Ładne nie­mowlę. Ile pan ma wzro­stu, metr osiem­dzie­siąt dzie­więć?

- I jesz­cze cen­ty­metr - odpo­wie­dział z nie­śmia­łym uśmie­chem.

- Ma to po ojcu. Obaj są wysocy i szczu­pli. - Peabody mocno uści­snęła brata. - Zeke jest sto­la­rzem arty­stą. Robi cudowne meble i szafki.

- Daj spo­kój, Dee. - Jego lekko zaró­żo­wiona twarz pokryła się rumień­cem. - Jestem zwy­kłym cie­ślą. Umiem się posłu­gi­wać narzę­dziami, to wszystko.

- Spo­tka­li­śmy się z tym w ostat­nim cza­sie - mruk­nęła Eve.

- Dla­czego mi nie powie­dzia­łeś, że wybie­rasz się do Nowego Jorku? - zapy­tała z wyrzu­tem Peabody.

- Chcia­łem cię zasko­czyć. No i jesz­cze jakieś dwa dni temu nie wie­dzia­łem na pewno, czy przy­jadę.

Pogła­skał ją po wło­sach w spo­sób, który znów kazał Eve pomy­śleć o związ­kach mię­dzy­ludz­kich. W nie­któ­rych nie cho­dziło by­naj­mniej o seks, wła­dzę czy domi­na­cję. Cho­dziło po pro­stu o miłość.

- Dosta­łem zle­ce­nie na zro­bie­nie sza­fek od ludzi, któ­rzy zoba­czyli moje prace w Ari­zo­nie.

- Świet­nie. Ile ci to czasu zaj­mie?

- Nie wiem, będę wie­dział, gdy je zro­bię.

- Dobrze, a więc zamiesz­kasz u mnie. Dam ci klucz i powiem, jak się tam dostać. Poje­dziesz metrem. - Zagry­zła wargi. - Nie wałę­saj się, Zeke. Tu nie jest jak w domu. Masz pie­nią­dze i kartę iden­ty­fi­ka­cyjną w tyl­nej kie­szeni, a więc...

- Peabody - Eve, aby zwró­cić na sie­bie uwagę, unio­sła palec. - Weź zwol­nie­nie z reszty dnia na zała­twie­nie spraw oso­bi­stych, zain­sta­lu­jesz brata.

- Nie chciał­bym spra­wiać kło­potu - zaczął Zeke.

- Będziesz źró­dłem jesz­cze więk­szego kło­potu, gdy ona będzie się przez cały czas mar­twić, czy przy­pad­kiem, zanim dosta­łeś się do jej miesz­ka­nia, nie zosta­łeś ze sześć razy napad­nięty. - Eve zła­go­dziła swoje słowa uśmie­chem, cho­ciaż uznała, że facet ma na twa­rzy wyraź­nie wypi­sane F jak fra­jer. - Tak czy owak, nie ma tu teraz wiele do roboty.

- Ale sprawa Cooke...

- Myślę, że pora­dzę sobie sama - powie­działa łagod­nie Eve. - Jeśli coś wysko­czy, ścią­gnę cię. Idź poka­zać Zeke'owi cuda Nowego Jorku.

- Miło było poznać panią, pani porucz­nik.

- Mnie rów­nież. - Patrzyła, jak odcho­dzą: Zeke pochy­la­jący się lekko w stronę pło­ną­cej sio­strza­nym afek­tem Peabody.

Rodziny wciąż zbi­jały ją z tropu. Ale przy­jem­nie było zoba­czyć, że cza­sami to grało.

*

- Wszy­scy kochali J.C. - Chris Tip­ple, asy­stent dyrek­tora w fir­mie Bran­so­nów, był męż­czy­zną około trzy­dzie­sto­let­nim z wło­sami nie­mal tego samego koloru co obrzmiałe obwódki jego oczu. Szlo­chał bez zaże­no­wa­nia, a łzy spły­wały ciur­kiem po puco­ło­wa­tej, miłej twa­rzy. - Wszy­scy.

Co mogło być pro­ble­mem, pomy­ślała Eve, znów cze­ka­jąc, aż Chris wytrze policzki zmiętą chu­s­teczką.

- Przy­kro mi z powodu odnie­sio­nej przez pana straty.

- Wprost nie spo­sób uwie­rzyć, że już ni­gdy nie wej­dzie tymi drzwiami. - Wstrzy­mu­jąc oddech, wpa­trzył się w zamknięte drzwi wiel­kiego, jasnego biura. - Ni­gdy. Wszy­scy są wstrzą­śnięci. Kiedy B.D. ogło­sił to dzi­siaj rano, nikt nie potra­fił wydo­być głosu.

Przy­ci­snął chu­s­teczkę do ust, jak gdyby znów zawiódł go głos.

B. Donald Bran­son, brat i wspól­nik ofiary, cze­kał, aż Chris skoń­czy.

- Chcesz tro­chę wody, Chris? Śro­dek uspo­ka­ja­jący?

- Wzią­łem coś na uspo­ko­je­nie. Nie wydaje się, aby pomo­gło. Byli­śmy z sobą bar­dzo bli­sko. - Wycie­ra­jąc zapła­kane oczy, Chris nie zauwa­żył bły­sku zain­te­re­so­wa­nia w spoj­rze­niu Eve.

- Był pan z nim zwią­zany oso­bi­ście?

- O, tak. Przez pra­wie osiem lat. Był znacz­nie wię­cej niż pra­co­dawcą. Był... był dla mnie jak ojciec. Prze­pra­szam.

Wyraź­nie prze­jęty, ukrył twarz w dło­niach.

- Prze­pra­szam, J.C. wolałby, abym się tak nie roz­kle­jał. To nie pomaga. Ale nie mogę. Nie sądzę, aby kto­kol­wiek z nas potra­fił sobie z tym pora­dzić. Zawie­szamy naszą dzia­łal­ność na tydzień. Całą dzia­łal­ność. Biur, fabryk, wszyst­kiego. Uro­czy­sto­ści pogrze­bowe... - mówił wolno, zma­ga­jąc się z sobą - uro­czy­sto­ści pogrze­bowe zapla­no­wane są na jutro.

- Szybko.

- J.C. na pewno nie chciałby tego prze­cią­gać. Jak mogła to zro­bić? - Ści­skał wil­gotną szmatkę w ręce, spo­glą­da­jąc na Eve nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. - Jak mogła to zro­bić, pani porucz­nik? J.C. uwiel­biał ją.

- Zna pan Lis­beth Cooke?

- Oczy­wi­ście.

Wstał i zaczął cho­dzić, co Eve przy­jęła z wdzięcz­no­ścią. Trudno było patrzeć na cier­pie­nie doro­słego czło­wieka, sie­dzą­cego na różo­wym krze­śle o kształ­cie sło­nia. Sama sie­działa na pur­pu­ro­wym kan­gu­rze.

Jedno spoj­rze­nie na gabi­net zmar­łego J. Cla­rence'a Bran­sona dowo­dziło z całą oczy­wi­sto­ścią, że wprost nie­umiar­ko­wa­nie lubił się zaj­mo­wać wła­snymi zabaw­kami. Półki na jed­nej ze ścian były nimi zała­do­wane, począw­szy od zwy­kłej, zdal­nie ste­ro­wa­nej sta­cji kosmicz­nej po serię wie­lo­za­da­nio­wych minian­dro­idów.

Eve robiła wszystko, aby nie patrzeć na ich mar­twe oczy i zmi­nia­tu­ry­zo­wane kształty. Zbyt łatwo było wyobra­zić sobie, jak nagle oży­wają i... ach, Bóg wie co.

- Opo­wiedz mi o niej, Chris.

- Lis­beth. - Wes­tchnął głę­boko, następ­nie machi­nal­nie sko­ry­go­wał odcień zasłony w sze­ro­kim oknie za biur­kiem. - Jest piękną kobietą. Sama pani mogła się o tym prze­ko­nać. Ele­gancka, zdolna, ambitna, wyma­ga­jąca, ale J.C. nie miał nic prze­ciwko temu. Powie­dział mi kie­dyś, że jeśliby nie miał wyma­ga­ją­cej kobiety, skoń­czyłby, celu­jąc do gol­fo­wego dołka i prze­gry­wa­jąc życie.

- Dużo czasu spę­dzali razem?

- Dwa wie­czory w tygo­dniu, cza­sem trzy. Środy i soboty zawsze: kola­cja oraz teatr lub kon­cert. Każda impreza towa­rzy­ska, która wyma­gała jego lub jej obec­no­ści, oraz obiad w ponie­dzia­łek od dwu­na­stej trzy­dzie­ści do dru­giej. Trzy tygo­dnie waka­cji w sierp­niu, tam, gdzie chciała poje­chać Lis­beth, i pięć week­en­do­wych wyjaz­dów w ciągu roku.

- Wygląda, że było to pod­dane wiel­kiej dys­cy­pli­nie.

- Doma­gała się tego Lis­beth. Chciała, aby zasady były wyar­ty­ku­ło­wane, a zobo­wią­za­nia obu stron jasno okre­ślone i nale­ży­cie upo­rząd­ko­wane. Rozu­miała, jak sądzę, że umysł J.C. miał skłon­ność do błą­dze­nia, a ona, gdy byli razem, ocze­ki­wała jego peł­nej kon­cen­tra­cji.

- Czy jakaś inna jego cząstka też miała skłon­no­ści do błą­dze­nia?

- Słu­cham?

- Czy J.C. nie zaan­ga­żo­wał się poza tym?

- Zaan­ga­żo­wał... uczu­ciowo? Abso­lut­nie nie.

- A sek­su­al­nie?

Okrą­gła twarz Chrisa stę­żała, obrzmiałe oczy stały się zimne.

- Jeśli pani insy­nu­uje, że J. Cla­rence Bran­son zdra­dzał kobietę, w sto­sunku do któ­rej miał zobo­wią­za­nia, to nie ma nic bar­dziej fał­szy­wego. Był jej oddany. I był jej wierny.

- Jest pan tego pewien? Bez żad­nych wąt­pli­wo­ści?

- To ja orga­ni­zo­wa­łem mu wszystko, spo­tka­nia zawo­dowe i oso­bi­ste.

- Nie mógł mieć jakichś zupeł­nie wła­snych, na boku?

- Takie przy­pusz­cze­nie jest obraź­liwe - wykrztu­sił Chris. - Czło­wiek nie żyje, a pani sie­dzi tu i oskarża go, że jest kłamcą i oszu­stem.

- O nic go nie oskar­żam - spro­sto­wała spo­koj­nie Eve - a pytam. Pytać to mój obo­wią­zek, Chris. Jak rów­nież oce­nić go tak spra­wie­dli­wie, jak tylko potra­fię.

- Nie podoba mi się spo­sób, w jaki pani to robi. - Znów się odwró­cił. - J.C. był dobrym, uczci­wym czło­wie­kiem. Zna­łem go, jego zwy­czaje i nastroje. Nie wplą­tałby się w żadną podej­rzaną sprawę, a z pew­no­ścią nie mógłby tego zro­bić bez mojej wie­dzy.

- W porządku. Więc opo­wiedz mi o Lis­beth Cooke. Co mogłaby zyskać, zabi­ja­jąc go?

- Nie wiem. Trak­to­wał ją jak księż­niczkę, dawał wszystko, czego tylko sobie zaży­czyła. Zabiła złotą kurę.

- Co zabiła?

- Jak w bajce. - Nie­mal się uśmiech­nął. - Kurę, która znosi złote jajka. Był szczę­śliwy, gdy mógł jej dać to, czego chciała i jesz­cze wię­cej. Ale teraz nie żyje. Nie będzie zło­tych jajek.

O ile, pomy­ślała Eve, opusz­cza­jąc biuro, nie chciała mieć wszyst­kich zło­tych jajek naraz.

Po prze­stu­dio­wa­niu rucho­mej mapy w hallu wie­działa już, że biuro B. Donalda Bran­sona znaj­do­wało się na tym samym pię­trze, po prze­ciw­nej stro­nie niż biuro brata. Ruszyła tam w nadziei, że go zasta­nie. Wiele sta­no­wisk było pustych, więk­szość szkla­nych drzwi była poza­my­kana, a za nimi cza­iły się wylud­nione, ciemne pomiesz­cze­nia.

Wyglą­dało, że cały budy­nek jest w żało­bie.

Umiesz­czone w rów­no­mier­nych odstę­pach holo­gra­mowe ekrany poka­zy­wały nowe lub ulu­bione pro­dukty firmy "Narzę­dzia i Zabawki Bran­sona". Przy­sta­nęła przy jed­nym z nich, patrząc z równą dozą zdu­mie­nia i grozy, jak umun­du­ro­wany android akcji zwraca zagi­nione dziecko toną­cej we łzach matce.

Poli­cjant patrzył z ekranu, twarz miał roz­sądną i budzącą zaufa­nie, a mun­dur wypra­so­wany tak dokład­nie jak mun­dur Peabody.

- Naszym zada­niem jest słu­żyć i chro­nić.

Następ­nie obraz cof­nął się i powoli obró­cił, aby poka­zać widzom pro­dukt i dodatki, pod­czas gdy głos z kom­pu­tera opi­sy­wał całość wyrobu i wyce­niał detale. Jako doda­tek do kom­pletu ofe­ro­wano ulicz­nego andro­ida - zło­dzieja z powietrz­nymi łyż­wami.

Kiwa­jąc głową, Eve odwró­ciła się. Zasta­na­wiała się, czy firma wytwa­rzała andro­idy ulicz­nice albo nie­le­gal­nych deale­rów. Potem oczy­wi­ście potrzebny będzie android ofiara.

O Jezu!

Drzwi z czy­stego szkła otwo­rzyły się, gdy Eve się do nich zbli­żyła. Blada kobieta o znu­żo­nym spoj­rze­niu obsłu­gi­wała gładką kon­solę w kształ­cie litery U, odpo­wia­da­jąc na tele­fony przez nadaj­nik połą­czony z heł­mo­fo­nem.

"Dzię­kuję bar­dzo. Został pan nagrany, a pań­skie kon­do­len­cje zostaną prze­ka­zane rodzi­nie. Uro­czy­sto­ści pogrze­bowe wyzna­czono na jutro, na godzinę drugą w Quiet Pas­sa­ges, Cen­tral Park South. Tak, to ogromny wstrząs. Wielka strata. Dzię­kuję za tele­fon".

Odsu­nęła od ust mikro­fon i posłała Eve poważny uśmiech.

- Przy­kro mi, ale pan Bran­son nie przyj­muje. Biura będą zamknięte aż do wtorku przy­szłego tygo­dnia.

Eve wyjęła swą odznakę.

- Pro­wa­dzę śledz­two w spra­wie zabój­stwa jego brata. Czy pan Bran­son jest obecny?

- Ach, pani porucz­nik. - Kobieta na chwilę dotknęła pal­cami oczu, po czym wstała. - Chwi­leczkę.

Wyśli­znęła się wdzięcz­nie spoza kon­soli, szybko zastu­kała do wyso­kich bia­łych drzwi i znik­nęła za nimi. Eve sły­szała ciche bucze­nie kon­do­len­cji napły­wa­ją­cych do wie­lo­ka­na­ło­wego urzą­dze­nia nadaw­czo-odbior­czego. Następ­nie drzwi znów się otwo­rzyły.

- Pro­szę wejść, pani porucz­nik. Pan Bran­son przyj­mie panią. Czym mogę słu­żyć?

- Dzię­kuję, niczego mi nie potrzeba.

Weszła do środka. Pierw­szą rze­czą, która rzu­ciła się jej w oczy, była ude­rza­jąca róż­nica mię­dzy tym biu­rem a biu­rem J.C. Odzna­czało się ono chłod­nymi bar­wami, mięk­kimi liniami i cechami boga­tego wyra­fi­no­wa­nia. Żad­nych idio­tycz­nych krze­seł w kształ­cie zwie­rząt lub szcze­rzą­cych zęby andro­ido­wych lalek. Tutaj sto­no­wane zie­le­nie i różne odcie­nie nie­bie­skiego zapro­jek­to­wane były tak, aby uspo­ka­jać. Duża płasz­czy­zna biurka, nie­za­śmie­cona żad­nymi gadże­tami, przy­go­to­wana była do pracy.

B. Donald Bran­son stał za biur­kiem. Nie był tak potężny jak brat, w zgrab­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze wyglą­dał nawet szczu­pło. Mato­wo­złote włosy nad wyso­kim czo­łem zostały gładko zacze­sane do tyłu. Krza­cza­ste, gęste brwi nad bla­do­zie­lo­nymi, zmę­czo­nymi oczami były o ton ciem­niej­sze.

- Pani porucz­nik Dal­las, to miło, że pofa­ty­go­wała się pani oso­bi­ście. - Jego głos był cichy i spo­kojny, jak cały pokój. - Mia­łem zamiar skon­tak­to­wać się z panią, by podzię­ko­wać za uprzejme poin­for­mo­wa­nie mnie ostat­niej nocy o śmierci brata.

- Prze­pra­szam, że nie­po­koję pana w takim cza­sie, panie Bran­son.

- Ach nie, bar­dzo pro­szę. Niech pani sią­dzie. Wszy­scy usi­łu­jemy sobie z tym jakoś pora­dzić.

- Zauwa­ży­łam, że pań­ski brat był bar­dzo lubiany.

- Kochany - popra­wił, gdy usie­dli. - Nie można było nie kochać J.C. Dla­tego tak trudno wyobra­zić sobie, że odszedł, i to w taki spo­sób. Lis­beth była niczym czło­nek rodziny. Mój Boże. - Przez chwilę, pró­bu­jąc się opa­no­wać, patrzył na bok. - Prze­pra­szam - zdo­łał wresz­cie powie­dzieć. - Co mogę dla pani zro­bić?

- Panie Bran­son, chcia­ła­bym upo­rać się z tym tak szybko, jak to moż­liwe. Panna Cooke twier­dzi, że odkryła romans pana brata z inną kobietą.

- Co?! To absurd! - Bran­son odrzu­cił tę moż­li­wość peł­nym zło­ści mach­nię­ciem ręki. - J.C. był abso­lut­nie oddany Lis­beth. Nie spoj­rzał na inną kobietę.

- Jeśli to prawda, dla­czego mia­łaby go zabi­jać? Czy czę­sto się kłó­cili?

- J.C. nie potra­fiłby się sprze­czać nawet przez pięć minut - powie­dział Bran­son znu­żo­nym gło­sem. - Po pro­stu nie mie­ściło się to w jego cha­rak­te­rze. Prze­moc była mu obca i z pew­no­ścią nie uga­niał się za kobie­tami.

- Nie sądzi pan, że mógł zain­te­re­so­wać się kimś innym?

- Gdyby tak było, w co trudno uwie­rzyć, powie­działby o tym Lis­beth. Byłby w sto­sunku do niej uczciwy i zakoń­czył ten zwią­zek przed wej­ściem w inny. J.C. postę­po­wał uczci­wie niczym dziecko.

- Jeśli to przyjmę za pew­nik, będę musiała szu­kać innych moty­wów. Pan i brat byli­ście pre­ze­sami. Kto dzie­dzi­czy jego udział?

- Ja. - Splótł dło­nie na biurku. - Firmę zało­żyli nasi dziad­ko­wie. J.C. i ja byli­śmy u steru ponad trzy­dzie­ści lat. W naszym kontr­ak­cie zazna­czone jest, że ten, który pozo­sta­nie przy życiu, albo jego potom­ko­wie, odzie­dzi­czy udziały part­nera.

- Czy brat mógł prze­ka­zać część udzia­łów Lis­beth Cooke?

- Nie, nic z majątku firmy. Jest na to kon­trakt.

- Więc coś z fun­du­szy oso­bi­stych lub akcji?

- Oczy­wi­ście, mógł swo­bod­nie dać część lub całość oso­bi­stego majątku każ­demu, komu by zechciał.

- Czy w grę wcho­dzą poważne sumy?

- Tak. Myślę, że tak. - Poki­wał głową. - Czy sądzi pani, że zabiła go dla pie­nię­dzy? Nie mogę w to uwie­rzyć. Zawsze był dla niej bar­dzo hojny, a Lis­beth jest... była dobrze płat­nym pra­cow­ni­kiem firmy. Tu nie może cho­dzić o pie­nią­dze.

- Jest to jakiś pogląd - powie­działa tylko Eve. - Chcia­ła­bym poznać nazwi­sko jego praw­nika i była­bym wdzięczna, gdyby pan wszystko przy­go­to­wał tak, bym mogła poznać warunki testa­mentu.

- Tak, oczy­wi­ście. - Ude­rzyw­szy pal­cem w blat biurka, otwo­rzył środ­kową szu­fladę. - Mam tu służ­bową wizy­tówkę Suzanny. Skon­tak­tuję się z nią natych­miast - dodał, wsta­jąc, aby podać kartę Eve, która rów­nież powstała. - Pro­szę jej powie­dzieć, aby dostar­czyła pani każdą potrzebną infor­ma­cję.

- Jestem wdzięczna za współ­pracę.

Eve po wyj­ściu spoj­rzała na zega­rek. Uznała, że z praw­ni­kiem będzie mogła się spo­tkać po połu­dniu. A teraz, skoro jest tro­chę czasu, dla­czego by nie zro­bić wycieczki do sklepu Fixera?

Rozdział 3

3

Peabody odsta­wiła dwie torby z wik­tu­ałami, które kupiła po dro­dze do domu, i wyjęła klucz. Obła­do­wana była świe­żymi owo­cami i jarzy­nami, mie­szanką sojową, tofu, suchą fasolą i ciem­nym ryżem, któ­rego nie lubiła od dziecka.

- Dee. - Zeke posta­wił worek, w który, wyjeż­dża­jąc do Nowego Jorku, zapa­ko­wał ubra­nia na zmianę, i do nie­sio­nej przez sie­bie torby sio­stry doło­żył następne. - Nie powin­naś kupo­wać tego wszyst­kiego.

- Jesz­cze pamię­tam, co jesz. - Wyszcze­rzyła do niego zęby, odwra­ca­jąc się przez ramię, ale nie dodała, że więk­szość zawar­to­ści jej spi­żarni sta­no­wiły pro­dukty, któ­rych żaden z poważ­nych wyznaw­ców Wol­nego Wieku nie uznałby za jadalne. Prze­ką­ski nasy­cone tłusz­czem i che­mi­ka­liami, sub­sty­tuty czer­wo­nego mięsa, alko­hol.

- To, ile tutaj kosz­tują świeże owoce, jest roz­bo­jem i nie wydaje mi się, aby jabłka, które kupi­łaś, były zerwane z drzewa póź­niej niż dzie­sięć dni temu. - Prócz tego Zeke poważ­nie wąt­pił, czy uro­sły w spo­sób natu­ralny.

- No cóż, bra­kuje nam sadów na Man­hat­ta­nie.

- Ale... powin­naś mi pozwo­lić, żebym za to zapła­cił.

- To moje mia­sto, a ty jesteś pierw­szy z rodziny, który mnie odwie­dził. - Pchnęła drzwi i odwró­ciła się, aby wziąć torby.

- Tu w pobliżu muszą być jakieś spół­dziel­nie Wol­nego Wieku.

- Nie cho­dzę do spół­dzielni ani nie pro­wa­dzę ostat­nio han­dlu na wymianę. Nie mam czasu. Mam nie­złą pen­sję, Zeke. Nie kręć nosem. - Zdmuch­nęła z oczu włosy. - Wchodź. To nie­wiel­kie pomiesz­cze­nie będzie teraz naszym domem.

Wszedł za nią, przyj­rzał się czę­ści miesz­kal­nej z zapad­nię­tymi sofami, poroz­rzu­ca­nymi sto­li­kami, kolo­ro­wymi pla­ka­tami. Stora na oknie opa­dła i jego sio­stra pode­szła, aby to napra­wić.

Nie miała zbyt pięk­nego widoku z okna, ale cie­szyły ją krzą­ta­nina i pośpiech na ulicy. Kiedy roz­bły­sło świa­tło, zauwa­żyła, że w jej miesz­ka­niu panuje pra­wie taki sam roz­gar­diasz, jak w dole za oknami.

Przy­po­mniała sobie nagle, że pozo­sta­wiła w kom­pu­te­rze dys­kietkę z cha­rak­te­ry­styką umy­sło­wo­ści seryj­nego, sady­stycz­nego zabójcy. Będzie musiała ją wyjąć i gdzieś upchnąć.

- Gdy­bym wie­działa, że przy­je­dziesz, zro­bi­ła­bym tro­chę porządku.

- Po co? W domu ni­gdy nie robi­łaś porząd­ków w swoim pokoju.

Wyszcze­rzył do niej zęby i wszedł do maleń­kiej kuchenki, aby poło­żyć tam torbę z żyw­no­ścią. W isto­cie ulżyło mu, gdy zoba­czył, że jej miesz­ka­nie jest tak bar­dzo podobne do niej. Solidne, bez­pre­ten­sjo­nalne, prak­tyczne.

Zauwa­żył, że kran lekko ciek­nie, a na bla­cie kuchen­nym powstał pęcherz od przy­pa­le­nia. Pomy­ślał, że może to napra­wić, cho­ciaż dzi­wiło go, że nie zro­biła tego sama.

- Ja to zro­bię. - Zrzu­ciła płaszcz oraz czapkę i szybko weszła za nim. - Zanieś swoje rze­czy do sypialni. Ja będę spała na sofie.

- Nie, nie będziesz. - Zaczął zaglą­dać do sza­fek. Jeśli zdzi­wiła go zawar­tość spi­żarni, a szcze­gól­nie jaskra­wo­żółta torba "smacz­nych potraw ziem­nia­cza­nych", nie oka­zał tego. - Biorę sofę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki