Rozdział 3
Londyn, Anglia
31 sierpnia 1888
Kolejnego dnia rano obudziłam się znów w swoim pokoju w domu pod numerem 11 przy Wilton Crescent, nie tak daleko od drugiego krańca Green Parku i Lancaster House. W tej epoce to był mój jedyny dom, choć uległ znacznej zmianie, odkąd Mary odeszła.
- Dzień dobry, panno Kathryn - powiedziała moja pokojówka, Lucy Duffy, odsuwając na bok ciężkie zasłony, by wpuścić trochę słońca do sypialni. - Przygotowałam panience na dzisiaj ciemnoniebieską suknię z tafty. Panienki matka mówiła, że ma panienka wcześniej wrócić do domu, żeby się przebrać przed balem.
Jęknęłam, już czując zmęczenie na myśl o kolejnym balu.
Jako dwudziestotrzylatka debiut na salonach miałam dawno za sobą i teraz coraz szybciej zbliżałam się do staropanieństwa, a moja matka w 1888 roku była równie zdeterminowana, by wydać mnie za mąż, jak ja, by do tego nie dopuścić. Nie mogłam i nie chciałam ryzykować życia w tej epoce przez branie ślubu, bo nie zamierzałam tu zostawać. Moja kariera w Smithsonian w 1938 roku była spełnieniem moich dziecięcych marzeń. Kochałam tę pracę. I chociaż uwielbiałam historię, nie mogłam zaprzeczyć, że nad wyraz doceniam udogodnienia dwudziestego wieku. Nie wspominając już o swobodzie, jaką tam miałam, i relacji z moją przenoszącą się w czasie mamą. Nie chciałam, żeby jakiekolwiek komplikacje - takie jak na przykład mąż w 1888 - pokrzyżowały moje plany.
- Panienki ojciec zszedł już na śniadanie - mówiła dalej Duffy, która najwyraźniej dostała listę rzeczy, jakie ma mi przekazać rano - ale ma się wkrótce stawić w szpitalu i przyśle z powrotem karetę, żeby zabrała panienkę do Toynbee Hall.
Nie miałam zamiaru dołączać do ojca na śniadanie. Mimo że minęło już dziesięć miesięcy od tamtej nocy, gdy Mary odeszła, wciąż trudno mi było przebywać z nim w jednym pomieszczeniu i nie czuć wobec niego gniewu. Już nigdy więcej nie wywołałam imienia Mary, choć często o niej myślałam. Nie mogłam pojąć, jak ojciec może odwrócić się od własnej córki. A obawa, że mógłby uczynić to samo wobec mnie, kazała mi zachować milczenie.
- Dziękuję - odrzekłam, wtulając się mocniej w poduszkę.
Nie byłam jeszcze gotowa stawić czoła temu dniowi. Jeździłam do Toynbee od wielu miesięcy, ale nie znalazłam do tej pory swojej siostry - nie zamierzałam się jednak poddawać. Szczególnie teraz, gdy pojawiły się wiadomości na temat Kuby Rozpruwacza. Na samą myśl o tym, że ktoś taki istniał i zaczął siać postrach w mieście, w którym żyłam, przeszył mnie dreszcz.
- Wczoraj w nocy było straszne morderstwo w Whitechapel - powiedziała Duffy, kończąc odsłaniać okna. Jakby czytała mi w myślach. Jej akcent z Yorkshire wybrzmiał wyraźniej, gdy opowiadała z niepokojem: - Okropna sprawa. Mówią, że ktoś zamordował kobietę w wyjątkowo makabryczny sposób.
- Wiadomo, jak się nazywała? - zapytałam, siadając na łóżku. Serce biło mi szybko.
- Jeszcze nie podano tego do wiadomości. Morderstwo wydarzyło się wcześnie nad ranem, nieopodal miejsca, które zwie się Buck's Row. Mówią, że była po czterdziestce.
Zalała mnie fala ulgi na wieść o wieku ofiary, choć w sercu czułam żal, że to się w ogóle stało. Mary w przyszłym miesiącu skończy dwadzieścia lat.
Gdy wychodziłam z łóżka, myślałam tylko o tym, by dowiedzieć się, jak się nazywały ofiary. Do morderstw w Whitechapel dochodziło często, ale dopiero wczoraj w rozmowie z sir Rothschildem odkryłam, że ofiary Kuby Rozpruwacza ściągnęły uwagę opinii publicznej ze względu na straszny sposób, w jaki sprawca okaleczał zwłoki.
I jeszcze to, że odkrywano te zbrodnie tuż po ich dokonaniu, a jednak nigdy go nie złapano.
Wczoraj podczas kolacji w 1938 roku pytałam mamę i tatę, czy znają szczegóły tej sprawy, ale żadne z nich nie wiedziało nic więcej. Musiałam czekać, aż udamy się do Crime Museum z sir Rothschildem, gdzie poznam nazwiska. Tłumaczyłam sobie, że nie mam się czym martwić, bo przecież w Whitechapel żyły tysiące ludzi i prawdopodobieństwo, że coś grozi mojej siostrze, jest nikłe. Ale wiedziałam, że nie zaznam spokoju, dopóki nie będę miała pewności.
- Na dole krążą plotki - rzekła Duffy, przerywając moje rozmyślania.
Podeszła do mojej toaletki, by przygotować rzeczy, których będę potrzebowała do porannej toalety.
- Wiesz, że nie lubię plotek.
- Ale te się panience spodobają. - Uśmiechnęła się szeroko. - Stajenny kręci z pomywaczką z sąsiedztwa.
- Już mi to kiedyś mówiłaś.
- Ale to nie o to chodzi - odparła Duffy. W jej szeroko otwartych zielonych oczach widziałam ekscytację. - Pomywaczka powiedziała stajennemu, że pan Baird w końcu wrócił.
Zatrzymałam się w pół ruchu, gdy rozciągałam ramiona nad głową.
- Austen wrócił?
- Tak, wczoraj wieczorem.
Austen wrócił do domu i pewnie właśnie teraz się budzi w sypialni po drugiej stronie ściany łączącej nasze kamienice. Gdy byliśmy młodsi i odkryliśmy, że nasze pokoje mają wspólną ścianę, to był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. A jednak ten mur czternaście lat temu stał się symbolem wielkiego podziału - podziału, którego nie udało mi się pokonać, niezależnie od tego, jak bardzo próbowałam albo chciałam.
- Niektórzy mówią, że był w Indiach - ciągnęła Duffy, wyjmując kolejne przedmioty z szuflady. - Inni, że w Rosji albo Japonii. Ale ja myślę, że pojechał do Ameryki, by znaleźć sobie bogatą żonę.
- Austen? - zapytałam drwiąco. - On nie potrzebuje bogatej żony... a przynajmniej nie takiej z Ameryki.
- Pan Baird to doskonała partia, jeśli mogę tak rzec. - Jej policzki pokryły się purpurą i spuściła zawstydzony wzrok na toaletkę.
Ja również poczułam ciepło na twarzy na myśl o Austenie i wcale mnie nie dziwiło, że podobał się mojej pokojówce.
- Chciałabym się ubrać najszybciej, jak to możliwe. Mam być w Toynbee Hall na dziesiątą.
- Oczywiście, panienko.
A jeśli miałam zamiar przed wyjazdem złożyć wizytę mojemu enigmatycznemu sąsiadowi, to nie mogłam zwlekać. Pewnie mnie odeśle, jak już to wiele razy czynił, ale musiałam jeszcze raz spróbować.
Duffy pomogła mi założyć piękną suknię z tafty z obfitą turniurą i dopasowanym stanikiem, która idealnie podkreślała moje kształty. Gorset był niewygodny, ale dodawał mi więcej uroku niż suknie, które nosiłam w 1938 roku. Następnie pokojówka upięła moje ciemnorude włosy i podała mi parę złotych kolczyków w kształcie kropli, które lekko wychodziły poza płatek ucha.
- I co panienka sądzi? - zapytała.
Przyglądałam się z podziwem swojemu odbiciu w lustrze. Byłam zadowolona. Odziedziczyłam po mamie z 1938 roku brązowe oczy, a po tej z 1888 gęste rude włosy. Mama twierdzi, że dołeczki w policzkach po jej mamie, Maggie, zaś żelazną determinację po ojcu, sir Bernardzie Kellym. A po tacie, Lucasie Volandzie, miałam nieustraszony charakter. Stanowiłam połączenie i jednych, i drugich rodziców, co składało się na moją wyjątkowość. Dziwne to było życie, ale mama sprawiła, że czułam się z tym normalnie. Co jeszcze ciekawsze, moje oba ciała były takie same, ale niezależne. Jeśli zachorowałabym albo odniosła jakąś ranę w 1888 roku, nie cierpiałabym na tę samą przypadłość w 1938. Już dawno temu zaakceptowałam, że jestem trochę inna, i nie traciłam czasu na zamartwianie się tą sytuacją. Były ważniejsze rzeczy niż zadręczanie się czymś, czego nie mogę zmienić.
Zostawiłam Duffy w pokoju i zbiegłam tylnymi schodami, po czym wyszłam na podwórko, gdzie w żywopłocie znajdowało się tajne przejście, łączące nasze podwórko z podwórkiem Austena. Wielokrotnie jako dzieci korzystaliśmy z niego i podejrzewałam, że teraz stajenny używa go, by spotykać się z pomywaczką z domu Austena.
Już tak wcześnie panował nieznośny upał. Kiedy przechodziłam przez podwórko w pamięci i sercu powróciły wspomnienia Austena. Był dwa lata starszy ode mnie, ale odkąd pamiętam, zawsze byliśmy najbliższymi przyjaciółmi. Przynajmniej do czasu, gdy usłyszał wieści, które zmieniły nasze życie na dobre. Do dnia, gdy dowiedział się, że jego rodzice zginęli podczas wakacji z moimi rodzicami.
Dla Austena to był druzgocący cios, bo niedługo przed śmiercią rodziców stracił też dziadków i młodszego brata.
Od tamtego dnia widziałam go tylko na pogrzebie, a potem wysłano go do Eton, gdzie przebywał przez cały okres nauki w szkole. Do jego domu wprowadziła się ciotka, która przyjechała aż z Ameryki, a kiedy Austen odwiedzał ją podczas wakacji, był oziębły. Zdystansowany. Powściągliwy.
Gdy teraz przechodziłam przez przejście do jego ogrodu, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego myślałam, że tym razem będzie inaczej, ale nadzieja umiera ostatnia. Tata często powtarzał mi, że jestem największą optymistką, jaką zna. Jednak to nie zawsze optymizm popychał mnie do działania. To było niezachwiane przekonanie, że jestem w stanie naprawić coś, co się popsuło. A w tym przypadku chodziło o serce Austena. Pragnęłam jego szczęścia - bardzo go pragnęłam - ponieważ w głębi duszy odczuwałam cierpienie od tamtego dnia, gdy ono zgasło.
Nie zwracałam uwagi na to, że służba będzie między sobą szeptać o tym, jak to się wymknęłam wczesnym rankiem do ogrodu Bairdów. Byłam już przy tylnych drzwiach. Wielu z tych ludzi znało mnie przez całe życie i już przestałam ich zaskakiwać.
Choć nie wiedzieć czemu, wciąż zaskakiwałam swoją matkę.
Zapukałam. Drzwi się otworzyły i jedna z pokojówek wpuściła mnie do środka.
- Czy zastałam pana Bairda? - zapytałam.
- Tak, panienko. Jest w pokoju porannym i je śniadanie.
- Dziękuję - odrzekłam, po czym minęłam ją w przedpokoju i ruszyłam korytarzem.
Dom był identyczny z naszym, tylko stanowił odbicie lustrzane. Wszystkie kamienice przy Wilton Crescent zbudowano na tym samym planie. Tworzyły zakrzywiony rząd prostych białych fasad i bogatych wnętrz.
Nie widziałam się z Austenem od ponad roku i niecierpliwie wyczekiwałam tego dnia. Nie pozwalałam sobie na zbędne rozmyślania. Wkroczyłam do pokoju porannego, jakbym mieszkała w jego domu i po prostu przyszła na śniadanie.
- Dzień dobry - powiedziałam, podchodząc do kredensu, po czym uniosłam klosz z półmisków, by sprawdzić, co służba podała na śniadanie. - Kiełbaski pachną kusząco.
Austen westchnął, a ja uśmiechnęłam się do siebie. Udawał, że go denerwowałam, ale dobrze wiedziałam, jak jest naprawdę. Wciąż należałam do grona jego ulubionych osób. Opuściłam klosz i obróciłam się, by przywitać starego przyjaciela.
Siedział u szczytu stołu, z gazetą w dłoni, a jego talerz był nietknięty. Znad gazety skrzyżował ze mną spojrzenie niebieskich oczu. Czułam jednocześnie radość i smutek na widok tej najdroższej twarzy. Radość, bo przez chwilę dostrzegłam zadowolenie z mojego przybycia, a potem smutek, bo zadowolenie szybko zastąpił żal, który Austen nosił w sobie przez minione czternaście lat. Żal, który chyba w jakiś sposób był ze mną związany.
- Witaj, Austenie.
Przyglądał mi się, jakby chciał odgadnąć, jaki jest prawdziwy cel mojej wizyty.
- Dzień dobry.
Zerknęłam szybko na Brinleya, jego lokaja, a potem rzekłam:
- Możemy porozmawiać na osobności?
- I wystawiać na ryzyko twoją reputację? - zapytał Austen, unosząc jedną brew.
Opuściłam głowę i spojrzałam na niego.
- A czy ja kiedykolwiek przejmowałam się swoją reputacją?
Usta Brinleya drgnęły w przelotnym uśmiechu, ale i tak to dostrzegłam. Zawsze go lubiłam.
Austen odprawił go gestem.
Usiadłam przy stole i posłałam w stronę Austena kolejny uśmiech, bo wiedziałam, że - przynajmniej kiedyś - lubił moje dołeczki.
- Tęskniłam za tobą - oświadczyłam, kładąc dłoń na jego przedramieniu.
Mój dotyk sprawił, że mężczyzna się spiął i odsunął, marszcząc czoło.
- Czego chcesz, Kathryn?
Rozczarowanie oblało mi policzki ciepłem. Złożyłam dłonie na kolanach. Liczyłam, że to, co się stało między nami, już zniknęło. W naszej relacji najbardziej ceniłam sobie, że nie udawaliśmy. Jednak czasem, szczególnie gdy Austen był taki do bólu szczery, wolałabym zachować formalność.
- Nie było cię rok - rzekłam, starając się, by nie słychać było w tym poczucia krzywdy. - Przyszłam zobaczyć, jak się masz. Nie jesteś ciekawy, co u mnie?
Patrzył na mnie badawczo i przez krótką chwilę widziałam w jego spojrzeniu bezbronność. Miał ciemne, nieco dłuższe włosy, których końce nieznacznie się zawijały przy kołnierzyku. Nosił też brodę, która dodawała mu lat, i nie wyglądał na swoje dwadzieścia pięć. Zniknął radosny chłopiec, który kiedyś zabawiał mnie opowieściami o walecznych rycerzach, pięknych damach i ogromnych zamkach.
- Ciekaw jestem twojej drugiej epoki - odparł. - Nadal planujesz ją wybrać za dwa lata?
Jego pytanie mnie zaskoczyło i teraz to ja z kolei zmarszczyłam brwi. Opowiedziałam Austenowi o moim drugim życiu, gdy byliśmy dziećmi. Początkowo mi nie uwierzył, więc poszukałam informacji z tamtego czasu i dowiedziałam się, że 14 kwietnia 1874 roku w Cheshire wydarzy się wypadek w kopalni i zginą pięćdziesiąt cztery osoby. Gdy to się stało, Austen był zaskoczony i dopiero wtedy mi uwierzył. Tylko jemu w tej epoce o tym powiedziałam i był jedyną osobą, z którą mogłam na ten temat rozmawiać.
Jednak gdy jego rodzice zmarli, straciłam powiernika i przyjaciela.
Teraz widziałam, że moja odpowiedź ma dla niego ogromne znaczenie.
- Właśnie tego chcesz się dowiedzieć?
- To proste pytanie, Kathryn.
To było proste pytanie i znałam odpowiedź, ale jakaś część mnie wcale nie chciała mu odpowiadać i sama nie rozumiałam czemu.
- Zamierzasz odejść - powiedział lekko poruszony.
- Dlaczego to takie dla ciebie ważne? - zapytałam, czując, jak narasta we mnie ból odrzucenia, którego doświadczałam przez te ostatnie czternaście lat. - Znikasz na wiele miesięcy, nawet nie wiem dokąd. Nie każę ci się tłumaczyć. Bo i czemu miałabym?
Nic nie odpowiedział.
- Dlaczego to takie ważne, czy odejdę z tej epoki? - Nie chciałam odpuścić.
Podniósł wzrok i dostrzegłam ból, który tak bardzo starał się ukryć.
- Pewnie nie jest ważne.
Cały mój wybuch zgasł nagle wobec tego, co zobaczyłam w jego spojrzeniu.
Przez chwilę oboje milczeliśmy, a potem Austen zapytał:
- Po co tak naprawdę przyszłaś?
Drżałam, ale musiałam się wziąć w garść, żeby opowiedzieć mu o mojej siostrze. Teraz liczyło się tylko bezpieczeństwo Mary.
- Ojciec wyrzucił Mary z domu dziesięć miesięcy temu - odparłam. - A z ostatnich wieści, jakie miałam, wynika, że teraz mieszka w Whitechapel.
Austen zareagował tak, jak się spodziewałam. Niezrozumienie i szok odmalowały się na jego twarzy.
- Co takiego? Czemu?
- Nie wiem. Ojciec nie pozwala nawet wspomnieć jej imienia i nie wiedziałabym, że żyje w Whitechapel, gdyby nie posłała mi krótkiego listu.
- Czy pisała coś, co mogłoby pomóc?
- Tylko tyle, żebym się nie martwiła. Wynajmuje pokój i pracuje jako sprzątaczka. Nic więcej. A ja się oczywiście martwię.
- Twoja siostra... - Przerwał, jakby zabrakło mu słów. - Jest wykształcona, pochodzi z jednej z najlepszych rodzin w Londynie. Mogłaby co najmniej pracować jako guwernantka albo dama do towarzystwa. Co opętało twojego ojca, żeby ją wyrzucić na ulicę?
- Nie wiem - odparłam, bo było to równie niepojęte dla mnie, jak dla niego.
Mary miała już za sobą drugi sezon bywania na salonach i matka była blisko znalezienia dla niej idealnej partii. Partii, której Mary pragnęła. Czekała ją świetlana przyszłość.
- A co mówią inni? - dopytał. - Przecież na pewno inni też się o nią martwią.
Zacisnęłam usta, czując, jak narasta we mnie gniew.
- Ludzie myślą, że Mary ma kłopoty... z mężczyzną... i że odeszła do niego. A moi rodzice nie dementują tych plotek. Życie Mary się skończyło i ona o tym wiedziała, a ludzie współczują moim biednym rodzicom, jakby to oni cierpieli. Nawet gdyby chciała wrócić do domu, nie mogłaby. Nikt by jej nie przyjął.
- To może lepiej, że nie wraca.
- Ona nie może zostać w Whitechapel. Zgłosiłam się jako wolontariuszka w Toynbee Hall i przy okazji pracy wypytuję każdego, kto się tam zjawia, czy ją zna, ale nikt o niej nic nie słyszał. Sama ruszyłabym na ulice, żeby jej szukać, ale to zbyt niebezpieczne, a poza tym tam mieszkają dziesiątki tysięcy ludzi. To chyba niemożliwe.
- A co to ma wspólnego ze mną? - zapytał.
- Nie wiem, jak znaleźć Mary.
- I myślisz, że ja będę umiał?
- Nie powinnam się przemieszczać po ulicach Whitechapel samotnie. Gdybym mogła liczyć na twoją pomoc...
- Nie. - Podniósł gazetę, dając mi tym samym znak, że rozmowa dobiegła końca.
- Austen, to moja siostra... twoja przyjaciółka.
- Ja nie mam przyjaciół.
Wstałam. Miałam ochotę nim potrząsnąć, ale tylko jęknęłam:
- Dlaczego ty musisz być taki trudny?
- To moja jedyna radość w życiu.
Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Jesteś nie do wytrzymania!
Spojrzał na mnie z powagą.
- To czemu tu przychodzisz?
- Bo... - Rozluźniłam pięści i ze wszystkich sił starałam się uspokoić. Wzięłam głęboki wdech i zmierzyłam go takim wzrokiem, który, miałam nadzieję, wyrażał, jak głęboko byłam zmartwiona. - Odkryłam, że w ciągu najbliższych dwóch miesięcy dojdzie do kilku przerażających morderstw w Whitechapel, i obawiam się, że Mary może grozić niebezpieczeństwo.
Opuścił gazetę.
- Dowiedziałaś się tego ze swojej drugiej epoki?
Pokiwałam głową i odpowiedziałam cicho, na wypadek gdyby Brinley podsłuchiwał:
- Zaproszono mnie gościnnie jako kuratora do London Museum w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym i otrzymałam dostęp do archiwów Crime Museum. Nie udało się rozwiązać tej sprawy do tamtego czasu, a pierwsze morderstwo wydarzyło się dziś rano.
- A co ja niby mógłbym zrobić, żeby pomóc?
- Jedź ze mną do Whitechap...
- Nie.
- Austenie, proszę. Mary mnie potrzebuje.
- To nie moja sprawa. - Ponownie podniósł gazetę, odcinając się od mojego spojrzenia. - Brinley! - zawołał na lokaja. - Panna Kelly właśnie wychodzi.
- Wrócę - zapowiedziałam.
- Z pewnością.
Brinley zjawił się od strony wejścia dla służby i przeszedł przez pokój do głównych drzwi. Otworzył je i stanął wyprostowany, czekając na mnie.
Nawet nie siliłam się na pożegnanie, tylko pomaszerowałam do wyjścia.
- I dopilnuj, by służba pamiętała, żeby nie wpuszczać panny Kelly - stwierdził Austen. - Żeby ta sytuacja się więcej nie powtórzyła. Postaw straż przy drzwiach, jeśli to będzie konieczne.
Sapnęłam i uniosłam wyżej głowę, jednak odwróciłam się w samą porę, żeby dostrzec, jak Austen obserwuje mnie znad gazety.