1 Jeden pociąg przychodzi, a drugi odchodzi
Opowieść tę, tak prawdziwą jak
wiosna i tak pełną radosnych uśmiechów jak pogodny dzień, musimy
- z serdecznym żalem serca - rozpocząć wspomnieniem zdarzeń
bolesnych i smutnych. Jak spoza ciężkich, czarnych, burzliwych chmur
słońce wreszcie jasną smugą wytryśnie i ozłoci ślady klęski
i zniszczenia, tak i w tej opowieści przewalić się muszą chmury przez
pierwsze stronice jak przez czyste obszary nieba. Jak w życiu, jak
w życiu... Jedna szczęśliwa godzina rodzi następną, znaczoną łzami,
aż smutek zelżeje i znowu jasną godzinę przywoła. Nie cenilibyśmy
radości, gdyby była wiecznotrwała i snuła się nieprzerwanie. Gorycz
bólu i dotkliwość cierpienia tym słodszą nam czynią radość,
co się zjawi. Nie byłoby radości bez smutku. Nikt by nie wiedział,
że to radość właśnie. Tym skwapliwiej witamy dzień, że przed nim
snuła się mroczna, oślepła noc.
To, co się zdarzyło przed rozpoczęciem
tej niezwykłej historii, było nocą, smutkiem i śmiertelną
przygodą. Ponieważ serce nasze drży jeszcze na wspomnienie tego, co
się stało, opowiemy krótko o wszystkim. Wystarczy niewiele słów,
a każde będzie miało kształt łzy.
Nigdy nie można było odgadnąć,
kim była młoda pani w żałobnej sukni, wiodąca za rękę małą,
może pięcioletnią dziewczynkę. Wysiadła z pociągu na węzłowej
stacji kolejowej, po której w różne strony czołgały się pociągi
jak olbrzymie gąsienice. Świadkowie opowiadali, że śpieszyła
się bardzo, pragnąc zdążyć do bufetu, gdzie chciała nakarmić
dziewczynkę; mówili inni, że w czasie podróży była dziwnie
milcząca, a w dużych jej oczach znać było niepokój; wiozła
roześmiane dziecko i jakąś wielką zgryzotę. Samotne kobiety
w czerni nie wędrują zazwyczaj ze szczęściem w sercu. Nikt nie
umiał powiedzieć wiele więcej o tej smutnej pani, bo chociaż
współtowarzysze podróży odznaczają się nadmierną ciekawością,
jej nie zadawano pytań. Jej blada, piękna twarz i oczy zamglone,
jakby w pustkę patrzące, onieśmielały ludzi. Przysłuchiwano się
jej rozmowie z dzieckiem, która była właściwie nieustanną gadaniną
dziewczynki przerywaną rzadko jej cichym słowem: "Tak, Basieńko!"
albo: "Nie, moja maleńka!". Ostatnie jej powiedzenie, które
słyszano, było zapowiedzią, że na najbliższej stacji dziewczynka
dostanie mleka. Zaraz potem zdarzyło się nieszczęście. W skisłym,
zadeszczonym mroku wieczornym pani ta zły obrała kierunek, być też
może, że zamyślona, nie zdawała sobie sprawy, że wychodzi z pociągu
przez drzwi niewłaściwe. O Boże miłosierny! Jak grzmot po ziemi się
toczący, jak zwierz straszliwy, dudniący straszliwością żelaznego
zgiełku, wypadł z mroku pociąg. Kobieta w czerni ostatnim, okropnym
wysiłkiem zdołała odrzucić dziewczynkę...
*
Odmówmy wszyscy cichutko modlitwę za
bohaterską matkę, co ostatnim ruchem wyrwała swoje dziecko śmierci
jak tygrysowi.
- Prędko! Ołówka i kawałka
papieru! - zawołał zduszonym głosem lekarz, blady ze
wzruszenia.
Marszcząc czoło, jak gdyby chciał
sobie dokładnie przypomnieć zasłyszane słowa, pisał coś na kartce,
którą podał urzędnikowi.
- To zdołała wyszeptać - rzekł
głucho.
- Jakiś adres?
- Tak. Tam należy skierować
dziecko. Biedna maleńka... Gdzie ona jest?
- W drugim pokoju.
- Co robi?
- Nie rozumie, co się stało...
Wciąż pyta o matkę.
- Chodźmy tam do niej - rzekł
bardzo cicho.
Dziewczynka spojrzała na wchodzących,
jakby zdziwiona, że wśród nich nie było matki. Siedziała na krześle,
odziana w niebieski płaszczyk. Spod miękkiej czapeczki wymykały
się jasne, krótko przystrzyżone włoski. Gdyby nie sukieneczka,
można by mniemać w pierwszej chwili, że to jasnooki pucołowaty
chłopczyk.
Trzech panów, jakby onieśmielonych,
zatrzymało się przy drzwiach, które szybko za sobą zamknęli,
a lekarz zbliżył się do dziewczynki. Patrzył na nią długo i długo
nie przemawiał, jak gdyby słowa nie mogły przecisnąć się przez
jego gardło. Wreszcie położył rękę na jej główce i lekko ją
pogładził.
- Jak ci na imię, maleńka?
Dziewczynka spojrzała na niego
zalękłym spojrzeniem i nie odpowiedziała.
- Nie bój się, kochanie - mówił
lekarz drżącym, miękkim głosem. - My wszyscy bardzo cię kochamy...
Bardzo, bardzo... Pewnie się nazywasz Marysia?
- Nie Marysia... - odpowiedziała
cichutko.
- Więc Jadzia?
- Jadzia też nie...
- Może Basia?
Dziewczynka uśmiechnęła się.
- Tak. Basia nazywa się Basia.
- A jak dalej?
- Dalej nie wiem. Mamusia wie. Niech
pan zawoła mamusię!
Lekarz przymknął oczy.
- Basieńko kochana... - zaczął
mówić z trudem. - Twoja mamusia... Och, jaki Basia ma śliczny
płaszczyk! A jakie włoski...
- Jak chłopczyk! - oświadczyła
z powagą dziewczynka. - Mamusia mi obcięła.
- Tak, tak...
Pochylił się nad nią i otoczył
ramieniem.
- Posłuchaj, Basieńko... Twoja
mamusia odeszła...
- Ale zaraz przyjdzie?
- Nie, maleńka. Już nie
przyjdzie...
- Czemu nie przyjdzie? Ja chcę
spać!
- Bo twoja mamusia poszła daleko,
bardzo daleko...
- Czemu daleko? Gdzie to jest
daleko?
- Poszła aż do nieba...
- Teraz przecie ciemno - mówiła
dziewczynka, patrząc na niego podejrzliwie.
Lekarz stropił się i nieporadnie
rozłożył ręce. W ten sposób można było wieść z dzieckiem rozmowę
bez końca. Tarł ręką czoło i w ten starodawny sposób wygrzebał
w stroskanej głowie myśl bardzo rozsądną.
- Zatelefonuję po żonę - rzekł
do trzech panów przysłuchujących się w milczeniu.
Nie upłynęło pół godziny, a pani
doktorowa znalazła się na miejscu smutnych wypadków. Objaśniona
zwięzłym szeptem o nieszczęściu i niedoli dziecka, załatwiła
sprawę ze wzruszającą prostotą.
- Pójdziemy spać, maleńka! -
rzekła do Basi głosem sprytnie udającym głos bardzo wesoły.
Dziewczynka dała znać uśmiechem, że
nie mogąc dojść do ładu z jąkającym się mężczyzną, chętnie
i bez protestów gotowa jest do gorącej przyjaźni z tą panią, odzianą
podobnie jak jej matka.
Serduszko wiedziało o tym, że to
ktoś inny i ktoś obcy, senne spojrzenie jednak nie umiało już dać
sobie rady z mglistością zarysów. Pani doktorowa, kobieta zażywna
i energiczna, czerstwością zdrowia zaszczyt przynosząca lekarskiej
sztuce męża, wzięła ją na ręce i ze wzruszającą tkliwością
przytuliwszy do piersi, wyniosła ją z kolejowego budynku.
- Śpij, biedactwo - szepnęła,
patrząc na dziecko.
Z niesłychanym zasobem miękkich słów,
porównań, przenośni i przykładów, z całym arsenałem sposobów,
znanych jedynie kobiecemu sercu, zdołała nazajutrz wyjaśnić
dziewczynce, że jej matka nigdy już nie powróci. Basia pojęła
tylko tyle, że ją okropnie skrzywdzono, o czym oznajmiła długim
płaczem. Pani doktorowa usiłowała scałować łzy z jej ocząt, co
musiało być pracą uciążliwą, gdyż i w jej oczach zaczęły się one
gromadzić, gwałtowne i niepowstrzymane. Dwie kobiety płakały cichutko,
przytulone do siebie tak, że nie można by powiedzieć dokładnie,
do której z nich która łza należy.
Innych jednak rzeczy też
nie można było odgadnąć. Najściślejsze poszukiwania do
niczego nie doprowadziły; nie znaleziono żadnych dokumentów
w torebce nieszczęśliwej kobiety, a w wagonie żadnych walizek ani
zawiniątek. Najrozsądniejsze wydawało się przypuszczenie, że albo
ją w drodze okradziono, albo biedna ta pani, głęboko jakąś troską
przejęta, pogubiła to, co ze sobą wiozła. Wiele słuszności
mogło tkwić w przypuszczeniu, że jechała tam, gdzie ją wszystko
oczekiwało. Nie znaleziono ani świstka papieru, tylko niewielką
ilość bezimiennych pieniędzy i bilet kolejowy do Warszawy.
- Jakieś nieszczęście gnało
tę nieszczęśliwą - mówił lekarz. - Albo zapomniała
o wszystkim, albo nie mogła myśleć o niczym innym. Niech ją Bóg
przyjmie miłosiernie, bo bardzo musiała cierpieć. Całe szczęście,
że miała jeszcze tyle sił, aby wyszeptać kilka słów.
Patrzył na kartkę, na której
zanotował kilka wyrazów.
- Dość znane nazwisko - mówił
jakby do siebie. - Jak myślisz? - zwrócił się do żony, na której
kolanach siedziała dziewczynka. - Co teraz należy zrobić?
Pani doktorowa spojrzała na Basię
zamyślona. Zdawało się jej, że dziecko pojmuje roztropnie, iż
o nim jest mowa, rzekła więc szybko:
- Pomówimy o tym później.
Dość niezdarną była dyplomacja dobrej
kobiety, widać bowiem było, że umyślnie odwleka chwilę rozstania się
z dziewczynką. Usiłowała wmówić we wszystkich, że należy czekać
jakichś wieści od krewnych nieszczęśliwej pani w żałobie, którzy
po przeczytaniu w gazetach wiadomości o okropnym wypadku zgłoszą się
niewątpliwie, pojąwszy z opisów, kim była ta matka podróżująca
z dzieckiem. Nikt się jednak nie zgłaszał. Minęło dni kilka, a znikąd
nie nadszedł ani list, ani depesza.
- Trzeba dziecko odesłać pod tym
adresem - rzekł lekarz. - Rzecz dziwna, że ta osoba nie zgłosiła
się sama. Przecie czyta chyba gazety.
- Jeśli jest osobą rozsądną,
to nie czyta - mruknęła jego żona.
- Wszystko jedno. Dziecka
przetrzymywać nie możemy.
- Czy tak bardzo ci przeszkadza? To
rozkoszne dziecko?
- Bynajmniej! Wcale mi nie
przeszkadza? Cóż za przypuszczenie! Ty byś je, oczywiście, zatrzymała
na zawsze.
- Och! Z największą
radością!
- Wiem o tym, bo od kilku dni
wyprawiasz przedziwne sztuki. Nie, moja kochana... Całym sercem do
niego przylgnąłem, ale czas największy, aby je odesłać. Jutro
napiszę list wedle adresu, aby Basi oczekiwano na dworcu w Warszawie,
a pojutrze dziewczynka pojedzie.
- Jak to "pojedzie"? Sama?
- Do Warszawy niedaleko. Wsadzi
się ją do wagonu, odda pod opiekę podróżnych, a w Warszawie ją
odbiorą. Adres jest wyraźny.
- Czy nie lepiej będzie wysłać
ją pocztą? - zapytała pani doktorowa z irytacją.
- W Anglii zdarzył się taki
wypadek...
- Ty byś nawet mnie wysłał
pocztą...
- Niemożliwe. Poczta przyjmuje pakunki
jedynie do dwudziestu kilogramów. Ciężary o wadze osiemdziesięciu
wysyła się ciężarowym pociągiem... - odrzekł on z powagą.
Basia nie wiedząc o tym, że jest
przedmiotem burzliwych konferencji, przebrnąwszy przez kilka dni,
jakichś ponurych, rozpłakanych, bardzo dziwnych i strasznych,
powróciła już do swego błękitnego kraju, nad którym uśmiecha
się czyste niebo. Przez kilka dni szukała matki zdziwionymi oczami
i czuła trwogę w serduszku. Wieczorem, zanim usnęła w ramionach pani
doktorowej, zdawało się jej, że słyszy kroki mamusi, zdawało się
jej raz jeden, że ją widzi. Potem, powoli, znana postać zaczęła
się rozpływać w srebrzystą mgłę, zamazywać i niknąć. Zwalista
postura tej pani, co ją całuje i pieści, zasłoniła swoim ogromem
to wszystko, co się dotąd ukazywało tuż przed jej oczkami. Znowu
się na świecie uczyniło niebiesko.
Wielkie zdarzenia nie mogły się
zmieścić w jej serduszku; najmniej ją obchodziły długie narady
tego pana z tą panią. Dopiero kiedy ta pani chwyciła ją nagle
w objęcia i zaczęła głośno płakać, Basia, uznawszy, że przez
kobiecą solidarność należy to również uczynić, beknęła też,
boleśnie pochlipując. Płakanie jest taką samą dobrą zabawą jak
każda inna, jeśli tylko nie trwa zbyt długo, bo to nie ma wielkiego
sensu. Trochę jednak popłakać zawsze można, tym bardziej skoro to
tej dobrej pani zdaje się robić przyjemność.
Łzy pani doktorowej padały jak
deszcz z burzliwej chmury. Pan doktor wysłał list, dokładny,
obszerny, wszystkie smutne wypadki najściślej opisujący, i prosił
osobę, której Basia została powierzona, aby we środę o godzinie
piątej po południu oczekiwała na dworcu, gdyż dziewczynka pojedzie
sama. List był polecony, osobiście przez lekarza nadany, adres zaś
podkreślony czerwonym ołówkiem, aby zwrócić uwagę poczty na jego
ważność. Zachowane zostały wszystkie środki ostrożności.
- Dziecku nic się stać nie może
- uspokajał żonę. - Dziecko jest nadzwyczaj roztropne i da sobie
radę. A ty nie pojedziesz... Trzy razy byłaś w Warszawie. Dwa razy
cię okradli, raz wpadłaś pod auto i złamałaś nogę. Teraz nie
uszłabyś z życiem.
Pan doktor miał o stolicy wyobrażenie
zgoła ponure.
Pani doktorowa, zamknąwszy się z Basią
na tajnej naradzie gabinetowej, usiłowała jej wyjaśnić, jakie ogromne
czekają ją przedsięwzięcia. Uspokajała ją wymownie, że dzieci
często podróżują same, nawet na ogromnych przestrzeniach, że dziecka
nikt nie skrzywdzi, a w Warszawie zajmą się nią serdecznie. Dziewczynka
słuchała uważnie i nie zgłosiła żadnego sprzeciwu. Owszem, to
może być zabawne.
Narada trwała dwie bite godziny;
uczestnicy wyprawy do bieguna północnego mniej są przewidujący
niż pani doktorowa. Omówione zostały wszystkie, nawet najmniej
prawdopodobne, wypadki, jak: porwanie, uśpienie podróżnego za pomocą
zatrutych papierosów i zepsucie się lokomotywy. Czarne słowa pani
doktorowej przeleciały jak burza przez jasną głowinę i po chwili
nie było z nich śladu. Jeden tylko kolorowy ptaszek polatał nad
dziewczynką i śpiewał o nadzwyczajnej podróży.
Dobra kobieta zaprowadziła Basię
na dalekie miejsce poza miastem, gdzie rosły drzewa i krzyże, i tam
kazawszy jej uklęknąć, długo do niej mówiła szeptem, cudownie
serdecznym. Słońce świeciło bladozłociście, a czerwone liście
padały z drzew cichutkim szelestem. Basia powiedziała tak samo
cichutko:
- Bądź zdrowa, mamusiu!
We środę, nakarmiwszy dziewczynkę
na zapas tak obficie, jak gdyby miała przepłynąć Atlantyk, przezorna
pani zawiesiła na jej szyi tabliczkę z tektury i atramentowym ołówkiem
napisała na niej adres "odbiorcy". Ofiarowała jej małą torebkę
nadzianą do rozpuku cukierkami, czekoladą i wszelką słodką pociechą
cielęcych lat człowieka, potem, na godzinę przed odejściem pociągu,
rozpoczęła uroczystość pożegnania. Tych czułości, tych okrzyków,
tych napomnień, tych łez i pocałunków, pocałunków i łez ludzkie
pióro nie opisze. Małym urozmaiceniem tej ceremonii był okrzyk
burzliwy, nagły, huczący i najmniej spodziewany:
- Mężu! Jeśli temu dziecku coś
złego się stanie, będziesz przeklęty!
Powiedziane, raczej zakrzyknięte było
to z taką mocą, że pan doktor zadrżał.
- Cóż mu się może stać, u Boga
Ojca! - rzekł, ale dość niepewnie.
"Wyższych dziesięć tysięcy"
miasteczka w skromnej liczbie ośmiu najważniejszych obywateli
podzielało roztropne to zdanie. Wprawdzie Warszawa jest miastem
żarłocznym, ale dzieci tam nie jedzą. Starano się żartobliwie
uciszyć niepokoje pani doktorowej i dodać jej ducha, co było niejaką
przesadą, sądząc bowiem z nadmiaru cielesnej powłoki i duch jej
musiał mieć pokaźne rozmiary.
Wszyscy znali niedawne dzieje
dziewczynki, więc tkliwość dla osieroconego dziecka, które -
sądząc z żałobnego stroju jej matki - nie miało już zapewne
i ojca, przywiodła wszystkich dobrych ludzi na dworzec kolejowy. Brak
było jedynie pana starosty i fotografa, gdyby bowiem udało się
te osobistości zaangażować do zespołu zebranego na dworcu,
odjazd Basi nie różniłby się niczym od uroczystego wyjazdu
ministra. Sprawiedliwie jednak przyznać należy, że jeszcze żadnego
ministra na świecie nie żegnało tyle łez, ile ich popłynęło
z oczów pani doktorowej. Ponieważ umysły zrównoważone przestrzegają
dokładnych terminów wszystkich czynności, zacna kobieta zaczęła
ronić łzy o godzinie drugiej piętnaście, na kwadrans przed odejściem
pociągu; przedtem postanowiła bacznym suchym okiem obejrzeć wszystko,
co mogło mieć związek z podróżą. Energicznym krokiem pobiegła
w stronę dychawicznie sapiącej lokomotywy, na żelaznego potwora
pobieżne tylko rzuciła spojrzenie, lecz długim i przenikliwym
zajrzała w oczy maszynisty. Zdumiał się nieco poczciwy ten człowiek,
na wskroś bystrym wzrokiem, jak ostrym promieniem, przewiercony. Potem
uczynił to, co mu się wydało najrozsądniejsze: wzruszył ramionami.
A pani doktorowa, dojrzawszy zapewne w jego oczach powagę, pozbawioną
wszelkiej lekkomyślności i skłonności do burzliwych awantur, poczęła
przebiegać wagony i zaglądać we wszystkie przedziały. Wreszcie,
po długim wahaniu, wybrała jeden.
Nie chcemy narażać na nagłe
pęknięcie ani własnego, bardzo czułego serca, ani tkliwych serc
czytelników, dlatego nie opiszemy sceny pożegnania. Miało ono
być wprawdzie uroczystością zbiorową, cały jednak ceremoniał
pogruchotała pani doktorowa. Nie miała własnego dziecka, więc
wszystką niezmierzoną miłość, wypełniającą jej zacne serce,
chciała dać na drogę biednej dziewczynce. Wyrywała ją z każdych
ramion, nikomu nie pozwoliła jej pocałować, przerywając wszystkie
czułości okrzykiem: "Czy chcecie zamęczyć dziecko?" - tuliła
ją i ściskała, z nadejściem zaś właściwej pory wybuchnęła
płaczem. Na własnych rękach zaniosła ją do wagonu. Otarłszy
wielkie łzy, aby nie kapały na słowa, rzekła do zgromadzonych
w przedziale:
- Proszę państwa! Ta dziewczynka
jedzie sama do Warszawy! Sama! A dlatego sama, że jest sierotą. Adres
ma na piersi, na tekturowej kartce... Jedzenie w torebce. W Warszawie
po nią się zgłoszą... Proszę na nią uważać, proszę się
nią zaopiekować... Niech się nie zbliża do okna! Niech się nie
zaziębi! Proszę pana, aby pan nie palił papierosów! Przecież przez
dwie godziny może się pan powstrzymać! O, pani jakoś przyzwoicie
wygląda... Niech pani na nią uważa... Proszę jej nie dawać owoców,
bo pewnie nieumyte, a mój mąż mówi, że o cholerę łatwo... Czy
mogę liczyć na wszystkich tu zebranych?
- Dobrze, dobrze, proszę pani -
bąknął ktoś w imieniu społeczeństwa.
Pani doktorowa jednakże postanowiła
zastosować na wszelki wypadek lekką groźbę:
- Bo inaczej Pan Bóg by was
pokarał!
Zdumiała się zebrana gromadka, lecz
pani doktorowa nie zwróciła na to uwagi.
- Maleńka - rzekła się do
dziewczynki. - Ci państwo zaopiekują się tobą. Ale jedz tylko to,
co ja ci dałam, i nie bierz od nikogo. Nikomu dzisiaj wierzyć nie
można. Aha! Gdyby ci się chciało... (nachyliła się do ucha Basi
i tłumaczyła jej coś bardzo zawile) - to powiesz o! tej pani,
a ta pani cię zaprowadzi. Pan konduktor! Dobrze, że pan tu przyszedł,
panie konduktorze.
Uchwyciwszy go palcami za guzik od
munduru, objaśniła dokładnie o jego straszliwej odpowiedzialności
i zaklęła na wszystkie moce niebiańskie i piekielne, aby co kwadrans
zajrzał do przedziału.
Zirytowany gwizd lokomotywy
i nawoływania wszystkich zebranych przed wagonem dały znać pani
doktorowej, że rozpoczyna się akt ostatni.
Ktoś uniósł dziewczynkę na rękach,
tak że mogła wyjrzeć przez okno.
Pani doktorowa chciała jeszcze
krzyknąć, ale nie mogła. Coś ją dławiło w gardle, więc tylko
spojrzeniem wołała tak serdecznie... tak serdecznie... Śliczna, jasna
główka mignęła tak jak błysk odbity z lusterka. Zdawało się,
że ktoś postawił kwiatek za szybą wagonu.
Kiedy zachłanny las połknął pociąg,
pani doktorowa stała jeszcze, patrząc spojrzeniem smutnym i jakby
rozżalonym.
- Chodźmy już - rzekł
lekarz.
- Przedtem jednak zażyj jakiś
proszek na uśpienie sumienia. Mam takie przeczucie, że posłaliśmy
to dziecko na zgubę, a moim przeczuciom możesz wierzyć. Czy przed
trzema laty nie powiedziałam ci, że cię spotka nieszczęście, i czy
nie złamałeś wtedy nogi?
- Złamałem nogę, bo na chodniku
leżała pestka śliwki. Czemu nie przeczułaś, że ktoś będzie
jadł śliwki? Twoje przeczucia są mizerne. Dziewczyna zajedzie zdrowa,
bo ja mam takie przeczucie.
- A czemu ci, do których wysłałeś
list, wcale ci nie odpisali?
- Najpierw dlatego, że są to Polacy,
a Polacy mało kiedy odpisują na listy, a następnie dlatego, że nie
mieli na co odpisywać.
- I Basia jedzie do takich
barbarzyńców, co nie odpisują na listy! Kto nie odpisuje na
listy, może równie dobrze zagłodzić dziecko albo bić je przy
każdej sposobności. No! Niechby coś podobnego doszło do mojej
wiadomości! Uprzedzam cię, że za jakiś miesiąc pojadę do Warszawy,
aby się przekonać, co tam wyprawiają z dziewczynką. Czego ta figura
chce od ciebie?
- Jaka figura? A, ten...
Z uniżonym ukłonem zbliżył się
do lekarza młodzian zapowietrzony omdlewającym zapachem zabójczych
perfum.
- Właśnie szedłem do pana doktora
- mówił z przejęciem. - Czy pan doktor nie byłby łaskaw
odwiedzić babuni?
- Przecież byłem u niej onegdaj -
odrzekł lekarz bez entuzjazmu. - Babunia zdrowa jak grenadier.
- Być może. Babunia jednak doszła
do przekonania, że ma solitera, bo ją bardzo mdli.
- Chyba nie soliter, tylko te perfumy
- mruknęła doktorowa.
- To siedemdziesiąta siódma
przypadłość w tym roku - rzekł doktor. - Więc o co idzie?
- O jakiś środek na
mdłości. Babunia od dwóch dni niczego nie bierze do ust, oprócz
kapusty i kawałka wieprzowiny. Czy pan doktor będzie łaskaw?
- Będę łaskaw - rzekł doktor
niecierpliwie. - Czekaj pan! Zaraz panu zapiszę.
Zaczął grzebać w kieszeniach
i znalazłszy jakąś kartkę, szybko na niej pisał, używszy torebki
pani doktorowej jako podkładki.
- Ma pan, do następnej choroby
wystarczy...
Zapowietrzony wnuk znękanej babuni
wziął tę osobliwą receptę na jakiś niewinny środek i zdziwił
się, że na odwrotnej stronie karteczki wypisany był jakiś warszawski
adres. Pan doktor znany był jednakże z roztargnienia. A przed chwilą
wydawał się jeszcze bardziej roztargniony niż zwykle.