Awangarda i inne złudzenia. O pokoleniu '68 w Polsce - Lidia Burska

-
Proszę czekać

Wstęp Co się wydarzyło w roku 1968?

Za­cznę od ostrze­żeń i wy­ja­śnień. Otóż po­mi­mo uży­te­go w ty­tu­le sło­wa "awan­gar­da" nie jest to książ­ka o żad­nym z nur­tów no­wo­cze­snej li­te­ra­tu­ry czy sztu­ki XX wie­ku. Po­mi­mo wspo­mnia­ne­go w pod­ty­tu­le "po­ko­le­nia '68" nie jest to tak­że książ­ka ani o ca­łym zja­wi­sku w kul­tu­rze, złą­czo­nym z tym świa­to­wej sła­wy po­ję­ciem, ani też o ge­ne­ra­cji jako for­mu­le hi­sto­rycz­nej od­no­wy, "pło­do­zmia­nu". Za­ra­zem jed­nak idea tej pra­cy by­ła­by nie­ja­sna, nie­czy­tel­na, gdy­by te na­zwy się w niej nie po­ja­wi­ły. Wią­że je ze sobą wy­obra­że­nie pro­ce­su, ru­chu w przód, po­cząt­ku, no­wo­ści i pre­kur­sor­stwa, zmia­ny war­ty w kul­tu­rze i od­młod­nie­nia du­cha cza­su. "Awan­gar­da" i "po­ko­le­nie" w zna­cze­niach, ja­kie tu przy­wo­ła­łam, nie ist­nie­ją su­we­ren­nie, spa­ja je i oświe­tla wspól­ny kon­tekst "wiel­kiej nar­ra­cji". Ona jest sta­łym tłem i nie­usu­wal­nym punk­tem od­nie­sie­nia ni­niej­szej książ­ki. Na­le­ży się jej więc od razu tro­chę wdzięcz­nej uwa­gi.

Po­ję­cie wy­my­ślił i zde­fi­nio­wał kry­tyk no­wo­cze­sno­ści, Jean-Fra­nço­is Lyotard. Ko­ja­rzy się z li­te­ra­tu­rą, do­me­ną fa­bu­lar­nych opo­wie­ści, lecz nie tyl­ko do nich się od­no­si. W rów­nej mie­rze do­ty­czy bo­wiem tak­że "kom­plet­nych", "ca­ło­ścio­wych" sys­te­mów wie­dzy o świe­cie (zwłasz­cza he­gli­zmu, mark­si­zmu), któ­re przed­sta­wia­ją rze­czy­wi­stość jako spój­ny, li­ne­ar­ny ciąg zda­rzeń i stwa­rza­ją ilu­zję od­sła­nia­ją­cej się w nim stop­nio­wo praw­dy (tak samo jak czy­ni to po­wieść re­ali­stycz­na). Praw­da ujaw­nia się jako fabula mun­di. We­dług Lyotar­da wiel­ka nar­ra­cja speł­nia w no­wo­cze­snych spo­łe­czeń­stwach funk­cję po­dob­ną do mi­tów w kul­tu­rach pier­wot­nych: upra­wo­moc­nia wy­obra­że­nia o świe­cie, usta­na­wia obo­wią­zu­ją­cą hie­rar­chię war­to­ści (no­wo­cze­sny Eu­ro­pej­czyk naj­wyż­sze miej­sca przy­zna­je po­wszech­ne­mu oświe­ce­niu i wy­zwo­le­niu, po­stę­po­wi cy­wi­li­za­cyj­ne­mu, eman­cy­pa­cji jed­nost­ki) oraz le­gi­ty­mi­zu­je de­mo­kra­tycz­nie wy­bie­ra­ną wła­dzę. Dzie­ła, nie­gdyś ad­re­so­wa­ne ad ma­jo­rem Dei glo­riam, w wiel­kiej opo­wie­ści sta­ją się apo­te­ozą ludz­kiej twór­czo­ści, wy­na­laz­czo­ści i przed­się­bior­czo­ści, a daw­ne ma­rze­nia o "pań­stwie Bo­żym" ustę­pu­ją miej­sca bru­tal­nie do­cze­snej, an­ga­żu­ją­cej emo­cje la co­médie huma­ine. Lyotard pi­sze: "To wy­raź­ne od­wo­ła­nie się do opo­wie­ści w pro­ble­ma­ty­ce wie­dzy jest ści­śle zwią­za­ne z wy­zwo­le­niem bur­żu­azji od tra­dy­cyj­nych au­to­ry­te­tów. Wie­dza wła­ści­wa opo­wie­ściom po­wra­ca na Za­cho­dzie, aby przy­nieść roz­wią­za­nie pro­ble­mu upra­wo­moc­nie­nia no­wej wła­dzy. Jest rze­czą na­tu­ral­ną, że w pro­ble­ma­ty­ce nar­ra­cyj­nej od­po­wiedź na to py­ta­nie win­na za­wie­rać imię bo­ha­te­ra:  K t o  ma pra­wo de­cy­do­wać o spo­łe­czeń­stwie? Jaki pod­miot jest źró­dłem na­ka­zów sta­no­wią­cych nor­my dla tych, któ­rych zo­bo­wią­zu­ją? [...] imie­niem bo­ha­te­ra jest lud, zna­kiem pra­wo­moc­no­ści - jego przy­zwo­le­nie, spo­so­bem sta­no­wie­nia norm - dys­ku­sja. Nie­za­wod­nie wy­ni­ka stąd idea po­stę­pu: jest on ni­czym in­nym, jak ru­chem, dzię­ki któ­re­mu wie­dza ma się ku­mu­lo­wać, ale ruch ten obej­mu­je też nowy pod­miot spo­łecz­no-po­li­tycz­ny. Lud de­ba­tu­je sam ze sobą o tym, co spra­wie­dli­we i nie­spra­wie­dli­we w taki sam spo­sób, w jaki wspól­no­ta uczo­nych dys­ku­tu­je o tym, co praw­dzi­we i fał­szy­we; gro­ma­dzi pra­wa oby­wa­tel­skie tak, jak ona gro­ma­dzi na­uko­we; do­sko­na­li re­gu­ły swo­je­go kon­sen­su­su za po­mo­cą usta­leń kon­sty­tu­cyj­nych tak, jak ona pod­da­je re­wi­zji wła­sne re­gu­ły w świe­tle swo­jej wie­dzy, two­rząc nowe "pa­ra­dyg­ma­ty""1.

Za­cy­to­wa­ny frag­ment war­to uzu­peł­nić wy­po­wie­dzią z in­nej książ­ki, w któ­rej Lyotard wy­kła­da, na czym po­le­ga to­ta­lizm wiel­kich nar­ra­cji. "[...] nie są mi­ta­mi w sen­sie ba­jek (na­wet mit chrze­ści­jań­ski nią nie jest). Za­pew­ne, po­dob­nie jak mity, mają one na celu upra­wo­moc­nie­nie in­sty­tu­cji i prak­tyk spo­łecz­no--po­li­tycz­nych, sys­te­mów pra­wa, sys­te­mów etycz­nych, spo­so­bów my­śle­nia. Ale w od­róż­nie­niu od mi­tów nie po­szu­ku­ją tej pra­wo­moc­no­ści w źró­dło­wym ak­cie za­ło­ży­ciel­skim, lecz w ma­ją­cej na­dejść przy­szło­ści, to zna­czy w pew­nej Idei cze­ka­ją­cej na re­ali­za­cję. Owa idea (wol­no­ści, "oświe­ce­nia", so­cja­li­zmu, etc.) ma wa­lor upra­wo­moc­nia­ją­cy, po­nie­waż jest uni­wer­sal­na. Or­ga­ni­zu­je wszyst­kie war­stwy ludz­kiej rze­czy­wi­sto­ści. Na­da­je no­wo­cze­sno­ści swą cha­rak­te­ry­stycz­ną mo­dal­ność: jest to  p r o j e k t  [...]"2. Choć wy­mie­rzo­ny w przy­szłość, nie ma on sen­su bez prze­szło­ści, to­też każ­da te­raź­niej­szość - czas mię­dzy "było" a "bę­dzie" - jest nie­usta­ją­cym spraw­dzia­nem, mia­rą wy­ko­na­ne­go przed­się­wzię­cia, ozna­cze­niem eta­pu na dro­dze do urze­czy­wist­nia­ne­go celu. Prze­szłość nie jest więc usta­bi­li­zo­wa­nym po­rząd­kiem ge­ne­alo­gicz­nym, lecz nie­ustan­nym prze­pły­wem form ży­cia, nie­prze­rwa­nym sta­wa­niem się. To wła­ści­wie nie prze­szłość, lecz dzie­jo­wość, dia­lek­ty­ka prze­mian. To ona jest bo­ha­ter­ką wiel­kich nar­ra­cji, ich za­sa­dą po­rząd­ku­ją­cą, in­wa­rian­tem ta­kich fa­buł, jak re­ali­stycz­na po­wieść miesz­czań­ska, He­glow­ska fe­no­me­no­lo­gia du­cha czy mark­si­stow­ski ma­te­ria­lizm hi­sto­rycz­ny. Dia­lek­ty­ka to "ar­che no­wo­cze­sno­ści", jak po­wie­dział Gian­ni Vat­ti­mo, jej "me­ta­fi­zycz­no-hi­sto­ry­cy­stycz­na" za­sa­da. Wło­ski fi­lo­zof na­zwał ją iro­nicz­nie "pa­cy­fi­stycz­ną" ze wzglę­du na jej ści­sły zwią­zek z li­ne­ar­ną (lub spi­ral­ną) kon­cep­cją cza­su i wy­obra­że­niem jed­ne­go tyl­ko kie­run­ku ru­chu - w przód3. W isto­cie, dia­lek­ty­ka na­stę­pu­ją­cych po so­bie epok - ko­niecz­nych, bo rze­czy­wi­stych, i rze­czy­wi­stych, bo ko­niecz­nych - przy­po­mi­na szta­fe­to­wy bieg ludz­ko­ści do od­le­głej mety po ści­śle wy­zna­czo­nej bież­ni. Co było lub jest poza bież­nią i metą, zo­sta­je odłą­czo­ne od li­ne­ar­ne­go cią­gu opo­wie­ści, wła­śnie: "spa­cy­fi­ko­wa­ne" i po­zba­wio­ne zna­cze­nia - a tak­że ist­nie­nia.

Pod pew­ny­mi wzglę­da­mi jest to książ­ka nie na cza­sie. Z jed­nej bo­wiem stro­ny o wie­le lat wy­prze­dzi­ła ją pięk­na le­gen­da o po­li­tycz­nych ak­ty­wi­stach mar­ca '68, któ­ra prze­obra­zi­ła się w mit za­ło­ży­ciel­ski III RP, z dru­giej zaś ob­cią­ża ją dzi­siej­szy brak za­in­te­re­so­wa­nia, by nie po­wie­dzieć: nie­chęć, naj­wy­bit­niej­szych twór­ców li­te­rac­kie­go po­ko­le­nia '68 do wła­snej ide­ali­stycz­nej i re­zo­ner­skiej mło­do­ści. Ba­rań­czak, Kry­nic­ki, Za­ga­jew­ski - każ­dy z nich spo­glą­da dziś w swo­ją prze­szłość, jak­by to był czas przez ko­goś in­ne­go prze­ży­ty, nie czu­je łącz­no­ści z sobą daw­nym. A Sta­bro, któ­ry taką łącz­ność od­czu­wa, chciał­by na­rzu­cić inny wi­ze­ru­nek po­etyc­kiej No­wej Fali.

O czter­dzie­sto­pię­cio­le­ciu 1945-1990, ob­fi­tu­ją­cym w wiel­kie, szyb­kie, a nie­kie­dy dra­ma­tycz­ne zmia­ny hi­sto­rii Za­cho­du, i o roz­ma­itych pró­bach na­zwa­nia tych zmian Eric Hobs­bawm pi­sał: "Świat, lub róż­ne jego aspek­ty, stał się post­in­du­strial­ny, post­im­pe­rial­ny, post­struk­tu­ra­li­stycz­ny, post­mark­si­stow­ski, post­gu­ten­ber­gow­ski i tak da­lej. Pre­fik­sy te, po­dob­nie jak po­grze­by, stwier­dza­ły ofi­cjal­nie śmierć, ale nie wy­ni­ka­ła z nich by­najm­niej zgo­da ani pew­ność co do na­tu­ry dal­sze­go ży­cia"4.

Taka zgo­da jest ra­czej mało praw­do­po­dob­na, al­bo­wiem dzie­je, któ­re prze­ży­wa się na co dzień, spra­wia­ją nie­po­rów­na­nie więk­szy kło­pot na­szej świa­do­mo­ści niż ich upo­rząd­ko­wa­ny ex post wi­ze­ru­nek, uwiecz­nio­ny w póź­niej­szych opi­sach. Lecz to wła­śnie ta an­ga­żu­ją­ca nas bez­po­śred­nio hi­sto­ria, prze­ży­wa­na z dnia na dzień, jest pa­sjo­nu­ją­cym wy­zwa­niem dla umy­słu - do­ma­ga się od nas de­cy­zji, co ze stru­mie­nia zda­rzeń uznać za zna­czą­ce i ob­da­rzyć na­zwą wła­sną, de­fi­ni­cją, co uwiecz­nić w na­szej opo­wie­ści.

Ży­je­my w hi­sto­rii bę­dą­cej wciąż jesz­cze prze­dłu­że­niem owe­go zdu­mie­wa­ją­ce­go czter­dzie­sto­pię­cio­le­cia, iro­nicz­nie sko­men­to­wa­ne­go przez Hobs­baw­ma, ży­je­my w hi­sto­rii, w któ­rej tak­że to czter­dzie­sto­pię­cio­le­cie jest tyl­ko do­brze do­pa­so­wa­nym, jak nam się wy­da­je, ogni­wem, frag­men­tem dłuż­sze­go con­ti­nu­um, na­zy­wa­ne­go epo­ką no­wo­cze­sną. Od ja­kie­goś cza­su nie opusz­cza nas jed­nak prze­ko­na­nie, że w tym dłu­gim cią­gu pew­ne pro­ce­sy hi­sto­rycz­ne, a wraz z nimi na­sze war­to­ści, po­ję­cia, wy­obra­że­nia, prze­świad­cze­nia i przy­zwy­cza­je­nia dra­ma­tycz­nie się za­ła­mu­ją. W wy­po­wie­dziach osób uzna­wa­nych za au­to­ry­te­ty co­raz czę­ściej sły­chać ton roz­go­ry­cze­nia, a nie­kie­dy la­men­tu: oto zna­ny świat de­fi­ni­tyw­nie się kur­czy, za­my­ka, nie po­tra­fi już ab­sor­bo­wać i oswa­jać no­wych zja­wisk. "Pora umie­rać" - wy­rwa­ło się na­wet ko­muś.

Może to nic szcze­gól­ne­go - epo­ka no­wo­cze­sna wie­le już mia­ła ta­kich kry­zy­sów, z któ­rych w koń­cu wy­cho­dzi­ła od­no­wio­na, bar­dziej wi­tal­na i ufna we wła­sną mi­sję mo­der­ni­za­cyj­ną i przy­szłość. Jest więc praw­do­po­dob­ne, że i tym ra­zem nie spraw­dzą się prze­po­wied­nie zmierz­chu i koń­ca. Choć z dru­giej stro­ny, im wię­cej kry­zy­sów, prze­si­leń, od­no­wień po­ja­wia się w dłu­gim cza­sie trwa­nia epo­ki, tym bar­dziej za­sad­ne wy­da­je się py­ta­nie o jej we­wnętrz­ną spo­istość i toż­sa­mość. Czyż po­ja­wia­ją­cy się dziś w nad­mia­rze przed­ro­stek "post-" nie ozna­cza utra­ty, lub przy­najm­niej po­waż­ne­go za­chwia­nia owej toż­sa­mo­ści, prze­ży­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści w ode­rwa­niu od po­jęć, war­to­ści, idei, któ­re nie­gdyś wy­zna­cza­ły jej kie­run­ki i sens?

Moim ce­lem jest opi­sa­nie je­dy­nie nie­wiel­kie­go frag­men­tu obec­ne­go kry­zy­su idei, roz­chwia­nia toż­sa­mo­ści lu­dzi, któ­rzy znów za­da­ją so­bie sta­re py­ta­nie: skąd je­ste­śmy, do­kąd idzie­my?, i sta­ra­ją się na nowo zor­ga­ni­zo­wać rze­czy­wi­stość wo­kół sie­bie. Ten stan roz­pro­sze­nia, cha­os po­ja­wia­ją­cych się i za­ni­ka­ją­cych po­jęć, dia­gnoz oraz cią­głe przy­mie­rza­nie się do ja­kie­goś no­we­go sym­bo­licz­ne­go upo­rząd­ko­wa­nia czę­sto okre­śla się mia­nem po­no­wo­cze­sno­ści. Jej pro­lo­giem jest rok 1968 - data waż­na mię­dzy in­ny­mi wła­śnie z po­wo­du nad­uży­wa­ne­go dziś przed­rost­ka "post-". Cie­ka­wi mnie ów mo­ment prze­si­le­nia - na­gły wzlot, a za­raz po­tem kru­sze­nie się wia­ry w idee re­wo­lu­cji, prze­mia­ny, od­no­wy, gło­szo­ne z try­bun no­wo­cze­sno­ści.

Wszel­kie kon­struk­cje in­te­lek­tu­al­ne wy­twa­rza­ją­ce sens: wy­obra­że­nia, idee, po­ję­cia, war­to­ści, to we­dług su­ge­styw­nej me­ta­fo­ry Kar­la Man­n­he­ima "prze­su­wa­ją­ce się ku­li­sy" na­sze­go ży­cia, któ­re zmie­nia­ją się wraz z hi­sto­rią. Ku­li­sy te ujaw­nia­ją się zwy­kle w mo­men­tach kry­zy­su, kie­dy "wszyst­kie rze­czy sta­ją się na­gle wi­docz­ne, a hi­sto­ria od­sła­nia wręcz ele­men­ty swej bu­do­wy i swą struk­tu­rę"5. Zmierzch, prze­si­le­nie cza­su - a ta­kie jest prze­cież, po­wszech­ne już dzi­siaj, od­czu­cie obec­nej sy­tu­acji, zwa­nej eu­fe­mi­stycz­nie po­no­wo­cze­sno­ścią - stwa­rza za­tem nie­zwy­kłą moż­li­wość dia­lo­gu z wła­sną prze­szło­ścią i ge­ne­zą, daje oka­zję do re­wi­zji po­jęć, idei, war­to­ści (złu­dzeń?) wpi­sa­nych w pro­jekt za­ło­ży­ciel­ski epo­ki no­wo­cze­snej. Au­tor Ide­olo­gii i uto­pii prze­strze­gał, że wi­docz­ność "prze­su­wa­ją­cych się ku­lis" nie trwa wiecz­nie, a moż­li­wość oglą­da­nia "na­giej" struk­tu­ry na­szych wy­obra­żeń o świe­cie oraz śle­dze­nia ca­łej "ma­szy­ne­rii" ich wy­twa­rza­nia zni­ka, gdy świat na po­wrót z uf­no­ścią za­sty­ga w ja­kimś no­wym wy­obra­że­niu o so­bie. Je­śli wie­rzyć tej opi­nii, ską­di­nąd wska­zu­ją­cej na He­glow­ski ro­do­wód, so­wom wy­la­tu­ją­cym o zmierz­chu tra­fia się te­raz nie­po­wta­rzal­na szan­sa.

Opo­wieść o roku 1968 musi stać się nie­uchron­nie opo­wie­ścią o ge­ne­ra­cji '68 - po­ko­le­niu nie­by­wa­le dy­na­micz­nym i twór­czym, do dziś wciąż bar­dzo ak­tyw­nym w po­li­ty­ce i w in­nych dzie­dzi­nach pu­blicz­nej dzia­łal­no­ści. Jest to ge­ne­ra­cja kry­zy­su, roz­stę­pu cza­su, dość ra­dy­kal­nej de­kon­struk­cji idei mark­si­stow­skich, le­wi­co­wych, a wraz z nimi - tak­że ca­łe­go pro­jek­tu no­wo­cze­sno­ści, z któ­re­go idee te się wy­wo­dzą. Mark­sizm w sta­nie wy­czer­pa­nia ujaw­nia swą, za­ko­rze­nio­ną w hi­sto­rii, względ­ność, per­spek­ty­wicz­ność, wła­sną od­mia­nę fał­szy­wej świa­do­mo­ści, czy też ide­olo­gicz­no­ści - w sen­sie, jaki nada­li temu po­ję­ciu Max We­ber, Karl Man­n­he­im czy Jür­gen Ha­ber­mas. Od­sło­nię­cie ku­lis, de­mi­sty­fi­ka­cja ide­olo­gii - mię­dzy in­ny­mi dzię­ki opu­bli­ko­wa­niu na Za­cho­dzie na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych Ar­chi­pe­la­gu GUŁag Alek­san­dra Soł­że­ni­cy­na - kru­szy wia­rę w ko­mu­nizm jako zwień­cze­nie hi­sto­rii i w mark­sizm jako nie­moż­li­wy do prze­kro­cze­nia ho­ry­zont współ­cze­sno­ści. A tak wła­śnie - jako ostat­nie sło­wo epo­ki no­wo­cze­snej - re­ko­men­do­wał fi­lo­zo­fię Mark­sa mistrz i au­to­ry­tet mło­dych le­wa­ków i zbun­to­wa­nych stu­den­tów bu­du­ją­cych w maju '68 ba­ry­ka­dy w Pa­ry­żu, Jean-Paul Sar­tre, w wy­da­nej w 1960 roku książ­ce Cri­ti­que de la ra­ison dia­lec­ti­que6.

W zbio­ro­wej bio­gra­fii po­ko­le­nia '68 "prze­su­wa­ją­ce się ku­li­sy" wi­dać dość do­brze, ich od­kry­cie sta­je się waż­nym mo­men­tem dez­i­lu­zji, de­kon­struk­cji i de­struk­cji mark­si­zmu. Na­zy­wam ten mo­ment de­mon­ta­żem uto­pii. Jest to ro­dzaj zbio­ro­wej dia­gno­zy i sa­mo­kry­ty­ki, kon­fron­ta­cji z roz­po­zna­ną u sie­bie fał­szy­wą świa­do­mo­ścią.

Zda­rze­nia, o któ­rych chcę pi­sać, na­zwa­ne zo­sta­ły bun­tem mło­dzie­ży, re­wol­tą stu­denc­ką, re­wo­lu­cją oby­cza­jo­wą, kon­te­sta­cją sys­te­mu, kontr­kul­tu­rą i szyb­ko sta­ły się fun­da­men­tem le­gen­dy o nie­zwy­kłym po­ko­le­niu. Były zja­wi­skiem zdu­mie­wa­ją­cym za­rów­no w za­chod­nich spo­łe­czeń­stwach do­bro­by­tu, jak i w środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich kra­jach de­fi­cy­tu. Ów glo­bal­ny bunt bu­dził zdzi­wie­nie wszyst­kich, po­nie­waż w opi­nii ów­cze­snych po­li­ty­ków czy ide­olo­gów, kształ­tu­ją­cych po­li­tycz­ny ład po dru­giej woj­nie świa­to­wej, nowa rze­czy­wi­stość była ra­cjo­nal­nie urzą­dzo­na, za­bez­pie­czo­na przed wstrzą­sa­mi. W la­tach sześć­dzie­sią­tych wy­da­wa­ło się, że ma wszel­kie zna­mio­na dłu­gie­go trwa­nia - wspie­rał ją wiel­ki wzrost go­spo­dar­czy na Za­cho­dzie oraz po­czu­cie rów­no­wa­gi mię­dzy stre­fa­mi wpły­wów dwóch naj­więk­szych mo­carstw: USA i ZSRR.

Po­dział po­li­tycz­ny świa­ta mię­dzy ka­pi­ta­li­stycz­ny Za­chód i ko­mu­ni­stycz­ny Wschód od­zwier­cie­dlał się w złu­dze­niach ów­cze­snej świa­do­mo­ści. Lu­dzie o prze­ko­na­niach le­wi­co­wych uwa­ża­li mark­sizm za ostat­nie sło­wo hi­sto­rii, a ZSRR i sa­te­lic­kie pań­stwa so­cja­li­stycz­ne - za eks­pe­ry­ment cy­wi­li­za­cyj­ny, re­ali­zo­wa­ny co praw­da z opo­rem i trud­no­ścia­mi, nie­mniej jed­nak wy­ty­cza­ją­cy wła­ści­wy kie­ru­nek eman­cy­pu­ją­cej się ludz­ko­ści. Z ko­lei prze­ciw­ni­cy tej uto­pii, któ­rych już wów­czas nie da­wa­ło się okre­ślić wspól­nym mia­nem pra­wi­cy (czy to ozna­cza, że ta stro­na sce­ny po­li­tycz­nej zde­mon­to­wa­ła się i przede­fi­nio­wa­ła szyb­ciej niż le­wi­ca?), wi­ta­li z na­dzie­ją i en­tu­zja­zmem za­chod­nie spo­łe­czeń­stwa do­bro­by­tu, sa­mym swym ist­nie­niem pie­czę­tu­ją­ce ko­niec wie­ku ide­olo­gii i agre­sji, i obie­cy­wa­li oby­wa­te­lom tych spo­łe­czeństw raj kon­sump­cyj­ny - coś w ro­dza­ju bez­tro­skie­go Di­sney­lan­du dla do­ro­słych, uwol­nio­ne­go od hi­sto­rii i po­li­ty­ki, spraw­nie za­rzą­dza­ne­go przez do­brze wy­szko­lo­nych tech­no­kra­tów (Gal­bra­ith, Brze­ziń­ski, a tak­że - spoj­rze­nie Bel­la).

Nie­trud­no roz­po­znać w tych opo­zy­cyj­nych sty­lach my­śle­nia wspól­ne He­glow­skie dzie­dzic­two - ideę usta­nia hi­sto­rii, za­koń­cze­nia pro­ce­su prze­mian. Eu­ro­pej­czyk pra­gną­cy w la­tach sześć­dzie­sią­tych do­świad­czać erup­cji dzie­jów je­chał do Afry­ki lub w re­jon Da­le­kie­go Wscho­du, gdzie, w jego mnie­ma­niu, cykl hi­sto­rycz­ny do­pie­ro się roz­po­czy­nał. Na­to­miast wschod­nia ide­olo­gia ko­mu­ni­zmu, po­dob­nie jak za­chod­nia idea we­lfa­re so­cie­ty były wów­czas róż­ny­mi imio­na­mi fi­na­łu dzie­jów, zwień­cze­niem pra­cy po­ko­leń. Fran­cis Fu­kuy­ama, któ­ry w ostat­niej de­ka­dzie XX wie­ku wy­wo­łał wiel­ką de­ba­tę od­no­wio­nym He­glow­skim po­my­słem koń­ca hi­sto­rii, szedł w isto­cie (i być może w nie­świa­do­mo­ści, co mu nie wy­sta­wia naj­lep­sze­go świa­dec­twa) po śla­dach po­przed­ni­ków: Joh­na Ken­ne­tha Gal­bra­itha, Da­nie­la Bel­la, Zbi­gnie­wa Brze­ziń­skie­go i in­nych. Był tyl­ko w bar­dziej kom­for­to­wej sy­tu­acji niż oni - uto­pia ko­mu­ni­zmu ze szla­chet­nej idei fi­nal­nej zmie­ni­ła się w zło­mo­wi­sko sko­ro­do­wa­nych ha­seł, to­też mógł ogło­sić bez­a­pe­la­cyj­ny triumf za­chod­nich war­to­ści: de­mo­kra­cji, wol­ne­go ryn­ku i ob­fi­tych dóbr kon­sump­cyj­nych.

Mło­dzie­żo­wa re­wol­ta roku 1968 tak­że chcia­ła zi­ścić ma­rze­nie o szczę­śli­wym koń­cu hi­sto­rii - spra­wie­dli­wym spo­łe­czeń­stwie bez opre­sji i wol­nej, twór­czej jed­no­st­ce. Wszak­że przy­wód­cy tego bun­tu ro­zu­mie­li ideę fi­na­łu in­a­czej niż przy­wód­cy ko­mu­ni­zmu lub pro­ro­cy spo­łe­czeń­stwa ob­fi­to­ści. To, co w spek­ta­ku­lar­nych wie­cach stu­denc­kich, pro­kla­ma­cjach i ak­cjach ulicz­nych ob­ja­wia­ło się jako kon­ku­ren­cyj­na dro­ga do osta­tecz­ne­go celu, bu­dzi­ło zdu­mie­nie i obu­rze­nie ów­cze­snych po­li­ty­ków czy ide­olo­gów, po­nie­waż (jak wspo­mnia­łam) kru­szy­ło sta­bil­ność do­brze i trwa­le urzą­dzo­ne­go przez nich świa­ta. De­struk­cji ule­gał nie tyl­ko po­li­tycz­ny ład, lecz tak­że sank­cjo­nu­ją­ce go au­to­ry­te­ty oraz po­ję­cia, idee lub ide­olo­gie opi­su­ją­ce rze­czy­wi­stość.

Mło­dzi Ame­ry­ka­nie, de­mon­stru­ją­cy prze­ciw woj­nie w Wiet­na­mie, pa­li­li na­ro­do­we fla­gi - świę­tość star­szych po­ko­leń - albo zmu­sza­li wła­dze do re­spek­to­wa­nia swo­ich re­wo­lu­cyj­nych ra­cji, nie­kie­dy sto­su­jąc ter­ror, jak choć­by w przy­pad­ku na­pa­du na sąd ze współ­udzia­łem An­ge­li Da­vis, czy też słyn­ne­go po­rwa­nia Pa­try­cji He­arst. Po­łą­cze­nie re­wo­lu­cji i ter­ro­ry­zmu - lub na­cjo­na­li­zmu i ter­ro­ry­zmu - sta­ło się wszak­że spe­cjal­no­ścią głów­nie eu­ro­pej­skich grup: wło­skich Czer­wo­nych Bry­gad oraz nie­miec­kiej Frak­cji Czer­wo­nej Ar­mii, a tak­że ir­landz­kiej IRA czy ba­skij­skich se­pa­ra­ty­stów z ETA. Jak­kol­wiek ter­ro­ry­ści na prze­ło­mie lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych w spo­sób szo­ku­ją­cy ma­ni­fe­sto­wa­li swo­ją obec­ność w ży­ciu spo­łecz­nym, byli wów­czas zja­wi­skiem wy­jąt­ko­wym, o nie­du­żym za­się­gu. Po­wszech­niej­sze były inne spo­so­by de­mon­stro­wa­nia bun­tu lub wal­ki o re­ali­za­cję uto­pii spra­wie­dli­we­go spo­łe­czeń­stwa. Ich ce­chą szcze­gól­ną było to, że uchy­la­ły się od wspar­cia zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nych au­to­ry­te­tów re­wo­lu­cji. Fran­cu­scy stu­den­ci, prze­ży­wa­ją­cy okres re­wo­lu­cyj­nej go­rącz­ki, wzy­wa­li ro­bot­ni­ków do straj­ku ge­ne­ral­ne­go, wie­rząc - jak Marks czy Le­nin - w wy­zwa­la­ją­cą moc pro­le­ta­ria­tu, lecz kom­plet­nie igno­ro­wa­li głos fran­cu­skiej par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, któ­ra nota bene zra­zu prze­ciw­sta­wi­ła się straj­ko­wi. Wy­stę­pu­jąc prze­ciw zbroj­nej in­ter­wen­cji państw blo­ku wschod­nie­go w Cze­cho­sło­wa­cji, mło­dzi go­szy­ści ma­ni­fe­sto­wa­li swo­ją nie­za­leż­ność od ide­olo­gicz­ne­go mark­si­zmu-le­ni­ni­zmu z urzę­do­wym stem­plem Krem­la, a tak­że od wszel­kich hie­rar­chii czy au­to­ry­te­tów obo­wią­zu­ją­cych w mię­dzy­na­ro­dów­ce ko­mu­ni­stycz­nej za­rzą­dza­nej przez ZSRR.

Kon­stan­ty A. Je­leń­ski, z cie­ka­wo­ścią ob­ser­wu­ją­cy wy­da­rze­nia pa­ry­skie­go maja, zdu­mio­ny był ide­ową nie­za­leż­no­ścią i su­we­ren­no­ścią przy­wód­ców re­wol­ty. Pi­sał o tym z sym­pa­tią: "ja­sny, bez­kom­pro­mi­so­wy, orzeź­wia­ją­cy an­ty­sta­li­nizm naj­bar­dziej bo­jo­wych stu­den­tów - Da­nie­la Cohn-Ben­di­ta i jego "Ru­chu 22 Mar­ca" - ich od­mo­wa przy­kła­da­nia dwóch miar do wy­pad­ków na Wscho­dzie i na Za­cho­dzie, sta­no­wi­ły skraj­ny kon­trast z wy­god­ny­mi, ele­ganc­ki­mi za­chod­ni­mi fel­low-tra­vel­ler'ami, któ­rzy przez tyle lat w swych pięk­nych do­mach, przy wy­twor­nych obia­dach tłu­ma­czy­li nam jak zba­wien­ny jest "so­cja­lizm" dla kra­jów wschod­niej Eu­ro­py. Ja­kie­kol­wiek by nie były skut­ki pa­ry­skie­go maja 1968 roku, przy­wró­cił on raz na za­wsze sło­wom "so­cja­lizm" czy "re­wo­lu­cja" ich pier­wot­ne zna­cze­nie"7.

To ostat­nie zda­nie moż­na od­nieść tak­że do pol­skich stu­den­tów, pa­lą­cych w mar­cu ga­ze­ty i ka­te­go­rycz­nie od­dzie­la­ją­cych idee mark­si­zmu i so­cja­li­zmu od pro­pa­gan­dy i kłamstw par­tyj­nej "eta­to­wej awan­gar­dy". Nie­na­wiść do ide­olo­gów, ma­ni­pu­lu­ją­cych opi­nią pu­blicz­ną, szła w pa­rze z nie­chę­cią do usta­bi­li­zo­wa­ne­go świa­ta "oj­ców i wu­jów", któ­rym zda­wa­ło się, że roz­strzy­gnę­li już za na­stęp­ne po­ko­le­nia całą hi­sto­rię, i wska­zy­wa­li mło­dym przy­go­to­wa­ne dla nich miej­sca w struk­tu­rze spo­łecz­nej, wy­ma­ga­jąc w za­mian sza­cun­ku dla sie­bie za tak ofiar­nie wy­ko­na­ną pra­cę dla przy­szło­ści; był to na przy­kład po­wta­rza­ją­cy się za­rzut w dys­ku­sji w "Stu­den­cie", o czym szcze­gó­ło­wo po­wiem w dal­szej czę­ści książ­ki. Za­cho­wu­jąc wdzięcz­ność dla ro­dzi­ców, mło­dzi nie za­mie­rza­li jed­nak ak­cep­to­wać nie­zmien­ne­go sta­nu rze­czy. W rów­nym stop­niu mier­zi­ła ich miesz­czań­ska "mała sta­bi­li­za­cja", co za­du­fa­na "eta­to­wa awan­gar­da", w jaką prze­obra­zi­ła się rzą­dzą­ca par­tia ro­bot­ni­cza. Ich wy­obra­że­nia o świe­cie, ukształ­to­wa­ne przez Mark­sow­ską dia­lek­ty­kę, w któ­rej moc wy­ja­śnia­ją­cą wie­rzy­li, róż­ni­ły się od ofi­cjal­ne­go mark­si­zmu wia­rą w de­mo­kra­cję bez par­tyj­nych do­gma­tów i so­cja­lizm bez ob­łud­nych ha­seł.

Rok '68 jest cie­ka­wy nie tyle dla sa­mej mło­dzie­żo­wej re­wol­ty, któ­ra wstrzą­snę­ła ca­łym glo­bem, ile dla póź­niej­szych prze­mian świa­do­mo­ści, obej­mu­ją­cych nie tyl­ko to zbun­to­wa­ne po­ko­le­nie, ale wy­wra­ca­ją­cych do góry no­ga­mi pra­wie cały po­li­tycz­nie zrów­no­wa­żo­ny świat oraz ugrun­to­wa­ne, zda­wa­ło­by się, po­sta­wy i wy­obra­że­nia o rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej. W dzie­sięć lat po pa­ry­skim maju oka­za­ło się, że le­wac­kie ha­sła re­wo­lu­cji pro­le­ta­riac­kiej ob­ró­ci­ły w proch ideę tej re­wo­lu­cji, a z fa­na­tycz­ną wier­no­ścią cy­to­wa­ne sło­wa Mark­sa, Le­ni­na, Troc­kie­go, Mao osta­tecz­nie po­grze­ba­ły mark­sizm i ko­mu­nizm. Pięk­ni dwu­dzie­sto­let­ni, orę­du­ją­cy za per­ma­nent­ną re­wo­lu­cją i li­kwi­da­cją "bur­żu­azyj­nych świń", w dwie, trzy de­ka­dy póź­niej prze­isto­czy­li się w zde­kla­ro­wa­nych pa­cy­fi­stów, żar­li­wych obroń­ców praw czło­wie­ka, rzecz­ni­ków dia­lo­gu i spo­łecz­ne­go kon­sen­su. Mi­ło­śni­cy kok­taj­li Mo­ło­to­wa, an­ga­żu­jąc się, jak Jo­sch­ka Fi­scher, w po­waż­ną po­li­ty­kę, przed­ło­ży­li nad te wy­bu­cho­we mie­szan­ki swo­jej mło­do­ści sta­tecz­ne kok­taj­le dy­plo­ma­tycz­ne. Zaś roz­go­rącz­ko­wa­ni mło­dzień­cy, bie­ga­ją­cy z roz­wia­nym wło­sem i czer­wo­ną ksią­żecz­ką, pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych sami już pi­sa­li cał­kiem inne ksią­żecz­ki - otwar­cie przy­zna­jąc się w nich do an­ty­mark­si­zmu i an­ty­ko­mu­ni­zmu. (Wła­ści­wie je­dy­nym wciąż ży­wot­nym - i zło­wro­gim - za­sie­wem pod przy­szłość oka­zał się tyl­ko ter­ro­ryzm).

Po­dob­nie - poza ter­ro­ry­zmem - było w Pol­sce: zbun­to­wa­ni stu­den­ci, pro­te­stu­ją­cy w 1968 roku prze­ciw wła­dzy so­cja­li­stycz­nej w imię swo­bód oby­wa­tel­skich, lecz ak­cep­tu­ją­cy mark­sizm i so­cja­lizm jako wiel­kie wy­zwa­nie i zo­bo­wią­za­nie hi­sto­rycz­ne, już w dzie­sięć lat póź­niej - jako przy­wód­cy pod­ziem­nej opo­zy­cji de­mo­kra­tycz­nej - uzna­wa­li te idee za uzur­pa­cję umy­słu i po­szu­ki­wa­li in­spi­ra­cji ide­owych gdzie in­dziej, czę­sto na an­ty­po­dach - w na­ro­do­wym so­li­da­ry­zmie, kon­ser­wa­ty­zmie, tra­dy­cjo­na­li­zmie lub wol­no­ryn­ko­wym li­be­ra­li­zmie. Tak oto mark­sizm uzna­wa­ny za nie­prze­kra­czal­ny ho­ry­zont epo­ki ła­mał się i otwie­rał na inne - nie­ko­niecz­nie nowe - ho­ry­zon­ty.

Po­wszech­ne prze­mia­ny świa­do­mo­ści, roz­cię­tej kry­zy­sem idei i na nowo skła­da­nej, w spo­sób wręcz la­bo­ra­to­ryj­nie czy­sty dają się ob­ser­wo­wać w bio­gra­fiach li­de­rów i bo­ha­te­rów roku 1968 - dla­te­go, jak są­dzę, po­ko­le­nie to wy­da­je się wciąż nie­zwy­kłe i wciąż bu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie. Dla ge­ne­ra­cji na­stęp­nych wy­da­je się ono ni­czym wzo­rzec me­tra z S?vres albo punkt "zero", od któ­re­go za­czy­na się od­li­czać wszel­ki nowy przy­rost, zmia­ny lub od­stęp­stwa. Eric Hobs­bawm ma ra­cję, pi­sząc: "Re­wol­ta stu­denc­ka z póź­nych lat sześć­dzie­sią­tych sta­no­wi­ła ostat­ni wy­czyn tra­dy­cyj­nej świa­to­wej re­wo­lu­cji. Była re­wo­lu­cyj­na za­rów­no w daw­nym uto­pij­nym sen­sie po­szu­ki­wa­nia trwa­łe­go prze­war­to­ścio­wa­nia ide­ałów no­we­go i do­sko­na­łe­go spo­łe­czeń­stwa, jak i w sen­sie ope­ra­cyj­nym, zmie­rza­nia do tych ce­lów przez ulicz­ne dzia­ła­nia i ba­ry­ka­dy, bom­by i gór­skie za­sadz­ki. Była glo­bal­na, nie tyl­ko dla­te­go, że ide­olo­gia re­wo­lu­cyj­nej tra­dy­cji od 1789 roku do 1917 była uni­wer­sal­na i in­ter­na­cjo­na­li­stycz­na [...] - ale dla­te­go, że po raz pierw­szy świat, a w każ­dym ra­zie świat, w któ­rym żyli stu­denc­cy ide­olo­go­wie, był na­praw­dę glo­bal­ny"8.

Sym­bo­licz­na data 1968 ozna­cza za­tem, z jed­nej stro­ny, bar­dzo wy­ra­zi­stą, wręcz de­mon­stra­cyj­ną obec­ność ta­kich sty­lów my­śle­nia i mó­wie­nia o świe­cie, w któ­rych ma­ni­fe­stu­ją się naj­waż­niej­sze idee i uto­pie epo­ki no­wo­cze­snej, bę­dą­cej - chcę to sil­nie pod­kre­ślić - wciąż jesz­cze na­szą epo­ką. Kwin­te­sen­cją tych idei były wów­czas, co pod­kre­śla­łam, mark­sizm, so­cja­lizm i ko­mu­nizm przed­sta­wia­ne jako awan­gar­da dzie­jów. Z dru­giej zaś stro­ny rok 68 to sym­bo­licz­ny czas de­kom­po­zy­cji lub zmierz­chu ta­kich wy­obra­żeń o pro­ce­sie hi­sto­rycz­nym. Tak jak­by po­ja­wi­ły się w ca­łej ja­skra­wo­ści tyl­ko po to, by moc­no za­świe­cić ostat­ni raz przed zga­śnię­ciem. Co po ich zga­śnię­ciu zo­sta­ło? W na­pi­sa­nej w 1970 roku po­wie­ści Ży­cie jest gdzie in­dziej Mi­lan Kun­de­ra nie po­zo­sta­wia żad­nych złu­dzeń co do tego, że świat wró­cił w sta­re ramy, z któ­rych na chwi­lę wy­padł. Pi­sze:

"Stu­den­ci wy­ry­wa­ją kost­ki z bru­ku, prze­wra­ca­ją sa­mo­cho­dy, sta­wia­ją ba­ry­ka­dy; ich wej­ście w świat jest pięk­ne i ha­ła­śli­we, oświe­tlo­ne pło­mie­nia­mi i uczczo­ne wy­bu­cha­mi bomb łza­wią­cych. W o ile gor­szej sy­tu­acji był Rim­baud, któ­ry ma­rzył o ba­ry­ka­dach Ko­mu­ny Pa­ry­skiej, a nig­dy się na nie z Char­le­vil­le nie do­stał. Za to w roku 1968 ty­sią­ce Rim­bau­dów mają swo­je wła­sne ba­ry­ka­dy; sto­jąc za nimi, od­ma­wia­ją za­war­cia z do­tych­cza­so­wy­mi po­sia­da­cza­mi świa­ta ja­kie­go­kol­wiek kom­pro­mi­su. Eman­cy­pa­cja czło­wie­ka bę­dzie cał­ko­wi­ta albo jej nie bę­dzie.

Ale ki­lo­metr stąd, na dru­gim brze­gu Se­kwa­ny, do­tych­cza­so­wi po­sia­da­cze świa­ta da­lej pro­wa­dzą swe ży­cie i wrza­wa Dziel­ni­cy Ła­ciń­skiej do­cie­ra do nich je­dy­nie jako coś, co dzie­je się w od­da­li. Sen jest rze­czy­wi­sto­ścią, pi­sa­li stu­den­ci na mu­rze, ale zda­je się, że praw­da była po prze­ciw­nej stro­nie: ta rze­czy­wi­stość (ba­ry­ka­dy, prze­wró­co­ne drze­wa, czer­wo­ne sztan­da­ry) była snem"9.

Czy na pew­no tyl­ko snem?

Spo­śród idei i wy­obra­żeń oży­wia­ją­cych stu­denc­ką re­wol­tę na Za­cho­dzie i na Wscho­dzie chcę szcze­gól­nie wy­róż­nić ha­sło awan­gar­dy, nie­usta­ją­ce­go prze­kra­cza­nia tego, co jest, zmia­ny, od­no­wy. Nie in­te­re­su­je mnie hi­sto­ria tego po­ję­cia i jego bo­ga­tych użyć, dla­te­go da­ru­ję so­bie trud oma­wia­nia jego zmie­nia­ją­cych się zna­czeń - zwłasz­cza że li­te­ra­tu­ra teo­re­tycz­na na ten te­mat jest ol­brzy­mia. Cie­ka­wi mnie na­to­miast - i teo­re­tycz­nie, i hi­sto­rycz­nie - szcze­gól­ny mo­ment prze­si­le­nia idei awan­gar­dy, kie­dy to do­ko­nu­je się wpierw - w la­tach sześć­dzie­sią­tych - wy­nie­sie­nie tego po­ję­cia, a po­tem jego gwał­tow­na de­tro­ni­za­cja i de­pre­cja­cja. Awan­gar­da jest nie­od­łącz­nie zwią­za­na z no­wo­cze­snym wy­obra­że­niem hi­sto­rii, jest wręcz tego wy­obra­że­nia kwin­te­sen­cją. To­też pro­po­nu­ję, by ro­zu­mieć ją w zna­cze­niu i kon­tek­ście szer­szym od naj­czę­ściej sto­so­wa­ne­go, ści­śle es­te­tycz­ne­go ro­zu­mie­nia. Kon­tekst, jaki ofe­ru­ję w tej pra­cy, obej­mu­je:

1) dzia­ła­nia po­li­tycz­ne - tu awan­gar­da jest ide­al­ną per­ma­nent­ną re­wo­lu­cją, któ­ra do­ko­nu­je się rów­no­cze­śnie w kil­ku wy­mia­rach, oprócz po­li­ty­ki i hi­sto­rii tak­że w sfe­rze kul­tu­ry i an­tro­po­lo­gii;

2) sztu­kę oraz wszel­ką dzia­łal­ność in­te­lek­tu­al­ną, bę­dą­cą z ko­lei per­ma­nent­ną re­wo­lu­cją świa­do­mo­ści. Uwa­ża się je za waż­ne in­stru­men­ty roz­po­zna­wa­nia świa­ta i jego prze­mia­ny. Idea sztu­ki czy fi­lo­zo­fii, wy­prze­dza­ją­cej swój czas i świa­do­mość współ­cze­snych i kreu­ją­cej nowy ob­raz rze­czy­wi­sto­ści, w roku 1968 ist­nie­je w dość ści­słym związ­ku ze zna­ną je­de­na­stą tezą o Feu­er­ba­chu, w myśl któ­rej świat po­zna­je się po to, by go zmie­niać;

3) ar­ty­stów oraz my­śli­cie­li, któ­rzy uwa­ża­ni są za przy­wód­ców du­cho­wych, li­de­rów po­li­tycz­nych, za pra­wo­daw­ców lub in­ter­pre­ta­to­rów rze­czy­wi­sto­ści hi­sto­rycz­nej;

4) hi­sto­rię uję­tą w przej­rzy­sty sys­tem zmian, w któ­rym prze­zna­cze­niem po­li­ty­ki i sztu­ki jest roz­po­zna­wa­nie naj­wła­ściw­szej dro­gi do osta­tecz­ne­go celu, a rolą in­te­lek­tu­ali­stów jest uza­sad­nia­nie pra­wo­moc­no­ści lub słusz­no­ści owe­go roz­po­zna­nia.

Wy­róż­nia­jąc te czte­ry krę­gi pro­ble­mów, czte­ry kon­tek­sty, w ja­kich po­ja­wia­ła się awan­gar­da, kie­ro­wa­łam się lek­tu­rą ksią­żek i ma­ni­fe­stów pi­sa­nych przez pol­skich au­to­rów: po­etów, kry­ty­ków li­te­rac­kich lub pu­bli­cy­stów po­li­tycz­nych re­pre­zen­tu­ją­cych po­ko­le­nie '68. Lecz ra­cje, idee, oce­ny rze­czy­wi­sto­ści lub pro­po­zy­cje zmian kon­fron­to­wa­łam te­raz, po la­tach, za­rów­no z kli­ma­tem in­te­lek­tu­al­nym, z ja­kie­go wy­ra­sta­ły ów­cze­sne ma­ni­fe­sty, dia­gno­zy lub pro­gno­zy, jak i z obec­ny­mi sty­la­mi my­śle­nia, na­ce­cho­wa­ny­mi kry­tycz­nym, lub wręcz li­kwi­da­tor­skim sto­sun­kiem do no­wo­cze­sno­ści i awan­gar­dy.

Dziś kon­sta­tu­je­my, że roz­pa­dły się bądź roz­pa­da­ją na na­szych oczach daw­ne po­sta­ci ide­olo­gii oraz mo­ni­stycz­ne sys­te­my na­uko­we czy fi­lo­zo­ficz­ne, bę­dą­ce do nie­daw­na fun­da­men­tem na­szych wy­obra­żeń o świe­cie. Upa­dek mark­si­zmu i ko­mu­ni­zmu był naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny i dla­te­go wy­da­je się bar­dziej oczy­wi­sty. Nie są­dzę jed­nak, aby świa­dec­twem ży­wot­no­ści my­śli li­be­ral­nej i do­wo­dem jej hi­sto­rycz­nej wyż­szo­ści nad mark­si­zmem były gło­śne książ­ki Pau­la Ken­ne­dy'ego, Sa­mu­ela Hun­ting­to­na czy Fran­ci­sa Fu­kuy­amy. Wy­wo­dzą się one z tego sa­me­go źró­dła in­te­lek­tu­al­ne­go, co mark­sizm: z to­tal­nej, sys­te­mo­wej fi­lo­zo­fii oświe­ce­nia, z wiel­kiej nar­ra­cji he­gli­zmu, i świe­cą dziś świa­tłem od­bi­tym, owszem, dość moc­nym - ale czyż nie dla­te­go, że nie ma na ra­zie in­ne­go świa­tła, no­wej idei sca­la­ją­cej, ku któ­rej - pa­ra­dok­sal­nie? - zwra­ca­ją się in­te­lek­tu­ali­ści, choć za­ra­zem w jej po­ja­wie­nie się już nie wie­rzą?

Wie­lu współ­cze­snych my­śli­cie­li z ulgą przyj­mu­ją­cych, jak Jean-Fra­nço­is Lyotard, upa­dek wiel­kich nar­ra­cji, gło­si prze­cież na­dzie­ję, że nig­dy już nie po­ja­wią się żad­ne idee sca­la­ją­ce czy esen­cje tłu­ma­czą­ce wszyst­ko. Czy to moż­li­we? Póki co, wy­da­je się, że bar­dziej niż wia­ra w wy­zwo­le­nie od fi­lo­zo­fii "esen­cjal­nych", in­te­lek­tu­ali­stów oży­wia wciąż tę­sk­no­ta do nich i od­czu­wa­ją jako nie­zno­śne ży­cie bez kie­run­ku, w ru­pie­ciar­ni zde­mon­to­wa­nych po­jęć. Po­zby­wa­jąc się wiel­kich nar­ra­cji i ich wiel­kich złu­dzeń, po­wia­da­ją, od­że­gna­no się nie tyl­ko od do­gma­tycz­nej wia­ry w li­ne­ar­nie upo­rząd­ko­wa­ne dzie­je, za­koń­czo­ne szczę­śli­wym fi­na­łem. W tym nie by­ło­by nic złe­go, ale wraz z tą ilu­zją za­tra­co­no coś bar­dziej cen­ne­go, coś, ku cze­mu kie­ru­je się te­raz na­sza no­stal­gia - jest to za­in­te­re­so­wa­nie hi­sto­rycz­no­ścią ży­cia, od­wiecz­nym con­ti­nu­um, któ­re po­sia­da nie tyl­ko roz­cią­gnię­tą w cza­sie chro­no­lo­gię, oży­wia­ją­cą fa­bu­ły, lecz przede wszyst­kim głę­bię.

Kry­zys wiel­kiej nar­ra­cji uwol­nił nas, siłą rze­czy, od fe­ty­szu awan­gar­dy, któ­ra sens i ran­gę za­wdzię­cza­ła oświe­ce­nio­we­mu pro­jek­to­wi hi­sto­rii oraz He­glow­skiej fe­no­me­no­lo­gii, zmie­rza­ją­cej do wiel­kie­go fi­na­łu. Wraz z de­wa­lu­acją awan­gar­dy stra­ci­ła tak­że na war­to­ści wy­jąt­ko­wa rola ar­ty­stów oraz in­te­lek­tu­ali­stów, uwa­ża­nych za prze­wod­ni­ków i tłu­ma­czy rze­czy­wi­sto­ści. Re­zul­ta­tem tej de­pre­cja­cji oka­zał się po­waż­ny kry­zys au­to­ry­te­tów oraz kry­zys sa­mej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra wsku­tek roz­pro­sze­nia na wie­le nie­trwa­łych ob­ra­zów, wra­żeń, funk­cji, in­ter­pre­ta­cji za­czę­ła unie­waż­niać swój stan sku­pie­nia - do­stęp­ną zmy­słom ma­te­rial­ność, fi­zycz­ną obec­ność - i "od­rze­czy­wist­niać się" przy wy­dat­nej po­mo­cy no­wych, elek­tro­nicz­nych tech­nik ko­mu­ni­ko­wa­nia się.

Wy­si­łek in­te­lek­tu­al­ny zmie­rza­ją­cy do uchwy­ce­nia tych prze­mian jest na ra­zie mało po­cie­sza­ją­cy, gdyż dia­gno­zu­je je­dy­nie po­wszech­ną nie­moż­ność, nie­uży­tecz­ność, lub wręcz nie­bez­pie­czeń­stwo sca­la­nia świa­ta w jed­nej opo­wie­ści, uzna­wa­nej za źró­dło fa­na­ty­zmu, przy­mu­su i opre­sji. Wszak­że wbrew tym dia­gno­zom ta­kie opo­wie­ści wciąż po­wsta­ją - do­wo­dem ich ży­wot­no­ści są, wspo­mnia­ne już tu, gło­śne w świe­cie książ­ki Fran­ci­sa Fu­kuy­amy czy Sa­mu­ela Hun­ting­to­na - pra­ce par excel­len­ce hi­sto­rio­zo­ficz­ne w kla­sycz­nym, dzie­więt­na­sto­wiecz­nym sen­sie. Wiel­ki­mi nar­ra­cja­mi są wła­ści­wie wszyst­kie po­ja­wia­ją­ce się współ­cze­śnie (po upad­ku ko­mu­ni­zmu) dy­cho­to­micz­ne ob­ra­zy świa­ta, uję­te w ta­kich glo­ba­li­zu­ją­cych po­ję­ciach, jak the West and the Rest (Ki­sho­re Mah­bu­ba­ni), "wy­klę­ty lud zie­mi" Po­łu­dnia prze­ciw­sta­wio­ny bo­ga­tym spo­łe­czeń­stwom Pół­no­cy (Frantz Fa­non) czy "Dżi­had kon­tra McŚwiat" (Ben­ja­min R. Bar­ber). To ostat­nie prze­ciw­sta­wie­nie jest cie­ka­we, gdyż dy­cho­to­mię prze­strzen­ną, geo­gra­ficz­ną i eko­no­micz­ną prze­no­si do wnę­trza każ­dej kul­tu­ry, a tak­że w ży­cie każ­dej jed­nost­ki, we­wnętrz­nie roz­sz­cze­pio­nej mię­dzy ten­den­cje ujed­no­li­ca­ją­ce oraz in­dy­wi­du­ali­zu­ją­ce, mię­dzy zja­wi­ska ho­me­osta­zy w po­pkul­tu­rze, mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cjach, glo­bal­nym ryn­ku fi­nan­so­wym czy spo­łe­czeń­stwie sie­cio­wym z jed­nej stro­ny, a z dru­giej - roz­pra­sza­ją­ce siły "dżi­ha­du", bro­nią­ce nie­po­wta­rzal­nej tra­dy­cji lo­kal­nej, lo­kal­nych au­to­ry­te­tów, toż­sa­mo­ści ple­mien­nej i re­li­gij­nej. Pierw­sza z tych ten­den­cji umoż­li­wia jed­nost­kom (przy­najm­niej w teo­rii) swo­bod­ne po­ru­sza­nie się w prze­strze­ni pra­wie bez gra­nic, dru­ga - prze­ciw­nie - na­rzu­ca im przy­wią­za­nie i zo­bo­wią­za­nie. Nie­trud­no za­uwa­żyć, że jest to ob­raz rze­czy­wi­sto­ści wy­drą­żo­nej w środ­ku, ma­ją­cej tyl­ko obrze­ża, bie­gu­ny, po­mię­dzy któ­ry­mi - wła­śnie z po­wo­du owe­go wy­drą­żo­ne­go środ­ka - nie­moż­li­wa sta­je się, jak do­tąd, ja­ka­kol­wiek prze­ko­nu­ją­ca me­dia­cja, zdol­na wy­two­rzyć sens. A prze­cież jak dłu­go bę­dzie lu­dzi uwie­ra­ła świa­do­mość owej zie­ją­cej pust­ki, tak dłu­go bę­dzie żyła na­dzie­ja na jej za­peł­nie­nie i z otu­chą bę­dzie wi­ta­na każ­da opo­wieść sca­la­ją­ca to, co się roz­sy­pa­ło, i prze­rzu­ca­ją­ca most nad prze­pa­ścią po­mię­dzy bie­gu­na­mi prze­ci­wieństw.

Nie jest moim ce­lem szcze­gó­ło­wy opis tych do­nio­słych prze­mian współ­cze­snej kul­tu­ry ani ich war­to­ścio­wa­nie. Je­śli przy­po­mi­nam o nich, to je­dy­nie dla­te­go, aby za­kre­ślić moż­li­wie naj­szer­szy ho­ry­zont pro­ble­mów, w ja­kim po­ja­wiać się już dziś musi zja­wi­sko lo­kal­ne, któ­re­go po­czą­tek sym­bo­li­zu­je data i miej­sce: ma­rzec 1968, PRL.

Choć do­świad­cze­nie pol­skich stu­den­tów, de­mon­stru­ją­cych wów­czas prze­ciw wła­dzy, nie jest toż­sa­me z do­świad­cze­niem ich ró­wie­śni­ków na Za­cho­dzie, to błę­dem by­ło­by mó­wić o jego fun­da­men­tal­nej od­mien­no­ści. Naj­waż­niej­szym mo­men­tem jed­no­czą­cym po­ko­le­nie ca­łe­go glo­bu jest przej­ście przez roz­stęp cza­su od no­wo­cze­sno­ści do po­no­wo­cze­sno­ści, lub też - in­a­czej mó­wiąc - od sta­nu sku­pie­nia wy­obra­żeń o co­raz do­sko­nal­szym świe­cie do sta­nu ich roz­pra­sza­nia się, ero­zji, za­ni­ka­nia. Tego, rzecz ja­sna, nie da się za­uwa­żyć w mar­cu czy w maju, ale z per­spek­ty­wy lat, gdy blak­ną bar­wy lo­kal­ne­go cza­su, sta­ją się bar­dziej wi­docz­ne jego wspól­ne ramy. I te wła­śnie wspól­ne ramy hi­sto­rii ma­jąc na wi­do­ku, chcia­ła­bym opi­sać szcze­gól­ną pol­ską od­mia­nę przy­go­dy z hi­sto­rią.

Chcia­ła­bym wi­dzieć sym­bo­licz­ną datę 1968, obej­mu­ją­cą w isto­cie dzie­się­cio­le­cia, ra­czej jako mo­ment przej­ścia, de­kon­struk­cji i trans­for­ma­cji niż jako punkt zwrot­ny, ra­dy­kal­ne cię­cie w hi­sto­rii. Wła­ści­wie rok 1968 wciąż trwa, ży­je­my bo­wiem w świe­cie bę­dą­cym kon­se­kwen­cją za­ini­cjo­wa­nych wów­czas prze­mian świa­do­mo­ści. Te zaś, jak­kol­wiek wy­da­wa­ły się wie­lu trzę­sie­niem zie­mi, nie są by­najm­niej ab­so­lut­ną no­wo­ścią, za­po­wie­dzią po­cząt­ku, lecz ko­lej­nym prze­ta­so­wa­niem zna­nych idei, re­in­ter­pre­ta­cją i de­kon­struk­cją oświe­ce­nia, po­wro­tem i prze­my­śle­niem ar­gu­men­ta­cji jego kry­ty­ków. Im­pul­sy re­wi­zjo­ni­stycz­ne i kry­tycz­ne, któ­re na Za­cho­dzie po­ja­wi­ły się nie­dłu­go po tym, jak opa­dła fala bun­tów mło­dzie­żo­wych, w Pol­sce peł­niej za­czę­ły się ujaw­niać do­pie­ro po upad­ku PRL-u, na prze­ło­mie lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych. I trwa­ją do dziś.

Aby ujaw­nić jed­no­cze­sną obec­ność dwu róż­nych per­spek­tyw - wia­rę w kre­acyj­ną siłę awan­gar­dy i no­wo­cze­sno­ści oraz kry­zys tej wia­ry - na­le­ży, jak są­dzę, na tyle, na ile jest to moż­li­we, od­sło­nić i zde­rzyć ze sobą róż­ne punk­ty wi­dze­nia, z ja­kich pa­trzą uczest­ni­cy wy­da­rzeń 1968 roku oraz zdy­stan­so­wa­ny ob­ser­wa­tor. Na­le­ży wska­zać róż­ne źró­dła ich wie­dzy, ujaw­nić roz­bież­ne in­te­re­sy ich opo­wie­ści i od­mien­ne cele po­znaw­cze. Przede wszyst­kim jed­nak trze­ba za­cząć od przy­po­mnie­nia, w jaki spo­sób bun­tow­ni­cy roku 68 wy­twa­rza­li wo­kół sie­bie rze­czy­wi­stość, "swój czas", "swo­ją epo­kę", w jaki spo­sób opo­wia­da­li so­bie ten swój świat, ja­kie sta­wia­li mu py­ta­nia i ja­kich udzie­la­li od­po­wie­dzi. Ten, kto o nich pi­sze, sta­je się no­lens vo­lens zwią­za­ny ich opo­wie­ścią. Nie zna­czy to, że aby po­zo­stać jej wier­nym, musi być jej za­kład­ni­kiem. Prze­ciw­nie - musi uwol­nić się od niej na tyle, aby móc wska­zać jej ogra­ni­cze­nia, my­lą­ce tro­py, ale tak­że to, co sam dzie­dzi­czy po opo­wie­ści po­przed­ni­ków jako pew­ną, trwal­szą niż emo­cje, ska­zę świa­do­mo­ści, jako py­ta­nia i pro­ble­my waż­ne dla nie­go i dla jego cza­su.

O dy­le­ma­tach i trud­nych wy­bo­rach tych, któ­rzy pra­gną uchwy­cić nie­po­wta­rzal­ny kli­mat zda­rzeń, a za­ra­zem za­cho­wać wo­bec nich dy­stans umoż­li­wia­ją­cy po­zna­nie, traf­nie pi­sze Bro­ni­sław Bacz­ko: "Nie moż­na za­ra­zem wsiąść do pę­dzą­ce­go po­cią­gu i po­zo­stać na pe­ro­nie, ana­li­zo­wać se­ma­fo­ry, opi­sy­wać lo­ko­mo­ty­wę i, co naj­wy­żej, bar­dzo dys­kret­nie, po­ma­chi­wać chu­s­tecz­ką, ży­cząc pa­sa­że­rom szczę­śli­wej po­dró­ży"10.

To praw­da: ten, kto pa­trzy z pe­ro­nu, wi­dzi in­a­czej niż ten, któ­ry sie­dzi w środ­ku roz­pę­dza­ją­ce­go się po­cią­gu. Ale po­rów­na­nie tych punk­tów wi­dze­nia może być cie­ka­we i po­ucza­ją­ce! Dla­te­go war­to za­cho­wać obie per­spek­ty­wy: spoj­rze­nie z mo­je­go pe­ro­nu oraz ich, po­ko­le­nia '68, wi­do­ki z po­cią­gu. Wła­ści­wie jest jesz­cze trze­cia per­spek­ty­wa, bo ich punkt wi­dze­nia tak­że prze­miesz­cza się z cza­sem. Gdy po la­tach za­czy­na­ją opo­wia­dać nie­co inną opo­wieść o wy­da­rze­niach wcze­śniej prze­ży­wa­nych, to tak, jak­by sami już sta­li na pe­ro­nie i ob­ser­wo­wa­li po­ciąg uwo­żą­cy ich re­wo­lu­cyj­ną mło­dość.

Sta­ni­sław Ba­rań­czak, wspo­mi­na­jąc swój gło­śny ma­ni­fest Nieufni i za­du­fa­ni, mówi z dy­stan­sem, że pi­sał go mło­dzie­niec z siecz­ką po­jęć w gło­wie. A re­pre­zen­tan­ci fran­cu­skiej ge­ne­ra­cji '68, Jean-Lo­uis Mis­si­ka i Do­mi­ni­que Wol­ton, w roz­mo­wie ze swym by­łym wro­giem po­li­tycz­nym, a póź­niej­szym au­to­ry­te­tem, Ray­mon­dem Aro­nem, spo­wia­da­ją się ze swo­jej mło­dzień­czej fa­scy­na­cji mark­si­zmem i de­ter­mi­ni­stycz­ną wi­zją hi­sto­rii. Mó­wią: "Bez wąt­pie­nia ła­twiej było znieść okrop­no­ści pierw­szej po­ło­wy XX-tego wie­ku, woj­ny i re­wo­lu­cje, znaj­du­jąc opar­cie w ko­he­rent­nym sys­te­mie wy­ja­śnia­nia hi­sto­rii. Czyż­by bo­wiem hi­sto­ria mia­ła być ab­sur­dal­na? Trze­ba było od­na­leźć w niej sens, ukry­ty pod po­zo­ra­mi ab­sur­du"11. Lecz wła­śnie ów od­na­le­zio­ny sens szyb­ko oka­zał się okrut­ną ilu­zją. "Marks to GUŁag" - de­ma­sko­wał swo­je złu­dze­nia uwie­dzio­ny mark­si­zmem An­dré Gluck­smann (Ku­char­ka i lu­do­jad - tyt. oryg. La Cu­isi­ni?re et le Man­geur d'Hom­mes). Inny uwie­dzio­ny, Ber­nard-Hen­ri Lévy, kon­sta­to­wał, że mark­si­stow­ska obiet­ni­ca ładu oka­za­ła się tyl­ko ła­dem na­giej siły (Bar­ba­rzyń­stwo o ludz­kim ob­li­czu - tyt. oryg. La Bar­ba­rie a vi­sa­ge hu­ma­in).

Ta prze­obra­ża­ją­ca się opo­wieść po­ko­le­nia '68 o so­bie jest cie­kaw­sza od sa­mych wy­da­rzeń, ską­di­nąd do­kład­nie już zna­nych - i to ona bę­dzie jed­nym z głów­nych te­ma­tów tej książ­ki. Wpro­wa­dza­jąc dwie per­spek­ty­wy: uczest­ni­ków i ob­ser­wa­to­rów, chcia­ła­bym przed­sta­wić wie­dzę i świa­do­mość w ru­chu, nie­kom­plet­ną, nie­cią­głą, w uści­sku z du­chem cza­su, sta­le w oko­wach fał­szy­wej świa­do­mo­ści, bę­dą­cej złu­dze­niem per­spek­ty­wy: okien pę­dzą­ce­go po­cią­gu lub pe­ro­nu - ka­wał­ka sta­bil­ne­go grun­tu pod no­ga­mi.

Przy­po­mnę ba­nal­ne spo­strze­że­nie, że aby zin­ter­pre­to­wać, uczy­nić zna­czą­cy­mi zda­rze­nia, w któ­rych uczest­ni­czy­my, któ­re po­ru­sza­ją na­sze umy­sły i emo­cje, mu­si­my je wpierw wy­od­ręb­nić ze stru­mie­nia ży­cia i "sfa­bu­la­ry­zo­wać", uczy­nić przed­mio­tem opo­wie­ści. Fa­bu­ła jest ży­wio­łem wszech­obec­nym, nie­od­łącz­nym od ludz­kiej kon­dy­cji. Uży­wa­ją jej po­wie­ścio­pi­sa­rze w stop­niu nie­wie­le więk­szym niż in­te­lek­tu­ali­ści, ucze­ni, ide­olo­dzy, po­li­ty­cy, a tak­że rze­sze zwy­kłych "zja­da­czy kar­to­fli" - wszy­scy bo­wiem, aby zro­zu­mieć i wy­ja­śnić to, co się z ich ży­ciem dzie­je lub co się wy­da­rza wo­kół nich, ko­rzy­sta­ją ze zna­nych i do­brze oswo­jo­nych struk­tur nar­ra­cyj­nych.

Cała na­sza eg­zy­sten­cja, na­sza hi­sto­ria, jak po­wie­dział nie­gdyś fran­cu­ski ba­dacz, Paul Vey­ne, to ogrom­ne pole po­ten­cjal­nych in­tryg fa­bu­lar­nych12. Ład opo­wie­ści po­ma­ga po­rząd­ko­wać rwą­cy stru­mień zda­rzeń, po­twier­dza sens na­szych wy­bo­rów ży­cio­wych i za­an­ga­żo­wa­nia. Ide­olo­gie czy ha­sła po­li­tycz­ne tak­że nie­wie­le zna­czą, do­pó­ki nie wzmoc­ni ich au­to­ry­tet opo­wie­ści. Sło­wa Mark­sa czy Le­ni­na po­ry­wa­ły nie dla­te­go, że były "praw­dzi­we", że po­twier­dza­ły je fak­ty hi­sto­rycz­ne - nie, po­ry­wa­ją­ca była tyl­ko opty­mi­stycz­na opo­wieść o hi­sto­rii oswo­jo­nej i kon­tro­lo­wa­nej, jaką obaj opo­wia­da­li.

Fa­scy­nu­ją­ca przy­go­da lu­dzi, któ­rzy zmie­nia­ją rze­czy­wi­stość na mia­rę swej wie­dzy o niej, a wie­dzę tę po­wie­rza­ją wy­obra­że­niom przej­mu­ją­cym nad nimi wła­dzę, to zja­wi­sko od daw­na zna­ne i wie­lo­krot­nie w dzie­więt­na­stym i dwu­dzie­stym wie­ku opi­sy­wa­ne jako re­ifi­ka­cja, alie­na­cja, ide­olo­gia lub fał­szy­wa świa­do­mość. Te po­ję­cia - szcze­gól­nie ide­olo­gia i fał­szy­wa świa­do­mość - są tak­że waż­ny­mi bo­ha­te­ra­mi tej książ­ki. Mają one, jak wia­do­mo, ro­do­wód mark­si­stow­ski i przez dłu­gi czas z tym nur­tem my­śle­nia je wią­za­no, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki fun­da­men­tal­nej pra­cy Gy­ör­gy Lu­kác­sa Hi­sto­ria i świa­do­mość kla­so­wa, w któ­rej ide­olo­gia zo­sta­ła przed­sta­wio­na jako istot­ny pro­blem eu­ro­pej­skiej Be­wus­st­se­in­sphi­lo­so­phie.

To Ka­rol Marks od­krył, że nie ist­nie­je czy­sta świa­do­mość, a wszel­kie kon­struk­cje in­te­lek­tu­al­ne, zmie­nia­ją­ce się w toku dzie­jów, uwa­run­ko­wa­ne są in­te­re­sem spo­łecz­nym i by­to­wym kla­sy pa­nu­ją­cej lub tej, któ­ra dąży do zdo­by­cia wła­dzy. Tę re­la­cję mię­dzy by­tem a świa­do­mo­ścią na­zwał ide­olo­gią. En­gels po­ję­cie to sko­re­lo­wał z "fał­szy­wą świa­do­mo­ścią". Pi­sał: "Ide­olo­gia jest pro­ce­sem do­ko­ny­wa­nym przez tak zwa­ne­go my­śli­cie­la wpraw­dzie ze świa­do­mo­ścią, ale ze świa­do­mo­ścią fał­szy­wą. Wła­ści­we siły na­pę­do­we, któ­re nim kie­ru­ją, po­zo­sta­ją mu nie­zna­ne; in­a­czej prze­cież nie był­by to pro­ces ide­olo­gicz­ny"13.

W uję­ciu mark­si­stów ide­olo­gia nie ozna­cza­ła świa­do­me­go kłam­stwa, lecz nie­uchron­ną de­for­ma­cję po­zna­nia i wie­dzy, kla­so­we uwi­kła­nie po­zna­ją­ce­go pod­mio­tu. Z jed­nym, po­wszech­nie zna­nym, za­strze­że­niem: że uwi­kła­nie owo koń­czy się w mo­men­cie spo­łecz­nej eman­cy­pa­cji pro­le­ta­ria­tu. Ale w tym mo­men­cie koń­czy się tak­że hi­sto­ria, we­dług Mark­sa i jego uczniów. Kry­tycz­nych, de­mi­sty­fi­ku­ją­cych ana­liz tak zwa­nej "nad­bu­do­wy" klas pa­nu­ją­cych (świa­do­mo­ści spo­łecz­nej, wie­dzy teo­re­tycz­nej i w ogó­le ca­łej kul­tu­ry), po­łą­czo­nych z uto­pią wy­zwo­le­nia kla­sy ro­bot­ni­czej i ca­łej ludz­ko­ści, uży­wa­no przez wie­le dzie­się­cio­le­ci jako orę­ża po­li­tycz­ne­go w wal­ce o spra­wie­dli­wość spo­łecz­ną. Ide­olo­gia sta­ła się wów­czas jed­nym ze spo­so­bów de­za­wu­owa­nia po­li­tycz­nych ry­wa­li, wy­do­by­wa­niem na jaw ich "fał­szy­wej świa­do­mo­ści", chro­nią­cej naj­czę­ściej ich stan po­sia­da­nia i wła­dzę.

Ale to się za­czę­ło zmie­niać za spra­wą wiel­kich so­cjo­lo­gów ubie­głe­go wie­ku: Emi­la Dur­khe­ima, Mar­ce­la Maus­sa, Clau­de'a Lévi-Straus­sa, a przede wszyst­kim Maxa We­be­ra i Kar­la Man­n­he­ima. Dwaj ostat­ni uzna­li, że pro­blem ide­olo­gii jest po­wszech­ny i do­ty­czy wszel­kiej in­te­lek­tu­al­nej ak­tyw­no­ści. Lu­dzie bo­wiem, jak za­uwa­żył Max We­ber, zwy­kle od­no­szą swo­je za­cho­wa­nia do pew­nych, zmie­nia­ją­cych się wraz z cza­sem, wspól­nie wy­pra­co­wa­nych ko­dów: wy­obra­żeń i sym­bo­li, któ­re "ab­so­lu­ty­zu­ją" sens ich rze­czy­wi­sto­ści i mają dla nich zna­cze­nie, al­bo­wiem za ich po­śred­nic­twem wy­ra­ża­ją swo­je po­trze­by, na­dzie­je czy lęki. Na­tu­ral­nie ta­kie uję­cie ide­olo­gicz­no­ści, ozna­cza­ją­ce po­wią­za­nia mię­dzy sy­tu­acją spo­łecz­ną, hi­sto­rycz­ną a zbio­ro­wy­mi wy­obra­że­nia­mi o świe­cie, nie jest w żad­nej mie­rze de­pre­cjo­nu­ją­ce, tak po­ję­ta "fał­szy­wa świa­do­mość" ozna­cza po pro­stu sens uję­ty w sieć re­la­cji spo­łecz­nych, per­spek­ty­wicz­ność my­śle­nia. Ak­tyw­ność in­te­lek­tu­al­na nie od­by­wa się prze­cież w próż­ni, jest za­ko­rze­nio­na w miej­scu i cza­sie - i to jej za­ko­rze­nie­nie, uwa­run­ko­wa­nie wy­ra­ża się jako ide­olo­gicz­ność. Karl Man­n­he­im uwa­żał, że so­cjo­log ba­da­ją­cy prze­mia­ny wie­dzy czy wy­obra­żeń spo­łecz­nych, je­śli nie ma uprze­dzeń, może zo­ba­czyć w zmie­nia­ją­cych się ide­olo­giach "nie koń­czą­cy się stru­mień cią­gle prze­kształ­ca­ją­ce­go się ży­cia"14. Jest to tak­że mój cel.

Za­cho­wu­jąc za­tem pa­mięć o Mark­sow­skim ro­do­wo­dzie po­jęć ide­olo­gii czy fał­szy­wej świa­do­mo­ści, uży­wać ich będę jako na­rzę­dzi kry­ty­ki mark­si­zmu. Wszak jest on tyl­ko jed­nym z wie­lu spo­so­bów opi­sy­wa­nia świa­ta, jed­ną z wie­lu pro­po­zy­cji sen­su, i tak jak inne ide­olo­gie, pod­le­ga de­kon­struk­cji - a za­chę­ca do niej wła­sny­mi, po­wszech­nie zna­ny­mi sło­wa­mi: "byt okre­śla świa­do­mość". Mark­sizm w tej książ­ce to ku­li­sy, któ­re na prze­ło­mie lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych za­czę­ły się roz­su­wać i stop­nio­wo ujaw­niać wiel­kie "za­ple­cze", ma­szy­ne­rię sce­ny in­te­lek­tu­al­nej, jaką dla tego pro­jek­tu hi­sto­rii było oświe­ce­nie i no­wo­cze­sność.

Ide­olo­gia mark­si­zmu, któ­ra w la­tach sześć­dzie­sią­tych wy­da­wa­ła się le­wi­cu­ją­cym za­chod­nim in­te­lek­tu­ali­stom i bun­tow­ni­kom roku 1968 nie­prze­kra­czal­nym ho­ry­zon­tem cza­su, prak­ty­ku­ją­cym ją spo­łe­czeń­stwom Eu­ro­py Wschod­niej ob­ja­wia­ła się jako ja­ło­wy ruch my­śli i mar­twy se­zon w dzie­jach. Tu­taj nie­prze­kra­czal­ny ho­ry­zont ko­mu­ni­zmu miał inny cię­żar eg­zy­sten­cjal­ny niż na przy­kład we Fran­cji. Głód in­te­lek­tu­al­ny fran­cu­skiej le­wi­cy ła­two było za­spo­ko­ić (oszu­kać?) cza­ru­ją­co przy­rzą­dzo­ną Sar­tre'owską mie­szan­ką eg­zy­sten­cja­li­zmu, hu­ma­ni­zmu i ko­mu­ni­zmu, ser­wo­wa­ną w "Les Temps mo­der­nes". W PRL-u ko­mu­nizm zwy­kle nie był tak bo­ga­to gar­ni­ro­wa­ny, a nad po­si­la­ją­cy­mi się nim czu­wa­li mi­li­cjan­ci, pał­ka­mi przy­wo­łu­ją­cy do po­rząd­ku każ­de­go, kto wy­brzy­dzał lub mar­no­wał swój przy­dział stra­wy. Tę uboż­szą niż w "Les Temps mo­der­nes" wła­sną gar­kuch­nię, do­zo­ro­wa­ną przez par­tyj­nych ide­olo­gów i mi­li­cjan­tów, Po­la­cy na­zy­wa­li za Ste­fa­nem Ki­sie­lew­skim "dyk­ta­tu­rą ciem­nia­ków". Wy­ra­ża­li w ten spo­sób przy­gnę­bia­ją­ce po­czu­cie dzie­jo­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści i bez­na­dziej­no­ści, przy­mus go­dze­nia się z upo­ka­rza­ją­cym sta­tu­sem prze­gra­nych w hi­sto­rii, z do­tkli­wą praw­dą, że z po­jał­tań­skiej rze­czy­wi­sto­ści nie ma wyj­ścia, bo nikt już nie ze­chce umie­rać za Gdańsk, sko­ro w Jał­cie pro­blem Gdań­ska zo­stał raz na za­wsze tak po­myśl­nie dla Po­la­ków roz­wią­za­ny.

Po­ję­cie "hi­sto­rii" od­no­si się, jak wia­do­mo, do dwu róż­nych, nie da­ją­cych się ze­stro­ić rze­czy­wi­sto­ści. Jest to bo­gac­two form i tre­ści ży­cia, nie­moż­li­wa do uchwy­ce­nia w sło­wach jego płyn­ność, róż­no­rod­ność, do­wol­ność. Na ten w isto­cie swej nie­wy­ra­żal­ny fe­no­men eg­zy­sten­cjal­ny nasz umysł na­rzu­ca sieć kon­cep­tu­ali­za­cji, bo tyl­ko w taki nie­peł­ny i wiecz­nie nie­za­do­wa­la­ją­cy spo­sób mo­że­my zro­zu­mieć, upo­rząd­ko­wać i utrwa­lić ja­kiś waż­ny dla nas ob­szar wspól­ne­go do­świad­cze­nia. Wa­cław Be­rent, adept fi­lo­zo­fii ży­cia, któ­ry dość uważ­nie ba­dał wza­jem­ne re­la­cje obu tych rze­czy­wi­sto­ści w "opo­wie­ściach bio­gra­ficz­nych", okre­ślił je jako "bios" i "lo­gos" hi­sto­rii. Otóż w mo­men­tach zmierz­chu, kry­zy­su ujaw­nia­ją one swo­ją rów­no­cze­sną, wręcz de­mon­stra­cyj­ną obec­ność i nie­współ­mier­ność. Być może ob­ja­wia­ją nam się wów­czas jako nie­zwy­kle wy­ra­zi­ste i ma­ni­fe­sta­cyj­nie wręcz obce wła­śnie dla­te­go, że w ich nie­spo­dzie­wa­nie od­sło­nię­tej, de­mon­stra­cyj­nie jaw­nej obec­no­ści do­strze­ga­my przede wszyst­kim ich wza­jem­ną nie­prze­ni­kal­ność.

Wy­da­je mi się, że kie­dy opa­dła re­wo­lu­cyj­na go­rącz­ka roku 1968, Eu­ro­pa no­wo­cze­sna, a w kil­ka­na­ście lat póź­niej Pol­ska - bę­dą­ca za­ra­zem spre­pa­ro­wa­ną, ide­olo­gicz­ną no­wo­cze­sno­ścią PRL-u oraz in­te­li­genc­ką tę­sk­no­tą do "au­ten­tycz­nej" eu­ro­pej­skiej no­wo­cze­sno­ści - pę­kły od środ­ka i roz­pa­dły się na nie­współ­mier­ne i nie­prze­ni­kal­ne sfe­ry eg­zy­sten­cji i zna­czeń, roz­dzie­li­ły się na nie­okieł­zna­ny, cha­otycz­ny, sta­le dzie­ją­cy się "bios", ape­lu­ją­cy o na­zwę, de­fi­ni­cję, oraz na mar­twe już, nie­zdol­ne ab­sor­bo­wać no­wych tre­ści na­zwy i de­fi­ni­cje, na "lo­gos" zu­ży­ty i nie­przy­dat­ny. Czy to jest stan kry­zy­so­wy?

Wbrew po­wszech­nym i zba­na­li­zo­wa­nym już na­rze­ka­niom na kry­zys war­to­ści, zmierzch idei i tym po­dob­ne, wca­le nie jest ła­two ta­kie prze­ko­na­nie umo­ty­wo­wać. Wciąż jesz­cze uzna­je się na­sze cza­sy za no­wo­cze­sne (na­wet je­śli do­da­je się im przed­ro­stek "post-"), a te ży­wią się nie­ustan­nym ob­umie­ra­niem i nie­ustan­nym od­ra­dza­niem się - ów wcze­śniej nie­spo­ty­ka­ny w hi­sto­rii, nie­usta­ją­cy za­bieg od­mła­dza­ją­cy wpi­sa­ny jest w za­ło­ży­ciel­ski pro­jekt epo­ki pro­kla­mu­ją­cej wiecz­ną zmia­nę i no­wość. Nie wy­star­czy za­tem użyć ma­gicz­ne­go sło­wa "kry­zys" - książ­ka Je­rze­go Je­dlic­kie­go Świat zwy­rod­nia­ły ja­sno do­wo­dzi, że gdy­by wie­rzyć temu, co się my­śli i pi­sze, An­glia, pierw­sze no­wo­cze­sne pań­stwo, nę­ka­na by­ła­by tą cho­ro­bą nie­prze­rwa­nie od po­nad dwóch stu­le­ci, w cza­sie któ­rych zbu­do­wa­ła swo­ją im­pe­rial­ną po­tę­gę. Trze­ba więc py­tać o wy­jąt­ko­wy cha­rak­ter obec­ne­go kry­zy­su, o to, czy jest tyl­ko ko­lej­nym mo­men­tem przej­ścia w inny stan sku­pie­nia tre­ści, idei, form ży­cia i my­śle­nia (tak są­dzą obroń­cy pro­jek­tu no­wo­cze­sno­ści, mię­dzy in­ny­mi Jür­gen Ha­ber­mas, pod­kre­śla­ją­cy jego nie­wy­czer­pa­ne jesz­cze za­so­by in­spi­ra­cji), czy też rze­czy­wi­ście ak­tem ostat­nim umie­ra­ją­cej epo­ki, gru­dą zie­mi na jej trum­nę (jak z ko­lei są­dzi je­den z jej li­kwi­da­to­rów, Jean-Fra­nço­is Lyotard).

Waż­ne wy­da­je się zba­da­nie wza­jem­nych re­la­cji no­wo­cze­sno­ści z owym przed­rost­kiem "post-", któ­ry od wie­lu już lat od­bie­ra jej spo­kój i pew­ność sie­bie. Moż­na me­ta­fo­rycz­nie po­wie­dzieć, że cho­dzi o po­sta­wie­nie na­prze­ciw sie­bie dwu ry­wa­li­zu­ją­cych dziś "lo­go­sów" no­wo­cze­sno­ści: tego, któ­ry ufor­mo­wał się na po­cząt­ku z jej mi­tów za­ło­ży­ciel­skich, z fa­na­tycz­nej wia­ry w pięk­ny fi­nał hi­sto­rii i en­tu­zja­stycz­nej pra­cy dla przy­bli­że­nia tego upra­gnio­ne­go celu, i tego, któ­ry żywi się fał­szy­wą świa­do­mo­ścią oj­ców za­ło­ży­cie­li, że­ru­je na upa­dłych lub wy­na­tu­rzo­nych wia­rach i cią­gle wy­grze­bu­je z zie­mi za­tru­te ziar­na rzu­co­ne przez pierw­szych siew­ców. Ten lo­gos fun­du­je epo­ce za­wsty­dza­ją­ce i trud­ne do od­par­cia praw­dy li­kwi­da­tor­skie. Jest on w tej chwi­li zwy­cię­ski, ale prze­cież nie moż­na wy­klu­czyć, że za ja­kiś czas bę­dzie tak­że opi­sy­wa­ny z dy­stan­su jako ko­lej­na ma­ni­fe­sta­cja fał­szy­wej świa­do­mo­ści dzi­siej­szych "li­kwi­da­to­rów".

1968 - ów dziw­ny rok w hi­sto­rii Za­cho­du i Pol­ski, nie bę­dą­cej wów­czas jego czę­ścią - jest, jak będę sta­ra­ła się po­ka­zać, dra­ma­tycz­nym mo­men­tem, kie­dy to pięk­na i pew­na sie­bie epo­ka no­wo­cze­sna, pa­trząc na swo­je od­bi­cie w lu­strze prze­pły­wa­ją­cych zda­rzeń, chy­ba po raz pierw­szy przy­zna­ła, że głę­bo­ko wy­żło­bio­nych rys i pęk­nięć na jej ob­li­czu nie usu­nie już ża­den ide­olo­gicz­ny li­fting, że po­zo­sta­ną one na za­wsze oso­bli­wo­ścią jej wi­ze­run­ku. Zdu­mie­wa wszak­że to, że po ka­ta­stro­fach XX wie­ku, po dwóch woj­nach świa­to­wych i re­wo­lu­cjach, ogar­nia­ją­cych Eu­ro­pę i cały glob, po mi­lio­nach ofiar zło­żo­nych w imię po­stę­pu ludz­ko­ści to wła­śnie '68 - w re­la­cji do tam­tych wiel­kich wstrzą­sów czas w Eu­ro­pie ra­czej spo­koj­ny, ko­lej­ny rok so­lid­nej, mimo mło­dzie­żo­wej re­wol­ty i ro­dzą­ce­go się no­we­go ter­ro­ry­zmu, sta­bi­li­za­cji po­li­tycz­nej, kon­su­mo­wa­nia nad­wy­żek go­spo­dar­czej pro­spe­ri­ty - w od­czu­ciu wie­lu współ­cze­snych my­śli­cie­li wy­da­je się po­cząt­kiem ostat­nie­go aktu no­wo­cze­sno­ści, gru­dą zie­mi na jej grób. Przy tym zdu­mie­wa­ją­cym pa­ra­dok­sie tak­że chcia­ła­bym się w tej książ­ce przez chwi­lę za­trzy­mać.

Wy­da­je się, że po roku 68 za­czę­ły się ku­mu­lo­wać i na­war­stwiać na bie­żą­ce wy­da­rze­nia wszyst­kie ubocz­ne skut­ki po­stę­pu, wy­pie­ra­ne wcze­śniej ze zbio­ro­wej świa­do­mo­ści lub sub­li­mo­wa­ne w spe­cjal­nych, do­brze nam zna­nych sło­wach, ta­kich jak "wy­pa­cze­nia", "wy­na­tu­rze­nia", "śle­py tor", któ­re bro­ni­ły bez­grzesz­no­ści ide­al­ne­go pro­jek­tu przed nad­uży­cia­mi omyl­nych i grzesz­nych jego wy­ko­naw­ców. Z ko­lei zna­czą­cym sło­wem cza­sów po­no­wo­cze­snych sta­ło się "od­cza­ro­wa­nie", po­wtó­rzo­ne zresz­tą za oj­ca­mi za­ło­ży­cie­la­mi no­wo­cze­sno­ści, lecz tym ra­zem wy­mie­rzo­ne w samo jej ser­ce, w jej nie­za­chwia­ną wia­rę w do­ko­nu­ją­cy się po­stęp cy­wi­li­za­cyj­ny i po­wszech­ną eman­cy­pa­cję. To sło­wo ozna­cza wy­zby­wa­nie się wia­ry, ilu­zji oraz re­wi­zje i ob­ra­chun­ki my­śli­cie­li Za­cho­du z ich wła­sną tra­dy­cją. Ozna­cza tak­że ata­ki do­ko­ny­wa­ne z per­spek­ty­wy in­nych kul­tur, dla któ­rych uni­wer­sa­li­stycz­ne idee Za­cho­du ozna­cza­ły tyl­ko im­pe­rial­ną do­mi­na­cję i prze­moc (por. Edward Said, Orien­ta­lizm; Frantz Fa­non, Wy­klę­ty lud zie­mi).

Chcę za­cho­wać w tej książ­ce obie per­spek­ty­wy wi­dze­nia: wia­rę i dez­i­lu­zję, al­bo­wiem obie są dziś obec­ne w dys­ku­sjach o no­wo­cze­sno­ści. Ich wy­ra­zi­sta obec­ność w dzi­siej­szych de­ba­tach jest być może tak­że jed­nym z do­wo­dów na to, że na na­szych oczach coś się nie­odwo­łal­nie koń­czy i coś za­czy­na. Może to jest wła­śnie je­den z tych do­god­nych dla ba­da­cza mo­men­tów, kie­dy może on, ko­rzy­sta­jąc z istot­nych do­świad­czeń wła­sne­go cza­su, spoj­rzeć wstecz ku jego bliż­szej i dal­szej ge­ne­zie, od­two­rzyć ar­chi­tek­tu­rę po­jęć, idei, war­to­ści, wzor­ców ży­cia i spo­łecz­nej ak­tyw­no­ści, wśród któ­rych wzra­stał, i po­ka­zać, jak bu­dow­la wznie­sio­na we­dług tego pro­jek­tu stop­nio­wo prze­bu­do­wy­wa­ła się, w nie­któ­rych miej­scach roz­pa­da­ła i po­pa­da­ła w ru­inę, w in­nych od­kry­wa­ła i re­ali­zo­wa­ła to, cze­go bu­dow­ni­czy w pro­jek­cie nie za­uwa­żył lub po­mi­nął jako zbyt eks­tra­wa­ganc­kie lub nie­moż­li­we do speł­nie­nia.

Niech mi wol­no bę­dzie w ta­kim ra­zie wspo­mnieć o moim miej­scu w nar­ra­cji, jaką chcę tu za­pro­po­no­wać. Je­stem młod­sza od ani­ma­to­rów i ide­olo­gów roku 1968. Nie by­łam wów­czas stu­dent­ką, ani na­wet li­ce­alist­ką, więc ów burz­li­wy "czas wy­da­rzeń i wy­pad­ków" nie na­le­żał do mnie w tym sen­sie, że nie bra­łam w nim udzia­łu. Na tyle jed­nak był to czas dla mnie waż­ny i świa­do­mie prze­ży­ty, że mogę mó­wić: w ja­kiejś mie­rze ukształ­to­wał i mnie. Ale wła­śnie tyl­ko w ja­kiejś mie­rze. Gdy pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych i póź­niej mia­łam oka­zję sty­kać się z przed­sta­wi­cie­la­mi tej ge­ne­ra­cji w śro­do­wi­skach pod­ziem­nej kul­tu­ry nie­za­leż­nej czy po­li­tycz­nej opo­zy­cji, wów­czas do­świad­cza­łam - obok tego, co nas łą­czy­ło - dość ra­dy­kal­nej wła­snej od­mien­no­ści.

Była ona, jak są­dzę, re­zul­ta­tem mo­jej młod­szo­ści wła­śnie i tego, że poza le­gen­dą wspa­nia­łe­go roku 68 kształ­to­wa­ły mnie tak­że inne wzor­ce i war­to­ści. To one spra­wi­ły, że względ­nie szyb­ko i ła­two ule­głam kli­ma­tom od­cza­ro­wa­nia, dez­i­lu­zji, li­kwi­da­tor­skim ten­den­cjom po­no­wo­cze­sne­go my­śle­nia. Już wcze­śniej bo­wiem i w spo­sób nie­ja­ko na­tu­ral­ny, jesz­cze nie pod­da­ny in­te­lek­tu­al­ne­mu prze­two­rze­niu, były to po pro­stu moje kli­ma­ty. Wła­ści­wie po­twier­dzam tyl­ko od daw­na zna­ne spo­strze­że­nie Go­ethe­go z Dich­tung und Wahr­he­it, że wy­star­czy uro­dzić się o dzie­sięć lat wcze­śniej lub póź­niej, aby być kimś zu­peł­nie in­nym du­cho­wo. Ta in­ność wszak­że, jak wspo­mnia­łam, nie li­kwi­du­je tego, co wspól­ne lub po­dob­ne. To­też mam na­dzie­ję, że za­cho­wu­jąc od­mien­ność i dy­stans, mogę z po­żyt­kiem po­ku­sić się o inne niż do­tych­czas spoj­rze­nie na in­te­lek­tu­al­ną przy­go­dę po­ko­le­nia '68, dra­ma­tycz­ne zde­rze­nie mło­dych lu­dzi z ich cza­sem, z ide­ami wy­lan­so­wa­ny­mi przez pro­jek­to­daw­ców no­wo­cze­sno­ści lub awan­gar­dy (w po­dwój­nym, es­te­tycz­nym i po­li­tycz­nym sen­sie).

Pro­po­nu­ję nar­ra­cję bę­dą­cą w ja­kiejś mie­rze opo­wie­ścią bio­gra­ficz­ną, po­szu­ki­wa­niem mo­men­tów stycz­nych bio­su i lo­go­su hi­sto­rii, zbli­ża­niem lub od­da­la­niem ho­ry­zon­tów ich i mo­jej świa­do­mo­ści - w toku za­mie­ra­ją­cych lub gwał­tow­nie wzbie­ra­ją­cych dzie­jów w koń­ców­ce XX wie­ku, w toku roz­pa­da­ją­cej się sta­rej opo­wie­ści o świe­cie. Nie ukry­wam, że naj­bar­dziej zaj­mu­je mnie to, co ame­ry­kań­scy so­cjo­lo­go­wie Pe­ter L. Ber­ger i Tho­mas Luck­mann na­zwa­li ład­nie "ana­li­zą spo­łecz­ne­go two­rze­nia rze­czy­wi­sto­ści"15. Pra­gnę opi­sać spo­so­by, w ja­kie wy­twa­rza­li swój świat pol­scy po­eci, ar­ty­ści, po­li­ty­cy i pu­bli­cy­ści, zbior­czo okre­śle­ni jako "po­ko­le­nie '68". Wła­śnie to - nie sam wy­pre­pa­ro­wa­ny pro­jekt czy wi­zję kul­tu­ry, ale pro­ces po­wsta­wa­nia, wy­twa­rza­nia tego pro­jek­tu, bę­dą­cy w isto­cie po­zna­wa­niem uwa­run­ko­wań wła­sne­go my­śle­nia i dzia­ła­nia: tych ze­wnętrz­nych, po­li­tycz­nych lub bę­dą­cych dzie­dzic­twem tra­dy­cji kul­tu­ral­nej, oraz tych we­wnętrz­nych, pły­ną­cych z ogra­ni­czeń "ja" i da­ją­cych im­puls sa­mo­po­zna­niu i au­to­ek­spre­sji.

Przy­pa­dek spra­wił, że pra­wie rów­no­cze­śnie obej­rza­łam dwa od­mien­ne fil­my, w któ­rych opo­wia­da się ka­wał­ki zbio­ro­we­go ży­cio­ry­su po­ko­le­nia roku 1968. Je­den, Ak­to­rzy pro­win­cjo­nal­ni Agniesz­ki Hol­land, po­wtó­rzo­ny w te­le­wi­zji, po­wstał w Pol­sce pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych, a więc prze­szło dzie­sięć lat po wy­da­rze­niach mar­co­wych. Choć o tym się w fil­mie nie mówi, do­my­śla­my się, że bo­ha­te­ro­wie byli świad­ka­mi lub uczest­ni­ka­mi tych wy­da­rzeń, no­szą w so­bie jesz­cze żar­li­wość tam­te­go bun­tu, ale są już prze­gra­ni, zmę­cze­ni klę­ską, obez­wład­nie­ni bez­na­dziej­ną co­dzien­no­ścią. Obej­rza­ny po raz ko­lej­ny, w ćwierć wie­ku od po­wsta­nia, w wol­nym już kra­ju, ob­raz Hol­land wy­dał mi się bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cy i po­nu­ry niż w na­praw­dę po­nu­rym i przy­gnę­bia­ją­cym cza­sie ekra­no­we­go de­biu­tu, kie­dy wi­dzia­łam go po raz pierw­szy. Ude­rzy­ła mnie stę­żo­na bez­sil­ność mło­dych lu­dzi, któ­rych wście­kłość i bunt wy­da­wa­ły się da­rem­nym zu­ży­ciem ener­gii, nisz­czy­ły spon­ta­nicz­ne ży­cie, wy­pa­la­ły du­sze, lecz nie na­ru­sza­ły bez­li­to­sne­go sys­te­mu o bez­ter­mi­no­wym trwa­niu. Oglą­da­jąc te­raz, z dy­stan­su, Ak­to­rów prowin­cjo­nal­nych, wi­dzia­łam emo­cje w sta­nie wrze­nia, tłu­mio­ne, jak w go­tu­ją­cym się ko­tle, cięż­ką po­kry­wą, ale po­kry­wa już po­dry­gu­je, uno­si się i za­raz wy­le­ci w po­wie­trze pod ci­śnie­niem tego, co w środ­ku. I rze­czy­wi­ście - przy­szedł sier­pień roku 1980, po­zwa­la­jąc za­czerp­nąć tchu i dać uj­ście emo­cjom.

Dru­gi film, Ma­rzy­cie­le Ber­nar­do Ber­to­luc­cie­go, zo­stał zre­ali­zo­wa­ny w roku 2003, a więc trzy­dzie­ści pięć lat po ma­jo­wej re­wol­cie pa­ry­skich stu­den­tów, sta­no­wią­cej tło przed­sta­wia­nych zda­rzeń. Ty­tu­ło­wi "ma­rzy­cie­le" to mło­dzi lu­dzie pra­gną­cy żyć we­dług wła­sne­go pro­jek­tu. Wszak­że pro­jekt ów ry­su­je im się dość mgli­ście - cho­dzi mniej wię­cej o wol­ność, o pra­wo do nie­skrę­po­wa­ne­go wy­bo­ru form ży­cio­wej eks­pre­sji. Wbrew pięk­nej le­gen­dzie o roz­po­li­ty­ko­wa­nym pa­ry­skim maju, mie­sią­cu stu­denc­kich ba­ry­kad, kok­taj­li Mo­ło­to­wa i ha­seł per­ma­nent­nej re­wo­lu­cji, film Ber­to­luc­cie­go po­ka­zu­je, że bę­dą­cy za­rze­wiem re­wol­ty bunt prze­ciw tłu­mie­niu spon­ta­nicz­ne­go ży­cia i za­an­ga­żo­wa­nia ro­dzi się nie z po­wo­dów po­li­tycz­nych, lecz tkwi w kul­tu­rze i oby­cza­jach. Skrę­po­wa­ne for­my eks­pre­sji ży­cio­wej, któ­re mę­czą bo­ha­te­rów Ma­rzy­cie­li, to przede wszyst­kim stłu­mio­ny za­ka­za­mi oby­cza­jo­wy­mi, nie­do­zwo­lo­ny seks - żeby nie do­pu­ścić się ka­zi­rodz­twa, ro­dzeń­stwo wcią­ga w eks­cy­tu­ją­cą grę ero­tycz­ną na­iw­ne­go Ame­ry­ka­ni­na. Ten gi­rar­dow­ski trój­kąt sta­je się pre­tek­stem do opo­wie­ści o do­ra­sta­niu i po­zba­wia­niu się nie­win­no­ści: o utra­cie dzie­wic­twa oraz o bu­rze­niu złu­dzeń o lep­szym świe­cie i wy­zwo­lo­nym ży­ciu.

Ostat­nia sce­na, w któ­rej mło­dzi ma­rzy­cie­le wy­bie­ga­ją z do­stat­nie­go miesz­czań­skie­go domu, by przy­łą­czyć się do de­mon­stra­cji i ulicz­nej bi­twy z po­li­cją, spu­en­to­wa­na jest po­pu­lar­ną pio­sen­ką Edith Piaf - pie­śniar­ki bę­dą­cej wzor­co­wym wcie­le­niem in­no­ści, ale oswo­jo­nej przez ma­so­we me­dia, uzna­nej przez nie za esen­cję miesz­czań­skiej fran­cu­sko­ści. Jak­by Ber­to­luc­ci chciał po­wie­dzieć, że w isto­cie tyl­ko po­je­dyn­czy, wraż­li­wi lu­dzie tra­cą swo­je bez­grzesz­ne lata i z cza­sem spi­ja­ją go­rycz sa­mo­wie­dzy i dez­i­lu­zji, na­to­miast spo­łe­czeń­stwa za­wsze wszyst­ko zo­sta­wia­ją "po sta­re­mu", naj­bar­dziej bul­wer­su­ją­ce no­wo­ści wchła­nia­ją, ła­go­dzą i oswa­ja­ją w zna­nych i sze­ro­ko ak­cep­to­wa­nych for­mach, zbio­ro­wym wy­sił­kiem sta­ra­ją się przy­trzy­my­wać po­kry­wę na ko­tle, w któ­rym sta­le wrze.

Dzie­ła, tak od sie­bie od­le­głe w cza­sie i róż­ne nie tyl­ko sty­li­stycz­nie, ale i świa­to­po­glą­do­wo, mają jed­nak ze sobą coś wspól­ne­go. Od­sła­nia­ją nie­na­wiść mło­dych zre­wol­to­wa­nych stu­den­tów roku 68 do za­sta­ne­go sys­te­mu. Ów sys­tem na­le­ży ro­zu­mieć to­tal­nie: nie tyl­ko jako ustrój po­li­tycz­ny i pew­ną okrze­płą struk­tu­rę spo­łecz­ną, ale rów­nież jako wzor­ce ży­cia i za­wo­do­wej ka­rie­ry, po­wszech­nie ak­cep­to­wa­ne war­to­ści i skon­wen­cjo­na­li­zo­wa­ne re­la­cje mię­dzy­ludz­kie. Jak bar­dzo mu­sia­ły wy­da­wać się ob­łud­ne i nie­przy­sta­ją­ce do spo­so­bów od­czu­wa­nia ów­cze­snych dwu­dzie­sto­lat­ków, sko­ro gło­śno i do­bit­nie wy­ra­ża­li po­gląd, że nie na­le­ży wie­rzyć lu­dziom po trzy­dzie­st­ce. Jak bar­dzo świat ich ro­dzi­ców mu­siał być im nie­na­wist­ny, sko­ro zeń ucie­ka­li, a w nie­jed­nym fil­mie z tam­te­go cza­su speł­nia­li swe groź­ne pra­gnie­nia, aby pod­pa­lić go lub wy­sa­dzić w po­wie­trze. Po­tem zresz­tą ro­bi­li to na­praw­dę, an­ga­żu­jąc się w ru­chy ter­ro­ry­stycz­ne lat sie­dem­dzie­sią­tych.

Jest ta­jem­ni­cą cza­su, dla­cze­go na­gle w 1968 roku te okrze­płe, zda­wa­ło­by się, struk­tu­ry spo­łecz­ne, wzor­ce ży­cia i miesz­czań­skich ka­rier, nie­wie­le tyl­ko nad­szarp­nię­te przez wiel­kie woj­ny i re­wo­lu­cje XX wie­ku, na­gle zo­sta­ły pod­da­ne tak to­tal­nej i rów­no­cze­snej kry­ty­ce na "zgni­łym Za­cho­dzie", prze­ży­wa­ją­cym po woj­nie wiel­ki boom go­spo­dar­czy, oraz w po­st­nych, po­li­tycz­nie znie­wo­lo­nych i cy­wi­li­za­cyj­nie za­co­fa­nych "de­mo­lu­dach" (Pol­sce i Cze­cho­sło­wa­cji). Fak­tem jest jed­nak, że wie­lu wy­bit­nych pol­skich in­te­lek­tu­ali­stów (na przy­kład Le­szek Ko­ła­kow­ski) wi­dzia­ło wów­czas roz­dziel­nie nasz ma­rzec i ich maj, ak­cen­tu­jąc po­li­tycz­ną i psy­chicz­ną nie­ko­he­ren­cję: ich za­cza­ro­wa­nie mi­tem re­wo­lu­cji i na­sze od­cza­ro­wa­nie, ich du­cho­wy kry­zys i na­sze prze­bu­dze­nie do wol­no­ści.

W ich opi­nii re­wol­ta mło­dzie­ży za­chod­niej była zja­wi­skiem nie­zro­zu­mia­łym, nie­bez­piecz­ną za­ba­wą roz­ka­pry­szo­nych dzie­ci, wy­cho­wa­nych w do­stat­ku i znu­dzo­nych do­bro­by­tem (war­to pa­mię­tać, że inne zda­nie miał Je­leń­ski). Wśród przy­wód­ców pol­skich stu­den­tów do dziś zresz­tą po­ku­tu­je prze­ko­na­nie, że nasz bunt był po­li­tycz­nie doj­rzal­szy niż ma­jo­wa re­wol­ta w Pa­ry­żu16. Trud­no się z tym zgo­dzić, tym bar­dziej że - jak zo­ba­czy­my w na­stęp­nych roz­dzia­łach - do­kład­na lek­tu­ra ofi­cjal­nie pu­bli­ko­wa­nych ma­ni­fe­stów pol­skiej No­wej Fali z po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych nie po­twier­dza póź­niej na­by­te­go prze­ko­na­nia o de­fi­ni­tyw­nym ja­ko­by roz­sta­niu się tej ge­ne­ra­cji w mar­cu 1968 z mi­tem po­stę­pu i szczę­śli­wej re­wo­lu­cji. Co wię­cej, zda­je się po­twier­dzać ich re­wo­lu­cyj­ne złu­dze­nia. Nad­to zaś wy­po­wie­dzi na­szych mło­dych zbun­to­wa­nych in­te­li­gen­tów do­wo­dzą moc­no przez nich od­czu­wa­nej wspól­no­ty z ró­wie­śni­ka­mi z Za­cho­du.

To­masz Bu­rek pi­sał wów­czas w pa­te­tycz­nie za­ty­tu­ło­wa­nym ma­ni­fe­ście My, nasz ogrom­ny czas, nasz wiek dwu­dzie­sty o po­czu­ciu glo­bal­nej wspól­no­ty, łą­czą­cej wszyst­kich mło­dych lu­dzi, zbun­to­wa­nych prze­ciw po­dob­nie na ca­łym świe­cie po­strze­ga­nym i oce­nia­nym me­cha­ni­zmom alie­na­cji i spo­łecz­nej ma­ni­pu­la­cji: "Wy­da­rze­nia ostat­nich lat po­ka­za­ły, że cały świat, cały mło­dy my­ślą­cy świat, spo­łecz­no­ści stu­denc­kie przede wszyst­kim, ale nie tyl­ko, nie chce dać się wpę­dzić w sfunk­cjo­na­li­zo­wa­ny raj bez re­wo­lu­cyj­nych złu­dzeń, zor­ga­ni­zo­wa­ny i kie­ro­wa­ny so­cjo­tech­nicz­ny­mi me­to­da­mi przez ano­ni­mo­wych ma­ni­pu­la­to­rów"17.

W kil­ka lat póź­niej Ta­de­usz Ny­czek da­wał wy­raz po­dob­ne­mu prze­ko­na­niu - w ar­ty­ku­le Obu­dzi­łem się na­gle nagi pi­sał o łą­czą­cej mło­dych lu­dzi ca­łe­go świa­ta od­ręb­no­ści po­ko­le­nio­wej. Tam, na Za­cho­dzie, od­rzu­ca się spo­sób ży­cia na­rzu­co­ny przez spo­łe­czeń­stwo kon­sump­cyj­ne - za­uwa­ża mło­dy kry­tyk - tu, u nas, ne­gu­je się spo­sób ży­cia spo­łe­czeń­stwa wkra­cza­ją­ce­go na "nową dro­gę"18. Wspól­no­ta bun­tu była, jak wi­dać, waż­niej­sza wów­czas od róż­nic hi­sto­rycz­nych i po­li­tycz­nych. No cóż, praw­da jest, jak za­wsze, bar­dziej wie­lo­znacz­na i cie­kaw­sza niż he­ro­icz­na i opty­mi­stycz­na opo­wieść o pierw­szym w Pol­sce po­bi­tym po­ko­le­niu, któ­re­mu uda­ło się ode­grać na hi­sto­rii.

***

Punkt wi­dze­nia tej książ­ki - mój punkt wi­dze­nia - to tych kil­ku z No­wej Fali, któ­rzy szli po­tem ra­zem z Mich­ni­kiem i jego ko­le­ga­mi. To moje śro­do­wi­sko, nie tyl­ko przez związ­ki z cza­su pod­zie­mia z przy­ja­ciół­mi z KOR-u, "We­zwa­nia" czy "Ty­go­dni­ka Ma­zow­sze". Te związ­ki były z wy­bo­ru, a wy­bór taki spo­wo­do­wa­ny był tym, że wcze­śniej da­łam się uwieść paru książ­kom: Dzien­ni­ko­wi po­ran­ne­mu, Nie­uf­nym i za­du­fa­nym, Świa­tu nie przedsta­wio­ne­mu, no i Ak­to­wi uro­dze­nia Kry­nic­kie­go, któ­ry w sen­sie sym­bo­licz­nym stał się tak­że ak­tem na­ro­dzin mo­jej świa­do­mo­ści po­li­tycz­nej i ide­olo­gicz­nej.

Moż­na uznać, że ta książ­ka jest for­mą spła­ty dłu­gu - po raz dru­gi, bo po raz pierw­szy spła­ca­łam go w 1977 roku, gdy pi­sa­łam pra­cę ma­gi­ster­ską.

To tak­że spła­ta dłu­gu wo­bec ro­dzi­ców, od któ­rych po raz pierw­szy usły­sza­łam na­zwi­ska "ko­man­do­sów". Po raz dru­gi - w 1976 roku od Mat­ki, któ­ra po­wi­ta­ła mnie sło­wa­mi en­tu­zja­zmu: "To zno­wu oni, ci sami: Mich­nik, Blumsz­tajn..."

Uro­dzi­łam się i wy­cho­wa­łam w Ra­do­miu.

Rozdział pierwszy Pokolenie czapki studenckiej

1. PO­KO­LE­NIE - CO TO JEST?

Kon­cep­cja po­ko­leń jest naj­bar­dziej zna­na w na­szym li­te­ra­tu­ro­znaw­stwie w po­sta­ci, jaką jej nadał Ka­zi­mierz Wyka. Opra­co­wał ją, jak wia­do­mo, pod ko­niec lat trzy­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku, w "ści­słym związ­ku", jak sam za­zna­czał, z po­wsta­ją­cą wów­czas rów­no­le­gle książ­ką o mo­der­ni­zmie pol­skim. Pierw­szy roz­dział roz­pra­wy o ge­ne­ra­cjach - Roz­wój pro­ble­mu po­ko­le­nia - au­tor zdą­żył opu­bli­ko­wać w roku 1939 w "Prze­glą­dzie So­cjo­lo­gicz­nym". A po­tem przy­szedł gwał­tow­ny czas hi­sto­rii, któ­ra wraz z ar­mią Hi­tle­ra roz­po­czę­ła marsz nach Osten, by w kil­ka lat póź­niej, pod wo­dzą Sta­li­na, po­ma­sze­ro­wać w prze­ciw­nym kie­run­ku. Jed­ną z mi­lio­nów ofiar tego wiel­kie­go za­mę­tu był ma­szy­no­pis Po­ko­leń li­te­rac­kich - spło­nął w Kra­ko­wie we wrze­śniu 1939 wraz z do­rob­kiem Ju­lia­na Krzy­ża­now­skie­go (kwa­li­fi­ko­wał on książ­kę Wyki do dru­ku). Gdy usta­ły gwał­tow­ne ru­chy tek­to­nicz­ne dzie­jów, a kul­tu­ra pol­ska od­zy­ska­ła po sta­li­now­skim do­gma­ty­zmie stan względ­nej rów­no­wa­gi, w 1959 roku wy­da­no po raz pierw­szy Mo­der­nizm pol­ski - do tej edy­cji zo­stał włą­czo­ny roz­dział roz­pra­wy o po­ko­le­niach, prze­dru­ko­wa­ny z "Prze­glą­du So­cjo­lo­gicz­ne­go"1. Tak oto, z po­wo­dów nie­za­leż­nych od au­to­ra od­mło­dzo­na o dwa­dzie­ścia lat, kon­cep­cja po­ko­leń we­szła do ka­no­nu ba­dań hi­sto­rycz­no­li­te­rac­kich w Pol­sce - i w nie­zmie­nio­nej po­sta­ci do dziś cie­szy się u nas du­żym po­wa­ża­niem. W znacz­nej mie­rze wią­że się to za­pew­ne z wiel­kim pre­sti­żem dwóch wy­ra­zi­stych ge­ne­ra­cji, wzbu­dza­ją­cych po­wszech­ny sza­cu­nek: po­ko­le­nia mło­dych kon­spi­ra­to­rów i żoł­nie­rzy Pol­ski Pod­ziem­nej (na­zy­wa­ne­go przez pe­wien czas, od ty­tu­łu książ­ki Ro­ma­na Brat­ne­go, "po­ko­le­niem Ko­lum­bów") oraz młod­szych od nich zbun­to­wa­nych ar­ty­stów, pi­sa­rzy, pu­bli­cy­stów, okre­śla­nych jako po­ko­le­nie '56 i ko­ja­rzo­nych z po­li­tycz­nym prze­ło­mem Paź­dzier­ni­ka, de­sta­li­ni­za­cją i "od­wil­żą". W wy­ra­zi­stym cią­gu ge­ne­ra­cji hi­sto­rycz­nych chcie­li się tak­że wi­dzieć - i to im się uda­ło - stu­den­ci wy­stę­pu­ją­cy w mar­cu 1968 roku prze­ciw wła­dzy, zwłasz­cza zaś wy­wo­dzą­cy się spo­śród nich po­eci, kry­ty­cy, twór­cy te­atrów i ka­ba­re­tów, któ­rzy za­zna­cza­li swo­ją od­ręb­ność w kul­tu­rze, świa­do­mie po­słu­gu­jąc się ka­te­go­rią po­ko­le­nio­wo­ści, wzię­tą wprost z prac Wyki. Jest to chy­ba ostat­nie po­ko­le­nie, któ­re daje się jesz­cze (przy­najm­niej w pew­nej mie­rze) opi­sać we­dług tej ka­te­go­rii.

Opu­bli­ko­wa­na frag­men­ta­rycz­nie w la­tach sześć­dzie­sią­tych kon­cep­cja Wyki no­win­ką z całą pew­no­ścią nie była. Sam au­tor umiesz­czał ją w tra­dy­cji hu­ma­ni­sty­ki eu­ro­pej­skiej, się­ga­ją­cej co naj­mniej po­ło­wy XIX wie­ku. Ba­da­cze li­te­ra­tu­ry pol­skiej (jak wspo­mnia­łam) ko­rzy­sta­ją z niej jed­nak nie­zmien­nie do dziś. Albo wier­nie ko­piu­ją sta­no­wi­sko kra­kow­skie­go pro­fe­so­ra (Mał­go­rza­ta Szulc-Pac­ka­lén w roz­pra­wie o po­ko­le­niu '682), albo roz­py­cha­jąc ramy jego kon­cep­cji, mosz­czą so­bie miej­sce we­wnątrz nich po­mi­mo od­czu­wa­nej nie­wy­go­dy (Pa­weł Ro­dak w książ­ce o po­ko­le­niu wo­jen­nym3 czy Da­nu­ta Za­wadz­ka w pra­cy o "po­ko­le­niu klę­ski 1812 roku"4). My­ślę jed­nak, że na­le­ży już zmie­rzyć się z kwe­stią, czy kon­cep­cja Wyki może być jesz­cze dziś uży­tecz­na w ba­da­niach hi­sto­rycz­nych.

Aby na to od­po­wie­dzieć, trze­ba wró­cić do sta­re­go py­ta­nia o bio­lo­gicz­ną i du­cho­wą wi­tal­ność mło­do­ści, któ­ra spra­wia, że co pe­wien czas od­mie­nia się po­stać świa­ta. Bo tak wła­śnie - po­mię­dzy bio­lo­gią a psy­cho­lo­gią doj­rze­wa­ją­cych jed­no­stek, ich wiel­ką siłą twór­czą a zbio­ro­wym, spo­łecz­nym do­świad­cze­niem hi­sto­rii - wi­dział pro­blem Ka­zi­mierz Wyka. Sta­wiał zaś ten pro­blem we­dług kon­cep­cji odzie­dzi­czo­nej po nie­miec­kich ba­da­czach, spad­ko­bier­cach Le­opol­da Ran­ke­go lub Wil­hel­ma Dil­theya, a kon­cep­cję tę uzu­peł­niał (chy­ba nie­co sztucz­nie) o so­cjo­lo­gicz­ną per­spek­ty­wę (no­wość lat trzy­dzie­stych) Kar­la Man­n­he­ima. Po­nie­waż mam wąt­pli­wo­ści, czy moż­na dziś sto­so­wać z ca­łym do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza tę kon­cep­cję, za­cznę od spi­su owe­go in­wen­ta­rza.

Dla­te­go py­tam na po­cząt­ku o in­try­gu­ją­cą ba­da­czy wi­tal­ną siłę mło­do­ści zdol­nej od­mie­niać ob­li­cze świa­ta. Pi­sał o niej pa­te­tycz­nie Le­opold Ran­ke, wspo­mi­na­jąc ge­ne­ra­cję, któ­rej re­for­ma­tor­skie idee zdo­by­wa­ły na po­cząt­ku XVI wie­ku Eu­ro­pę i ra­dy­kal­nie zmie­nia­ły nie tyl­ko eu­ro­pej­ską hi­sto­rię. Pi­sał o niej tak­że Wil­helm Dil­they, gdy ob­ser­wu­jąc im­pul­sy in­te­lek­tu­al­ne prze­pły­wa­ją­ce wśród mło­dych nie­miec­kich ro­man­ty­ków, od­kry­wał ta­kie - jego zda­niem - współ­za­leż­no­ści du­cho­we, któ­re świad­czy­ły nie tyl­ko o po­dob­nej wraż­li­wo­ści i emo­cjo­nal­no­ści, ale tak­że o no­wej ja­ko­ści ide­owej, re­wol­tu­ją­cej na prze­ło­mie XVIII i XIX stu­le­cia całą nie­miec­ką (i nie tyl­ko nie­miec­ką) kul­tu­rę. Po­dą­ża­jąc ich tro­pem, Ka­zi­mierz Wyka - świa­dek nad­uży­wa­nia i ba­na­li­za­cji ter­mi­nu "po­ko­le­nie" w swo­ich cza­sach - prze­strze­gał, aby do­brze od­róż­niać wspól­no­tę "mło­do­ści li­te­rac­kiej", bę­dą­cą do­god­nym spo­so­bem na suk­ces, od rze­czy­wi­ście twór­czych ge­ne­ra­cji. A choć do­strze­gał wiel­kie za­so­by in­wen­cji w każ­dym rocz­ni­ku mło­dych lu­dzi, to za twór­cze po­ko­le­nia uwa­żał, jak wcze­śniej wy­mie­nie­ni au­to­rzy nie­miec­cy, tyl­ko te, któ­re świa­do­me swej "słusz­no­ści hu­ma­ni­stycz­nej", wal­czą o uzna­nie wła­snych "do­nio­słych tre­ści du­cho­wych" i od­no­szą w tej wal­ce suk­ces, to zna­czy na­rzu­ca­ją swo­je ra­cje ca­łej wspól­no­cie.

Twór­cze są za­tem te ge­ne­ra­cje, któ­re od­na­wia­ją kul­tu­rę, od­ży­wia­ją ją swym mło­dym du­chem, dają jej za­pał no­wych idei, war­to­ści. W ta­kim uję­ciu, na­zy­wa­nym przez Wykę hu­ma­ni­stycz­nym, no­wość, któ­rą ofe­ru­ją mło­dzi, wstę­pu­ją­cy w ży­cie lu­dzie, musi być nie tyl­ko swo­ista, wy­jąt­ko­wa, ale też prze­ło­mo­wa, wraz z nią musi się od­mie­niać spo­sób per­cep­cji świa­ta, epo­ka - zy­ski­wać pe­wien szcze­gól­ny, nie­po­wta­rzal­ny cha­rak­ter, a ster hi­sto­rii - zwy­kle wska­zy­wać od­chy­le­nie od do­tych­czas ob­ra­ne­go kie­run­ku. W tym uję­ciu po­ko­le­nie jest po pro­stu jed­nym z imion pro­ce­su, a ra­czej: po­stę­pu hi­sto­rycz­ne­go.

Ozna­cza to jed­nak, że nie każ­da ge­ne­ra­cja bio­lo­gicz­na osią­ga ran­gę ge­ne­ra­cji hi­sto­rycz­nej, nie każ­da od­ci­ska się w zbio­ro­wej pa­mię­ci czy le­gen­dzie. Wyka pi­sał: "[...] w każ­dym wła­ści­wie rocz­ni­ku mło­dych drze­mią moż­li­wo­ści prze­mian, ale tyl­ko  w y b r a n y m   r o c z n i k o m   s y t u a c j a   i d e o w a   e p o k i   p o d s u w a   m a t e r i a ł   p r z e m i a n. Tyl­ko wy­bra­ne rocz­ni­ki tra­fia­ją na mo­ment wy­czer­py­wa­nia się, osłab­nię­cia mi­ja­ją­cej sy­tu­acji, wzro­stu tę­sk­not za no­wo­ścią. Co jaki czas moż­li­wo­ści psy­chicz­ne drze­mią­ce w mło­dych zo­sta­ją uak­tyw­nio­ne i prze­mie­nio­ne na war­to­ści ide­owe, nie­po­wta­rzal­ne, tego nig­dy się nie da prze­wi­dzieć"5. Jesz­cze do­bit­niej niż Wyka wy­ra­ził tę myśl Jan Ga­re­wicz, twier­dząc au­to­ry­ta­tyw­nie: "Nie każ­de­mu jest dana przy­na­leż­ność do "po­ko­le­nia""6. Na­tu­ral­nie, ro­zu­miał przez tę przy­na­leż­ność na­sy­ce­nie bio­gra­fii waż­ny­mi, prze­ło­mo­wy­mi zda­rze­nia­mi hi­sto­rycz­ny­mi, zwią­za­nie jej z "du­chem cza­su".

Ów mo­ment cza­su, wy­mie­nia­ny jako istot­ny w kon­sty­tu­owa­niu się ge­ne­ra­cji, świad­czy o tym, że za jej ko­leb­kę uwa­ża się hi­sto­rię. W tra­dy­cji nie­miec­kiej mówi się o wiel­kich "wstrzą­sach du­cho­wych", bę­dą­cych re­zul­ta­tem "wiel­kich wy­da­rzeń i prze­mian", a po­ko­le­nie uzna­je się za me­dium idei, któ­re się z nich ro­dzą. "Die ge­ne­ra­tion ist eigen­tlich ein Aus­druck für ge­wis­se im Men­sche­nal­ter wirk­sa­me Ide­en" - pi­sał Le­opold Ran­ke7. Ści­sły zwią­zek po­mię­dzy hi­sto­rią, mło­do­ścią i no­wy­mi tre­ścia­mi kul­tu­ry w na­stęp­nym, XX stu­le­ciu okre­ślo­ny zo­stał mia­nem "prze­ży­cia po­ko­le­nio­we­go". Po raz pierw­szy użył tego po­ję­cia, jak wia­do­mo, Ju­lius Pe­ter­sen8, a w Pol­sce spo­pu­la­ry­zo­wał je Ka­zi­mierz Wyka. Do­okre­śla­jąc je, Jan Ga­re­wicz pi­sze, że za­wie­ra się w nim "przed­smak koń­ca świa­ta", ze­tknię­cie się lu­dzi ze sobą "w wa­run­kach ka­ta­stro­fy". Te dra­ma­tycz­ne oko­licz­no­ści, we­dług au­to­ra, od­sła­nia­ją przed mło­dy­mi, chłon­ny­mi umy­sła­mi wy­miar war­to­ści ab­so­lut­nych i spra­wia­ją, że prze­ży­cie po­ko­le­nio­we sta­je się ich "ini­cja­cją ak­sjo­lo­gicz­ną" - "zmu­sza rów­no­cze­śnie wszyst­kich człon­ków pew­nej spo­łecz­no­ści do opcji o cha­rak­te­rze mo­ral­nym. Jest pierw­szym zbio­ro­wym spo­tka­niem ze złem, a tym sa­mym tak­że z do­brem"9. Prze­ży­cie po­ko­le­nio­we jest za­tem to­tal­ne - to pięt­no, z któ­rym się po­tem żyje.

W tym uję­ciu, nie­za­leż­nie od róż­nic dzie­lą­cych ba­da­czy, po­ko­le­nia są swo­isty­mi "wy­pię­trze­nia­mi" hi­sto­rii, bo tyl­ko wów­czas, gdy w niej do­ko­nu­ją się istot­ne prze­mia­ny, po­ja­wia­ją się ge­ne­ra­cje, któ­re two­rzą o nich opo­wieść i świę­cie wie­rzą, że to same dzie­je tę opo­wieść im dyk­tu­ją. Z tym prze­ko­na­niem łą­czy się inne, że po­ko­le­nia to ko­niecz­ny "pło­do­zmian" kul­tu­ry, ta­jem­ni­cze miej­sce, w któ­rym łą­czy się bios i lo­gos - wszak za­siew no­wych ory­gi­nal­nych tre­ści, idei, wy­ra­sta na gle­bie hi­sto­rii, by po­tem przez dłu­gi czas oży­wiać i od­ży­wiać kul­tu­rę. Nie­miec­cy ro­man­ty­cy, a tak­że my­śli­cie­le z krę­gu fi­lo­zo­fii ży­cia utrzy­my­wa­li, że tym ide­om i tre­ściom du­cho­wym na­da­ją kształt wy­bit­ne jed­nost­ki, "ty­ta­ni du­cha". To dzię­ki nim ge­ne­ra­cje mają swo­je imio­na i po­zy­cję w hi­sto­rii. He­gel dał im na­zwę we­lt­ge­schich­tli­che In­di­vi­du­en, a ro­zu­miał przez to oso­bo­wo­ści, w któ­re wcie­lał się duch dzie­jów i od­sła­niał zna­cze­nie pew­ne­go frag­men­tu cza­su (epo­ki) w wiel­kiej ca­ło­ści zwa­nej hi­sto­rią. Wil­helm Dil­they oraz idą­cy w jego śla­dy Frie­drich Gun­dolf byli co praw­da kry­ty­ka­mi he­gli­zmu, ale pi­sząc bio­gra­fie wy­bit­nych jed­no­stek, w isto­cie do­cie­ka­li tej sa­mej co He­gel ta­jem­ni­cy - spo­tka­nia wiel­kich, twór­czych oso­bo­wo­ści, bę­dą­cych wy­ra­zi­cie­la­mi dą­żeń swych ge­ne­ra­cji, z cza­sem dzie­jo­wych prze­mian. Ta­jem­ni­cy tej nie daje się dys­kur­syw­nie wy­ja­wić. Tra­dy­cja nie­miec­ka, wy­wo­dzą­ca się z ro­man­ty­zmu, usi­łu­je ją za­wrzeć w mi­stycz­nym po­ję­ciu Volks­ge­ist, z ko­lei my­śli­cie­le z nur­tu fi­lo­zo­fii ży­cia sta­ra­ją się do niej przy­bli­żyć przez bio­gra­fie wy­bit­nych jed­no­stek wy­ty­cza­ją­cych świa­tu nowe ho­ry­zon­ty.

Trud­ny do za­ak­cep­to­wa­nia jest eks­klu­zy­wizm ta­kie­go uję­cia - prze­cież ze­gar bio­lo­gicz­ny wszyst­kim rów­no od­mie­rza czas od ko­leb­ki po grób, na­to­miast w hu­ma­ni­stycz­nym po­rząd­ku hi­sto­rii tyl­ko nie­któ­re ko­leb­ki i gro­by zo­sta­ją w szcze­gól­ny spo­sób wy­róż­nio­ne. Po­nie­waż prze­ło­my nie są co­dzien­nym chle­bem hi­sto­rii, prze­to ge­ne­ra­cje, któ­re nie mogą go spo­ży­wać, nie za­szczy­co­ne mia­nem twór­czych, zni­ka­ją po pro­stu w mierz­wie zda­rzeń, ska­za­ne przez hi­sto­ry­ków na bez­i­mien­ność. W bun­cie prze­ciw ta­kie­mu ro­zu­mo­wa­niu ob­ja­wia się dziś nie tyl­ko nasz żar­li­wy ega­li­ta­ryzm, ale i nie­chęć do nar­ra­cji li­ne­ar­nych, ste­ryl­nie esen­cjal­nych oraz sym­pa­tia do roz­ma­itych za­po­mnia­nych ję­zy­ków, nie­do­koń­czo­nych wąt­ków, zmar­no­wa­nych hi­sto­rycz­nych szans.

Przy­znaj­my bez hi­po­kry­zji: o ist­nie­niu bądź nie­ist­nie­niu twór­czej mło­do­ści, o tym, czy po­ko­le­nia są tyl­ko bio­lo­gicz­ne, czy tak­że hi­sto­rycz­ne, de­cy­du­ją nie ja­kieś ta­jem­ni­cze ko­in­cy­den­cje cza­su i oso­bo­wo­ści, lecz re­gu­ły opo­wie­ści, wy­twa­rza­ją­ce zbio­ro­wą pa­mięć i wie­dzę o rze­czy­wi­sto­ści. Pro­blem ge­ne­ra­cji hi­sto­rycz­nych, czy­li za­słu­żo­nych, po­zo­sta­ją­cych w dłu­giej pa­mię­ci kul­tu­ry, zro­dził się ra­zem z no­wo­cze­sno­ścią i jej opo­wie­ścią o świe­cie, wy­czu­lo­ną na róż­ni­cę, spór, wal­kę, dia­lek­ty­kę trwa­nia i zmia­ny. Nie­kwe­stio­no­wa­ną bo­ha­ter­ką no­wo­cze­sno­ści była hi­sto­ria - sfe­ra (jak ją wów­czas ro­zu­mia­no) sta­le do­ko­nu­ją­ce­go się ru­chu w przód, po­stę­pu cy­wi­li­za­cyj­ne­go, któ­re­go pra­wa na­le­ża­ło po­zna­wać, opi­sy­wać, ob­ja­śniać. Opo­wieść, któ­ra ogar­nia­ła cały pro­ces i tłu­ma­czy­ła wszyst­ko, na­zwa­na zo­sta­ła przez zi­ry­to­wa­ne­go jej py­chą Je­ana-Fra­nço­is Lyotar­da "wiel­ką nar­ra­cją". Wszyst­ko to jest już do­sko­na­le zna­ne, więc tyl­ko w wiel­kim skró­cie przy­po­mi­nam.

Wcho­dzą­ce w ży­cie po­ko­le­nia re­pre­zen­tu­ją w wiel­kiej nar­ra­cji "zmia­nę war­ty", są me­ta­fo­rą twór­czej róż­ni­cy, de­mon­stra­cyj­nej no­wo­ści, lecz może przede wszyst­kim sy­gna­łem oznaj­mia­ją­cym, jak usta­wio­ny jest ster pro­ce­su dzie­jo­we­go - bo prze­cież no­wość, choć jest od­no­wą, ulep­szo­nym dal­szym cią­giem tego, co trwa, jed­no­cze­śnie jest tak­że za­prze­cze­niem, moż­li­wo­ścią zmia­ny kie­run­ku. "Te­raź­niej­szość, któ­ra ro­zu­mie sie­bie w ho­ry­zon­cie no­wych cza­sów jako ak­tu­al­nie cza­sy naj­now­sze, musi od­twa­rzać akt ze­rwa­nia, od­dzie­la­ją­cy nowe cza­sy od prze­szło­ści, jako  c i ą g ł ą   o d n o w ę" - re­ka­pi­tu­lu­je ten styl my­śle­nia Jür­gen Ha­ber­mas10.

Po­nie­waż "cią­gła od­no­wa" nie do­ko­nu­je się w na­tu­ral­nym ryt­mie wy­mia­ny po­ko­leń, prze­to ge­ne­ra­cje hi­sto­rycz­ne, uzna­ne za ko­leb­kę lub (rza­dziej) grób pew­nych dłu­go­trwa­łych for­ma­cji, zja­wia­ją się w wiel­kiej opo­wie­ści zgod­nie z aryt­mią prze­ło­mo­wych zda­rzeń, aby do­ku­men­to­wać zna­czą­cy mo­ment przej­ścia: kon­flikt "daw­ne­go" i "no­we­go" oraz wal­kę o "re­flek­syj­ne uobec­nie­nie wła­sne­go sta­no­wi­ska w ho­ry­zon­cie ca­łej hi­sto­rii"11. Czas prze­ło­mo­wych zda­rzeń, choć na­zy­wa­my go hi­sto­rycz­nym, jest w isto­cie kon­wen­cjo­nal­nym po­rząd­kiem nar­ra­cji. Waż­ne daty wią­żą go nie tyle z rze­czy­wi­stą hi­sto­rią, ile z sym­bo­licz­ny­mi miej­sca­mi opo­wie­ści: jej po­cząt­kiem lub koń­cem. Jest to więc czas bar­dziej ry­tu­al­ny niż re­al­ny. Pa­ra­dok­sal­nie, rze­czy­wi­sty czas nie­prze­rwa­nej prze­mia­ny ży­cia i wy­mia­ny po­ko­leń po­mi­ja się zwy­kle w wiel­kiej nar­ra­cji jako bez­cza­so­we trwa­nie.

Za pierw­szą zre­wol­to­wa­ną mło­dzież, ini­cju­ją­cą spór po­ko­leń w obro­nie wła­snych "tre­ści du­cho­wych", uzna­je się ro­man­ty­ków. Pod­kre­ślam jed­nak raz jesz­cze: aby moż­li­wa była ka­rie­ra tego pierw­sze­go "po­ko­le­nia hi­sto­rycz­ne­go", to wpierw mu­sia­ła zo­stać do­ce­nio­na ran­ga sa­mej hi­sto­rii - do­me­ny nie­usta­ją­ce­go pro­ce­su, w toku któ­re­go ujaw­nia się cel osta­tecz­ny prze­mian i wiel­ki sens ludz­kiej wol­no­ści, przed­się­bior­czo­ści. Mu­siał zo­stać do­strze­żo­ny i do­ce­nio­ny czło­wiek jako jej pod­miot i głów­ny pro­ta­go­ni­sta. Wresz­cie - te zmia­ny mu­sia­ły za­owo­co­wać no­wym słow­ni­kiem. A ten two­rzył się co naj­mniej od po­cząt­ku XVIII wie­ku, od cza­su słyn­nej qu­erel­le des an­ciens et des mo­der­nes we Fran­cji. Fran­cu­ski spór "sta­ro­żyt­ni­ków" z "no­wo­żyt­ni­ka­mi" wy­prze­dzał, a pew­nie był tak­że pre­fi­gu­ra­cją wszyst­kich póź­niej­szych gło­śnych walk "mło­dych" i "sta­rych". Słow­nik ten osta­tecz­nie ukształ­to­wał się pod wpły­wem fi­lo­zo­fii He­glow­skiej: kry­tycz­nej, dia­lek­tycz­nej, do­ce­nia­ją­cej wagę spo­ru, za­prze­cze­nia, i z eu­fo­rią wi­ta­ją­cej każ­de "nowe cza­sy" jako waż­ny mo­ment od­no­wy oraz ko­lej­ny akt ujaw­nia­nia się osta­tecz­ne­go celu. Mło­dy He­gel do­ma­gał się od he­ro­sów tych cza­sów re­win­dy­ka­cji "przy­najm­niej teo­re­tycz­nej, skar­bów wy­prze­da­nych nie­bu jako wła­sno­ści na­le­żą­cej do lu­dzi", a za­czep­nym py­ta­niem: "któ­ra epo­ka bę­dzie mieć siłę, by sko­rzy­stać z tego pra­wa i wejść w ich po­sia­da­nie?", wy­ty­czał ko­lej­nym ge­ne­ra­cjom wspól­ny, da­le­ko­sięż­ny cel dą­żeń: wy­zwo­le­nie czło­wie­ka12.

Wie­lo­krot­nie to pod­kre­ślam, po­nie­waż uwa­żam, że w kon­cep­cji po­ko­le­nia na­zwa­ne­go przez Wykę "hu­ma­ni­stycz­nym" ta wła­śnie tra­dy­cja my­śle­nia i ten słow­nik - oczy­wi­ście ule­ga­ją­ce z cza­sem prze­obra­że­niom, pod­da­wa­ne kry­ty­ce, a na­wet po­waż­nie kwe­stio­no­wa­ne - są obec­ne. Po­ko­le­nie jest tu in­te­lek­tu­al­nym fe­ty­szem, ma­ni­fe­stu­je się w nim fa­scy­na­cja nie tyle mło­do­ścią, ile "fa­tal­ną siłą" hi­sto­rii - do­me­ną ludz­kiej wol­no­ści i twór­czo­ści, a za­ra­zem ob­sza­rem alie­na­cji i opre­sji. Nie jest rze­czą przy­pad­ku, że ter­mi­nem tym po­słu­gu­ją się przede wszyst­kim ci ba­da­cze, dla któ­rych ini­cja­cja kul­tu­ral­na ozna­cza­ła oswa­ja­nie świa­ta we­dług ma­try­cy wiel­kich opo­wie­ści i któ­rzy - w pew­nej mie­rze z tego wła­śnie po­wo­du (obok oso­bi­stych do­świad­czeń) - wi­dzie­li ży­cie jako do­me­nę nie cał­kiem wła­sną, przy­tło­czo­ną zda­rze­nia­mi, co ja­kiś czas ule­ga­ją­cą ca­ło­pa­le­niu w hi­sto­rii, by po­tem od­ra­dzać się z po­pio­łów.

Nie uwa­żam, że ge­ne­ra­cje to tyl­ko "za­łącz­ni­ki" do prze­ło­mo­wych zda­rzeń - taka opo­wieść o po­ko­le­niach chce nas uwieść wy­obra­że­niem ja­kiejś jed­no­li­tej ca­ło­ści spo­łecz­nej, cza­sem tak ogrom­nej jak ludz­kość, w któ­rej ku­mu­lu­ją się zbio­ro­we do­świad­cze­nia i któ­rą od cza­su do cza­su wstrzą­sa oczysz­cza­ją­cy kon­flikt po­ko­leń. A po­tem na­stę­pu­je uspo­ko­je­nie i uło­że­nie na nowo roz­sy­pa­nych frag­men­tów. Temu pro­ce­so­wi roz­pa­du i no­we­go po­rząd­ko­wa­nia to­wa­rzy­szy zwy­kle ko­ją­ca świa­do­mość, że ca­łość ist­nie­je jako im­pe­ra­tyw ludz­kie­go po­zna­nia i dą­że­nia do sen­su, i dla­te­go po każ­dym prze­ło­mie ca­łość tę nie tyl­ko moż­na, ale wręcz trze­ba od­bu­do­wy­wać. W od­bu­do­wie zaś po­moc­ne bywa po­ję­cie "po­ko­le­nia", bo dzię­ki nie­mu "hu­ma­ni­stycz­na słusz­ność" nie­wiel­kiej gru­py oka­zu­je się w koń­cu ożyw­czą ra­cją ca­łej zbio­ro­wo­ści, ocze­ku­ją­cej od­no­wy i dal­sze­go cią­gu. W grun­cie rze­czy jed­nak po każ­dym wiel­kim kon­flik­cie czy prze­ło­mie po­zo­sta­je co­raz mniej ca­ło­ści, mimo że wszy­scy ofiar­nie an­ga­żu­ją się w jej od­bu­do­wę. W koń­cu kur­czy się do tego stop­nia, że trze­ba szu­kać ra­tun­ku w no­wej opo­wie­ści. Wie­le wska­zu­je na to, że tak wła­śnie dzie­je się te­raz.

My­ślę więc, że na­le­ży z ostroż­no­ścią pod­cho­dzić do pro­ble­ma­ty­ki po­ko­le­nia, okre­ślo­nej przez Wykę mia­nem "hu­ma­ni­stycz­nej", zwłasz­cza do tak ra­dy­kal­nych sfor­mu­ło­wań, jak cy­to­wa­ne zda­nie Ga­re­wi­cza, że po­ko­le­nio­wość przy­tra­fia się tyl­ko nie­któ­rym, że jest "jak bu­rza w przy­ro­dzie"13, nie­co­dzien­nym i nie­spo­dzie­wa­nym "wy­ła­do­wa­niem" hi­sto­rii. Już zresz­tą Ka­zi­mierz Wyka uzna­wał kon­cep­cję po­ko­le­nia hu­ma­ni­stycz­ne­go, wro­śnię­tą w tra­dy­cję dil­they­ow­ską, za nie­wy­star­cza­ją­cą, choć nie­zwy­kle in­spi­ru­ją­cą, i po­szu­ki­wał dla niej do­peł­nie­nia w so­cjo­lo­gii, mię­dzy in­ny­mi w pro­po­zy­cji Kar­la Man­n­he­ima.

Obu tych ujęć nie da się bez­ko­li­zyj­nie po­go­dzić, je­śli każ­de weź­mie się z do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza. Ka­zi­mie­rza Wyki nie in­te­re­su­je jed­nak całe do­bro­dziej­stwo in­wen­ta­rza, lecz tyl­ko to, co w obu sty­lach my­śle­nia jest nie­an­ta­go­ni­stycz­ne i sprzy­ja sto­so­wa­niu po­ję­cia "po­ko­le­nie" jako ka­te­go­rii opi­so­wej, a może ra­czej "ope­ra­cyj­nej", moż­li­wej do wy­ko­rzy­sta­nia w każ­dym hi­sto­rycz­nym kon­tek­ście. Ale to nie w peł­ni się uda­je i po­słu­gu­jąc się tą ka­te­go­rią, ba­dacz sto­su­je dość zna­mien­ną dys­try­bu­cję sen­sów. Uży­wa jej w zna­cze­niu hu­ma­ni­stycz­nym zwy­kle wte­dy, gdy mówi o du­cho­wo­ści - o re­wol­tu­ją­cej, twór­czej sile mło­do­ści czy o "nie­zmien­no­ści pew­nych za­sad­ni­czych kształ­tów du­szy"14, od­róż­nia­ją­cej od sie­bie ko­lej­ne ge­ne­ra­cje. Na­to­miast opis so­cjo­lo­gicz­ny jest mu przy­dat­ny przede wszyst­kim wów­czas, gdy przed­sta­wia stra­te­gię i so­cjo­tech­ni­kę po­ko­le­nia, spo­so­by in­sta­lo­wa­nia się w zbio­ro­wej pa­mię­ci. Wy­da­je się, że dzię­ki ta­kiej roz­dziel­czo­ści zna­czeń kon­cep­cje Dil­theya i Man­n­he­ima nie wcho­dzą ze sobą w kon­flikt. Ale to po­zór tyl­ko - w isto­cie prze­cież słow­ni­ki obu nie­miec­kich my­śli­cie­li od­sy­ła­ją do ra­dy­kal­nie róż­nych wy­obra­żeń o rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej, któ­rej czę­ścią jest kul­tu­ra.

Otóż mó­wić o "du­chu kul­tu­ry", jak spad­ko­bier­cy tra­dy­cji Geisteswis­sen­scha­ften, zna­czy co in­ne­go niż mó­wić ję­zy­kiem so­cjo­lo­gów o spo­łecz­nym wy­twa­rza­niu rze­czy­wi­sto­ści (czy­li po­tocz­nej wie­dzy o niej). Mi­stycz­ny duch, uwiel­bio­ny przez ro­man­ty­ków, ra­czej nie roz­po­zna sie­bie w ana­li­zach de­mo­kra­tycz­ne­go spo­łe­czeń­stwa, któ­re­go oby­wa­te­le do­ko­nu­ją swo­bod­nych wy­bo­rów na ryn­ku kon­ku­ru­ją­cych idei. Wy­jąt­ko­wy cha­rak­ter po­ko­le­nia "hu­ma­ni­stycz­ne­go", w któ­rym jed­no­czy się w ta­jem­ni­czy spo­sób czas, miej­sce i wiel­ki czło­wiek, jest nie do po­go­dze­nia z opi­sem ra­czej ru­ty­no­wych niż wy­jąt­ko­wych pro­ce­sów so­cja­li­za­cji. Po­dob­nie jak ir­ra­cjo­nal­ne im­pul­sy cha­ry­zma­tycz­nych jed­no­stek są nie­po­rów­ny­wal­ne z ir­ra­cjo­nal­ny­mi pod­sta­wa­mi na­szych ra­cjo­nal­nych wy­obra­żeń o świe­cie. A już po­dej­rze­wa­nie "gi­gan­tów du­cha" o fał­szy­wą świa­do­mość, bę­dą­cą nie­uchron­nym złu­dze­niem cza­su, wy­da­je się gi­gan­tycz­nym nie­tak­tem po pro­stu.

Każ­dy z tych słow­ni­ków ofe­ru­je, jak wi­dać, inne my­śle­nie o rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej. Moż­na by po­wie­dzieć, że wi­zja Dil­theya jest nie­od­łącz­na od spo­łe­czeń­stwa z wy­raź­nie okre­ślo­ną i do­mi­nu­ją­cą w kul­tu­rze eli­tą in­te­lek­tu­al­ną - nie­licz­ną i eks­klu­zyw­ną, bę­dą­cą ary­sto­kra­cją du­cha. In­te­lek­tu­ali­ści uzna­wa­li wów­czas dzia­łal­ność w sfe­rze sym­bo­licz­nej za swój wy­łącz­ny przy­wi­lej - i rze­czy­wi­ście tę ak­tyw­ność moż­na by­ło­by, jak pi­sze Man­n­he­im, "uwa­żać za pry­wat­ne za­ję­cie tej gru­py, gdy­by nie to, że wraz z po­stę­pa­mi de­mo­kra­ty­za­cji, do po­li­tycz­nej i fi­lo­zo­ficz­nej dys­ku­sji włą­cza­ły się wszyst­kie war­stwy"15.

Au­tor Ide­olo­gii i uto­pii oraz jego na­stęp­cy opi­sy­wa­li pro­ce­sy wy­twa­rza­nia zbio­ro­wej wie­dzy w ta­kich wła­śnie spo­łe­czeń­stwach, w któ­rych kwe­stio­nu­je się do­mi­nu­ją­cą po­zy­cję daw­nych elit, pod­wa­ża wia­ry­god­ność ich wy­obra­żeń o świe­cie oraz pra­wo­moc­ność po­jęć i de­fi­ni­cji. Gdy kul­tu­ra sta­je się ryn­kiem de­mo­kra­tycz­nie do­stęp­nym dla wszyst­kich, po­ja­wia­ją się na nim lu­dzie nowi, in­te­lek­tu­ali­ści do wy­na­ję­cia, ry­wa­li­zu­ją­cy o wzglę­dy pu­blicz­no­ści. Kon­ku­ru­ją ze sobą tak­że tre­ści, idee, war­to­ści, co­raz czę­ściej na­zy­wa­ne "pro­duk­cją in­te­lek­tu­al­ną" i zrów­ny­wa­ne z in­ny­mi ro­dza­ja­mi wy­twór­czo­ści. Kie­dy zaś za­czy­na­ją współ­za­wod­ni­czyć róż­ne sty­le my­śle­nia czy prze­ży­wa­nia, wów­czas role za­re­zer­wo­wa­ne nie­gdyś dla wy­bit­nych jed­no­stek i ty­ta­nów du­cha, przej­mu­ją naj­czę­ściej ido­le ryn­ku: oku­pu­ją­cy ma­so­wą wy­obraź­nię po­li­ty­cy, pi­sa­rze, ar­ty­ści obok mi­lio­ne­rów, pio­sen­ka­rzy czy bok­se­rów.

Zja­wi­sko to wie­lo­krot­nie i na róż­ne spo­so­by zo­sta­ło już opi­sa­ne i nie ma po­wo­du po­wta­rzać po­wszech­nie zna­nych opi­nii na te­mat de­mo­kra­ty­zu­ją­cej się kul­tu­ry, jej uni­fi­ka­cji i try­wia­li­za­cji. Je­śli przy­po­mi­nam o tym, to dla­te­go, by zwró­cić uwa­gę, że w tak róż­nie za­kre­ślo­nych ra­mach spo­łecz­nych po­ja­wić się musi, siłą rze­czy, inne wy­obra­że­nie ge­ne­ra­cji oraz ich hi­sto­rio- i kul­tu­ro­twór­czej roli. Zresz­tą sama ta rola to tak­że waż­ny te­mat do prze­my­śle­nia. Jak ją te­raz de­fi­nio­wać, gdy wy­stę­pu­ją w niej - za­miast "prze­klę­tych ar­ty­stów" lub cha­ry­zma­tycz­nych pro­ro­ków - "kul­to­wi" twór­cy po­pkul­tu­ry? Czy mo­że­my bez uczu­cia nie­współ­mier­no­ści po­jęć i rze­czy mó­wić jesz­cze sło­wa­mi Dil­theya i Wyki, że ci bo­ha­te­ro­wie ko­lo­ro­wej pra­sy i na­szych cza­sów ucie­le­śnia­ją bunt w imię "słusz­no­ści hu­ma­ni­stycz­nej"? Jaki to bunt i jaka słusz­ność? Co one dziś ozna­cza­ją? Czy nie po­czu­je­my się za­że­no­wa­ni, gdy bę­dzie­my po­szu­ki­wać związ­ków mię­dzy "istot­ny­mi du­cho­wy­mi tre­ścia­mi" po­ko­le­nia a po­pu­lar­nym ko­mik­sem fil­mo­wym dla ma­so­wej wi­dow­ni, w któ­rym to po­ko­le­nie zo­ba­czy­ło i uwiel­bi­ło swój wi­ze­ru­nek me­dial­ny, bę­dą­cy sub­sty­tu­tem po­ko­le­nio­wej świa­do­mo­ści?

Aby unik­nąć ta­kiej dys­pro­por­cji słów i rze­czy, nie wy­star­czy sty­li­stycz­na ko­sme­ty­ka, za­stą­pie­nie sta­ro­świec­kich po­jęć współ­cze­sny­mi od­po­wied­ni­ka­mi. Wszak nie moż­na szu­kać od­po­wied­ni­ków dla rze­czy­wi­sto­ści nie­ist­nie­ją­cej. A prze­cież tej skon­cep­tu­ali­zo­wa­nej przez Ka­zi­mie­rza Wykę od daw­na już nie ma. Jego kon­cep­cja, ów miks tre­ści hu­ma­ni­stycz­nych i opi­su so­cjo­lo­gicz­ne­go - prze­my­śla­ny w la­tach trzy­dzie­stych - nie od­da­je już na­szych dzi­siej­szych wy­obra­żeń o po­ko­le­niu i jego roli w kul­tu­rze. Mam na my­śli nie tyl­ko ge­ne­ra­cje wcho­dzą­ce w ży­cie w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku, ale i te znacz­nie wcze­śniej­sze, tak­że te, o któ­rych pi­sał au­tor Po­ko­leń li­te­rac­kich, a któ­re my wi­dzi­my już in­a­czej, bo wie­le rze­czy wi­dzi­my już nie tak, jak jesz­cze wi­dział je Wyka.

Gdy przy­go­to­wy­wał swą roz­pra­wę dok­tor­ską o mo­der­ni­zmie, nie roz­po­zna­wał jesz­cze - i roz­po­znać prze­cież nie mógł, ogra­ni­czo­ny per­spek­ty­wą wła­sne­go miej­sca i cza­su - szcze­gól­ne­go cha­rak­te­ru de­mo­kra­ty­zu­ją­cej się kul­tu­ry, w któ­rej ry­wa­li­zu­ją ze sobą już nie tyl­ko róż­ne wy­obra­że­nia spo­łecz­ne czy świa­to­po­glą­dy, ale tak­że roz­ma­ite mar­ke­tin­go­we "fik­cje" lub "przed­sta­wie­nia", nie był mu zna­ny pro­ble­ma­tycz­ny sta­tus idei i war­to­ści w kul­tu­rze nie­usta­ją­ce­go spek­ta­klu ani spe­cy­ficz­na rola twór­cy, czy ra­czej "wy­twór­cy" sym­bo­li ma­so­wo uży­wa­nych lub "mi­to­lo­gii co­dzien­nych". Nie do­świad­czał rów­nież (może poza okre­sem woj­ny, któ­ry na­zwał "ży­ciem na niby") gło­du rze­czy­wi­sto­ści, jej ist­nie­nie po­rę­cza­ły prze­cież wiel­kie opo­wie­ści, wy­twa­rza­ją­ce wiel­ki sens. Sam zresz­tą był jed­nym ze straż­ni­ków tych opo­wie­ści.

Je­śli kon­cep­cja Ka­zi­mie­rza Wyki jest sta­ro­świec­ka i nie­wiel­ki z niej dziś po­ży­tek, to dla­cze­go po­świę­cam jej tyle uwa­gi? Głów­nie z tego po­wo­du, że wy­da­je się ona waż­nym ele­men­tem stra­te­gii po­ko­le­nio­wej mło­dych twór­ców wcho­dzą­cych w ży­cie li­te­rac­kie oko­ło roku 1968. Au­tor Mo­der­ni­zmu pol­skie­go do­star­czał im po­ży­tecz­nej wie­dzy o tym, jak się kreu­je po­ko­le­nie, oraz waż­nych ar­gu­men­tów za tym, że wspól­no­ta ró­wie­śni­ków złą­czo­nych po­dob­ny­mi dą­że­nia­mi ma szan­sę na­rzu­cić resz­cie spo­łe­czeń­stwa swo­ją "słusz­ność hu­ma­ni­stycz­ną" i roz­ru­szać w ten spo­sób za­mie­ra­ją­cą hi­sto­rię.

Przy­po­mnie­nie tej kon­cep­cji przy cha­rak­te­ry­sty­ce po­ko­le­nia '68 ma jesz­cze inną za­le­tę. Po­zwa­la uchwy­cić tę ge­ne­ra­cję - ostat­nią lub jed­ną z ostat­nich, ma­ją­cą jesz­cze za­ufa­nie do wiel­kiej nar­ra­cji i prze­ko­na­nej o od­no­wi­ciel­skiej roli zbun­to­wa­nej mło­do­ści - na skrzy­żo­wa­niu epok. Szcze­gól­na przy­go­da du­cho­wa tych mło­dych lu­dzi roz­gry­wa się bo­wiem jed­no­cze­śnie w kil­ku od­sło­nach no­wo­cze­sno­ści. Po pierw­sze, w kul­tu­rze mo­der­ni­stycz­nej, w któ­rej ak­cen­tu­je się wagę "no­wych cza­sów", wiel­kim sza­cun­kiem ota­cza się au­to­ry­te­ty i eks­klu­zyw­ne war­to­ści du­cho­we oraz ceni bun­tow­ni­ków, re­wo­lu­cjo­ni­stów, wy­ty­cza­ją­cych świa­tu dro­gi w przy­szłość. Po dru­gie, w PRL-u, gdzie ofe­ru­je się z jed­nej stro­ny ka­ry­ka­tu­ral­ne, pro­pa­gan­do­we wy­obra­że­nie "no­wych cza­sów" i pre­zen­tu­je Pol­skę Lu­do­wą jako ich kul­mi­na­cję, a z dru­giej - kon­ser­wu­je się zi­de­olo­gi­zo­wa­ną na­ro­do­wą prze­szłość, przed­sta­wia­jąc ją, w du­chu nie­lo­gicz­nej no­wo­mo­wy, jako "tra­dy­cję po­stę­po­wą". Wresz­cie po trze­cie, w kul­tu­rze ma­so­wej, po­pu­lar­nej - zra­zu wą­tłej i kon­tro­lo­wa­nej przez pań­stwo, a po roku 1989 na­rzu­ca­ją­cej wła­sne re­gu­ły (ryn­ko­we) ca­łej li­te­ra­tu­rze, sztu­ce, hu­ma­ni­sty­ce. Przej­ście z rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej do­mi­no­wa­ły war­to­ści eks­klu­zyw­ne oraz au­to­ry­te­ty in­te­lek­tu­al­ne i ar­ty­stycz­ne, do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej co­raz waż­niej­sze oka­zy­wa­ły się wskaź­ni­ki eko­no­micz­ne, ran­kin­gi oglą­dal­no­ści, po­czyt­no­ści czy me­dial­ne wi­ze­run­ki, było dla wie­lu twór­ców i uczest­ni­ków eli­tar­nej kul­tu­ry - tak­że dla eli­tar­ne­go li­te­rac­kie­go po­ko­le­nia '68 - do­świad­cze­niem szo­ko­wym.

In­te­re­su­ją­ce jest to, w ja­kiej mie­rze po­eci, kry­ty­cy, a tak­że li­de­rzy po­li­tycz­ni ge­ne­ra­cji Mar­ca zda­wa­li so­bie spra­wę z roz­sz­cze­pie­nia cza­su, w ja­kim żyli, i jak (sto­sow­nie do tej wie­dzy) pro­jek­to­wa­li swo­je role spo­łecz­ne. Py­ta­jąc o to, sta­je­my przed cie­ka­wym pa­ra­dok­sem: oka­zu­je się bo­wiem, że w tym kon­kret­nym przy­pad­ku Dil­they­ow­skie dzie­dzic­two (sil­nie obec­ne w kon­cep­cji Wyki) jest nie­wy­star­cza­ją­ce jako na­rzę­dzie opi­su po­ko­le­nio­wych do­świad­czeń, ale jed­no­cze­śnie jest nie­zbęd­ne. Z jed­nej stro­ny istot­nym ar­gu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym za nie­wiel­ką przy­dat­no­ścią tej tra­dy­cji jest dość znacz­ne osła­bie­nie, by nie po­wie­dzieć: upa­dek au­to­ry­te­tu wiel­kiej nar­ra­cji, któ­rej głów­nym te­ma­tem były wiel­kie pro­ce­sy i wiel­kie zmia­ny. Z dru­giej zaś stro­ny - jest nie­wąt­pli­wym fak­tem, że po­ko­le­nie '68 ini­cjo­wa­ło wiel­ką prze­mia­nę hi­sto­rycz­ną i uczest­ni­czy­ło w niej dla-tego wła­śnie, że po­zo­sta­wa­ło pod uro­kiem wiel­kich opo­wie­ści, oży­wia­ła je wia­ra w moc wiel­kich idei i re­wo­lu­cyj­nych przed­się­wzięć. Jak­kol­wiek wiel­kiej prze­mia­ny PRL-u w Trze­cią Rzecz­po­spo­li­tą nie da się opi­sać jako sztur­mu nie­po­kor­nej mło­dzie­ży, któ­ra w imie­niu ca­łej ludz­ko­ści "no­wo­ści po­trzą­sa kwia­tem" (prze­ciw­nie - było to wy­co­fa­nie się do form star­szych i spraw­dzo­nych), to prze­cież nie moż­na zi­gno­ro­wać fak­tu, że duży frag­ment tej przy­go­dy ro­ze­grał się w sta­rych de­ko­ra­cjach ro­man­tycz­ne­go re­wo­lu­cjo­ni­zmu, w to­na­cji emo­cjo­nal­nej na­rzu­co­nej przez Odę do mło­do­ści i Mię­dzy­na­ro­dów­kę.

Fa­scy­nu­ją­ce jest to, jak te sta­re de­ko­ra­cje i to­na­cje za­ła­my­wa­ły się pod na­po­rem no­wych tre­ści. Ich ist­nie­nie już w koń­cu lat sześć­dzie­sią­tych prze­czu­wał Zyg­munt Bau­man, gdy po­rów­ny­wał po­ko­le­nio­wą re­wol­tę roku 68 na Za­cho­dzie z tą w PRL-u. Do­świad­cze­nie pol­skich stu­den­tów wi­dział przez "sta­re" wy­obra­że­nia po­stę­pu dzie­jo­we­go. Pi­sał z pa­to­sem: "na sła­be, mło­dzień­cze bar­ki stu­den­tów spa­da cię­żar spo­łecz­ny nie­po­rów­na­nie po­tęż­niej­szy od tego, któ­ry przyj­mu­ją na swe ple­cy ich Za­chod­ni ko­le­dzy. Cohn-Ben­dit musi się po­rząd­nie na­mo­zo­lić, aby zgo­dzo­no się część cię­ża­ru hi­sto­rii zło­żyć tak­że na jego ple­cy. Na bar­ki war­szaw­skich stu­den­tów cię­żar hi­sto­rii spadł nie­pro­szo­ny"16. Jaki to cię­żar, au­tor ob­ja­śniał w in­nym miej­scu: "Tu na­praw­dę to­ru­je so­bie dro­gę so­cja­lizm przez wszyst­kie ba­rie­ry po­li­cyj­ne, tu na­praw­dę so­cja­lizm dąży do swe­go speł­nie­nia się w wol­no­ścio­wej, de­mo­kra­tycz­nej po­sta­ci. [...] Mło­dzi wkro­czy­li na pol­ską are­nę po­li­tycz­ną nie jako re­pre­zen­tan­ci swo­jej ka­te­go­rii wie­ku. Przy­szli tam jako przed­sta­wi­cie­le przy­szło­ści pol­skie­go na­ro­du"17. Gdzie in­dziej mó­wił zaś o mło­dych, zbun­to­wa­nych prze­ciw wła­dzy in­te­li­gen­tach jako "for­pocz­cie" czy "awan­gar­dzie na­ro­du".

Trud­no o wznio­ślej­sze wy­ło­że­nie po­ko­le­nio­wej "hu­ma­ni­stycz­nej ra­cji", bę­dą­cej ideą od­no­wi­ciel­ską ca­łej zbio­ro­wo­ści. Żeby tę ra­cję zro­zu­mieć, trze­ba wpierw po­znać - po­wia­dał Bau­man - "hi­sto­rię, eko­no­mi­kę, so­cjo­lo­gię i po­li­ty­kę"18 pol­ską, pod­czas gdy do zgłę­bie­nia przy­czyn za­chod­nich bun­tów stu­denc­kich wy­star­czy je­dy­nie zba­da­nie hi­sto­rii uni­wer­sy­te­tów. Zna­mien­ne, że do wy­ja­śnie­nia mło­dzie­żo­wych bun­tów na Za­cho­dzie ba­dacz uży­wał wy­łącz­nie "tech­nicz­nych" po­jęć so­cjo­lo­gii. Pi­sał o pro­ce­sie doj­rze­wa­nia: wy­cho­dze­nia z bli­skie­go krę­gu war­to­ści ro­dzin­nych i ad­ap­ta­cji do struk­tur za­wo­do­wych. Zu­peł­nie nie łą­czył pa­te­tycz­nej re­to­ry­ki re­wo­lu­cyj­nej, któ­rą tak chęt­nie po­słu­gi­wa­li się dwu­dzie­sto­let­ni za­chod­ni go­szy­ści i któ­ra była za­pew­ne efek­tem za­kłó­ceń pro­ce­su ad­ap­ta­cyj­ne­go, z eko­no­mią, so­cjo­lo­gią czy po­li­ty­ką kra­jów Eu­ro­py Za­chod­niej.

Ten nie­ko­he­rent­ny opis re­wol­ty w PRL-u i na Za­cho­dzie jest być może mi­mo­wol­nym ujaw­nie­niem nie­ko­he­ren­cji cza­sów: "do­ku­men­ty pol­skich bó­lów i pol­skich cier­pień" to świa­dec­twa od­ra­bia­nia spóź­nio­nych lek­cji hi­sto­rii no­wo­cze­snej, na­to­miast ma­ni­fe­sta­cje za­chod­nich ak­ty­wi­stów to wła­ści­wie zdy­stan­so­wa­nie się od hi­sto­rii - nie­kwe­stio­no­wa­nej bo­ha­ter­ki no­wo­cze­sno­ści - i ob­ser­wo­wa­nie "dys­funk­cjo­nal­nych re­zul­ta­tów spon­ta­nicz­ne­go pędu dzie­jo­we­go"19. Tro­piąc nie­ko­he­ren­cję cza­sów, ujaw­nio­ną w re­wol­tach stu­denc­kich po dwóch stro­nach że­la­znej kur­ty­ny, Bau­man nie znaj­do­wał jesz­cze sto­sow­ne­go ję­zy­ka dla tego, co róż­ne i nie­współ­mier­ne. Uży­wał po­jęć mark­si­stow­skich, dzię­ki któ­rym po­nad tym, co od­mien­ne, chciał zo­ba­czyć to, co jed­no­czą­ce - wspól­ną wszyst­kim mło­dym lu­dziom ideę bun­tu w imię przy­szłe­go, do­sko­nal­sze­go, spo­łe­czeń­stwa glo­bal­ne­go. W isto­cie jed­nak spra­wia­ła mu kło­pot ka­te­go­ria mło­de­go po­ko­le­nia. Z jed­nej stro­ny pod­kre­ślał jego ogrom­ną "kul­tu­ro­twór­czą i po­li­to­twór­czą" rolę dla na­ro­du i jego hi­sto­rii (co zna­my z tra­dy­cji Dil­theya i kon­cep­tu­ali­za­cji Wyki). Z dru­giej zaś - rolę tę osła­biał, gdy kładł na­cisk nie na kon­flikt, lecz na współ­ist­nie­nie w te­raź­niej­szo­ści wie­lu róż­nych po­ko­leń, ukształ­to­wa­nych przez róż­ne pro­ce­sy so­cja­li­za­cyj­ne. Tak o tym pi­sał: "W dzi­siej­szych cza­sach za­wrot­ne­go tem­pa roz­wo­ju tech­ni­ki, na­uki i form spo­łecz­nych i dy­fu­zji in­no­wa­cji żyją obok sie­bie po­ko­le­nia ukształ­to­wa­ne w wa­run­kach tak róż­nych, że od­mien­no­ści pro­ce­sów so­cja­li­za­cyj­nych gro­żą na­wet za­kłó­ce­niem ko­mu­ni­ka­cji wza­jem­nej: róż­ni­ce wa­run­ków so­cja­li­za­cji mię­dzy po­ko­le­nia­mi są dziś być może ostrzej­sze niż róż­ni­ce mię­dzy kla­sa­mi czy na­ro­da­mi w ło­nie jed­ne­go po­ko­le­nia. Ten fakt tłu­ma­czył­by, dla­cze­go bled­ną stop­nio­wo tra­dy­cyj­ne li­nie sa­mo­po­dzia­łów, a na ich miej­sce wy­su­wa się skłon­ność do sa­mo­okre­śla­nia się w po­ko­le­nio­wych wła­śnie ka­te­go­riach"20.

Ta ob­ser­wa­cja Bau­ma­na do­wo­dzi, że wi­dzi on po­ko­le­nie in­a­czej niż Wyka. Su­ge­ru­je co praw­da, że po­dział mię­dzy ge­ne­ra­cja­mi może w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku za­jąć miej­sce wcze­śniej­szych po­dzia­łów kla­so­wych, ale nie mówi o wy­ra­zi­stym kon­flik­cie hi­sto­rycz­nym "sta­rych" i "mło­dych", lecz sła­biej: o "za­kłó­ce­niu ko­mu­ni­ka­cji" (któ­re nie musi być od razu spo­rem lub wal­ką) po­mię­dzy wię­cej niż dwie­ma zan­ta­go­ni­zo­wa­ny­mi ge­ne­ra­cja­mi. Zmia­na po­jęć świad­czy o tym, że au­tor po­rzu­ca wy­obra­że­nie hi­sto­rii jako względ­nie jed­no­li­te­go, li­ne­ar­ne­go pro­ce­su, któ­ry to­czy się w przód dzię­ki twór­czym kon­flik­tom po­ko­leń, i za­nu­rza się tyl­ko w tym, co te­raź­niej­sze i jed­no­cze­sne: w licz­nych nie­współ­mier­nych do­świad­cze­niach, roz­ma­itych ję­zy­kach czy sty­lach ży­cia, ma­ni­fe­sto­wa­nych przez róż­ne po­ko­le­nia. W ta­kim uję­ciu ge­ne­ra­cje nie są już pseu­do­ni­ma­mi hi­sto­rycz­nej zmia­ny, lecz zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ny­mi gru­pa­mi, śro­do­wi­ska­mi, któ­re wcho­dzą ze sobą w roz­ma­ite re­la­cje rów­no­cze­sne i żad­na z tych re­la­cji nie do­mi­nu­je trwa­le nad in­ny­mi. W ta­kim ukła­dzie ko­mu­ni­ka­cji spo­łecz­nej mło­dość ozna­cza nie tyle ra­dy­kal­ną no­wość, co po pro­stu bu­dzą­cą za­cie­ka­wie­nie eks­cen­trycz­ną in­ność. To dość za­sad­ni­cza róż­ni­ca po­ję­cio­wa. Zda­ję so­bie spra­wę z tego, że wy­do­by­wam z wy­po­wie­dzi Bau­ma­na jej zna­cze­nia pod­skór­ne, po­ja­wia­ją­ce się bez­wied­nie pod tek­stem, w któ­rym naj­waż­niej­sze są re­lik­ty mark­si­stow­skie­go hi­sto­ry­cy­zmu: per­spek­ty­wa przy­szło­ści i lep­szych form cy­wi­li­za­cji, o któ­re wal­czą zbun­to­wa­ni stu­den­ci i w Pol­sce, i na Za­cho­dzie. Je­śli jed­nak wspo­mi­nam o tym, co pod­skór­ne, to dla­te­go, że, jak są­dzę, roz­dro­ża my­śle­nia Bau­ma­na są roz­dro­ża­mi cza­su oraz cie­ka­wym ar­gu­men­tem za tym, że oko­ło roku 1968 prze­ła­mu­je się styl my­śle­nia hi­sto­ry­cy­stycz­ne­go. W kon­cep­cji Wyki jesz­cze tego nie wi­dać, ale w po­ko­le­nio­wej au­to­re­flek­sji li­de­rów roku 68 - już tak.

Czy nie­co sztucz­nie włą­czo­na i sła­bo wy­ko­rzy­sta­na przez Wykę - świe­ża i no­wa­tor­ska w la­tach trzy­dzie­stych - so­cjo­lo­gia Kar­la Man­n­he­ima stwa­rza­ła­by więk­sze moż­li­wo­ści po­znaw­cze, gdy­by ba­dacz ze­chciał po­świę­cić jej wię­cej uwa­gi? Trud­no od­po­wia­dać za au­to­ra, któ­ry z ja­kichś po­wo­dów nie czer­pał z do­strze­żo­nych przez sie­bie moż­li­wo­ści. Nie wy­pa­da tak­że pod­po­wia­dać mu po la­tach lep­szych roz­wią­zań, tym bar­dziej że re­we­la­cyj­na nie­gdyś pro­po­zy­cja Man­n­he­ima dziś wy­da­je się cie­ka­wa ra­czej jako im­puls, kie­ru­nek my­śle­nia niż jako go­to­wy wzo­rzec do wy­ko­rzy­sta­nia.

Z pew­no­ścią jed­nak wiel­ką jej za­le­tą jest po­ło­że­nie na­ci­sku na ce­chy róż­ni­cu­ją­ce, uwy­dat­nia­ją­ce od­mien­no­ści nie tyl­ko mię­dzy ge­ne­ra­cja­mi, ale przede wszyst­kim we­wnątrz nich, w po­ko­le­nio­wej syn­chro­nii. Głę­bia cza­su, dia­chro­nia od­kry­wa­na w te­raź­niej­szo­ści, łą­czy kon­cep­cję Man­n­he­ima z hi­sto­ry­cy­zmem wiel­kiej nar­ra­cji, lecz sil­nie uwy­dat­nia­ne ele­men­ty róż­ni­cu­ją­ce dra­stycz­nie zry­wa­ją z li­ne­ar­ną, to­ta­li­zu­ją­cą opo­wie­ścią no­wo­cze­sno­ści i roz­ry­wa­ją ją na mniej­sze nar­ra­cje. Tech­nicz­na, "ope­ra­cyj­na" na­zwa "zwią­zek po­ko­le­nio­wy" (Ge­ne­ra­tion­szu­sam­men­hang) do­brze od­da­je nie­jed­no­li­tość i luź­ny, re­la­cyj­ny cha­rak­ter wię­zi mię­dzy licz­ny­mi gru­pa­mi we­wnątrz tego związ­ku. Gru­py te, nie­wiel­kie i bar­dziej spój­ne, złą­czo­ne wspól­ny­mi ide­ami czy dą­że­nia­mi, Man­n­he­im na­zy­wa "jed­no­ścia­mi po­ko­le­nio­wy­mi" (Ge­ne­ra­tion­se­in­he­iten). Róż­nią się mię­dzy sobą, nie­raz ra­dy­kal­nie, po­sta­wa­mi i spo­so­ba­mi re­ak­cji na to, co wspól­ne wszyst­kim - a wspól­ne, hi­sto­rycz­nie okre­ślo­ne, jest "po­ło­że­nie po­ko­le­nia" w cza­sie (Ge­ne­ra­tion­sla­ge­rung)21. Zna­mien­ne jest okre­śla­nie nie­po­wta­rzal­ne­go, hi­sto­rycz­ne­go cha­rak­te­ru po­ko­le­nia przez jego po­ło­że­nie w cza­sie: nie­za­leż­ne od woli, zde­ter­mi­no­wa­ne sa­mym tyl­ko fak­tem na­ro­dzin. Jest ono źró­dłem pod­świa­do­mych wspól­nych emo­cji, po­dob­nych spo­so­bów mó­wie­nia i my­śle­nia, sło­wem - wie­dzy przed­re­flek­syj­nej, z któ­rej wy­ła­nia się po­tem (w spo­rze, ry­wa­li­za­cji idei) zbio­ro­wa świa­do­mość po­ko­le­nia. Ten aspekt ge­ne­ra­cyj­nej przy­na­leż­no­ści po­rów­nu­je nie­miec­ki so­cjo­log do po­ło­że­nia kla­so­we­go, któ­re­go tak­że się nie wy­bie­ra. Po­dob­nie jak kla­sy, okre­śla on "jed­no­ści po­ko­le­nio­we" po­przez wza­jem­ne re­la­cje (róż­ni­cę, nie­chęć, kon­flikt - jest to oczy­wi­ście dzie­dzic­two Mark­sa).

Pol­ski so­cjo­log Jó­zef Cha­ła­siń­ski, au­tor pra­cy Mło­de po­ko­le­nie chło­pów, wy­róż­nik ge­ne­ra­cyj­ny sto­su­je ra­zem z kla­so­wym22. W jego uję­ciu kla­so­wość sta­je się szcze­gól­ną dia­chro­nią - być mło­dym chło­pem to nie tyl­ko zaj­mo­wać okre­ślo­ne miej­sce w spo­łe­czeń­stwie tu i te­raz, nie tyl­ko być współ­cze­śnie "mło­dym" w kon­flik­cie ze "sta­ry­mi", ale być jed­no­cze­śnie "mło­dym" i "mło­dym chło­pem" w spo­rze ze wszyst­ki­mi "sta­ry­mi" i ze "sta­rym chłop­stwem", ujaw­niać w pew­nej po­ko­le­nio­wej syn­chro­nii głę­bię cza­su - wła­sną hi­sto­rię i tra­dy­cję, od­mien­ną od hi­sto­rii i tra­dy­cji in­nych klas czy grup spo­łecz­nych. Książ­ka Cha­ła­siń­skie­go ro­dzi po­ku­sę, aby roz­bi­jać ujed­no­li­co­ną wspól­no­tę me­try­kal­nych ró­wie­śni­ków na wie­le nie­syn­chro­nicz­nych wzglę­dem sie­bie wspól­not, okre­ślo­nych ty­leż przez jed­no­czą­ce prze­ży­cie po­ko­le­nio­we, co przez spe­cy­ficz­ną hi­sto­rię klas, warstw, for­ma­cji du­cho­wych i tym po­dob­nych, do któ­rych się przy­na­le­ży.

Po­dob­ne­go od­kry­cia do­ko­nał Leon Krucz­kow­ski w po­wie­ści Kor­dian i cham z 1932 roku. Pod­dał tu dość bru­tal­nej re­wi­zji po­wsta­nie li­sto­pa­do­we i woj­nę z Ro­sją. Re­zul­ta­tem było, mię­dzy in­ny­mi, za­kwe­stio­no­wa­nie pod­ręcz­ni­ko­wej wie­dzy, przed­sta­wia­ją­cej "dni krwi i chwa­ły" jako prze­ży­cie po­ko­le­nio­we pol­skich ro­man­ty­ków. Pi­sarz roz­war­stwił to prze­ży­cie na dwa ra­dy­kal­nie róż­ne i nie da­ją­ce się zsyn­chro­ni­zo­wać do­świad­cze­nia hi­sto­rii, przed­sta­wio­ne w ty­tu­ło­wych me­ta­fo­rach: ro­man­tycz­ne­go, in­te­li­genc­kie­go Kor­dia­na i ple­bej­skie­go, nie-ro­man­tycz­ne­go (je­śli nie zgo­ła an­ty­ro­man­tycz­ne­go) "cha­ma" - me­try­kal­nych ró­wie­śni­ków, po­zo­sta­ją­cych ze sobą w kon­flik­cie kla­so­wym. Kil­ka lat póź­niej Krucz­kow­ski raz jesz­cze po­wró­cił do pro­ble­mu po­ko­le­nia w ar­ty­ku­le pod zna­czą­cym ty­tu­łem Wzdłuż nie wpo­przek dzie­jów23. Po­twier­dzał tu­taj i po­głę­biał po­gląd wy­ra­żo­ny wcze­śniej w po­wie­ści - przy­po­mi­nał, że kon­flik­ty na­ro­do­we czy spo­łecz­ne prze­kra­cza­ją okres ży­cia jed­ne­go po­ko­le­nia, prze­bie­ga­ją "wzdłuż" epok hi­sto­rycz­nych i od­ci­ska­ją się w każ­dej ge­ne­ra­cji. Ten ar­ty­kuł, po­dob­nie jak pra­ce Cha­ła­siń­skie­go, zna­ny był Wyce, lecz nie zo­stał prze­zeń spo­żyt­ko­wa­ny - może to świad­czyć, że sta­no­wi­sko hu­ma­ni­stycz­ne, ja­kie ba­dacz ob­rał w swej kon­cep­cji po­ko­leń, było po pro­stu naj­bliż­szą mu tra­dy­cją in­te­lek­tu­al­ną, któ­rej nie mógł po­rzu­cić, jak­kol­wiek do­strze­gał już jej ogra­ni­cze­nia.

War­to zwró­cić uwa­gę na ja­ko­ścio­wo inne po­cho­dze­nie świa­do­mo­ści ge­ne­ra­cyj­nej za­leż­nie od tego, czy po­ja­wia się ona w opi­sie ba­da­czy jako "prze­pra­co­wa­ne" wspól­nym wy­sił­kiem mło­dych im­pul­sy du­cho­we, spo­wo­do­wa­ne "wstrzą­sem dzie­jo­wym" (tak jest w kon­cep­cji Dil­theya i Wyki), czy też, jak u Man­n­he­ima, jako ogra­ni­czo­ny ra­ma­mi "po­ło­że­nia ge­ne­ra­cyj­ne­go" szcze­gól­ny, w znacz­nej mie­rze pod­świa­do­my, spo­sób emo­cjo­nal­ne­go re­ago­wa­nia, my­śle­nia, an­ga­żo­wa­nia się w pro­ce­sy hi­sto­rycz­nych prze­mian. W pierw­szym uję­ciu ak­cen­to­wa­na jest, jak już pa­ro­krot­nie pod­kre­śla­łam, ra­dy­kal­na od­mien­ność do­świad­cze­nia hi­sto­rycz­ne­go, z któ­rą idzie w pa­rze "hu­ma­ni­stycz­na słusz­ność" no­wych tre­ści, ma­ni­fe­sto­wa­nych przez mło­dych lu­dzi. A słusz­ność owa, co też już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, jest za­rów­no od­świe­ża­ją­cym pło­do­zmia­nem kul­tu­ry, jak i spo­so­bem po­py­cha­nia hi­sto­rii do przo­du, nada­wa­nia jej kie­run­ku.

Na­to­miast w kon­cep­cji Man­n­he­ima "słusz­ność" jest względ­na, uwi­kła­na w re­la­cję z prze­strze­nią spo­łecz­ną, w ja­kiej się po­ja­wia, jest złu­dze­niem punk­tu wi­dze­nia, per­spek­ty­wy, jest ide­olo­gią czy też fał­szy­wą świa­do­mo­ścią (w sen­sie opi­so­wym, jaki temu Mark­sow­skie­mu de­mi­sty­fi­ku­ją­ce­mu ter­mi­no­wi nadał au­tor Ide­olo­gii i uto­pii). Ra­dy­ka­lizm "słusz­nych" no­wych tre­ści jest osła­bio­ny przez kon­tekst tego, co w hi­sto­rii dłu­go trwa - "po­ko­le­nia du­cho­we, jed­no­ści po­ko­le­nio­we moż­na usta­lić i po­li­czyć je­dy­nie we­wnątrz okre­ślo­nych prą­dów. En­te­le­chie prą­dów wy­prze­dza­ją en­te­le­chie po­ko­leń"24. W Ide­olo­gii i uto­pii pada su­ge­styw­ne stwier­dze­nie, że lu­dzie uczest­ni­czą w dal­szym cią­gu my­śle­nia o tym, o czym już inni przed nimi my­śle­li. "Pa­trząc bo­wiem z punk­tu wi­dze­nia so­cjo­lo­gii nie moż­na na dłuż­szą metę uza­leż­niać wy­ła­nia­nia się i roz­wią­zy­wa­nia ja­kie­goś pro­ble­mu je­dy­nie od po­ja­wie­nia się wy­bit­nych jed­no­stek i ich ta­len­tów, ale - od kształ­tu i stop­nia doj­rza­ło­ści kon­tek­stu, w ja­kim pe­wien szcze­gól­ny pro­blem się na­su­wa"25. Za­tem dłu­go­trwa­łe struk­tu­ry my­śle­nia, świa­to­po­glą­dy, prą­dy ar­ty­stycz­ne, ide­olo­gie po­li­tycz­ne, for­ma­cje du­cho­we lub for­ma­cje kla­so­we to sze­ro­kie ramy, dia­chro­nie, w któ­rych zja­wia­ją się nowe po­ko­le­nia i nowe tre­ści. Ich obec­ność spra­wia, że świa­do­mość jed­ne­go po­ko­le­nia ma­ni­fe­stu­je się na róż­ne spo­so­by, czę­sto przez wza­jem­ną nie­chęć i wal­kę.

Tę wie­dzę od daw­na przy­swo­ili so­bie ba­da­cze zaj­mu­ją­cy się spo­łecz­ny­mi kon­tek­sta­mi idei. W tym du­chu zo­sta­ły na­pi­sa­ne Ro­do­wo­dy nie­po­kor­nych Boh­da­na Cy­wiń­skie­go, książ­ka uka­zu­ją­ca ide­owo i ide­olo­gicz­nie zróż­ni­co­wa­ne - wła­śnie z po­wo­du od­mien­nych ge­ne­alo­gii du­cho­wych, in­te­lek­tu­al­nych - po­ko­le­nie, któ­re przy­go­to­wa­ło fun­da­men­ty pod nie­pod­le­głość w Pol­sce i wy­ty­czy­ło na dłu­go li­nie póź­niej­szych spo­rów o war­to­ści i po­dzia­łów po­li­tycz­nych czy świa­to­po­glą­do­wych. W po­dob­ny spo­sób An­drzej Men­cwel przed­sta­wia zmia­ny sty­lów my­śle­nia i "po­staw prak­tycz­nych" w kil­ku ko­lej­nych ge­ne­ra­cjach in­te­li­gen­cji, okre­śla­ją­cej się jako po­stę­po­wa czy le­wi­co­wa (w pra­cach Etos le­wi­cy oraz Przed­wio­śnie czy po­top).

W opi­sach, w któ­rych nowe tre­ści po­ja­wia­ją się w sze­ro­kim ho­ry­zon­cie cza­su i w re­la­cji do ob­szer­niej­sze­go spo­łecz­ne­go kon­tek­stu, słab­nie cha­ry­zma­tycz­ność po­ko­le­nia i fa­ta­lizm hi­sto­rii. Ge­ne­ra­cja uka­zu­je się wów­czas w ła­god­niej­szej po­sta­ci, jako - po­wta­rza Ma­ria Ossow­ska za nie­miec­kim ba­da­czem Hel­mu­tem Schel­skym - "gru­pa lu­dzi o pew­nych wspól­nych po­sta­wach i wspól­nej hie­rar­chii war­to­ści. Te po­sta­wy i hie­rar­chie war­to­ści przy­pi­su­je się wspól­nym do­nio­słym do­świad­cze­niom, któ­re przy­czy­nić się mia­ły do ta­kie­go, a nie in­ne­go ukształ­to­wa­nia oso­bo­wo­ści". Ostroż­ny sąd au­tor­ki jest wstę­pem do - he­re­tyc­kiej z punk­tu wi­dze­nia Wyki - kon­klu­zji: "Wspól­ne po­sta­wy to fakt, któ­ry w tych wy­pad­kach przede wszyst­kim ude­rza przy wy­od­ręb­nia­niu ja­kie­goś po­ko­le­nia, zaś przy­bli­żo­ne ramy hi­sto­rycz­ne zda­ją się być za­kre­ślo­ne póź­niej, tak by ob­jąć owe wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne, któ­re mia­ły uwa­run­ko­wać owe wspól­no­ści kul­tu­ro­we"26.

Ma­ria Ossow­ska nie zna­ła wów­czas kon­cep­cji Ka­zi­mie­rza Wyki. Wszak­że po­słu­gu­jąc się so­cjo­lo­gicz­ny­mi wy­róż­ni­ka­mi ge­ne­ra­cyj­no­ści, nie­świa­do­mie pod­kła­da­ła ła­du­nek wy­bu­cho­wy w naj­bar­dziej new­ral­gicz­ne miej­sce tej kon­cep­cji - pod po­ję­cie "prze­ży­cia po­ko­le­nio­we­go", bę­dą­ce u Wyki "ośrod­kiem kry­sta­li­za­cyj­nym" po­ko­le­nio­wej świa­do­mo­ści. Wy­po­wiedź au­tor­ki su­ge­ru­je, że "prze­ży­cie" jest kon­struk­cją lo­gicz­ną, uza­sad­nia­ją­cą ist­nie­nie po­ko­le­nio­wej wspól­no­ty, jest jej ty­leż hi­sto­rycz­nym, co in­te­lek­tu­al­nym upra­wo­moc­nie­niem. Wy­po­wie­dzi Sta­ni­sła­wa Ba­rań­cza­ka z lat dzie­więć­dzie­sią­tych na te­mat jego związ­ków z po­ko­le­niem i prze­ży­ciem po­ko­le­nio­wym zda­ją się po­twier­dzać punkt wi­dze­nia ba­dacz­ki. Au­tor Jed­nym tchem, li­der li­te­rac­kiej ge­ne­ra­cji Mar­ca, mówi: "to nie prze­ży­cie po­ko­le­nio­we two­rzy po­etę, ale po­eta two­rzy so­bie prze­ży­cie po­ko­le­nio­we", ra­cjo­na­li­zu­jąc w ten spo­sób wy­bór wła­snej es­te­ty­ki27.

W ta­kim ro­zu­mo­wa­niu spo­sób my­śle­nia Ka­zi­mie­rza Wyki zo­sta­je od­wró­co­ny: do­świad­cze­nie hi­sto­rii, ro­zu­mia­ne jako świa­do­mość tego, co się zda­rza, co się prze­ży­wa, co się od­ci­ska w bio­gra­fiach, nie jest ko­leb­ką po­ko­le­nia, zja­wia się póź­niej niż spon­ta­nicz­ne po­czu­cie wspól­no­ty i jest już pew­ną kre­acją, ar­te­fak­tem. Kon­cep­tu­ali­za­cja tego do­świad­cze­nia może być dzie­łem zdy­stan­so­wa­ne­go ba­da­cza opi­su­ją­ce­go ge­ne­ra­cję "od ze­wnątrz" (Wyka okre­śla ją wów­czas jako "hi­po­te­tycz­ną") lub po­ko­le­nio­we­go li­de­ra czy stra­te­ga (jak na przy­kład Ba­rań­czak) kreu­ją­ce­go wy­ra­zi­sty zbio­ro­wy wi­ze­ru­nek ró­wie­śni­ków (wów­czas jest to ge­ne­ra­cja hi­sto­rycz­na, świa­do­ma swo­jej "słusz­no­ści hu­ma­ni­stycz­nej"). Wszak­że w obu wy­pad­kach prze­ży­cie po­ko­le­nio­we jest pew­ną ideą, wy­obra­że­niem, nie zaś kom­plek­sem dzia­ła­ją­cych z ze­wnątrz bodź­ców. Nie zna­czy to, że bodź­ce ta­kie w ogó­le nie dzia­ła­ją - cho­dzi je­dy­nie o to, jak je uwzględ­niać w opi­sie ana­li­tycz­nym, jak ukon­sty­tu­ować "po­ko­le­nie" jako mo­del czy pro­blem ba­daw­czy. W wy­po­wie­dziach Ka­zi­mie­rza Wyki są sy­gna­ły świad­czą­ce o tym, że au­tor zda­wał so­bie spra­wę z wza­jem­nych skom­pli­ko­wa­nych za­leż­no­ści mię­dzy prze­ży­ciem a świa­do­mo­ścią ge­ne­ra­cyj­ną, ale gdy "mo­de­lo­wał" ba­da­ne przez sie­bie po­ko­le­nia (ro­man­ty­ków, mo­der­ni­stów), te za­leż­no­ści sta­wa­ły się na­gle ja­sne i jed­no­stron­ne (świa­do­mość po­ja­wia­ła się jako od­po­wiedź na "prze­ży­cie").

Jak do­wo­dzi książ­ka Paw­ła Ro­da­ka Wi­zje kul­tu­ry po­ko­le­nia wo­jen­ne­go28, kon­cep­cja Wyki bu­dzi obec­nie wąt­pli­wo­ści zbież­ne z "he­re­tyc­ką" kon­klu­zją Ma­rii Ossow­skiej. Ro­dak, pi­sząc o wza­jem­nych re­la­cjach prze­ży­cia i świa­do­mo­ści po­ko­le­nio­wej, za­sta­na­wia się, czy prze­ży­cie owo to tyl­ko bodź­ce emo­cjo­nal­ne lub in­te­lek­tu­al­ne, wy­wo­ła­ne przez wstrzą­sy dzie­jo­we, czy też do­świad­cze­nie już ja­koś "prze­pra­co­wa­ne", uję­te w pew­ną for­mę, w struk­tu­rę zbio­ro­wej świa­do­mo­ści. Choć nie roz­strzy­ga tego jed­no­znacz­nie, wy­da­je się, że bliż­sze jest mu to dru­gie ro­zu­mie­nie. Świa­do­mość zbio­ro­wą wi­dzi jako cią­gły ruch, pro­ces, ciąg dal­szy lub ko­rek­tę wcze­śniej­szych (po­prze­dza­ją­cych po­ja­wie­nie się no­wej ge­ne­ra­cji) spo­so­bów my­śle­nia. Ta­kie uję­cie osła­bia ab­so­lu­tyzm prze­ży­cia po­ko­le­nio­we­go i fa­ta­lizm sa­mej hi­sto­rii.

Wśród ró­wie­śni­ków: po­etów, kon­spi­ra­to­rów i żoł­nie­rzy Pol­ski Pod­ziem­nej, wspól­na sa­mo­wie­dza po­ko­le­nio­wa ro­dzi­ła się nie tyl­ko pod pre­sją wy­jąt­ko­we­go cza­su, ale rów­nież - mówi Pa­weł Ro­dak - w star­ciu ry­wa­li­zu­ją­cych ze sobą po­staw, tra­dy­cji in­te­lek­tu­al­nych, nur­tów po­li­tycz­nych, w sze­ro­kich ra­mach for­ma­cji in­te­li­genc­kiej. Te licz­ne kon­tek­sty po­zwo­li­ły au­to­ro­wi moc­niej pod­kre­ślić inny niż u Wyki wy­miar hi­sto­rycz­no­ści: za­miast eta­pów doj­rze­wa­nia, zsyn­chro­ni­zo­wa­nych z wy­jąt­ko­wym "cza­sem po­gar­dy" - za­nu­rze­nie w "hi­sto­rii my­śli", w dia­chro­nii dys­kur­su, prze­kra­cza­ją­ce­go gra­ni­ce epok, a za­ra­zem wy­ra­zi­ście okre­ślo­ne­go przez kon­kret­ne hic et nunc. Paw­ła Ro­da­ka cie­ka­wił, po­dob­nie jak wcze­śniej Boh­da­na Cy­wiń­skie­go czy An­drze­ja Men­cwe­la, dłu­gi pro­ces prze­mia­ny po­staw, roz­cią­gnię­te w cza­sie ko­rek­ty idei - sło­wem to wszyst­ko, co prze­ta­cza­ło się "wzdłuż dzie­jów", nie zaś tyl­ko to, co się z nich wy­nu­rza­ło ra­zem z wez­bra­ną falą zda­rzeń, jak­kol­wiek to wła­śnie owa fala nada­wa­ła "po­ko­le­niu wo­jen­ne­mu" szcze­gól­ny cha­rak­ter.

Ak­cen­tu­jąc taki wy­miar hi­sto­rycz­no­ści, ba­da­cze no­lens vo­lens ob­li­gu­ją sie­bie, aby z więk­szym zro­zu­mie­niem od­no­sić się do po­ko­leń po­mi­ja­nych przez zwo­len­ni­ków kon­cep­cji hu­ma­ni­stycz­nej jako nie-hi­sto­rycz­ne. W uję­ciu so­cjo­lo­gicz­nym wszyst­kie ge­ne­ra­cje są "hi­sto­rycz­ne", al­bo­wiem są cząst­ką cią­gle do­ko­nu­ją­cych się prze­mian. Aby jed­nak uznać ich "hi­sto­rycz­ność", trze­ba wpierw ode­rwać ją od wy­obra­żeń tego, co prze­ło­mo­we, co w opo­wie­ści daje się przed­sta­wić jako waż­ne ogni­wo po­stę­pu, po­czą­tek lub schy­łek cy­klu dzie­jo­we­go. Hi­sto­rycz­ność może mieć prze­cież zna­cze­nie słab­sze, luź­niej­sze - może być po pro­stu nie­usta­ją­cym dzia­niem się, dal­szym cią­giem, nie­rów­no­mier­nie na­sy­co­nym zda­rze­nia­mi prze­ło­mo­wy­mi czy eks­cy­tu­ją­cą no­wo­ścią, ale mimo to być za­wsze czymś swo­istym i nie­po­wta­rzal­nym. Wszak "prze­ło­my" nig­dy nie są zu­peł­nie prze­ło­mo­we, na ich chwa­łę, gło­szo­ną przez zwy­cię­skie po­ko­le­nia, pra­cu­ją zwy­kle ja­cyś pre­kur­so­rzy, za­po­mnia­ni od­kryw­cy, ko­lum­bo­wie, któ­rzy wy­pusz­cza­li się na nie­zna­ne mo­rza przed Krzysz­to­fem Ko­lum­bem.

Zresz­tą, pa­ra­dok­sal­nie, hi­sto­rycz­ność ro­zu­mia­na w spo­sób "moc­ny", wią­żą­ca po­ko­le­nie z wy­da­rze­nia­mi prze­ło­mo­wy­mi, wca­le nie gwa­ran­tu­je suk­ce­su u po­tom­nych. O ta­kim przy­pad­ku pi­sze Da­nu­ta Za­wadz­ka w książ­ce Po­ko­le­nie klę­ski 1812 roku. Przed­sta­wia nie ozna­ko­wa­ną do­tąd ge­ne­ra­cję li­te­rac­kich "od­lud­ków": An­to­nie­go Mal­czew­skie­go, Alek­san­dra Fre­drę, Ka­zi­mie­rza Bro­dziń­skie­go, któ­rą zgod­nie z kon­cep­cją Wyki kla­sy­fi­ku­je jako "hi­po­te­tycz­ną", gdyż może wska­zać "wy­łącz­nie po­ten­cjal­ny, hi­sto­rycz­nie nie­po­twier­dzo­ny cha­rak­ter owych wspól­no­to­wych zna­mion"29. Za­ra­zem jed­nak gro­ma­dzi do­wo­dy świad­czą­ce o ist­nie­niu in­ten­syw­ne­go prze­ży­cia ge­ne­ra­cyj­ne­go (wo­jen na­po­le­oń­skich z ka­ta­stro­fal­ną wy­pra­wą na Ro­sję) i przed­sta­wia po­dob­ne du­cho­we (i li­te­rac­kie) re­zul­ta­ty tego prze­ży­cia, ob­ja­wia­ją­ce się w po­sta­ci pe­sy­mi­zmu, lęku przed nisz­czą­cą siłą dzie­jów i zwąt­pie­nia w mo­ral­ną czy­stość ini­cja­tyw czło­wie­ka jako go­spo­da­rza hi­sto­rii.

Cie­ka­wa jest ta hi­po­te­tycz­ność "od­lud­ków", ist­nie­ją­cych niby osob­no, ale też jak­by ra­zem, jak­by po­ko­le­nio­wo. Są od­ręb­ni, bo są epi­zo­dycz­ni i mniej waż­ni w tyr­tej­skiej opo­wie­ści ro­man­tycz­nej, na­pi­sa­nej pod dyk­tan­do tro­chę młod­szych, zdol­niej­szych po­etów, z pew­no­ścią świa­do­mych tego, że "w jed­no­ści siła". Lecz to wła­śnie ich mar­gi­nal­ność w sto­sun­ku do głów­ne­go nur­tu epo­ki sta­je się dla ba­dacz­ki in­try­gu­ją­cym tro­pem, zna­kiem pew­nej ukry­tej wię­zi, wspól­no­ty, któ­rą po­sta­na­wia zre­kon­stru­ować w in­nej niż ro­man­tycz­na opo­wie­ści. Jest to opo­wieść o ze­rwa­nym wąt­ku, "za­po­mnia­nym ję­zy­ku" na­szej li­te­rac­kiej tra­dy­cji. Od­sła­nia­jąc zna­ki tego za­po­mnia­ne­go ję­zy­ka, au­tor­ka mi­mo­wied­nie od­sła­nia po­dej­rza­ny sta­tus "po­ko­le­nia hi­po­te­tycz­ne­go", a ra­zem z nim - tak­że wsty­dli­wy aspekt "po­ko­leń hi­sto­rycz­nych".

Czyż bo­wiem na­zwa "po­ko­le­nie hi­po­te­tycz­ne" nie wy­da­je się po­znaw­czym eu­fe­mi­zmem, ro­dza­jem po­li­ti­cal cor­rect­ness - jed­no­cze­snym za­ta­je­niem i przy­zna­niem się do tego, że opo­wieść po­ko­le­nio­wą pi­szą tyl­ko po­ko­le­nia zwy­cię­skie, ta­kie, któ­rym się uda­ło po­ko­nać kon­ku­ren­tów, za­wład­nąć zbio­ro­wą pa­mię­cią i wy­obraź­nią, uczy­nić z wła­snych tre­ści, idei, war­to­ści ma­tecz­nik na­ro­do­wej kul­tu­ry? Ten me­cha­nizm unie­waż­nia­nia cu­dzych za­sług i cheł­pie­nia się wła­sny­mi osią­gnię­cia­mi do­sko­na­le opi­sał Wa­cław Be­rent w ostat­nim to­mie "opo­wie­ści bio­gra­ficz­nych", przed­sta­wia­jąc swo­ją wer­sję trium­fu ro­man­ty­ków nad kla­sy­ka­mi. Oczy­wi­ście moż­na wie­rzyć, jak Ja­ro­sław Ma­rek Rym­kie­wicz, że ra­zem z "hi­sto­rycz­nym po­ko­le­niem" ro­man­ty­ków duch zstę­pu­je w na­ród, by go już nig­dy nie opu­ścić. Mnie bliż­szy jest - w tym mo­men­cie "roz­dwo­jo­ny w so­bie" - Ka­zi­mierz Wyka, gdy za­sta­na­wia się, dla­cze­go nie uda­ło się to Ka­zi­mie­rzo­wi Bro­dziń­skie­mu, i przy­zna­je trzeź­wo, że za­bra­kło po­ko­le­nio­wej stra­te­gii, aby na­rzu­cić się wspól­no­cie z wła­snym prze­ży­ciem prze­ło­mo­we­go cza­su, za­bra­kło "krę­gu bli­skich ró­wie­śni­ków, któ­ry umac­nia, za­śle­pia i po­zwa­la wy­ba­czyć nie­spra­wie­dli­wość i prze­sa­dę. Nie zwy­cię­ży się bez nich [...]"30.

Książ­ka Za­wadz­kiej świad­czy jed­nak i o tym, że z cza­sem wy­bi­ja go­dzi­na spra­wie­dli­wo­ści dla ge­ne­ra­cji, któ­re są tyl­ko hi­sto­rycz­nie nie­po­twier­dzo­ną hi­po­te­zą. Gdy "za­po­mnia­ny ję­zyk" ich do­świad­czeń sta­je się cie­ka­wym tro­pem dla póź­nych wnu­ków, gdy od­świe­ża­ją­co dzia­ła na ich du­cho­wość, znu­żo­ną słu­cha­niem sta­le tej sa­mej opo­wie­ści zwy­cięz­ców, wów­czas epi­zo­dycz­ne po­sta­ci "od­lud­ków" wkra­cza­ją do głów­ne­go wąt­ku, de­kom­po­nu­jąc struk­tu­rę nar­ra­cji. To waż­ny po­wód, aby wstrze­mięź­li­wie po­słu­gi­wać się ter­mi­nem "po­ko­le­nie hi­sto­rycz­ne" - każ­de może nim być i każ­de może nim prze­stać być, bo prze­cież to zmie­nia­ją­ce się z cza­sem po­trze­by zbio­ro­wo­ści de­cy­du­ją o tym, komu wy­bi­ja go­dzi­na za­po­mnie­nia, a komu dzwo­ni się na chwa­łę po­wro­tu.

Po­dob­nie jak pra­ca Paw­ła Ro­da­ka, książ­ka Da­nu­ty Za­wadz­kiej świad­czy o tym, że nie na­le­ży ab­so­lu­ty­zo­wać prze­ży­cia po­ko­le­nio­we­go, lecz po­lu­zo­wać jego wię­zi z fa­tal­ną siłą hi­sto­rii i otwo­rzyć na obec­ne, inne do­świad­cze­nie po­ko­le­nio­wo­ści.

Od pew­ne­go cza­su ge­ne­ra­cje pra­wie dep­czą so­bie po pię­tach, zja­wia­ją się w co­raz szyb­szym ryt­mie, nie­mal rów­no­cze­śnie z ko­lej­ny­mi wcho­dzą­cy­mi w ży­cie rocz­ni­ka­mi mło­dych lu­dzi. Uży­wa­jąc ję­zy­ka Man­n­he­ima, moż­na by o nich po­wie­dzieć, że są to nie­wiel­kie jed­no­ści po­ko­le­nio­we po­zba­wio­ne ram po­ko­le­nio­we­go związ­ku. Ich ce­chą zna­mien­ną jest brak prze­ży­cia ge­ne­ra­cyj­ne­go, je­śli ro­zu­mieć przez nie wiel­kie wstrzą­sy du­cho­we, bę­dą­ce efek­tem prze­ło­mo­wych zda­rzeń. Z ko­niecz­no­ści więc w od­mien­ny spo­sób ma­ni­fe­stu­ją swo­ją toż­sa­mość - przy­po­mi­na­ją za­mknię­te, mo­na­dycz­ne sub­kul­tu­ry, w któ­rych in­a­czej się mówi, ubie­ra, po­ru­sza, czy­ta inne książ­ki i słu­cha in­nej mu­zy­ki. Te sub­kul­tu­ry są jak roz­rzu­co­ne ple­mio­na: sku­pia­ją się prze­waż­nie wo­kół wła­snych od­róż­nia­ją­cych sym­bo­li, wła­sne­go to­te­mu, lecz nie łą­czy ich żad­na ści­ślej­sza więź po­nad­ple­mien­na. No, chy­ba że za taką uzna się ich od­ru­cho­wą nie­ge­ne­ra­cyj­ność - nie łą­czy ich bo­wiem wspól­na świa­do­mość po­ko­le­nio­wa w zna­cze­niu pro­po­no­wa­nym przez Wykę31. Może dla­te­go czę­ściej sta­ją się przed­mio­tem ba­dań so­cjo­lo­gów, ana­li­zu­ją­cych po­sta­wy, wzor­ce ży­cia czy war­to­ści mło­dzie­ży, niż hi­sto­ry­ków, wciąż za­in­te­re­so­wa­nych prze­ło­ma­mi i wy­czu­lo­nych na to, jak prze­bie­ga pro­ces dzie­jo­wy.

O tym, jak dużą trud­ność spra­wia­ją na­szym hi­sto­ry­kom ge­ne­ra­cje po­ja­wia­ją­ce się po roku 1945, świad­czy kło­pot z kon­te­sta­to­ra­mi roku 68, ską­di­nąd bar­dzo sil­nie ma­ni­fe­stu­ją­cy­mi swo­ją po­ko­le­nio­wą od­ręb­ność. O cie­ka­wej pró­bie za­ra­dze­nia tym kło­po­tom, pod­ję­tej przez Zyg­mun­ta Bau­ma­na, już tu wspo­mi­na­łam. Lecz zda­rza­ją się tak­że przy­kła­dy nie­po­ro­zu­mie­nia, czy też nie­zro­zu­mie­nia, jak sta­no­wi­sko Jana Ga­re­wi­cza. Uwa­ża on, że bun­ty stu­denc­kie w Eu­ro­pie w 1968 roku wy­ro­sły "na pod­ło­żu zda­rzeń nie bar­dzo wy­tłu­ma­czal­nych", i do­wo­dzi, że "ów­cze­sne prze­ży­cie po­ko­le­nio­we mia­ło cha­rak­ter sfin­go­wa­ny, nie w tym sen­sie, by zo­sta­ło świa­do­mie przez ko­goś wy­wo­ła­ne, lecz że wy­ro­sło spon­ta­nicz­nie, z po­trze­by sa­me­go prze­ży­cia po­ko­le­nio­we­go; [...] po­trze­ba prze­ży­cia po­prze­dzi­ła zda­rze­nia, któ­re ją wy­wo­ła­ły. Stąd ir­ra­cjo­nal­ność ów­cze­snych wy­pad­ków, prze­ja­wia­ją­ca się w zbęd­nym zu­peł­nie wan­da­li­zmie [...] lub w eks­ce­sach sek­su­al­nych w oku­po­wa­nym Od?o­nie"32. (Swo­ją dro­gą cie­ka­we, czy łą­cząc z pa­ry­skim ma­jem "sfin­go­wa­ne" prze­ży­cie po­ko­le­nio­we, ba­dacz tym sa­mym wy­klu­cza czy tyl­ko prze­mil­cza moż­li­wość włą­cze­nia w to dziw­ne po­ję­cie tak­że pol­skich wy­da­rzeń mar­co­wych?)

Czy jest moż­li­we, by w tym sa­mym cza­sie mło­dzi lu­dzie na wiel­kich ob­sza­rach glo­bu spon­ta­nicz­nie od­czu­li po­trze­bę prze­ży­cia ge­ne­ra­cyj­ne­go i za­pro­jek­to­wa­li so­bie ta­kie glo­bal­ne do­świad­cze­nie, któ­re dało uj­ście ich wi­tal­no­ści, czy ra­czej sek­su­al­no­ści, do­tąd wię­zio­nej w gor­se­cie miesz­czań­skiej kul­tu­ry lub (jak u nas) ko­mu­ni­stycz­nej dyk­ta­tu­ry? Czy­ta­jąc wy­po­wiedź Ga­re­wi­cza, chcia­ło­by się men­tor­skim to­nem za­wo­łać: oto do cze­go zdol­ny jest umysł uwie­dzio­ny przez fe­ty­sze prze­ło­mo­wej hi­sto­rii i wiel­kiej opo­wie­ści.

Ta dziw­na kon­klu­zja ba­da­cza ro­dzi się prze­cież z prze­ko­na­nia, że tyl­ko wstrzą­sy dzie­jo­we mogą "zja­da­czy chle­ba" wy­rwać z bez­i­mien­ne­go trwa­nia i uczy­nić po­ko­le­niem, świa­do­mym wspól­nych ce­lów. Czym­że bo­wiem jest "sfin­go­wa­ne" prze­ży­cie, je­śli nie gwał­tem za­da­nym hi­sto­rii ospa­łej i bez­wy­da­rze­nio­wej, i zmu­sze­niem jej do za­da­wa­nia cio­sów, żeby okrze­pła pod nimi zbio­ro­wa sa­mo­wie­dza i toż­sa­mość ge­ne­ra­cji? Jest pa­ra­dok­sem, że au­tor tak bar­dzo przy­wią­za­ny do dzie­jo­wych prze­ło­mów, ini­cju­ją­cych prze­mia­ny świa­do­mo­ści, nie jest w sta­nie zo­ba­czyć au­ten­tycz­ne­go fer­men­tu in­te­lek­tu­al­ne­go, jaki ujaw­nił się w roku 1968 i póź­niej, po­wo­du­jąc, że po tej da­cie nasz ob­raz świa­ta - a w kon­se­kwen­cji i nasz świat - stał się inny. Nie z przy­czy­ny eks­ce­sów w pa­ry­skim Od?o­nie, lecz z po­wo­du po­tęż­nej fali kry­ty­ki, roz­ra­chun­ków i re­wi­zji eu­ro­pej­skie­go pro­jek­tu no­wo­cze­sno­ści, z po­wo­du wciąż to­czą­cej się dys­ku­sji nad drę­czą­cym Za­chód py­ta­niem: skąd przy­szli­śmy i do­kąd zmie­rza­my? Czy te fak­ty nie za­słu­gu­ją na mia­no "prze­ło­mu"? Czy trze­ba in­nych hi­sto­rycz­nych wstrzą­sów?

W Pol­sce ró­wie­śni­cy Sta­ni­sła­wa Ba­rań­cza­ka po­słu­gi­wa­li się stra­te­gią po­ko­le­nio­wą i - jak już wspo­mi­na­łam - za­pew­ne Ka­zi­mie­rzo­wi Wyce mają wie­le do za­wdzię­cze­nia. Jego kon­cep­cja może być więc przy­dat­na w opo­wie­ści o tej ge­ne­ra­cji - wszak­że nie jako na­rzę­dzie opi­su, lecz je­den z ele­men­tów wy­róż­nia­ją­cych po­ko­le­nie '68 jako wspól­no­tę świa­do­mie wy­kre­owa­ną i zor­ga­ni­zo­wa­ną do wal­ki o wła­sne ra­cje. Aby jed­nak uchwy­cić swo­istość tej ge­ne­ra­cji w kul­tu­rze i se­rio po­trak­to­wać jej do­świad­cze­nie zbio­ro­we, na­le­ży roz­luź­nić wię­zi z ta­ki­mi po­ję­cia­mi, jak "prze­ży­cie po­ko­le­nio­we" czy "słusz­ność hu­ma­ni­stycz­na". Nie cho­dzi o to, by je ra­dy­kal­nie de­za­wu­ować, wy­star­czy ich tyl­ko nie fe­ty­szy­zo­wać, pa­mię­tać, że po­ko­le­nia bez­sprzecz­nie po­zo­sta­ją fak­tem bio­lo­gicz­nym. Ile­kroć opi­su­je­my je in­a­czej - jako "no­śni­ki" zmia­ny hi­sto­rycz­nej - za­wsze do­ko­nu­je­my ar­bi­tral­nej wie­lo­krot­nej se­lek­cji: wpierw, gdy upa­tru­je­my so­bie ge­ne­ra­cję, któ­rą ty­pu­je­my jako hi­sto­rycz­ną, po­tem, gdy z wiel­kiej zbio­ro­wo­ści ró­wie­śni­ków wy­bie­ra­my pew­ną, nie­zbyt licz­ną gru­pę, no­szą­cą szcze­gól­ne zna­mio­na ge­ne­ra­cyj­no­ści, wresz­cie, gdy tym wy­brań­com zwa­nym "po­ko­le­niem hi­sto­rycz­nym" od­ci­na­my mło­dość od resz­ty ży­cia.

Po­zo­sta­ję przy wy­róż­ni­ku po­ko­le­nio­wym przede wszyst­kim dla­te­go, że tak lu­bi­li się pre­zen­to­wać pu­blicz­nie po­eci, ar­ty­ści, kry­ty­cy, pu­bli­cy­ści i po­li­ty­cy, dla któ­rych waż­nym wspól­nym od­nie­sie­niem bio­gra­ficz­nym były straj­ki i de­mon­stra­cje stu­denc­kie w mar­cu 1968 roku. Nie ogra­ni­czam jed­nak za­in­te­re­so­wa­nia do ich zbun­to­wa­nej mło­do­ści, nie trak­tu­ję ich jako "pło­do­zmia­nu" kul­tu­ry, bo nie do­strze­gam żad­nej ra­dy­kal­nej no­wo­ści w gło­szo­nych przez nich ide­ach i z tego też po­wo­du nie wtła­czam ich w sche­mat kon­flik­tu po­ko­leń. Cie­ka­wi mnie co in­ne­go: ich wdar­cie się do dys­kur­su pu­blicz­ne­go, kon­tro­lo­wa­ne­go przez par­tię i wła­dzę, prze­ła­ma­nie do­mi­na­cji ide­olo­gicz­nej i za­chwia­nie mi­tem "kie­row­ni­czej roli par­tii". Wi­dzę w tym pol­ski spo­sób de­mon­ta­żu no­wo­cze­sno­ści - tej zna­nej nam z na­sze­go lo­kal­ne­go eks­pe­ry­men­tu ko­mu­ni­stycz­ne­go. De­mon­taż jest, z jed­nej stro­ny, śmia­łą ak­cją po­li­tycz­ną, a z dru­giej - nie­zmier­nie cie­ka­wą przy­go­dą in­te­lek­tu­al­ną. Po­ko­le­nie Mar­ca bo­wiem, dla któ­re­go mark­si­stow­ski hi­sto­ry­cyzm był do­sko­na­le oswo­jo­nym, wy­uczo­nym w szko­le i pra­wie bez­dy­sku­syj­nie przy­ję­tym sty­lem my­śle­nia i słow­ni­kiem, było, pa­ra­dok­sal­nie, chy­ba pierw­szą ge­ne­ra­cją uwol­nio­ną od my­śle­nia o so­bie jako ra­dy­kal­nym cię­ciu hi­sto­rycz­nym, no­wym po­cząt­ku czy no­wej epo­ce. Dla­cze­go? Dla­te­go że jego bunt do­ko­ny­wał się nie w imię re­wo­lu­cyj­nie od­mien­nych tre­ści czy war­to­ści, nie w imię no­wa­tor­skiej "słusz­no­ści hu­ma­ni­stycz­nej", re­wol­tu­ją­cej dzie­je. Prze­ciw­nie - był po­wro­tem do daw­no usta­no­wio­nych za­sad (de­mo­kra­cji, wol­no­ści oby­wa­tel­skich, spra­wie­dli­wo­ści, so­cja­li­zmu) i był przy­wo­ła­niem do po­rząd­ku ide­olo­gów ru­ty­nia­rzy, któ­rzy wy­pa­cza­li lub gwał­ci­li te za­sa­dy. Stu­den­ci chcie­li na­pra­wiać to, co spa­pra­li przy­wód­cy PRL-u, nie zaś re­wo­lu­cyj­nie zmie­niać ustrój. Do­pie­ro po­tem - trud­no usta­lić jed­no­znacz­ną ce­zu­rę: dla nie­któ­rych był to już Ma­rzec, dla in­nych o kil­ka lat póź­niej­sze roz­cza­ro­wa­nie Gier­kow­ską "od­no­wą" - roz­po­czął się nie­od­wra­cal­ny pro­ces re­wi­zji PRL-u oraz li­kwi­da­cji re­wo­lu­cyj­ne­go mitu i mark­si­zmu.

Spo­glą­da­jąc z tej per­spek­ty­wy na du­cho­wą przy­go­dę ge­ne­ra­cji Ada­ma Mich­ni­ka i Sta­ni­sła­wa Ba­rań­cza­ka, mniej in­te­re­su­ją­cym pro­ble­mem po­znaw­czym (jak­kol­wiek wciąż wdzięcz­nym te­ma­tem aneg­dot) wy­da­je się Sturm und Drang mło­dych bun­tow­ni­ków (na prze­ło­mie lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych) czy - tak do dziś bro­nio­na - swo­istość Mar­ca, od­mien­na od re­wol­ty za­chod­nich stu­den­tów. Dziś rów­nie cie­ka­we jak opo­wie­ści o pa­ło­wa­niu war­szaw­skich de­mon­stran­tów jest to, co łą­czy cały ruch na Wscho­dzie i Za­cho­dzie. Aby to jed­nak uchwy­cić, nie na­le­ży zbyt kur­czo­wo trzy­mać się le­gend o prze­ży­ciu ge­ne­ra­cyj­nym czy ge­ne­ra­cyj­nej świa­do­mo­ści. Niby któ­rej? Tej wy­ra­ża­ją­cej się cy­ta­ta­mi, za ja­kie uwa­żam za­chod­ni troc­kizm, ma­oizm czy Ba­rań­cza­kow­ski "ro­man­tyzm dia­lek­tycz­ny", bę­dą­ce go­rącz­ko­wym ru­chem my­śli po­szu­ku­ją­cej sa­mo­okre­śle­nia? Czy tej uczest­ni­czą­cej w szer­szym niż ruch po­ko­le­nia i wciąż nie za­koń­czo­nym pro­ce­sie od­cza­ro­wy­wa­nia i de­kon­stru­owa­nia idei no­wo­cze­sno­ści i awan­gar­dy? Dla wie­lu zresz­tą ten pro­ces prze­bie­gał rów­no­le­gle z de­mi­to­lo­gi­zo­wa­niem wła­snej mło­do­ści na ba­ry­ka­dach i od­rzu­ca­niem fe­ty­szy re­wo­lu­cji.

Tego dru­gie­go pro­ce­su nie na­le­ży my­lić z opi­sy­wa­ną przez Wykę sy­tu­acją roz­pa­du wię­zi po­ko­le­nio­wych oraz póź­niej­szych in­dy­wi­du­al­nych wy­bo­rów doj­rza­łych już lu­dzi. Tu­taj cią­gle cho­dzi o ten sam wy­si­łek in­te­lek­tu­al­ny - moż­na go okre­ślić jako dia­gno­zo­wa­nie, de­fi­nio­wa­nie wła­sne­go cza­su. Nie jest obo­jęt­ne, czy ule­ga­jąc le­gen­dzie, bę­dzie­my ko­ja­rzyć ten czas tyl­ko z ba­ry­ka­da­mi, ter­ro­ry­sta­mi, ide­olo­gicz­nym dok­try­ner­stwem, re­wo­lu­cją sek­su­al­ną i slo­ga­na­mi w ro­dza­ju: "Kie­dy my­ślę o re­wo­lu­cji, chcia­ła­bym się ko­chać", czy też spró­bu­je­my ogar­nąć cały ciąg zda­rzeń od go­szy­zmu do fran­cu­skich "no­wych fi­lo­zo­fów", od straj­ków mar­co­wych do "Ga­ze­ty Wy­bor­czej" i ha­seł III Rzecz­po­spo­li­tej, a może na­wet od za­chod­nie­go ma­oizmu po de­mon­stra­cję chiń­skich stu­den­tów na pla­cu Tia­nan­men. Ale czy moż­na aż tak bar­dzo roz­cią­gnąć po­ję­cie "prze­ży­cia po­ko­le­nio­we­go" lub "po­ko­le­nio­wej świa­do­mo­ści"?

Nie wiem, czy przy­stał­by na to Ka­zi­mierz Wyka, na­to­miast nie by­ło­by to sprzecz­ne z po­glą­dem Ma­rii Ossow­skiej, któ­ra uwa­ża­ła, że gra­ni­ce cza­so­we ge­ne­ra­cji mogą być płyn­ne, bo­wiem "wiek nie jest czymś istot­nym dla włą­cza­nia lu­dzi do tego czy in­ne­go po­ko­le­nia. De­cy­du­je o nim przede wszyst­kim wspól­ność po­staw i war­to­ści"33. Dla Han­ny Świ­dy-Ziem­by, pi­szą­cej o swo­ich me­try­kal­nych ró­wie­śni­kach, tak­że ce­chą wy­róż­nia­ją­cą było przede wszyst­kim to, że sta­no­wi­li oni wspól­no­tę osób "po­słu­gu­ją­cych się swo­istym dla nich ko­dem zna­czeń i po­sia­da­ją­cych wspól­ny  h o r y z o n   ś w i a t o p o g l ą d o w y"34. Na­tu­ral­nie, ów ho­ry­zont świa­to­po­glą­do­wy kształ­to­wał się w związ­ku z do­świad­cze­niem spo­łecz­nym i hi­sto­rycz­nym, ale to nie na nim kon­cen­tro­wa­ła się uwa­ga ba­dacz­ki, lecz na do­stęp­nym jej po­zna­niu "ko­dzie zna­czeń". Wszak tyl­ko za ta­kim po­śred­nic­twem mo­gła ze­tknąć się z do­świad­cze­niem po­ko­le­nio­wym.

Kon­cep­cję Ka­zi­mie­rza Wyki na­le­ża­ło­by za­tem od­wró­cić -pi­sać nie o po­ko­le­niu bę­dą­cym swo­istym "pa­sem trans­mi­syj­nym" prze­mian hi­sto­rycz­nych, lecz o po­ko­le­niu jako fan­to­mie na­szej świa­do­mo­ści uwie­dzio­nej wi­zją zmia­ny i po­stę­pu. Bar­dziej niż prze­ży­cie ge­ne­ra­cyj­ne (do któ­re­go nie mamy do­stę­pu) ak­cen­to­wać wspól­ny słow­nik i re­gu­ły wy­twa­rza­nia wspól­ne­go świa­ta i uj­mo­wać świa­do­mość po­ko­le­nia jako pew­ną kon­struk­cję da­ją­cą się wy­wieść z tych re­guł i tego słow­ni­ka. Czy to ozna­cza od­rze­czy­wist­nie­nie po­ko­le­nia, uwię­zie­nie w po­trza­sku ję­zy­ka? Prze­ciw­nie - jest to ra­czej przy­wró­ce­nie mu rze­czy­wi­sto­ści, w ja­kiej było za­wsze, ile­kroć o nim mó­wi­li­śmy. A była to i jest rze­czy­wi­stość na­szych wy­obra­żeń o świe­cie.

In­te­re­su­ją mnie wy­twór­cy rze­czy­wi­sto­ści na­zwa­ni zbior­czo po­ko­le­niem Mar­ca, in­te­re­su­je mnie ich sil­na wia­ra w moc wła­snych pro­jek­tów, ich złu­dze­nia, że da się "roz­po­znać" świat i od­po­wie­dzieć na "wy­zwa­nie cza­su", że wy­trwa­le po­szu­ku­jąc praw­dy i od­rzu­ca­jąc jej fe­ty­sze, moż­na unik­nąć nie­bez­piecz­nych raf fał­szy­wej świa­do­mo­ści. Chcia­ła­bym przed­sta­wić ich ra­cje oraz ich miej­sce w po­li­tycz­nym spo­rze o war­to­ści w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych, uni­ka­jąc prze­pro­wa­dza­nia do­wo­du na ist­nie­nie ich du­cho­wej czy hu­ma­ni­stycz­nej "słusz­no­ści" w tym sen­sie, jaki na­da­je tym sło­wom Wyka. Uchy­la­jąc się od obo­wiąz­ku wy­sta­wie­nia im le­gi­ty­ma­cji "po­ko­le­nia hi­sto­rycz­ne­go", wo­la­ła­bym ra­czej po­ka­zać, jak w ich bio­gra­fiach li­te­rac­kich lub dzia­ła­niach po­li­tycz­nych za­ła­mu­je się wia­ra w mark­sizm, jak zmie­nia­ją się wy­obra­że­nia o PRL-u i so­cja­li­zmie jako awan­gar­dzie dzie­jów, wresz­cie - jak roz­sta­ją się z no­wo­cze­sną ideą li­te­ra­tu­ry jako part­ner­ki hi­sto­rii i wiel­kich pro­ce­sów re­wo­lu­cyj­nych. Chcia­ła­bym tak­że opo­wie­dzieć o tym, jak pierw­sza po­wo­jen­na ge­ne­ra­cja, prze­zna­czo­na od ko­ły­ski do zso­wie­ty­zo­wa­nia, wy­my­ka się temu przed­się­wzię­ciu i sta­je się gra­ba­rzem ide­olo­gicz­ne­go pro­jek­tu wy­cho­waw­cze­go. Wresz­cie - chcia­ła­bym opo­wie­dzieć pol­ską wer­sję od­cza­ro­wa­nia no­wo­cze­sno­ści, od­mien­ną od za­chod­niej w tym przede wszyst­kim, że od­cza­ro­wa­nie było tu efek­tem nie spe­ku­la­cji in­te­lek­tu­al­nych, lecz wy­ni­kiem bio­gra­ficz­nych do­świad­czeń. W od­róż­nie­niu od fran­cu­skich "no­wych fi­lo­zo­fów", któ­rym do­pie­ro lek­tu­ra obo­zo­wych wspo­mnień Soł­że­ni­cy­na na­su­nę­ła po­dej­rze­nie, że "Marks to GUŁag", ich pol­scy ró­wie­śni­cy znacz­nie wcze­śniej od­czu­li ten zwią­zek na wła­snej skó­rze - na­zy­wa­li go (jak wszy­scy w kra­ju) "re­al­nym so­cja­li­zmem". Może dla­te­go, że in­a­czej niż za­chod­ni ko­le­dzy tego związ­ku do­świad­cza­li, nie byli skłon­ni (w prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych fran­cu­skich eks-go­szy­stów) sta­wiać po­chop­nie zna­ku rów­no­ści po­mię­dzy oświe­ce­niem a świe­ce­niem lam­pą pro­sto w oczy. Wprost prze­ciw­nie - w ide­ałach oświe­ce­nia (wol­no­ści, de­mo­kra­cji) wi­dzie­li wspar­cie prze­ciw ta­kie­mu so­cja­li­zmo­wi, o któ­re­go wyż­szo­ści naj­do­bit­niej prze­ko­ny­wa­ła w PRL-u mi­li­cyj­na pał­ka.

2. KIE­DY I JAK ZJA­WIA SIĘ PO­KO­LE­NIE '68?

Po­wszech­nie wia­do­mo, że w cza­sie wie­ców, de­mon­stra­cji i straj­ków stu­denc­kich w mar­cu 1968 roku. Ma­rzec owe­go roku za­czął się jed­nak wy­jąt­ko­wo wcze­śnie, bo już w stycz­niu, kie­dy sta­ło się ja­sne, że wsku­tek de­cy­zji po­li­ty­ków Mic­kie­wi­czow­skie Dzia­dy w in­sce­ni­za­cji Ka­zi­mie­rza Dejm­ka będą zdję­te z afi­sza. Trzy­dzie­ste­go stycz­nia gra­no ostat­ni spek­takl. Stu­den­ci, któ­rzy wów­czas przy­szli, by za­de­mon­stro­wać obu­rze­nie z po­wo­du cen­zu­ro­wa­nia kul­tu­ry przez wła­dzę, prze­ry­wa­li przed­sta­wie­nie okla­ska­mi i wzno­si­li, we­dług ofi­cjal­nych ko­mu­ni­ka­tów, "an­ty­pań­stwo­we okrzy­ki" ("Mic­kie­wicz bez cen­zu­ry", "Nie­pod­le­głość bez cen­zu­ry"), a po­tem z trans­pa­ren­tem "Żą­da­my dal­szych przed­sta­wień Dzia­dów" ru­szy­li pod po­mnik Ada­ma Mic­kie­wi­cza, gdzie ów trans­pa­rent (i kwia­ty) zło­ży­li. Ma­ni­fe­sta­cję zor­ga­ni­zo­wa­ną przez stu­den­tów Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go i Pań­stwo­wej Wyż­szej Szko­ły Te­atral­nej roz­pę­dzi­ła mi­li­cja. Za­trzy­ma­no wów­czas po­nad trzy­dzie­ścio­ro mło­dych lu­dzi. Dzie­wię­cio­ro spo­śród nich - uzna­nych za "naj­bar­dziej agre­syw­nych" - już na­za­jutrz uka­ra­no wy­so­ki­mi grzyw­na­mi, a wo­bec ośmior­ga na­tych­miast wsz­czę­to po­stę­po­wa­nie dys­cy­pli­nar­ne35. Kil­ka ty­go­dni póź­niej usu­nię­to z UW "po wie­lo­krot­nych upo­mnie­niach" Ada­ma Mich­ni­ka i Hen­ry­ka Szlaj­fe­ra - "za no­to­rycz­ne or­ga­ni­zo­wa­nie awan­tur po­li­tycz­nych, za prze­ka­zy­wa­nie fał­szy­wych wia­do­mo­ści do an­ty­pol­skich ośrod­ków pro­pa­gan­do­wych oraz za ła­ma­nie za­rzą­dzeń władz uczel­ni", jak do­no­si­ła pra­sa36. W isto­cie uka­ra­ni zo­sta­li za to, że po­in­for­mo­wa­li ko­re­spon­den­ta "Le Mon­de" o de­mon­stra­cji po spek­ta­klu Dejm­ka. O tej dra­stycz­nej ka­rze zde­cy­do­wał, z na­ru­sze­niem au­to­no­mii uczel­ni, ów­cze­sny mi­ni­ster oświa­ty i szkol­nic­twa wyż­sze­go Hen­ryk Ja­błoń­ski. Przy­ja­cie­le re­le­go­wa­nych po­sta­no­wi­li upo­mnieć się o ko­le­gów. Kol­por­to­wa­na przez nich ulot­ka za­po­wia­da­ła: "Wiec w obro­nie swo­bód de­mo­kra­tycz­nych. Pią­tek godz. 12-ta. Dzie­dzi­niec UW. Precz z re­pre­sja­mi! Au­to­no­mia Uni­wer­sy­te­tu za­gro­żo­na!"

Pią­tek wy­pa­dał 8 mar­ca.

Ale czy na pew­no do­pie­ro od tego mo­men­tu na­le­ży li­czyć czas po­ko­le­nia? "Ma­rzec" to na­zwa bar­dzo po­jem­na, o wie­le szer­sza niż trwa­ją­cy trzy ty­go­dnie "czas wy­da­rzeń i wy­pad­ków". Jak mó­wił Ste­fan Mo­raw­ski, pro­fe­sor Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, świa­dek i ofia­ra tam­te­go cza­su: "La­wi­na to­czy­ła się już od paru lat"37. Czy od mo­men­tu, kie­dy (oko­ło po­ło­wy lat sześć­dzie­sią­tych) stu­den­ta­mi zo­sta­li Adam Mich­nik i jego przy­ja­cie­le, sku­pie­ni wo­kół uni­wer­sy­tec­kich asy­sten­tów, przy­ja­ciół i prze­wod­ni­ków: Jac­ka Ku­ro­nia i Ka­ro­la Mo­dze­lew­skie­go, naj­więk­szych par­tyj­nych apo­sta­tów lat sześć­dzie­sią­tych? Nie­zbyt licz­ną gru­pę przy­ja­ciel­sko-sa­mo­kształ­ce­nio­wą na­zwa­no "ko­man­do­sa­mi", bo, jak pi­sze hi­sto­ryk Je­rzy Eisler, "ci in­te­li­gent­ni i oczy­ta­ni mło­dzi lu­dzie po­ja­wia­li się re­gu­lar­nie na ze­bra­niach par­tyj­nych i ZMS-owskich i jak praw­dzi­wi ko­man­do­si dzia­ła­ją­cy na za­ple­czu nie­przy­ja­cie­la dez­or­ga­ni­zu­ją jego szy­ki, tak oni swo­imi [...] wy­stą­pie­nia­mi (a byli na ogół do­bry­mi mów­ca­mi) za­kłó­ca­li z góry usta­lo­ny po­rzą­dek ob­rad. [...] Je­że­li w la­tach sześć­dzie­sią­tych kto­kol­wiek pu­blicz­nie, otwar­cie wy­stę­po­wał prze­ciw­ko ist­nie­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, mu­siał być zde­cy­do­wa­ny, je­śli nie na wszyst­ko, to przy­najm­niej na wie­le - jak "ko­man­do­si""38.

Sta­no­wi­li eli­tar­ną gru­pę. "Zna­li się nie­mal od przed­szko­la, naj­le­piej się czu­li w swo­im to­wa­rzy­stwie" - żar­to­wał ich star­szy ko­le­ga, Na­tan Te­nen­baum39. Więk­szość wy­wo­dzi­ła się ze śród­miej­skich szkół war­szaw­skich, część prze­szła przez har­cer­skie dru­ży­ny wal­te­row­skie Jac­ka Ku­ro­nia, inni - przez klub dys­ku­syj­ny (pi­szę o nim da­lej), któ­ry wśród li­ce­ali­stów za­ło­żył Adam Mich­nik. Przy­szli na Uni­wer­sy­tet w do­brym mo­men­cie, gdy był jesz­cze "en­kla­wą wol­no­ści" - trwa­ły tu jesz­cze skut­ki paź­dzier­ni­ko­wej od­wil­ży: au­to­no­mia i względ­ny li­be­ra­lizm edu­ka­cji, otwar­tej na za­chod­nie no­wo­ści in­te­lek­tu­al­ne, oraz cie­szą­ca się sza­cun­kiem ka­dra aka­de­mic­ka, wśród któ­rej duży au­to­ry­tet mie­li mark­si­ści re­wi­zjo­ni­ści: Le­szek Ko­ła­kow­ski, Krzysz­tof Po­mian, Zyg­munt Bau­man, Ste­fan Mo­raw­ski. Ja­cek Ku­roń przy­po­mi­na jesz­cze o fer­men­cie po­li­tycz­nym, za­ini­cjo­wa­nym przez Ka­ro­la Mo­dze­lew­skie­go, któ­ry je­sie­nią 1962 roku "zgło­sił się do Ko­mi­te­tu Uczel­nia­ne­go par­tii na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim i do Za­rzą­du Uczel­nia­ne­go ZMS-u, pro­po­nu­jąc zor­ga­ni­zo­wa­nie Klu­bu Dys­ku­syj­ne­go. Przy­ję­to go tam z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, choć scep­tycz­nie. Ucie­szy­ło ich, że ktoś ma ocho­tę co­kol­wiek ro­bić po­li­tycz­nie, choć z góry wie­dzie­li, że nic z tego nie bę­dzie. Był to już bo­wiem czas mil­czą­cych ze­brań par­tyj­nych i nie bar­dzo wie­rzo­no, że stu­den­ci w ja­kimś klu­bie chcie­li­by dys­ku­to­wać. Ka­rol wy­wie­sił jed­nak pla­ka­ty [...]"40.

I tak roz­po­czął się, jak wspo­mi­na Ku­roń, "cud na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu" - znów od­ży­ły, osła­bio­ne lub wy­ga­słe po Paź­dzier­ni­ku, dys­ku­sje po­li­tycz­ne o wy­so­kich ce­nach i nie­współ­mier­nie ni­skich pła­cach, o nie­wy­dol­nym spo­so­bie za­rzą­dza­nia go­spo­dar­ką i o wła­sno­ści pań­stwo­wej, o wie­rzą­cych i nie­wie­rzą­cych w Pol­sce Lu­do­wej, o bra­ku swo­bód oby­wa­tel­skich, zwłasz­cza wol­no­ści sło­wa, i tym po­dob­ne. Wła­ści­wie do­cho­dzi­ło do nie­ustan­nych ata­ków na ota­cza­ją­cą rze­czy­wi­stość, na PRL i re­al­ny so­cja­lizm. "Był to nie­zwy­kły fe­no­men: w pań­stwie to­ta­li­tar­nym, w wa­run­kach ogól­ne­go ma­ra­zmu, a na­stęp­nie za­ostrza­ją­cych się re­pre­sji, na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu ist­nia­ło coś, co bez żad­nej prze­sa­dy moż­na na­zwać ży­ciem po­li­tycz­nym. [...]. W ta­kim kli­ma­cie kształ­to­wa­ły się wśród mło­dzie­ży stu­denc­kiej róż­ne kie­run­ki po­li­tycz­ne­go my­śle­nia, a tak­że w nie­co mniej­szym stop­niu - dzia­ła­nia. Ufor­mo­wał się nie­omal peł­ny wa­chlarz sta­no­wisk po­li­tycz­nych, choć z wy­raź­ną prze­wa­gą kie­run­ków le­wi­cu­ją­cych i z jesz­cze bar­dziej wy­raź­ną - an­ty­to­ta­li­tar­nych. Na­wet uni­wer­sy­tec­cy ma­oiści byli zwo­len­ni­ka­mi plu­ra­li­zmu po­li­tycz­ne­go, a w stu­denc­kim obo­zie pro­rzą­do­wym tyl­ko nie­licz­ni nie po­stu­lo­wa­li li­be­ra­li­za­cji sys­te­mu". Ku­roń uwa­ża, że ta "en­kla­wa wol­no­ści" mo­gła ist­nieć je­dy­nie dzię­ki uni­wer­sy­tec­kiej or­ga­ni­za­cji par­tyj­nej, nie ule­ga­ją­cej wów­czas ze­wnętrz­nym na­ci­skom41.

"Ko­man­do­si" wno­si­li w at­mos­fe­rę aka­de­mic­kie­go fer­men­tu umy­sło­we­go spo­re wła­sne do­świad­cze­nie, wy­nie­sio­ne, jak wspo­mnia­łam, z dru­żyn wal­te­row­skich lub z "klu­bu Mich­ni­ka", dzia­ła­ją­ce­go wśród li­ce­ali­stów. Nim przy­szli na Uni­wer­sy­tet, spon­ta­nicz­nie uczest­ni­czy­li przez kil­ka lat w roz­go­rącz­ko­wa­nym ży­ciu, o któ­rym mó­wił Ku­roń. Adam Mich­nik i jego ko­le­dzy li­ce­ali­ści przy­słu­chi­wa­li się spo­rom w Klu­bie Krzy­we­go Koła, póki ten ist­niał, a po­tem po­wo­ła­li - "z pod­usz­cze­nia" Jana Jó­ze­fa Lip­skie­go, jak twier­dzi Mich­nik - wła­sny (wspo­mnia­ny już tu) mię­dzysz­kol­ny klub dys­ku­syj­ny, zna­ny pod na­zwą Klu­bu Po­szu­ki­wa­czy Sprzecz­no­ści. Oto wspo­mnie­nie jed­ne­go z uczest­ni­ków spo­tkań: "[...] to było śro­do­wi­sko nie­zwy­kłe. Li­ce­ali­ści, któ­rzy nie in­te­re­so­wa­li się pił­ką noż­ną, tyl­ko fi­lo­zo­fią, so­cjo­lo­gią, eko­no­mią, i to już w dzie­wią­tej kla­sie! Mło­dzież sza­le­nie in­te­li­gent­na, za­chłan­na na wie­dzę, nie­sa­mo­wi­cie wcze­śnie roz­wi­nię­ta in­te­lek­tu­al­nie. Na pro­fe­so­rach, któ­rzy do nas przy­cho­dzi­li (a Mich­nik cią­gle nam spro­wa­dzał pro­fe­so­rów z Uni­wer­sy­te­tu, pi­sa­rzy, dzien­ni­ka­rzy), mu­sie­li­śmy ro­bić nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie! Spo­ty­ka­li­śmy się na wy­dzia­le fi­lo­zo­fii, a po­tem w Sta­ro­miej­skim Domu Kul­tu­ry, w sek­cjach wy­gła­sza­li­śmy re­fe­ra­ty o Pla­to­nie, Ary­sto­te­le­sie i To­ma­szu Hob­be­sie [...], na ogól­nych spo­tka­niach dys­ku­to­wa­li­śmy z za­pro­szo­ny­mi go­ść­mi - by­li­śmy je­dy­ną chy­ba w ca­łym obo­zie ko­mu­ni­stycz­nym gru­pą szkol­nych uczniów, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wa­li się tak cał­ko­wi­cie sa­mo­dziel­nie i na taką ska­lę! Licz­ba uczniów do­cho­dzi­ła tam nie­kie­dy na­wet do stu, oczy­wi­ście masę w tym było po­zer­stwa i czę­sto mó­wi­ło się o książ­kach, któ­rych się w ogó­le nie czy­ta­ło - ale jed­no­cze­śnie ta sno­bi­stycz­na at­mos­fe­ra zmu­sza­ła, żeby czy­tać wię­cej, wie­dzieć wię­cej i le­piej się orien­to­wać. By­li­śmy bez­czel­ni i huc­piar­scy, śmia­no się z nas na mie­ście, że py­ska­cze, że "klub racz­ku­ją­cych re­wi­zjo­ni­stów" [...]"42.

Pre­le­gen­ta­mi i go­ść­mi uczniow­skich spo­tkań byli naj­zna­mie­nit­si ów­cze­śni re­wi­zjo­ni­ści z Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, pro­mi­nent­ni dzia­ła­cze par­tyj­ni (Mie­czy­sław Ra­kow­ski, Wa­le­ry Na­miot­kie­wicz), ka­to­li­cy z war­szaw­skie­go KIK-u: Ta­de­usz Ma­zo­wiec­ki, Ja­nusz Za­błoc­ki, ksiądz Bro­ni­sław Dem­bow­ski. W roku 1963, kie­dy za­czę­ły się pierw­sze re­pre­sje wo­bec ak­ty­wi­stów klu­bu Mo­dze­lew­skie­go (pro­wo­ka­cje SB, aresz­to­wa­nie jed­ne­go ze stu­den­tów-pre­le­gen­tów), tak­że prze­ciw­ko "klu­bo­wi Mich­ni­ka" pa­dły pierw­sze sło­wa kry­ty­ki - wy­po­wie­dział je sam Wła­dy­sław Go­muł­ka. Po la­tach, już w wol­nej Pol­sce, Ku­roń mó­wił z dumą i wiel­ką oso­bi­stą sa­tys­fak­cją, że - jak to na­zwał - cud na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, któ­ry po­mógł Po­la­kom otwo­rzyć dro­gę ku wol­no­ści, nie spadł z nie­ba, lecz był owo­cem dzia­łań le­wi­cy paź­dzier­ni­ko­wej i jej dzie­ci.

Gdy­by trzy­mać się tyl­ko tego roz­po­zna­nia, na­le­ża­ło­by opo­wieść o po­ko­le­niu '68 roz­po­cząć, jak hi­sto­ryk Je­rzy Eisler, od paź­dzier­ni­ka roku 1956, od roz­bu­dze­nia wiel­kich ape­ty­tów na prze­mia­nę re­al­ne­go so­cja­li­zmu, od po­prze­dza­ją­ce­go Paź­dzier­nik nie­zwy­kłe­go oży­wie­nia in­te­lek­tu­al­ne­go, na­ro­dzin re­wi­zjo­ni­zmu w pol­skim mark­si­zmie, wresz­cie - od kon­flik­tów w no­wym, ukształ­to­wa­nym po Paź­dzier­ni­ku ukła­dzie wła­dzy, bo i to może mieć zna­cze­nie dla wska­za­nia po­ko­le­nio­wej go­dzi­ny "0". Au­tor­ka mo­no­gra­fii o po­ezji No­wej Fali, Mał­go­rza­ta Szulc-Pac­ka­lén, za­czy­na hi­sto­rię li­te­rac­kiej ge­ne­ra­cji '68 jesz­cze wcze­śniej: od opi­su sy­tu­acji, jaką in­te­lek­tu­ali­stom i ar­ty­stom pol­skim na­rzu­ci­ły wa­run­ki po­li­tycz­ne w 1945 roku.

Po­ko­le­nie '68 to jed­nak nie tyl­ko "ko­man­do­si", uwa­ża­ni w par­tyj­nych gre­miach za "racz­ku­ją­cych re­wi­zjo­ni­stów", dzię­ki cze­mu moż­na się było po­tem roz­pra­wić z praw­dzi­wy­mi re­wi­zjo­ni­sta­mi, ich na­uczy­cie­la­mi. To tak­że - nie zwią­za­ni z nimi - or­ga­ni­za­to­rzy mar­co­wych straj­ków i de­mon­stra­cji w War­sza­wie i ośrod­kach po­za­war­szaw­skich, oraz ci, któ­rzy unik­nąw­szy aresz­to­wań w mar­cu, or­ga­ni­zo­wa­li po­tem ak­cje ulot­ko­we, po­tę­pia­ją­ce in­wa­zję wojsk Ukła­du War­szaw­skie­go na Cze­cho­sło­wa­cję w sierp­niu 1968 roku. To rów­nież "ta­ter­ni­cy" (mię­dzy in­ny­mi Ma­ciej Ko­złow­ski, An­drzej Mróz, Ma­ria Twor­kow­ska, Ja­kub Kar­piń­ski, Mał­go­rza­ta Szpa­kow­ska, Jan Ke­lus), któ­rzy or­ga­ni­zo­wa­li kon­spi­ra­cyj­ną sieć ko­mu­ni­ka­cji (i kol­por­ta­żu) mię­dzy kra­jem a emi­gra­cją. Aresz­to­wa­no ich w 1969 roku i ska­za­no za prze­my­ca­nie i roz­po­wszech­nia­nie "wro­gich Pol­sce" wy­daw­nictw pa­ry­skiej "Kul­tu­ry"43. Fakt, że zna­li się i przy­jaź­ni­li z "ko­man­do­sa­mi" i tak jak oni byli świa­do­mi po­li­tycz­ne­go sen­su swych dzia­łań, nie czy­ni z nich od razu bo­ha­te­rów tej sa­mej opo­wie­ści. Nie byli mark­si­sta­mi, znacz­nie mniej było w nich wia­ry w so­cja­li­stycz­ny pro­jekt, a w en­tu­zja­stach "praw­dzi­we­go so­cja­li­zmu" nie­któ­rzy z nich (na przy­kład Ja­kub Kar­piń­ski) skłon­ni byli wi­dzieć nowe wcie­le­nie bol­sze­wi­zmu. Od po­glą­dów "ko­man­do­sów" dy­stan­so­wa­li się tak­że ci, prze­waż­nie star­si o kil­ka lat, któ­rzy, jak Mar­cin Król, To­masz Łu­bień­ski czy Woj­ciech Kar­piń­ski, po­szu­ki­wa­li in­spi­ra­cji w my­śli li­be­ral­nej i kon­ser­wa­tyw­nej.

Zresz­tą krąg "ko­man­do­sów" też nie był ani jed­no­li­ty, ani wy­łącz­nie mark­si­stow­ski, choć oczy­wi­ście cen­trum sta­no­wi­ła, jak już wspo­mnia­łam, eli­tar­na gru­pa mło­dych re­wo­lu­cjo­ni­stów z mi­sją na­pra­wia­nia Pol­ski w du­chu "praw­dzi­we­go so­cja­li­zmu". Jó­zef Dajcz­ge­wand, je­den z or­ga­ni­za­to­rów i uczest­ni­ków grup sa­mo­kształ­ce­nio­wych, uwa­żał na­zwę "ko­man­do­si" za zbyt wą­ską, wy­ko­rzy­sty­wa­ną głów­nie przez pro­pa­gan­dę i nie od­da­ją­cą w peł­ni cha­rak­te­ru wie­lu zbun­to­wa­nych śro­do­wisk stu­denc­kich przed Mar­cem. Tłu­ma­czył: ""Ko­man­do­si" byli wy­bra­ni przez wła­dzę na prze­ciw­ni­ka po­li­tycz­ne­go, któ­ry miał jej słu­żyć. [...] W rze­czy­wi­sto­ści zaś krąg osób sku­pio­nych wo­kół Jac­ka czy Ada­ma był tyl­ko jed­nym z ele­men­tów ca­łej ga­lak­ty­ki roz­ma­itych grup w róż­nych śro­do­wi­skach, któ­re mia­ły po­dob­ne cele, po­dob­ne in­te­re­sy i prze­ni­ka­ły się wza­jem­nie"44.

Ist­nia­ły też gru­py nie­chęt­ne temu, by się z kim­kol­wiek prze­ni­kać. Ich in­te­re­sy i cele po­li­tycz­ne były ra­dy­kal­nie od­mien­ne od le­wi­co­wych na­dziei. Po­ko­le­nie '68 to prze­cież tak­że zde­kla­ro­wa­ni mło­dzi an­ty­ko­mu­ni­ści, któ­rym oprócz idei de­mo­kra­cji i praw czło­wie­ka bli­ska była rów­nież tra­dy­cja pol­skie­go pa­trio­ty­zmu i ka­to­li­cy­zmu oraz kon­spi­ra­cja dla nie­pod­le­gło­ści. Jed­nym z ta­kich kon­spi­ra­cyj­nych pro­jek­tów był "Ruch", po­wo­ła­ny w 1965 roku w Ło­dzi. Obok za­słu­żo­ne­go kom­ba­tan­ta, Ma­ria­na Go­łę­biew­skie­go (żoł­nie­rza AK i WiN), dzia­ła­li w nim dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ko­wie: bra­cia An­drzej i Be­ne­dykt Czu­mo­wie, Emil Mor­gie­wicz, Ste­fan Nie­sio­łow­ski. O "Ru­chu" było gło­śno w kil­ka lat po Mar­cu - z po­wo­du nie­uda­nej ak­cji pod­pa­le­nia mu­zeum Le­ni­na w Po­ro­ni­nie, pro­ce­su i su­ro­wych wy­ro­ków. War­to­ści ka­to­lic­kie, tra­dy­cja nie­pod­le­gło­ści i pa­trio­tyzm sta­no­wi­ły tak­że o spe­cy­fi­ce "Czar­nej Je­dyn­ki" - 1 War­szaw­skiej Dru­ży­ny Har­cer­skiej, dzia­ła­ją­cej przy Li­ceum im. Ta­de­usza Rey­ta­na, uwa­ża­nej przez wie­lu za "praw­dzi­we" har­cer­stwo (ist­nia­ła od 1911 roku) i prze­ciw­sta­wia­nej "ko­mu­ni­stycz­nym wal­te­row­com" Jac­ka Ku­ro­nia. Z tego eli­tar­ne­go, bar­dzo zin­te­gro­wa­ne­go śro­do­wi­ska wy­wo­dzi­li się uczest­ni­cy straj­ków mar­co­wych, mię­dzy in­ny­mi An­to­ni Ma­cie­re­wicz - od 1967 roku ko­men­dant "Je­dyn­ki". Po klę­sce Mar­ca, w 1969 roku, utwo­rzył przy niej (ra­zem z Ja­nu­szem Ki­jow­skim, Mar­kiem Ba­rań­skim i Woj­cie­chem Onysz­kie­wi­czem) "Gro­ma­dę Włó­czę­gów" - krąg star­szo­har­cer­ski i klub dys­ku­syj­ny, wo­kół któ­re­go zbie­ra­li się mło­dzi lu­dzie o róż­nych świa­to­po­glą­dach, prze­ko­na­ni o ko­niecz­no­ści zmian w Pol­sce i chęt­ni do wspól­ne­go dzia­ła­nia. Wie­lu z nich sta­ło się po­tem, w po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych, ani­ma­to­ra­mi i or­ga­ni­za­to­ra­mi opo­zy­cji de­mo­kra­tycz­nej: mię­dzy in­ny­mi Da­riusz Ku­piec­ki, Piotr Na­im­ski, Woj­ciech Fał­kow­ski, Lu­dwik Dorn, Ur­szu­la Do­ro­szew­ska. W 1976 roku two­rzy­li wspól­nie z Jac­kiem Ku­ro­niem i by­ły­mi wal­te­row­ca­mi Ko­mi­tet Obro­ny Ro­bot­ni­ków45.

W sze­ro­kim spek­trum po­ko­le­nio­wym nie moż­na nie uwzględ­nić mło­dych ro­bot­ni­ków, uczest­ni­czą­cych w stłu­mio­nym przez woj­sko bun­cie w grud­niu 1970 roku. Lech Wa­łę­sa i jego ko­le­dzy, me­try­kal­nie rzecz uj­mu­jąc, są tak­że re­pre­zen­tan­ta­mi tej sa­mej ge­ne­ra­cji, co zbun­to­wa­ni stu­den­ci roku 68. Ujaw­nia­ją się póź­niej, lecz od po­wsta­nia KOR-u w 1976 roku wie­lu z nich współ­pra­cu­je z mło­dy­mi in­te­li­gen­ta­mi o mar­co­wym ro­do­wo­dzie - ra­zem za­kła­da­ją nie­le­gal­ne związ­ki za­wo­do­we, po­ja­wia­ją się obok sie­bie w cza­sie straj­ków sierp­nio­wych 1980 roku i ra­zem dzia­ła­ją w so­li­dar­no­ścio­wym pod­zie­miu46.

A prze­cież oprócz upo­li­tycz­nio­nych śro­do­wisk stu­denc­kich czy nie­po­kor­nych ro­bot­ni­ków na­le­ży jesz­cze wy­mie­nić mało do­tąd zba­da­ne apo­li­tycz­ne nur­ty pol­skiej kontr­kul­tu­ry: hi­pi­sow­skiej, "tu­ry­stycz­nej"47 czy pręż­ny ruch psy­chia­trii hu­ma­ni­stycz­nej, któ­ry na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych za­ini­cjo­wał Ka­zi­mierz Jan­kow­ski, sku­pia­jąc wo­kół sie­bie nie tyl­ko psy­cho­lo­gów, ale tak­że spo­rą rze­szę chęt­nych do bez­in­te­re­sow­ne­go dzia­ła­nia, nie­tu­zin­ko­wych mło­dych lu­dzi. Z wy­jąt­kiem or­ga­ni­za­cji kon­spi­ra­cyj­nych więk­szość wy­mie­nio­nych tu nur­tów po­ko­le­nio­wych prze­ni­ka­ła się i dzię­ki temu, jak pi­sał Dajcz­ge­wand, każ­dy mógł czuć się czę­ścią więk­sze­go ru­chu: "To nie była tyl­ko wal­ka po­li­tycz­na, ale coś zwią­za­ne­go z ogól­no­świa­to­wym "hi­pi­sow­skim" - bo trud­no to in­a­czej na­zwać - tłem. Ruch na rzecz swo­bód de­mo­kra­tycz­nych, ale i inny spo­sób my­śle­nia no­wej ge­ne­ra­cji o świe­cie"48.

Czas wresz­cie wspo­mnieć o naj­bar­dziej zna­czą­cym na prze­ło­mie lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych śro­do­wi­sku mło­dych po­etów, ese­istów, kry­ty­ków, twór­ców te­atrów i ka­ba­re­tów, mu­zy­ków, gra­fi­ków i pla­ka­ci­stów - ani­ma­to­rów nie­zwy­kle oży­wio­nej po Mar­cu kul­tu­ry stu­denc­kiej, względ­nie nie­za­leż­nej od na­ci­sków po­li­tycz­nych. To wła­śnie ich naj­wcze­śniej za­czę­to wy­róż­niać jako wspól­no­tę ge­ne­ra­cyj­ną i okre­ślać po­li­tycz­nie po­praw­ną na­zwą "po­ko­le­nie '70". Wo­kół te­atrów i ka­ba­re­tów gro­ma­dzi­ła się spo­ra, zróż­ni­co­wa­na pu­blicz­ność in­te­li­genc­ka. Byli wśród niej sym­pa­ty­cy le­wi­cy i kon­ser­wa­ty­ści, ka­to­li­cy i bud­dy­ści świe­żej daty, wie­rzą­cy i nie­wie­rzą­cy, wy­lu­zo­wa­ni hi­pi­si i ad­mi­ra­to­rzy miesz­czań­skiej so­lid­no­ści, wy­pusz­cza­ni z wię­zień przy­wód­cy Mar­ca i mło­dzi człon­ko­wie par­tii, któ­rzy po Mar­cu za­si­li­li jej sze­re­gi. Wie­lu z nich, po­rwa­nych przez falę wy­da­rzeń 68 roku, łą­czy­ły wspól­ne prze­ży­cia i wspo­mnie­nia oraz wspól­na nie­chęć, lub przy­najm­niej dy­stans wo­bec ide­olo­gicz­ne­go PRL-u. Ni­sze kul­tu­ry stu­denc­kiej były ich azy­lem, miej­scem swo­im, bez­piecz­nym. Nic dziw­ne­go, że wła­śnie tu naj­wcze­śniej za­czę­ła się two­rzyć wspól­no­ta świa­do­ma swej od­ręb­no­ści.

Nie spo­sób tu opo­wie­dzieć o wszyst­kich gru­pach czy śro­do­wi­skach, ale do­brze jest zda­wać so­bie spra­wę z tego, jak sze­ro­ki jest ho­ry­zont, z któ­re­go wy­ła­nia się ge­ne­ra­cja '68.

Jak wie­le grup i śro­do­wisk, tak wie­le róż­nych i nie­współ­mier­nych pa­mię­ci, spo­so­bów uświa­da­mia­nia so­bie przy­na­leż­no­ści ge­ne­ra­cyj­nej oraz sty­lów od­czu­wa­nia i ma­ni­fe­sto­wa­nia wspól­no­ty. W któ­rym mo­men­cie mło­dzi lu­dzie, zja­wia­ją­cy się jako bez­i­mien­na rze­sza - za­le­d­wie moż­li­wość lub obiet­ni­ca sen­su - sami so­bie na­da­ją zna­cze­nie, na­zy­wa­jąc się po­ko­le­niem i wy­stę­pu­jąc pod sztan­da­rem wspól­nych ra­cji? I dla­cze­go to ro­bią?

Nie ma jed­nej od­po­wie­dzi na te py­ta­nia. O po­ko­le­niu '68 moż­na snuć wie­le opo­wie­ści - za­leż­nie od tego, jaki cel so­bie po­sta­wi­my i czy­jej pa­mię­ci ze­chce­my przy­znać pierw­szeń­stwo, ta­kie po­sta­ci i wąt­ki wy­bie­rze­my do fa­bu­lar­nej osno­wy. Z ko­lei od wy­bra­nia wąt­ków i po­sta­ci w du­żej mie­rze za­le­ży ro­dzaj opo­wie­dzia­nej hi­sto­rii i jej sens.

Może to być za­tem hi­sto­ria po­li­tycz­na o umie­ra­niu de­mo­kra­tycz­nych idei Paź­dzier­ni­ka, o roz­gryw­kach we­wnątrz par­tii, o ma­ni­pu­la­cji po­li­tycz­nej ge­ne­ra­ła Mo­cza­ra, o spro­wo­ko­wa­nym i per­fid­nie wy­ko­rzy­sta­nym pro­te­ście spo­łecz­nym (stu­den­tów, pi­sa­rzy, uczo­nych), wresz­cie - o upo­ko­rze­niu in­te­li­gen­cji i wy­gna­niu Ży­dów z Pol­ski. Taka opo­wieść - w na­szej lo­kal­nej nar­ra­cji przed­sta­wia­na jako kres re­wi­zjo­ni­zmu i mark­si­zmu - mo­gła­by stać się świa­dec­twem kry­zy­su o więk­szym niż Pol­ska za­się­gu, mo­gła­by być ostat­nim roz­dzia­łem wiel­kiej nar­ra­cji, przed­sta­wiać wy­czer­py­wa­nie się ję­zy­ka le­wi­cy, roz­pad ide­olo­gicz­nej Uto­pii i kry­zys lub zmierzch no­wo­cze­sno­ści, któ­rej zna­czą­cą czę­ścią po­zo­sta­wał ko­mu­nizm i pań­stwa Eu­ro­py Wschod­niej.

Ma­rzec mógł­by stać się tak­że in­te­gral­ną czę­ścią opo­wie­ści wy­wo­dzą­cej się wprost z dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go, ana­chro­nicz­ne­go dra­ma­tu na­ro­do­we­go pod ty­tu­łem "Nie­pod­le­głość bez cen­zu­ry". Po­czą­tek tego dra­ma­tu sto lat wcze­śniej przed­sta­wił Mic­kie­wicz w III czę­ści Dzia­dów, a dal­szy ciąg, za­ini­cjo­wa­ny in­sce­ni­za­cją Dejm­ka, roz­gry­wał się na uli­cy - nie tyl­ko w roku 1968, ale tak­że pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych, wraz z po­wsta­niem KOR-u, i póź­niej, przez lata osiem­dzie­sią­te, aż do wy­bo­rów 4 czerw­ca 1989 roku, a wła­ści­wie trwa jesz­cze i dziś. Ma­rzec był­by w tej opo­wie­ści frag­men­tem he­ro­icz­ne­go mitu opo­zy­cji po­li­tycz­nej, ro­dze­nia się na­ro­do­wej so­li­dar­no­ści, jed­nym z waż­nych ak­tów za­ło­ży­ciel­skich III Rzecz­po­spo­li­tej. Spór o to, jak wy­ko­rzy­stać pa­mięć 68 roku w opo­wie­ści o nie­pod­le­gło­ści, do­pie­ro się roz­po­czy­na.

Ma­rzec moż­na rów­nież włą­czyć w, ko­li­du­ją­cą z ana­chro­nicz­ną fa­bu­łą na­ro­do­wą, opo­wieść o re­wol­tu­ją­cej sile mło­do­ści, o zda­rze­niach, któ­re mia­ły co praw­da lo­kal­ny, spe­cy­ficz­nie pol­ski cha­rak­ter, ale były też czę­ścią po­wszech­nej mło­dzie­żo­wej kon­te­sta­cji i kontr­kul­tu­ry, któ­ra w la­tach sześć­dzie­sią­tych ogar­nę­ła pra­wie cały glob, przy­bie­ra­jąc po­stać ra­dy­kal­nie le­wi­co­wych, an­ty­ra­si­stow­skich bun­tów po­li­tycz­nych, bru­tal­ne­go mię­dzy­na­ro­do­we­go ter­ro­ry­zmu z jed­nej stro­ny, a z dru­giej - ła­god­ne­go ru­chu hip­pies czy pro­wo­ka­cyj­nej, lecz nie­agre­syw­nej re­wo­lu­cji oby­cza­jo­wej. Na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych usi­ło­wa­ła "prze­my­cić" u nas taką opo­wieść Al­do­na Jaw­łow­ska w Dro­gach kontrkul­tu­ry, świet­nej pra­cy o mło­dzie­żo­wych bun­tach na Za­cho­dzie, bar­dzo ce­nio­nej przez mło­dych Po­la­ków, szu­ka­ją­cych w niej im­pul­su do sa­mo­okre­śleń poza mark­si­zmem czy ka­to­li­cy­zmem, ro­man­tycz­ną pol­sko­ścią i nie­pod­le­gło­ścią49.

Ge­ne­ra­cja '68 zja­wia się w Pol­sce na skrzy­żo­wa­niu tych wszyst­kich opo­wie­ści. Dla­te­go na py­ta­nia, jak i kie­dy się zja­wia, nie da się wia­ry­god­nie od­po­wie­dzieć, uży­wa­jąc jed­nej tyl­ko, ze­ga­ro­wej, mia­ry po­cząt­ku. Le­piej więc mó­wić o kil­ku od­sło­nach po­ko­le­nio­wej toż­sa­mo­ści. Pierw­sza z nich - to dzia­ła­nia i za­da­nia, ja­kie sta­wia­li so­bie "ko­man­do­si" i ich sprzy­mie­rzeń­cy, świa­do­mi ce­lów po­li­tycz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia. Ci mło­dzi lu­dzie byli nie­wąt­pli­wie za­czy­nem bun­tu i jego li­de­ra­mi. Lecz po wie­cu 8 mar­ca po­ko­le­nie ob­ja­wia­ło się już in­a­czej - w spon­ta­nicz­nych od­ru­chach so­li­dar­no­ści z krzyw­dzo­ny­mi ko­le­ga­mi, na ja­kie od­wa­ży­li się licz­ni stu­den­ci, mniej uświa­do­mie­ni po­li­tycz­nie, lub zgo­ła apo­li­tycz­ni, ale da­ją­cy uj­ście swym wzbu­rzo­nym emo­cjom, zra­nio­nej god­no­ści. Ich stan du­cha i nie­zwy­kłe tem­po po­li­tycz­ne­go doj­rze­wa­nia traf­nie ujął Alek­san­der Per­ski:

"Dla więk­szo­ści lu­dzi to, co się sta­ło [po wie­cu 8 mar­ca], nie mia­ło już w za­sa­dzie wie­le wspól­ne­go ze spra­wą Ada­ma czy Dzia­dów. To był szok zwią­za­ny z tym, że zła­ma­na zo­sta­ła wol­ność aka­de­mic­ka i że było to tak dra­stycz­ne i bru­tal­ne. Lu­dzie bar­dzo szyb­ko doj­rze­wa­li. Na­gle na­bie­ra­li pew­no­ści, że ist­nie­je ogrom­na sprzecz­ność po­mię­dzy tym, co chcie­li ro­bić w swo­im ży­ciu, w swo­jej na­uce czy póź­niej­szej pra­cy, a tym, co wol­no i na co im się bę­dzie po­zwa­la­ło. [...] duża gru­pa lu­dzi wte­dy wła­śnie, na wła­snej skó­rze, od­czu­ła z czym ma do czy­nie­nia. Prze­cież żyli niby nor­mal­nie, stu­dio­wa­li i na­raz oka­za­ło się, że to wszyst­ko tak ła­two się wali"50.

Po mar­cu '68, a po­tem po grud­niu '70, po­ko­le­nie usi­ło­wa­no skon­stru­ować od­gór­nie, zgod­nie z za­po­trze­bo­wa­niem wła­dzy - w kon­tro­lo­wa­nych dys­ku­sjach pu­blicz­nych o mło­dzie­ży. W tym sa­mym cza­sie jed­nak, w opo­zy­cji do po­trzeb ide­olo­gicz­nych, po­ko­le­nie two­rzy­ło sie­bie samo - we wspo­mi­na­nych już tu ni­szach stu­denc­kiej kul­tu­ry i ro­dzi­mej kontr­kul­tu­ry. Dzie­sięć lat póź­niej, na prze­ło­mie lat sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych, spo­ra część tej zróż­ni­co­wa­nej ge­ne­ra­cji - ro­bot­ni­cy i ar­ty­ści, "ko­man­do­si" i mło­dzież z KIK-ów, "Bud­den­bro­oko­wie i hip­pi­si"51 -po­ja­wi­ła się w pod­ziem­nym ru­chu opo­zy­cji de­mo­kra­tycz­nej, w nie­za­leż­nych cza­so­pi­smach, wy­daw­nic­twach i dru­kar­niach, w struk­tu­rach i wła­dzach "So­li­dar­no­ści" (jaw­nej i pod­ziem­nej). A po od­zy­ska­niu su­we­ren­no­ści w 1989 roku z czę­ści owej czę­ści utwo­rzył się es­ta­bli­sh­ment po­li­tycz­ny.

Nie obej­mu­ję w tej pra­cy wszyst­kich wy­mie­nio­nych po­ko­le­nio­wych wąt­ków i od­słon z oba­wy przed cho­ro­bą nad­mier­no­ści i po­wierz­chow­no­ści. Moja uwa­ga sta­le krą­ży wo­kół dwóch prze­ni­ka­ją­cych się śro­do­wisk, któ­re naj­moc­niej wy­ar­ty­ku­ło­wa­ły ge­ne­ra­cyj­ny cha­rak­ter swo­ich przed­się­wzięć i sil­nie pod­kre­śla­ły ich po­li­tycz­ny i spo­łecz­ny wy­miar. To śro­do­wi­sko "ko­man­do­sów" oraz gru­py mło­do­li­te­rac­kie, okre­śla­ne wspól­ną na­zwą No­wej Fali. Ci mło­dzi, ak­tyw­ni lu­dzie in­te­re­su­ją mnie z tego po­wo­du, że w ich bio­gra­fiach i wy­po­wie­dziach naj­do­bit­niej ma­ni­fe­stu­je się prze­war­to­ścio­wa­nie no­wo­cze­sno­ści, do­ko­nu­ją­ce się pod pre­sją do­świad­cza­ne­go na wła­snej skó­rze "po­stę­pu hi­sto­rycz­ne­go". W PRL-u, jak zresz­tą w ca­łej zre­wol­to­wa­nej Eu­ro­pie, w 1968 roku no­wo­cze­sno­ścią były idee mark­si­zmu, ro­man­tycz­ny mit re­wo­lu­cji oraz wy­obra­że­nia awan­gar­dy ar­ty­stycz­nej i hi­sto­rycz­nej. W po­ezji i kry­ty­ce No­wej Fali oraz w pu­bli­cy­sty­ce po­li­tycz­nej Ada­ma Mich­ni­ka do­brze wi­dać "prze­pra­co­wa­nie" tych idei i wy­obra­żeń, przej­ście od wia­ry w "de­mo­kra­tycz­ny so­cja­lizm", od en­tu­zja­zmu dla re­wo­lu­cji i awan­gard do sub­tel­niej­sze­go roz­po­zna­wa­nia w nich ele­men­tów prze­mo­cy - wie­dzy i wła­dzy to­tal­nej - a w re­zul­ta­cie do ra­dy­kal­ne­go roz­łą­cze­nia po­jęć re­wo­lu­cji i po­stę­pu, de­mo­kra­cji i so­cja­li­zmu, awan­gar­dy i sztu­ki za­an­ga­żo­wa­nej. To wła­śnie przej­ście - i jego kon­se­kwen­cje - chcę po­ka­zać.

Adam Mich­nik tak przed­sta­wiał sie­bie z cza­su stu­diów: "By­łem wte­dy dwu­dzie­sto­let­nim ko­mu­ni­stą w ro­dza­ju Gram­scie­go, mło­de­go Mark­sa, Lesz­ka Ko­ła­kow­skie­go, tro­chę Troc­kie­go. To ozna­cza­ło kry­ty­cyzm wo­bec re­żi­mu, ale kry­ty­cyzm w ra­mach ko­mu­ni­stycz­ne­go sys­te­mu war­to­ści, w ra­mach mark­si­zmu"52. Rze­czy­wi­ście, i on, i jego przy­ja­cie­le do­ko­ny­wa­li wów­czas dość od­waż­nych szarż w za­strze­żo­nej dla pań­stwa dzie­dzi­nie ide­olo­gii. In­te­re­so­wa­ły ich róż­ne, skon­fi­sko­wa­ne przez PRL, od­mia­ny mark­si­zmu: troc­kizm, so­cjal­de­mo­kra­cja Róży Luk­sem­burg, ma­oizm. Nic dziw­ne­go, że za­nie­po­ko­je­ni taką ide­ową sa­mo­dziel­no­ścią oraz zbyt szcze­rze ma­ni­fe­sto­wa­nym kry­ty­cy­zmem wo­bec "li­nii par­tii" funk­cjo­na­riu­sze ko­mi­te­tu war­szaw­skie­go PZPR uda­rem­nia­li mło­dym adep­tom dok­try­ny zbyt śmia­łe eks­plo­ra­cje tego ob­sza­ru i szu­ka­li pre­tek­stów, by li­kwi­do­wać stu­denc­kie klu­by dys­ku­syj­ne, w któ­rych zja­wia­li się naj­bar­dziej ak­tyw­ni po­szu­ki­wa­cze sprzecz­no­ści, po­dej­rze­wa­ni o sze­rze­nie re­wi­zjo­ni­zmu.

Rze­czy­wi­ście byli jego spad­ko­bier­ca­mi, du­cho­wy­mi dzieć­mi Paź­dzier­ni­ka. Trze­ba jed­nak pa­mię­tać, że ten nie­zwy­kły fer­ment in­te­lek­tu­al­ny, do­ko­nu­ją­cy się w la­tach pięć­dzie­sią­tych we­wnątrz mark­si­zmu, a do­kład­niej: we­wnątrz par­tii, był czymś wię­cej niż tyl­ko spo­rem o dok­try­nę. Mark­sizm na­le­żał do ide­olo­gii pań­stwo­wej, więc siłą rze­czy ci, któ­rzy do­ko­ny­wa­li w nim prze­war­to­ścio­wań, sta­wa­li się waż­ny­mi uczest­ni­ka­mi spo­ru ide­olo­gicz­ne­go i po­li­tycz­ne­go. Ze spo­ru tego czy­ni­li pu­blicz­ną de­ba­tę, ła­miąc gra­ni­ce strze­żo­nej dok­try­ny pań­stwo­wej. Oczy­wi­ście była to de­ba­ta ści­śle re­gla­men­to­wa­na, nie po­ja­wia­ły się w niej po­glą­dy ani sta­no­wi­ska, któ­re wła­dza zde­le­ga­li­zo­wa­ła (idee czy ide­olo­gie po­li­tycz­ne kształ­tu­ją­ce się w Pol­sce od schył­ku XIX wie­ku, a nie w peł­ni wy­ar­ty­ku­ło­wa­ne w krót­kim okre­sie II Rzecz­po­spo­li­tej, za­czę­ły od­ży­wać do­pie­ro w la­tach osiem­dzie­sią­tych, w pod­zie­miu, w nie­kie­dy ka­ry­ka­tu­ral­nej, nie­zmie­nio­nej od lat po­sta­ci - i we­ry­fi­ku­ją się do­pie­ro te­raz, w bie­żą­cym ży­ciu po­li­tycz­nym).

Spór re­wi­zjo­ni­stów z dok­try­ną par­tyj­ną roz­po­czy­nał się zwy­kle od ata­ków na "błę­dy i wy­pa­cze­nia" sta­li­ni­zmu, a naj­czę­ściej koń­czył na kry­ty­ce le­ni­ni­zmu i ko­mu­ni­zmu. Więk­szość re­wi­zjo­ni­stów w koń­cu od­rzu­ci­ła obie te dok­try­ny jako sprzecz­ne z du­chem mark­si­zmu, za­cho­wu­jąc wszak­że jesz­cze przez dłu­gi czas wier­ność ide­om le­wi­cy so­cja­li­stycz­nej - bliż­szej, jak są­dzo­no, dzie­dzic­twu Mark­sa, a po­nad­to bar­dziej otwar­tej na war­to­ści de­mo­kra­tycz­ne i oby­wa­tel­skie. W cza­sie prze­ło­mu paź­dzier­ni­ko­we­go idee te były waż­nym ar­gu­men­tem re­wi­zjo­ni­stów w spo­rze ze sta­li­now­ca­mi. Do­ma­ga­li się oni de­mo­kra­ty­za­cji ży­cia pu­blicz­ne­go i de­mo­kra­cji we­wnątrz­par­tyj­nej. Żą­da­li jaw­no­ści de­cy­zji po­li­tycz­nych, nie­za­leż­nych związ­ków za­wo­do­wych, znie­sie­nia cen­zu­ry, swo­bo­dy dys­ku­sji, li­kwi­da­cji lub ogra­ni­cze­nia wła­dzy taj­nej po­li­cji. Nie kwe­stio­no­wa­li do­gma­tu o "kie­row­ni­czej roli" par­tii, ale ogra­ni­cza­li jej omni­po­ten­cję, pod­kre­śla­li, że spo­łe­czeń­stwo to do­bro­wol­ny zwią­zek oby­wa­te­li, a praw­dzi­wym jego pod­mio­tem nie jest ko­lek­tyw, lecz sa­mo­dziel­nie my­ślą­cy czło­wiek, któ­re­mu "kie­row­ni­cza par­tia" nie może na­rzu­cać po­glą­dów ani wy­ty­czać tra­sy mar­szu przez hi­sto­rię i wła­sne ży­cie.

Tri­kiem in­te­lek­tu­al­nym re­wi­zjo­ni­stów była kry­ty­ka ofi­cjal­nej ide­olo­gii mark­si­zmu-le­ni­ni­zmu, do­ko­ny­wa­na z po­wo­ły­wa­niem się na war­to­ści hu­ma­ni­stycz­ne oraz mark­si­stow­ski (a na po­cząt­ku tak­że le­ni­now­ski) słow­nik i skład za­sad. Le­szek Ko­ła­kow­ski pi­sał: "Oso­bli­wość sy­tu­acji po­le­ga­ła na tym, że mark­sizm, a rów­nież le­ni­nizm, miał sze­ro­ko roz­bu­do­wa­ną fra­ze­olo­gię hu­ma­ni­stycz­ną i de­mo­kra­tycz­ną, któ­ra wpraw­dzie była w sys­te­mie wła­dzy bez­czyn­ną fa­sa­dą, jed­nak mo­gła być ob­ró­co­na i fak­tycz­nie ob­ró­co­na zo­sta­ła prze­ciw­ko te­muż sys­te­mo­wi; ujaw­nia­jąc gro­te­sko­wy kon­trast mię­dzy tą fra­ze­olo­gią a re­al­no­ścia­mi ży­cia, re­wi­zjo­nizm ob­na­żył sprzecz­no­ści sa­mej dok­try­ny. Fa­sa­da ide­olo­gicz­na ode­rwa­ła się jak­by od ru­chu po­li­tycz­ne­go, któ­re­go była po­słusz­nym na­rzę­dziem i na­bra­ła wła­sne­go ży­cia"53.

Par­tyj­ni re­wi­zjo­ni­ści sprze­ci­wia­li się fa­sa­do­wej ide­olo­gii PRL-u w imię "au­ten­tycz­ne­go mark­si­zmu". Uwa­ża­li, że jego in­te­lek­tu­al­na po­zy­cja po­win­na być bu­do­wa­na w otwar­tej dys­ku­sji z in­ny­mi świa­to­po­glą­da­mi czy ide­olo­gia­mi, nie zaś umac­nia­na przez pań­stwo­we in­sty­tu­cje i środ­ki re­pre­sji. Dla­te­go też byli zwo­len­ni­ka­mi sze­ro­kie­go otwar­cia na róż­ne eu­ro­pej­skie nur­ty in­te­lek­tu­al­ne czy idee po­li­tycz­ne. Na nowo - i dia­me­tral­nie in­a­czej niż w okre­sie sta­li­now­skiej hi­ste­rii an­ty­re­li­gij­nej - for­mu­ło­wa­li swo­je sta­no­wi­sko wo­bec ka­to­li­ków, za­pew­ne w ja­kiejś mie­rze tak­że dla­te­go, że i w ka­to­li­cy­zmie do­ko­ny­wa­ły się wów­czas prze­mia­ny, któ­ry­mi in­te­re­so­wa­ła się cała Eu­ro­pa, by wy­mie­nić wie­lo­let­nie ob­ra­dy So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go II czy ist­nie­ją­ce od lat, ale wciąż przez hie­rar­chię wa­ty­kań­ską trak­to­wa­ne po­dejrz­li­wie, od­no­wi­ciel­skie in­spi­ra­cje fi­lo­zo­ficz­ne (chrze­ści­jań­ską od­mia­nę eg­zy­sten­cja­li­zmu Ga­brie­la Mar­ce­la, per­so­na­lizm Ema­nu­ela Mo­unie­ra czy myśl Te­il­har­da de Char­din).

Zwa­żyw­szy nie­su­we­ren­ność kra­ju, mo­no­po­li­stycz­ną rolę PZPR i prze­moc ide­olo­gicz­ne­go ję­zy­ka wła­dzy - prze­szko­dy, któ­re uda­rem­nia­ły ja­ki­kol­wiek otwar­ty spór po­li­tycz­ny - dys­ku­sje ini­cjo­wa­ne w la­tach pięć­dzie­sią­tych przez re­wi­zjo­ni­stów na­le­ży trak­to­wać jako coś do­nio­ślej­sze­go niż "kłót­nię w ro­dzi­nie" mark­si­stów. Wów­czas był to naj­waż­niej­szy, naj­le­piej sły­sza­ny głos pu­blicz­nej kry­ty­ki, a wła­ści­wie głos za­ka­mu­flo­wa­nej opo­zy­cji. Zna­mien­ne, że wy­cho­wa­ni w du­chu re­wi­zjo­ni­zmu "ko­man­do­si" już w nie­speł­na dzie­sięć lat po Mar­cu sta­li się ini­cja­to­ra­mi jaw­nej, choć "nie­le­gal­nej" opo­zy­cji - au­ten­tycz­ne­go ru­chu po­li­tycz­ne­go, któ­ry po­grze­bał ję­zyk mark­si­zmu i przy­spie­szył ero­zję ide­olo­gicz­nych państw ko­mu­ni­stycz­nych w Eu­ro­pie. Jak na lo­kal­ną "kłót­nię w ro­dzi­nie", za­sięg jej od­dzia­ły­wa­nia był więc do­praw­dy im­po­nu­ją­cy i god­ny po­dzi­wu.