Kamimura umilkł na chwilę, napełnił czarę wodą, i podnosząc ją
zwolna, powlókł ciężkiemi oczami po żołnierzach. Wszyscy jakby nagle skamienieli, że tylko spojrzenia zamigotały i
twarze sprężyły się w oczekiwaniu. - Za waszą śmierć bohaterską piję! Wypił do dna i, pochylając się ku nim, wyciągnął rękę i znów
zawołał: - A teraz idźcie! Idźcie na swoje trumny-brandery i zgińcie co do
jednego! Japonja potrzebuje śmierci waszej... czeka na nią...
Idźcie i zgińcie! Wołał ogromnym głosem, jakby głosem wszystkiej ojczyzny. - Banzaj! - wyrwał się ze wszystkich piersi jeden krzyk potężny. - Banzaj! - runął powtórnie, jak huragan; szable wyświsnęły z
pochew, i tłum młodzieńców skłębił się, zakołysał, rozwinął w
mieniącą wstęgę i ruszył ku schodom na pokład, twarze wybłyskiwały
z mroków sali, niby miecze ogniste, a oczy lwie, oczy zapamiętałe,
oczy, piorunów pełne i mocy, strzeliły błyskawicami uniesień i
bezgranicznego szczęścia. Szli parami, mocnym a elastycznym krokiem marynarzy. Szli w dumnem milczeniu wybranych na śmierć niezawodną. Szli cichą kohortą piorunów, rzuconych dłonią przeznaczenia. Cisza się stała, milczenie grobu wionęło tchem lodowatym. Tylko
szum morza przedzierał się z pokładów, dalekie bicie fal i
powiędłe, rozwiane echa jakichś głosów, a oni przechodzili niemym
szeregiem, dumni, młodzi, szczęśni jak bogowie, szable zniżali
przed wodzem, podnosili głowy, a oczy wierne topili w jego oczach,
a uśmiechy tkliwe, niby kwiaty oroszone, rzucali mu do stóp... "Nie zginęła! Oto na jej głos święty podniósł się ofiarny huf i z
uśmiechem szczęścia idzie na bój nieubłagany, na śmierć pewną, na
zatratę... "Nie zginęła! O te piersi bohaterskie rozprysną się wraże fale!
Poświęceniem przemogą, a miłością zwyciężą nawet śmierć samą... "O ziemio wschodzącego słońca! Wróg nie stratuje twoich pól
kwietnych, nie splugawi twoich świątyń serdecznych, nie pohańbi cię
niewolą... bo oto stado orłów zerwało się z gniazd, rzuciło
wszystką słodycz życia i leci osłonić cię swojemi piersiami, leci
spaść na wroga, zwyciężyć i umrzeć dla ciebie! "O ziemio moja święta!" Modlił się Kamimura, idąc za nimi na pokład. Słońce już zachodziło za góry dalekie, czerwony brzask pylił się
na falach rozdrganych, mrok, niby ciche, omdlałe westchnienia,
obtulał zwolna świat, a słodki spokój wieczora spływał z bladego,
ostygłego nieba. Tylko morze huczało gniewnie, chlustając bryzgami pian, i szalupy
szarpały się niecierpliwie u boków pancernika. Schodzili do nich, w głębokiem milczeniu, niby korowód widm,
zstępujących do wspólnego grobu. Było ich stu dwudziestu. Hirosze i Kataoka zamykali pochód. Kamimura, wsparty o burtę, patrzył za nimi, cała załoga oddawała
im ostatnie honory, pożegnalna flaga miotała się na maszcie. Naraz świst rozdarł powietrze, śruby zawarczały, i szalupy rzuciły
się na morze, lecąc wierzchem fal i roztrącając grzbiety spienione... Kamimura długo stał na pokładzie, prowadząc ich zadumanemi oczami,
póki nie przepadli w oddaleniu, że tylko smugi dymów błądziły za
nimi i stado mew rozkrzyczanych. A szalupy pędziły wciąż szerokim gardzielem zatoki ku morzu,
niekiedy zapadały jakby w przepaści, ale po chwili wznosiła się
fala i sunęły niby białe, ogromne ptaki; błękitnawe warkocze dymów
przysłaniały je płaszczem, przez który ledwie widniały brzegi
uciekające. Słońce już zaszło, na zachodzie rozlewały się kałuże purpury i
złota, morze sczerwieniało, poczynając wrzeć i przewalać się
ciężko, fale, niby węże rdzawe, zaroiły się rozpluskanemi stadami,
prężyły się z głębin i, wynosząc łby okrwawione w brzaskach,
leciały z krzykiem na szalupy, ogarniając je długiemi cielskami,
targały zawzięcie, jakby chcąc powstrzymać i zawrócić, ale podarte
i stratowane opadały z jękiem. Mewy krzyczały nad nimi jękliwie, długo i żałośnie. Ale w szalupach wciąż trwało milczenie, nikt nie wiedział, co się
dokoła dzieje, bo wszystkie dusze krążyły ostatnim, pożegnalnym
lotem, tam nad Japonją, nad zarysami, ginącemi na zawsze, w
ostatnie brzaski zachodu niosły się rozełkane żalem i tęsknotą... Port się zapadał za nimi w głębie wód, las masztów malał, zdawał
się już pajęczyną, miasto stawało się majaczeniem, forty na
wybrzeżach płaszczyły się niby kraby, wyrzucone przez fale, a
olbrzymie doki, fabryki, wyniosłe drzewa jakby uciekały od nich w
głąb lasów, w chaos mroków, że tylko jeszcze niekiedy huczały za
nimi pierzaste głosy syren i słabe, konające echa jakichś dźwięków... Zbierali je w rozmodlonem milczeniu, jak te ostatnie
przenajświętsze tchnienia ojczyzny, traconej na zawsze, gdy naraz
szalupy spięły się, niby konie spłoszone, olbrzymie fale wyniosły
je nagle i, strząsając z grzbietów, rzuciły w rozszumiałe
przepaści. Byli już na pełnem morzu, wichry zajęczały nad nimi, spienione
bryzgi jęły skakać dokoła, niby psy rozjuszone. Hirosze dał sygnał, zatoczyli krótkie półkole i, lecąc jakby
naprzełaj fal, a bliżej brzegów, ledwie dojrzanych, wpadli w cały
archipelag wysepek, gęsto rozrzuconych i tak pełnych sadów
rozkwitłych, że wynosiły się z wód, niby białe chmury, zróżowione
zachodem. Wili się niepostrzeżenie wąskiemi przepływami, jakby nieskończoną
kwietną aleją. Ptaki śpiewały w gąszczach, a biały, wonny okwiat
sypały na nich wiśnie pochylone; gdzie niegdzie przebłyskiwały
światła, gdzie niegdzie w łodziach, kołyszących się pod obłokami
kwiatów, śpiewały dziewczyny, czasem przecinała im drogę barka
rybacka, ciężko pochylona pod żaglem wzdętym, a niekiedy ponury,
daleki huk morza przedzierał się wskróś sadów, jakby ich wołał. Pędzili całą siłą pary, że wkrótce i te wysepki przepadły w
mrokach morza i nocy, jak sen przeszły, jak sen prześniony
niepowrotnie, iż niejedno serce ścisnął żal gryzący, niejedna dusza
załkała boleśnie, ale twarze były zawarte całą mocą woli, oczy
nieodgadnione i uśmiechy wiły się na ustach pobladłych. Niebo zagasło, ostatnie chmury dopalały się na zachodzie, a
bezmierna pustka wód i przestrzeni opadła na nich i niby w całun
siny spowijała. Było już prawie ciemno, gdy zawinęli do jakiejś wysepki samotnie
sterczącej dzikiemi rumowiskami skał poszarpanych. W małej zatoce, wciśniętej głęboko i zamaskowanej ruchomą tamą,
pokrytą drzewami, tuliło się dziesięć statków, podobnych do
czarnych, olbrzymich płazów, odpoczywających w cichości, a kilka
torpedowców leżało na kotwicach, niby psy przyczajone. Wysiedli z szalup i, jak cienie, bez szmeru, rozpełzli się w
mrokach. Milczenie znowu zapadło, statki leżały niby trupy, wyrzucone na
brzeg, pokłady były puste, okna ciemne, kominy nie dymiły, żaden
głos się nie rozlegał, nawet wody zatoki leżały martwą taflą
ołowiu, tylko morze huczało, bijąc nieustannie, a jakieś ptaki
krzyczały wśród skał. Noc szybko zapadała, cały świat grążył się w zielonawe odmęty
mroków, na horyzoncie niebo stapiało się już z morzem w jedną
nieprzeniknioną otchłań, pełną wrzawy posępnej, bełkotliwych ruchów
fal, majaczeń sinawych grzyw i rozdrganej pustki, dyszącej zgrozą i
lękiem. Jakiś niepokój rodził się w przestrzeniach, wichry przelatywały ze
skowytem, a zadyszany, gniewny krzyk morza wrzał coraz potężniej,
skłębiał się niekiedy w głuche, zdławione tętenty, jakby tysiące
koni leciało po ziemi spieczonej, wybuchał krótkim, wstrząsającym
rykiem i opadał, walił się ciężko w przepaści, jak trup. Burza srożyła się gdzieś daleko. Ale w cichej zatoce jakby wiedziano o tem, bo długo jeszcze leżało
martwe milczenie. Dopiero gdy nad portem dalekim rozżarzyły się
blade ledwie dojrzane łuny, rozpoczął się gorączkowy, pospieszny
ruch, zaskrzypiały naraz windy, buchnęły światła, kolosy jęły się
poruszać, a torpedowce przewijały się ze świstem ich bokami. Hirosze, jako wódz wyprawy, lustrował wszystkie statki. Na każdym maszyny były już pod parą, kapitanowie stali na swoich
mostkach, a załogi zajmowały zwykłe stanowiska. Niewymowne milczenie zalegało pokłady. Hirosze przesuwał się, jakby wśród mar. Ni jeden głos nie zerwał się z ust drżących, tylko serca prężyły
się, rozsadzane niemym krzykiem, a uścisk ręki starczył za rozmowę,
spojrzenia stawały się pocałunkami, uśmiechy były pożegnaniem,
gesty - przysięgą... Śmierć wionęła tchem lodowatym, stała się chwila jakby wyznań
najtkliwszych i namaszczeń ostatnich. Jeszcze jedno spojrzenie na świat, jeszcze jedno nieme, dręczące
pytanie, i żywi zaczną zstępować do grobów. Hirosze szedł coraz ciszej i lękliwiej, ale chociaż bezmierny
smutek przygniótł mu duszę, wypełniał surowo swój obowiązek,
sprawdzał wszystko, co był powinien, zaglądał nawet pod pokłady do
magazynów, wypełnionych olbrzymiemi głazami, pospajanemi żelazem,
schodził do komór maszynowych, gdzie w krwawych brzaskach uwijali
się półnadzy palacze, a potem oddawał kapitanom zapieczętowane
rozkazy, ogarniał raz jeszcze wilgotnemi oczami salutujące załogi i
znikał, jak cień. Aż przyszedł moment ostatni, otwarła się tama, błysnął sygnał i
statki zaczęły wychodzić, ustawiając się kilwatorem, torpedowce
szły po bokach, jak psy owczarskie, strzegące stada. Wyprawa ruszyła i przepadła w ciemnościach. Morze otworzyło ramiona bezmierne i objęło ich w moc swoją. Hirosze stał na rufie przodowego, zapatrzony w dalekie gasnące
łuny. Płynęli bez świateł, czołgając się ostrożnie wskroś burzy i nocy,
niby ciąg dzikich zwierząt, śpieszących na krwawy żer. Noc była nieprzenikniona; czarna, rozwichrzona topiel przewalała
się z głuchym porykiem; ni jednej gwiazdy w przepaściach nieba, ni
jednego zarysu rzeczy stałej, nic, prócz spienionych odmętów
ciemności, kołysań i szumów złowrogich. Statki szły pełną parą, walcząc zawzięcie z morzem, burza
podnosiła coraz wyżej swój łeb rozszczekany, wichry zlatywały z
ciemnic rozwytemi stadami, a fale, niby ogiery nieprzeliczone,
goniły się z dzikim kwikiem, skakały do burt i waliły się na
pokłady. I tak przechodziły całe godziny.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.