Ave Patria - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ave Patria

morituri te salutant...

Kamimura umilkł na chwilę, napełnił czarę wodą, i podnosząc ją zwolna, powlókł ciężkiemi oczami po żołnierzach. Wszyscy jakby nagle skamienieli, że tylko spojrzenia zamigotały i twarze sprężyły się w oczekiwaniu. - Za waszą śmierć bohaterską piję! Wypił do dna i, pochylając się ku nim, wyciągnął rękę i znów zawołał: - A teraz idźcie! Idźcie na swoje trumny-brandery i zgińcie co do jednego! Japonja potrzebuje śmierci waszej... czeka na nią... Idźcie i zgińcie! Wołał ogromnym głosem, jakby głosem wszystkiej ojczyzny. - Banzaj! - wyrwał się ze wszystkich piersi jeden krzyk potężny. - Banzaj! - runął powtórnie, jak huragan; szable wyświsnęły z pochew, i tłum młodzieńców skłębił się, zakołysał, rozwinął w mieniącą wstęgę i ruszył ku schodom na pokład, twarze wybłyskiwały z mroków sali, niby miecze ogniste, a oczy lwie, oczy zapamiętałe, oczy, piorunów pełne i mocy, strzeliły błyskawicami uniesień i bezgranicznego szczęścia. Szli parami, mocnym a elastycznym krokiem marynarzy. Szli w dumnem milczeniu wybranych na śmierć niezawodną. Szli cichą kohortą piorunów, rzuconych dłonią przeznaczenia. Cisza się stała, milczenie grobu wionęło tchem lodowatym. Tylko szum morza przedzierał się z pokładów, dalekie bicie fal i powiędłe, rozwiane echa jakichś głosów, a oni przechodzili niemym szeregiem, dumni, młodzi, szczęśni jak bogowie, szable zniżali przed wodzem, podnosili głowy, a oczy wierne topili w jego oczach, a uśmiechy tkliwe, niby kwiaty oroszone, rzucali mu do stóp... "Nie zginęła! Oto na jej głos święty podniósł się ofiarny huf i z uśmiechem szczęścia idzie na bój nieubłagany, na śmierć pewną, na zatratę... "Nie zginęła! O te piersi bohaterskie rozprysną się wraże fale! Poświęceniem przemogą, a miłością zwyciężą nawet śmierć samą... "O ziemio wschodzącego słońca! Wróg nie stratuje twoich pól kwietnych, nie splugawi twoich świątyń serdecznych, nie pohańbi cię niewolą... bo oto stado orłów zerwało się z gniazd, rzuciło wszystką słodycz życia i leci osłonić cię swojemi piersiami, leci spaść na wroga, zwyciężyć i umrzeć dla ciebie! "O ziemio moja święta!" Modlił się Kamimura, idąc za nimi na pokład. Słońce już zachodziło za góry dalekie, czerwony brzask pylił się na falach rozdrganych, mrok, niby ciche, omdlałe westchnienia, obtulał zwolna świat, a słodki spokój wieczora spływał z bladego, ostygłego nieba. Tylko morze huczało gniewnie, chlustając bryzgami pian, i szalupy szarpały się niecierpliwie u boków pancernika. Schodzili do nich, w głębokiem milczeniu, niby korowód widm, zstępujących do wspólnego grobu. Było ich stu dwudziestu. Hirosze i Kataoka zamykali pochód. Kamimura, wsparty o burtę, patrzył za nimi, cała załoga oddawała im ostatnie honory, pożegnalna flaga miotała się na maszcie. Naraz świst rozdarł powietrze, śruby zawarczały, i szalupy rzuciły się na morze, lecąc wierzchem fal i roztrącając grzbiety spienione... Kamimura długo stał na pokładzie, prowadząc ich zadumanemi oczami, póki nie przepadli w oddaleniu, że tylko smugi dymów błądziły za nimi i stado mew rozkrzyczanych. A szalupy pędziły wciąż szerokim gardzielem zatoki ku morzu, niekiedy zapadały jakby w przepaści, ale po chwili wznosiła się fala i sunęły niby białe, ogromne ptaki; błękitnawe warkocze dymów przysłaniały je płaszczem, przez który ledwie widniały brzegi uciekające. Słońce już zaszło, na zachodzie rozlewały się kałuże purpury i złota, morze sczerwieniało, poczynając wrzeć i przewalać się ciężko, fale, niby węże rdzawe, zaroiły się rozpluskanemi stadami, prężyły się z głębin i, wynosząc łby okrwawione w brzaskach, leciały z krzykiem na szalupy, ogarniając je długiemi cielskami, targały zawzięcie, jakby chcąc powstrzymać i zawrócić, ale podarte i stratowane opadały z jękiem. Mewy krzyczały nad nimi jękliwie, długo i żałośnie. Ale w szalupach wciąż trwało milczenie, nikt nie wiedział, co się dokoła dzieje, bo wszystkie dusze krążyły ostatnim, pożegnalnym lotem, tam nad Japonją, nad zarysami, ginącemi na zawsze, w ostatnie brzaski zachodu niosły się rozełkane żalem i tęsknotą... Port się zapadał za nimi w głębie wód, las masztów malał, zdawał się już pajęczyną, miasto stawało się majaczeniem, forty na wybrzeżach płaszczyły się niby kraby, wyrzucone przez fale, a olbrzymie doki, fabryki, wyniosłe drzewa jakby uciekały od nich w głąb lasów, w chaos mroków, że tylko jeszcze niekiedy huczały za nimi pierzaste głosy syren i słabe, konające echa jakichś dźwięków... Zbierali je w rozmodlonem milczeniu, jak te ostatnie przenajświętsze tchnienia ojczyzny, traconej na zawsze, gdy naraz szalupy spięły się, niby konie spłoszone, olbrzymie fale wyniosły je nagle i, strząsając z grzbietów, rzuciły w rozszumiałe przepaści. Byli już na pełnem morzu, wichry zajęczały nad nimi, spienione bryzgi jęły skakać dokoła, niby psy rozjuszone. Hirosze dał sygnał, zatoczyli krótkie półkole i, lecąc jakby naprzełaj fal, a bliżej brzegów, ledwie dojrzanych, wpadli w cały archipelag wysepek, gęsto rozrzuconych i tak pełnych sadów rozkwitłych, że wynosiły się z wód, niby białe chmury, zróżowione zachodem. Wili się niepostrzeżenie wąskiemi przepływami, jakby nieskończoną kwietną aleją. Ptaki śpiewały w gąszczach, a biały, wonny okwiat sypały na nich wiśnie pochylone; gdzie niegdzie przebłyskiwały światła, gdzie niegdzie w łodziach, kołyszących się pod obłokami kwiatów, śpiewały dziewczyny, czasem przecinała im drogę barka rybacka, ciężko pochylona pod żaglem wzdętym, a niekiedy ponury, daleki huk morza przedzierał się wskróś sadów, jakby ich wołał. Pędzili całą siłą pary, że wkrótce i te wysepki przepadły w mrokach morza i nocy, jak sen przeszły, jak sen prześniony niepowrotnie, iż niejedno serce ścisnął żal gryzący, niejedna dusza załkała boleśnie, ale twarze były zawarte całą mocą woli, oczy nieodgadnione i uśmiechy wiły się na ustach pobladłych. Niebo zagasło, ostatnie chmury dopalały się na zachodzie, a bezmierna pustka wód i przestrzeni opadła na nich i niby w całun siny spowijała. Było już prawie ciemno, gdy zawinęli do jakiejś wysepki samotnie sterczącej dzikiemi rumowiskami skał poszarpanych. W małej zatoce, wciśniętej głęboko i zamaskowanej ruchomą tamą, pokrytą drzewami, tuliło się dziesięć statków, podobnych do czarnych, olbrzymich płazów, odpoczywających w cichości, a kilka torpedowców leżało na kotwicach, niby psy przyczajone. Wysiedli z szalup i, jak cienie, bez szmeru, rozpełzli się w mrokach. Milczenie znowu zapadło, statki leżały niby trupy, wyrzucone na brzeg, pokłady były puste, okna ciemne, kominy nie dymiły, żaden głos się nie rozlegał, nawet wody zatoki leżały martwą taflą ołowiu, tylko morze huczało, bijąc nieustannie, a jakieś ptaki krzyczały wśród skał. Noc szybko zapadała, cały świat grążył się w zielonawe odmęty mroków, na horyzoncie niebo stapiało się już z morzem w jedną nieprzeniknioną otchłań, pełną wrzawy posępnej, bełkotliwych ruchów fal, majaczeń sinawych grzyw i rozdrganej pustki, dyszącej zgrozą i lękiem. Jakiś niepokój rodził się w przestrzeniach, wichry przelatywały ze skowytem, a zadyszany, gniewny krzyk morza wrzał coraz potężniej, skłębiał się niekiedy w głuche, zdławione tętenty, jakby tysiące koni leciało po ziemi spieczonej, wybuchał krótkim, wstrząsającym rykiem i opadał, walił się ciężko w przepaści, jak trup. Burza srożyła się gdzieś daleko. Ale w cichej zatoce jakby wiedziano o tem, bo długo jeszcze leżało martwe milczenie. Dopiero gdy nad portem dalekim rozżarzyły się blade ledwie dojrzane łuny, rozpoczął się gorączkowy, pospieszny ruch, zaskrzypiały naraz windy, buchnęły światła, kolosy jęły się poruszać, a torpedowce przewijały się ze świstem ich bokami. Hirosze, jako wódz wyprawy, lustrował wszystkie statki. Na każdym maszyny były już pod parą, kapitanowie stali na swoich mostkach, a załogi zajmowały zwykłe stanowiska. Niewymowne milczenie zalegało pokłady. Hirosze przesuwał się, jakby wśród mar. Ni jeden głos nie zerwał się z ust drżących, tylko serca prężyły się, rozsadzane niemym krzykiem, a uścisk ręki starczył za rozmowę, spojrzenia stawały się pocałunkami, uśmiechy były pożegnaniem, gesty - przysięgą... Śmierć wionęła tchem lodowatym, stała się chwila jakby wyznań najtkliwszych i namaszczeń ostatnich. Jeszcze jedno spojrzenie na świat, jeszcze jedno nieme, dręczące pytanie, i żywi zaczną zstępować do grobów. Hirosze szedł coraz ciszej i lękliwiej, ale chociaż bezmierny smutek przygniótł mu duszę, wypełniał surowo swój obowiązek, sprawdzał wszystko, co był powinien, zaglądał nawet pod pokłady do magazynów, wypełnionych olbrzymiemi głazami, pospajanemi żelazem, schodził do komór maszynowych, gdzie w krwawych brzaskach uwijali się półnadzy palacze, a potem oddawał kapitanom zapieczętowane rozkazy, ogarniał raz jeszcze wilgotnemi oczami salutujące załogi i znikał, jak cień. Aż przyszedł moment ostatni, otwarła się tama, błysnął sygnał i statki zaczęły wychodzić, ustawiając się kilwatorem, torpedowce szły po bokach, jak psy owczarskie, strzegące stada. Wyprawa ruszyła i przepadła w ciemnościach. Morze otworzyło ramiona bezmierne i objęło ich w moc swoją. Hirosze stał na rufie przodowego, zapatrzony w dalekie gasnące łuny. Płynęli bez świateł, czołgając się ostrożnie wskroś burzy i nocy, niby ciąg dzikich zwierząt, śpieszących na krwawy żer. Noc była nieprzenikniona; czarna, rozwichrzona topiel przewalała się z głuchym porykiem; ni jednej gwiazdy w przepaściach nieba, ni jednego zarysu rzeczy stałej, nic, prócz spienionych odmętów ciemności, kołysań i szumów złowrogich. Statki szły pełną parą, walcząc zawzięcie z morzem, burza podnosiła coraz wyżej swój łeb rozszczekany, wichry zlatywały z ciemnic rozwytemi stadami, a fale, niby ogiery nieprzeliczone, goniły się z dzikim kwikiem, skakały do burt i waliły się na pokłady. I tak przechodziły całe godziny.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.