1
Wrzask dobiega z ostatniego pokoju w północno-zachodniej części domu. Stamtąd słychać też odgłos stóp walących w podłogę i grzechot towarzyszący upadaniu jakiegoś przedmiotu.
- Co się stało?! - słychać równocześnie w dwóch innych pokojach, po czym pada komenda: - Pina, światło w całym domu!
- Okej.
Dwie pary stóp tupią po podłodze, a w następnej chwili kobieca ręka sięga do klamki drzwi na końcu korytarza, tych, na których widnieje tabliczka z napisem "UWAGA, TRWA NAGRANIE".
- Tymek?...
Pośrodku pokoju podskakuje dryblas w samych bokserkach. Toczy zaciętą walkę z kołdrą plączącą się wokół nóg.
- Synku, co się stało? - pyta raz jeszcze pani Magda.
Obrzuca wnętrze wzrokiem: wszystko wygląda normalnie. To znaczy - normalnie jak na pokój nastolatka: na biurku stoją dwa pełne okruchów talerze i trzy brudne szklanki, na podłodze leżą hałdy ubrań, ale sufit nie zawalił się, ściany stoją, jak stały, w pokoju nie ma nikogo poza Tymkiem.
- Koszmar mu się śnił - domyśla się stojący obok pani Magdy chłopiec, z ciekawością przyglądający się dzikim podrygom.
- Koszmar! - prycha dryblas, wyplątując się wreszcie z czarno-białych zwojów kołdry. - Najgorszy koszmar to ja mam na jawie. O, to się stało, to! - Wymachuje wydobytym spod skotłowanej na podłodze pościeli podłużnym, szaroczarnym przedmiotem.
- Pokaż!
Mama powstrzymuje młodszego syna.
- Ostrożnie, Maciek. Co to jest?
On jednak nie czeka na odpowiedź Tymka: rzuca się do przodu i wyrywa mu zagadkowy przedmiot z ręki.
- Łoo, ekstra!
- Oddaj!
- Pokażcie mi to! - denerwuje się mama.
Odbiera synowi tajemniczą rzecz. Mruży oczy i wytęża wzrok, bo nie zdążyła jeszcze założyć soczewek kontaktowych, po czym krzywi się z niesmakiem: to, co trzyma w ręce, jest żylastym przedramieniem pokrytym rzadkimi włosami, wraz z dłonią uzbrojoną w długie, czarne pazury. Kończyna wygląda, jakby została oderwana od ciała: widać sterczącą z niej kość, poszarpane żyły i nieco zastygłej, brunatnej krwi. Nie jest jednak prawdziwa, wykonano ją z lekko elastycznego, gumowatego tworzywa.
- To... to coś mnie szarpało! Skórę ze mnie próbowało zedrzeć!
Pani Magda podnosi wzrok na Tymka, po czym omiata spojrzeniem podłogę. W głębi, w pobliżu nocnego stolika, znajduje to, czego szukała: pogięte szczątki metalowej skrzynki, starodawnego budzika i kilka walających się śrubek.
- Anita - stwierdza z westchnieniem.
Tymek, sapiąc ze złością, wyjmuje łapę z ręki mamy i trzema wielkimi krokami przesadza korytarz. Szarpie za klamkę, otwiera drzwi i niemal zderza się w nich z dziewczyną, która na nosie ma już okulary, choć jej ciemne włosy są jeszcze rozczochrane. Spod rozpiętej koszuli w czerwono-czarną kratę widać napis na jej bluzce: "W POWIETRZU JEST MAGIA. NAZYWA SIĘ WI-FI".
- No i? - pyta spokojnie dziewczyna. - Zadziałało, jak widzę?
- Zobacz! - wrzeszczy Tymek i wygina goły bark. - Zobacz, jaki jestem podrapany! Odbiło ci?!
- Pokaż. - Anita wpatruje się w podtykany jej bark z przesadnym skupieniem. - Dwie płytkie ranki o długości piętnastu milimetrów. O to tyle hałasu?
Jej ironiczny ton sprawia, że Tymek robi się blady ze wściekłości.
- No, no - uspokaja go prędko mama, kładąc mu rękę na ramieniu, po czym zwraca się do córki: - Dziecko drogie, proszę, wytłumacz mi... wytłumacz mi to jakoś.
- Budzik dla opornych - wyjaśnia Anita, palcem podsuwając okulary na nosie. - Zapadka w budziku uruchamia silniczek, który wprawia w ruch łapę, doczepioną do pręta taśmą klejącą. Łapa miała zerwać z Tymka kołdrę...
- Skórę z pleców mi zdarła, a nie kołdrę!
- Tymek! - karci go mama. - Nie krzycz na siostrę. Anitko, a ty jednak przesadziłaś, nie sądzisz? Każdego przeraziłby taki widok...
- Zawału mogłem dostać! - wykrzykuje Tymek.
Dziewczyna wzrusza ramionami.
- Sama wiesz, mamo, ile czasu zajmuje Tymkowi poranne wstawanie. Potem musisz go odwozić na pociąg, a przez to ja docieram do szkoły spóźniona.
- A po co mam wstawać wcześniej, jak blokujesz łazienkę, co?
Anita ma już na to coś odpowiedzieć, ale do rozmowy włącza się Maciek.
- Super ta łapa! Skąd masz? - Podnosi odrzuconą przez Tymka kończynę i przygląda się jej z mieszaniną zachwytu i odrazy na twarzy.
- Kupiłam.
- Gdzie można takie rzeczy dostać?
- Od jednej dziewczyny kupiłam. Zostały jej fragmenty kostiumu na Halloween - niechętnie odpowiada Anita.
- Wow. Pewnie była droga?
- Taniutka. Nikt jej nie chciał. Za grosze kupiłam.
- Wspaniale - odzywa się mama. - Ale mam nadzieję, że przeprosisz brata. A w ogóle to pospieszcie się wszyscy. Tymciu, dalej, bo spóźnisz się na pociąg. Odwiozę cię na dworzec. Anita, Maciek, raz-dwa. Anitko, ty już jesteś prawie gotowa, włóż kurtkę i wyprowadź Czikę.
- Dlaczego ja? Ja byłam z nią przedwczoraj!
- A wczoraj byłam ja, a trzy dni temu ktoś inny. Nie... też ja. Idź, idź, dziecko.
- Czemu nie skonstruujesz drona do wyprowadzania psa?! - woła do siostry Maciek ze swojego pokoju. - Siedziałoby się w domu i sterowało nim zdalnie. Widziałem coś takiego w drugiej części Powrotu do przyszłości.
- Zwariowałeś?! - wydziera się Tymek. - Nie podsuwaj jej pomysłów! Jak coś takiego powstanie, od razu dzwonię do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami!
Ale tej wymiany zdań pani Magda nie chce już słyszeć. Opiera się plecami o wewnętrzną stronę drzwi swojej sypialni i zamyka oczy.
- Pina - odzywa się po chwili. - Wyłącz zbędne światła. Wyłącz wiadomości, włącz muzykę, pakiet relaksacyjny.
- Okej.
- Jaka pogoda?
- Na zewnątrz: jeden stopień w skali Celsjusza, wiatr południowo-wschodni. Wilgotność wynosi osiemdziesiąt siedem procent. Ciśnienie atmosferyczne: tysiąc pięć hektopaskali.
Gdy dokładnie czterdzieści dziewięć minut później zamykają się za nimi drzwi, ze stacji dokującej zjeżdża samojezdny odkurzacz i z szumem rusza swoją codzienną trasą, a w kuchni włącza się zmywarka. Punktualnie o siódmej trzydzieści uruchomiona zostaje pralka - program "bawełna, 40 stopni". W bębnie znajdują się ubrania w jasnym kolorze i jedna granatowa skarpetka Maćka - druga leży pod pralką, gdzie on sam ją przypadkowo wkopnął. Szanse na to, że zostanie odnaleziona, zanim stopa Maćka urośnie o kolejny rozmiar, są bliskie zera.