WIZYTA
W dniu moich pięćdziesiątych czwartych
urodzin obudziłam się o świcie i natychmiast zdałam sobie sprawę, że w sypialni jest moja partnerka Rayya.
Było to imponujące osiągnięcie z jej strony, ponieważ wtedy nie żyła już
od ponad pięciu lat.
A jednak była przy mnie - wirujący, energetyczny nurt czystej
rayyaności, kłębiący się w moim maleńkim nowojorskim mieszkaniu,
napływający fala za falą.
Nie byłam tym ani zaniepokojona, ani przestraszona (rozpoznałabym ją
wszędzie, kochałabym ją wszędzie), ale byłam zaskoczona, ponieważ minęło
trochę czasu, odkąd po raz ostatni pojawiła się w taki sposób. I och,
jakże za nią tęskniłam! Zwykła odwiedzać mnie tak w bezlitosnych i dezorientujących miesiącach bezpośrednio po jej śmierci. Była wtedy tak
niewiarygodnie obecna, tak stale dostępna, tak zabawna, kochająca i wymagająca, że nieraz żartowałam sobie, iż Rayya jest bardziej żywa po
śmierci niż większość ludzi za życia.
Kiedy przedtem do mnie przychodziła, nie widziałam jej oczywiście - nie
była jakimś nawiedzającym mnie duchem wiktoriańskiej panny młodej - ale
czułam jej obecność i wyraźnie słyszałam głos mówiący prosto do mojej
świadomości. Jasność komunikacji między nami była wtedy, zaraz po jej
śmierci, nadzwyczajna. Zupełnie jakby zbudowała zdumiewająco skuteczny
nadprzyrodzony system telefoniczny z kubków, przez który mogła rozmawiać
ze mną poprzez cały kosmos, używając długiej, długiej nitki. Efekt był
tak intymny, że wręcz zmysłowy. Czasami prowadziło to nawet do różnych
zabawnych sytuacji. Na przykład gdy przebywałam wśród ludzi, kiwałam
głową i próbowałam zachowywać się jak normalna osoba, a tymczasem w duchu przez cały czas prowadziłam rozmowę z Rayyą.
Choćby wtedy, gdy około sześciu miesięcy po jej śmierci na przyjęciu w Los Angeles podeszła do mnie kobieta, której nigdy wcześniej nie
spotkałam, położyła mi rękę na ramieniu i powiedziała:
- Rozumiem, że twoja ukochana niedawno opuściła ciało. Wyrazy
współczucia. Ale muszę ci powiedzieć coś ważnego. Ostatnio przychodzi do
mnie we śnie. Jestem profesjonalną intuicjonistką i wyczuwam takie
rzeczy. Rayya poleciła mi, żebym ci przekazała, że bardzo za tobą tęskni
i pragnie się z tobą porozumieć.
Powiedz tej suce, żeby spierdalała, syknęła na to Rayya w mojej
głowie.
- Dziękuję za życzliwość - odparłam nieznajomej.
Kobieta wcisnęła mi w rękę wizytówkę.
- Tu jest mój numer, gdybyś kiedyś chciała porozmawiać z Rayyą
bezpośrednio.
Powiedz tej idiotce, że może mnie pocałować w mój martwy tyłek, kurwa,
rzekła Rayya.
To wszystko było takie dzikie i wspaniałe: czułam, że moja Rayya wciąż
dominuje w każdym pomieszczeniu, nawet zza grobu!
Z upływem lat jej wizyty stawały się jednak coraz rzadsze.
Minęły dwa lata.
Potem trzy lata.
Cztery.
Życie toczy się dalej. Czy nie tak właśnie mówią ludzie?
Głos Rayyi zanikał.
Minęło ponad pięć lat.
W tym czasie zmienił się świat i zmieniłam się ja. Nadeszła globalna
pandemia. Wybuchły nowe wojny, nastąpiły nowe sytuacje kryzysowe, zmarli
kolejni ludzie. Urodziły się dzieci, których Rayya nigdy już nie spotka.
Napisałam książki, których Rayya nigdy nie przeczyta. Wszyscy rozmawiali
o nowych serialach, których Rayya nigdy nie obejrzy. W desperackiej
próbie zastąpienia smutku zauroczeniem spotykałam się nawet z kimś przez
jakiś czas po jej śmierci (a raczej "zdetonowałam się" na tej osobie,
jeśli chodzi o ścisłość), ale związek ten zakończył się szybkim,
miażdżącym i przewidywalnym złamaniem serca.
Od tamtej pory nikogo już nie szukałam.
Zamiast tego spędziłam te lata, pracując nad sobą.
Wytrzeźwiałam - nie tylko odstawiłam alkohol i narkotyki, ale także
wszelkie seksualne zapomnienia i romantyczne uwikłania. Wypuściłam z mojego życia każdą substancję i osobę, która mnie upajała, odurzała,
przejmowała nade mną kontrolę bądź w jakikolwiek sposób zmieniała mój
nastrój lub umysł. Uczyłam się, jak odczuwać emocje i przeżywać swoje
uczucia bez sięgania po cokolwiek lub kogokolwiek łagodzącego ich
intensywność. Używałam własnego głosu, ustalałam nowe zasady i granice
oraz żyłam w zgodzie ze sobą prowadzona przez własną Siłę Wyższą. Dzień
po dniu porządkowałam swój wewnętrzny dom. I znalazłam nowych przyjaciół
- zdrowych przyjaciół z sal programu dwunastu kroków. Przyjaciół, którzy
nigdy nie poznają Rayyi.
Przez cały ten czas obecność Rayyi migotała i przygasała, aż nadszedł
dzień, kiedy w ogóle już jej nie słyszałam - nawet gdy przywoływałam ją
po imieniu, nawet gdy prosiłam o bezpośrednie wskazówki lub miłość. Tam,
gdzie niegdyś rozbrzmiewał jej mocny głos, pojawiła się wielka,
bezkresna cisza. Było to dla mnie druzgoczące i dezorientujące. To było
niemal jak druga śmierć.
Dokąd odeszła?
Ona poszła dalej czy to ja ją zostawiłam?
Nie mogłam tego pojąć.
Zupełnie jakby wyskoczyła z tego świata po papierosy i już nigdy nie
wróciła.
A teraz - w dniu moich pięćdziesiątych czwartych urodzin - nagle znów tu
była.
I to naprawdę była.
Pokój aż drżał od wielkiej energii Rayyi, a mnie przeszły ciarki.
Zaczęłam jednocześnie śmiać się i płakać.
- Kochanie! - zawołałam. - Przyszłaś mnie odwiedzić!
Chciałam od razu zacząć świętować, ale czułam, że jest coś, co chce mi
powiedzieć - coś, co wymaga całej mojej uwagi. Miałam wrażenie, jakby
ktoś chwycił mnie za kołnierz i mocno mną potrząsnął. Zrozumiałam, że
Rayya nie przebyła całej tej drogi, żeby mi złożyć zwykłą wizytę -
przyszła przekazać wiadomość najwyższej wagi. Słowa i informacje
wylewały się z niej i wpadały prosto do mojej głowy, niemal zbyt szybko,
żebym zdołała je uchwycić. Wnętrze mojego umysłu huczało jak salon gier.
Chwyciłam dziennik, który zawsze trzymam przy łóżku, i zaczęłam
zapisywać wszystko, co mówiła - wszystko, co udało mi się wychwycić.
A oto co miała mi do przekazania Rayya:
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, stara!
Jestem tu przy tobie i kocham cię! KOCHAM CIĘ!
Ja pierdolę, jestem z ciebie taka dumna!
Nie martw się, że mnie zostawiasz - będę na ciebie czekać nad rzeką,
kiedy to się skończy, i wtedy wszystko nabierze sensu!
Wiem, że czasem wciąż jesteś na mnie wkurzona za to, co się wydarzyło
między nami na końcu, ale to w porządku. Złość się, jeśli musisz się
złościć, kochanie. Po prostu bądź w tym szczera i przepracuj to
pisaniem. Trzymaj się swojego programu i nie martw się tym, jak ja
robiłam różne rzeczy ani co bym pomyślała o tym, jak ty je robisz.
Kocham cię i chcę dla ciebie tej wolności! Jestem taka dumna z twojej
trzeźwości - naprawdę, kurwa, dajesz radę! Wymiatasz, stara! Jesteś
super, tak trzymaj! Nie pozwól, żebym ja albo ktokolwiek inny cię
powstrzymywał!
I przestań się tak ciągle zamartwiać innymi ludźmi, dobra? Za bardzo,
kurwa, myślisz o innych! Nigdy więcej nie bądź niczyją opiekunką! Nie
pozwól nikomu wciskać ci kitu, wciągać cię w swoje dramaty ani zmuszać
do zajmowania się nimi. Niech każdy znajdzie własną drogę - to dobre dla
nich i dobre dla ciebie. Masz teraz takich wspaniałych przyjaciół, oni
nie potrzebują, żebyś ich nosiła na własnych barkach!
Oddychaj, kochanie, oddychaj...
Jestem tuż przy tobie. Nie znikam...
Oddychaj, kochanie, oddychaj...
Niech sobie przez chwilę na ciebie popatrzę. Na te twoje małe tęczowe
oczy! Na te skrzące się łzy! Jesteś taka piękna!
Jest coś, co musisz zrozumieć, kochanie. Już ci wyjaśniam, więc
słuchaj: powód, dla którego już nie przychodzę, jest taki, że obie
chcemy, żebyś miała własną drogę - i właśnie to musi się teraz wydarzyć.
Wiem, że chcesz, żebym powiedziała, że zawsze przy tobie będę, jeśli
tylko będziesz mnie potrzebować, ale prawda jest taka, że już mnie nie
potrzebujesz - i to jest zajebiście dobra wiadomość. Dlaczego miałabym
się z tego nie cieszyć? Kiedyś potrzebowałam być potrzebna, ale już nie
potrzebuję - i ty też nie. Chcę, żebyś była wolna od wszelkiej potrzeby
- i wreszcie się do tego zbliżasz!
Oddychaj, kochanie, oddychaj...
Masz już wszystko, czego potrzebujesz. Trzymaj się swojej drogi. Jesteś
na właściwym torze. Znalazłaś swojego Boga - a twój Bóg jest, kurwa,
niesamowity. Twój Bóg jest totalnie zajebisty! Twoja wspólnota cię
wspiera i nie musisz już nigdy więcej przeżywać upokorzeń żadnego
uzależnienia. Teraz naprawdę będziesz olśniewać! Nadszedł twój czas!
A tak przy okazji, moja mama cię pozdrawia i dziękuje za wszystko, co
dla mnie zrobiłaś. Wie o wszystkim i chce, żebym ci powiedziała, że cię
kocha!
Ale kochanie, posłuchaj: między nami i wokół nas wszystko się na końcu
nieźle spieprzyło - i to nie była ani twoja, ani moja wina. To nawet nie
było złe, że tak się sprawy potoczyły. Tak po prostu musiało być. To
była robota, którą musiałyśmy odwalić w swoich historiach - i wykonałyśmy ją dokładnie tak, jak trzeba. Wszystko wydarzyło się akurat
tak, jak miało się wydarzyć - nawet całe to gówno i cała ta szajba. A pod wszystkimi tymi historiami kryła się ta jedna ważna prawda: bardzo
się kochałyśmy. Po prostu się kochałyśmy. Kochałyśmy się. Kochałyśmy
się. Kochałyśmy się.
TAK BARDZO SIĘ KOCHAŁYŚMY!
A kiedy nadejdzie dzień, gdy pożegnasz się z tym życiem, przyjdę po
ciebie, tak? Rozumiesz? Będę czekała na ciebie nad rzeką i rozpoznasz
moją twarz. Kiedy powiem ci, żebyś wzięła mnie za rękę, po prostu to
zrób. Przeprowadzę cię na drugą stronę i pokażę ci, co i jak. Taka jest
teraz moja rola w twoim życiu, kochanie, i jest ona święta. Wypełnię ją
z siłą, honorem i współczuciem - czy to były nasze słowa? Zapomniałam.
Pieprzyć to, po prostu wiedz, że tam będę...
Ale to jeszcze długo nie nastąpi, a przedtem nie szukaj mnie po całym
wszechświecie jak szalona! Po prostu idź i żyj swoim życiem, spraw, aby
było w pełni twoje. To jedna z tych rzeczy, ta najważniejsza, którą w ogóle masz tu do zrobienia - nauczyć się żyć własnym życiem, bez łamania
sobie głowy tym, co myślą inni. To jest twoja ścieżka i jesteś na niej -
a nie możesz jednocześnie iść swoją ścieżką i ganiać wokół w poszukiwaniu mnie.
A co do książki, po prostu się nie opierdalaj, tylko pisz!!! Opowiedz
ludziom dokładnie, co się działo! Powiedz im o każdej jednej rzeczy,
która się wydarzyła! Nie martw się o ochronę mojej czy twojej godności -
idź na całość. Obnaż prawdę. Jaki użytek miałabym teraz z godności? I ty
też nie potrzebujesz godności, tak że chrzanić to. Czas, żebyś napisała
bezgranicznie szczerą książkę o uzależnieniu - twoim i moim. Niektórym
ludziom to pomoże - więc niczego nie ukrywaj!
Mnie osobiście podoba się tytuł "Aż do rzeki" - ale co ja tam wiem? I tak już jestem martwa! Powinnaś chyba zapytać kogoś, kto jeszcze żyje!
HA!
Nie martw się, kochanie - nie przeszkadza mi to, że nie żyję. Nawet mi
się podoba.
Ale tęsknię za grillowaniem.
I wiesz, co jeszcze, kochanie? Jak tak teraz na ciebie patrzę, to marzę
o tym, żeby się wziąć do twoich włosów, bo masz totalnie zjebane
odrosty!!! Następnym razem, jak będziesz robiła zabieg keratynowy,
upewnij się, że to ten prawdziwy, oldskulowy brazylijski z formaldehydem, bo to jedyna rzecz, która działa na te twoje puszące się
włosiska i sprawia, że są lśniące. Nie martw się, że dostaniesz raka
wątroby od formaldehydu - rak wątroby to moja specjalność, nie twoja.
HA!
Twój świat jest taki, kurwa, piękny! POPATRZ NA NIEGO! Nie, naprawdę -
popatrz na niego! Jest taki piękny, że złamie ci serce - ale tak właśnie
ma być. Pozwól, żeby łamał ci serce. Wiesz, zawsze uważałam, że nie ma
to jak porządnie złamane serce.
Słońce ty moje, zawsze byłaś moim maleństwem, ale nie pozostawaj
dzieckiem. Pamiętaj, że kochałam cię też jako kobietę - piękną,
elegancką, silną, kreatywną kobietę z niesamowitą mocą. Nie masz sobie
równych, jeśli chodzi o duchowy płomień. Dalej odgryzaj sobie nogi, żeby
wydostać się z każdej pułapki, która dzieli cię od wolności.
Bądź wolna, moja kochana. Bądź wolna, bądź wolna! Trzymaj się obranej
przez siebie ścieżki i pozostań trzeźwa!
Dasz radę! Nie jesteś aż tak popierdolona, jak ci się wydaje! Uda ci
się! Teraz jest twój moment, żeby stanąć na własnych nogach. Nie
przestawaj dbać o siebie. Pozwól wszystkim wokół zajmować się własnym
życiem, a ty zajmij się swoim. Takie jest twoje zadanie.
Kocham cię i wiem, że ty kochasz mnie, ale nie trzymaj się mnie - nie
trzymaj się już nigdy nikogo ani niczego. Skup się na sobie. Żyj własnym
życiem! Podążaj swoją drogą, kochanie.
Podążaj swoją drogą. Tym razem dotrzesz absolutnie do końca - aż do
oświecenia, czy jakkolwiek to kiedyś nazywałaś. Masz wszystko, czego
potrzebujesz. Twoi przyjaciele są spoko, twój program jest spoko, twoje
serce jest silne, a twój Bóg - po prostu zajebisty. Nigdy więcej nie
rezygnuj z siebie. Dasz radę. Jesteś piękna. Nie szukaj mnie. Podążaj
swoją drogą. Skup się. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię...
Potem długopis się uspokoił, a Rayya zniknęła - jakby wyssana przez
drzwi samolotu przy prędkości sześciuset mil na godzinę.
Zawsze wiedziała, jak zrobić dramatyczne wyjście.
W nagłej ciszy po wizycie Rayyi moje serce najpierw przyspieszyło, po
czym się uspokoiło.
Łzy napłynęły, potem obeschły. A później zabrałam się do pracy.
Ta książka - wraz ze wszystkimi zawartymi w niej opowieściami,
modlitwami, wierszami, zapiskami z dziennika, zdjęciami i rysunkami -
jest z mojej strony próbą przedstawienia prawdy o tym, co wydarzyło się
między mną a Rayyą Elias. To książka o naszej przyjaźni, o naszym
romansie, o całym tym pięknie, wściekłości i bólu. Opowiada historię
uzależnienia Rayyi, jej powrotu do nałogu oraz śmierci. Opowiada też
historię mojego własnego uzależnienia i ostatecznego poddania się
procesowi zdrowienia.
Książka ta nie jest jednak przeznaczona wyłącznie dla ludzi, których
życie zostało negatywnie naznaczone przez ich własne uzależnienia lub
przez uzależnienia innych - choć obawiam się, że prędzej czy później
właściwie każdy z nas trafi do którejś z tych dwóch kategorii. Ta
książka jest także o tym, jak często ludzie - mimo najszczerszych
starań, by prowadzić rozsądne i stabilne życie - dają się porwać
dramatom i wysokooktanowym traumom, przez które lądują na krawędzi,
daleko od swojej prawdziwej natury.
Jakim cudem w ogóle jestem w tym miejscu? - to pytanie, z którym
pewnie każdy z nas będzie musiał się kiedyś zmierzyć. Może nawet wiele
razy. Bo któż nigdy się, ku własnemu zażenowaniu, nie zagubił? Kto nigdy
nie znalazł się w sytuacji, która była przerażająca, obca i upokarzająca? Kto nigdy nie stracił ducha? Kto nie skrywał sekretów, nie
został zdradzony albo nie próbował kontrolować zachowania innych? Kto
nie pragnął uciec od cierpienia? I kto nie sięgał po substancje, ludzi,
zachowania czy inne sposoby na odwrócenie uwagi, by zapewnić sobie choć
chwilę ulgi od dyskomfortu wpisanego w samo nasze istnienie?
Wierzę głęboko, że człowiek, którego zwykle nazywamy "nałogowcem", to
jedynie przerysowana wersja każdego z nas - po prostu ktoś tak
rozpaczliwie pragnący ulgi od bólu istnienia, że jest gotów użyć
czegokolwiek (albo kogokolwiek), by go uśmierzyć.
Ta książka jest opowieścią o takim poszukiwaniu ulgi - i o tym, jak w tym procesie zdarza nam się zdziczeć i wynaturzyć.
Nawet najsilniejszym.
Nawet najodważniejszym.
Mam nadzieję, że nigdy nie upadliście tak nisko, jak upadałyśmy my na
pewnych etapach naszej wspólnej drogi. Ale nawet jeśli nie przeżyliście
nigdy takiej jazdy bez trzymanki, to podejrzewam, że na jakimś
poziomie jesteśmy podobni. Ja mogę być wami, wy możecie być mną, a wszyscy możemy być Rayyą.
Oddaję tę książkę z miłością i szacunkiem każdemu, komu może być
potrzebna.
Ta część mnie, która wciąż zmaga się ze współuzależnieniem, chciałaby
powiedzieć, że Rayya i ja napisałyśmy ją razem, ale prawda jest taka, że
Rayya chciała, abym uczyniła to całkiem sama - i tak właśnie zrobiłam.
Jak mawiamy w salach mityngowych: Weź to, co ci pasuje, a resztę zostaw.
Jeśli mogę się uleczyć, pokaż mi jak. Jeśli mogę im pomóc, pokaż mi jak. Jeśli oni mogą mnie podtrzymać, pokaż im jak. Zostań ze mną. / $ Nagroda za znalezienie $ / Nie bijesz własnym sercem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki